Wspomnienie Harry'ego:
Harry rozsiadł się na ławie w Wielkiej Sali. Któraś z kolei poranna uczta tego roku trwała w najlepsze. Zatoczył wzrokiem po uczniach z różnych domów, zastanawiając się, ileż mogą się domyślać z tego, co on teraz sobie myśli. I z zadowoleniem skonstatował, iż nie domyślają się niczego.
Harry'ego trzeci rok nauki w Hogwarcie zaczął się bardzo owocnie!
Nadmuchał ciotkę, przejechał się Błędnym Rycerzem, aby w efekcie końcowym zemdleć w pociągu Ekspress Hogwart pod wpływem tajemniczego oddziaływania Dementorów.
Swoją drogą to mdlenie, to dobry pomysł, żeby dobrać się do czekolady Lupina, trzeba by to jakoś wykorzystać...
I oczywiście cała szkoła o tym wiedziała... (oprócz czekolady)
Tak więc Harry już na początku półrocza nie rozwalił systemu... on go zmiażdżył!
Jednym słowem – znajdował się zawsze w centrum uwagi i to nawet nie wykonując żadnego wysiłku. Bardzo, bardzo mu się to podobało, fame sam się do niego tulił. Wpadał na niego tumanami i tłumnie, a on czerpał z jego istoty garściami te jego barwy i smaczki, które mu najbardziej pasowały.
Dla przykładu: kochał, ubóstwiał wręcz udawać, że sława go nie cieszy, wręcz przeszkadza, i że ma ją głęboko na względzie (w dupie). Ten element sławy można nazwać: Utajonym Rozkoszowaniem z Podsycaniem Niedocenienia.
Innymi słowy, Harry zgrywał się, iż niedocenia swojego fame'u i to jak ludzie na to reagowali, jeszcze bardziej podsycało możność rozkoszowania się swą popularnością. A było ono utajone, gdyż prawdopodobnie tylko Potter wiedział, jakie to procesy myślowe toczą się w jego głowie. Niezwykle umiejętnie bowiem Harry maskował swą rozkosz, przyjemność. Nie zdradził się nawet przed Ronem, Hermioną czy Hagridem.
No i co więcej, element ten pomagał mu w „robieniu scen". Ot choćby „denerwował się", gdy ktoś zbyt dużo o nim mówił i proszę – mamy kolejny incydent z krzyczącym Potterem w roli głównej! Nieważne czy mówiono o nim negatywnie czy w superlatywach, chłopak zawsze wtedy mentalnie się oblizywał.
Z dalszych przemyśleń wyrwały bliznowatego drastyczne odgłosy konsumpcji.
Ron z niewymowną zapalczywością pochłaniał kurczaka. Bardzo mu się podobało chrupanie skórki. Idealnie przyrządzona, koncypował, z miłością wtapiając zęby, łącząc się wręcz z mięsem, na krótko, ale bądź co bądź łącząc w pełnym miłosierdzia zwarciu.
Szczęka, żuchwy, zęby Ronalda Weasleya w pocie szkliwa pracowały, próbując zaspokoić...
– Ron... – zaczęła Hermiona, nie mogąc powstrzymać grymasu twarzy. – Strasznie się zapuściłeś... rok temu miałeś takie fajne, ułożone włoski... wyglądałeś jak człowiek, a teraz?
Ron wypuścił powietrze nosem, podminowany znużeniem.
– Daj mi jeść, kobieto... – wybełkotał, nie starając się nawet powstrzymać wylatującego z jamy ustnej kawałka kurczęcego ścięgna.
Harry nagrodził przyjaciela gratyfikującym spojrzeniem, ten jednak z taką pasją powrócił do konsumpcji, że nawet go nie dostrzegł. Widocznie nie potrzebował jego uznania oraz szacunku, no trudno, Hary jakoś to przecierpi.
Siedzieli dalej na porannej uczcie w Wielkiej Sali. Wczoraj miała miejsce pierwsza lekcja Hagrida... Choć Harry tak bardzo chciał, aby poczciwemu gajowemu się powiodło, Malfoy musiał wszystko zepsuć.
Chłopak obserwował Draco (który, podobnie jak Ron, również zmienił uczesanie) i który właśnie eksponował przed Pansy Parkinson swą rękę zamkniętą w okowach gipsu.
– Najgorsze, że nie mogę odrabiać lekcji! – żachnął się, choć ton jego głosu pozostawał męski i rzeczowy.
Pansy położyła opiekuńczo dłoń na jego barku.
– No jasne... – pomyślał Harry.
– Będę pisać za ciebie... – powiedziała dziewczyna Malfoya.
Harry to przewidział.
Draco Malfoy spojrzał głęboko w oczy Parkinson i zawadiacko pociągnął łyk soczku dyniowego. Nazbyt zawadiacko.
Zmarszczyła się.
– Ech, będę je za ciebie pisać, co nie znaczy, że nie obędzie się bez twojego wysiłku. To ty będziesz mi dyktował, co mam pisać.
Twarz Malfoya ściągnęła się. Przypominał rozwścieczonego wilka, chcącego zabijać dla samej idei zabijania.
Palce jego mocniej ścisnęły się na szklance, zapełnionej do połowy sokiem. Dłoń zaczęła trząść się, kostki zbielały.
Szklanica pękła! Rozprysła się na wiele części, brudząc stół i odzież cieczą i odłamkami szkła. Denko naczynia, które pozostało całe, wysunęło się powoli z ręki Malfoya i stuknęło o blat.
– Pansy... – głos groźnie mu wibrował. – Myślę, że musimy poważnie się zastanowić nad naszym związkiem...
Prychnęła, odrzuciła na plecy pasmo włosów i natychmiast od niego się odsunęła, zgrywając nieprzystępną.
Crabbe, jak tylko zobaczył, że jego duchowy dowódca pobrudzony był sokiem, pospiesznie zerwał się z siedzenia po drugiej strony długiego stołu i przetoczył się przez blat..
Wytrzasnął skądś chusteczkę i ochoczo zabrał się za wycieranie nogawki Malfoya. Ten zaś, nadal nienawistnie mierzący wzrokiem dziewczynę, na początku lekko, później bardziej stanowczo odepchnął od siebie natrętnego kolegę, który nieznacznie zatoczył się, stracił równowagę i w efekcie końcowym wpadł na grupkę przechodzących Ślizgonów.
– Uważaj jak człapiesz, Crabbe...! – do uszu Dracona doszły stłumione przez ogólny gwar słowa.
Wywierał jeszcze chwilę presję na Pansy, poprzez szklisto-mroźne spojrzenie oraz bladą, ściągniętą facjatę. Uznał, że czas z tym skończyć. Wyluzował i nonszalancko rozsiadł się na ławie.
– Bo wiesz... personalnie sądzę, że w Hogwarcie znajdzie się mnóstwo dziewczyn, które bardzo chętnie za mnie po prostu zadanie domowe odrobią...
Nałożył sobie na talerz babeczkę, na której szczycie tkwiła korona z czekolady.
– To idź do tych dziewczyn... – powiedziała i posłała mu twarde, znaczące spojrzenie.
Ich związek może nie sypał się jak tynk z sufitu, lecz chwiał się jak pajac na sprężynie...
Draco drgnął, zdziwiony.
– Teraz...? – spytał, lekko się zająknąwszy.
Parkinson nie wytrzymała stopnia nieogarniętości Malfoya. Fuknęła nozdrzami i odleciała z Wielkiej Sali uskrzydlona miłością.
– Lecisz na mnie... – szepnął zadziornie i odgryzł duży kawałek babki.
– Hę...?
Spojrzał w dół. Klęczał przed nim, i przyglądał mu się iście zszokowany jego wypowiedzią Crabbe... przestał wycierać mu nogawkę.
– Ech, nie ty!
Odepchnął go bez skrupułów, przewracając na posadzkę i pochłonęło go doszczętnie pożeranie babeczki oraz rozmyślanie o profitach, jakie może czerpać ze swej kontuzjowanej ręki. Jednak myśl bezwiednie znów uleciała ku Pansy.
– Lecisz na mnie...
– Nie uda ci się tego mi wmówić, Malfoy!
To głos Harry'ego, tuż za nim.
– Miałem nieprzyjemność słyszenia twojej rozmowy... wasze głosy niosły się prawie po całej Wielkiej Sali. Słuchaj, Malfoy... mam do ciebie prośbę i nie sądzę, abyś raczył mi odmówić... bowiem jeśli to zrobisz, może mi się przypadkiem wypsnąć te oto wspomnienie do myślodsiewni i może się akurat tak złożyć, że wszystkie dziewczyny ze Slytherinu będą ciekawe, co ono przedstawia...
Oczy Malfoya zaszły bielmem po czym upstrzyły się siatką pulsujących żył.
– Czy to jest...?
– Tak. To twoje wspomnienie z pierwszego roku. Dokładnie te, które kiedyś ci zwędziłem.
Malfoy, jeśli to możliwe, stał się na twarzy jeszcze bielszy niż zazwyczaj – na skutek zblednięcia.
– Dobra – warknął nieuprzejmie. – Co to za prośba.
– Chcę sobie... – zastanowił się chwilę – osłodzić życie w Hogwarcie. – Spojrzał na rękę Draco w gipsie. – Masz robić za mnie lekcje.
– Co?! – spiął się i z niedowierzaniem uderzył pięścią w stół. – Z moją ręką?!
Harry niewzruszony kiwnął głową.
– Poproś o to swojego rudego koleżkę... daj mi inne zadanie, Potter.
– Nie ma takich – Potter twardo orzekł, a nozdrza jego posyłały ku facjacie malfoyowej sygnały nieugięcia.
– Ale za mnie i tak robi lekcje Parkinson, Potter!
– Nie obchodzi mnie na co chorujesz, Malfoy... moje lekcje mają być zrobione i tyle. Jak tego dokonasz, to już twój problem.
Odwrócił się na pięcie, prawie niczym profesor Snape i zaczął oddalać od zdołowanego trzecioklasisty.
– Potter!
Chłopak stanął.
– Nie jesteś złym człowiekiem! Czemu mi to robisz?!
Harry postał jeszcze tylko chwilę.
To drugi raz kiedy mógł zawitać do Pokoju Ślizgonów, z tą różnicą, że teraz Potter przebywał tu pełnoprawnie – Draco wprowadził go jako gościa.
– Naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego robisz lekcje za tę ofiarę losu... – Parkinson szepnęła do ucha Malfoya, pisząc wypracowanie na transmutację za Harry'ego (Draco dyktował).
– Bo to mój... przyjaciel... – wydukał.
Harry uśmiechnął się i skubnął winogrono z kiści na stoliku. Z lubością obserwował, jak uszy Draco płonął, z mieszanki złości i wstydu.
Czarnowłosy chłopak odchrząknął nieznacznie, by przyciągnąć wzrok Ślizgona.
Dziewczyna zajęta była kończeniem zdania, Harry więc pokazał mu małą buteleczkę ze wspomnieniem i spojrzał znacząco.
– Tak, bo Harry... Harry na to zasłużył – mówił dalej Draco. – Nie mam pojęcia, czemu jest tak nielubiany w Slytherinie.
W miarę mówienia bladł coraz bardziej, a apetyt Pottera rósł. Pancy tylko z niecierpliwością pokręciła głową.
Skończyła wypracowanie. Malfoy wziął spinacz do papieru i spiął nim kartki. Harry grzecznie podziękował i uprzejmie się pożegnał. Uznał cierpienie Draco za wyśmienite widowisko, jednak następnym razem nie będzie marnotrawił czasu w pokoju Ślizgonów. Koleś będzie mu po prostu przekazywać gotowe zadania.
Udał się do pokoju Gryfonów, czując satysfakcję i spełnienie.
Gruba Dama go przepuściła, od razu skierował się do łóżka.
Walnął się w pryczę i odłożył kartki na nocnym stoliku. Ronald Weasley leżał na brzuchu już w swoim łożu, tuż przy Harry'ego.
– Nikogo nie ma...? – dopytał się sennie rudy.
– Nie ma.
Tak jak się spodziewał, w jego rękach wylądowała zimna butelka piwa rzucona przez Rona.
Pssst...
Pssst...
Schłodzili gardło.
– Tak długo pisałeś wypracowanie? – spytał niespiesznie Ron.
– No, tak jakoś długo mi zeszło...
– Stary, te kartki obok ciebie to jest to? Ile ty tego naprodukowałeś? Ja machnąłem tylko z trzy strony!
Harri wygodniej się ułożył na pościeli i uśmiechnął, przypominając sobie katusze Draco, powie o tym Ronowi pod koniec roku, zrobi mu niespodziankę.
Zapadła chwila milczenia, którą wreszcie przerwało mlaśniecie czarnowłosego.
– Wiesz, czemu McGonagall tak ostro nas teraz ciśnie i na każde zajęcia chce kolejne wypracowanie...?
Ron patrzył tępo w sufit, wolno trawił w sobie pytanie przyjaciela. Pociągnął z gwinta. Zastanowił się chwilę, ale na nic nie mógł wpaść, żaden żarcik też nie przyszedł mu do głowy, więc tylko wygiął usta w grymasie niewiedzy.
– Nie mam pojęcia, stary.
– To kryzys wieku, mówię ci. No bo patrz, ile ona ma lat. Ile ona może mieć lat?
– Pewnie trochę wiosen już przeżyła.
– Dokładnie. A spójrz jeszcze na to, Ron. – Harry z emocji aż podniósł się na łokciu. – Ona nie ma dzieci, co nie?
Łyk piwa, kiwnął głową.
– Prawda, nie ma.
Harry wziął swoje wypracowanie, zdjął z górnej strony kartek spinacz i schował sobie do kieszeni. Rozłożył kartki i zaprezentował koledze.
– Widzisz to, Ron? Ona każdą tę kartkę będzie traktować jako spłodzone przez siebie dziecko! Kto wie, co ona robi tak naprawdę z tymi wypracowaniami po godzinach!
– Boże...
– Tak! I to na dodatek zauważ pewną nieprawidłowość! To ona w nas lokuje „nasienie", zadając zadanie domowe, a my płodzimy jej dzieci!
– Stary! To jest chore!
– Nie inaczej. Ona nas i siebie wynaturza. Jako kobieta uchyla się od porodu! Ale być może to kwestia, że jest kobietą wyzwoloną. To też wchodzi w grę.
– Rzeczywiście przechodzi kryzys, ta kobieta wyzwolona. Ja tak nie chcę, stary. Nie chcę tak świrować na starość!
– Nie, nie, Ron, nie zrozumiałeś. Ona albo przechodzi kryzys albo jest wyzwolona. Dwie te opcje nijak się ze sobą łączą.
– No... jak tak o tym mówisz, to chyba istotnie nie. Zaraz... na pewno nie? Chyba na pewno, tak.
– Ech... ktoś idzie, chowaj piwo.
Pod łóżkiem najlepiej.
