Rozdział II
Łagodny zmrok zasłania mi twarz
Jakby przeczuł, że chcę być sobą choć raz
Nie skarżę się, że mam to co mam
Że przegrałem coś znowu i jestem tu sam
„Jaki był ten dzień"
Amanda krzyknęła, kiedy ktoś mocno chwycił ją od tyłu, w pasie i za ramiona. Trochę wyżej i by ją udusił. Na szczęście nie upuściła świeczki, jedynie sparzyła się kroplami wosku. Spróbowała odwrócić głowę. Kątem oka zobaczyła białą jak kość, nieruchomą twarz. Nie, to tylko maska!
- Co tu robisz? - szept, tuż przy uchu.
- Upiór? - szepnęła w odpowiedzi.
- Przyszłaś popatrzyć na Upiora? - ironia. - Mała dziewczynka usłyszała o strachach i przyszła przeżyć przygodę?
- Nie - powiedziała z całych sił panując nad głosem, żeby nie drżał. Nie za bardzo się udało. - Usłyszałam jak śpiewasz. I wiem, że uczysz Christine. Przyszłam cię prosić, żebyś i mnie uczył.
- Tak po prostu? - Zaśmiał się cicho. - Czy ty zdajesz sobie sprawę, co robisz?
- Możliwe, że nie - z ulgą stwierdziła, że może mówić prawie normalnie. Bardziej niż Upiór przerażała ją teraz myśl, że może zostać odprawiona z kwitkiem, jak małe dziecko, którego nikt nie traktuje poważnie. - Ale może mnie chociaż wysłuchasz?
Upiór milczał przez chwilę. Odwróciła głowę w drugą stronę. Okazało się, że maska zakrywa tylko pół twarzy, a drugie pół jest niczego sobie. Czarne oczy, czarne włosy. Orli nos. Wyglądał na kogoś silnego, kto wie czego chce. Jeśli będzie ją uczył, będzie pewnie surowym nauczycielem. Choć podobno pozory mylą...
- Zaśpiewaj więc - odezwał się wreszcie Upiór. - I tak nie zaśpiewasz wystarczająco dobrze.
- Skąd możesz wiedzieć - syknęła. - Posłuchaj najpierw! Tylko puść mnie, żebym mogła śpiewać.
- Dobrze, ale się nie odwracaj.
Wzruszyła ramionami i zaczęła śpiewać swoją ulubioną arię, arię „Vieni t'affretta" z „Makbeta" Verdiego. Lady Makbet śpiewa, że losowi należy pomóc. Nadzwyczaj pasuje na tę okazję. Echo nadało jej głosowi niesamowite, nieziemskie brzmienie.
Upiór słuchał, jednocześnie wyjmując chustkę i małą buteleczkę. Chciał skończyć to jak najszybciej, uśpić bezczelną Calvieri i wynieść ją stąd. I udoskonalić mechanizm odsuwający lustro. Ale złapał się na tym, że nie może się zdecydować na przerwanie śpiewu. Słuchał coraz bardziej zdumiony. Rzeczywiście umiała śpiewać. Wiele jej brakowało, ale gdyby to on ją szkolił... przypuszczalnie mogłaby zaśpiewać lepiej niż Christine. Na pewno by mogła, poprawił się po chwili. Ale ona nie była Christine, niestety. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz usłyszał Christine. Śpiewała zupełnie przeciętnie, ale wiedział, ze może lepiej. I nie pomylił się. Christine śpiewała i jego własne utwory, i te sceniczne. Śpiewała pięknie, ale teraz nagle przestało mu to wystarczać. Christine śpiewała za bardzo jak posłuszna panienka. Amanda mogłaby... Ale Christine... Nie mógłby zrezygnować z Christine, bo po prostu ją kochał. Wszystko razem tylko go zirytowało! Dlaczego ma wybierać między muzyką i miłością? Wszystko było dobrze, dopóki nie pojawiła się ta mała... Calvieri! Przez moment poczuł ochotę by udusić ją, teraz, tak jak stała, nawet by się nie spostrzegła. Ale nie zrobił tego po prostu dlatego, żeby posłuchać jak śpiewa.
Amanda skończyła i czekała na werdykt. Czy raczej na wyrok.
- Bądź cierpliwa... - usłyszała diabelski szept przy uchu, Upiór mocno chwycił ją wpół i przycisnął jej do twarzy chusteczkę. Ostry zapach. Z jękiem osunęła się w ciemność.
Ocknęła się w swoim łóżku, a nad nią pochylały się twarze Christine i madame Giry.
- Otwiera oczy! Tak się o ciebie bałam, kochanie!
Amanda zarumieniła się, słysząc szczerą bez wątpienia troskę w głosie Christine.
- Strasznie boli mnie głowa... Co się stało?... - zapytała słabo, siadając. Zobaczyła, że jest już przebrana w koszulę nocną.
Nagle wróciło do niej wszystko co przeżyła i z wrażenia zrobiło jej się słabo.
- Amanda, dziecko, strasznie zbladłaś. Połóż się, dobrze? - madame Giry delikatnie popchnęła ją na poduszki.
- Strasznie długo nie wracałaś i poszłam po ciebie - powiedziała Christine. - Leżałaś nieprzytomna w fotelu... zawołałam madame...
Co za ulga, więc nie wie o Upiorze...
- Pamiętam... - powiedziała Amanda powoli. - Nagle... zrobiło mi się słabo i chciałam usiąść... Christine, co ty masz w ręku?
- Ja? - śpiewaczka popatrzyła na różyczkę. - Pewnie... od jakiegoś wielbiciela.
- Aha.
I co z tego, że na łodyżce zawiązana była czarna wstążeczka?
- Słucham? Miałbym razem z wami wyłudzać pieniądze od dyrekcji? Czy wy mnie z kimś nie pomyliliście?!
- Ależ nie. Monsieur, proszę to przemyśleć. Przecież oni sami się o to proszą. Nadęte bubki, uważają się za nie wiadomo kogo.
Nie tylko oni się uważają. Max i jego banda spod ciemnej gwiazdy...
- Nie zgadzam się.
- Hmm, jaki pan uczciwy.
- Uczciwość nie ma tu nic do rzeczy - Saglatt uśmiechnął się drwiąco. - Nie widzę jaką korzyść miałoby mi przynieść oszukiwanie dyrekcji. Ja nie narzekam na swoją pensję. I wydaje mi się, że chcecie mnie w to wciągnąć, bo nie wiecie jak się zabrać do rzeczy.
- O, a pan na pewno wie - wykrzyknął facet oburzonym głosem.
- Ja mógłbym wymyślić dziesięć sposobów. Ale nie dla was.
- Zakład? - Max wyciągnął rękę.
- O co? - Saglatt skrzywił się pogardliwie.
- O tysiąc franków.
- Macie tyle?
- O to niech już pana głowa nie boli. Zresztą odniosłem wrażenie, że lubi pan hazard.
- O tak, zgadywanie czy macie pieniądze, to istotnie hazard - Saglatt uniósł jedną brew. - Szansa na odpowiedź twierdzącą wynosi zapewne jakiś jeden procent.
- Proszę nas nie obrażać. Chyba, że to taki sprytny sposób na wycofanie się? Ale przecież pan nie stchórzy?
- Niby dlaczego miałbym stchórzyć? - wzruszył obojętnie ramionami.
- Więc stoi?
- Stoi.
Saglatta wywabiły z gabinetu niecodzienne odgłosy i wrzaski. Brzmiały co najmniej jakby kogoś mordowano i Saglatt już zaczął się cieszyć, że może Carlottę. Tym bardziej, że i jej głos słyszał. A przecież sam ją zwolnił...
Przy wejściu kłębił się spory tłum. Stał tam dyrektor naczelny, dyrektor artystyczny, naczelny scenograf, ubrana w płomiennie pomarańczową suknię Carlotta, wicehrabia Raoul de Chagny, tuż obok niego wystraszona panna Daae, dalej Calvieri z błyszczącymi oczami, madame Giry... i jeszcze przynajmniej połowa aktorów i personelu. Dobry Boże, co takiego mogło się stać? Carlotta żywa i nie ma czego świętować.
- Och, witamy dyrektora muzycznego - Moncharmin uśmiechnął się, bez cienia sympatii, za to bardzo ironicznie. Wyprostował się i strzepnął nieistniejący pyłem z nowiutkiego, beżowego surdutu. - Jakież to ważne sprawy zatrzymały pana tak długo? A może doskonale pan wie, co się dzieje?
Saglatt przeszedł koło niego, jakby mijał powietrze. Nadęty osioł. Ale mimowolnie pomyślał, że jego własny czarny surdut jest już bardzo wytarty.
Dyrektor Vermett trzymał w ręku jakiś papier i z grobową miną czytał.
- Mowy nie ma - oznajmił wreszcie piskliwym głosem.
- Teraz nie można już się wycofać - powiedziała spokojnie nauczycielka baletu, a jej głos mimo wrzawy słychać było doskonale.
- No to radźcie sobie beze mnie! - niemal zawyła Carlotta i ruszyła do wyjścia. Dyrektor zaczął ja zatrzymywać. Piekło. I to w dodatku niepotrzebne.
Saglatt pokręcił głową i zdecydował się interweniować.
- Madame - zwrócił się do Carlotty - czy długotrwała praca w zawodzie śpiewaczki upośledziła pani słuch? - Odczekał chwilę, aż do Carlotty dotrze sens jego wypowiedzi. - Już dwa dni temu zawiadomiłem panią, że pani tu nie pracuje. Czego jeszcze trzeba, by to zrozumieć?
- Pan Vermett zdecydował, że zostaję! - Carlotta niemal zaśmiała mu się w twarz. Saglatt popatrzył na dyrektora naczelnego, który spróbował wyglądać na jeszcze mniejszego niż był.
- Panie Vermett... - zaczął Saglatt. - Miał nadzieję, że naczelny szybko się podda, bo nie chciał urządzać widowiska dla wszystkich zebranych.
- Saglatt... przecież nie możemy... - Vermett nabrał powietrza i nieco bardziej, ale tylko troszeczkę, zdecydowanym głosem ciągnął: - To moja Opera, Saglatt. Byłbym ci wdzięczny, gdybyś pozostawił takie decyzje w mojej gestii.
I spojrzał pytająco na Carlottę! Carlotta wdzięcznie się do naczelnego uśmiechnęła. Saglatta zemdliło na ten widok.
- Dobrze - warknął. - Zostawmy tę sprawę. Czy ktoś mi powie, co tu się stało?
- To Upiór! - krzyknęło kilka osób naraz. Saglatt zatkał sobie uszy. - Panie Vermett?
- Upiór... żąda byśmy wystawili "Dyrektora teatru" Mozarta...
- Czy to jest powodem całego zamieszania? To bardzo ładna komedia.
Parę osób popatrzyło z niedowierzaniem. Słowa "komedia" i "ładna", tym bardziej "bardzo", nijak nie pasowały do mrocznej postaci dyrektora muzycznego.
- Ale chodzi o obsadę! - krzyknęła przeraźliwie wysoko Carlotta.
- Co z obsadą? Upiór pani nie chciał? Zaczynam czuć do tego mądrego człowieka sympatię.
Zanim Carlotta znalazła słowa repliki, wtrącił się Vermett.
- Upiór proponuje pannę Daae jako pannę Silberklang.
Saglatt skinął głową i rzucił okiem na blondynkę. Daae bała się Carlotty. Ale żeby aż tak się przyklejać do wicehrabiego... pod rączkę, co chwila bezbronne spojrzenie. A jak Chagny się puszy!
- I pannę Calvieri do roli pani Herz.
- Calvieri? - Saglatt uniósł brwi pytająco. No, no... Więc dlatego małej tak się błyszczą oczy...
- A najgorsze jest to - ciągnął Vermett - że już nic się nie da zrobić.
- Jak to?
- Upiór rozwiesił w nocy afisze. W tej chwili klienci pytają już o bilety... - wyjaśnił Vermett słabo.
Saglatt wyszedł przed budynek i popatrzył na afisz.
"Dyrektor teatru" Mozarta.
Pani Herz - Amanda Calvieri.
Panna Silberklang - Christine Daae.
Taaak.
- Chyba faktycznie nie ma wyjścia - wzruszył ramionami. - Ja jestem za - oświadczył.
- Pan żartuje, Saglatt!
- Nie, dlaczego? - Saglatt usiłował uśmiechnąć się niewinnie. Przypuszczał, że mu nie do końca wyszło. Cóż, brak ćwiczeń. - Jako dyrektor muzyczny uważam to za doskonały pomysł!
- To dlatego, że Calvieri jest pana protegowaną! - wydarła się Carlotta. - A tej małej Daae pomaga wicehrabia! To spisek! - Wybuchnęła szlochem.
Vermett popatrzył na Saglatta z wyrzutem.
- Madame - rzekł zimno Saglatt. - Jestem daleki od protegowania kogokolwiek. Chciałbym zapomnieć pani słowa, ale w przyszłości proszę uważać na to co pani mówi.
Carlotta z męczeńskim westchnieniem zemdlała.
- Niech to ktoś stąd weźmie - polecił obojętnie Saglatt. Większość artystów popatrzyła na niego nieprzyjaźnie. Cóż, nie muszą go kochać. Wystarczy, że wypełnią polecenia. - Długo mam czekać? Calvieri, Daae, proszę za mną.
Saglatt modlił się w duchu, żeby rola Małgorzaty nie okazała się dla Christine tą jedyną, wypracowywaną miesiącami. I żeby Amanda, nieobyta jeszcze z Operą, stanęła na wysokości zadania. W końcu mieli tylko tydzień. Ale jeśli zajdzie taka potrzeba, to będzie ćwiczył z obiema dziewczynami po nocach, byle Carlotta nie dostała żadnej z tych ról. Wchodząc do swojego gabinetu odkrył następny powód, dla którego nie znosił Carlotty: ubierała się w identyczne kolory co ta cholerna pomarańczowa tapeta. Choć z dwojga złego, wolał tapetę.
- Dobrze - powiedział siadając przy pianinie i szukając nut. - Zaśpiewam raz, żebyście wiedziały jak powinno to wyglądać. Najpierw Calvieri. Pani Herz śpiewa arię, króciutką zresztą. „Rozstania chwila bliska". Potem Daae, śpiewasz rondo „Mój młodzieńcze" - podał jej nuty - przejrzyj przez ten czas. Tercetem zajmiemy się później.
Po próbie mógł ze spokojem odetchnąć. Wprawdzie Daae nie śpiewała aż tak pięknie, jak rolę Małgorzaty, a Calvieri śpiewała z takim entuzjazmem, że co chwila gubiła tempo... ale nie było źle. Christine miała głos bardziej wyrobiony, to pewne. Ale też czego innego miał się spodziewać. Wrócił pamięcią do chwili kiedy pierwszy raz zobaczył Amandę...
Odwiedził wtedy swoją starszą siostrę. Kornelia mieszkała w niewielkim miasteczku kilkadziesiąt kilometrów od Paryża. Nie cierpiał tam jeździć, ale wyraźnie napisała mu w liście, że potrzebuje jego pomocy. I lepiej żeby naprawdę potrzebowała, myślał jadąc tam.
Problemem okazała się młoda Calvieri. Saglatt usłyszał ją przypadkiem i to zanim zdążył przywitać się z Kornelią. Z okna na piętrze dobiegał śpiew. Piękny śpiew. Niewątpliwie spory talent. Ale kto uczył to nieszczęsne stworzenie? Przypominało krzywy i niezgrabny pierścionek ze złota.
- Kobieto - zwrócił się do siostry, kiedy był pewny, że mała ich nie usłyszy. Mianowicie wtedy, gdy śpiewała na cały głos. - Skąd ty ją wytrzasnęłaś? O ile pamiętam, nie miałaś własnych dzieci?
Starsza pani popatrzyła na niego z urazą.
- To córka mojego przyjaciela, Antoine! Na pewno pamiętasz pana Calvieri!
Mina Saglatta wyraźnie wskazywała co innego.
- Maximo ma poważne problemy finansowe – ciągnęła niezrażona Kornelia. - Dotąd dziewczyna uczyła się u prywatnych nauczycieli. Nie stać ich było na tych naprawdę dobrych, więc wyglądało to różnie. Ona była zresztą bardzo kapryśna, często żądała zmiany. Ojciec jej nie odmawiał. Ale teraz wszystko się zmieniło i Amanda przyszła do mnie... no, oświadczyła, że chce pomóc ojcu. I że wie, że mój brat jest muzykiem. Poprosiła o pomoc.
I zapewne w ramach pomocy, Kornelia zgodziła się na cały ten koncert przez otwarte okno, dawany specjalnie na jego przyjazd.
- A ty, dobra duszo, ją przygarnęłaś... - Saglatt przewrócił oczami. - Ale tym razem ci wybaczam. Szkoda żeby taki głos się zmarnował. Nie znasz nazwisk tych nauczycieli?
- Och, miała tak wielu. Czasem jej się nie podobało, czasem sami rezygnowali. Mówi, że ci nauczyciele sami niewiele wiedzieli, a to na czym się naprawdę znali, to robienie pieniędzy.
Czyli wszystko w normie.
- A skąd ona mogła to wiedzieć? I co na to wszystko jej ojciec?
- Och, Maximo jest zachwycony, że jego córka samodzielnie i odważnie stara się o pracę. Mówi, że nawet jak się nie uda, to powinna spróbować. Inna sprawa, że on chyba nie zdaje sobie sprawy, jaki talent ma ta dziewczyna.
- A ty sobie zdajesz i piszesz do mnie obłąkane listy, że potrzebujesz pomocy?
Kornelia wyniośle zignorowała tę uwagę. Nie tylko Antoine miał w tej rodzinie talenty muzyczne. Poza tym przypomniały jej się naprawdę obłąkane listy z prośbą o pomoc, jakie brat słał kiedyś do niej. Nie zamierzała ciągnąć kłótni.
- No dobrze, Kornelio, spodziewasz się oczywiście, że znajdę jej pracę, tak?
- No tak ogólnie rzecz biorąc... to tak - Kornelia się rozpromieniła. - Wiedziałam, że na ciebie zawsze można liczyć, kochany braciszku!
Kochany braciszek westchnął męczeńsko.
- Tak z ciekawości... ona jest Włoszką?
- W połowie. Matka pochodziła z naszego miasteczka... na pewno pamiętasz państwa Martin. Więc ona była ich cioteczną...
- Tak, tak, oszczędź mi tych szczegółów. Nie pamiętam i nie chcę pamiętać. Niepotrzebnie pytałem.
Oszczędzono mu szczegółów, ale w zamian musiał przecierpieć podwieczorek w gronie znajomych siostry, która chwaliła się komu tylko mogła swoim bratem który zrobił karierę i jest wielkim artystą, a niedługo dyrektorem, co z tego, że muzycznym, największej Opery w Paryżu... Litości, na samą myśl o tych wszystkich starych, zasuszonych plotkarkach, czuł dreszcze. A potem jeszcze Calvieri go dopadła i kazała mu siebie wysłuchać. I co z tego, że pięknie śpiewała, kiedy on miał migrenę?
Kiedy pojechał do siostry drugi raz, już żeby zabrać Amandę, Kornelia kazała dziewczynie podziękować. Calvieri powiedziała mu z pełnym spokojem:
- Jestem panu ogromnie wdzięczna, że dał mi pan tę pracę.
- Ależ nie ma za co... - westchnął. Nie lubił podziękowań.
Popatrzyła na niego rozbawiona.
- Ale gdyby pan się nie zgodził, pojechałabym do Paryża sama i tak czy inaczej bym ją dostała.
- Czyżby? - Mała była bezczelna, ale spodobał mu się pewny ton jej odpowiedzi. To właściwie nie zabrzmiało jak zarozumiałość. Calvieri wiedziała po prostu, że jest dobra. No bo była... choć jej głos na gwałt domagał się lekcji. Przypominała wyjętego z ziemi dorodnego ziemniaka, którego trzeba jeszcze umyć, obrać i ugotować, żeby otrzymać pyszny obiad. Do porównań z diamentami Saglatt był uprzedzony, jak i do wszystkiego, co poetyczne. Ziemniak to ziemniak, porządny i uczciwy.
"Dyrektor Teatru" Mozarta... chyba żadna inna opera nie pasowałaby lepiej. Amanda w wolnej chwili przeczytała streszczenie libretta. Najważniejsza dla niej była rywalizacja śpiewaczek: madame Herz i mademoiselle Silberklang. Pani Herz śpiewa arię „Rozstania chwila bliska", panna Silberklang rondo „Mój młodzieńcze". A w „brawurowym tercecie", jak głosi libretto, kłócą się, która z nich jest lepsza. Powstrzymuje je śpiewak Vogelsang, w tej roli Piangi.
Brawurowy tercet, rzeczywiście... "Ich bin die erste Sängerin", "Będę pierwszą śpiewaczką". Przynajmniej nie będzie problemu z naturalnością i wczuciem się w rolę.
A zatem, by być pierwszą śpiewaczką, Amanda całe dnie spędzała na nauce i ćwiczeniach, najpierw tylko z dyrektorem muzycznym, potem nadszedł czas na próby zespołowe. W szczególności ćwiczono tercet. A Amanda w szczególności ćwiczyła niemiecką wymowę. Nie cierpiała tego języka, a Opera miała być wystawiona w oryginale. Ach, dlaczego nie po włosku albo francusku?
- Calvieri - odezwał się zmęczonym głosem Saglatt. - Śpiewasz, jakbyś pchała taczkę pod górkę. Trochę więcej swobody...
No jak? Przecież już tak się starała i jeszcze coś mu nie pasuje? Nietoperz jeden. A Christine idealnie, tak?
Zaczęli znowu, ale Saglatt przerwał już na wstępie.
- Panno Daae... - powiedział cicho - jakby to ująć... Prosimy na ziemię. Życie to proza, szara i trywialna, proszę nie marzyć o niebieskich migdałach. Spóźniła się pani.
I jeszcze raz od początku. Amanda dawała z siebie wszystko. Między próbami wciąż śpiewała ten czy inny fragment tercetu. Przez sen również. W ogóle jej sny pełne były opery, teatrów, kłótni, tylko nigdy nie przyśnił jej się Upiór. Na jawie nadrabiała tą niedoskonałość snów, bo i tak nie mogła myśleć o niczym innym. Upiór, Upiór, występ, występ, Upiór... i tak w kółko. Ledwie dostrzegała, co dzieje się dookoła niej i prawie z nikim nie rozmawiała. Nie widziała i nie słyszała również nieprzychylnych komentarzy i złośliwych ploteczek innych chórzystek. Widziała jeszcze tylko jedną rzecz: mianowicie obserwowała uważnie Christine, czy aby rywalka nie spotyka się z Upiorem.
A z rywalką działo się w tych dniach bardzo dużo. Zaniepokojony Raoul zjawiał się w Operze codziennie i biegł prosto do Christine. Jeśli była wolna, to zabierał ją do miasta, na spacer, na kolację, na obiad... Jeśli trwała próba, siedział kołkiem na widowni. No i nie można powiedzieć, żeby Christine to nie odpowiadało.
Od tamtego dnia Calvieri nie pojawiła się w garderobie Christine. Upiór codziennie obserwował swoją miłość, ale odkąd zaczęły się przygotowania do "Dyrektora Teatru" nie pokazywał się, ani nawet nie odzywał. Prawdopodobnie dlatego, że nie miał pojęcia co zrobić. Za nic nie chciał rezygnować z Christine, ale nie mógł też zapomnieć głosu Amandy. Czy to skończy się nauką obu? Ale... czuł pewien niesmak. Obu? Tak po prostu? Może od razu wywiesi ogłoszenie i zacznie udzielać korepetycji wszystkim, którzy zapłacą? Dlaczego nie można tych dziewczyn połączyć w jedną?...
Podszedł do fenickiego lustra, jak zawsze chcąc popatrzyć na Christine. Omal nie zaklął na głos. W garderobie siedział ten laluś Chagny! I wyglądał na bardzo zadomowionego!
Upiór powstrzymał pierwszy odruch każący mu po prostu wejść tam i wyrzucić go za fraki. A może i gorzej. Wyłamując ze złości palce czekał, aż intruz odejdzie. W pewnym momencie odwrócił się, by nie patrzeć, co oni tam robią. I zaczął powtarzać w myśli całego "Dyrektora...", żeby nie myśleć, czego oni tam nie robią, ale jeszcze mogą zrobić.
Nie, nie... Nie jest chamem i brutalem. Może Upiorem, ale dżentelmenem. Najpierw porozmawia z samą Christine, bo z Chagnym i tak by nie dał rady. W jednej chwili rzuciliby się na siebie, a przecież nie o to chodzi. Nie chce wystraszyć, ani zniechęcić do siebie Christine.
Ach, a już myślał, że Christine i on... Przecież to i tak nie byłoby na długo.
Do rozmowy sam na sam musiał zaczekać do jutra. W pewnej chwili Christine i Raoul wyszli z garderoby. Pod rękę.
Nazajutrz odetchnął z ulgą widząc, że Christine jest sama. Wszedł do garderoby od razu, nie czekając aż przyplącze się Chagny.
- Christine.
Christine krzyknęła zaskoczona. Jak dziecko, przyłapane z nielegalnym słoikiem marmolady.
- Christine, chodź ze mną - wyciągnął do niej rękę.
- Teraz... ja...
- Chodź, Christine - powiedział z naciskiem.
Wstała po chwili wahania i podała mu dłoń. No dobrze. Teraz nie ma odwrotu.
Weszli w korytarz. Upiór zamknął za nimi lustro. Kiedy przeszli kilka kroków, pod rękę, usłyszeli głos Raoula nawołującego Christine.
Daae zarumieniła się jak piwonia i spuściła oczy.
- Właśnie o nim chciałem porozmawiać... - Upiór przycisnął dłoń dziewczyny. Czuł jak drży.
- Ta-ak?...
- Tak, Christine... - powiedział Upiór smutno.
- Ale ja...
- Christine... Kiedy zobaczyłem cię z nim... Jak możesz pozwalać temu fircykowi...
- Ja... - wpadła mu w słowo - przepraszam cię...
- I myślisz, że to wystarczy?
- No... - Christine uważnie obserwowała czubki safianowych pantofelków.
- Chciałbym, żebyś już nigdy więcej się z nim nie spotykała – oświadczył Upiór głośno i wyraźnie. - Jutro mu to powiesz.
- Nie!... - jęknęła rozpaczliwie i zatrzymała się. - Nie mogę!
- Kochasz go, Christine... - popatrzył w jej szeroko otwarte oczy. - Co ja ci takiego zrobiłem?...
- Nic! Ale...
- Ale wolisz tego lalusia! - krzyknął. - Maminsynka, który nie wie, co to życie! Christine... czy ty uważasz, że możesz ot tak sobie zrezygnować?
- Jja... cię przepraszam... - Christine rozpłakała się, a Upiór poczuł się... no, jak Upiór. Bezduszny potwór.
- Ja cię tak kocham, Christine... - dotknął jej mokrej twarzy, obrócił ku sobie. Przez chwilę bał się, że dziewczyna wrzaśnie "A ja ciebie nie!", lecz ona tylko płakała dalej, stojąc znów z opuszczoną głową, jak bezradne dziecko.
- Christine... - jeszcze trochę i on się też rozpłacze.
- Jja cię pprzeprasza-am... - szlochała Christine, próbując uwolnić rękę. - Aa-ale... jja ja jaja... ja tk bbb-bardzo kokoko-ocham Raoulaaa...
- Christine! Dlaczego do... - połknął przekleństwo. - Dlaczego nie ja?! Dlatego, że taki nienormalny jestem? Że pół twarzy mam zasłonięte i że nie mogę wyjść z tych lochów?! Dlaczego ja nie mogę... Patrz, Christine!
Zerwał z twarzy maskę. Odwrócił się do światła, żeby Christine lepiej widziała.
Dziewczyna była kredowobiała. Wystraszył się i szybko założył maskę. Potwór. Co to właściwie było? Chyba zagrałem na litość, jak jakiś głupek...
- Christine... przepraszam... - zawahał się, potem z trudem, delikatnie, jakby bojąc się, że dziewczyna zrobi mu krzywdę, wyciągnął ręce i ją objął. Nie wyrywała się, stała sztywno.
Puścił ją i pozwolił wrócić do garderoby. Ale wolałby zanieść ją do Groty. Do swojego domu. Christine, piękna Christine. Ale jakby już nie ta sama.
Raz Christine zapodziała się gdzieś wieczorem. Amanda sądziła, że znowuż wywiózł ją gdzieś Raoul. Swoją drogą dobrze byłoby mieć takiego Raoula... może nie dokładnie takiego, bo dokładnie ten był jakiś słodkawy i nijaki. Ale tak ogólnie.
Rozmyślania przerwała zapłakana Christine, jak bomba wpadająca do sypialni. Amanda dopiero po chwili gapienia się na nią, przypomniała sobie, żeby zamknąć usta.
- Chris, co się dzieje? Pokłóciłaś się z Raoulem? Jejku, usiądź, spokojnie. Wytrzyj nos. Powiedz, co się stało?
- Boję się, Amando...
- Czego? Raoul...
- Och, nie chodzi o Raoula... To znaczy chodzi, ale nie o to.
- Ach. A o co?
- Upiór... - szepnęła Christine wpatrując się w jakiś punkt na ścianie.
- Widziałaś się z... widziałaś Upiora? I to cię tak przestraszyło?
- Och... ja go już przecież wcześniej widziałam... Ale dziś... bo ja kocham Raoula... - kąciki ust drgały jej jak opętane.
- Kochasz Raoula. Upiór jest zazdrosny?
Eee tam. Nieciekawe, romansik jak z bajki. Ale może mieć wpływ na wybór Upiora. Bo Amanda jakoś nie wątpiła, że Upiór wybierze tylko jedną z nich. Inaczej po co taka opera jak "Dyrektor..."
- Nno właśnie... - po policzkach Christine posypały się wielkie łzy, rozmazując i tak rozmazany makijaż. - Ja się boję, że on zrobi krzywdę Raoulowi... A Raoula nie przekonam, żeby tu nie przychodził. Tym bardziej przyjdzie jak mu powiem, jeszcze zacznie szukać Upiora, będzie chciał się o mnie bić...
To tacy ludzie jeszcze są? Amanda westchnęła. Romantyczny książę na białym koniu...
- Wiesz, Chris... Ja myślę, że jak wy się kochacie, to tak czy tak musicie być ze sobą. Upiór nie ma prawa was rozdzielać. Ja bym się nie poddawała.
Ogólnie była to prawda. Amanda stłumiła jakieś dziwne wyrzuty sumienia, że nagina sytuację do własnych potrzeb.
- Naprawdę tak myślisz? - Chris popatrzyła wyginając brwi w łuk. Wyglądała jak dziecko, które płacze za mamą.
- Naprawdę - Amanda włożyła w to jak najwięcej siły i przekonania.
- Ach... Dziękuję ci... Mimo wszystko się boję, ale dobrze że mogłam ci o tym opowiedzieć - westchnęła.
- Połóż się już spać, Chris... Ja jestem całym sercem po stronie Raoula.
Bo Upiór jest mój.
Kiedy Christine zasnęła, Amanda po cichu wstała i minimalnie uchylone okno otworzyła na całą szerokość. Owiało ją chłodne i wilgotne powietrze - mimo lata na dworze było zimno jak diabli. Narzuciła na siebie sweter i wślizgnęła się pod ciepłą kołdrę. Christine miała na sobie tylko lekką koszulę nocną.
Udało się, a co więcej, było to dziecinnie proste. Tak proste, że żal nie wykorzystać. I banda wykorzystywała. A Saglatt bawił się, wymyślając coraz to nowe sztuczki.
Pewnego dnia Max przyszedł do niego zasępiony.
- Trzeba coś z tym typem zrobić - oświadczył.
- Z kim? - zdziwił się Saglatt.
- Z Prescottem.
Prescott był primo uomo, pierwszym tenorem w operze.
- Nie rozumiem.
- Dostaliśmy zlecenie. No, sugestię. Nie mogę powiedzieć od kogo, bo znasz tę osobę. Zabić go. Liczymy na ciebie, Antoine. Pomóż nam wymyśleć plan. Dobry plan. Ty przecież geniusz jesteś.
- Ja... Mowy nie ma! I głupcy jesteście, że się zgodziliście! Co innego kradzież, co innego zabójstwo! - Max już chciał mu przerwać. - Niezależnie od tego, ile wam zapłaci signor Sassini.
- Skąd wiedziałeś?... - Max wlepił wzrok w Saglatta.
- Nie rób z siebie idioty. Jest ktoś, kto nie wie jak oni sobie zazdroszczą?
- No dobra, ale pomożesz?
- Nie pomogę!
- Oj, Antoine, uważaj. - Głos Maxa stwardniał. - My cię lubiliśmy do tej pory. Ale jak się będziesz stawiał...
- Nie - powiedział cicho Antoine. - I wynoś się z mojego mieszkania. Natychmiast. Jak jesteś głąb i bierzesz każdą robotę za którą płacą, to ja w to nie wnikam. Znikaj stąd, póki nie straciłem cierpliwości, słyszysz?
Dzień przed premierą próba zakończyła się wyjątkowo późno. Christine narzekała na ból gardła, ale twierdziła, że może śpiewać bez problemu. Upadające ze zmęczenia dziewczyny, wróciwszy do sypialni, zobaczyły niecodzienny podarunek.
- Róża, Amando... Przewiązana czarną wstążką.
- Upiór... - szepnęła Amanda podnosząc różę. - Ej! Twoja... twoja też jest taka?
- Jaka? - Christne podniosła swoją. - Połówka... połówka róży.
Róża była przecięta pionowo nożem.
- Amando... - powiedziała nagle poważnie i z obawą w głosie Christine. - Jak myślisz, co on nam chciał przez to powiedzieć?
- No... - Amanda zawahała się. Jeśli powie Christine, że o rywalizacji, to Christine zacznie się starać jeszcze bardziej i wzrośnie szansa na przegraną. Chociaż to niemożliwe, żeby Chris nie domyślała się pojedynku? Potworna zazdrość walczyła w niej z chęcią uczciwego sprawdzenia się. Chociaż... i tak nie będzie do końca uczciwie. Wystarczy posłuchać jak przeziębiona Chris mówi.
- Amando? Wszystko w porządku?...
- Co? - Amanda wzdrygnęła się. - Tak... ja... nie wiem, co on chciał przez to powiedzieć. Nie, naprawdę nie wiem.
Obie dziewczyny położyły się spać i żadna nie zasnęła.
Max na pożegnanie wyjął rewolwer i wytłumaczył bardzo obrazowo co może się stać, jeśli Antoine komuś powie.
Głupek. Ale Antoine i tak nie zamierzał nic nikomu mówić. Max i jego banda spaprają sprawę, jak dwa a dwa cztery. A Prescotta Saglatt nie cierpiał jak mało kogo. Choć i Sassini nie był lepszy...
Następnego dnia, idąc korytarzem, już przebrana w kostium, Amanda usłyszała głos Christine zza zamkniętych drzwi garderoby. Tej garderoby. Nie mogła nie podsłuchać. Odetchnęła z ulgą, gdy rozpoznała głos Raoula.
- Christine - powiedział ciepło Raoul. Amanda wyobraziła sobie jak patrzy ukochanej głęboko w oczy i skrzywiła się.
- Raoul... może nie tu... Idźmy gdzieś... nie wiem, na spacer, czy coś...
- Dlaczego, Christine? Ja muszę ci coś powiedzieć i to nie może juz czekać.
Mężczyźni. Nie zrozumieją, dopóki nie powie im się wprost.
- Ale...
- Przecież zaraz masz występ, nie zdążymy nigdzie iść.
- A...
- Pokochałem cię bardzo. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie... Czy zostaniesz moją żoną?
Cisza. Powiedz tak, powiedz tak, powiedz tak...
- Ja... Raoul... ja... mogę odpowiedzieć ci trochę później?... - sądząc po głosie, Christine była bliska paniki. Tak musi wyglądać małżeńska rozmowa w obecności zamkniętego w szafie kochanka.
- Upiór, tak? - chłodny głos.
- Raoul!... Skąd ty... Jak możesz...
Dobre pytanie – skąd i ile Raoul wie o Upiorze?
- To on! Christine, powiedz mi szczerze, co między wami jest?
- On... - westchnienie. - On chyba mnie pokochał...
To wyznanie brzmiało zbyt marzycielsko jak na gust i Raoula i Amandy.
- A ty?!
- Nie krzycz Raoul, proszę! - Christine prawie się popłakała.
- Bronisz go...
- Raoul... ja kocham tylko ciebie. Ale... nie wiem jeszcze... czy chcę teraz wychodzić za mąż... Czy poczekasz... do jutra?
A jutro za niego wyjdziesz? Amanda nie mogła powstrzymać się od drobnego cynizmu.
- Chris...
- No to chociaż po premierze?... Wtedy ci odpowiem, dobrze? Przyjdź po mnie do garderoby, zaraz po występie... Dobrze?...
- No... No dobrze. - Ciężkie westchnienie. Jednak Raoul nie ma charakteru. Powinien znaleźć Upiora i zjeść go na surowo, jeśli tak mu zależy na Christine. - Chodź, odprowadzę cię... nie powinnaś chodzić nigdzie sama. Jeszcze ktoś mi ciebie porwie i co wtedy?
Amanda odskoczyła od drzwi jakby ją pogryzły i w paru susach zalazła się za rogiem.
Zupełnie prywatne zdanie Amandy brzmiało następująco: Christine powinna się zdecydować. Kocha Raoula, więc jest z Raoulem. Zresztą zwyczajnie nie opłaca się zostać z Upiorem. Raoul będzie nieszczęśliwy, bo nie będzie jej miał. Ona będzie nieszczęśliwa z powodu Raoula. A Upiór też szczęśliwy nie będzie, bo Chris go nie pokocha. Zorientuje się, jakkolwiek by nie udawała. A jeśli wyjdzie za Raoula, to nieszczęśliwy będzie tylko Upiór... No dobrze, może nie powinna tak myśleć. Ale najbardziej kuszący był jeszcze inny pomysł. Wicehrabiemu de Chagny właściwie nie bardzo wypadało poślubić śpiewaczkę, choćby i najlepszą. A skoro śpiewaczka nie powinna być żoną wicehrabiego, to i żona wicehrabiego nie powinna być śpiewaczką? Ani uczennicą różnych dziwnych zjawisk nadprzyrodzonych. W ten sposób wilk byłby syty i owca cała.
Pod wpływem nagłego impulsu, Amanda wymyśliła co dalej. Zerknęła na zegar. Jeszcze ma chwilę czasu. Zdąży. I przynajmniej nie będzie się tak denerwować przed występem.
Pobiegła w kierunku biura scenografa. On był w tej chwili za kulisami, a nigdy nie zamykał drzwi na klucz. Mawiał, że nikomu nie jest potrzebna tona papierzysk, kilka zdjęć i stare biurko. Poczekała, aż nikogo nie będzie w pobliżu i weszła. Papier, pióro, koperta... Świetnie. Od Upiora do wicehrabiego de Chagny... Christine jest twoja...
Chwilę później oddała kopertę pomocnikowi maszynisty z poleceniem, by zaniósł ją do loży wicehrabiego de Chagny. I wróciła spokojnie za kulisy.
Tuż po niej weszła Christine. Coś długo Raoul ją odprowadzał. I jakby nie miała na ustach tyle szminki ile powinna.
Premiera. Amanda stała za kulisami. Zaraz trzeba będzie wyjść na scenę. I choć śpiewała dla ludzi wielokrotnie, i choć tyle razy wychodziła na scenę na próbie, czuła, ze ma nogi jak z waty, a ręce jej drżą. Nie chodziło tylko o widownię. Z tym umiałaby sobie poradzić, zresztą lubiła jak na nią patrzyli, podziwiali. Ale Upiór. Kogo wybierze? Ją? Czy Christine? Czuła też, że coś było nie tak z nią samą. Momentami żałowała, że nie była z Christine szczera, że otworzyła okno i napisała list, ale z drugiej strony... Chris będzie z Raoulem szczęśliwa, a ona będzie szczęśliwa z Upiorem. Nie bardzo wiedziała już jak mogłaby przeżyć porażkę.
Jeszcze pięć minut i się zacznie.
Gdy kurtyna poszła w górę, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki uwertury, Amanda prawie zapomniała o nerwach. Pierwszą arię śpiewała solo. Czuła, że śpiewa pewnie, właściwie niewiele się to różniło od próby. Rozejrzała się po widowni. Raoul promieniał w swojej loży. Dobrze, przeczytał list. Jedna loża była zasłonięta. Fakt, słyszała już o loży dla Upiora. Podobno, mimo protestów Saglatta, Vermett jej nie sprzedał. Podobno sam widział Upiora wychodząc wieczorem z Opery i tak nim to wstrząsnęło, że zemdlał i spadł ze schodów. Gdyby nie sprzątaczki, mógłby sobie poleżeć tam do rana.
Saglatt z loży dyrektorów patrzył to na lożę Upiora, to na scenę. W pewnym momencie Amanda spotkała jego wzrok. Dwie czarne dziury zamiast oczu! Upiorne. Jakby wszystko wiedział. Aż zafałszowała.
Potem musiała zza kulis wysłuchać ronda, śpiewanego niewinnym, jasnym głosem Christine. Zachrypniętym w dodatku. Nie brzmiała tak pięknie jak w "Fauście". Cóż, wtedy uczył ją Upiór. I nie była przeziębiona. Teraz zapewne postanowił być sprawiedliwy i dać im nieco równiejsze szanse. Ale i tak nie jest sprawiedliwie.
Słuchając ronda, zaczęła się zastanawiać. Szkoda, żeby Christine rzuciła wszystko wychodząc za mąż. Przecież miała taki talent. Przecież... Amanda poczuła się nieswojo. Jakie to zwycięstwo, jeśli oszukała i jeśli Upiór nie będzie miał wyjścia? Czy to nie faktycznie Christine powinna...
Tercet! Trzeba wyjść na scenę. Ale czemu nie może się skoncentrować na śpiewie? Trochę za szybko zaczęła. Niby drobiazg, tylko parę osób się zorientuje. W tym Upiór. Oj nie, teraz naprawdę zafałszowała. Christine spojrzała na nią zdziwiona. Och, do diabła! Amanda zamknęła oczy, ale jeszcze raz się zająknęła. A Christine śpiewała spokojnie. Aż za spokojnie, jakby jej było wszystko jedno. Pojedynek, aż się skrzy... parodia po prostu. Tylko na wyższych nutach Chris fałszowała, bo z chorym gardłem nie była w stanie śpiewać tak wysoko. Amanda znów się spóźniła. Szlag. Ach, nie to nie, trudno... Po prostu zaśpiewa... Tercet do końca, potem jeszcze kawałek i koniec. Po prostu zaśpiewa, nie myśląc o niczym. Wygra lepsza, ale lepsza jest Christine. Szlag.
Zabili go jednak. Jeden precyzyjny strzał w głowę. I to w momencie, gdy rozmawiał z Saglattem. Ten widok, a zwłaszcza ostatnie spojrzenie Prescotta, nie zatrze mu się nigdy w pamięci.
Potem było śledztwo, długie, drobiazgowe i dokładne.
Zaprzeczył wszystkiemu, nie wydał nikogo. No bo jak mógłby coś zrobić, nie wydając siebie?
Dopiero kiedy opadła kurtyna, z oczu Amandy trysnęły łzy. Jak przez mgłę słyszała owacje, niejasno rozumiejąc, że były na stojąco, tak, jak to sobie wielokrotnie wyobrażała. Dookoła sypały się kwiaty. Pierwszy raz publiczność zareagowała tak gorąco po jej występie, ale Amanda nawet nie miała siły się nad tym zastanawiać, po prostu pomyślała: jak oni uwielbiają Christine, wspaniałą Małgorzatę...
W garderobie, po wszystkich oficjalnych i nieoficjalnych wizytach prócz dwóch najważniejszych, obie siedziały w milczeniu. Amanda przeklinała się w duchu, że nie dała z siebie wszystkiego, Christine siedziała jak na szpilkach, czekając na Raoula. Pewnie nadal nie wiedziała co mu odpowie.
Do Amandy dotarło nagle, że jeśli siedzą tu obie, to Upiór pewnie i tak się nie pojawi. Wstała i chciała wyjść na korytarz.
- Amando... - powiedziała cicho Christine. - Ja chyba odmówię Raoulowi.
Amanda odwróciła się i wyszła. Nie chciała, by Christine zobaczyła jej łzy.
Za drzwiami zderzyła się z wicehrabią.
- Och, przepraszam! - szeroko uśmiechnięty Raoul przytrzymał ją jedną ręką. Ale tak się spieszył, że niemal na nią nie spojrzał, zaraz puścił i wpadł jak burza do garderoby.
No to się porobiło. Zakładała, że i tak wygra z Chris, a ten list... takie ubezpieczenie, tak pod wpływem impulsu. Szlag.
Amanda mogłaby podsłuchiwać. Ale jakoś nie widziała w tym większego sensu. Christine wygrała, cokolwiek się nie stanie.
Z przeciwka szedł Saglatt. Amanda go zatrzymała.
- U Christine jest wicehrabia...
- Ach. Chciałem wam pogratulować - Saglatt przyglądał jej się z namysłem. - Christine, jak na swoje przeziębienie, zaśpiewała bardzo dobrze.
Amanda miała ochotę uciec. Niech on tak na nią nie patrzy.
- Ty też zaśpiewałaś dobrze, jak na swój pierwszy występ. Tercet zaczęłaś za szybko, później też pomyliłaś tempo. Trzy razy zaśpiewałaś fałszywie. Wiesz... - zawahał się, jakby chciał coś dodać, ale nie wiedział jak to powiedzieć. - Mam wrażenie, że za bardzo rywalizujesz z panną Daae. Calvieri, rywalizacja jest dobra o tyle, o ile pozwala się rozwijać. Pewnego dnia możesz odkryć, że nie jesteś najlepsza i się załamać. I co wtedy?
- A... A jaka byłam dzisiaj? - sama nie wiedziała jak jej przeszło przez gardło takie pytanie. Z miny Saglatta upewniła się, że na pewno nie powinna pytać.
- Dziś? - skrzywił się ironicznie. - Obie śpiewałyście trzy razy gorzej niż na próbach. Ale ty zaśpiewałaś lepiej niż panna Daae - dodał powoli. Czemu on tak się w nią wpatrywał? - No cóż, w takim razie z panną Daae pomówię później.
Poszedł, nareszcie. Odeszła trochę dalej i usiadła we wnęce okiennej. Tu czekała na Christine... to było tak niedawno...
Płakała ukrywszy twarz w ramionach.
Nagle drzwi się otworzyły. Niezauważona obserwowała, jak Raoul wynosi na rękach rozpromienioną Christine. Obrócił się z nią w miejscu, ona się roześmiała, pocałowali się.
- Jakie to szczęście, że on zrozumiał!... - westchnęła Christine.
Amanda cofnęła się bardziej za zasłonę żeby na pewno jej nie zobaczyli.
- Jeszcze chciałabym podziękować Amandzie...
Podziękować? Za co?
- Później najdroższa! Chodź, teraz chcę cię mieć tylko dla siebie!
Niemal pobiegł, Amanda słysząc ich radosny śmiech nie wytrzymała.
- Zaczekajcie!... - krzyknęła przez łzy. Nie słyszeli juz jej - Zaczekajcie! To nie Upiór... to ja napisałam...
Zrezygnowała. Właściwie... dlaczego miałaby im psuć to szczęście? Nie bardzo wierzyła, że Upiór może na poważnie zrobić coś Raoulowi i Christine. No dobrze, może raczej nie chciała wierzyć. Ale tak są razem i jest im dobrze. Christine prawdopodobnie zrezygnuje z opery... Więc dlaczego Amanda czuła się tak podle?
Wróciła do garderoby, stawić czoła wszelkim konsekwencjom jakie Upiór wyciągnie. Wręcz chciała, żeby ją jakoś ukarano. Nie powinna była oszukiwać. Teraz nie miało znaczenia, kto zaśpiewał lepiej. Nie zapalając światła usiadła w fotelu. Już nawet płakać nie miała siły. Było jej strasznie gorąco, ale nie chciało jej się wstawać i otwierać okna. Czuła się jakby kogoś właśnie z zimną krwią zamordowała. Christine? Upiora? Zamknęła oczy. Myśli zaczęły jej się plątać, rozpływać...
Poczuła coś chłodnego na czole. Z trudem rozkleiła powieki. Czy śni? Nad nią pochylał się mężczyzna w czerni, tylko purpurowa kamizelka odcinała się od ciemnej plamy. Spowity był w długą do ziemi, czarną pelerynę. Pół twarzy zakrywała biała jak kość maska.
W pierwszej chwili nie wiedziała co się dzieje, gdzie jest i dlaczego. W następnej przypomniała sobie aż za dobrze. Z trudem powstrzymała się by nie wybuchnąć szlochem. I nie powiedzieć mu wszystkiego. Ale się powstrzymała. Zapewne nie było osoby, której mogłaby powiedzieć wszystko.
- Amando... - odezwał się Upiór miękkim, przyjemnym głosem.
Amanda wstała, dumnie uniosła głowę. Popatrzyła mu prosto w oczy. No dalej, niech to już będzie za nią. Przegrana. Najprawdopodobniej Upiór wie o liście. Podniosła głowę i wyzywająco popatrzyła mu w oczy. No, dalej!
- Wygrałaś... - powiedział cicho Upiór i pod Amandą ugięły się nogi. Ziemia podskoczyła, ustawiła się pionowo, a czarna sylwetka znalazła się tuż przy twarzy Amandy. Dziewczyna nie mogła złapać oddechu. Pod policzkiem czuła miękki materiał. Wełna? I regularne, mocne uderzenia serca...
- Dlaczego ja?
- Chcę twój głos - pomógł jej wstać. - Pasuje do mojej muzyki.
Nie tak jak Christine... pomyślała Amanda. Znów poczuła się nieszczęśliwa i zagubiona w tym wszystkim. Upiór trzymał ja za ręce, ona opierała się mocno na jego dłoniach, tak jakby miała zaraz upaść do przodu.
- Zaśpiewaj dla mnie, Upiorze... - poprosiła cicho, ściskając jego dłonie. Może słuchając zapomni. Nic takiego się przecież nie stało. Christine jest szczęśliwa. Upiór sam ją wybrał, więc wszystko w porządku. Nic złego się nie stało... - No, śpiewaj.
Zaśpiewał. Nie wiedziała co to było, ale melodia była łagodna i ciepła, przypominała dziecięcą kołysankę. Była też króciutka, a skończywszy śpiewać, Upiór pociągnął ją za ręce.
Zapraszał ją do siebie, do swojego podziemnego królestwa. Jak w baśni.
Jedną jej dłoń puścił. Zaś drugą chwycił mocno i poprowadził Amandę, przez lustro, potem długim korytarzem, między świecznikami. Tu mogła mu się dokładniej przyjrzeć. Naprawdę był jak upiór, jak nie z tego świata. Jak książę, władca absolutny. Zły i okrutny. Cały w czerni. Ale jednocześnie romantyczny i wrażliwy. Geniusz muzyki. Ścisnęła mocniej jego rękę, żeby przekonać się czy nie śni. Płomienie świec falowały gdy przechodzili, cienie tańczyły. Wydawało się niemożliwe, że nadal byli w budynku Opery.
Wspaniałe. Amanda ani przez chwilę nie zwątpiła gdzie są, i że Upiór jest człowiekiem. A jednocześnie, i tak samo prawdziwie, tworzył miejsce gdzie się znajdowali, tworzył swój niezwykły świat, gdzie on i tylko on był władcą. Amanda poczuła jak dreszcz przebiega jej ciało. To było tak nierealne...
Długo schodzili stromymi schodami. Podziemia Opery były skomplikowanym, ciasnym labiryntem, masywne ściany przytłaczały samym widokiem, zwłaszcza przy świetle jednej tylko pochodni. Upiór rozpalił ją, gdy wyszli z oświetlonego korytarza. Schody, grubo ciosane, bez żadnych poręczy lub obudowujących je ścian, po ciemku stanowiły śmiertelną pułapkę. Dobrze, że nie musiała za pierwszym razem schodzić głębiej. W powietrzu czuć było wilgoć, zapach stęchlizny. Musieli być już bardzo głęboko. Zrobiło się zimno. Piwnice, do niczego nie wykorzystywane, przypominały raczej więzienie. Amanda przypomniała sobie szkielet, który jej się wtedy przywidział. Może to nie było przywidzenie?
Nie bała się jednak, a to co za pierwszym razem wywoływało dreszcz czy wstręt, teraz zlało się w jedno fascynujące, mroczne królestwo. W dodatku królestwo muzyki.
Upiór zatrzymał się na ostatnim stopniu. Niżej był niewielki kamienny balkon, omywany stojącą, czarną wodą. Płomienie rzucały czerwony blask. Do balkonu przycumowana była niewielka, drewniana łódka. Upiór ostrożnie wszedł na pokład i rozpalił latarnię na dziobie, dzięki czemu pochodnia nie była już potrzebna. Następnie chwyciwszy Amandę w talii, lekko postawił obok siebie.
- Usiądź – powiedział biorąc długi, ciężki drąg. Stojąc za nią kierował ruchem łódki.
Nie płynęli długo. Czarna woda z oświetlonego pojedynczymi latarniami korytarza, wylewała się do owalnego jeziora. Na brzegu majaczyły jakieś dziwne kształty. Upiór popłynął właśnie tam. Łódka zgrzytnęła o brzeg, Upiór wyskoczył i, tak jak poprzednio, delikatnie przeniósł ją nad burtą. W tym geście, jak i w fakcie, że przez całą drogę trzymał ją za rękę, było coś... wzruszającego? Kontrast między milczącym, czarnym Upiorem, jakby czarnoksiężnikiem czy duchem, a takimi ludzkimi gestami, wynikającymi z uprzejmości, czy po prostu praktycznymi.
Amanda podeszła kilka kroków naprzód, rozglądając się z fascynacją. Znajdowała się w ogromnej jaskini. Otaczały ją przedziwne kształty, jakby stado baśniowych bestii zastygło wpatrzonych w obcą postać. Poszła krok dalej. Nie wiadomo skąd wyłoniła się przed nią ciemna sylwetka.
Krzyknęła lekko, zaskoczona. Mężczyzna objął ją ramieniem i w milczeniu poprowadził dalej.
Upiór rozpalał po drodze świece i Amanda mogła przyjrzeć się dziwnym kształtom. Stare dekoracje, kotary, kolumny, kryształy... Kojarzyło się to przede wszystkim z magazynem rekwizytów. Rozstawione wszędzie świece dawały ciepły, czerwony blask, płomienie tańczyły, cienie zmieniały już rozpoznane rzeczy z powrotem w bestie, tym razem żywe. Upiór doszedł do organów, wielkich, pięknych, oświetlonych dwoma złotymi lichtarzami. Skąd te organy się tu znalazły, Amanda nie umiała sobie wytłumaczyć. Upiór usiadł i zaczął grać. Zdjął już płaszcz, a trójkątne rogi koszuli mocno odcinały się od czerni stroju.
Wszystko było snem, bardzo pięknym, niezwykłą baśnią. A najbardziej niezwykły był mroczny gospodarz, z jedną stroną twarzy zasłoniętą, a drugą nieruchomą jak maska. Stanęła za nim, nie mogła się powstrzymać by nie położyć mu rąk na ramiona. Wyprostował się i lekko otrząsnął, dając do zrozumienia, żeby zabrała dłonie.
Dotknęła dłonią jego maski i poczuła jak zadrżał.
- Nie zdejmę - uspokoiła go. - Po co?
Upiór zaczął śpiewać duet... duet... Znała ten utwór uczyła się go kiedyś, dawno. Jak dawno...
Ale weszła gładko, nie wiedziała jak to się stało, ale choć dawno nie śpiewany, sam pojawiał się w pamięci. Wszystkie niemieckie słowa, które tak trudno było nieraz zapamiętać, teraz układały się jedno po drugim. Nie myślała już co śpiewa, znalazła się w transie, nie myślała o muzyce tylko ją czuła, całą sobą. Nigdy jeszcze tak nie śpiewała.
Aria skończyła się, Upiór zakończył akompaniament.
Cudowne... Tylko... Dlaczego pieśń była o rozstaniu? Skąd ten smutek w głosie Upiora? Lepiej nie odpowiadać na te pytania. Zresztą jakie to ma znaczenie. Nie chodziło o samego Upiora, tylko o jego muzykę, o jego geniusz, artyzm. Ale przecież on grał pożegnalną pieśń... dla Christine. Czy ona ma być tylko czymś w zamian za Chris?... Nie, nie. Nie będzie o tym myśleć. Jak już tu jest, jak ma nauczyciela, to wykorzysta okazję...
Cisza i w końcu w ciszy głos Upiora.
- Słyszałem wszystkie twoje próby. Ale naprawdę śpiewałaś tylko dwa razy, tydzień temu, gdy mnie przekonywałaś i przed chwilą.
Zanim Amanda zdążyła pomyśleć i coś odpowiedzieć, Upiór odezwał się znowu.
- Czas wracać. Na pewno cię szukają.
Upiór pożegnał się z Amandą w garderobie i wrócił do Groty. Wydała mu się strasznie pusta. Pozwolił Christine być z Raoulem, ale czy naprawdę to było to, co powinien był zrobić? Chciał w tej chwili jechać do... domu Raoula i Christine, i siłą ją zabrać. Ale czy Christine, taka dobra i jasna istota, ma marnować życie dla jakiegoś Upiora?
Ale czy on ma zawsze marnować swoje życie?
Nie, nie zmarnuje życia. Jego życiem była muzyka. Opera. Amanda śpiewa lepiej niż Christine.
Co z tego, skoro Amanda nie jest i nie będzie Christine...
Nie. Nie ma już Christine. Została tylko muzyka. A Amanda do jego muzyki pasuje idealnie. Pomijając kwestie techniczne, Christine była zbyt niewinna, żeby śpiewać to, co on stworzył. Wprawdzie nikt prócz niego nie zaśpiewa idealnie, ale on nie mógł śpiewać na scenie, a Amanda mogła. Lepiej niż Christine.
Cóż, uczucie do Christine mogło teraz udoskonalić jego muzykę... Żeby być artystą, trzeba poznać wszystkie uczucia.
Również smutek, którego w żaden sposób nie da się przepędzić ani oszukać. Zdjął maskę i wytarł oczy.
