Rozdział VII
Tylko złożę ci jeszcze życzenia
Tylko poślę ci siebie w prezencie
Chociaż nic nie mogę tym zmienić
Chociaż chciałabym dać dużo więcej
„Życzenia" Na Bani
Ból, ostry, kłujący. Przy każdym szarpnięciu, w jej bok wbijało się tysiąc naostrzonych igieł.
- Calvieri! - Ktoś wziął ją w ramiona, podniósł lekko. Upiór. Nie, to Maestro. - Dlaczego to zrobiłaś?!
- On niewinny.
- Amando...
Trzask rozdzieranego materiału. Maestro owinął ją ciasno tym prowizorycznym opatrunkiem.
- Nie bój się. Zaraz zabiorę cię na górę.
- Nie boję się...
No dobrze, bała się. Z każdą chwilą czuła się słabsza i bała się, że zemdleje i już się nie obudzi. Maestro wziął ją na ręce, a ona przytuliła się do niego. Pachniał potem i czymś mdłym, może krwią? A może to tylko jej krew tak pachnie?
- Maestro...
- Cicho. Zaraz zobaczy cię lekarz.
- Nie rób krzywdy Upiorowi...
Saglatt westchnął.
- Zapewne teraz bym nie mógł, skoro tak się dla niego poświęcasz. Ale i tak szlag mnie trafia, że dla niego.
Amanda uśmiechnęła się.
- Maestro, teczka...
- Co takiego?
- W łodzi jest teczka... niech pan ją weźmie.
Nagle usłyszała plusk.
- Co to?...
- Ktoś do nas płynie. Patrz, a ja już chciałem odpływać. Ale przecież nie możemy czekać, jesteś poważnie ranna.
- Maestro... poczekać – zaprotestowała słabo, gdy trzymając ją mocno, szedł w kierunku łodzi. - Maestro...
Zemdlała, kiedy położył ją w łódce.
Ciemność i mrok. Leżał z głową na stole, zastanawiał się, kiedy go wyrzucą. Nie miał czym zapłacić. Pieniądze przysłane przez Kornelię, skończyły się wczoraj.
A jego zamroczony alkoholem umysł nie potrafił wymyśleć żadnych sprytnych sztuczek. A może nie alkoholem?
- Antoine!
Ktoś nazwał go po imieniu?
- Viola!? - wyprostował się gwałtownie. A nie, to tylko Kornelia... Kornelia?! Co ona tu robi?
Siostra pokiwała siwiejącą głową.
- Dość tego dobrego, Antoine. Zabieram cię stąd. Jeśli powiesz "nie", to i tak tego nie usłyszę.
Stara dobra Kornelia. Ale i tak się zdziwił. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek ktoś mu pomógł.
Pomijając oczywiście fakt, że on nigdy nie chciał i nie potrzebował, żeby ktoś mu pomagał
Witamy Upiora... - Saglatt uśmiechnął się paskudnie do nadpływającej postaci.
Pływak bez słowa wepchnął się na balkonik. Saglatt przyjrzał się jego twarzy. Bez maski wyglądała faktycznie upiornie. Ale mało to rzeczy jest upiornych?
Tylko, że ta twarz przypominała mu coś.
- Zabieram ją – wskazał na Amandę.
- Tak? A dokąd, mogę wiedzieć? Może do lekarza? - Maestro wsiadł do łodzi i chwycił drąg. - To ja ją zabieram.
- Co jej jest?!
- Nie krzycz – Saglatt ściszył głos do szeptu. - Ja słyszę, a jej może to przeszkadzać. Ona, widzisz, była na tyle szlachetna by dać się zastrzelić w twojej obronie...
- Strzeliłeś do niej, ty...! - Upiór rzucił się na Saglatta.
- Ręce przy sobie! - dyrektor wbił lufę pistoletu w brzuch Upiora.
- No to dalej! Strzelaj! - zawołał histerycznie Upiór.
- Nie strzelę, póki nie będę musiał. I nie krzycz. Widzisz, nie lubię marnować wysiłków innych ludzi. Swoich tym bardziej, ale choć chciałbym, nie będę mógł ani cię zabić, ani uwięzić.
- Szlachetny... Nie krępuj się, strzelaj.
Saglatt popatrzył z niesmakiem na Upiora. Nagle zrozumiał skąd go zna. Mógł się mylić, ale warto by spróbować. Po co? Z ciekawości.
- Mówiłem, że nie. Tak chcesz zginąć? To utop się w jeziorze i mnie do tego nie mieszaj. Ta pani – wskazał na Amandę – mogłaby jednak nie być zadowolona. Odniosłem wrażenie, że jej na tobie zależy.
Saglatt schował pistolet i wsiadł do łódki. Upiór też wsiadł i podniósł Amandę.
- Urocze – mruknął Saglatt. - Armandzie.
- Co?...
- Nic. Zastanawiałem się, czy reagujesz jeszcze na swoje imię. Nie wbijaj ponurego wzroku w dno łódki, jeszcze ją przedziurawisz i się utopimy. Zresztą czemu jesteś taki zdziwiony? Ty poznałeś mnie co najmniej wtedy, gdy usłyszałeś moje nazwisko.
- Tak, to prawda, Saglatt...
- Maestro, jak już. No dobrze, to czym możesz się pochwalić, co osiągnąłeś przez te piętnaście lat? Widzę, że niewiele.
- Maestro, co ja mogłem osiągnąć? - Upiór prychnął wzgardliwie. Saglattem aż zatrzęsło ze złości.
- Aha. No skoro tak stawiasz sprawę... Nie mój interes, na szczęście.
Saglatt zatrzymał łódź przy schodach i podniósł Amandę. Już chciał odejść, kiedy coś kazało mu się odwrócić.
- Wiesz co, powiem ci jedną rzecz, choć sam się sobie dziwię. Bo nie lubię marnować dobrych rad. Zapewne znałeś wszystkie plotki dotyczące mnie. Więc powiem ci tak – teraz masz wybór między mieć a nie mieć. Możesz zyskać wszystko. Ja musiałem wybierać między mieć a mieć, a to dużo gorsza sprawa. I udało mi się wszystko zmarnować – uwierz, to nie jest przyjemne. I cholernie trudno to odrobić. Więc radzę ci dobrze, zastanów się. Głupio jest stracić wszystko, jedynie na własne życzenie. Rozumiesz?
- Tak.
- Tak ci się wydaje. W szkole też odpowiadaliście „tak", nie mając zielonego pojęcia, o co pytam. Ach, i podaj mi tą teczkę. Tę, co leży na dnie. Tak, tę. No dalej, Amanda bardzo o nią prosiła...
Upiór położył teczkę na piersi Amandy. Uśmiechnął się zimno.
- Maestro... Proszę jej przekazać, że przepraszam. I żeby więcej tu nie przychodziła.
- Żegnam – Saglatt odwrócił się i wszedł na schody.
Amanda powoli wracała do realnego świata. Było tam okropnie jasno i w dodatku coś mocno ją ściskało. Potem zrozumiała, że chyba leży w łóżku.
- Słyszysz mnie, Calvieri?
- Maestro? - wymruczała.
- Słuchaj uważnie, Upiór żyje. Ale oficjalna wersja brzmi: utonął. Zapamiętasz?
- Aha.
- A ty jesteś jego ofiarą, żeby nie było. Bo inaczej komuś może wpaść do głowy, że wycieczka do piwnic to dobry pomysł. Zwłaszcza z bronią w ręku.
- Jasne... Maestro... ale co dalej?
- Dalej? Ty nie wymagaj ode mnie zbyt dużo, Calvieri. Starczy, że go nie zabiłem. I przekonałem co poniektórych, że nie warto szukać zwłok w tym bajorze.
- Aha – chwilowo Amanda nie była zdolna do dalszych wniosków.
- Śpij, Calvieri. Teraz, jak cię uświadomiłem, to mogę sobie iść. Tu na stoliku masz swoją teczkę. „Don Juan Zwycięski", kto by pomyślał...
- Aha...
Saglatt już nacisnął klamkę, kiedy przypomniał sobie coś jeszcze. Zamknął z powrotem drzwi.
- Amando... - powiedział powoli, podchodząc do chorej. - Jakby to ująć... Upiór okazał się trochę zbyt odporny na wszelkie sugestie... Powiedział, żebyś nie przychodziła do niego więcej. I że przeprasza.
- Maestro!... Ale...
- Nie rób takiej przerażonej miny. Ty teraz odpoczywaj.
Upiór wrócił do Groty.
Z westchnieniem opadł na fotel i wyciągnął nogi. Był zmęczony. Wreszcie spokój...
Amandy nie ma. I nie będzie. Nie przyjdzie tu więcej, nie będzie się panoszyła... Nie pozwoli jej, nawet gdyby chciała.
Upiór miał w głowie mętlik. Tyle zdarzyło się naraz, tyle usłyszał i powiedział.
Zamknął oczy.
W każdym razie, na myśl o spotkaniu z Amandą bądź Saglattem, dostawał dreszczy. Oni za dużo wiedzieli. Oni uważali go w najlepszym razie za małego chłopca. Ale Saglatt się już tu nie pojawi. Ma własne sprawy na głowie. A Amanda? Musi ją jakoś powstrzymać zanim przylezie tu znowu. Fakt, teraz jest ranna. Przez jakiś czas nie będzie mogła nic kombinować. Wreszcie, cisza i spokój.
Nikt nic od niego nie chce. Może sam o wszystkim decydować. Może znów zacznie coś tworzyć?
W samotności. Tak, stanowczo, ostatnio za dużo ludzi spotykał. Samotność była tym, czego potrzebował. Tak, na pewno.
Założył znowu maskę. Jak dobrze wrócić na stare śmieci. Tylko... czy w tej Operze jest jeszcze miejsce dla Upiora?
Zwłaszcza, jeśli ktoś już rozwiązał jego zagadkę?
Antoine Saglatt resztką sił dowlókł się do swojego mieszkania. Teraz kiedy był sam i kiedy było już po wszystkim, czuł się potwornie słaby i zmęczony. Nie zapalając światła usiadł przy stole.
Jean. Nie zginąłby, gdyby nie jego nienawiść do Upiora. Calvieri nie zostałaby ranna. I Viola nie żyła... Szlag.
I co dalej? Jutro będzie musiał znów iść do Opery. Vermett zaprzeczył wszystkiemu. Fakt, są maszyniści. Ale tak naprawdę niewiele powiedział przy maszynistach. Dobry adwokat i po sprawie. A jak oskarżyć Moncharmina?
Jego wzrok przyciągnęła butelka wina, stojąca na szafie. Kiedyś ją tam postawił, żeby udowodnić sobie, że jest silny i nie ulegnie już nigdy pokusie.
Ale ten koszmar czy inny, jaka różnica?
Po kilku pierwszych łykach czuł do siebie taką pogardę, że musiał napić się jeszcze więcej, by to zagłuszyć.
Znów pomyślał o Violi. Pięknej, ciepłej Violi. Całe piętnaście lat wmawiał sobie, że była samolubna, myślała tylko o luksusach, pieniądzach, przyjemnościach.
To nie była prawda. Owszem, myślała. Ale była też bardzo ciepła i serdeczna, kiedy witała go po całym dniu pracy. I to nie ona pierwsza go skrzywdziła. To on pierwszy zrobił awanturę. Z wściekłości, że oszustwa się wydały. Uderzył ją, gdy chciała go uspokoić.
Tyle miał do niej pretensji, gdy go zdradziła, a przecież sam był oszustem...
- Antoine! - wykrzyknął kobiecy głos. Z trudem wrócił do świadomości.
- Kornelia... - jęknął. Boże, historia się powtarza... Znów leży na stole, znów pojawia się Kornelia by go uratować. Doprawdy, co tu jeszcze ratować...
- Oj, braciszku, braciszku... - potrząsnęła siwą głową. - Ja tu przyjeżdżam do ciebie na święta, a ty masz taki bałagan! Wyraźnie brakuje ci kobiecej ręki!
Siostra ani słowem nie skomentowała żałosnego stanu w jakim go znalazła. Nic. Zadziwiające. Posprzątała całe mieszkanie, przygotowała cudowne śniadanie i obiad, a jego samego wysłała do łóżka.
Nie wiedział jak to się stało, ale przy obiedzie opowiedział jej o wszystkim. Również o tym, że już nie ma siły ani ochoty ciągnąć tego dłużej.
Kornelia odpowiedziała tylko, że go rozumie. I że zawsze może przyjechać do niej, odpocząć.
Potem wykrzyknęła, że już strasznie późno. Trzeba się zbierać, żeby zdążyć do kościoła!
Prawda, zapomniał, dzisiaj Trzech Króli. Nawet nie planował pójścia na Mszę, ale Kornelia chodziła zawsze...
Pojechali w gęstym śniegu do katedry Notre Dame. Kornelia oświadczyła, że skoro jest w Paryżu, to nie chce iść nigdzie indziej.
Stali blisko ołtarza, w tłumie ubranych w palta i futra paryżan. Woń kadzidła mieszała się ze swojskim aromatem świerkowych gałązek.
Kornelia popatrzyła na niego i uśmiechnęła się lekko. Śpiewali jej ulubioną kolędę.
Cicha noc, święta noc
Pokój niesie ludziom wszem
Pan wielkiego majestatu
Niesie dziś całemu światu
Odkupienie win...
No skoro tak, to może da się jeszcze coś zrobić...
- Calvieri, oszalałaś?
- Nie, Maestro! - zarumieniona Amanda siedziała w zmiętej pościeli. - To dobry pomysł!
- Calvieri – Saglatt przysunął sobie fotel. - Posłuchaj. To dorosły człowiek. Sam może zdecydować. I zdecydował. Nie zajmuj się tym więcej.
- Ale Maestro... Ja błagam! I proszę to chociaż przeczytać!
Saglatt westchnął. Kątem oka popatrzył na teczkę Upiora.
- Tylko przeczytać...
Wydął wargi, układając je w najbardziej niezadowoloną minę.
- No dobrze. Przeczytam, z czystej ciekawości. Ale nie licz na to, że się zgodzę. Wyobraź sobie, że mam dość własnych problemów i za mało czasu na kolejną operę.
- Dziękuję, Maestro! - szczery uśmiech. Omal sam się nie uśmiechnął w odpowiedzi.
Prawdę mówiąc był ciekaw, co napisał Upiór. Było, nie było, to jego uczeń.
- Genialne – szepnął, odkładając ostatnią stronę partytury. Zapatrzył się na pomarańczowe ściany.
Genialne, a według Amandy on za nic nie chciał tego pokazać. Cóż. Może to nie jest tak głupi pomysł jak się wydawało. Może jak nie wyjdzie, to Calvieri zrozumie, że czasem trzeba odpuścić.. A jak wyjdzie, to tym lepiej.
Ale ponieważ Upiór oddał teczkę bez oporów... mała szansa, że wyjdzie.
Pozostawała strona techniczna całego przedsięwzięcia. Wypadałoby się pospieszyć, zanim Upiór wymyśli coś głupiego.
Signor Piangi – Saglatt podszedł do tenora. - Chciałbym pomówić z panem na temat tej nowej opery.
- Maestro, to dzieło geniusza...
- Właśnie. Chciałem powiedzieć, że znam śpiewaka dla którego została napisana rola Don Juana. Nazywa się Armand Chavigny... Jakby to panu powiedzieć, próbuję go zaangażować. Pan się do tej roli przygotuje, ale jedynie jako dubler. Tak w razie czego. Ale odda pan rolę Chvigny'emu, jeśli tylko on się tu zjawi. To tak żeby się pan nie zdziwił...
List od Amandy dostarczyła madame Giri. Upiór ponuro wpatrywał się w papier. Przyjść na próbę generalną i zagrać Don Juana...
Jego świat rozsypał się do reszty.
Amanda, Saglatt, madame Giry... Wszyscy wszystko wiedzą. No dobrze, może jeszcze to, na co on właściwie choruje, pozostawało zagadką. Wszyscy traktują go jak zwykłego dzieciaka. I trudno powiedzieć co gorsze, czy „zwykłego", czy „dzieciaka"...
Furia. Wściekłość. Szał.
A najgorsze było to, że nie dało się zrobić nic, by to zmienić. Upiór przestał istnieć. List był przysłowiowym ostatnim gwoździem do trumny.
„Tak chcesz zginąć? To utop się w jeziorze..."
Może i tak. Ale raczej nie w jeziorze. Są lepsze sposoby.
„Ta pani mogłaby jednak nie być zadowolona..."
Może podciąć sobie żyły? Pistoletu niestety nie ma. Ale tak naprawdę czuł, że nie potrafi się zabić. Za bardzo się bał.
A może faktycznie pójść na kompromis i wyprowadzić się z Opery? Z pewnością znajdzie się więcej miejsc potrzebujących Upiora...
- Mademoiselle Calvieri, tak chciałaś to zagrać, mogłabyś się teraz bardziej postarać – oświadczył Maestro, stukając batutą w pulpit.
- Na siedząco nie śpiewa się tak dobrze – odparowała blada Amanda ze sceny.
- To trzeba było nie pchać się tu, zanim nie wyzdrowiejesz. Jeszcze raz!
Carlotta poprawiła włosy.
- Szalony nietoperz – mruknęła do Piangiego.
- Tak – odmruknął Piangi. - To dobrze, że go nie wywalili.
- Żałuję tylko, że nie widziałam jak wywalali tamtych dwóch.
Piangi zaśmiał się.
- Podobno Vermett wpadł w histerię i próbował oskarżyć Moncharmina o zmuszanie do udziału w przestępstwie.
- Zemsta nietoperza. Prawie mi ich żal.
Próba generalna! Amanda drżała z nerwów.
Obiecała dyrektorowi, że „jeśli i tym razem Upiór nie posłucha uosabianego przez nią głosu rozsądku, to zostawi nieszczęsne zjawisko nienormalne w spokoju".
Cóż. Pozostaje się modlić żeby posłuchał...
Chyba, że faktycznie to ona się myli i nie ma sensu tego ciągnąć. Ale jeśli Upiór się nie zgodzi... to co mu zostanie? Lochy? Wszystko jak dawniej? Przecież już nic nie będzie jak dawniej! A wtedy, w Grocie... myślała, że wreszcie zrozumiał, że zacznie walczyć o swoje. Chyba, że to ona narzucała mu owo „swoje", a to wcale nie było jego, tylko jej. Może faktycznie nie powinna robić tego na siłę?
„Jak on chce siłą, to mu pokaże, że nie ma tak dobrze. Dzieciak."
„Powiedział, żebyś nie przychodziła do niego więcej. I że przeprasza."
Koniec próby. Saglatt popatrzył na nią wymownie. Mruknął coś pod nosem, coś co wyglądało na „A nie mówiłem?".
Ale...
- Jaka szkoda, że nie ma signora Chavigny'ego! - zawołała. - Zawsze bym z nim zaśpiewała! W każdej operze! W ogóle kiedy by zechciał! Piangi zawsze odstąpi mu rolę! Signor Piangi, proszę się tylko nie obrażać...
Ale Piangi tylko pokręcił w zdumieniu głową. Jeśli nawet się obraził, to nie dał tego po sobie poznać.
Saglatt też pokręcił głową. Podeszła do niego.
- Więcej nic nie zrobię, Maestro... Ja wiem, że to on musi chcieć. Ale powinien wiedzieć, że czekam...
Maestro nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w nią jakoś tak dziwnie.
- Ach... Co trzeba mieć, żeby komuś tak zależało? - zapytał cicho. - Czemu dajesz Upiorowi tyle szans? Co on ma w sobie takiego wyjątkowego?
- Maestro... panu też bym dała. A on ma tylko szczęście.
Dzień później. Premiera. Znów to samo od początku. Może jeszcze gorzej. Może mniej nerwów, a więcej goryczy.
Piangi, Piangi, ja nic do ciebie nie mam, ale czy to musisz być ty?
Akt pierwszy, drugi... Zaraz koniec. Ostatnia odsłona. Szczęśliwe zakończenie. Rzeczywiście...
Don Juan i Elvira...
Elvira - Amanda wychodzi na scenę. Zaraz jak zaśpiewa arię, przyjdzie jej wybrany. Włączy się w ostatnie słowa pieśni, stanie za nią. Zatańczą razem.
Czy ona da radę tańczyć? Nie zagojona do końca rana boli. Ależ oko ma Maestro, trafić z takiej odległości...
Już, słychać kroki Piangiego. Posuwiste, taneczne kroki. Piangi zaczyna śpiewać.
Do tej chwili miała jeszcze nadzieję. Ale już jutro kolejne przedstawienie...
Piangi chwyta ją od tyłu w pasie, zaraz zacznie się taniec...
Chwila, Piangi jest niższy! Ale głos... głos też się zmienia... Wredny Upiór, udawał głos Piangiego i to jak dobrze! Maska zasłania całą twarz, rękawiczki dłonie. Ale ona jest pewna kto to.
Dobrze, że ją trzyma, inaczej przewróciłaby się na scenę! Mocne ramiona obracają ją w tańcu, właściwie unoszą w powietrzu. Mistrz, on wie najlepiej jak powinno to wyglądać...
No dobrze, może nie tak, jakby mdlała...
Na koniec, choć nie było tego w sztuce, bierze ją na ręce i wynosi za kulisy.
Wracają jeszcze na proscenium, pokłonić się publiczności.
Amanda płacze. Może dlatego wydało jej się, że Saglatt się uśmiechnął.
Najpiękniejszy aplauz w życiu. A jeszcze nie raz staną tu razem przed publicznością.
- Amando, chcę, żebyś mnie uważnie posłuchała – Upiór posadził ją na fotelu i zamknął drzwi garderoby. - I nie patrz na mnie takim zachwyconym wzrokiem.
Spuściła oczy.
- Cieszę się, że...
- Amando! Posłuchaj, potem się będziesz cieszyć!
- Ale ty nie odchodzisz nigdzie, prawda?! - wykrzyknęła.
- Nie. Nie wpatruj się tak we mnie. I nie ciesz się, mówiłem. Nie wyobrażaj sobie, że nagle stanę się zwykłym człowiekiem, jasnym i radosnym – wykrzywił usta, jakby te dwa słowa sprawiały mu trudność. - Ja nie jestem ani jasny, ani radosny. Dotarło?
- Tak – uśmiechnęła się.
- Wyjaśnijmy sobie od razu: kiedy widzę wszystkie oczy wparzone w moją maskę i rękawiczki, wszystkie te nieme pytania, litość albo chorą ciekawość, to sam już nie wiem czy uciekać czy mordować! I nie oczekuj, że się z tego wyleczę!
- Nie oczekuję – powiedziała poważnie. - Nie w zupełności. Ale tyle ile się da...
- Nie oczekuj, że wyprowadzę się z Groty i zamieszkam na powierzchni. – W tym miejscu usta jej zadrgały. - Może kiedyś. Za długi, długi czas.
- Akceptuję – uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Coś jeszcze?
- Tak – zmrużył oczy. - Proponuję pewien układ. Ja powoli oswajam się z innymi, a ty nie nawracasz mnie na siłę. I nie zmuszasz mnie do nadprogramowych kontaktów z ludźmi. Tak?
- Stoi – zawiesiła głos, jakby chciała coś dodać. - Naprawdę jestem taka straszna?
Uśmiechnął się chytrze.
- Naprawdę. Ale mogę ci pomóc się poprawić. Ewentualnie.
- Rety, monsieur Saglatt, jakie to było piękne!
Wokół dyrektora muzycznego kłębił się tłum ludzi. Paryska śmietanka towarzyska była zachwycona. Zwłaszcza hrabia Philippe de Chagny i jego urocza towarzyszka.
- Gratuluję, Maestro Saglatt! To było naprawdę niezwykłe! - kobieta uśmiechnęła się szeroko, ukazując białe, równiutkie ząbki.
- A mademoiselle Amanda przeszła samą siebie. Choć w pewnej chwili zdawało mi się...
- Tak, zdawało się panu - przerwał Saglatt, chcąc uniknąć niewygodnych pytań. - Dziękuję w imieniu mademoiselle Calvieri.
- Czy wiadomo już, kto zastąpi monsieur Vermetta i Moncharmina?... - zapytał hrabia de Chagny z szelmowskim uśmiechem.
- Jeszcze nie. Są tylko propozycje.
- Ach, a ja mam inne pytanie – towarzyszka hrabiego zaśmiała się dźwięcznie. - Maestro, niech pan nam zdradzi, kto zastąpił Piangiego w drugim akcie?
Hrabia przewrócił oczami.
- Wy, kobiety, tylko na to patrzycie, kto przystojny! A muzyka?
- Muzyka była równie boska... Maestro, proszę powiedzieć, umieram z ciekawości!
Saglatt uśmiechnął się samymi kącikami ust.
- To, madame, był nasz nowy tenor. Wielki talent, jak już państwo zauważyli.
Pożegnali się w końcu. Saglatt zamyślił się.
Tak, po przedstawieniu podeszli wpierw do niego. Amanda uśmiechała się jak głupia. Armand się nie uśmiechał, ale wyraził chęć podjęcia pracy w Operze. O ile znajdzie sie wolny etat.
Cóż, w końcu już od dawna myślał o zaangażowaniu jakiegoś dobrego tenora.
- Za wasze szczęście – mruknął, unosząc nieznacznie kieliszek.
Koniec
...ale będzie jeszcze epilog! ;)
