Rozdział III

See why in shadow I hide

Look at your face in the mirror

I am there inside...

"The Phanthom of the Opera" Andrew Lloyd Webber


Trzy miesiące później Saglatt z dumą wchodził do swojej Opery. Swojej jak swojej... chociaż de facto odwalał też dużo roboty naczelnego. Nie miał też nic przeciwko tytułowi Naczelnej Wredoty Operowej. Wyjawiła mu to kiedyś Calvieri i pilnie obserwowała jak zareaguje. No cóż, przecież nie muszą go kochać. Prawdę mówiąc dopiero to byłoby niepokojące

Kątem oka spostrzegł, jak Pierre Fermet niemal staje na baczność na jego widok. No i dobrze.

- Dzień dobry, panie Saglatt - przywitał go miły, kobiecy głos.

- Witam, Calvieri - skinął głową. - Za pół godziny w moim gabinecie. - Zastanowił się. Może nie powinien już zwracać się do niej tak bezceremonialnie, tym bardziej że i do Carlotty mówił "madame". A Amanda powoli wypracowywała sobie wysoką pozycję wśród artystów Opery.

- Panie Saglatt! - rozległ się krzyk Vermetta. Co za znerwicowany człowiek, pomyślał dyrektor muzyczny z niesmakiem i podążył w kierunku naczelnego, wychylonego zza drzwi gabinetu.

- Tak, dyrektorze?

- Wejdź, wejdź... dostałem list!

- O. Od Upiora, tak?

- Tak!

- Spokojnie...

Vermett otarł czoło chustką.

- Jak mam być spokojny? Przeczytaj.

- Upiór żąda pieniędzy? - Saglatt uśmiechnął się krzywo. - Ano tak... minął kwartał. I nawet instrukcja jest jak zapłacić. No, no...

- Osiemdziesiąt tysięcy franków! - Dyrektor opadł bezwładnie na krzesło. - I to dzisiaj!

- Dyrektorze, bez takich dramatów...

Nie jesteśmy na scenie.

- ...coś się wymyśli - dokończył.

- Co takiego? Masz jakiś pomysł, Saglatt?

Nie, nie miał żadnego.

- Nie boi się pan dyrektorze? - spytał złośliwie. - Przecież jak Upiór się zdenerwuje, to znów będzie nawiedzał Operę. Straszył ludzi wieczorami. Na schodach...

- No cóż, jako dyrektor muszę dawać przykład...

Skąpstwa chyba.

- No dobrze. Wymyślę coś. A poza tym nadal jestem przeciwny zostawianiu loży dla Upiora.

- Hm, przemyślę to...

- Możemy sami usiąść w tej loży...

- Tak, tak... zobaczymy. No dobrze. Idź myśleć, Saglatt.

- Oczywiście.

Bo dla ciebie to za trudne, Vermett.

Upiór napisał żeby pieniądze położyć w zaklejonej kopercie w loży numer pięć, podczas dzisiejszego przedstawienia. Na stoliku przy wejściu.

No cóż, mamy czas.

Na razie umówił się z Calvieri na próbę. Od jakiegoś czasu cała Opera żyła perspektywą wystawienia "Czarodziejskiego fletu" Mozarta, ulubionego dzieła wielkiego kompozytora. Perełka wśród perełek, każda chwila muzyki genialna. Szczególnie partie Królowej Nocy. Która to rola, przydzielona z konieczności Calvieri, jest najbardziej popisowa ze wszystkich. Gdyby to zależało od Saglatta, na afiszach byłoby w tej chwili coś znacznie prostszego. Ale nie: Upiór sobie wymyślił, a Vermett się wystraszył, Daae wyszła za mąż i opuściła Operę, a Carlotta wprawdzie została, ale Upiór zażyczył sobie Calvieri. Amanda musiała mocno starać się, żeby sprostać wymaganiom. Z początku radziła sobie ze wszystkim zadziwiająco dobrze. Słuchał jej z wielką przyjemnością, choć prędzej odgryzłby sobie język niż tak gorąco skomplementował śpiewaczkę. Jakąkolwiek. A zwłaszcza, że domyślał się od kogo ona to umie. Tylko że stopniowo stawała się coraz bardziej roztargniona i zagubiona. Wyglądało na to, że problem nie dotyczy jej umiejętności, ale czegoś poza tym. Dlatego Saglatt miał po prostu nadzieję, że Calvieri da sobie radę, cokolwiek się dzieje. Za nic w świecie nie chciałby być zmuszony do wtrącania się w osobiste sprawy dziewczyny.


- Calvieri. Amando. Gwiazdo Opery Paryskiej. Madame. Co to niby miało być, co?

Saglatt popatrzył znad klawiatury na swoją główną diwę. Zaprosił ją do swojego gabinetu, by w spokoju doszlifować kilka niewielkich szczegółów. A tu coś takiego!

Diwa popatrzyła na niego. Pustym, brązowym wzrokiem.

- Calvieri! - Dyrektor obrócił się do śpiewaczki. - Dlaczego brzmisz dzisiaj jak głodny wilk? Tak smętnego wycia nie słyszałem już dawno.

Amandę chyba na moment zatkało.

- Nie rozumiem o co panu chodzi – zaprotestowała. - Coś nie tak jest z pana słuchem, nie z moim głosem.

- A ja jednak uważam, że to ty, moja miła, nie potrafisz śpiewać - wyjaśnił spokojnie Saglatt. Nie obraził się jeszcze, bo wtedy na pewno by się nie dogadali. Ale miał ochotę. Oj, i to jaką. Jeszcze tego brakowało, żeby Calvieri upodobniła się do Carlotty. Nie, już wolałby do końca życia pracować w tym pomarańczowym gabinecie. Ale spokojnie, zezłości się jak już będzie po wszystkim i będzie pewien, że Calvieri nie zmarnuje wszystkich włożonych w "Czarodziejski flet" wysiłków.

- Ja nie... Śpiewać?

- No nie. Nie dziś w każdym razie. O co chodzi? - popatrzył na nią uważnie.

- O nic.

- No, no, mamy zły dzień? Od jakiegoś czasu opuszczasz się. – Cóż, może i powinien był wcześniej zareagować. Ale nigdy nie było tak żle jak dziś. A już tak się cieszył. Zanim ogrom tragedii dotarł z całą siłą do jego umysłu, podjął wątek. - Zupełnie nie zwracasz uwagi na to co śpiewasz. Jeszcze raz to samo i chcę usłyszeć coś więcej niż żałobne zawodzenie. Słucham.

Amanda nabrała powietrza i zaczęła od początku.

- Nie, to nie ma sensu - Saglatt przestał grać i wstał. - Nie starasz się. Wcale.

- Och, może Christine starałaby się bardziej - wzruszyła ramionami Amanda.

- Christine nie ma nic do tego. - Nienawidził takich pedagogicznych rozmów. - Calvieri, nie wtrącałem się zbytnio w twoje przygotowania. Wiem, kto cię uczy i byłem z tego zadowolony. Ale chciałbym wiedzieć co się stało.

- Nic się nie stało. Nie umiem śpiewać. I nikt mnie nie uczy, tylko pan.

Saglatt poczuł jak wyparowują z niego resztki cierpliwości. W zawrotnym tempie.

- Chcesz powiedzieć, że zostałaś primadonną, erste Sängerin - tu Amanda otrząsnęła się dziwnie - i nie wiadomo co tam jeszcze, dostałaś rolę wymarzoną przez wszystkie śpiewaczki, bardzo trudną, dawałaś sobie z nią radę znakomicie, aż pewnego dnia, dokładnie dwa cholerne dni przed premierą, uznałaś, że jednak nie umiesz śpiewać i w związku z tym postanowiłaś zmarnować wysiłek nas wszystkich? Czy ty sobie ze mnie żartujesz? A może to nowa sztuczka Upiora?

- Jakiego Upiora? - zapytała zimno, mrużąc oczy.

- Nie wiem! - Uniósł w górę ręce. - Przecież nie ma nikogo takiego jak Upiór, Upiór nie umie śpiewać i wcale ciebie nie uczy.

- Dokładnie. Więc nie rozumiem pana słów.

- Ach, tak? No dobrze. Calvieri, pojutrze premiera. Nie wiem skąd wymyśliłaś, że nie umiesz śpiewać, ponieważ umiesz. Inaczej by cię tu nie było, a na pewno nie w tej roli. Na dziś koniec. Następnym razem chciałbym żebyś śpiewała jak człowiek. Jutro, o ósmej rano dokładnie.

Odwróciła się i w jednej chwili znalazła przy drzwiach.

- Zaczekaj, Calvieri - powiedział cicho Saglatt. - Co to za maniery? Chyba nie Upiór cię tak nauczył?

Widział, że jest wściekła. No cóż, szlachectwo zobowiązuje.

- Do widzenia panu - powiedziała szybko.

- Do widzenia - odpowiedział spokojnie.

Trzasnęła drzwiami wychodząc. Saglatt pokręcił głową. Już wolał problemy z Upiorem i pieniędzmi. Tym bardziej, że nie on był za pieniądze Opery odpowiedzialny.


Amanda szła korytarzem. Bolała ją głowa. Pogoda za oknem doprowadzała do szału. Mocne, oślepiające słońce, a jednocześnie zimno jak trzy cholery. I kałuże, jak lusterka odbijające promienie słoneczne. Jedyne na co miała ochotę, to zaszyć się w jakiś ciemny kąt. Wydawało jej się, że wszyscy dookoła patrzą jakoś tak niesympatycznie. Tak jakby wiedzieli, że nie umie śpiewać. Nie no, to jest już jakaś paranoja.

Zanim przyjechała do Opery, cieszyła się śpiewem jak niczym innym. I miała marzenia, w których śpiewała coraz lepiej i lepiej. Niekoniecznie najlepiej. Jakoś nie myślała wtedy o konkurencji, tylko o własnym śpiewie. Li i jedynie. A odkąd zaczęła śpiewać w Operze, mimo że technicznie była coraz lepsza i mimo że uczył ją genialny człowiek, śpiewanie przestało ją bawić. Było po prostu ciężką pracą, którą starała się wykonywać jak najlepiej. I miała wyniki. Ale nic poza tym. A ostatnio nawet i tego nie było. Po prostu znienawidziła śpiew.

Zorientowała się, że zupełnie odruchowo doszła do garderoby. Teraz jej własnej, ale dawniej była to garderoba Christine. Cóż, skoro już tu była... Usiadła w fotelu i czekała. Dziś miała mieć jeszcze jedną próbę, z Upiorem. On też ostatnimi czasy patrzył na nią jakoś dziwnie i poprawiał co chwila.

Po dwóch godzinach się doczekała. Upiór przyszedł i powiewając peleryną, bez słowa zaprowadził korytarzem do przystani, a potem popłynęli łodzią do Groty.

- Zaczniemy od arii "Der Halle Rache" - Upiór usiadł przy organach. Tylko kilka świeczek płonęło, oświetlając klawiaturę, wszystko inne spowijał gęsty mrok. Zaczynała rozumieć jakim luksusem jest odpoczynek w takim miejscu, wyciszenie się, z dala od tych wszystkich...

Aria „Der Halle Rache". Fuj. To samo co u Saglatta.

Zaśpiewała. Upiór skończył grać i popatrzył na nią podejrzliwie.

- Amando?...

- Tak, wiem, nie umiem śpiewać - zirytowała się Amanda. - Tak, brzmię jak głodny wilk i cmentarne zawodzenie. Nie, nie potrafię nic z tym zrobić. Czy coś jeszcze?

- Tak - powiedział z wahaniem Upiór. - Mogłabyś mi wyjaśnić dlaczego tak jest.

- Nie mogłabym.

I co z tego, że zachowuje się jak dzieciak? Usiadła obok Upiora, ale tyłem do niego. Cholera... już mam dość, pomyślała. Co mam mu powiedzieć? Że wybacz, uczysz mnie bo trochę oszukałam, ale tak w sumie to powinieneś uczyć Christine? A ja nie chcę być tylko zamiast niej? I tak naprawdę to nie umiem śpiewać? Kiedyś umiałam, ale teraz to znienawidziłam? I że właściwie to już tak od jakiegoś czasu, tylko wy faceci jesteście głusi i ślepi, i muszę mieć porządną depresję, żebyście coś zauważyli? I nie, nie wiem dlaczego mam depresję. Może dlatego, że ostatnio ciągle robisz jakieś aluzje do Christine, nieważne czy świadomie, a mnie nie pozwalasz się ani słówkiem o niej zająknąć!...

- Nie płacz, Amando...

Szlag, skąd wie, że płaczę jak siedzę tyłem do niego?

I rozpłakała się na głos. No cóż, to chyba ostatnia próba z Upiorem. Dłużej nie będzie tego ciągnąć...

Upiór delikatnie otoczył ją ramionami.

Przytulaj sobie Christine...

- Co się dzieje? - powiedział jej do ucha.

- Nic. To znaczy, nie mogę ci powiedzieć - znalazła chusteczkę i wytarła nos.

- Pojutrze jest premiera. Chciałbym żebyś...

- Przestań! Premiera, premiera, jak premiera jest najważniejsza, to sam zaśpiewaj jako Królowa Nocy!

Błąd. Wyobraźnia podsunęła jej wizję Upiora w sukni Królowej i Amanda musiała walczyć ze śmiechem. Straciła przez to wątek.

- Amando - powiedział szybko Upiór. - Mi możesz powiedzieć...

- Nie... nie zrozumiesz... - zaprzeczyła byle jak. Zmrużył oczy. Chyba zraniła go tym bardziej niż myślała.

- Może i nie - westchnął. - Dobrze. Nie ćwiczmy dzisiaj tego. Odpocznij i jutro zaśpiewasz...

Boże! Drugi Saglatt! A o której mam śpiewać, o ósmej rano?

- Mogę tu zostać? Na noc?

Nie miała ochoty wracać do Opery. Tam i tak z nikim nie pogada. Saglattowi też najlepiej nie wchodzić w drogę. Naczelna Wredota Operowa, jak to pasuje...

Upiór się zgodził. Zawsze się zgadzał, jakby mu było wszystko jedno. No i pewnie było.

Zostawił ją w Grocie samą i gdzieś odpłynął.

Kiedy wrócił, ona schowała się za zasłonki dużego łoża. Ciekawe, jak on je tutaj przytargał? Słuchała jak gra, jeszcze bardzo, bardzo długo, zanim nie zasnęła. No cóż, w sumie zabrała mu miejsce, niech gra, skoro i tak nie ma się gdzie położyć spać...


Na dzisiejszym przedstawieniu, konkretnie na gościnnym występie baletu sztrasburskiego, Saglatt postanowił zabawić się w detektywa.

Loża numer pięć powinna być zarezerwowana dla Upiora. Dlatego sam tam usiadł. Z przodu. Patrzenie na kopertę na stoliku przy drzwiach nie było dobrym pomysłem, jeśli chciał złapać złodzieja. Należało zrobić to z zaskoczenia.

Co jakiś czas zerkał przez ramię do tyłu, ale koperta leżała sobie niewinnie. Żadnych hałasów nie usłyszał. Wprawdzie grała muzyka, ale otwierane drzwi musi usłyszeć, tak czy tak. A jak nie usłyszeć, to poczuć. W ręku trzymał cienką żyłkę, której drugi koniec przykleił do drzwi.

Przedstawienie się skończyło. Koperta leżała spokojnie. Nieco rozczarowany, podniósł ją i wyszedł.


Po przedstawieniu dyrektor Vermett wydawał małe przyjęcie dla sztrasburskich gości. Zaproszeni byli również najważniejsi artyści Opery Paryskiej i na Saglatta spadł obowiązek informowania wszystkich o hm, chorobie primadonny Amandy Calvieri. W duchu klął na czym świat stoi, zastanawiając się gdzie Amandę wcięło. Pojutrze premiera!

Przyszła Carlotta. Wystrojona artystka Saglattowi przypominała wyjątkowo kiczowatą ozdobę na choinkę. Te czerwienie, pomarańcze, brokaty...

- Panie Saglatt! - Carlotta przysunęła się do niego bliżej. Sądząc po minie, musiała już sporo wypić. - Nie jesteśmy na próbie, tylko na przyjęciu. Pan wciąż taki zasępiony - roześmiała się głośno.

- Madame, proszę mi wybaczyć zły humor, próby wciąż są zbyt męczące. Byłoby lepiej, gdyby co poniektórzy bardziej się postarali.

Carlotta syknęła z oburzeniem. Diabli chcieli, że w tym momencie podszedł Moncharmin. Jak zwykle napuszony i wystrojony, poprzedzany przez swój kwadratowy podbródek.

- Chyba monsieur le directeur nie powiedział pani niczego przykrego?

- Ach – Carlotta zrobiła płaczliwą minkę i przyłożyła dłoń do skroni. - Ja już się przyzwyczaiłam...

Dyrektor artystyczny ujął ją za rękę.

- Panie Saglatt, widzę, że niewiele wystarczy, by tracił pan panowanie nad sobą? Tylko jeden kieliszek, prawda?

- Proszę uważać – powiedział cicho Saglatt. - Bo wkrótce może mieć pan wobec mnie dług i to honorowy.

- Pan proponuje pojedynek? - Moncharminowi zrzedła nieco mina, ale wciąż bezczelnie się uśmiechał. - Nie wiem, czy po tym kieliszku trafiłby pan we własną głowę.

- Monsieur, chce się pan przekonać?

- Ach, nie, skądże – dyrektor artystyczny nadał głosowi lekki ton, jakby mówił o najbłahszej sprawie. Nie ukrył jednak lekkiego drżenia. - To co... toast na przeprosiny?

Saglatt poczerwieniał, a potem zbladł.

- No dobrze, dobrze – mruknął Moncharmin. - Madame Carlotta, może przedstawię panią dyrektorowi baletu...

- Już byłam... - zaczęła Carlotta, nie pojąwszy w czy rzecz. Więcej Saglatt nie usłyszał, bo po prostu wyszedł z sali.


Wszystko się w nim gotowało, kiedy wsiadał do dorożki. Drań!

Nie, nie, spokojnie. To ciasny, ograniczony człowiek. Nawet gdyby chciał, co było zresztą niemożliwe, nie zrozumiałby nic.

Saglatt zsunął się nieco na siedzeniu, żeby mieć oparcie pod głową. Obok niego przesuwały się światełka domów, sklepów, latarni...

I kogo on chce oszukać? Nienawidził Moncharmina, bo jego słowa przypominały mu jak bardzo znienawidził siebie.

Cóż za dramatyzm...

Ale tamto się skończyło. Zresztą czego się miał spodziewać? Że powitają go z otwartymi ramionami? Przecież wiadomo, że człowieka ocenia się po stroju i stanie portfela. Talent to dla większości sprawa drugorzędna.

Zacisnął pięść i uderzył z całej siły w siedzenie. Jak to powiedział Moncharmin? Toast na przeprosiny?


Była siódma czterdzieści pięć rano. Saglatt siedział w swoim ogniście pomarańczowym gabinecie i nie śmiał otworzyć oczu. Miał wrażenie, że gdyby to zrobił, czaszka pękłaby mu na pół.

Migrena. Dobrze, że nie kac. Otrząsnął się, jakby zobaczył coś wyjątkowo oślizgłego. A Moncharmin oczywiście siedzi w domu i pewnie słodko śpi! Ugh. A niektórzy mają w tym czasie próby. Próby. Szlag. Saglatt jęknął głucho. Jak Amanda nic z tym nie zrobi, to... Całą noc śniły mu się koszmary w postaci Carlotty, porośniętej pomarańczowo-czarnym pierzem i wyjącej jak szyszymora. Jak syrena strażacka. Jak upiór. I Moncharmin, który rechotał, przemykając gdzieś w tle. A potem pojawiło się całe stado takich Carlott, które zaczęły tańczyć dookoła niego, wciąż wyjąc. I dopiero to było straszne. Obudził się o piątej rano, na podłodze.

Ktoś zapukał. O wiele za głośno.

- Proszę - mruknął. W ogóle nie wyobrażał sobie jak mógłby teraz grać i słuchać Calvieri, zwłaszcza takiej.

- Dzień dobry, panie dyrektorze.

To ona. Ratunku.

- Proszę, Calvieri - Saglatt usiadł przy pianinie. - Widzę, że co najmniej pół nocy ćwiczyłaś - dodał widząc zapuchnięte oczy Amandy. - To miło. Ale ćwiczyć otwierania buzi już nie musisz.

Amanda nie mogła się jednak powstrzymać i ziewnęła jeszcze raz.

- Możemy zaczynać - oznajmiła sucho.

- Aria "Der Halle Rache", proszę.

Zaśpiewała. Saglatt zamknął oczy, bo klawisze podstępnie zamieniały się miejscami.

- Wiesz... gdybym nie słyszał jak śpiewasz wcześniej... - Saglatt westchnął przesadnie.

- Och, tak, wiem, nie umiem - Amanda poszła w kierunku drzwi.

- Dokąd to? - dyrektor uniósł brwi. - Wracaj natychmiast. Będziemy ćwiczyć aż nie usłyszę choćby ludzkich tonów. Z boskich muszę chyba zrezygnować.

Amanda zrobiła minę pod tytułem "dlaczego wszyscy są dla mnie tacy złośliwi". Śpiewała raz za razem, aż nie rozbolała ją głowa i gardło.

Saglatt bardzo wymownie zamknął oczy i oparł czoło o pianino.

- Idź kobieto, nich cię tu nie widzę. Nie wiem co się dzieje i pewnie się nie dowiem, ale dopóki czegoś z tym nie zrobisz, masz wolne. Rozumiesz?

- A co... z rolą? - zapytała Amanda słabym głosem.

- Nie ma ludzi niezastąpionych. Na razie nasza diwa zachorowała. Ale nie wiadomo czy nie złoży rezygnacji z mniej lub bardziej określonych powodów.

Amandzie zadrżały usta.

- Czyli... no dobrze - powiedziała jak najbardziej obojętnie. - Do widzenia panu.

Saglatt nic nie odpowiedział ani nawet nie podniósł głowy. Amanda wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.

Musiałem oszaleć, pomyślał przerażony. Przecież teraz albo Carlotta, albo odwołujemy przedstawienie. A Vermett nie zechce odwołać przedstawienia. A Carlotta grała już kiedyś tę rolę.

Pomyślał, że jego koszmar właśnie zaczyna się sprawdzać.


- Możesz to powtórzyć? - Upiór wpatrywał się w nią płonącym wzrokiem.

- Straciłam rolę - powiedziała Amanda bez cienia emocji. - I uważam, że tak jest najlepiej, bo nie potrafię jej zaśpiewać.

- Aha - Upiór usiadł przy organach i zaczął grać jakąś szaloną melodię, szybką, gwałtowną, słychać w niej było krzyk ludzi, stukot kopyt, trzask ognia. Uspokoiwszy się przestał i odwrócił do Amandy.

- Nie wiem jak to wymyśliłaś, ale nie zamierzam na to pozwolić. Chodź tu bliżej, Amando. Popatrz mi w oczy.

Ociągając się nieco, Amanda podeszła.

- No i? - zapytała możliwie beztrosko.

- Gdzie się podziało to, co słyszałem, gdy błagałaś mnie, bym cię uczył? - Amanda skrzywiła się na słowo "błagać". - Słyszałem głos, który mógł moją muzykę, bezcielesną jak upiór, przyjąć i dać jej życie. Tak było jeszcze niedawno - mówił łagodnie jak do dziecka. - A potem spadek po prostej. O co chodzi? Dlaczego płaczesz? Amando...

Amanda bezradnie, obiema rękami wycierała oczy, właśnie jak małe bezradne dziecko.

- Ja nie mogę ci powiedzieć... - wychlipała słabo. - Ja się postaram, obiecuję... ale ty nie wiesz... ja wcale nie umiem śpiewać tak dobrze jak myślisz.

- Mogę sam o tym zdecydować? - zapytał spokojnie Upiór. - Zaśpiewasz dziś swoją rolę - Amanda nie zdobyła się na protest. Najwyżej zaśpiewa i wypadnie beznadziejnie. Wtedy przynajmniej Upiór przekona się, że to ona ma rację. - Odpocznij Amando. Możesz zostać tu jeśli chcesz, albo mogę cię odwieźć do Opery.

- Odwieź mnie... chcę być sama.

Bez słowa wstał i zaprowadził ja do łódki, pomógł wsiąść. Amanda widziała i doceniała, jak bardzo delikatny i czuły stara się być. Już myślała, że zrobi jej awanturę, wścieknie się, nawet ją pobije... Ale nic nie mogła poradzić, że przez to jeszcze bardziej chciało jej się płakać.


Jeszcze tego samego dnia, cała Opera huczała od plotek. Genialna Amanda straciła rolę! Wielki powrót Carlotty! Carlotta puszyła się jak paw.

Ale co z Calvieri? Kłótnia z dyrektorem? Straciła głos? Śmiertelnie chora? Okazało się, że przez cały czas oszukiwała i tak naprawdę nie umie śpiewać?

Kiedy ta ostatnia plotka doszła do Amandy, najpiękniejszy wazon, z wodą i kwiatami wyfrunął za okno. Tak, to prawda, ale takie bezlitosne podsumowanie, przez tych idiotów... Ale nie tylko ona była wściekła. Gniew ogarnął również monsieur Saglatta. Otóż Upiór śmiał do niego napisać najbardziej bezczelny list, jaki w całym długim życiu zdarzyło mu się otrzymać.


"Monsieur Saglatt,

doszły do mnie słuchy, że ktoś odebrał rolę pannie Calvieri. Nie chcę nawet wiedzieć kto to był, gdyż niewątpliwie straciłbym cały szacunek do osoby tak krótkowzrocznej i bezmyślnej. Jeśli Amanda nie zaśpiewa jutro partii Królowej Nocy, będę zmuszony podjąć działania, które przewrócą do góry nogami całą Operę. I proszę potraktować moje słowa poważnie. Bez Amandy jutrzejszy "Czarodziejski flet" zostanie wystawiony w sali przeklętej.

Z ukłonami, pański niezadowolony sługa, Upiór Opery

P.S. Pieniądze proszę zostawić według wcześniejszej instrukcji podczas premiery. Nie radzę próbować żadnych sztuczek."

Madame Giri poinformowała Amandę, że pan Saglatt niezwłocznie życzy sobie z nią rozmawiać. Amanda jęknęła głośno i przewróciła teatralnie oczami, ale posłusznie poszła.

- Świat się przewraca! - mruknęła wchodząc bez pukania.

- Amando - rzekł zimno Saglatt. - Być może twój Upiór nie ma drzwi i nie umie z nich korzystać, ale tu obowiązują dobre maniery. Co się robi przed wejściem?

- Nie wiem. Upiór mnie nie nauczył - odgryzła się bez zastanowienia śpiewaczka.

- Puka się. Puka. Więc powiadasz, Upiór cię uczy? Właśnie o tym chciałem porozmawiać. Usiądź.

- Co? - Amanda wystraszyła się. - Wcale mnie nie uczy!

- Ale otrzymałem właśnie niezbyt uprzejmy list dotyczący twojego występu dziś wieczór. Pragnę zaznaczyć, że nie pozwolę ci śpiewać.

- Dlaczego?

- Bo to ja, a nie Upiór, jestem dyrektorem muzycznym - powiedział Saglatt kwaśno.

- No i dobrze - westchnęła Amanda. - Ja wcale nie chcę.

- A! - powiedział Saglatt i było to bardzo wymowne "a". - Wiec mam współodpowiedzialnego za wszystkie ewentualne zbrodnie, jakie Upiór popełni.

- Słucham? - zapytała tępo Amanda.

- Upiór grozi mi podjęciem, cytuję, "działań, które przewrócą do góry nogami całą Operę". No i dobrze. Może wywrócą ja na właściwe miejsce. Ale jako człowiek ostrożny, wolałbym jakoś się zabezpieczyć. Liczyłem, że pomożesz mi zapewnić bezpieczeństwo podczas spektaklu i w Operze ogólnie. W końcu nie chcemy... wypadków.

- Nie. Nie chcemy. Ale ja nic nie wiem i nie wiem jak miałabym pomóc. Przepraszam, dyrektorze. Jestem zmęczona i chciałabym się położyć.

- Ach... No cóż, nie zatrzymuję. Ale gdybyś chciała...

- Tak, wiem. Zawsze mogę przyjść.

- Dokładnie - uśmiechnął się Saglatt. - Im szybciej tym lepiej.

Ale Amanda nie przyszła wcale.

- Jeszcze jedno - Saglatt zatrzymał ją, choć podniosła się z miejsca. - Pomyślałem, że chętnie obejrzałabyś przedstawienie, nie mogąc w nim grać. Obejrzymy je we dwoje w loży numer pięć. I to nie jest tylko zaproszenie.

- Rozumiem... - powiedziała powoli i wyszła.


W sali przeklętej, tez coś. Saglatt wprowadził Amandę do loży numer pięć. Kopertę z pieniędzmi położył na stoliczku. Ale tym razem przywiązał ją do stolika cienką, prawie niewidoczną, długą nitką.

Usiedli na miejscach.

- Skąd ten smutek, madame? Przecież nikt nie zmusza cię do śpiewania - ale Amanda odwróciła się bez słowa.

Orkiestra zaczęła grać uwerturę. Jakie to piękne. Tylko dlaczego śpiewać musi ta Carlotta? Ta myśl kompletnie zepsuła Saglattowi humor i wiedział, że premiera i tak mu się nie spodoba.

Piangi jako książę Tamino... Saglatt westchnął. Facet jest za gruby do takich ról, a poza tym i tak nie prezentuje jakiegoś wspaniałego poziomu. Ostatnio w ogóle nikt takiego czegoś nie prezentuje. Trzeba się postarać o jeszcze jednego tenora.

Tak... Tamino zaatakowany przez węża na terytorium Królowej Nocy, uratowany przez damy dworu Królowej. Potem damy biegną do swojej pani, by donieść jej o pojawieniu się... młodzieńca. Co widać i słychać.

Zaraz... czy ostatnia dama nie potknęła się wychodząc za kulisy? Czy raczej... wyglądało jakby się poślizgnęła. Nie, to chyba przywidzenie...

Budzący się Tamino widzi nad sobą Papagena, ptasznika Królowej, spryciarza i tchórza. Saglatt oderwał oczy od dam i spojrzał na księcia i... niemal nie krzyknął z wrażenia. Musiał mieć dziwną minę, bo Amanda spojrzała pytająco.

Fakt, kostium Papagena jest cały obszyty piórami. Ale dlaczego czerwonymi?! Przez to wyglądał jak ta cholerna Carlotta ze snu!

- Der Vogelfiinger bin ich ja... - Papageno wmawia Taminowi, ze to on go uratował. Trzy damy dworu wracają... o do jasnego... czemu tylko dwie? Saglatt zaczął się zastanawiać, czy nie iść za kulisy i nie skontrolować sytuacji, ale przecież nie będzie robił paniki. Jeśli faktycznie ostatnia dama się potknęła i skręciła nogę, to są tam ludzie, którzy się nią zajmą, a na scenie... powiedzmy, że się bez niej obejdą.

Tymczasem dwie damy zakładają kłódkę na usta kłamczucha Papageny, a potem pokazują Taminowi portret Paminy, córki Królowej Nocy. Ach, do tej roli świetna byłaby Christine. Cóż, Meg Giri radzi sobie wystarczająco. Jeszcze jakieś pięć lat pracy i może zaśpiewa jak Daae...

Zaraz zjawi się Królowa... Jest. Carlotta dumnie wyszła na scenę. Saglatt usłyszał lekki szmer rozczarowania wśród publiczności. Carlotta musiała jednak usłyszeć szmer zachwytu, bo uśmiechnęła się w zamierzeniu wdzięcznie i zaczęła swoją partię:

- O zittre nicht... - Królowa, w zamian za rękę Paminy, każe Taminowi i Papagenowi, uratować księżniczkę z rąk złego czarnoksiężnika Sarastry.

Nie, tego się nie da słuchać... Miejsce Carlotty jest na deskach kabaretu, nie w Operze. Popatrzył na Amandę.

Amanda spojrzała na niego zimno, potem uniosła lornetkę i już więcej nie odrywała oczu od sceny. Saglatt patrzył na nią nadal, ciekawe, kiedy się speszy... Nie doczekał się, za to Amanda nagle zamrugała ze zdziwieniem i uśmiechnęła się złośliwie. Szybko spojrzał na scenę.

Suknia Carlotty pękła w pasie i spódnica powoli oddzielała się od reszty. Jeszcze chwila i spadnie. Saglattowi zrobiło się słabo na tę myśl. Amanda parsknęła śmiechem.

- Ucisz się, dziewczyno i oglądaj - zgrzytnął wybiegając z loży. W dwie minuty był za kulisami, powitany oszołomionymi spojrzeniami artystów i personelu. Wszyscy jak urzeczeni wpatrywali się w stój Królowej Nocy. Tamino kończył właśnie zgadzać się na uratowanie księżniczki, a damy zaraz podarują mu czarodziejski flet. Zaraz spadnie kurtyna i sytuacja będzie uratowana. Carlotta nie czuła chyba, że coś jest nie tak. Suknia była ciężka i miała wiele warstw, można było nie poczuć. Ale jak cała ta kolorowa warstwa spadnie... Ale jeszcze moment i kurtyna.

Zdąży? Zrobiło mu się gorąco. Nie zdąży...

- O do jasnego groma... Kurtyna! - syknął do maszynistów. - Kurtyna! - powtórzył głośno. - W tej chwili!

Zrozumieli i na szczęście nie zadawali głupich pytań.

W momencie gdy Tamino brał flet, kurtyna spadła. Cóż, nie było źle, stracili tylko wskazówki którędy do Sarastra i wręczenie Papagenowi czarodziejskich dzwonków.

Gdy wrócił do loży, w oczach Amandy dostrzegł coś na kształt uznania. Opadł na fotel i zaczął się zastanawiać co jeszcze go dzisiaj czeka. Upiór chyba nie poprzestanie na tym?

- Spadło właśnie z sufitu - Amanda podała mu kopertę z lakową czaszką.

Wziął i spokojnie rozpakował.

"No, to teraz mnie zdenerwowałeś. Strzeżcie się!"

No ładnie.

Odsłona druga udała się nadzwyczaj dobrze. Tamino i Papageno wykradli murzynowi Monostatosowi księżniczkę. Czyżby Upiór nie miał więcej sztuczek? Czy też jest to cisza przed burzą?

Ale i odsłona trzecia się udała. Tamino, Pamina i Papageno poznali Sarastra, który okazał się być postacią pozytywną, wbrew słowom Królowej. Sarastro zapowiedział, że Tamino, aby zdobyć Paminę, musi przejść przez szereg prób...

Przerwa przed aktem drugim. Saglatt nie zamierzał wychodzić z loży: primo nie chciał rozmawiać z nikim o sukni Carlotty, a zwłaszcza z gośćmi. Secundo, nie mógłby zostawić koperty z pieniędzmi.

Koperty... Żadnej koperty już nie było!

Saglatt podbiegł do stolika. I zaśmiał się nieprzyjemnie. Nitka była przecięta. Upiór zwyczajnie wszedł tu podczas jego nieobecności, zabrał pieniądze i wręczył Calvieri list.

Akt drugi. Carlotta zaśpiewa znowu w trzeciej odsłonie i zapewne wtedy należy się spodziewać największych atrakcji.

W czasie gdy Tamino i Pamina przechodzili mężnie przez swoje próby, Saglatt siedział jak na szpilkach, próbując wymyśleć co może się nie udać i udając że nie widzi rozpaczliwych spojrzeń Vermetta z loży po przeciwnej stronie sali. To jest plus loży numer pięć - żadnych głupców w pobliżu. Vermett machał czymś białym, prawdopodobnie listem od Upiora. Dla świętego spokoju Saglatt pokazał mu swój list.

Między odsłoną pierwszą i drugą Saglatt uprzedził maszynistów, żeby mieli oczy szeroko otwarte i uważali, zwłaszcza będąc nad sceną. Ostrzegł też kilkoro rozsądniejszych osób spośród artystów, głównie mężczyzn. Kobiety, szczególnie małe baletniczki i chórzystki gotowe były wpaść w panikę i zepsuć całe przedstawienie, a nawet odmówić wejścia na scenę!

- Josephie Bouquet - zwrócił się Saglatt do głównego maszynisty. - Polegam na panu. To nie są żarty, ktoś usiłuje zepsuć przedstawienie. O wszystkim proszę mnie informować, siedzę w loży numer pięć.

Odsłona trzecia. Murzyn skrada się ku śpiącej Paminie chcąc ją pocałować. Wchodzi Królowa Nocy i wypłasza go. Saglatt zauważył, że drżą mu ręce. Zacisnął je na oparciach fotela i przybrał najbardziej obojętny wyraz twarzy jaki mógł. Amanda drżała lekko i wychylała się mocno nad balustradką.

Carlotta otworzyła usta, by rozpocząć arię "Der Halle Rache", w której nakazuje Paminie zabicie dobrego kapłana.

Carlotta powiodła oczyma po widowni. Rozpierała ją duma, oto znów jest wielką diwą, we wspaniałej roli... Nabrała powietrza.

Nie zaśpiewała. Z jej ust wydobył się... żabi rechot, skrzek, niepodobny do ludzkiej mowy. Zapadła cisza, słychać było tylko bicia serc i nierówny oddech Carlotty. Królowa Nocy spróbowała jeszcze raz.

Żabi skrzek. I pierwsze chichoty na widowni. Za chwilę będzie się śmiała cała sala.

- Idziemy - Saglatt chwycił Amandę za rękę i niemal siłą wyciągnął z loży. Pobiegli za kulisy, cudem nie łamiąc nóg na schodach. Tam zostawił Amandę. - Kurtyna! - rzucił mechanikom. Kątem oka widział, wychodząc z loży, że Vermett chyba zemdlał. I na kogo spadła czarna i niewdzięczna robota odkręcenia całego zamieszania?

- Cholera - mruknął do siebie. - Carlotta, za kulisy, oddaj strój Amandzie.

Carlotta, płacząc, posłusznie pobiegła.

Saglatt wyszedł przed widownię.

- Szanowni państwo - powiedział z kamienną twarzą. - Niezmiernie nam przykro, madame Carlotta niestety ciężko choruje... Prosimy państwa o wyrozumiałość. - Urwał na chwilę. Przez widownię przebiegł niepewny szmer. Wziął głęboki oddech. - To właśnie z tego powodu madame Carlotta nie pojawiała się od dawna na scenie w dłuższych i bardziej wyczerpujących rolach. Mieliśmy nadzieję, że doszła już do siebie na tyle by nam zaśpiewać, ale niestety, najwyraźniej czeka ją jeszcze długa kuracja. Natomiast w roli Królowej Nocy wystąpi Amanda Calvieri. Prosimy o chwilę cierpliwości...

Na sali rozległy się oklaski, wobec czego Saglatt ukłonił się i znikł za kurtyną. Za kulisy wpadł jak wściekły tajfun.

- Calvieri, gotowa? No to jazda na scenę i postaraj się. Dla Opery - zgrzytnął zębami. Wystraszona Amanda pomknęła jak na skrzydłach. Miała tylko kostium, scenicznego makijażu i fryzury nie zdążyli zrobić. Nieważne. Kurtyna w górę.

Carlotty nie było widać. Była za to madame Giri.

- Co robiła Carlotta między swoimi wystąpieniami, madame?

- Była albo tu, albo u siebie w garderobie...

- Piła coś? Jadła?

- Nie widziałam. Ale oczywiście mogła.

- Co robiła przed wyjściem na scenę? Mówiła coś? Słyszeliście jej głos?

- Tak, mówiła... różne głupoty, ale głos miała czysty i normalny. - Madame zastanowiła się. - Nie mam pojęcia jak to się mogło stać. Jeśli zrobił to Upiór...

- Tak, zrobił to Upiór! - wrzasnął Saglatt, po czym, przypomniawszy sobie, że mógł być słyszany na scenie, a nawet poza nią, ciągnął ciszej. - Madame, nie życzę sobie robienia z Upiora jakiegoś bohatera albo zjawiska nadprzyrodzonego. To człowiek z krwi i kości, i musi istnieć fizyczny sposób w jaki zrobił to, co zrobił. A pani powinna mi pomóc go znaleźć! A to? - nagle jego wzrok padł na buteleczkę specyfiku jaki rozpylają sobie do gardła śpiewacy przed występem.

- Amanda tego używała?

- Nie, nie zdążyła. Ledwo ubrała kostium, już ją pan wyrzucił na scenę.

- I bardzo dobrze - powąchał ostrożnie. - Prawdopodobnie tym posłużył się Upiór. Zatrzymam to.

Amanda śpiewała już arię. Saglatt czym prędzej schował buteleczkę do kieszeni, żeby jej w złości nie uszkodzić. Matko, Calvieri, postaraj się bardziej! Amanda śpiewała tak, jakby zupełnie nie obchodziło jej to, co śpiewa. Nie że psuła na złość komuś, ale zupełnie bez entuzjazmu. Powiedzmy - na poziomie Carlotty. A publiczność przywykła już do lepszych jej występów. I nie tylko publiczność.

- Panie dyrektorze! Ktoś jest nad sceną! - To jeden z maszynistów stał przy prowadzących na górę schodach. - Monsieur Bouquet widział czarną postać.

- Madame, proszę tu wszystkiego pilnować. - Saglatt pobiegł w kierunku schodów. Podążając za maszynistą, szybko znalazł się nad sceną, wśród pajęczyny lin podnoszących i opuszczających dekorację. Tu panował półmrok i światło z dołu ze sceny wręcz raziło. Ktoś zjawił się nagle za nim.

- Bouquet? Co się dzieje?

- Ktoś stał tam po przeciwnej stronie. I nie wydawało mi się to. Przypuszczalnie, gdybym tam nie pobiegł, jakieś dekoracje leżałyby właśnie na scenie. Albo worki z piaskiem. I może nawet nie na scenie, a na kimś.

- Wyobrażam sobie - mruknął Saglatt. - Ilu masz maszynistów do pomocy?

- Trzech.

- W każdym rogu jeden człowiek i jeden pośrodku. Ty, Bouquet, staniesz pośrodku, ja pójdę w tamten róg, gdzie widziałeś cień.

- Tak jest - Bouquet wołał swoich chłopców, a Saglatt wąskim drewnianym mostkiem przechodził nad sceną. Spojrzał w dół. Jakoś nigdy nie myślał, że to aż tak wysoko... Amandy nie było już na scenie. Odsłona chyba szósta, bo Meg-Pamina próbuje się zabić sztyletem. Saglatt znieruchomiał. Na rękach dziewczyny zobaczył czerwień, Meg krzyknęła histerycznie. Co u diabła, czyżby to nie był rekwizyt? Jak zahipnotyzowany patrzył co dalej. Na szczęście krew płynęła ze skaleczonych rąk, nie z przebitej piersi. Saglatt powstrzymał się od wyobrażenia sobie takiej sceny, bo chyba by spadł z wrażenia. Meg dzielnie kończyła scenę, trzymając nóż przez suknię. Trzej chłopcy ratują ją od samobójstwa. A może i od morderstwa. Uspokojony Saglatt dotarł do swojego rogu. Nie widział nic alarmującego, ani tu, ani chwała Bogu na scenie. Odsłona siódma minęła spokojnie. Ósma też, choć gdy Tamino chciał się powiesić z rozpaczy, że Pamina rzekomo go nie kocha, wyobraźnia Saglatta zaczęła produkować sporo ciekawych możliwości wypadków. Głównie z użyciem lin i worków z piaskiem.

Na scenę weszła Amanda, ze swoim wybrakowanym dworem dwóch panien i murzynem. Trzeba się dowiedzieć co z małą Jammes, trzecią damą. Amandzie chyba Upiór nie zrobi krzywdy?

Nagle usłyszał szelest. Odwróciwszy się, zobaczył czarną sylwetkę w długim do ziemi płaszczu. Stała przy wyjściu na schody, po tej samej stronie sceny, po której był teraz on. Pół twarzy była dziwnie jasna, jak naga kość.

Nie namyślając się wiele, ruszył za zjawiskiem. Upiór, powiewając płaszczem, wyszedł na schody. Kiedy Saglatt dopadł do drzwi, już nie był w stanie powiedzieć gdzie dalej. Z tyłu dobiegł do niego Bouquet i drugi maszynista.

- Bouquet, schodami w górę. Ty - zwrócił się do drugiego maszynisty - sprawdź, czy tu wszystko w porządku, ja biegnę na dół.

Zbiegł aż do piwnic, ale nic nie zauważył. Nie skręcał w żadne drzwi, bo zwyczajnie było ich za dużo. Zresztą nie sądził, żeby Upiór chciał bawić się w chowanego w normalnych pomieszczeniach, gdzie zawsze istniało ryzyko zobaczenia przez kogoś obcego. No tak, ale do podziemi Saglatt już iść nie chciał. To był labirynt, którego on nie znał prawie wcale, a Upiór prawdopodobnie świetnie. Nie warto nadstawiać karku. Ale co to? Kartka przylepiona na ścianie? Zerwał ją, przeczytał i zgniótł wściekle. Ale nie wyrzucił, tylko schował do kieszeni.

"To tylko początek, jeśli Amanda nie będzie śpiewać. Dziś wam się udało, ale przedstawienie wybitnie mi się nie podobało. No i ta loża... Wyrazy Szacunku, Upiór Opery" Litery były równe, pismo ozdobne. Widać Upiór miał list wcześniej przygotowany. Ale bez pieczęci? Może pisane podczas przedstawienia.

Wrócił na górę. Bouquet nie znalazł nic, drugi maszynista także nic. Saglatt zdążył akurat, żeby zobaczyć koniec, pokłony artystów i oklaski. Nie na stojąco bynajmniej.

- Jutro od rana zrobisz tu kompletny przegląd, Bouquet. Nie możemy ryzykować. Przez dwadzieścia cztery godziny ktoś musi tego pilnować. Jasne? Na razie wy na zmianę, przez całą noc. Potem dostaniecie pomoc. W czasie każdego przedstawienia jesteście tu wszyscy i macie oczy szeroko otwarte.

- Tak jest, panie dyrektorze - mruknął niedźwiedzim głosem Bouquet i skinął głową.

Saglatt zszedł na dół. Pierwszą rzeczą jak zobaczył, była Carlotta krzycząca na Amandę.

- To ty to zrobiłaś, nie myśl, że nie wiem! - rozmazany od łez i roztarty rękami makijaż stworzył na twarzy Carlotty zagadkowe wzory, głos wciąż był groteskowo ochrypnięty, a wściekle różowy szlafrok dopełniał obrazu. Amanda stała nieruchomo, patrząc na awanturującą się artystkę zimno, z pogardą.

- Nie zrobiłam tego, więc nie wygłupiaj się! - powiedziała wreszcie. - Ja nie oszukuję!

Czy to złudzenie, czy uciekła wzrokiem gdzieś w bok? Tak, wyraźnie nie patrzy na Carlottę. W tym momencie spojrzała wprost na niego i zrobiła zaskoczoną minę. I już patrzyła na Carlottę.

- Ach nie?! A skąd mam to wiedzieć?! To Upiór dał ci rolę Herz, więc pewnie jesteś z nim w zmowie!

Saglatt zauważył, że Amanda zadrżała.

- Dość tego, moje panie - wtrącił się. - Calvieri... proszę iść do mojego gabinetu i tam na mnie zaczekać. Madame Carlotta, proszę ze mną do pani garderoby. Czy widział już panią lekarz?

Carlotta ponownie zalała się łzami i zaczęła się słaniać na nogach. Trzęsąc się ze złości, Saglatt musiał poprowadzić ją pod rękę.

- Widział, jest u mnie w garderobie...

Dyrektor muzyczny pokręcił głową w zdumieniu. Gruby głos Carlotty brzmiał doprawdy niezwykle. Oj, żeby ta bajeczka dla publiczności się nie sprawdziła...

Ale lekarz potwierdził tylko wersję o zatruciu. Uspokoił, że wszystko za jakiś czas minie i ucieszył się z buteleczki. Obiecał ją zbadać. Saglatt zostawił rozhisteryzowaną Carlottę pod jego opieką, objechawszy go wpierw, że wypuścił ją samą za kulisy. Teraz należałoby chyba zobaczyć się z Vermettem. Albo nie, później, teraz z Amandą.

Na schodach zatrzymał go jednak naczelny.

- Saglatt... to straszne, ja nie wiem co robić! - Vermett wpatrywał się w niego rozszerzonymi przerażeniem oczami.

- Porozmawiamy później, dyrektorze. Na razie sytuacja jest pod kontrolą. Proszę wracać do domu, odpocząć, jutro spotkajmy się o... dziesiątej w pana gabinecie. Omówimy wtedy wszystko.

Vermett spojrzał na niego jak na anioła i zbawcę. Saglatt nabrał dziwnej ochoty, żeby zrzucić go z tych śliczniutkich schodów. Krwi na czerwonym dywanie nie będzie widać.

- Cóż wobec tego dobranoc, panie Vermett. Mam dziś jeszcze coś do załatwienia.

- Do jutra, Saglatt... czyli mogę z czystym sumieniem iść już do domu?

- Tak! - warknął Saglatt. Zreflektował się widząc zdumione spojrzenie Vermetta. - Przepraszam, dyrektorze, jestem zmęczony. Proszę iść i o nic się nie martwić. Do widzenia.

Niech idzie, nie będzie się plątał pod nogami.

Amanda stała pod drzwiami gabinetu. Prawda, przecież to on miał klucz. Zapomniał. Niby drobiazg, ale bardzo go zirytował. Otworzył szybko drzwi i wpuścił ją do środka.

Spokojnie, powtarzał sobie w myśli. Już nie trzeba się spieszyć. Teraz wręcz przeciwnie, trzeba powoli i delikatnie.

Otworzył usta, ale nic nie powiedział. Nie. Jeszcze chwila i nakrzyczałby na nią, że beznadziejnie śpiewała, a nie o to chodzi.

Usiadł za biurkiem i ręką wskazał jej fotel naprzeciwko.

- Amando - powiedział spokojnie. - Wybacz mi bezpośredniość. Jeżeli się mylę, to z góry przepraszam. - Calvieri kiwnęła nieznacznie głową. - Odnoszę wrażenie, że masz nie całkiem czyste sumienie. Nie przerywaj. Nie będę pytał o co chodzi, chyba, że chcesz mi to powiedzieć, czego się raczej nie spodziewam. Chciałem tylko cię ostrzec: jeśli nic z tym nie zrobisz, to wkrótce zrezygnujesz ze śpiewania w ogóle. - Drgnęła i popatrzyła na niego, między brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. - Nie jest jeszcze za późno, jeśli jesteś odważna, powinnaś coś z tym zrobić. Szkoda byłoby rezygnować, prawda?

Diabli wiedzą, czy nie jest za późno, ale tego przecież nie powie...

Nieznaczne kiwnięcie głową.

- Skąd pan... Przecież nic pan...

- Nie trzeba nic widzieć na własne oczy - Saglatt ułożył się wygodniej w fotelu. Najtrudniejsze chyba już za nim. W dodatku okazało się, że intuicja go nie zawiodła. - Zresztą, czy dla ciebie ma w tej chwili jakieś znaczenie, że ktoś widział? Tak czy inaczej, to ty czujesz się podle. Wszyscy inni mogą cię na rękach nosić i stopy twoje całować, ale to ty wiesz czy jesteś fair wobec wszystkich. Siebie nie oszukasz, więc radziłbym jak najszybciej wziąć się do roboty. To wszystko, Calvieri.

Boże święty, co on gada i to na trzeźwo! W życiu by się nie spodziewał, że wygłosi kiedyś takie moralizatorskie kazanie.

- Nie powie pan nic na temat dzisiejszego występu? - Calvieri spróbowała być pewna siebie. Usłyszał nutkę złośliwości. Nawet uśmiechnęła się paskudnie.

- A co takiego chcesz usłyszeć, kobieto? Zostaw mnie w spokoju, miałem dziś dość atrakcji, żeby jeszcze komentować przedstawienie. I nie próbuj być złośliwa, bo to niepoważne. Myślałem, że jesteś doroślejsza.

Może nie do końca tak myślał, ale chyba podziałało. Amanda podniosła się i życząc mu dobrej nocy, wyszła.

Dobrej nocy, faktycznie... jeszcze musi dojechać do domu. Calvieri mieszka na miejscu, w ładnych trzech pokojach, specjalnie dla niej wyremontowanych. A on musi się telepać z jednego końca miasta na drugi. Przy czym na jednym końcu rezyduje w najbardziej psychicznym pomieszczeniu w całym budynku, za sprawą idealnie dobranego koloru ścian. Może on też powinien zrezygnować z powodu zdrowia?


Prescott śnił mu się co noc. Patrzył na niego, tak jak tamtego dnia, a potem zaczynał się śmiać.

Wreszcie Antoine nie wytrzymał. Poszedł na policję, opowiedział wszystko.

Zamknęli go razem z innymi. Oszustwa, wyłudzenie, krzywoprzysięstwo.

Ale trup już mu się nie śnił.


Amanda resztką sił dotoczyła się do swojej sypialni. Ale wiedziała, że nie zaśnie dopóki czegoś nie zrobi. Teraz, jak najszybciej, bo jutro może być już za późno. To znaczy, może się rozmyślić i znów wpaść w depresję. Teraz wszystko wydaje się łatwiejsze. Wzięła papier, pióro, kopertę...