Rozdział V

Wystarczy: zamknę oczy

Choć na chwilę, choć na dwie

A tamten dom otwartym oknem woła mnie...

„Już widziane" Wolna Grupa Bukowina


Po początkowych trudnościach, sukces „Czarodziejskiego fletu" był tak oszałamiający, że Calvieri niemal nie mogła opędzić się od adoratorów. Obdarowywana słodkościami, kwiatami, nawet biżuterią, widząc wokół siebie same zachwycone uśmiechy, kwitła. Saglatt zauważył, że zrobiła się bardziej kobieca, nabrała wdzięku. I dobrze, na scenie prezentowała się wspaniale, poza sceną również, przyciągała jak magnes męską część arystokracji paryskiej.

Tak, nie ma to jak dobra reklama.

Byle nie przesadzić. Niby nie jego sprawa, a nie życzył sobie, żeby Calvieri flirtowała bez umiaru ze wszystkimi po kolei.


Amanda jak na skrzydłach biegła korytarzami Opery. Rześki wiatr gwizdał za oknem, a Paryż spłukiwał z siebie kurz w strugach zimnego deszczu. Roześmiana, biegła do swojej garderoby. Umówiła się z Upiorem na pierwszą próbę nowej opery. Saglatt zdecydował, że wystawią „Don Giovanniego". Amanda dostała rolę Elviry i nie martwiła się o nic. Po prostu – znów będzie się wspaniale bawić śpiewając. Nawet ciężko pracując na próbach będzie się doskonale bawić. A próby miały trwać długo, premiera przewidziana była dopiero około świąt Bożego Narodzenia.


Próba jak próba. Teraz na próbach z Upiorem już było dobrze. Amanda śpiewała lekko, rozkoszując się każdym słowem. W ten sam sposób zegarmistrz pochyla się nad każdym maleńkim trybikiem, malarz nad smugą farby, naukowiec nad probówka, poeta nad wierszem, rzeźbiarz, stolarz, wszyscy. Przecież wszystko mogło być i było sztuką.

Amanda śpiewając krążyła po Grocie, jakby była na scenie, raz po raz znikając w mroku, potem znów podchodząc do światła kilku świec, które oświetlały Upiorowi partyturę „Don Giovanniego". Aczkolwiek Upiór nie wydawał się jej potrzebować - grał melodię z aktu drugiego, patrząc w okolice odsłony trzeciej pierwszego.

Amanda była tak szczęśliwa i pochłonięta śpiewem, że dopiero po pewnym czasie dotarło do niej, że Upiór pomylił się grając.

Zastanowiła się. Nie, niemożliwe, może to ja się pomyliłam?

Ale raz wybita z rytmu, zaczęła wreszcie zwracać uwagę na to, co się dzieje dookoła niej. Spostrzegła, że Upiór jest dziś jakiś dziwny. Blady, mocno pochylony nad klawiaturą i chyba znowu pomylił się grając. Nie chyba, na pewno. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło, nie ważne czy grał z partyturą czy bez niej. A teraz jakby klawisze uciekały mu spod palców. Czarne dłonie zwykle pewnie i szybko, a jednocześnie czule i delikatnie, uderzały w klawisze. Dlaczego teraz gra jak pijany?

Nie widziałam go kilka dni, pomyślała, czy coś się przez ten czas stało?

Podeszła bliżej, popatrzyła na nieosłoniętą przez maskę połowę twarzy. Przebiegł ją dreszcz. Co za straszny, morderczy wzrok. Przynajmniej patrzy przed siebie.

Przypomniała sobie, niby bez związku, tamten wieczór, gdy ćwiczyli „Czarodziejski flet". Upiór kazał jej wtedy iść spać, nagle, bez powodu. I chyba też był taki blady. O ile dałoby się cokolwiek w tych ciemnościach zauważyć.

Amanda zaniepokoiła się. Może przerwać, zapytać czy wszystko w porządku? Ale może jej się tylko wydaje? A z drugiej strony, każde pytanie prawdopodobnie tylko go zirytuje. Może jakoś samo mu przejdzie? A może naprawdę jej się tylko wydaje? Poza tym złościła ją cała sytuacja, nie lubiła martwienia się o kogokolwiek, ale obiecała sobie, że będzie delikatna. W końcu kiedyś musi się tego nauczyć.

No nic, na razie śpiewała.

Nie no, przecież on zaraz zemdleje, jest prawie tak biały jak jego maska! Stanęła za nim. Jak padnie, to przynajmniej nie rozbije się o kamienie. Niby cały czas grał, ale kto go tam wie...


Saglatt sztywno stanął na miejscu dyrygenta. Obracał batutę w palcach. Ile to czasu minęło odkąd ostatni raz dyrygował?

I czy nie zawiedzie go pamięć? „Don Giovanniego" już od dawna znał niemal w dwie strony, ale i tak całą noc spędził na przypominaniu sobie partytury. Ach, stare dobre czasy, zamknąć się na cztery dni w mieszkaniu i wchłonąć wszystkie nuty. Dyrygowanie ze ściągą zdarzało mu się jedynie w konserwatorium.

Orkiestra ustawiła się w końcu. Nie poganiał ich, bo sam przyszedł za wcześnie. Ale musiał na nowo oswoić się z dyrygowaniem.

Koniec końców – udało się. Odrobił połowę strat. Tą łatwiejszą i jedyną możliwą do odrobienia...

Uniósł pałeczkę.


Pierwsza sceniczna próba „Don Giovanniego", z orkiestrą i wszystkimi śpiewakami.

Amanda weszła na scenę z pewną tremą. Pierwszy raz dyrygować miał Saglatt. Maestro Saglatt, dziwne, nigdy dotąd tak o nim nie myślała. Był dyrektorem, nauczycielem, kompozytorem nawet, nietoperzem, wredotą, podporą pogrążonej w chaosie Opery... ale Maestro? Słyszała już fantastyczne recenzje wystawiane Saglattowi, poczynając od panny Kornelii, poprzez madame Giri na świeżo emerytowanym Maestro Leroux skończywszy. I była ciekawa.

Stanęła na środku sceny, dokładnie naprzeciw miejsca Maestra. Amandzie nagle bardzo spodobało się słowo „Maestro". Pasowało do Saglatta sto razy bardziej niż „dyrektorze".Orkiestra gotowa. Saglatt, w zwykłym czarnym żakiecie, energicznym krokiem wchodzi na podium. Unosi batutę.

Na moment Amanda złapała płomienne spojrzenie czarnych oczu. Orkiestra zaczęła grać. Gdzie tam staremu Lerouxowi do czegoś takiego! Ta muzyka wydawała się nie pochodzić z kilkudziesięciu jakże różnych instrumentów orkiestry, ale z jakiegoś jednego boskiego narzędzia. Amanda z radością włączyła się w to niezwykłe zjawisko. Przy Maestro Leroux nigdy nie zdarzyło się, żeby wszystko było tak spójne, tak idealnie do siebie pasowało. Saglatt dyrygował oszczędnymi, ale pełnymi energii i elegancji ruchami.

Na scenę weszła Carlotta.

Carlotta grała donnę Annę. Amanda wiedziała, że Saglatt długo i wytrwale ją uczy. Nie było chyba osoby, która by nie wiedziała - Carlotta każdemu, dokładnie i dobitnie, tłumaczyła jak wredny, nieludzki, uparty, niewdzięczny i wymagający jest ten stary, wyleniały nietoperz.

Może, ale śpiewała dużo lepiej. Amanda nie słyszała Carlotty od czasów pamiętnego żabiego skrzeku. Saglatt musiał wyrzucić prawdziwą Carlottę za okno, jak jej kiedyś groził na próbie, i znaleźć na to miejsce idealną kopię. Może siostra bliźniaczka?

Amanda niemal spóźniła się ze swoim śpiewem.

Ale przyczyna jej rozproszenia była jeszcze inna. Wysoka, zamaskowana i czarna jak chmura gradowa. Mdlejąca. A potem wyżywająca się na Bogu ducha winnych ludziach, którzy przypadkiem chcieli pomóc. Naprawdę, momentami miała wrażenie, że to nie Upiór ją uczy, ale jakiś rozkapryszony dzieciak bawiący się w groźnego potwora. Na samo wspomnienie czuła jak wszystko się w niej gotuje.

- ...co też panią tak zajmuje. Bardzo jestem ciekawy.

- E? Co? - ocknęła się z zamyślenia. - Maestro, pan coś mówił?...

Spróbowała się niewinnie uśmiechnąć, ale palący, ironiczny wzrok Saglatta skutecznie jej to uniemożliwiał.

- Wyrażałem jedynie nadzieję, że dowiem się o czym tak śnisz na jawie, Calvieri. Ale chyba moje marzenia się nie spełnią.

- Ja... - Nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć, ale zezłościła się jeszcze bardziej. Incydent z Uiorem zdenerwował ją bardziej niż chciała się przyznać i ostatnim czego teraz potrzebowała były wymagania i upomnienia Saglatta. - Maestro, przepraszam, chciałabym... wrócić do siebie. - Zabrzmiało to nieprzyjemnie płaczliwie, ale co tam.

- Po próbie, Calvieri – odparł zimno Saglatt. - Nie jesteś tu jedyną artystką.

Wzięła głęboki oddech. Musi wywalczyć chwilę spokoju.

- Nalegam, Maestro – Zeszła ze sceny i podeszła do niego.

- Chyba ci coś powiedziałem, Calvieri. Po. Próbie.

Odwrócił się do orkiestry.

- Maestro, to nie są żadne fochy. Muszę wyjść z próby. Teraz. Proszę o pozwolenie.

Cisza.

- Proszę o wybaczenie, Maestro. Wychodzę.

I wyszła.

Nic nie powiedział. No dobrze, pewnie jeszcze nasłucha się od niego. Zauważyła, że trzęsą jej się trochę kolana i było bardzo gorąco.

A więc?

Właściwie miała wolne do końca dnia. Chyba po prostu wyjdzie z Opery i pójdzie przed siebie.

Przejrzała się w lustrze. Odkąd zaczęła pracować w Operze ubierała się staranniej. Wcześniej nie zwracała tak szczególnej uwagi na to co nosi. Teraz patrzyła na siebie z niekłamaną przyjemnością. Fioletowa, marszczona suknia ze złotymi wykończeniami. Wysokie buciki. Włosy upięte starannie. Mały kapelusik, prawdziwe dzieło sztuki.

Będąc w chórze nie mogłaby sobie na to pozwolić. Ale dzięki jej gaży, tata solidnie podbudował rodzinne finanse i mogła wydać więcej pieniędzy na własne przyjemności. Przyjemnością było już to, że sama te pieniądze zarobiła.

Wzięła parasolkę, płaszcz i wyszła z Opery na deszcz. Jak pięknie było na dworze, rześko, świeżo! Bez porównania oczywiście z domem. Ach, znaleźć się w domu, u taty, jechać z nim na konną przejażdżkę, właśnie teraz, w deszczu! Musi wybrać się do ojca jak najszybciej. Po „Don Giovannim" poprosi Saglatta, znaczy Vermetta, o urlop. A może wcześniej dałoby się zaprosić ojca tu, do siebie? Na gwiazdkę na przykład. Ech, Upiór pewnie byłby zazdrosny.


W Operze odbywało się znowuż jakieś uroczyste przyjęcie. Gubiła się już w tych wszystkich przyjęciach. Ale jako primadonna została oczywiście zaproszona.

Ostatni rzut okiem w lustro. Ciepła, kremowa suknia i delikatny, perłowy makijaż. Dobrze. Poprawiła włosy. Fryzjer stracił dużo czasu na ułożenie ich w wymyślny kok i dwa równe loki okalające twarz. Ale Amanda była dumna z efektu.

Kwadrans później była przedstawiana śmietance towarzyskiej miasta. Wiele osób znała już jako stałych bywalców Opery, choćby hrabiego Philippe'a de Chagny, nawiasem mówiąc, brata Raoula. Philippe był dwadzieścia lat starszy od brata i, zdaniem Amandy, dwadzieścia razy zabawniejszy.

Amandę otoczył już wianuszek młodych wielbicieli... opery, kiedy jak spod ziemi wyrósł Saglatt i jeszcze jeden jegomość. Amanda zakrztusiła się i niemal wylała zawartość kieliszka na suknię.

O matko, jakie oni robili wrażenie!

Saglatt jak Saglatt, czarny i ponury, już się przyzwyczaiła. Ale w towarzystwie tego drugiego... Ten drugi był starszym, chudym dżentelmenem, z łysiejącymi skroniami, nosem jak dom i chmurą płomiennie rudych włosów okalających głowę. Patrząc na tę parę, Amanda mimowolnie wyobrażała sobie ponure zamczysko i nietoperze uciekające z pożaru. Miała ochotę dyskretnie się wycofać. Może to przez wściekłą minę Saglatta - Maestro cierpiał na dziwną alergię na kolor pomarańczowy.

- Mademoiselle Calvieri, czy poświęci nam pani chwilę czasu?

- Oczywiście, Maestro – uśmiechnęła się automatycznie Amanda. Grupkę wielbicieli jakby zdmuchnęło, bo z jakiegoś powodu panicznie bali się Saglatta. Dobrze, że nie znają Upiora. Chociaż trudno powiedzieć, który upiorniejszy.

- Chciałbym przedstawić pana Maurice Caffio, wybitnego włoskiego naukowca, profesora na Uniwersytecie w Bolonii – dyrektor sztywno skinął głową w stronę rudego. - Profesor słyszał cię w roli Królowej Nocy...

- Byłem oczarowany, mademoiselle Calvieri! Oczarowany! - wykrzyknął dziarsko Caffio. - Gdyby zechciała panienka poświęcić mi chwilę rozmowy, byłbym najszczęśliwszym z ludzi... - szarmancko podał Amandzie ramię.

- Cała przyjemność po mojej stronie – zaśmiała się Amanda.

Co się ze mną dzieje, pomyślała, śmieję się już odruchowo. Czy to nie wygląda głupio?

Przez chwilę rozmawiali o operze, a potem profesor zaczął się chwalić czym się zajmuje. Anatomią. A jak raz wpadł w rytm wyładu tak nie mógł przestać. Amanda mogła tylko potakiwać.

Wreszcie była tak skołowana, że pomyślała: profesor jest lekarzem. Może zapytać o Upiora? Ale szybko odrzuciła ten pomysł jako kompletnie bzdurny. Niby co miałaby powiedzieć?

Ale może jednak, jakoś dyskretnie... Tylko że nie miała pojęcia jak to zrobić. A co gorsza - jednak spróbowała.

Rezultat był opłakany. Pomyślała, że nigdy w zyciu nie było jej tak głupio.

Jedyną dobrą stroną całej sytuacji było to, że Caffio szybko się pożegnał. Zaś Amanda włożyła najbardziej uśmiechniętą maskę i ruszyła na środek sali. To gdzie ci moi wielbiciele?

Nie było wielbicieli. Był Saglatt.

- Calvieri, coś ty powiedziała profesorowi? - zapytał podejrzliwie. Twarz miał nieodgadnioną, to znaczy skrzywioną jak zawsze.

- Nic, Maestro...

- Calvieri, nie denerwuj mnie. Uśmiechy zostaw dla swojego stadka baranów. Profesor właśnie pogratulował mi artystów o szerokich zainteresowaniach i idiotycznych fochach, grożących utratą życia, chyba, że całość jest jakąś sprytną farsą. A potem wyszedł z przyjęcia i tyle widziano naszego nowego sponsora. Myślałem, że nauczyłaś się już nieco kultury.

No nie... Amanda najbardziej chciałaby zapomnieć, a Saglatt oczywiście musiał się przyczepić.

- Świetnie, Maestro, skoro ustaliliśmy, że nie znam czegoś takiego jak kultura, to proszę mi wybaczyć, bo jestem zmęczona, boli mnie głowa i zamierzam stąd sobie pójść, żeby nie wypłaszać panu więcej sponsorów!

Tak. I wypłakać się na spokojnie u siebie.


Po długich wahaniach Amanda zdecydowała się jednak zapytać lekarza operowego. Choć prawdę mówiąc sama nie wierzyła, że coś z tego wyjdzie.

A gdyby wiedziała, co wyjdzie, to uczciwie przyznawała, że dziesięć razy by się zastanowiła przed zapytaniem.

Doktor był miłym grubiutkim staruszkiem, który zawsze kojarzył jej się z królikiem – z powodu puchatych siwych bokobrodów. Zresztą miał w sobie coś z królika – łagodny, niezbyt bystry, skupiony na swoim zawodzie. Był też człowiekiem niewiarygodnie życzliwym, co nieraz odnosiło skutki przeciwne do zamierzonych. Tak jak i w tym przypadku – Amanda ze swej strony mogła powiedzieć bardzo niewiele o swoim anonimowym przyjacielu, natomiast doktor chciał być pomocny i miał do powiedzenia bardzo dużo. Dużo za dużo.

- Tak, tak, bardzo dziękuję doktorze! - krzyknęła, nieco histerycznie, Amanda. Miała już dość słuchania gadaniny z której nie wynikało nic oprócz tysiąca możliwości, z czego niektóre sprawiały, że jeżyły jej się włosy. - Przepraszam, że zabrałam pana cenny czas!

- Wszystko w porządku? - Wybity z rytmu własnych myśli doktor popatrzył niespokojnie. - Mademoiselle Amanda?

- Tak! To znaczy... tak. Tak, dziękuję. Nie chciałabym pana zatrzymywać, doktorze...

- Ależ cała przyjemność po mojej stronie. Zawsze chętnie pomagam. Nie dokończyłem, więc...

- Ja... mam zaraz próbę z Maestro Saglattem! Tak! Ojej, jak późno!

- Odprowadzę panią – uśmiechnął się serdecznie doktor.

Nie udało się. Doktor towarzyszył jej aż do drzwi Saglatta. Musiała wysłuchać kolejnej litanii możliwych diagnoz. Całkiem możliwe, że wejdzie o gabinetu dyrektora tylko po to, żeby zalać się łzami.

Doktor patrzył, więc musiała zapukać. W momencie, kiedy umilkły dźwięki pianina i rozległo się cierpkie „proszę", Amanda wpadła na spóźniony pomysł. Przecież tylu rzeczy mogła zapomnieć i wrócić się po nie do mieszkania!

Szybko zatrzasnęła na pół otwarte drzwi, żeby doktor nie zobaczył zdziwienia dyrektora.

- Zapomniałam! - Wykrzyknęła. - Przepraszam, doktorze... - Zrobiła kilka kroków tyłem, żeby wyminąć staruszka.

- Stój, Calvieri – głos Maestra przygwoździł do ziemi primadonnę, która zdążyła się już okręcić na obcasie w stronę schodów. Dyrektor popatrzył na Amandę potem na doktora.

- To ja nie będę przeszkadzać w próbie! - zreflektował się doktor. - Mademoiselle, jeśli będę mógł jeszcze w czymś pomóc, proszę śmiało przyjść, choćby w nocy!

Saglatt podszedł bliżej i ciszej zapytał:

- Próbie? Calvieri, o co tu chodzi? - Popatrzył na nią jakoś tak dziwnie.- Możesz mi powiedzieć o co pytałaś lekarza?

- Nnie... chyba nie. - Amanda spłonęła rumieńcem.

- Czy coś ci jest? Jesteś chora, Calvieri?

- Nie! Nie o mnie chodzi... pytałam o coś dla... dla znajomego.

- Popatrz na mnie.

Cóż, to była prawda. Popatrzyła. Przepraszam, Maestro, wprawdzie nic nikomu nie obiecywałam, ale nie mogę powiedzieć.

Saglatt wyraźnie coś podejrzewał, ale się poddał.

- Dobrze, idź już, Calvieri, nie przeeszkadzaj. - I wrócił do swojego gabinetu. Amanda na miękkich nogach uciekła jak najszybciej. Ale ta krótka rozmowa poza totalnym skrępowaniem przyniosła coś jeszcze, jakieś ciepło, którego normalnie nigdy by z osobą Saglatta nie kojarzyła.


Zeszła nad jezioro. Zawołała. Potem zawołała drugi raz i z biciem serca nasłuchiwała plusku wody. Przypłynie? Nie przypłynie? Może leży tam gdzieś wijąc się z bólu? A może leży i już się z bólu nie wije? Zadrżała, wcale nie z zima.

Jakby co, popłynie wpław. Szkoda, że nie ma drugiej łódki...

Cichy plusk wody. Chlupot. Bulgot. Wiosło. Jest. Odetchnęła z ulgą. Płynie.

Podał jej rękę, pomógł wsiąść. Popatrzyła na niego, nagle rozczulona. Pomyśleć – na Upiora.

Nie. Od jakiegoś czasu, a od wczoraj już definitywnie, przestał być Upiorem. Nagle stał się tylko nieszczęśliwym człowiekiem. Po prostu... odupiorzył się.

Dobili do Groty.

Usiadła w fotelu. Starym, poobijanym fotelu z widowni.

- Chodź tu... usiądź obok - poklepała ręką drugi, identyczny fotel. Od kiedy zaczęła tu częściej bywać, Upiór wzbogacił swój zestaw mebli. Zapewne korzystając z operowego magazynu na rupiecie... Hmm.

Usiadł. Naprawdę nie chciała tego robić. Tak szczerze powiedziawszy, to miała mu za złe, że musi. Ale bała się o niego i chciała coś z tym zrobić.

- Ja... blady jesteś, wiesz? Źle wyglądasz.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem.

Na pewno nie jest przyzwyczajony do takiej troski. To nie ma chyba nic wspólnego z tym, że to ona to mówi, a nie zdarza jej się często mówić takich rzeczy.

- Blady? - uśmiechnął się ironicznie. - W ciemności, tyłem do świec? Masz niezły wzrok.

A mam. A ty jak siedzisz w ciemnościach to niedługo będziesz ślepy jak kret!

- Powiedz...

Co powiedz? Szczęśliwy jesteś? Masz tu wszystko czego potrzebujesz? Co za bzdura...

- Tak? - zapytał uprzejmie.

- Ja...

- O co chodzi? Zakochałaś się we mnie?

- Nie! - wykrzyknęła, zła i spłoszona bardziej pytaniem niż jego sarkastycznym tonem. Nie znosiła jego złośliwości. Saglattowi to pasowało, ale jemu stanowczo nie. On powinien być miękki, jak aksamit. Najwyżej czarny, ale miękki. - Nie... och, nie wiem co chciałam. Nie, nic już. - Machnęła ręką, zirytowana. -Właściwie... nie wiem.

- Aha. A wiec, skoro już wszystko wiemy, to może zaczniemy próbę? Chyba, że jednak powiesz mi, o co chodzi?

- Nie, zacznijmy próbę. Tak, tak będzie najlepiej.

Zaczęli. Upiór tłumaczył jej smutny los Don Giovanniego. To, że w gruncie rzeczy, ten człowiek zawsze przegrywa, że zostaje moralnie potępiony, nigdy nie zaznawszy prawdziwego szczęścia. I Elvira, dzieląca z nim to nieszczęście, bo przecież wciąż zakochana... Ale nie daje rady go uratować i Don Juan, ginie potępiony przez wszystkich.

Prawda, pomyślała Amanda, ale nie można mu odmówić dumy i... stylu. Klasy.

Zaczęli śpiewać. No tak, wreszcie na znanym gruncie. Wreszcie coś, gdzie można poruszać się swobodnie, czuć niczym nie skrępowaną radość, że znów podeszło się jeden malutki kroczek naprzód.

Jak on pięknie śpiewa...

- Wiesz... - powiedziała cicho, gdy zaśpiewali do końca. - Cieszę się, że mnie uczysz. Nigdy nie miałam tak wspaniałego nauczyciela jak ty.

No, może jeszcze Saglatt.

Nic nie odpowiedział, wpatrywał się przed siebie. Mrocznie i posępnie jak zwykle.

- Kto uczył ciebie? Upiorze?

- Och... - wyglądał jakby otrząsnął się ze złych wspomnień, czy myśli. - Miałem wielu nauczycieli. Głównie siebie samego.

- Ale pytam, czy był ktoś wyjątkowy, kto... nie wiem, nauczył cię czegoś więcej niż jak się pisze nutki i który koniec fletu bierze się do buzi.

- Był jeden - przyznał Upiór. - Na lekcjach krążył w tę i z powrotem, furkotał peleryną i krzyczał za każdą pomyłkę. Wszyscy się go panicznie bali.

- Oprócz ciebie, oczywiście - podpowiedziała usłużnie Amanda.

- Nie, ja też trząsłem się ze strachu przed tymi lekcjami.

- Naprawdę? - Amanda zachichotała. Zrobiło jej się tak lekko i wesoło. Ojej, Upiór umierający ze strachu przed groźnym profesorem!

- Tak... wymagał niebotycznie dużo, nikt go nie rozumiał, wściekał się za byle co. A wtedy bywał straszny i nieobliczalny. Czasem wybuchał gniewem, czasem sączyła się z niego lodowata ironia i jad, zadawał mnóstwo prac i dawał szlabany za karę. Niektóre naprawdę potworne.

I postanowiłeś brać z niego przykład? Nieźle ci idzie w dziedzinie wybuchania gniewem. Nad ironią bym jeszcze troszkę poćwiczyła... Chcesz korepetycje?

- No był wyjątkowy, ale przecież...

- Nie przerywaj, skoro już ci coś opowiadam – upomniał ją łagodnie Upiór. - Po pracy można go było spotkać w niedalekiej kawiarni, bądź w niedalekiej... knajpie. Zależało to od tego, czy miał humor normalnie wredny, czy wybitnie wredny. I wtedy, kiedy wypił już całkiem sporo, można z nim było rozmawiać o sztuce. Dziewczyno, tyle co dowiedziałem się wówczas od tamtego pijaka, nie dowiedziałem się od wszystkich innych nauczycieli razem wziętych.

- Miałeś szczęście... - szepnęła. - Jak ja bym tak chciała...

- Cóż... może i tak - powiedział cierpko Upiór. - Ale gdyby ludzie umieli trochę bystrzej patrzeć, mieliby jeszcze więcej szczęścia.

Mówisz o sobie? Bo zabójczo pasuje.

- Na pewno trudno było zobaczyć w, jak to powiedziałeś, pijaku, artystę...

- Na pewno. Ale nie o tym mówię – uciął Upiór.

Nie wypytywała go więcej. Spróbowała z innej strony.

- Nie myślałeś, żeby wyjść z tych podziemi i samemu uczyć? Samemu tworzyć?

Zaśmiał się cicho, upiornie, Amandę aż przeszły dreszcze, tyle w tym śmiechu było rezygnacji, drwiny i ironii. Z życia, wszystkie trzy.

- Miałbym zostawić swoje królestwo? Nigdy. To jest moje królestwo śmierci, a Upiór, jego władca nie może tego porzucić. Tylko, gdy umrze... Ale w połowie już nie żyje...

- Co ty mówisz! - prychnęła Amanda. - Marnujesz życie i zdrowie, siedząc w tych kanałach! Powinieneś... ummf!

Zatkał jej usta dłonią. Tak brutalnie, po prostu.

- Zamknij się, mała – popatrzył na nią. Chwilę wpatrywali się w siebie, spod ściągniętych brwi. - I tak za dużo ci dziś powiedziałem. Ty tu jesteś, żeby się uczyć. Żeby pewnego dnia, i każdego dnia po trochu, dawać moją muzykę światu. Królestwo śmierci jest w duszy każdego człowieka. Trzeba je obudzić, poruszyć, by ludzie stali się ludźmi, a nie tylko martwymi marionetkami... Żeby ocknęli się z letargu wygodnego i beztroskiego życia. Niech też poznają, co to ból.

Puścił Amandę.

- Nie płacz już, Amando – powiedział po chwili. - Proszę...

Popatrzyła na niego wściekle, z urazą. Upiór, do diabła! Jedna wielka, cholerna farsa!


Znów zaczął awansować. Znów zaczęto go podziwiać. Znów mógł stanąć przed orkiestrą, z batutą w dłoni, poczuć znajomy dreszcz...

Teraz był starszy. Zaproponowali mu stanowisko dyrektora muzycznego.

Viola była wniebowzięta. Wreszcie mogła prowadzić takie życie, jakie chciała.

Kiedy teraz o niej myślał, przypominała mu się opowieść o złotej rybce. Viola była jak żona rybaka: wciąż chciała więcej.

Ale wtedy był zbyt zakochany, żeby to dostrzec. Zresztą rozpieszczanie Violi sprawiało mu niekłamaną radość.

Kiedy znów zaczęto go wciągać w jakieś brudne sprawy, pomyślał tylko - będzie śmiesznie. A w dodatku kupię Violi ten naszyjnik o którym marzyła.

Kupił. Viola zarzuciła mu ręce na szyję, a jej oczy błyszczały jak diamenty z kolii.


- ...i będę miała suknię niebieską, z takim dużym tiulowym motylem wpiętym z boku we włosy. Z malutkim perełkami i kolorowym, chyba czerwono-zielono-złotym brokatem...

Amanda siedziała obok Upiora, skubiąc winogrona, które przyniosła mu w ramach dożywiania. Nie skomentował ich specjalnie ostro, ale też nie zamierzał zjadać. Co za człowiek, uparty jak wół.

- Nie, Amando - przerwał jej tyradę Upiór. - Nie będziesz tego miała. Poprosisz swojego krawca, żeby uszył ci taki kostium...

Podał Amandzie dużą kartkę. Kilka bardzo starannych i szczegółowych rysunków przedstawiało balową kreację.

- Wiesz co... - odezwała się zniesmaczona Amanda, krzywiąc się jakby właśnie zjadła jakieś wyjątkowo niedojrzałe winogrono. - Właściwie to to jest piękne. Właściwie nawet bardzo. Ale nie wiem czy zauważyłeś jedną rzecz. Myślę wręcz, że mogłeś to przeoczyć. To jest bal karnawałowy, zwany inaczej maskaradą, a nie stypa!

- Och, no przecież jest maska – Upiór niedbale machnął ręką.

- A jest. Ale myślałby kto, że jest krzywo. Może powinna być z góry na dół, tak jak twoja? Ta jest jakaś zbyt normalna.

Widząc wymowne spojrzenie Upiora, przystopowała nieco.

- A w co ty będziesz ubrany?

- A kto ci powiedział, że ja tam idę?

- Nie wyobrażam sobie balu, zwłaszcza maskowego, bez etatowego Upiora Opery. Za coś ci chyba płacą?

- Powiedz to dyrekcji - prychnął Upiór. - W ogóle skąd wiesz, że mi płacą?

- Tajemnica – odparowała Amanda, mimo, iż nie było tam żadnej tajemnicy. Po prostu zdarzało jej się usłyszeć rozmowy dyrektorów. A od plotek Opera aż huczała. - To jak się ubierasz?

Podał jej drugi rysunek. Dobrze. Kostium do pary.

- No skoro tak, to się zgadzam – wyszczerzyła się do Upiora. - Jeszcze będzie wiele balów, zdążę wypróbować wiele kreacji.


Koniec. Kiedy Upiór odłożył pióro, poczuł jakby cała ziemia usuwała mu się spod stóp. No, ewentualnie cała się na niego waliła.

„Don Juan Zwycięski" skończony.

Dzieło całego życia skończone.

Czy to nie było jakoś logiczne, że i życie powinno się teraz skończyć?

A on miał wrażenie, że to jeszcze nie jest wszystko i bynajmniej nie chodziło o sam utwór. Tak jakby coś jeszcze trzeba było zrobić, ale on zupełnie nie miał pojęcia co.

No trudno, nieważne... czas przebierać się na bal. Madame Giri dobrze się spisała. Gotowy kostium Króla Pik czekał, elegancko zapakowany przez krawca.

Upiór włożył go i przejrzał się w lustrze. Dobrze. Upiornie. Czarno, bogato i upiornie.

Wsiadł do łodzi. Serce biło mu jak szalone. Wiedział, kogo dyrekcja zaprosiła na bal...


Maestro Saglatt przeglądał korespondencję. Dziś bal, cała góra rzeczy do zrobienia, bo kochany pan Vermett nie ma o niczym pojęcia, kochany pan Moncharmin wzorowo się miga, a tu zarzucają go górą listów.

Zatrzymał wzrok na pożółkłej kopercie z lakową czaszką.

Otworzył. Właściwie nawet nie miał ochoty się wściekać. Zmiany jakie proponował Upiór były niemożliwe. Przypominały szukanie dziury w całym, tudzież robienie z igły wideł. Takie czepianie się na siłę. Saglatt zdegustowany wyrzucił papier do śmieci. Jeszcze jeden list... Od Kornelii? Pięć minut później, z byle jak narzuconym płaszczem, wybiegł z Opery, nie reagując na jakiekolwiek pytania, czy pozdrowienia.

Stał przez moment w gęsto padającym śniegu, a potem ruszył szybkim krokiem przez ulicę.

Cud, że nic go nie rozjechało.


Ktoś gwałtownie zapukał do drzwi.

- Amando, mogę wejść?

Amanda przez moment dopasowywała głos, ton i treść. Wychodziło jej, że to Saglatt, ale dlaczego nie „Calvieri" i dlaczego tak delikatnie?

- Proszę...

Istotnie, wszedł Maestro. Popatrzyła i wystraszyła się. Grobowa mina, potargane, mokre włosy.

- Amando...

- Proszę siadać... - wskazała na fotel. - O co chodzi?...

- Mam dla ciebie list, od panny Kornelii.

Amanda uśmiechnęła się.

- Twój ojciec miał wypadek... nie żyje – dodał sucho.

Uśmiech zastygł jej na ustach.

- Słucham?


Szlag, czy te listy musiały przyjść w takim dniu?! Czy w ogóle musiały przyjść?! Saglatt wpadł jak burza do swojego gabinetu. Rozejrzał się. Pieprzone pomarańczowe ściany! Chwycił wazon, na szczęście pusty i...

...już miał rzucić nim o ścianę. Ale nie. Opanował się. Rozpiął kołnierzyk i usiadł za biurkiem. Tylko spokojnie.

Nalał wina do kieliszka.

- Nie, cholera, jak wypiję jeden łyk, to skończę na całej butelce...

Z pewną satysfakcją rozbił o podłogę wpierw kieliszek, potem butelkę. Sprzątaczka się tym zajmie.

Wyciągnął list od Kornelii.

A więc Viola nie żyje. Cóż, tyle z tego pożytku, że mógł w miarę delikatnie, z całkowitym zrozumieniem, przekazać Calvieri jej własną żałobną wiadomość. Delikatniej już by nie umiał. Szlag, szlag, szlag. I to w taki dzień.

Czym on się tak martwi? Od piętnastu lat Viola była dla niego obcą osobą. Od dziesięciu nie miał pojęcia co się z nią dzieje. Nawet nie wiedział, czy żyje i równie dobrze mogła nie żyć.

A siostra popisała się inteligencją i jak tylko się dowiedziała, diabli wiedzą skąd, od razu musiała mu to wysłać.

Pieprzyć to. Trzeba się zająć balem. Jeszcze dużo do zrobienia.

I cholera, dlaczego to boli? Obca osoba. Obca. Obca. Obca.

Popatrzył na jeszcze jedną kopertę, mniejszą, którą Kornelia włożyła do swojej. Adres nabazgrany był pismem niewprawnym, a do tego mocno drżącym. No tak, jeśli list miał być wysłany po jej śmierci, to Kornelia dowiedziała się pierwsza. Ciekawe, czy Viola miała jakieś pojęcie co on teraz robi i czy w ogóle żyje. Pewnie nie, skoro pisała na adres Kornelii.

A co tam, raz kozie śmierć.

Otworzył.

Przeczytał.

Żałuje. I żeby nie wspominał jej źle. Żeby nie miał do niej żalu.

Wróciło do niego wszystko, czego miał nadzieję już nie pamiętać. Jeszcze raz, w skrócie, cały ten bezsens, i piękna Viola, i to jak się starał, i jak go złapano. I jak powoli oddalali się od siebie coraz bardziej. Nigdy nie powiedział jej nic, poza wymówkami i żądaniami, żeby to naprawiła.

- Żalu? - ukrył twarz w dłoniach. - Do niej? O Boże, nie potrafiłbym... nigdy... To ja wszystko popsułem...

Poczuł coś mokrego i ciepłego na twarzy.


Kornelia Saglatt w krótkich słowach donosiła, ze Maximo Calvieri zginął w wypadku. Spłoszony koń stanął dęba, a Maximo, mimo że świetny jeździec, nie utrzymał się w siodle. Nieszczęśliwy wypadek, skręcony kark, zmarł kilka godzin później.

O gorzka ironio, pogrzeb był zaplanowany dzisiaj po południu. Nie zdąży, choćby wyjechała natychmiast.


Maximo Calvieri, Maximo Calvieri?... Kto to? Przecież nie może chodzić o tatę. Nie, tata nie...


Teraz Amanda, przeglądając się w lustrze, dziękowała niebiosom za upór Upiora. Nie mogłaby włożyć niebieskiej sukienki, zwłaszcza tak fantazyjnej, jak sobie wymyśliła.

A może jednak? Może to by tylko bardzo bolało?

Cóż, czerń ze srebrem pasowała świetnie. Nawet jeśli srebra było ciut za dużo. To była stypa, a nie bal noworoczny.

Gdzieś daleko, wiele mil stąd, tata jest właśnie wkładany do dużej dziury w ziemi, przysypywany piaskiem i śniegiem. Ksiądz odmawia cichą modlitwę. Sąsiedzi modlą się, panie wycierają oczy małymi, czystymi chusteczkami. Zapewne jest tam również panna Kornelia. Tata, wesoły tata, z kędzierzawą szopą włosów, duży i silny... przymknęła powieki wyobrażając sobie twarz ojca z najdrobniejszymi szczegółami. Te roześmiane szare oczy... Spojrzała za okno.

To był piękny dzień. Piękny, jakby chciał miło pożegnać pana Calvieri. Tata pewnie chciałby, żeby tak delikatnie prószył śnieg, żeby ziemia otulona była puchatym, białym kocykiem. Krajobraz gwiazdkowy, nic tylko wyjść na sanki.

Za oknem zapadał zmierzch, błyskały latarnie, jedna po drugiej, rozpalane jak znicze...

Dobrze, że fryzjer i pokojówka już wyszli. Ale mimo, że była sama, Amanda powstrzymała łzy. Potem mogłaby się już nie opanować. Poprawiła obsydianowe spineczki w kształcie pik. Założyła maskę i w wyszła z pokoju.

Jak przydatna może być maska!... Można się za nią wygodnie schować i zostać samemu. Nikt nie przeszkadza. Można zniknąć.

Uśmiechnęła się do przechodzącej obok madame Giri. Uśmiechnęła się do Saglatta, który nie ukrył zdziwienia i nie odpowiedział na uśmiech. No, ale on nigdy się nie uśmiechał.

Zanuciła melodyjkę z „Don Giovanniego". Tatusiu, będziesz ze mnie dumny, zostanę wielką primadonną...


Na salę weszła Calvieri. Saglatt przyjrzał jej się uważnie. Szczerze mówiąc nie byłby zdziwiony, gdyby w ogóle się nie pojawiła. Nie powinna, żałoba po ojcu. Nie musiała robić z tego tajemnicy. A jednak zjawiła się, zamaskowana. Uśmiechnęła się do niego szeroko. Nieźle, ocenił, kiedy minął pierwszy szok. Mała ma silne nerwy.

Ciekawy strój miała na sobie. Czarno-srebrny. Nie pasujący do niej, choć na dzisiejszą wyjątkową okazję - jakby spadł z nieba. Więc kto go wybierał? Czy ten obłąkany idiota z podziemi?


Amanda rozejrzała się dookoła. Blask świec, muzyka, śmiechy. Tysiące świateł, tysiące kolorów, tysiące głosów. Czuła się jak we śnie. Przepływały obok niej pary w fantastycznych, nieziemskich kostiumach, skrzące się od klejnotów.

Tam dalej stał Saglatt, czarna plama odcinająca się od wielobarwnego szaleństwa. Amanda pozwoliła sobie na niewielki uśmieszek. Maestro był przebrany, owszem... za nietoperza. Bardzo eleganckiego nietoperza, albo może wampira arystokratę? Podeszła bliżej. Upiornie blady, maska czarna, wycięta w krztałt nietoperzych skrzydeł. Żadnych ozdób, jedynie czerwono-złote wykończenia na rękawach i kołnierzu długiej peleryny. Spodobało jej się. Rozmawiał z Vermettem, mając jedną z najbardziej krwiożerczych min ze swojego repertuaru. I pił z kieliszka czerwoną krew jakiegoś nieszczęsnego winogrona.

A co z Upiorem? Rozejrzała się po ogromnej sali. Pary wirowały w walcu, wszystko płynęło, kołysało się. Część sali zalewało ostre światło, część ginęła w atramentowym mroku. Chyba trzeba się przespacerować dookoła.


Upiór przyglądał się tańczącym parom z bezpiecznego ukrycia. Nie miał ochoty wychodzić. Nie, władca nie powinien pojawiać się po cichu, udając że go nie ma. Nie podobał mu się pomysł bycia anonimowym towarzyszem Amandy.

Ale nie podobał mu się też żaden inny pomysł, z głośnym wejściem włącznie. Mógłby ich wszystkich nastraszyć, owszem. Ale wtedy nie będzie mógł długo zostać. I nawet nie bardzo wiedział co mógłby im powiedzieć. Parę frazesów w stylu „to moja Opera i macie być mi posłuszni". Świetnie, ale nie miał już konkretnych pomysłów co z tą Operą i w czym mieliby mu być posłuszni.

Wszystko się sypało. Czas umierać. Ostatni bal, ostatnie spojrzenie na tę, o której nie przestał nigdy myśleć i żegnamy.

Poprawił maskę. Po chwili pewien starszy hrabia oddał kieliszek lokajowi. Stanowczo zbyt szybko się upił, bo zobaczył cień wychodzący ze ściany. Cóż, to już nie ta głowa co dawniej.


Biały walc, panie proszą panów. Carlotta poprosiła Saglatta do tańca.

Nie wypadało odmawiać. Musimy stanowić porażającą parę, pomyślał zgryźliwie dyrektor. Czarno-czerwony nietoperz i różowo-niebieska papuga. Z szopą rudych loków. Viola też lubiła czesać się w takie loczki, tylko że jej były blond. Platynowy blond.

- Maestro! - syknęła Carlotta ciągnąc go w swoją stronę. O mało nie wpadli na inną parę.

Sentymentalny kretyn, pomyślał i obrócił Carlottę w tańcu.


Jest. Upiór z cienia dostrzegł... ją. Nie tańczyła, szła z mężem pod rękę. Miała lekką, bladoróżową sukienkę i białe kwiaty we włosach. Chyba różyczki, o ile dobrze widział z tej odległości. Wciąż jeszcze oślepiało go zalewające salę jasne światło. Raoul schylił się i coś szepnął jej na ucho. Roześmiała się. Niby niemożliwe z tej odległości i wśród muzyki, ale Upiór wyraźnie usłyszał ten śmiech.

Coś było jednak nie tak... Zrozumiał, kiedy odwróciła się w jego kierunku. Była w ciąży.

Prawie nie poczuł, jak coś owinęło mu się dookoła ręki. Minęła dłuższa chwila, zanim popatrzył o co chodzi.

- Upiorze... - powiedział ktoś cicho za nim i właśnie to skłoniło go do szybkiego rzutu oka za siebie.

Ale to była tylko Amanda, w czarnej sukni i srebrnej masce. Ma swoją Królową Pik... tfu! Ach, Christine, gdybyś to była ty... ciebie nie przebrałbym na czarno, ty byłabyś jasna i różowa.

Parę osób przyjrzało im się z ciekawością. Prawdopodobnie wielbiciele Amandy, bo byli to młodzi mężczyźni. Nie zwracał na nich większej uwagi, a i oni nie śmieli podejść bliżej. Christine znikła mu w końcu z oczu. Trzeba by pójść za nią.

Amanda... czy ona musi się go tak trzymać?

- Puść, Amando - delikatnie, ale stanowczo uwolnił się z jej uścisku. Popatrzyła na niego nieprzytomnie, z lekkim wyrzutem. Co jest, upiła się?


Nie to nie, Amanda puściła Upiora i odmaszerowała... gdzieś. Byle dalej. Co ją w ogóle podkusiło, żeby się do niego przyklejać?

- Amando?

Rozejrzała się, zdezorientowana. Ach, to Maestro. W pierwszej chwili poczuła potrzebę wypłakania mu się w krawat. W drugiej uśmiechnęła się.

- Maestro?

Wziął ją za rękę i odprowadził na bok. Nie wiedziała o co mu chodzi i zastanowiła się, czy aby on wie. Wyglądał na takiego co wie wszystko o wszystkim, wyłączając sprawy uczuciowe, dziewczęce oraz pocieszanie kogokolwiek i jakkolwiek. Nie zdziwiłaby się, gdyby dostała za chwilę polecenie porozmawiania z jednym czy drugim ważnym gościem.

Orkiestra zagrała walca. Smutnego walca.

- Zatańczysz?

- Z panem zawsze, Maestro.


Saglatt z irytacją pomyślał, że Amanda radzi sobie z... z tą sytuacją dużo lepiej niż on sam. Uśmiechała się. Pozdrawiała wszystkie napotkane po drodze osoby. Odmawiała jedynie tańca, o ile mógł się z daleka zorientować. On też postanowił odmówić, jeśli jeszcze raz ktoś wpadnie na pomysł białego walca. A potem porozmawia sobie z tą osobą i wyjaśni, że nie jest dobrym pomysłem, gdy biały walc zdarza się zbyt często.

Amanda chyba znalazła tego, kogo szukała. Mężczyzna, tak samo w czerni, tak samo motywy pikowe. Dyrektor pociągnął łyk wina. Upiór? Jeśli tak, to sam się podkłada. Można wezwać paru żandarmów i po kłopocie. No, może trudno byłoby coś udowodnić... A tam. Maestro nie miał ochoty na żadne akcje. Prawdę mówiąc miał ochotę skończyć już cały ten bal i położyć się spać. Miał również ochotę się upić, a tego akurat nie mógł zrobić. Jakie to dziwne, na wszelkich oficjalnych imprezach nie miał problemu z alkoholem. Nie chodziło o to, że nie miał ochoty, ale że zawsze potrafił się opanować. Wszystkie toasty, wino sączone pomału z kieliszka... A kiedy był sam, musiał tłuc butelki, żeby go nie kusiły. I modlić się, by nie przyśniło mu się ostatnie piętnaście lat.

Zauważył, że Amanda stanowczo odmaszerowała od Upiora. Impulsywnie poszedł w jej stronę.


Mogłaby się w nim zakochać, gdyby był młodszy... Wirując z Maestro po parkiecie, Amanda straciła resztkę poczucia realności. Muzyka przyspieszyła, oni też, jakby przed czymś uciekali. Tańczyła nie tyle mechanicznie, co jakby przez całe życie nie robiła nic innego. Jakby zawsze tańczyła z tym dziwnym człowiekiem.

Obrót pod ręką, złapał ją miękko, sekwencja kroków po prostej, znów obrót, zatrzymanie. Potem muzyka przyspieszyła - chwycił ją mocniej, żeby nie upadła, gdy wirowali po sali...

Dla niej ten taniec mógłby nie kończyć się nigdy.


Dla niego też.


Upiór patrzył na Christine i Raoula. Odruchowo sięgnął po kieliszek z winem i wypił duszkiem. Na trzeźwo długo nie wytrzyma. A że nauczony gorzkim doświadczeniem nie pił nigdy, więc powinien upić się szybko.

Cholera by to wzięła. Christine taka szczęśliwa, a przecież... czy zasługuje na to? Zostawiła go jak psa, uciekła wystraszona do swojego Raoula. Wypił jeszcze kieliszek. Tyle razy wałkował w głowie ten temat, że nie miał ochoty znów o tym myśleć. Ale oczywiście nie mógł przestać.

Chciałby podejść do Christine. Poprosić do tańca. No dobrze, nie zatańczyłaby, ale chciałby, żeby jedynym powodem była jej ciąża.

Ale został na miejscu. Sam, jak zawsze. Jeszcze jeden łyk wina...

Podłoga wygięła się w dziwaczny sposób, ale za chwilę wszystko było w porządku. Było. Naprawdę było.

Nie, nie było.


Amanda pomyliła kroki i zatrzymała się na środku sali. W połowie obrotu, potykając się. Gdyby jej nie złapał, leżałaby na ziemi.

- Co...? - ale w tej chwili dojrzał Upiora.

Amanda wyprostowała się, oparta o jego rękę. Potem delikatnie ścisnęła mu ramię i poszła do Króla Pik.


Kiedy zawroty głowy przeszły, zobaczył, że obok niego stoi Amanda.

- O co chodzi?

- O nic. Stęskniłam się za tobą.

- Ach. I co? - poszukał wzrokiem Christine.

- I nic – popatrzyła w tym samym kierunku. Kątem oka dostrzegł, że się skrzywiła.

Pierwsze igiełki bólu. Poza tym niedługo wszyscy będą zdejmować maski. Czas zniknąć. Popatrzył jeszcze raz na Christine i odwrócił się.

- Dokąd to?

- Do siebie.

- Idę z tobą.

Tego się nie spodziewał.

- Mowy nie ma.

Wzruszyła ramionami i poszła za nim.

- Mówiłem ci coś?

Popatrzyła zimno. Niemal z nienawiścią. Nie miał siły, ani ochoty się kłócić, ale nie może jej zabrać ze sobą.

- Musisz mnie dręczyć?

Kolejne złe spojrzenie. Co jej dziś odbiło?

- Idź – odezwała się. - Zakładam, że nie dasz się zaprosić do mojego mieszkania? Nie patrz tak na mnie, wiem że nie. Więc ja zaproszę się do twojego. Choćbym znów miała tam dotrzeć wpław.

Ledwo dał radę sterować łódką. Miał wrażenie, że w brzuch wbija mu się co najmniej dziesięć rozgrzanych ostrzy. I to tylko tak na początek. Na rozgrzewkę.

Udało się, dopłynęli. Na tym jednak skończyły się udane rzeczy. Osunął się na rozkosznie lodowatą podłogę i skulił z bólu. Miał jedynie nadzieję, że nie zacznie jęczeć.


Wiadomo. Amanda popatrzyła na wijącego się Upiora. Idiota, nie chciał, żeby przyjeżdżała z nim.

Chwyciła go pod pachy i pociągnęła w stronę łóżka. Nie było to łatwe, był cholernie ciężki, a obcasy jej bucików wpadały we wszystkie dziury między kamieniami. Wreszcie, cała spocona, dotargała go na miejsce, pozbawiła mniej wygodnych elementów stroju i okryła. Natychmiast zwinął się w kłębek.

Jasna i pieprzona cholera, co ona ma robić?!

- Słyszysz mnie? - potrząsnęła go za ramię. - Słyszysz? Upiorze!

Wymruczał coś niezbyt artykułowanego. Po upiornie, z braku lepszego określenia, bladej twarzy spływały strużki potu. No dobrze, po widocznej połowie twarzy. Ciekawe na co ta maska się trzyma, że wciąż ją ma? I miał gorączkę, aż parzył przy dotknięciu. Drżącymi rękami otuliła go szczelniej (sama trzęsła się z zimna w tych lochach) i pobiegła na poszukiwanie jakiegoś zaimprowizowanego, zimnego okładu.


Tak silnego ataku nie miał już od bardzo dawna. Właściwie nigdy, może z wyjątkiem tych pierwszych, jeszcze w domu. Czy to dlatego, że zobaczył Christine? Że przypomniał sobie to wszystko? Czy też, o wiele bardziej prozaicznie, był to skutek wypitego alkoholu? Straszna myśl, nie dopuszczana dotąd do świadomości, przemocą wdarła się do jego umysłu. Wuj... wuj Roger. Obłąkany, żałosny, pijany, wijący się z bólu. Ludzie wytykają go palcami, gdy leży pod drzwiami. Ojciec, blady z wściekłości i wstydu, zabiera go do domu. Jego samego pilnuje matka, zasłania mu oczy, ale za późno. Wariat, szepce zbielałymi wargami ojciec, nie pozwolę...

Czy to znaczy, że teraz i on, tak jak wuj... że stanie się z nim to samo? Lepiej umrzeć. Wuj też umarł podczas ataku. Ale... co jeśli... faktycznie umrze?...

Miał gorączkę, czuł to. Było mu niesamowicie gorąco i duszno, głowa jakby miała za chwilę eksplodować... Czy to już, czy zaraz...?

Kroki, jakiś niewyraźny kształt pochylający się nad nim.

- Amanda! Odejdź! - wycharczał - Nie patrz na to!

- Zamknij się, idioto - usłyszał ostre słowa. Na czole poczuł coś rozkosznie zimnego i mokrego. Potem Amanda otarła mu usta. - Jak na chwilę przestaniesz bredzić, to dostaniesz pić.

Woda! Czysta, chłodna woda!... Czy może być coś piękniejszego...


Amanda nie mogła na to patrzeć. Co jakiś czas wyrywało jej się jakieś przekleństwo. Najpierw ojciec teraz Upiór. Chciałaby płakać, chciałaby niszczyć coś, rzucić czymś cięźkim, rozbić coś, szarpać, gryźć...

Upiór rzucał się we wszystkie strony, drżał, mamrotał coś niezrozumiale. Parę razy wyłowiła słowo „Christine", „ojciec", „dlaczego"... Och do diabła, dałaby mu tę Christine, porwałaby ją Raoulowi! Jej wina, po cholerę się tu pchała, po cholerę swatała Chris z Raoulem, ale po cholerę Chris zostawiła jej Upiora na głowie?!

- Ama... Ama...

Poważnie? On woła... mnie?

- Co? - spytała szorstko. Ale nachyliła się, położyła dłoń na jego ramię.

- Ama... ja... umrę?...

Wyprostowała się gwałtownie. Pytanie to było, czy stwierdzenie? A wszystko jedno...

- Mowy nie ma, baranie – powiedziała dobitnie. Chciała dodać coś miłego, ale nic nie mogło jej przejść przez gardło. Za to on mówił dużo, ale nic nie mogła zrozumieć. Nie miała pojęcia co robić. W końcu wzięła go za ręke, a on natychmiast ścisnął jej dłoń, mocno, aż do bólu. Wyglądał jakby się z kimś siłował. Coś w niej pękło i była już tylko małym bezradnym dzieckiem, zdolnym tylko do płaczu o pomoc.

- Boże proszę, zrobię co zechcesz, ale niech będzie dobrze! Co mam zrobić? Co ja mogę zrobić?

Przez moment jej szloch zagłuszał wszystko, ale potem przebił się szept Upiora.

- Ama... - powiedział przytomnie. - Zaś... piewaj coś... proszę...

Wytarła łzy i nabrała tchu. Zaśpiewała pierwszą rzecz jaka przyszła jej do głowy. Starą myśliwską piosenkę, którą ojciec śpiewał z kolegami. Potem posypały się inne utwory, nie przebierała, tylko śpiewała jeden po drugim. Wszystko, arie, kołysanki, mniej lub bardziej przyzwoite piosenki, podsłuchane gdy ojciec bawił się z przyjaciółmi, piosenki z dzieciństwa, znów jakieś opery i operetki, wesołe, smutne, złe, słodkie do przesady i ponure jak noc.


Boli! Jak to, cholera ciężka, boli! Chyba pokaleczył sobie ręce, paznokcie, szarpiąc z bólu wszystko, co się nawinęło. Miał rękawiczki, prawda, ale mało to razy pokaleczył się już i przez nie? Mdliło go coraz bardziej. Nie, żeby tylko nie zwymiotować...

Jak ona pięknie śpiewała. I wreszcie z uczuciem. Skąd uczucie? Przez moment próbował się nad tym zastanowić, ale zastanawianie ogólnie nie bardzo mu wychodziło. Pot spływał mu po plecach, koszula lepiła się do ciała. W ustach czuł słony smak, i słodki też, czy pogryzł sobie usta? Trząsł się coraz bardziej. I bolało też coraz bardziej.

Już nie, już koniec, już miał dosyć. Już więcej nie wytrzyma. Jak on wytrzymał tamten pierwszy atak? Szum w uszach, serce biło jak oszalałe.

I ten strach, że zaraz się skończy... I żeby już się skończyło...

Nie mógł się bardziej skulić, ani obrócić. Już zresztą nie miał siły.

Nagle wpadło mu coś do głowy. Kiedy w takim momencie siadał gwałtownie – mdlał. Sprawdzone tylko dwukrotnie, ale musi usiąść, musi.

Wyszarpnął rękę spod kołdry, pomachał nią na oślep. Trafił na dłoń Amandy. Dobrze, podciągnąć się. Ona coś mówi, ale to nieważne...

Jest. Udało się. Powoli świat rozpłynął się, pochłonęła go gęsta mgła. Już nie wiedział gdzie jest.

Uciekł od rzeczywistości, ale nadchodziły sny...


Bawi się z kolegami w śniegu. Zignorował zakaz matki. Ma za swoje. Zapalenie płuc. I pierwszy raz – ból, mdłości... I pierwszy raz, gdy matka otworzyła okno, żeby wpuścić trochę światła...

Ojciec, surowy, wargi zaciśnięte w prostą kreskę. Koniec z muzyką, bo już nie wyjdziesz więcej z domu. Jak wuj Roger. Mamo, czy ja oszaleję? Cztery długie lata w samotności i ciemności.

Matka, gasnąca w oczach, wiecznie się zamartwiająca. Ponury ojciec... Tato, mamo, co ja zrobiłem nie tak? Ja przepraszam, ja...

Mama umarła. Czy to przeze mnie, bo ciągle się martwiła? Ojciec tylko patrzy ciężko, ponuro. Muzyka, zagrać coś, zapomnieć. Musiał uczyć się sam, na starym pianinie mamy.

Ucieczka. Nocą wędrówka, w dzień zagrzebany w stogach siana, szopach, piwnicach, jaskiniach. Po co to wszystko? I Cyganie. Łapią go, ma występować z nimi. Patrzcie ludzie, co się z nim dzieje! Patrzcie na wampira!

Ucieczka. Nigdy więcej występu. Pół twarzy zniszczone światłem, ręce, ramiona, całe ciało...

Paryż! Wojna! Komuna Paryska. Więzienie, przepastne lochy pod niedokończonym budynkiem Opery.

Ucieczka. W głąb więzienia – tam nikt nie szuka. Te lochy... ciemność. Opera – a więc muzyka. Jeszcze nie, ale warto poczekać. Opłaciło się. I stało się to, o czym śnił, gdy był młodszy, zamknięty w ciemności. Kiedy wyobrażał sobie swoje własne królestwo, gdzie on jest panem. Gdzie nikt go nigdzie nie zamyka, gdzie może robić co chce. Gdzie jest po prostu bezpieczny. Spokój. Mrok. Chłód.

Maska.


Obudził się. Z trudem rozkleił powieki. Było mu gorąco, ale nie z gorączki. Przykrywało go coś ciężkiego, kołdra i na tym... stara kotara?

Chyba jeszcze ma halucynacje.

Przez moment był skłonny się zastanowić, czy wszystkie części ciała są na swoim miejscu. Nie miał siły się poruszyć, ale nic go przynajmniej nie bolało... no może dłonie lekko szczypały.

Jedna świeczka paliła się na stoliku obok. Właściwie nie świeczka, ale jakiś smętny ogarek. Jakiś ciemny kształt zarysowywał się obok niego? Amanda? Zasnęła oparta o łóżko? No tak, jak to się dzieje że czuwający przy chorych (skrzywił się mimowolnie) zawsze tak romantycznie zasypiają?

Poruszył się, próbując zrzucić z siebie trochę tych... warstw.

Natychmiast drgnęła i się wyprostowała.

- Obudziłeś się! - wykrzyknęła nieprzytomnie. Głos miała bardzo ochrypnięty. - Jak się czujesz?! Bardzo cię boli?!

- Nie. Krzycz. Nie, nic mnie nie boli... I zdejmij ze mnie te koce, dziewczyno, bo się zagotuję.

Uśmiechnęła się szeroko. Przez moment myślał, że go wycałuje. Ściągnęła z niego tę kotarę.

- Przepraszam – uśmiechnęła się znowu. - Cały się trząsłeś z gorączki. Tu jest potwornie zimno, nie powinieneś tu leżeć...

- Nie. Milcz.

Mowy nie ma, nie zaprowadzi go nigdzie na górę. Raczej tu umrze, niż się zgodzi na coś takiego.

Chwila. Co on sobie właśnie pomyślał? Raczej umrze? Jasne... Przypomniał sobie cały strach...

- Przecież cię tam nie zaniosę... - westchnęł ła trochę zagubionym wzrokiem. - Tak się bałam! - krzyknęła nagle i rzuciła mu się na szyję.

- Jak długo spałem?... - zapytał sztywno.

Drgnęła i odskoczyła jak oparzona.

- Nie wiem. Też zasnęłam - podała mu wodę z cukrem. - Masz, pij.

Potem znów zasnął. Kiedy się obudził, Amandy przy nim nie było.

Nagle spłynęło na niego olśnienie. Zostawił partyturę „Don Juana Zwycięskiego" na stole!

- Amando! - krzyknął podnosząc się z łóżka. Pobiegł na boso, nie tracąc czasu na szukanie i wkładanie butów. Nogi trochę się pod nim uginały, ale ogólnie było dobrze.

- Wstałeś? - Amanda podniosła oczy znad partytury! - Chyba jeszcze nie powinieneś...

- Odłóż to!

- Co? - popatrzyła na trzymane w ręku nuty. - Ależ to jest genialne... sam to skomponowałeś, tak?

- Odłóż! - ryknął z całych sił, aż zakręciło mu się w głowie.

- Już, już, przepraszam... - chyba doszła do wniosku, że nie należy go przemęczać. I ta myśl tylko go zirytowała.

- Dobra - warknął. - Czas pielęgniarstwa się skończył. Wracasz do Opery. Natychmiast.

Ha, tylko jak? Nie wiedział czy da radę odwieźć ją łódką... a tam, musi dać.

- Do łódki. I ani słowa – dodał widząc jak szykuje się do protestów. Wrócił się po buty i resztę garderoby.

- Specjalne zaproszenie dla primadonny? - zgrzytnął, zarzucając na siebie czarny płaszcz.

- Nno dobra... - powiedziała niechętnie. - Ale... czy moglibyśmy się spotkać... Poćwiczyć „Don Giovanniego" - powiedziała z naciskiem, zobaczywszy jego minę. - Dzisiaj - dodała szybko.

- Jutro.

- Przypuszczam, że już jest jutro. - prychnęła – Pamiętasz jeszcze, że premiera niedługo?

Z westchnieniem wyjął z kieszeni zegarek.

- Jest siódma rano. Przyjdę do garderoby o siódmej wieczorem. Zadowolona?

- Tak - kiwnęła głową i wsiadła do łódki. - Ale daj mi słowo, że już naprawdę dobrze się czujesz.

- Nie poczuwaj się tak do opieki nade mną. No dobrze, słowo – dodał prędko, widząc jak na jej twarz przybiera wyraz bezgranicznej krzywdy. - I zadbaj o siebie. Wyglądasz jak zjawa.

- Pewnie tak – zgodziła się obojętnie.

A wyglądała. Wciąż w aksamitnej sukni, ale już nie czarnej tylko zakurzonej. Włosy zwisały w strąkach, w smętnych resztkach koka i loków, z wplątanymi w nie pikowymi, obsydianowymi spineczkami. Ciekawe, ile z nich już zgubiła. Spinek, nie włosów. Maskę gdzieś zostawiła, pewnie przy jego łóżku. Makijaż rozmazała. Blada jak śmierć, a oczy same jej się zamykały.

Niemal poczuł się winny.


Amanda, lekko się zataczając, szła piwnicznymi korytarzami Opery. Uf, co za masakra, siedem pięter w górę... Ale już była w bardziej cywilizowanej części. Było pusto i cicho, która to godzina była? Siódma?

Amanda ziewnęła zasłaniając usta obiema dłońmi. Położyć się spać i zapomnieć o wszystkim, położyć się spać i zapomnieć o wszystkim, poło...

- Au!... Ojej, przepraszam, madame!

Madame Giry, odzyskawszy równowagę, przyjrzała się jej z dezaprobatą.

- Dziecko, gdzie ty byłaś?

- Jaa...

- I dlaczego wciąż masz na sobie suknię balową? No słowo daję, jak ty wyglądasz!...

- Madame, ja... - Amanda zamrugała nerwowo. - Ja byłam... A co pani robi w tych piwnicach? Z...z tym?

Madame trzymała dużą tacę, przykrytą płótnem, a z niej wydobywał się jednoznaczny aromat jedzenia. Amandzie aż zaburczało w brzuchu. Miała wrażenie, że żołądek wywraca jej się na drugą stronę...

- Byłaś u Upiora – powiedziała madame.

- Pani idzie do Upiora – odezwała się jednocześnie Amanda.

Obie panie popatrzyły na siebie i pokiwały głowami.

- Chyba musimy poważnie porozmawiać, Amando.

- Chyba tak. Ale niech mi pani da coś do jedzenia, bo się zaraz przewrócę z głodu.

Madame uważnie przyjrzała się dziewczynie.

- Dobrze, zaczekaj tu moment i zaraz się tobą zajmę – po czym zniknęła na schodach do piwnic.

Wróciła za kwadrans. Potem nakarmiła padniętą Amandę, zaprowadziła do sypialni i kazała się położyć.

- A teraz słucham, co takiego stało się na dole, że wyglądasz jak żywy trup?

Amanda zwięźle opowiedziała co się stało.

Madame westchnęła.

- Madame, proszę mi powiedzieć, co pani o nim wie?!

- Wiem tyle tylko ile sam mi powiedział. On nigdy nie wychodzi z piwnic.

- To wiem – przerwała niecierpliwie Amanda. - Ale co pani wie o jego... chorobie?

- Niewiele. Praktycznie tyle co ty. Ale mówił mi kiedyś, że to właśnie z tego powodu się tu ukrywa.

- A maska?

- Nie wiem. Przykro mi. Skoro nie chciał mówić, nie pytałam. To jego sprawa.


A potem wszystko się sypnęło. Oskarżyli dyrektora, głównego malwersanta. A dyrektor oskarżył bez wyjątku wszystkich, którzy mieli z tym cokolwiek wspólnego. Jak odpowiedzialność, to najlepiej wspólna, wiadomo.

Antoine odwiedził dyrektora i w rozmowie sam na sam powiedział mu dobitnie co o tym myśli. Dyrektor był rozkosznie przerażony. Przyznał, że oskarżył go trochę zbyt pochopnie. Dzięki temu Antoine uniknął więzienia.

Niestety, dowody i przeszłość wystarczyły, żeby stracił pracę. Wlepili mu też grzywnę.

Miał szczęście, dużo szczęścia, że znalazł szybko pracę, jako nauczyciel śpiewu.


Saglatt zacisnął ręce na poręczy krzesła.

- Słucham, dyrektorze?

- Słyszałeś – oznajmił z chytrym uśmieszkiem Vermett. - Upiór żąda pieniędzy. A ja coraz bardziej wątpię w to, że ktoś taki istnieje...

Stojący za Saglattem dyrektor artystyczny odezwał się niespodziewanie.

- Cóż, mamy podstawy przypuszczać, że to ktoś z pracowników jest mniej uczciwy, niż na to wygląda...

Saglatt odwrócił się i wytrzymał jego wymowne spojrzenie.

- Dlatego sądzimy, że dobrze byłoby coś z tym zrobić – Vermett pokiwał głową z jakąś karykaturą smutnego uśmiechu na twarzy. - Zanim władze miasta zainteresują się sprawami finansowymi Opery...

Pozostali panowie z dyrekcji przytaknęli. Wszyscy prócz jednego uśmiechali się chytrze.

- Ależ ja nie rozumiem – naczelny scenograf uśmiechnął się szeroko. - Jeśli tak jak słyszałem, Upiór co m...

- Pan, panie Richard, niech się zajmie własnymi sprawami! - przerwał mu Vermett. Speszył się, napotkawszy baczne spojrzenie Saglatta.

- Dobrze, Saglatt, nie będziemy owijać w bawełnę – powiedział szorstko Moncharmin. - Wszyscy wiemy, jak toczyła się twoja... - wzgardliwy uśmieszek – kariera. A teraz znów ktoś próbuje jakichś matactw. Potraktuj to jako ostrzeżenie.

Saglatt wypadł z gabinetu naczelnego jak burza. Podłe świnie. Matactwa, tak? O dranie, niedoczekanie wasze! Więc tak to wygląda. Pieniądze odpływają, aż wreszcie ktoś się tym zainteresował! I potrzebny jest winny, bo Upiora się boicie... A może po prostu nie chce wam się ruszyć waszych tłustych tyłków...

- Uważaj jak chodzisz! - wrzasnął na jakąś małą tancereczkę z baletu. Dziewczynka wytrzeszczyła na niego oczy i w popłochu uciekła. Maestro huknąwszy drzwiami, wparował za kulisy.

Nie powstrzyma się, musi się wyżyć na artystach, niech mu to bogowie i muzy wybaczą...


Upiór odstawił talerz z westchnieniem ulgi. Niezawodna madame Giry. Ponadto umył się i przebrał w czyściutkie ubranie. Czego chcieć więcej? Żyć nie umierać.

No właśnie... Żyć.

„Ależ to jest genialne!" przypomniał sobie okrzyk Amandy.

Tak, ale komponowanie, na jakiś czas przynajmniej, się skończyło. Dziś nauczy Amandę pierwszych fragmentów „Don Juana Zwycięskiego"...

Świat padnie na kolana, gdy usłyszy jej śpiew. Już się nią zachwycają, ale to jeszcze nic! Nie ma żadnych wątpliwości, zwłaszcza po tym jak śpiewała dla niego... po balu.

Zagrał kilka taktów, żeby przekonać się, czy wszystko jest dobrze z jego dłońmi. Ściągnięcie rękawiczek okazało się trudną i bolesną sprawą. A potem musiał jeszcze zmyć krew i zabandażować skaleczenia. I znaleźć luźniejsze rękawiczki. Bolało, ale mógł wszystko zagrać.

„Don Juan Zwycięski"... Upiór był zadowolony. Choć wiedział, że jak zawsze, mógł to napisać lepiej. Zabawne, kiedyś uważał, że o to właśnie chodziło. Że byłoby straszne, gdyby kiedyś okazało się, że nie ma już nic do poprawienia, zrobienia i odkrycia. Że nie można stworzyć nic więcej.

Dziś Amanda zaśpiewa to pierwszy raz. W duecie z nim.

Amanda... A przecież był to utwór, który komponował z myślą o Christine. Nawet kiedy pozwolił Christine odejść. Utwór, w którym zawarł, między innymi, wszystkie uczucia po jej stracie.

A jednak śpiewać będzie Amanda, a Christine nigdy się o niczym nie dowie.


Amanda wyszła z próby na miękkich nogach. Maestro szalał. Dokładnie i bezlitośnie krytykował wszystko, wszystkich, za wszystko i na wszystkie możliwe sposoby. Jeszcze go takim nie widziała – Saglatt przeszedł dziś sam siebie.

W pewnym momencie poczerwieniał tak bardzo, że już bała się czy to nie atak serca. Doktor miałby ciekawszy niż zwykle przypadek do ratowania.

Na nią napadł pięć razy. Złośliwie, wrednie i cynicznie. A to i tak było nic w porównaniu z innymi artystami. I z orkiestrą. Udało mu się nawet złamać batutę podczas dyrygowania. No dobrze, podczas walenia nią w pulpit, gdy przerywał scenę, gratulując im „popisowego i bezkonkurencyjnego wykonania kociej muzyki na pięć talerzy, siedem widelców i jedną ropuchę". Nie chwaląc się, ropuchą nazwana została ona sama.

To chwilowo nie na jej nerwy, choć w głębi serca cieszyła się, że ma co robić i że wszystko jest takie normalne.


Punkt siódma Amanda siedziała w garderobie. Sama. Odprawiła już wszystkich potrzebnych i niepotrzebnych ludzi, i czekała.

I czekała.

Już powinien tu być. Wprawdzie to tylko pięć minut, ale zaniepokoiła się.

Wstała więc i odsunęła lustro.

- AAA! - wrzasnęła, niemal wpadając na stojącego za lustrem mężczyznę w czerni.

- Opera... - westchnął Upiór. - Tak to mogłabyś krzyczeć, gdybym był bez maski.

- Zdejmij to się przekonamy... - warknęła Amanda łapiąc oddech.

- Nie.

Wpatrywali się w siebie bez ruchu.

- Dlaczego nic nie mówisz?

- No i? - zaczęli jednocześnie.

- Ty pierwsza.

- Nie, mów.

- Myślałem, że chcesz mi coś powiedzieć, skoro odsunęłaś lustro?

- No... no właściwie... Zastanawiałam się, czy nie powinnam znów cię ratować...

- Ty nie myśl o ratowaniu, tylko o nieśpiewaniu jak ropucha. Słyszałem próbę. Amando, nie podobało mi się. Nie było w twoim śpiewie emocji, wcale. Chłodno, technicznie poprawnie i czysto. Ale zimno jak lalka. W ogóle nie czułaś. A przecież to już zaraz premiera, jak mi to dzisiaj przypominałaś i powinnaś mieć wszystko opanowane.

- No to chyba niepotrzebnie mnie uczysz, skoro było tak źle – Amanda uśmiechnęła się krzywo. - Wybacz, że zawracam ci głowę. Żegnam.

- Stój, kobieto... - Upiór złapał ją za rękę. - Nie myśl, że cię tak po prostu wypuszczę.

- Bo co? Puszczaj! - Amanda szarpnęła się, ale Upiór był zbyt silny.

- Nie ma mowy, moja złota... - okręcił ją jak w tańcu i nagle znalazła się w mocnym uścisku, tyłem do niego, mocno przyciśnięta i trzymana. - Ach gdybyś oddała mi swój głos...

- Po co? Przecież ci się nie podobało.

- Owszem. Dlatego zaraz pójdziemy poćwiczyć. I nie radzę robić scen po słowach szczerej krytyki. Czyżby sukces przewrócił ci w głowie? I czy nie wiesz, że od najlepszych wymaga się najwięcej?

- Możliwe, że przewrócił. Pewnie Christine nigdy by na to nie pozwoliła, co? Zawsze taka skromna i niewinna... - Amanda poczuła falę gorącego rumieńca. Właściwie dlaczego mówi tak o Christine? Ach, bez Upiora wszystko byłoby takie proste...

- Amando. Nie. Mów. O. Christine - Upiór ścisnął ją mocniej. - Jasne?

- Jasne - mruknęła zawstydzona. - To... chodźmy ćwiczyć.

- No. To się chwali.

Zabrał ją do Groty.

- Dziś nie będziemy ćwiczyć donny Elviry - oznajmił Upiór. - Dziś mam dla ciebie inną rolę, niezwykłą.

- A podobno tak źle śpiewałam...

- Nie śpiewałaś źle - powiedział krótko. Dziwny człowiek. Wyglądał na zdenerwowanego, jakby na coś czekał, wiec wolała nie pytać więcej. Jeszcze straci cierpliwość.

Upiór zamaszystym gestem odrzucił na bok płaszcz i usiadł przy organach.

- Posłuchaj, Amando...

Słuchała. Muzyka i śpiew Upiora. Właściwie w żaden sposób nie umiałaby ich opisać. Gdyby ich nie słyszała, nie umiałaby wyobrazić sobie, że można grać i śpiewać tak pięknie. Miał taki delikatny, głęboki głos. Słuchając miała wrażenie, jakby dotykała czegoś miękkiego. I sam utwór... Amanda zapomniała, że słyszała muzykę, po prostu czuła wszystko, co było w niej zawarte, jak we śnie. Najpierw smutek, aż łzy podeszły jej do oczu. Potem pojedyncze, nieśmiałe tony radości. Nadzieja i zaraz potem gorzkie rozczarowanie. Jakby pytał: dlaczego? Ból, straszny ból, szarpane, gwałtowne tony. Potem uspokojenie, powrót do pierwszych tematów, ale dużo bogatszych. Niemal nie poczuła, jak płacze. W końcu monotonnie powtarzany smutna melodia, coraz ciszej. Cisza.

Upiór siedział nieruchomo, wpatrując się w klawisze.

- Zaraz to zaśpiewamy - odezwał się po dłuższej chwili, głuchym stłumionym głosem. - To duet.

Słowa były proste. O pożegnaniu, któremu nie można zapobiec. O nocy, w której się znika. O śnie, z którego trzeba się obudzić.

I o szczęściu, które można wtedy dać.

Jakoś tak nie mogła przestać płakać. I nawet nie chciała. Chciał żeby ktoś ją przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Że Upiorowi nic nie jest, tata do niej przyjedzie, wesoły jak zawsze, a Maestro... choćby stanie się trochę weselszy...

- Amando? - Upiór popatrzył na nią zdziwiony. - Co się stało?

- Mmój tata nie żyje – wyrzuciła z siebie jak pocisk i zanim się zorientowała fala żalu popłynęła szeroko. - Tak za nim tęsknię. Dowiedziałam się tuż przed balem. Nawet na pogrzebie nie byłam. Ja chcę żeby on żył. Ja nie chcę, żeby ktokolwiek umierał. Po co ludzie umierają? - nerwowo szarpała falbanki czarnej sukni. Trzęsła się cała. - Dlaczego? I ty też – popatrzyła oniemiałemu Upiorowi prosto w oczy. - Ty też tyle mówiłeś o... o śmierci...

- Ama... Ja nie wiedziałem... - otworzył szeroko oczy. No... nie płacz... - przysunął się bliżej i ją objął. Mocno. Jak dobrze. Wtuliła się w niego, objęła rękami w pasie. Miękki materiał, bicie serca, zapach potu, ale wcale nie nieprzyjemny, kawa... Boże, kiedy ostatnio ktoś ją tak przytulał? Ach prawda, tata, gdy wyjeżdżała do Paryża...


Pierwszy raz od lat było mu tak głupio. A myślał, że jako Upiór już nigdy nie znajdzie się w takiej sytuacji. Jej ojciec zmarł i już na balu o tym wiedziała. Podziałało to na niego lepiej niż cios młotem w głowę. Nie chciał zbytnio wspominać, ale nie był dla niej specjalnie przyjemny. I teraz rozumiał, czemu tak nalegała żeby mu towarzyszyć.

A swoją drogą... to było takie... przyjemne, gdy wtuliła się w niego jak małe dziecko. Nie mógł wiele zrobić, nawet nie wiedział co powiedzieć i tylko głaskał ją po włosach. Ale chociaż tyle. A ona potem mu podziękowała. Pociągnęła nosem i uśmiechnęła się.

Takie... miłe.

A potem, kiedy już się uspokoiła, zaśpiewali razem. To było cudowne. Duet z Amandą pod względem artystycznym niemal zawsze był wyjątkowym przeżyciem, z nim śpiewała sto razy lepiej niż na scenie. W dodatku, a raczej przede wszystkim, teraz śpiewali jego własne dzieło...


Upiorze? - zaczęła nieśmiało, gdy skończyli śpiewać.

- Tak, Amando?

- Chciałabym ci podziękować... Uczysz mnie, a ja zrobiłam już taką karierę. Zresztą nawet nie o karierę mi chodzi, i tak bym się chciała uczyć u ciebie - dodała szybko. - Ale co ty z tego masz? Ty tak pięknie śpiewasz, i komponujesz... dlaczego nie chcesz pokazać tego ludziom? Dlaczego to ja mam robić karierę nie ty? Czy ja ci nie przeszkadzam?

Upiór roześmiał się, krótko i dźwięcznie.

- Nie miałaś takich skrupułów, kiedy starałaś się o naukę...

- To było... dawno - zrobiło jej się gorąco. - Ale nie mówimy teraz o tym.

- Nie mówimy - zgodził się Upiór. - Więc chciałbym ci powiedzieć, a wydaje mi się, że już to mówiłem, ale to nic, powtórzę, że ja chcę twój głos. Moja muzyka nie może pozostać na papierze. Ona musi żyć. Ucząc cię, właśnie to chcę osiągnąć.

- Żebym śpiewała twoją muzykę?

- Dokładnie. Potrzebujemy siebie nawzajem.

- Ale ja nadal nie rozumiem, dlaczego ty sam...

- Ćśśś... - poczuła na ustach miękki materiał jego rękawiczki. Dotknięcie nie było nieprzyjemnie. - Nie mówmy nic więcej. Zaśpiewaj dla mnie. Tak jak ja cię uczyłem. Proszę. Ja będę tylko grał, nawet duet.

Zaśpiewała, obserwując go uważnie. Zamknął oczy i słuchał, słuchał całym sobą. Pierwszy raz widziała go takim, ale o dziwo, pomagało jej się to skupić na śpiewie, chciała zaśpiewać jak najpiękniej właśnie dla niego. Tak jak on ją uczył.

- Dziękuję - rzekł cicho gdy skończyła i usiadła obok. Pogładził ją po policzku, potem po ramieniu. - Śpiewasz pięknie. Ale nauczę cię jeszcze więcej... jeszcze więcej...

- Ale to co śpiewałam było smutne - powiedziała. - Chciałabym ci zaśpiewać coś wesołego.

- No proszę, jakieś ludzkie emocje. Widzę, że słowa krytyki nie poszły na marne.

- Nie to nie - prychnęła.

- Najważniejsze żebyś zrozumiała moją muzykę... Żebyś...

- ...dała jej życie, wiem. - Amanda się zirytowała, nie do końca rozumiejąc jeszcze dlaczego. - Wiesz... chciałabym już wrócić. Jest późno.

- Możesz zostać tutaj. Rano zaśpiewasz mi jeszcze raz i cię odwiozę.


Amanda z pewną niechęcią się zgodziła. Chyba to miejsce działa na mnie tak przytłaczająco, pomyślała próbując zasnąć. Ja bym mu zaśpiewała coś wesołego... przemknęło jej przez głowę, gdy zasypiała.