Rozdział VI

Christine:

Those who have seen your face,

Draw back in fear.

I am the mask you wear

Phantom:

It's me they hear.

"The Phanthom of the Opera" Andrew Lloyd Webber


Amando - ktoś łagodnie poruszał jej ramieniem. - Obudź się.

- Cco?... - Amanda nieprzytomnie rozejrzała się dookoła. Zobaczyła, ze Upiór uśmiecha się z rozbawieniem patrząc na nią. To on tak potrafi?

- Wstań. Odwiozę cię, a ty będziesz mi śpiewać.

Niedobudzona do końca Amanda wstała i poprawiała włosy i suknię. Stanowczo, takie noce nie wpływały na nią korzystnie.

W łódce śpiewała. Smutno śpiewała i coraz bardziej nie chciała tego śpiewać, nieważne jak piękne było. Co jest?... zirytowała się. Chyba za mało się staram. Więc starała się jeszcze bardziej, ale gdy Upiór włączył się w pewnym momencie, zrozumiała, że ja prowadzi, i że sama nie śpiewała dobrze. Poczuła za to złość, i do siebie i do niego. "Nie, nie, muszę odpocząć, pomyśleć...". Urwała śpiew i zrobiła minę delikatnej królewny. Zamknęła oczy i oparła głowę na rękach.

- Co ci jest, Amando? Ach, przepraszam... nie powinienem cię tak męczyć. Ale śpiewasz tak pięknie.

"Matko, gdzie on zgubił swoją ironię i chłód?" - zastanowiła się rozpaczliwie Amanda. Upiór złośliwy ja denerwował, ale Upiór zachwycony przerażał. Takie niewinne dziecko, które czeka aż dasz mu obiecaną i wyczekaną zabawkę. A ty tej zabawki wcale nie masz.

- Szlag - wyrwało jej się miała nadzieję, ze nie za głośno...


Amanda myślała o wczorajszej próbie, tej w Grocie. Dlaczego Upiór powiedział, że mu się nie podobało? Śpiewała przecież tak, jak ją nauczył. Starała się. Miała w pamięci każde słowo, tak jak Upiór je śpiewał. Nie mogłaby zaśpiewać tak genialnie jak on, ale przecież nie mogło być też tak źle. Upiór mówił, że śpiewała bez emocji, kiedy ona właśnie starała się jak najwierniej zaśpiewać to, czego ją uczył. I wydawało jej się...


Po południu miała indywidualną próbę z Saglattem. Przynajmniej te próby nie były ani częste, ani długie, służyły jedynie szybkiej kontroli i przekazaniu mniej lub bardziej ogólnych uwag. Saglatt lubił po prostu nad wszystkim panować.

- L'ultima prova dell'amor mio... - zaczęła. Spróbowała jakoś bardziej wczuć się w postać Elviry. Ale co jeszcze było do dodania? Zostawiła to w końcu i zaśpiewała jak najwierniejszą kopię śpiewu Upiora. Ale może jednak da się... Niepewnie popatrzyła na Saglatta, szukając oznak niezadowolenia, ale miał tak monotonnie ponurą minę, że szybko popatrzyła w drugą stronę. Rozproszyła się trochę i zaczęła śpiewać automatycznie. Na moment się zgubiła, znów złapała wątek... ale... jakoś inaczej jej to wyszło. Nie to, że jej się tak nie spodobało. Ale urwała gdy zobaczyła że Saglatt odwrócił się i popatrzył z politowaniem.

- Maestro?...

- Brzmisz jak upiorzyca – pokręcił głową i uniósł brwi. - Taka prawdziwa, przez małe "u". Chyba ci się zapomniało, czego cię twój Upiór uczył.

- On nie jest mój...

- Ale jest? Bo ostatnio bardzo stanowczo zaprzeczałaś.

- Ojej, Maestro...

Świetnie, Saglatt znowu wredny. A ona znowu nie wie co ma zrobić, żeby wyszło. Nie, nie chce jeszcze raz przechodzić przez to całe piekło „nie umiem śpiewać". A może tak już jest, że co jakiś czas się to przeżywa? Ale ona jeszcze nie skończyła przeżywać czegoś innego, ważniejszego...

Kiedyś już Saglatt ostrzegł ją, by nie stała się Upiorzycą. Wtedy wzięła to za kiepski żart, ale teraz... może coś w tym było? Coś do siebie mocno nie pasowało.

- Maestro... czy ja śpiewam... Czy jak ja śpiewam, to czuć emocje? To znaczy... Jakby to powiedzieć...

- Może i jakieś słychać, ale chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że nie twoje?

- No...

- Każdy może mieć swoją interpretację postaci i jej... motywów – westchnął teatralnie. - Jeszcze raz, Calvieri.

- Nie, chciałabym trochę... pomyśleć. Czy znajdzie pan czas jeszcze dziś wieczorem?

- Ja znajdę, ale aż się boję, co będę musiał wysłuchać. Nie wiem czy wiesz, czas na przemyślenie był przez ostatnie bodajże dwa miesiące prób. Teraz śpiewaj tak jak umiesz, bo się pogubisz.

- Może, ale to ja śpiewam i chcę to robić jak najlepiej...

- A ja chcę jak najlepiej dla opery. I nie pierwszy raz mam wrażenie, że nie jesteś w stanie tego pojąć.

- Opera nie jest najważniejsza.

- Nie? Och, przepraszam nie wiedziałem.

- Nie chce pan żebym się rozwijała?

- Chcę, ale nie dwa dni przed spektaklem. Ty w ogóle masz dziwne skłonności do tracenia rozumu dwa dni przed premierą. Dobrze, że to sobie uświadomiłaś, bo czasami naprawdę śpiewasz jak nakręcana pozytywka. Ale jest to ładna pozytywka, więc nie chciałabym, żebyś coś popsuła. Najlepiej zaczekaj do następnej sztuki, to nie tak długo. Chyba tyle wytrzymasz?


Nie, nie zaczeka. Nie musi być idealnie. Tylko chciała spróbować sama. Zresztą, co może popsuć? Najwyżej jak okaże się, że jest do niczego, to wróci do wersji Upiora.

No dobrze. Usiadła wygodnie na sofie. Elvira.

Poczuła przyjemny dreszcz. To było cudowne, mogła stworzyć coś sama. Dotąd była prowadzona za rękę, jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Teraz poczuła, że może sama pobiec. Nawet, jeśli przewróci się parę razy.

Zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że jest Elvirą. Jak to jest kochać Don Giovanniego, Don Juana, człowieka, który goni za własną przyjemnością, zapatrzony jest w siebie, nie przejmuje się tobą? Rani cię co chwila. Jak to jest próbować mu pomóc, mimo wszystko, naprawiać co zepsuł? Jak to jest widzieć jego dumę, prowadzącą wprost w potępienie? Niejako na własne żądanie... I to, że on sam wie to wszystko lepiej jeszcze niż Elvira.

O Boże, przecież ona doskonale wiedziała jak to jest!

Elvira u Upiora była delikatna, płacząca nad Don Giovannim, żałująca go. Nasycona tragizmem, bo nie mogła mu pomóc.

Jakie to, cholera, wszystko znajome. Niestety.

Może i nie zdąży do premiery, ale te uwagi były cenne na przyszłość.

Trzeba pomówić z Upiorem. Następna próba jutro po południu. A to będzie bolało. I to bardzo... Ale, do diabła, nie będzie się bała. Przecież chodzi o jej muzykę. I nie tylko.


Okazało się, ze faktycznie było się czego bać...

- Upiorze - powiedziała prosto z mostu gdy przypłynęli do Groty. - Przemyślałam parę rzeczy...

- Naprawdę?

- Nie przerywaj mi. Chcę ci powiedzieć... że ja nie chcę, żebyś mnie uczył swojej muzyki - wyrzuciła z siebie słowa jak serię pocisków, żeby tylko mieć to za sobą i na pewno to zrobić.

- Słucham? - kącik ust Upiora zadrgał nerwowo.

- Och... chcę śpiewać, jakbyś to powiedział, własną muzykę. Chcę żebyś mnie nauczył jak mam ją... znaleźć. Nie chcę być tylko narzędziem, pomostem między tobą a publicznością.

Upiór stał nieruchomo, z martwą twarzą, wpatrzony w primadonnę bezdennymi oczyma. Jak się zastanowić, to Saglatt ma podobne, pomyślała Amanda, ale zaraz spoważniała. Upiór wpatrywał się w nią tak, że chciałaby zapaść się pod ziemię. Ale stała na kamieniach, nie na drewnianej podłodze, z ukrytymi zapadniami. A z siódmej, najgłębszej, piwnicy i tak nie było gdzie się zapadać. Jedyna droga prowadziła w górę.

- Chcesz mi, kobieto, powiedzieć - zaczął wolno i cicho, podchodząc do niej jak tygrys do zdobyczy - że nagle odwidziało ci się wszystko i chcesz tak po prostu zrezygnować? - Chwycił ją pod brodę i gwałtownie podniósł jej głowę do góry. Patrzył z tak bliska, że czuła na twarzy jego oddech. Pachniał kawą i jeszcze czymś słodkim.

- Nie. Już mówiłam, chcę byś mnie uczył. Ale mojej muzyki. Nie mogę śpiewać za ciebie.

- Jeszcze niedawno z wdzięcznością pytałaś mnie, co chcę w zamian! - Wybuchnął zimnym śmiechem, od którego Amandę przeszły ciarki. Poczuła jak kropelki potu spływają jej wzdłuż kręgosłupa. Upiór chwycił ją za ramiona i przycisnął do zimnej, kamiennej ściany. Poruszone podmuchem płomienie zatańczyły dziko na jego twarzy. - A tu nagle taka zmiana... co ja mam z tobą zrobić? - uśmiechnął się makabrycznie. Jak upiór. - Nie mogę cię wypuścić - przysunął się do nieruchomej dziewczyny. - Zaprzedałaś się Upiorowi w zamian za jego muzykę – szeptał.- Sama chciałaś. Słowo jest święte i nie mogę cię teraz uwolnić.

- Upiorze, ja chcę sama myśleć i decydować, przecież potrafię. Nie jestem twoją lalką... albo maską.

- Nie bądź głupia, Amando... Czy nie ja dałem ci to, co masz teraz?! - krzyknął strasznie głośno. - Odpowiedz!

- Dałeś.

- Czy nie ja wyniosłem cię na szczyt? No słucham? - krzyk zamienił się w syk.

- To prawda. Ale nie tak wyobrażałam sobie wspinaczkę.

- A co mnie obchodzi jak i co ty sobie wyobrażałaś?! Czy nie obiecywałaś w zamian być moją, służyć mojej muzyce?!

- Ja nie mogę tak, Upiorze. Ja chcę... być czymś więcej niż pozytywką. Ja jestem czymś więcej - spróbowała się wyszarpnąć, ale trzymał mocno. Na pewno zostaną sińce na ramionach.

- Ty niczym nie jesteś beze mnie! - Uderzył ją otwartą dłonią w policzek, aż zatoczyła się i ciężko usiadła na ziemi. - Czemu patrzysz na mnie z takim wyrzutem? To nie ja cię skrzywdziłem, to ty łamiesz słowo! Ale ja ci na to nie pozwolę! Zrobisz, zaśpiewasz, co powiem i tak jak powiem!

- To trzeba było wybrać Christine! Och, ona na pewno byłaby ci posłuszna! - Amanda wstała i podeszła do Upiora. Centymetry od jego twarzy zatrzymała się i krzyczała dalej. - Ona byłaby jak owca, jak posłuszna gęś, ona nie sprzeciwiłaby się w niczym, ach! i cierpiałaby w milczeniu! Wzruszające! I co by z tego miała? Ja nie zamierzam stać bezczynnie!

- Ja też nie będę stać bezczynnie - szepnął spokojnie Upiór i ten spokój ją przeraził. Zaczęła się zastanawiać czy nie udać pozornej zgody, żeby pozwolił jej odpłynąć. - Wracaj więc do Opery, Amando. Masz czas do premiery, czyli pełną dobę. Jeśli usłyszę, że śpiewasz inaczej... to będzie oznaczać wojnę. I radzę się dziesięć razy zastanowić.

Stał nieruchomo, z założonymi na piersi rękoma i najwyraźniej uznał to za koniec rozmowy. No i dobrze. Amanda wsiadła więc do łodzi i wzięła kij którym posługiwał się zwykle Upiór. Do stu upiorów, jaka ta łódź niezwrotna, a kij ciężki! Jak się tym, na wszystkich bogów, manewruje?!

Długo płynęła, bardzo długo. Chyba szybciej byłoby wpław, niż tą chyboczącą się skorupką. Nie odwróciła się ani razu, ale była pewna ze Upiór stoi tam nieruchomo i ją obserwuje. I może się nawet śmieje z niej pod nosem.

Też się zaśmiała. Ciekawe jak zamierzał się teraz wydostać z Groty. Będzie musiał zamoczyć swój arystokratyczny płaszczyk i uważać, żeby nie zgubić maseczki.

Bez Upiora w zasięgu wzroku była w stanie pomyśleć chłodniej. On zapewne odczuł całą awanturę dużo mocniej niż ona. Tak jakby znowu ktoś go nie chciał. Dał jej takie ultimatum, żeby ją zatrzymać. Ale przecież nikt nie ma prawa tak się zachowywać. On nie ma prawa jej szantażować.

Ale zabawne, Christine pewnie bałaby się teraz, że Upiór siłą zatrzyma ją przy sobie. A ona boi się, że Upiór się od niej odsunie. Sądząc z tego, co działo się gdy ostatnio wpadł w gniew, może to oznaczać prawdziwą masakrę.

Trzeba uprzedzić Saglatta. Jutro do niego pójdzie.

A ona już tęskniła za Upiorem. Wspinając się po schodach czuła się jakby i jego pogrzebał bardzo chciałaby móc do niego pójść i jeszcze raz się wypłakać. Ale to było możliwe albo na jej warunkach albo wcale.

A co jeśli Upiór znów się rozchoruje? Nie. Siedzi dziesięć lat w tych piwnicach, skoro tyle przeżył, to przeżyje i więcej! Na pewno nic mu nie będzie, na pewno, na pewno...


Viola się wściekła. Krzyczała że zmarnował jej życie i płakała.

Cóż, złota rybka kiedyś musi się zdenerwować...

Ale najgorsze było to, że Viola zwyczajnie zaczęła go zdradzać. Na zasadzie sprzężenia zwrotnego dodatniego on zaczął się upijać, a potem robić żonie awantury.

A potem na kacu, tak fizycznym, jak i moralnym - do pracy. Uczyć tłum durnych dzieciaków. I to praktycznie za żadne pieniądze. A i sporo musiał przeznaczyć na spłatę długu.

A potem znów się upić.

Cóż...


Saglatt przetarł zmęczone oczy. Udało mu się niepostrzeżenie zabrać księgi rachunkowe Opery. Znalazł tam comiesięczne wpisy – pensja Upiora Opery! Listy tego wariata dołączone były jako coś w rodzaju pokwitowania. Jasna cholera, przecież kiedyś Upiór żądał pensji co kwartał! A teraz co miesiąc, co było ewidentnym dowodem na szaleństwo tego człowieka! Nie mówiąc o tym, że z każdym miesiącem żądał większej kwoty...

Romantyczny śpiewak, rzeczywiście! Pazerny chciwiec. Sprytny i bez skrupułów. Pewnie, co go obchodzą wszyscy inni, skoro on ma pieniądze. Wprawdzie wszyscy ludzie myśleli w podobny sposób, ale to już był szczyt szczytów! Szczyt bezczelności! A jego samego oskarżą o podszywanie się pod Upiora i wymuszanie pieniędzy. Mają listy, mają opinię zespołu, personelu, że Upiór jest groźny wystarczy, by umotywować wypełnianie jego życzeń. Przecież na premierze „Czarodziejskiego Fletu" tylko cudem nie doszło do groźnych wypadków. Ale najwyraźniej władze miasta zainteresowały się sprawą i Vermett boi się oskarżenia o niekompetencję.

Więc potrzebny kozioł ofiarny, żeby ją ukryć. A Upiór siedzi siedem kondygnacji pod ziemią i się z nas nabija. Zwłaszcza, że nie wszyscy w niego wierzą. Szczególnie władze miasta. Już widzi miny sędziów, kiedy im opowiada o tym prawdziwym Upiorze. Ale to przecież prawda. No i Upiór istniał zanim Saglatt zaczął tu pracować.

I jak to udowodnić, zanim oskarżą go o coś oficjalnie? Prawda i tak wyjdzie na jaw, kiedy Upiór będzie grasował, mimo, że jego wsadzą za kratki. Nie no, przecież nie ma dowodów, nie wsadzą. Ale zwolnić mogą.

Saglattowi przeleciały przed oczami wszystkie niespłacone jeszcze długi. Niechby rok jeszcze poczekali, oddałby wszystko i mógłby zacząć pożyczać na nowo.

Ktoś zapukał. Zanim zdążył coś odpowiedzieć (konkretnie, że jest zajęty) do gabinetu weszła Calvieri.

- Maestro. Czy mógłby poświęcić mi pan trochę czasu?

- Cóż takiego się stało? - Zza biurka Saglatt przyjrzał się krwistemu sińcowi na policzku Amandy. - Małżeńska kłótnia Upiora i Upiorzycy?

- Coś tak jakby - Amanda opadła na fotel. - Oświadczyłam mu, że chcę śpiewać sama, to znaczy po swojemu, a nie tak jak on mi każe. Od pana oczekuję stalowych nerwów, bo oprócz częstszych prób ze mną, będzie pan zapewne musiał znieść rozmaite... wypadki.

Oczy Saglatta zwęziły się do małych szparek.

- No nie... Calvieri, czy ty uważasz mnie za czarodzieja? - zaczął groźnym szeptem. - Czy nie mogłaś wymyśleć, że Upiór się zdenerwuje i zachować się delikatniej? Twoja kobieca intuicja i takt zapewne wzięły urlop, którego skutki ja będę musiał ponieść! - Walnął otwartą dłonią w blat biurka. - Calvieri, wynoś się i nie pokazuj mi się na oczy! Ach... i dziękuję za przyznanie, że Upiór istnieje, i cię uczy. Wreszcie to wykrztusiłaś.

- Nie ma za co i niech pan tak nie patrzy, jakby od początku pan wszystko wiedział!

- Ale wiedziałem.

- No i co z tego?!

- Ależ nic, absolutnie – wycedził przez zęby. - Jedynie fakt, że mogę wykorzystać twoją wiedzę, by wytłumaczyć dyrekcji, że ktoś taki jak Upiór istnieje.

- Słucham?! Maestro, pan nie może!... - Oparła obie dłonie o biurko i pochyliła się w jego stronę. - Proszę się zastanowić, przecież on nikomu krzywdy nie zrobił... Zresztą ja nic nie powiem, zaprzeczę!...

- Ja nie mogę? Ja powinienem się zastanowić? Sama się powinnaś zastanowić i nie pleść głupot! Mówiłaś zdaje się o jakichś wypadkach. – Wstał i oparł się o blat z drugiej strony, patrząc jej prosto w oczy z odległości kilkunastu centymetrów. - Czy ty idiotko nie możesz pojąć, że swoimi fochami możesz rozpętać piekło? Że nie wiadomo co się stanie? Że ktoś może zginąć? A ja najprawdopodobniej stracę przez ciebie pracę i dobrze jeśli tylko to! Calvieri, ty głupia... i czego ryczysz?!

Usiadła na fotelu i wytarła oczy. Potem popatrzyła wzrokiem pełnym pretensji do świata w ogóle i do niego w szczególności.

Już chyba bardziej nie mogła go zdenerwować.

Po prostu wyszedł z własnego gabinetu. I trzasnął drzwiami.


Prawie biegł korytarzem.

- Panie dyrektorze! - zawołał za nim męski głos. Joseph Bouquet, bas, pomyślał Saglatt, nie zastanowiwszy się, że maszyniści nie śpiewają.

- O co chodzi? - warknął odwróciwszy się na pięcie.

- Kiepska sprawa, panie dyrektorze... Ktoś pociął dekoracje do „Don Giovanniego".

- A dlaczego przyszedłeś z tym do mnie? - wycedził, ignorując czerwoną mgiełkę przed oczami. - Dlaczego nie pójdziesz do naszego prześwietnego i jakże kompetentnego dyrektora naczelnego?

- No właśnie dlatego... - Bouquet pokiwał głową.

- Dobra. Zbierz wszystkich mężczyzn, rozstaw ich na straży. Pilnujcie zwłaszcza maszynowni. Ja pójdę na policję.

- Aż tak?...

- Aż tak. Wykonać.


Saglatt wrócił do swojego gabinetu późnym wieczorem, zmęczony i przybity. Komisarz delikatnie mówiąc mu nie uwierzył. Po dłuższych negocjacjach wysłał dwóch żandarmów. Jakieś dziesięć razy za mało. Ale za to odwiedził jeszcze jedną osobę i ta akurat wizyta się opłaciła.

Zapalił naftową lampę stojącą na biurku. Pierwszym, co zobaczył w jej ciepłym świetle, była skulona w fotelu Amanda.

Co za... Siedzi tu od tylu godzin, czy jak?

- Calvieri – powiedział głośno. - Calvieri, do cholery, nie śpij, jak do ciebie mówię!

Masz ją, ocknęła się i patrzy nieprzytomnie na boki.

- Maestro... Co się dzieje?

- Twój ukochany Upiór roznosi Operę w proch i pył. Skoro się z nim zaprzyjaźniłaś, to trzeba było lepiej go wychować.

- Och... Ale co się stało?

- Jeszcze nic strasznego. Jeszcze. – Usiadł wygodnie w fotelu i przyglądał się, jak na twarzy Calvieri pojawiają się kolejno zaskoczenie, zmieszanie, poczucie winy... - Tak, to twoja wina, Calvieri.

I moja, dodał w myślach. Już dawno trzeba było coś z tym zrobić.

Już otwierał usta, żeby kazać jej wyjść, kiedy rozległo się gwałtowne pukanie i w szparze drzwi ukazał się Pierre Fermet.

- Monsieur Saglatt – zaczął roztrzęsionym tonem. - Pan Bouquet pilnie pana woła!...

Saglatt zerwał się z miejsca.

- Co się stało? - wykrzyknęli oboje z Amandą.

Pierre popatrzył mściwie na śpiewaczkę.

- Upiór się wściekł. Podpalił kurtynę.

Saglatt odepchnął go na bok i wybiegł z gabinetu jak tajfun.


Zapowiadała się długa noc. Amanda zwinęła się w fotelu jeszcze mocniej. Nie, nie będzie płakać, w każdej chwili może zjawić się Saglatt. Boże, podpalił kurtynę! Od kurtyny zapali się scena, od sceny widownia, od widowni reszta Opery. Wszyscy zginiemy. Co on sobie wyobraża?! Idiota! Idiota to już niemal synonim Upiora...

Minęło długie, ciężkie, pół godziny, zanim wrócił Saglatt.

- Ugaszone – powiedział od progu. - I ani słowa.

Kiwnęła głową. Maestro był wściekły. Co on powiedział? Że może stracić pracę? Nie, proszę, nie... Jeszcze i on...

- Dlaczego znowu płaczesz, Calvieri? - Saglatt wydął usta. - Kilka słów prawdy i już się rozklejasz?

- Może... - pociągnęła nosem. - Do dzisiaj wszystko było... - zawahała się. Nie było dobrze, bo tata nie żył.

- Było?

- Było... znośnie. Upiór był ludzki. Jakby wreszcie coś do niego dotarło przez tę grubą maskę. I pan też był... inny. Na balu i... wcześniej.

Popatrzył na nią jakby chciał ją prześwietlić wzrokiem, przeczytać najgłębsze myśli i upewnić się, że nie kłamie. Ale zniknął przynajmniej ten złośliwy grymas ust.

- Cóż, ja już się przyzwyczaiłem, do tego jacy są ludzie. I przynajmniej nie oczekuję, że ktoś będzie dla mnie ludzki.

Dziwna cisza zapadła po tych słowach. Oboje patrzyli gdziekolwiek, byle nie na siebie. Wreszcie Amanda doszła do jakiegoś konstruktywnego wniosku. Nie tylko ona ma jakieś problemy. A teraz w dodatku zawiniła. Najmądrzej będzie coś zrobić, żeby pomóc... jakkolwiek i komukolwiek.

- Maestro, co ja mam zrobić, żeby to jakoś naprawić? - szepnęła.

- Calvieri, czy ty mnie przypadkiem nie pytasz o receptę na życie? - żachnął się dyrektor. - Nie mam czegoś takiego. Sama popsułaś, sama naprawiaj.

- Dobrze – nabrała tchu. - Maestro, ale nie sądzę, żebym sama coś zdziałała... Znaczy jedyne, co mogę zrobić... to iść do Upiora i powiedzieć, że przepraszam. Ale wtedy znów będzie jak dawniej...

- Podobno do dzisiaj było dobrze?

- No... było. Ale już nie będzie... Ojej, przecież pan mnie rozumie...

- Rozumiem – wzruszył ramionami i popatrzył w sufit. - Jesteś młoda, ambitna, pazurami i zębami będziesz walczyć o swoje. A ja - dodał głucho – jestem stary, zmęczony i nie mam siły się w to bawić. Rób, co uważasz za słuszne...

Tym razem drzwi się otworzyły bez pukania.

- Już idę, Fermet – Saglatt podniósł się i wyszedł.

Amanda przetrawiała ostatnie słowa Maestra. Jak to nie ma siły się w to bawić? To co, to ona jest dzieciak, że ma jakieś marzenia, że chce się rozwijać? Rób, co chcesz... Jak ma robić co chce? Jak zrobi co chce, to Upiór rozniesie Operę w proch i pył, tak jak Maestro powiedział. A samego Maestra, z jakichś niepojętych przyczyn, zwolnią. Co on ma do tego? Bo przecież się nie przesłyszała, zwolnią go przez sprawę z Upiorem. „A ja najprawdopodobniej stracę przez ciebie pracę i dobrze jeśli tylko to!"

No to chyba nie ma wyjścia...

Saglatt wrócił. Blady i potargany. I zadyszany.

- Maestro...

- Był w maszynowni – powiedział jednym tchem. - Goniliśmy go, ale uciekł. Poprzecinał część lin, ale nie wiadomo ile. Bouquet z chłopcami sprawdzają. Ale tylko jedne dekoracje runęły na scenę. te najcięższe.

- Ja pójdę do Upiora. Powiem, że zgadzam się na wszystko, tylko niech on przestanie.

Wstała. Lepiej iść od razu, póki się jeszcze tak nie boi.

- Siadaj Calvieri, nigdzie nie pójdziesz – oznajmił sucho Saglatt. - Nie zamierzam pozwolić, żeby ktoś taki – te słowa wypowiedział z bezgraniczną pogardą – jak Upiór, panoszył się po naszej Operze.

Opadła z powrotem na fotel. Chyba nawet się uśmiechała.

- Idź spać, Calvieri.

- Nie. Ja chcę tu zostać z panem.

- Nie musisz mnie pilnować, ani mi pomagać. Dam sobie radę sam. Zwykle mi się to udaje.

- No i co? - prychnęła. - Maestro, bardzo pana proszę...

Wzruszył ramionami, ale popatrzył jakoś tak dziwnie.

- Rób co chcesz – stwierdził w końcu.

- Dziękuję.

- Słyszę kroki – Saglatt wstał. - To będzie długa noc. Umówmy się,:że możesz tu siedzieć, ale tylko tu. Nigdzie ze mną nie idziesz.

Kiwnęła głową. Jasne. Lepiej nie nadużywać.. uprzejmości Maestra.


Tym razem trwało to dłużej. Upiór zakręcił zawór w gazociągu prowadzącym na scenę i widownię, i pogrążył ich w totalnych ciemnościach. Gdy sobie z tym poradzili okazało się, że nad sceną zbiera się gaz. Wezwanej sile fachowej zlokalizowanie usterki zajęło dobrą godzinę, mimo pomocy dyrektora i tych maszynistów, którzy i tak pilnowaliby sceny. A gaz się zbierał i na końcu trzeba było jeszcze przewietrzyć pomieszczenie. Wyjątkowo niewdzięczna robota.

Kiedy Saglatt zataczając się wracał do gabinetu, udusiłby Upiora własnymi rękami, gdyby go spotkał. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia. I nie tylko udusił. Jeszcze by go utopił. Albo pokroił. Albo pokaleczył w bardzo wymyślny sposób i posypał rany solą. Albo przypiekł na wolnym ogniu. Albo nawlekł na pal. Albo rozszarpał końmi. Albo połamał kołem. Dlaczego znieśli te dawne tortury... Cholerne schody, same się podnoszą! Co to... ach, albo trucizna. Dobra, długo działająca trucizna. Arszenik, w małych dawkach, co jakiś czas. Albo strychnina, choć działa krócej, ale za to jak widowiskowo... Albo... albo...

- ...estro?! Maestro?!

Co ta Calvieri robi za nim?! Przecież miała zostać w gabinecie?! Czemu jest tak ciemno...

Ktoś wyjął mu z ręki ślepą latarnię i chwycił pod ramię. Ach, to Calvieri... Gdzie ona go prowadzi...


Chwilę wcześniej Amanda ocknęła się nagle, sama nie wiedząc co ją obudziło. Czemu wszystko ją tak boli? Ach, zasnęła w fotelu. Prawda, została w gabinecie Saglatta. Przykręciła lampę naftową, bo światło niemiłosiernie atakowało jej oczy. Dobrze, że lampy gazowe były zakręcone i panował ciepły półmrok.

Nagle usłyszała na korytarzu kroki. Dziwne, powłóczyste. Ktoś szurał nogami o podłogę, jakby nie mógł złapać równowagi. Mimowolnie zaczęła się bać. Środek nocy, ciemno, kroki... Upiór?

Nie no, głupota. Potrząsnęła głową. Tym bardziej, że ten ktoś nie wszedł, a przeszurał nogami pod gabinetem i poszedł dalej. Upiór? Wstała i wyjrzała na korytarz.

- Maestro?!

O mamo, co jest? Saglatt, słaniając się, szedł nieprzytomnie przed siebie. Z trudem doprowadziła go do gabinetu i posadziła na kanapie. Coś mamrotał, ale gdy Amanda zaczęła się przysłuchiwać, ledwo powstrzymała okrzyk przerażenia. Mruczał do siebie jakąś krwawą litanię wymyślnych tortur i nie wyglądało na to, żeby prędko miały mu się wyczerpać pomysły.

- Maestro?... - poklepała go po policzku.

- Calvieri... - potrząsnął głową i skrzywił się boleśnie. - Otwórz okna. Wszystkie.

Rzuciła się do okien i po chwili lodowate powietrze wdarło się do gabinetu. Razem ze śniegiem. Amanda skuliła się, przysiadając na fotelu, ale Saglatt podszedł do okna i z ulgą wdychał świeży tlen.

- Co się tym razem stało? - Amanda starała się nie szczękać zębami.

- Gazociąg. Pieprzoną godzinę szukaliśmy awarii i wdychaliśmy gaz.

Saglatt zamknął okna, zostawiając uchylone tylko jedno.

- Jak ci zimno, to możesz wziąć mój płaszcz – kiwnął głową w stronę wieszaka.

Amanda podreptała w tamtą stronę i z wdzięcznością otuliła się grubym, ciepłym materiałem. Tak zawinięta usiadła znów w fotelu.

- To o czym mówiliśmy, zanim nam przerwano? - zastanowił się Saglatt, przybierając swoją normalną, złośliwą minę. Amanda nie wiedziała, czy pytanie było do niej, czy rzucone ot tak w powietrze, ale mimo wszystko odpowiedziała.

- O Upiorze. Że mam tam nie iść.

- No właśnie – oznajmił Saglatt z jakimś strasznym spokojem. - Nie zamierzam dać za wygraną. Wojna!... - syknął, a twarz wykrzywiła mu się we wściekłym grymasie. Wyjął z szuflady biurka plik dokumentów. - To są plany podziemi. Z najlepszego źródła, czyli od monsieur Garniera.

Amanda wlepiła oczy w papiery. Plany? Boże, przecież oni się pozabijają, jak Saglatt tam pójdzie!

- Niestety, plany nie są kompletne – Saglatt pokiwał głową, jakby chciał tym gestem wyrazić politowanie dla idiotyzmu tego świata. - Resztę mam otrzymać jutro. Jak to wszystko jest beznadziejnie zorganizowane...

- Ależ pan nie może tam pójść! - krzyknęła Amanda.

- Ciszej, Calvieri. Głowa mnie boli od tego gazu. Jutro Upiór dowie się jak to jest...

- Ja się nie zgadzam! - O mamo, co ona ma powiedzieć? - Po co idzie pan do tych podziemi? A może... a może Upiora wcale tam nie będzie? Może akurat zechce zwalić na widownię żyrandol?

Wyraz twarzy Saglatta zmienił się momentalnie. Przez moment na zdziwiony, ale potem na... przerażony? Szybko schował plany i zatrzasnął szufladę.

- Maestro?

- Co? Idę sprawdzić, czy nie masz czasem racji! - burknął i wyszedł, trzaskając drzwiami. Czekaj tu na mnie!


O zgrozo, miała rację! Razem z Bouquetem weszli do pomieszczenia nad widownią, do którego wciągany był żyrandol.

Lina na której żyrandol wisiał, gruba jak męskie ramię, była do połowy przepiłowana.


Amanda nie wahała się ani chwili. Otworzyła szufladę. Nie może zabrać wszystkiego, bo Maestro za szybko się zorientuje. Ale... połowę. No, większą połowę. A resztę może szybko przeczytać, zapamiętać co się da... i zmienić jeśli się da.

A potem szybko zniknąć i nie pokazywać się Saglattowi na oczy. Aż do premiery.

Dobre sobie, zniknąć... ma tu czekać przecież. Złożyła kartki trzykrotnie i wepchnęła pod stanik. Po dłuższej chwili przedziwnych wysiłków udało jej się wyglądać normalnie.

I dobrze, bo za chwilę wrócił Saglatt. Wściekły.

- Przypadkiem miałaś rację, czy wiedziałaś już wcześniej? - zapytał na wstępie.

- O czym?

- O żyrandolu! Gdybym tam nie poszedł, zleciałby jutro na widownię!

- Nie no... kiedyś Upiór wspominał, że waży tylko siedem ton, a nie dwieście, ale przecież bym powiedziała wcześniej... Naprawdę by spadł?... - dodała głupio.

Saglatt westchnął głęboko i upadł na fotel.

- Dobrze. Jak wojna to wojna. Zabezpieczymy jutro salę. Wezwiemy policję, tym razem nie ma, że odmawiają. A ty – wskazał ją palcem – zaśpiewasz, nazwijmy to, po swojemu. Chodź tutaj.

Przesiadł się do pianina.

- Teraz chce pan...

- A kiedy?

Kiedy w końcu zasypiała, we własnym łóżku, nad Sekwaną wschodziło słońce.


Premiera... Amanda stała za kulisami, a nogi miała jak z waty. Czy ona w ogóle da radę zaśpiewać? Nie mówiąc o tym, że wersja ćwiczona z Upiorem totalnie jej się myliła z wersją opracowaną w nocy z Saglattem. I że schowane za stanik plany przy każdym ruchu niemiłosiernie ją łaskotały. I że ze zmęczenia kręciło jej się w głowie. Fakt, spała te pięć godzin, ale nie o normalnej porze.

I jeszcze ci żandarmi dookoła! Wszyscy pilnowali dosłownie wszystkiego. A żeńska część zespołu odstawiała regularną histerię. Właśnie rozległ się wysoki, chóralny pisk i za kulisy wpadła cała horda dziewcząt z chóru.

- Cisza! - wrzasnęła Amanda. - Co wy sobie myślicie?!

Wokół chóru zaczął gromadzić się zaciekawiony tłumek, a każdy z obecnych uznał za wskazane coś skomentować. Tak więc obserwatorzy z najdalszych rzędów dowiedzieli się, że właśnie zamordowano którąś z dziewczynek...

- A... ale w naszej garderobie są żaby! - wykrzyknęło najodważniejsze dziewczątko i rozpłakało się.

- No i co? Piękne zwierzęta. Trzeba było je pocałować, zmieniłyby się w książąt! Uciekajcie stąd i nie róbcie paniki! O Boże, ja już muszę iść na scenę!

Ostatnie poprawki kostiumu i makijażu.

Wyszła. Saglatt przy pulpicie dyrygenta wyglądał iście upiornie. Tradycyjnie cały na czarno, włosy i poły fraka powiewały przy każdym energicznym ruchu, wzrok błądził po całej scenie, szukając najmniejszych oznak kłopotów. Dyrygował z pamięci, jak zawsze, ale teraz w dodatku automatycznie. W ogóle wyglądał jak ktoś, kto duchem jest pięćset mil stąd.

Na Amandę spojrzał jednak uważniej. Tak jakby mówił: postaraj się, bo jak nie...

Wzdrygnęła się mimowolnie i zaczęła śpiewać. Powoli nerwy jej przechodziły, dobrze jej się śpiewało, czuła aprobatę widowni.

I wtedy...

Kątem oka dostrzegła jakiś kształt spadający z góry.

- AAA! - ona krzyknęła pierwsza, potem rozległ się chóralny wrzask większości obecnych, czy to widowni, czy artystów.

Z pętlą zaciśniętą na szyi, kołysał się nad sceną martwy Joseph Bouquet. Obracał się, co jakiś czas przerywając piruet, żeby popatrzeć w oczy Amandzie lub Saglattowi...

Lampy zamigotały i zaczęły powoli gasnąć, jedna za drugą. Amanda w szoku stała bezradnie, wpatrując się w trupa. Szklane oczy, wywalony język...

Ciemność. Ktoś chwycił ją wpół. Ostry zapach...


Tamtego dnia wrócił do domu trochę wcześniej i trochę bardziej trzeźwy niż zwykle.

Viola siedziała przed lustrem i się czesała. Miała piękny makijaż. Błękitno-złota suknia czekała na właścicielkę. I zapach pomarańczy w powietrzu...

Jego piękna Viola. Po co on tak na nią krzyczał...

Chciał ją objąć, ale odsunęła się niecierpliwie. Później, teraz się spieszy.

W dodatku drżała, cała spłoszona.

- Z kim się umówiłaś? - zapytał tonem, którego używał wobec najwredniejszych, najbardziej knąbrnych uczniów.

- Nie twój interes.

- Z kim?!

Nie potrafił przypomnieć sobie dalszego ciągu. Następne co pamiętał, to Viola leżąca obok przewróconej toaletki. Kawałki szkła na podłodze. Rozcierała białe ramiona, a w oczach miała łzy.

Poderwała się jak spłoszony królik, narzuciła płaszcz na peniuar i wybiegła z domu. Przez okno widział jak wskakuje do dorożki.

Co miał zrobić, upił się jeszcze bardziej.

Następnego dnia, razem z kochankiem, przyjechała po swoje rzeczy. Z satysfakcją wyrzucił je przez okno, wprost w błoto. I rozbił wszystko, co tylko się dało.


Saglatt znieruchomiał z batutą wysoko w górze. Zimna wściekłość zalewała go całego.

- Proszę o spokój! - krzyknął, odwróciwszy się wreszcie do publiczności. - Proszę pozostać na swoich miejscach!

Tłum trochę się uspokoił, zwłaszcza przód sali, który wyraźnie słyszał jego słowa. Pobiegł na scenę.

Światła zaczęły gasnąć. Panika wybuchła na nowo. Świetnie!... Ale policja zaczęła brać się do roboty, chyba nie będzie tak źle.

Na scenie zderzył się z Vermettem. Ktoś odcinał Bouqueta, nigdzie nie było widać Amandy. Zapalały się latarki. Do Vermetta podszedł Moncharmin i burmistrz Paryża.

- Koniec, Saglatt! - powiedział Moncharmin.

- Lepiej się od razu przyznaj! - dorzucił Vermett.

- Panowie – powiedział zimno Maestro. - Jakie macie dowody, że mógłbym coś zrobić? Dwa i pół tysiąca świadków potwierdzi, że dyrygowałem orkiestrą w czasie, gdy zdarzyło się morderstwo.

- Mogłeś mieć wspólnika! - zapiszczał naczelny. - Panie burmistrzu, proszę nakazać aresztowanie!

- No, no, bez pośpiechu – powiedział burmistrz. - Monsieur Saglatt, twierdzi pan, że jest niewinny, a kto w takim razie jest winny?

- Upiór!

Moncharmin wybuchnął śmiechem, a Vermett mu zawtórował.

- Ależ nikt nie uwierzy w te bajki o Upiorze! Panie burmistrzu...

- Przyznam, że słyszałem podobne opowieści z ust monsieur Firmina... – rzekł powoli burmistrz. - Jak na razie nie ma dowodu na nic...

- Och, dostarczymy dowodu! - nie wytrzymał Saglatt. - Wtedy zdecyduje pan, po której stronie się opowiedzieć!

- Być może, ale jak można złapać upiora? - Burmistrz każde słowo wypowiadał leniwie i przeciągle.

- Zejdziemy do piwnic. Złapiemy go.

- A jaka jest gwarancja, że nie ulotnisz się po cichu, Saglatt? - zadrwił Moncharmin. - Genialny plan, przyczaić się w piwnicach, razem ze wszystkimi pieniędzmi i po cichu dać nogę.

- Och, to takie proste – Saglatt uśmiechnął się drapieżnie. - Po prostu któryś z panów również pójdzie.

- No cóż, mogę się z tym zgodzić... - burmistrz popatrzył na naczelnego i Moncharmina. - To który z panów idzie?

- Słucham?! - wykrzyknął Moncharmin, odwracając się w stronę gwaru dochodzącego zza kulis. - Tak, już idę!

I szybko odbiegł.

- Gratuluję odwagi, monsieur Vermett. Powodzenia! - Burmistrz potrząsnął ręką zzieleniałego Vermetta.

- A ja gratuluję refleksu... - dorzucił Saglatt. - A zatem bierzemy kilku ludzi i idziemy!

- Ale on mnie zabije... - szepnął Vermett, nie precyzując kogo ma na myśli.


Amanda obudziła się w ramionach Upiora. Czule przyciśnięta do jego męskiej piersi.

- Dokąd ty mnie, cholera ciężka, niesiesz, co? - Rozejrzała się. Byli już w piwnicach. Panowały tu absolutne ciemności i jedynym źródłem światła była pochodnia Upiora. - Odpowiedz, głupku, jak cię pytam!

Nawet na nią nie popatrzył. Łzy napłynęły jej do oczu.

- Jak mogłeś to zrobić, co?! Postaw mnie natychmiast, wracam do Opery! Morderca! A ja ci chciałam pomóc!

Tylko zimno się zaśmiał.

- Kretyn! Nadęta zbieranina kompleksów! - Zaczęła się wyrywać, ale za mocno ją trzymał - Przewróciło ci się w głowie od siedzenia w lochach i użalania się nad sobą! Morderca! Jak mogłeś go zabić! Był moim przyjacielem! Jak mogłeś, za kogo się uważasz, za Boga?! Myślisz, że wszystko ci wolno?! Tak lubisz się odgrywać na całym świecie?!

- Milcz, kobieto, bo nie masz pojęcia o czym mówisz!

Przystanął i opuścił ją na ziemię, ostrożnie, by nie dotknąć ubrania pochodnią. Chwyciła go za krawat i zaczęła szarpać.

- Ach nie?! Dlaczego, egoisto, patrzysz tylko w czubek własnego nosa?! Taki ty biedny i skrzywdzony, och jej, bo zaraz się rozpłaczę! Ach jak mi cię żal! Żałosny jesteś, weź wytrzyj zasmarkany nosek, mam gdzieś, że pewnie miałeś i straszne dzieciństwo, i straszne przejścia później! Niedobrze mi się robi jak na ciebie patrzę!


Obaj dyrektorzy i czworo maszynistów zapuścili się w czarne podziemia Opery. Każdy niósł pochodnię. Widok był zaiste operowy.

Saglatt wyciągnął plik papierów.

- Co to? - zapytał ostro Vermett.

- Plany podziemi.

- Masz plany podziemi?! To jeszcze jeden dowód przeciwko tobie!

- Chyba nie chce pan się kłócić w obecności personelu? - zapytał Maestro spokojnie.

Naczelny spojrzał podejrzliwie na zdziwionych maszynistów i nic nie powiedział.

- Myślę, że powinniśmy zejść niżej – oznajmił Saglatt. - Upiór zapewne gnieździ się głęboko pod ziemią.

- Saglatt., takie bajki to możesz dzieciom opowiadać!

- Zechce pan łaskawie zamilknąć. Jeszcze Upiór pana usłyszy i zaatakuje...


Chwycił ją za nadgarstek i mocno ścisnął. Zabolało, próbowała się uwolnić, ale bezskutecznie.

- Nie masz pojęcia o czym mówisz, więc bądź łaskawa się nie odzywać! - powiedział cicho. - Zapewniam cię, że moje traumatyczne przeżycia to coś. co w twojej ślicznej główce nie ma szans się zmieścić!

- Ach jasne, najłatwiej powiedzieć, że wszyscy to idioci!

- Milcz, milcz, proszę, jesteś najdurniejszą kobietą jaką w życiu spotkałem...

- A dużo ich spotkałeś?

- ...bezczelną, arogancką i zarozumiałą. Wydaje ci się, że życie jest takie proste, bo sama na złotym talerzyku dostajesz wszystko, czego zapragniesz!

- Aż tak źle? - zakpiła - A jak powinnam się twoim zdaniem zachować? Może zamordować kogoś, jak pewien nie pokazując palcem Upiór?

- Bouquet to przypadek.

- Ale nie było przypadkiem przepiłowanie liny trzymającej żyrandol!

- O czym ty, wariatko, mówisz?!

- Udajemy niewiniątko? A i dobrze, ja wiem swoje!

- Nic nie wiesz. Skąd ty w ogóle mogłabyś cokolwiek wiedzieć!


Byli już na trzecim piętrze poniżej parteru. Saglatt, pochylając się w niskim, ceglanym przejściu, myślał jak wytłumaczyć fakt, że nie miał planów dwóch najniższych kondygnacji.

Amanda. To musiała być Amanda. Wiadomo, postanowiła ratować swojego biednego Upiorka.

Skrzywił się, dotknąwszy czegoś mokrego i oślizgłego na ścianie.

Idący obok niego Vermett nie umiał ukryć drżenia. Nawet maszyniści rozglądali się niespokojnie, zbici w ciasną kupę. Chyba nie było mowy o możliwości rozdzielenia się. Grupa bez niego natychmiast, acz „przypadkiem" trafiłaby do wyjścia.

Chwila... Nie, nie wydało mu się. Słyszał głosy.

- Kto to?! - wrzasnął Vermett, zanim Saglatt zatkał mu usta.

- Idioto! - syknął. Następnym co usłyszeli był odgłos szybkich kroków. - Biegniemy, chłopcy!

Żeby jeszcze nie musiał ciągnąć ze sobą Vermetta...


- Słyszałeś? - szepnęła nagle Amanda. - Ktoś tam jest!

- Ścigają nas...

- Co robimy? - Amanda momentalnie zmieniła front. Upiór popatrzył na nią podejrzliwie.

- Uciekamy. Gubiąc ślad – chwycił ją za rękę i pociągnął. Uderzenia stóp o cegły brzmiały co najmniej tak głośno, jak bębny wojenne.

Amanda biegła najszybciej jak umiała, ale musiała biec na palcach. Cholerne obcasy! Jakby Upiór nie mógł do niej przyjść po premierze!

Wróciła cała złość...

- Po co właściwie mnie tu ściągnąłeś?!

- Możesz się zamknąć? Wystarczy, że słyszą nasze kroki.

- Powiedz! - szepnęła głośno.

- Nie zrozumiesz – mruknął.

- Och, pewnie Christine zrozumiałaby od razu!

- Zamknij się! - wykrzywił usta. - Uważaj, teraz w prawo. - pociągnął ją za sobą i przytrzymał, gdy straciła równowagę. Otworzył jakieś maleńkie drzwi i garbiąc się wszedł w nie. - No dalej! - pomógł jej się wgramolić do małej komórki, kładąc rękę na jej głowie, żeby nie uderzyła się o framugę.

Ledwo mieścili się tam we dwoje. Boże, czuła się jak w trumnie! Upiór trzymał jej ręce na ramionach, jednocześnie przyciskając do ziemi i odsuwając od siebie. Ale odsunąć się można było tylko na parę centymetrów.

Amanda, uginając kolana, oparła się o zimną, pokrytą pyłem ścianę. Pożałowała tego niemal natychmiast – coś zaczęło jej łazić po plecach...


Przysiągłby, że biegli tędy! No i gdzie się rozpłynęli?! Dobiegł do końca korytarza. Gładkie ściany, nawet drzwi nie ma. Vermett popatrzył ironicznie. No nie, jeśli ten facet się odezwie, to on nie ręczy za siebie!

Wyciągnął mapę. Tu musi być jakieś przejście, musi! Dobrą minutę przerzucał arkusze, zanim trafił na właściwy. Podziemia opisane zostały w sposób obrzydliwie dokładny, a więc zajmujący przeraźliwie dużo miejsca!

Jest!

Podszedł do ściany i spróbował ją popchnąć.

- Chodźcie tu chłopcy – skinął na maszynistów.

Wspólnymi siłami zburzyli cegły prowizorycznie zamurowujące przejście. Przed nimi widniała wąska klatka schodowa.

- Ja tam nie idę! - zapiszczał Vermett.

- Nie? - Saglatt starał się nadać głosowi obojętny ton. Jeszcze tego brakowało, żeby Vermett podburzył resztę mężczyzn. - Woli pan tu zostać?

W kącie coś zaszurało i zapiszczało. Może szczury. A może nie.

- No...


Już chciała krzyknąć, kiedy Upiór ścisnął ją jeszcze mocniej. Kroki i głosy przybliżały się.

A potem ucichły.

- Dobrze – szepnął Upiór. - Poszli dalej. Ale nie ma sensu wychodzić, ponieważ będą tędy wracać.

- Na pewno? Wyjdźmy, coś mi łazi po plecaaach!...

Nie mogła tego zobaczyć, ale dałaby głowę, że Upiór popatrzył na nią z niesmakiem.

- Będą wracać. Oni nie znają podziemi. Gdyby znali...

- To co?

- To też nic... Tam na końcu są ukryte schody. Ale teraz nie można nimi przejść, bo się zawaliły.

- Wiesz co... - Amandę przebiegł zimny dreszcz, gdy uświadomiła sobie słowa Upiora. - Oni mają mapę... Saglatt zdobył mapę podziemi...

- Nie żartuj! - oburzył się Upiór.

- Nie żartuję.

- No dobrze, w taki razie musimy być ostro...

- Nie rozumiesz?! - usiłowała krzyknąć szeptem. - A co jak oni tam zginą?!

- Nie zginą... Najwyżej zawrócą. A my będziemy już daleko.

- Kłamiesz.

- Amando, przestań tak się nad każdym trząść!

- Och, odezwał się... - wykrzywiła się w złośliwym uśmiechu. - Wyobraź sobie, że ostatnie przeżycia wręcz każą mi się nad wszystkimi trząść. Nie uwierzysz jak łatwo można się pożegnać. Ja noszę czarne ubrania z innego powodu niż ty.


Schody były kręte i bardzo wąskie. Idąc musieli opierać się o ściany dłonią i łokciami. Pochodnie sprawiały kolejne problemy.

Saglatt szedł pierwszy, Vermett tuż za nim. Bardzo wyraźnie było słychać jak dźwięczą mu zęby.

Nagle stanął na coś sypkiego. Momentalnie stracił równowagę. Bezmyślnie próbował się czegoś chwycić. Ale Vermett i jeden z maszynistów stracili równowagę razem z nim. Spadli wszyscy razem, w dodatku głośno wrzeszcząc.

Uderzenia o ściany spowolniły upadek. Niby tylko zsunęli się parę metrów w dół po stopniach. Vermett uderzył w niego. Ale hamując Saglatt jednocześnie puścił pochodnię. Zmartwiał, gdy zobaczył, że rozpłynęła się w powietrzu.

Parę stopni niżej ziała czarna przepaść.

Sekundę później ktoś w nią wpadł, o mało nie wciągając ze sobą i jego.


- Ja ci powiem co zrobimy, Upiorze...

- Nie, to ja ci powiem – wpadł jej w słowo Upiór. - Może ten korytarz da się obserwować przez otwory w ścianie. Zamurowane wejścia mają luźno ułożone cegły. Pójdziemy tam, żeby mieć ich na oku. Nie mogą odkryć Groty.

Amanda odetchnęła z ulgą. Zamierzała zaproponować to samo.

Wyszli z kryjówki.

- Trzeba obejść kawałek dookoła – wyjaśnił Upiór idąc w stronę z której przyszli.

- Upiorze, sam widzisz do czego doprowadziłeś... - westchnęła Amanda, zanim ugryzła się w język.

- Ja?!

- Ty! - skrzywiła się. Kolana niemiłosiernie ją bolały. - Kilka słów prawdy i już się wkurzasz?

- Nienawidzę cię. Jesteś zupełnie inna... - zawiesił głos nie kończąc.

- ... niż Christine? Tak ci jej brakuje? - szepnęła. - Tak byś chciał, żeby ktoś z tobą usiadł i popłakał? Tak jest najłatwiej, nie? Nie ma co, najlepiej usiąść i ryczeć... Bo po co coś z tym zrobić... A co do Christine, to nie myśl, że nie wiem, jak to się skończyło! Jak ją wystraszyłeś! Ty się najpierw naucz odróżniać fikcję od rzeczywistości, a dopiero potem rozmawiaj z ludźmi!

Choć swoją drogą, Christine od tego momentu zaczęła się rzeczywistości uczyć...

- Fikcja to konieczność. Bez niej nie da się żyć. Teraz w lewo. Nie wiesz? Ponoć jesteś artystką...

- Czyżby? Fikcja ma służyć człowiekowi!

- A nie służy mi? Uważaj, tu są schody.

- Nie, jest na odwrót! Taki z ciebie boski artysta, a boisz się pokazać swoje dzieło na zewnątrz. Och, boisz się żeby świat się nie dowiedział co przeżyłeś. Ale bez tego się nie da! We wszystkim jest cząstka ciebie! Zgoda, może i nie miałam takich przeżyć jak ty, nie wiem, ale moja Elvira płacząca za Don Giovannim i wściekła na niego, to ja a on to... a niech ci będzie, ja się nie boję, ty! I nie tylko! Ja już nie chcę nikogo stracić!

Spuściła głowę, połykając łzy. Nie chciała, żeby widział jak się przejmuje, a jednocześnie chciała, żeby to zrozumiał... Ale on nawet nie patrzył na nią.

- A czy tobie się wydaje, że to czego cię uczyłem, to nie była moja interpretacja? - zapytał cicho i spokojnie. Bez emocji.

- Była! Pewnie! - wykrzyknęła. Kilka spłoszonych nietoperzy przemknęło nad ich głowami. - Ale z jakiegoś powodu to ja ją miałam śpiewać, nie pewien Upiór!

- Ach, rzeczywiście, miałem tam wyjść w masce... i może jeszcze ściągnąć ją przed publicznością... Mam dreszcze na samą myśl – mówił agresywnie. - Już kiedyś to robiłem, wiesz? Występowałem... z Cyganami. Pokazywali mnie jako diabła, wampira. Wtedy też miałem maskę. Ale na tej drugiej połowie twarzy! Myślisz, że wystąpiłabyś po czymś takim?! Nikt tego nie zrozumie, jeśli nie doświadczy...

- Dobra, nie doświadczyłam... - westchnęła. Nie umiała prowadzić takich rozmów bez skrępowania i plecenia różnych głupot i banałów. On chyba tez nie. Ale była tak wytrącona z równowagi, że właściwie było jej wszystko jedno, byle nie stać w miejscu. - Ale w takim razie ty nie oceniaj mnie, bo też nie możesz mnie zrozumieć! Taki biedny jesteś, bo pod maską taki brzydki? I tak nienawidzisz wszystkich normalnych? I uważasz, że to takie straszne? Nie wiem, czy wiesz, ale są ludzie sto razy bardziej od ciebie oszpeceni! Możesz mi wyjaśnić co w tobie jest takiego wyjątkowego?!

- Nie wiesz, prawda? - mówił spokojnie, jakby to nie jego dotyczyło. - Dobrze, poczekaj, jeszcze cię uświadomię.

- Wreszcie! - warknęła. Spokój Upiora wyprowadzał ją z równowagi. - Wprost nie mogę uwierzyć... Ciągle tylko maska i maska, tchórz jesteś! Zamykasz się w tych śmierdzących lochach, zakładasz maskę, udajesz upiora... Tak się siebie wstydzisz? Tak nie wolno! Powinieneś być szczęśliwy, masz taki talent, możesz go rozwijać! A ty nie, maska i w lochach!

- Maska... - westchnął. - A może właśnie dzięki tej masce uważasz mnie za normalnego?

- Za nienormalnego! Nosisz maskę! Ohydny Upiór, zionący brzydotą w promieniu przynajmniej pięciu mil! I dlatego mam ci tłumaczyć, że drugie pół twarzy jest cholernie przystojne?!

Uśmiechnął się ironicznie i nic nie powiedział.


Klatka schodowa w której się znajdowali była okrągła. Dno dziury, w którą wpadł jeden z maszynistów stanowiły stopnie jakieś sześć metrów niżej.

Saglatt olbrzymim wysiłkiem woli zmusił się, by popatrzeć w dół.

- Maestro... - pozostali maszyniści stanęli nad nim.

Dyrektor popatrzył na nich, sprawdzając którego brakuje.

- Jean spadł – powiedział sucho. - Trzeba go stamtąd wyciągnąć.

Przykucnął nad przepaścią. Pod sobą widział ciało Jeana z groteskowo rozrzuconymi kończynami. Obok dopalała się jego pochodnia.

Schody zadrżały, a z ostatniego stopnia odkruszył się fragment i spadł.

- Panie dyrektorze, musimy stąd uciekać... - powiedział najstarszy z maszynistów, zastępca Bouqueta. - Zawali się razem z nami.

- Wpierw go wyciągniemy.

- Saglatt! Nie pozwalam! - Vermett odzyskał głos. - On pewnie już nie żyje i wystarczy trupów na dzisiaj!

- Nie wiadomo! Może żyć!

- To wszystko przez ciebie, Saglatt! - syknął Vermett.

Saglatt znieruchomiał. Nagle do niego dotarło, że Vermett ma rację.

- Możliwe... - powiedział powoli. - I dlatego muszę spróbować go uratować.

Kolejny fragment schodów spadł. Musiał uderzyć w Jeana, gdyż rozległ się słaby jęk.


Upiór szedł coraz szybciej, już nie zwracając uwagi czy Amanda za nim nadąża i czy nie zgubiła się gdzieś po drodze. Mógłby wymienić tysiąc rzeczy z których każda w zupełności wystarczała by wpaść w furię. Tym bardziej się dziwił, że jest taki spokojny.

Amanda. Tak go zawiodła. Już nie chodziło tylko o śpiew. Były chwile, kiedy wydawało mu się, że są przyjaciółmi. Że Amanda zrozumie, kiedy jej wszystko opowie. Zepsuła wszystko, poczynając od odmowy śpiewania, na głupiej kłótni kończąc.

Wredna, zarozumiała, wydaje jej się, że wie najlepiej. Nawet nie próbuje zrozumieć.

Doszli na miejsce. Idiotka, zachowywała się jakby wszystko zależało od niej.

Wskazał jej szparę w ścianie, gdzie brakowało jednej cegły.

- No proszę, przekonaj się, że nic im nie jest.

Przekonała się...

- Sam popatrz – rzuciła, zielona na twarzy. Popatrzył.

Ziemia uciekła mu spod stóp. Dokładnie naprzeciwko niego leżało zakrwawione ciało.

- I co dalej? - zadrwiła Amanda.

- Dalej? No cóż... chyba im pomożemy.

Po kilku próbach udało im się usunąć część cegieł z dawnych drzwi.


- Żyje – oznajmił niepotrzebnie Saglatt. Żyje, ale co z tego? Jak go wydostać?

Może zrobić żywą drabinę? Ale to groziło, że wpadną tam wszyscy...

- Wracamy! - krzyknął Vermett. - Dość tego Saglatt.! Ja nie zamierzam tu zginąć! Może i Upiór istnieje, ale ja nie zamierzam go łapać! A może usiłujesz się nas wszystkich pozbyć, żeby uciec z pieniędzmi?!

- Milcz, człowieku!

- A tak! Niech się wszyscy dowiedzą! Wykorzystałeś bajeczkę o Upiorze! A może zresztą wykorzystałeś prawdziwego Upiora! Może już go zabiłeś! Kradłeś pieniądze w jego imieniu! Co miesiąc więcej, bo wciąż ci było mało!

- Upiór istnieje – powiedział zimno Saglatt. - A ja nie ukradłem żadnych pieniędzy.

- Nie wierzę ci! - Vermett chwycił go za koszulę. - Morderca, złodziej!

- Panowie, przytrzymajcie go. Teraz trzeba ratować Jeana!

- Nie ważcie się! Jestem dyrektorem!

Tym niemniej dwóch maszynistów odciągnęło go na bok. Saglatt zignorował jego wrzaski.

- Zrobimy linę z ubrań. Opuszczę się na dół i go wciągniecie. Zdejmujcie co możecie.

- Panie Saglatt! - jeden z maszynistów chwycił go za rękę i pociągnął w górę. Runął kolejny fragment schodów, Saglatt stracił grunt pod nogami.

Wciągnęli go do góry. Oddychał ciężko, przykucnąwszy na skraju przepaści.

Kiedy kurz zaczął opadać odezwał się zastępca Bouqueta.

- Panie dyrektorze... już nie ma kogo ratować.


Upiór kaszląc podniósł się spośród gruzów.

- Nic ci nie jest?... - szepnęła Amanda pochylając się nad nim. Drżały jej ręce.

- Nie – wykrztusił. - Szlag... kilka sekund... i zdążyłbym go zabrać...

- Próbowałeś... - Amanda patrzyła na niego jakoś dziwnie.

Z góry dobiegło ich słowo „wracamy". To mówił Saglatt, głośno, rozkazująco.

- Widzisz? - powiedział ponuro Upiór. - Wrócą, dadzą sobie radę...

- Widzę... - Amanda smutno popatrzyła na resztki schodów. Pod nimi leżał człowiek. - Nie mogę przestać myśleć, że gdyby...

- Tak, że gdyby nie ja, wszyscy by żyli! - wybuchnął Upiór.

Pokiwała smutno głową.

- Chodźmy do Groty... Chciałaś wiedzieć po co cię porwałem. Więc się dowiesz. I może przestaniesz oceniać wszystko po pozorach.


Kiedy wyszli na korytarz, Vermett pierwszy, Saglatt ostatni, Maestro wiedział już co zrobić.

- Wracajcie do Opery – powiedział. - Dyrektor miał rację, to moja wina. Dlatego sam poszukam Upiora.

Maszyniści zaczęli protestować, że to zbyt niebezpieczne, ale w tej chwili podszedł Vermett z tryumfalnym uśmiechem na ustach.

- Wiedziałem! Idźcie sobie, tak, a ja będę mógł spokojnie uciec! Nie pozwolę ci, Saglatt!

- Skończ już z tymi oszczerstwami, Vermett! - wybuchnął Maestro. - Oświadczam uroczyście, że idę tam jedynie po to by schwytać tego obłąkanego człowieka, który sam siebie nazywa Upiorem!

- A nieprawda! Panowie maszyniści, przecież ten człowiek to najzwyklejszy w świecie oszust! Zabił Jeana!

Zastępca Bouqueta popatrzył ponuro na miotającego się mężczyznę.

- No nie wiem – mruknął. - Pan Saglatt próbował ratować Jeana. Sam o mało co nie zginął.

Saglatt, który już miał otwarte usta, żeby nawrzeszczeć na Bouqueta popatrzył z niedowierzaniem. A temu co odbiło? Bronił go?

- Właśnie – dołączył się inny maszynista. - To pan chciał uciekać.

- Bo zginęlibyśmy wszyscy!

- Jak dla mnie to pan bał się o własną skórę. Zawsze tak było, pan nie przejmował się nigdy ani Operą, ani pracownikami.

- Za to pan Saglatt wręcz przeciwnie – podsumował zastępca.

- Idioci! - pisnął Vermett, a pot spływał mu po twarzy. Teraz, kiedy troje barczystych mężczyzn pochyliło się nad nim oskarżycielsko, wręcz trząsł się ze strachu. - To on... to on nas okradał!... Fałszował listy od Upiora, co miesiąc chciał więcej!... Szantażował...

Saglattowi wydało się, że ogląda całą scenę z daleka, z boku, jakby mu się śniła. Jakby wcale nie o niego chodziło.

- On? - mruknął jeden z mężczyzn. - A według mnie to ty! I zwalasz na innych!

Cisza. Vermett pozieleniał, nawet w czerwonym blasku pochodni. Saglatt zbladł. A jeżeli to prawda? Ale skąd maszynista miałby wiedzieć?

Nie, on nie wiedział, strzelił na oślep.

- Vermett... - zaczął cicho Saglatt. - W jego głosie wibrowała nienawiść.

- Nic mi nie udowodnisz! Zapytaj Moncharmina, nie mnie! - wrzasnął Vermett. - I nie możesz mnie zabić, bo wtedy do niczego się na pewno nie przyznam!

- Vermett, jesteś jeszcze większym idiotą, niż zawsze sądziłem. A to wielka sztuka, uwierz...


- Wsiadaj – Amanda została brutalnie wepchnięta do łódki. Ale byli w jakimś innym miejscu niż normalna przystań.

- Widzę, że wszystko zapięte na ostatni guzik...

Płynąc do Groty nie odzywali się do siebie. Słychać było jedynie monotonny plusk wody, rozcinanej dziobem łodzi. Wreszcie dobili do brzegu.

- Wysiadaj.

Wysiadła.

- I posłuchaj – Upiór zapalił kilka świec. - Zacznę od maski. Chodź tu bliżej. Jeszcze bliżej.

Stanęła krok od niego. Szybkim ruchem zerwał maskę. Wdech. I wydech. Pomalutku.

- Robi wrażenie – przyznała ostrożnie. Pół twarzy robiło wrażenie, jakby uderzyło w nie coś w rodzaju żelaznego jeża. A potem jeż zaczął przyjaźnie ocierać się o skórę. A na koniec ktoś przypiekł całość na wolnym ogniu. Powstała druga, straszna maska. Czerwonobrunatna skóra, brzydkie, grube blizny. - To wszystko, Upiorze? - zapytała wyzywająco.

- Nie – odpowiedział spokojnie.

A... cha...

- Wiesz, gdybym był mniej kulturalny, rozebrałbym się przy tobie i zobaczyłabyś, że tak wyglądają moje ręce, nogi, plecy... Jednym słowem: Upiór.

- Więc się rozbierz.

- Nie. Zamiast tego coś ci opowiem. Pogoń wróciła do Opery, albo błądzi gdzieś bez sensu, więc mamy trochę spokoju. A chyba powinniśmy sobie wszystko wyjaśnić. W końcu ty byłaś ze mną tak bardzo szczera...

Amanda przygryzła wargi.

- No tak... więc od czego tu zacząć... Nie wiesz nic. Nie wiesz co mi jest i...

- Powiesz mi, czy będziesz się wyzłośliwiać?

- Powiem. Popatrz na moją twarz.

- Patrzę.

- A teraz spróbuj mnie uderzyć, spoliczkować, tylko w tą zniszczoną połowę twarzy. Jedną chcę mieć normalną.

- Z tobą jest już naprawdę źle – uniosła brwi. - Nie uderzę cię, to już naprawdę nienormalne. Bezbronne dziewczyny ściągasz do podziemi i każesz im się bić.

- Bezbronne? Mówisz o Christine?

- Nie dam się sprowokować – usiadła na podłodze. Upiór przykucnął obok.

- A to nowość.

- Nie dam się.

- No dobrze. Więc gdybyś to zrobiła, natychmiast byś mnie skaleczyła, to raz. O tak, gołą ręką.

Z nim naprawdę jest coś nie tak. Pokaleczyłaby go, a on kazał jej się uderzyć. Za dużo czasu w Operze, myśli tylko jak wywołać dramatyczny efekt.

- Upiorze, przestań, jeśli chcesz mi coś powiedzieć... - Urwała. Była blisko. Jeszcze trochę i on jej powie właściwie wszystko. A ona tak naprawdę nie chciała tego wiedzieć. Nie chciała go wyciągać z tego bagna, czymkolwiek było. Chciała żeby sam to zrobił.

Popatrzyli sobie w oczy. On to chyba zrozumiał.

- Dobrze. Nie to nie. Chodź tutaj, zaczynamy próbę – podszedł do organów, usiadł. - Mam nadzieję, że nie zapomniałaś całego „Don Giovanniego". To znaczy, jak powinnaś go śpiewać.

To natychmiast przypomniało jej o co była cała awantura. Nie wstała. Jeszcze czego! Jeszcze się położyła, z rękami pod głową, żeby było śmieszniej. Jak on chce siłą, to mu pokaże, że nie ma tak dobrze. Dzieciak.

- Amando. Czekam. Chciałem ci wszystko wytłumaczyć, ale skoro nie chcesz, to się na mnie nie obrażaj.

- Za późno. Już się obraziłam – popatrzyła beztrosko w sufit. - Ale możesz mi coś zagrać, jeśli chcesz.

- Amando! Świetnie, chcesz, żebym wyszedł na świat z otwartymi ramionami, a sama widzisz jak jest! Nawet ciebie tak naprawdę nie obchodzę...

Zabolało. Przecież gdyby jej nie obchodził, to nie byliby tutaj, prawdza? Nie chciała nic robić, ale chyba powinna...

- Wiesz, tak bardzo obchodzisz sam siebie, że doprawdy nie wiem po co ja jeszcze. Tym się różnisz od naszego Maestra. On za wszystko obwinia siebie. I wiesz co, wolę jego wersję. On przynajmniej coś robi.

Cisza. Słuchał jej?

- Chciałam tylko powiedzieć, że jak wszyscy oprócz ciebie będą czegoś winni, to nic nie zrobisz. Wiem, że na ciebie nawrzeszczałam i obwiniłam cię o wszystko. Wybacz, może przesadziłam, ale to tak dla równowagi, bo ty przesadzasz w drugą stronę. Powiedz, czy według ciebie podpalanie kurtyny, trucie ludzi gazem, zrzucanie żyrandola... to jest poważne? Dorosłe? Saglatt miał ochotę cię zamordować i wcale mu się nie dziwię...

Cisza. Długie, potwornie długie minuty. Wreszcie szelest. Wstał. Kroki. Zacisnęła zęby. Co teraz będzie?

- Ama... - podszedł i nachylił się nad nią. - No dobrze... Przepraszam. Teraz ze mną porozmawiasz?

Podniosła się i pokiwała głową.

- No... tak.

Przyniósł dwie duże poduszki. Kiedy usiedli wygodnie, popatrzył przed siebie. Nie wiedział jak zacząć?

- Ja... to przez światło. Ja nie wiem jak to się dzieje, ale światło mnie parzy. Jak wampira. I nie chodzi o jakieś oparzenia słoneczne, jakie miałabyś przebywając na słońcu zbyt długo. Ja nie muszę być długo. Potem miałem rany, pęcherze, do dziś mam blizny. A to wszystko wiąże się z... tą chorobą. W mojej rodzinie to jakby dziedziczne. Mój wuj był chory. Ja do dziś pamiętam jak na pół obłąkany, spity, pokrwawiony... I to dlatego ojciec zamknął mnie w domu. Tyle wstydu miał przez brata. Przysiągł, że to się nie powtórzy. Wyobrażasz to sobie? Miałem piętnaście lat, kiedy się zaczęło. Natychmiast straciłem kontakt z całym światem! Wtedy i moja edukacja się skończyła! Ja zawsze byłem inny, rodzice zawsze mnie pilnowali, chuchali, dmuchali... Już wtedy to było straszne. Wszystkie inne dzieci mogły, a ja nie. - Umilkł na chwilę. - Wiem, żałosny jestem.

- Nie... Wreszcie mówisz jak człowiek. Co... było dalej?

- Uciekłem z domu, gdy matka umarła. Włóczyłem się bez celu, później spotkałem Cyganów. I dopiero to było straszne. Im też uciekłem, zabiłem jednego. Dotarłem do Paryża, uwięzili mnie w Operze i znów uciekłem. Ale już tu zostałem. Więcej grzechów nie pamiętam...


No i po co jej to powiedział? Zły był i sam na siebie, i na Amandę. Najchętniej wpakowałby ją z powrotem do łódki i żegnaj... Chciał zostać sam, bez głupich kobiet wtrącających się we wszystko, przekonanych, że mają świętą rację.

Dziewczyna popatrzyła na niego, przygryzając usta.

- No... to posłuchaj. Przepraszam, nazwałam cię tchórzem. Właściwie wtedy to pasowało, ale właśnie zmieniam zdanie. Cieszę się, że zdjąłeś maskę. Zwłaszcza metaforycznie.

Spojrzał na Amandę. Patrzyła na niego w sposób, który z czymś mu się kojarzył...

A jednocześnie bał się, nie wiedział czego, ale się bał.


Maestro mimo wszystko wysłał maszynistów z powrotem do Opery. Eskortowali Vermetta i obiecali go pilnować, dopóki Saglatt nie wróci.

Vermett... mógł się tego spodziewać. Największe wrażenie robiła jednak postawa maszynistów. Aż nie chciało mu się wierzyć. Przecież jak dotąd jedyne słowa jakie do nich kierował to polecenia i wymówki.

Schodził coraz niżej. Intuicyjnie czuł, że tak trzeba. Gdzie mógłby mieszkać Upiór jak nie na samym dnie? Przecież wszystko, co robił ten człowiek musiało robić wrażenie.

Mijał puste pomieszczenia. Walały się tam ludzkie szkielety, zwłoki, niektóre wciąż jeszcze się rozkładające. Aż się prosiło, żeby powiedzieć o ofiarach Upiora. Ale to byli nieszczęśnicy uwięzieni tu i zamordowani podczas Komuny Paryskiej. Jakie zbrodnie musiały się tu dziać? Magazyn prochu, zbrojownia i więzienie... Morderstwa i gwałty. Zabrano i proch i broń, a ludzi zostawiono.

Zaiste, wspaniały dom dla Upiora. Ale już niedługo.

Zabawne, gdyby nie Amanda i jej... przyjaźń z Upiorem, mógłby nawet pomyśleć, że to wszystko bajka i jedynymi winnymi są Vermett i Moncharmin. Ale nie, Upiór musi istnieć...


Wreszcie przysunęła się do niego i spróbowała objąć. Poczuła, jak zesztywniał, sprężył się jak do skoku.

- Puść mnie... puść...

Czy on się bał? Dotyku?

Nagle coś huknęło nad ich głowami.

- Co to za hałas? Upiorze?

Usłyszeli stłumione przekleństwo i szybkie kroki...

- Szukają nas... są piętro wyżej. Sufit nie jest szczelny, fragment się kiedyś obsunął... - szepnął Upiór. - Chcą mnie wreszcie zabić. Amando, przyrzekam, na cokolwiek zechcesz, śmierć Bouqueta to przypadek. Byłem nad sceną i walczyliśmy. Chciałem zrzucić dekoracje.

- Nimi też mogłeś zabić.

- Ale... przypadkiem. Bouquet mnie gonił, wspinaliśmy się na te wszystkie liny... Nawet nie przyjrzałem się jak to się stało... Musiał się zaplątać, potknąć...

- A żyrandol?

- No dobrze, żyrandol to moja wina. Ale przynajmniej nie spadł.

- Przypadkiem.

- Przepraszam...

- Ja wybaczam. Słychać ich coraz lepiej... co robimy?

- Wsiadaj do łódki. Powiesz im, że udało ci się uciec.

- A ty? - Amanda popatrzyła sceptycznie.

- Mnie zostaw. Może mi się uda umknąć. A jak nie – to najwyżej, znajdą i zabiją. Ty w każdym razie uciekaj.

- O ludzie! Ale ty jesteś durny! Mam dać ci zginąć, tak?

- Amanda! Jak mnie złapią, to powieszą, z sądem, czy bez! A jak ciebie złapią ze mną, to skończysz tak samo! Chcesz tego?! To zmiataj stąd, jasne?!

- Nie! Nie będziesz mi się poświęcał! Mam plan. Tylko potrzebuję eter. Zostało ci jeszcze trochę?

- Tak, stoi tam na stole... Ale ty nic nie kombinuj! Lepiej, żebym tylko ja... co robisz?

Amanda pośpiesznie szukała buteleczki wśród teczek, książek i partytur piętrzących się na stole.

- Jest! To się tak robi, na chusteczkę i do nosa, tak?

- Tak, ale nie rób tego, szybko wysycha... Nie rób, Amando! Co ty...

- Wybacz – powiedziała do bezwładnie osuwającego się Upiora.

Potem zabrała mu maskę, płaszcz i teczkę z napisem „Don Juan Zwycięski". Samego Upiora odciągnęła gdzieś na bok i dobrze zasłoniła.

Wskoczyła do łódki i odpłynęła...


- Jasna cholera, nic nie widzę w tych ciemnościach! - Amanda usiłowała sprawdzić mapę, jednocześnie sterując łodzią i nie pozwalając by płaszcz zsunął jej się z głowy. - Szlag, ile tego tu jest, mapa numer trzysta pięćdziesiąt a, dodatek pięć ce, podpunkt dwudziesty dziewiąty, załącznik trzeci! I, oczywiście, nigdzie nie ma zaznaczonego jeziora...

Wyszło na to, że dobry kwadrans pływała w ciemno, zanim przypadkiem na kogoś trafiła...


- Aha! - wykrzyknął tryumfalnie Saglatt, znalazłszy zejście na najniższy poziom.

Zbiegł wąskimi schodkami. Został sam, ale to nic. Upiór też będzie tylko jeden.

Znalazł się nad jeziorem. W dłoni ściskał pistolet.

Widok jaki zobaczył był iście piekielny.

Przed nim przepłynęła zjawa. Latarnie na łodzi i jego własna oświetliły postać okrytą czarnym płaszczem, spod którego wyłaniały się tylko ręce, dzierżące długi drąg. Jak Charon, przewoźnik dusz...

Nie, nie, brednie! Może i jeszcze dziś będzie miał okazję popływać z podziemnym bóstwem, ale to co miał przed sobą, to Upiór. Z krwi i kości. Niestety zbyt daleko, żeby opłacało się strzelać. Jezioro było duże, ale może da się je obejść. Tu było coś na kształt wąskiego parapetu.

Szedł w ten sposób dość długo, a zjawa nie znikała mu z oczu. Płynęła wolno, bardzo wolno, jakby chciała go gdzieś zwabić. W pułapkę. Ale to nic. Teraz juz nie zawróci. Oho, zatrzymała się. Upiór, znienawidzony Upiór. Choć w świetle ostatnich wydarzeń, zdecydowanie nie tak wredny jak co poniektórzy.

Latarnia na łodzi oświetlała ciut szerszy fragment parapetu. Możliwe, że jest tam wejście do góry. Zjawa pomachała mu ręką i zaczęła niknąć w ścianie.

Co to, to nie! Wyciągnął pistolet i nie mierząc strzelił. Trafił, osunęła się bezwładnie na ziemię, stopiła z ciemnością.

Przyspieszył, choć parapet miał nie więcej jak dwadzieścia centymetrów szerokości. Raz noga mu się obsunęła i zamoczyła do pół łydki.

A potem dopadł Upiora. Szarpnął, odsłonił twarz.

Gruchnęło, kiedy upadł na kolana.

Amanda!