Wspomnienie Ronalda:

– To dzisiaj, Ron – Harry podał przyjacielowi pogniecioną gazetę.

– Co? – spytał nieprzytomnie jedenastolatka, wypełniając policzki galaretą jabłkową, jak gyby pytał o coś jedenastolatka, co akurat było prawdą.

Czy jednak prawdę się tu wyjawia?

– Ostatni kawałek żółtego sera! – wydyszał kruczowłosy chłopak i czytał, rozemocjonowany, Proroka dalej. – Czarodziej Franciszek S., to jakiś Polak, pożarł na oczach mediów ostatni kawałek sera tego świata ze swojej piwniczki, mówiąc przed włożeniem go do ust: „W moich ustach ginie ostatni przedstawiciel sera, ciekawe jakie będą okoliczności śmierci ostatniego z nas, ludzi".

Ron wpychał w siebie fenomalne ilości zielonej, drgającej substancji i z fascynacją oraz rozbawieniem patrzył jak jego młody kompan kracze w tę w we w tę. Mielił coś ozorem, że teraz świat – nie tylko mugoli – ale i czarodziejów został pozbawiony sera, gdyż ci drudzy zatracili astralny kształt sera i nie mogą go wykreować, azali ser przepadł bezpowrotnie. Ron sięgnął po kotleta mielonego, lecz wcześniej łyżką wprawił w drgania galaretkę na talerzyku przed sobą. Harry spojrzał właśnie z nad gazety i ujrzał drżącymi oczyma jeszcze dogorywające drgania galarety deserowej.

– Nie jednocz się tak z galaretą... – stwierdził rudy. – Spójrz na mnie. Co ty taki blady jesteś? Co te artykuły tak ostatnio ci zawracają głowę. W świecie czarodziei prognozują już to od dwóch lat... A Kształt Sera został już zapomniany w średniowieczu! To był w ogóle artykuł z pierwszej strony? Nie, widzę! To jakiś śmieć, w ogóle niezauważalny artykulik pewnie jakiegoś szmatławca, co teraz chleje gdzieś już i tak spity pod mostem i okrywa się gazetą, żeby ziąb go nie załatwił! Daj w ogóle pokój, Harry! Żryj mielone! Pamiętaj, co mówił Snape: „Najpierw masa, potem rzeźba!".

Harry zadrżał jak w febrze. Ron zmarszczył brwi.

– Po trzykroć uogólniona wypowiedź! – zapiał Potter.

– Że jak?

– Trzy razy zaparłeś się Szczegółowi, Ron! Nikt jeszcze tego nie dokonał przed tobą.

Ron zbladł, trochę obległ go pot, znienacka go zaskoczył, wyskoczył z ocienionego zakamarka i na głowę naskoczył.

– Rzeczywiście. O rany Julek! Jak tego dokonałem?!

– Trzy razy powiedziałeś „w ogóle"!

Ron pokiwał głową, zdobył się na lekki uśmiech. Sprawdzili, czy nikt ich nie obserwował.

– Malfoy! – wrzasnął Harry.

Ron znacząco spojrzał przed siebie, jakby na Nas.

– Ten schemat staje się męczący...

Pognali za blondasem. Ulizane włosy Draco chybotały niepewnie, gdy przemierzał kłusem szkolne korytarze, zapewne by oddać się swojej pasji - donosicielstwu. Szczególnie lubił to robić z McGonagall. Donosić. Dochodzić. Dochodzić, co nie tak z tą szkołą i jaka jest najkrótsza droga wyjścia, choć długie sposobiki-trybiki też wchodzą w rachubę.

Chłopcy nie ustawali w gonitwie.

W końcu mogli wykonać efektywny rzut ciałem na szczupaka i obłapali z pasją nogi donosiciela.

Ron bez zapowiedzi trzasnął go mielonym po głowie, po czym doprawił całą brutalną rzecz, spuszczając mu na klatkę piersiową dziesięć kilogramów galarety (nosił ją zawsze w spodniach).

Harry spojrzał z uznaniem na poczynania kolegi.

– Wow, Ron! To było dobre! Ja już miałem w gaciach galaretę, nie odważyłbym się czegoś takiego dokonać!

– Mów, co słyszałeś, lizusie! – Ron podważył zgryz Malfoya łyżką i niemal podniósł go tak nad ziemię, udając, że nie słyszy pochwały kolegi.

Uniósł Malfoya nad ziemię. Wtedy łyżka odskoczyła w górę Ronaldowi, a Malfoy z bólem jęku upadł na podłogę, a wraz z nim kilka jego zębów, sprawnie wyważonych łyżką.

Rudzielec ujrzał zszokowany wzrok Pottera.

– To mleczaki... – rzucił od niechcenia, choć odrobinę przejęcia zawładnęło nad nim kontrolę.

Harry zamerdał głową. Ocknął się z letargu zębowego.

– Pehnie ghedes łichyc się... – Harry macał się po zębach, lecz to nie działało...

– Pewnie szedłeś lizać się z McGonagall, Malfoy! – tym razem rzekł wyraźnie, jak zawsze z przesadną, nad wyraz arystokratyczną dykcją.

Tym razem Ron doznał chwilowej histerii.

– Nie tak, stary... – upomniał go. – Malfoy, ty ćwoku! Pewnie szedłeś lizać się z McGonagall! Zdobyć punkty dla Slytherinu!

Rzucił w leżącego blondasa łyżką. Trafił w nos i jakimś cudem sztuciec się przykleił. Ronald rozpoczął buńczuczny śmiech, gdy wtem zaskoczyły ich dwa stąpnięcia z tyłu. Dosłownie jakby ożyły znikąd. A to Niczyjesyny! Stał za nimi, i oczywiście uśmiechał się, Filtch.

Ron znacząco spojrzał przed siebie.

– To mnie powoli wykańcza... Wyżera od środka jak robaki...

– Co tam mamroczesz, rudy! Zabiorę was do McGonagall, to już z nią sobie pomruczycie!

– Z McGonagall! – uniósł się Malfoy, ale z powodu braku przednich zębów wyszło mu niezłe seplenienie i tyle z uniesienia... bo to wszystko wina uniesienia łyżkowego.

– Kto był operatorem łyżki? – zapytał Filtch, patrząc na zęby chowające się w szczelinach podłogi. – No co... Znam takie numery, u nas w wiosce tylko tak to się robiło. Stare czasy... Za mną.

U McGona nudzili się we dwójkę. Patrzyli jak niestrudzenie i nieznudzenie Draco pozuje na męczennika, wlepiając smętne wejrzenie zębowej, okaleczonej duszy w tarczę Księżyca. Satelita i pozbawiony znacznej części szkliwa blondas znaleźli ze sobą w końcu coś wspólnego – kratery – bo jak Harry uważał, Malfoy z pewnością nie należał do ludzi romantycznych. Raczej do ulizanych.

Oni zaś starali się pozować na jeszcze większą nudę, by ta dokonała superpozycji z tą naturalnie bijącą od nich i jakimś magicznym sposobem przegoniła od nich starą nauczycielkę. Jej dydaktyczny majestat mógłby ich pouczać z drugiego końca Sali, gdzieś z okolic ulizania i kojarzącego się z zębami pozowania, to jest, gdzieś z okolic Malfoya, jakichkolwiek... Harry i Ron nie obraziliby się, gdyby nagle ta zlała na ich obecność i stosowała względem Malfoya taką dawkę behawioryzmu, jaką pewnie by aplikowała, gdy dana im by była sposobność ku prywatności. Harry miał więc ochotę wypiąć się pośladkami do niej i do rywala, siedzącego romantycznie-nieromantycznie na parapecie w blasku satelity. Taki czyn chyba zapewniłby prywatność.. Dobra! Raz kozie nuda!

Harry wypiął się.

Ręka-usta McGonagall, ręka-usta.

– Panie Potter! Weasley! Co on wyrabia?! Chyba jeszcze nie oszalał?!

Ron zaśmiał się niezręcznie, nie wiedział co zrobić. Wypiął się również.

Tę noc Harry i Ron przestali, calutką wypinając się w kierunku smętnego, romantycznego parapetu. Nasłuchali się też tej nocy różnych szelestów za wszystkie czasy. Światło odbijane przez satelitę przemierzało powoli po ich pośladkach i to wzmagało drapieżnictwo pani profesor i utulało jasnowłosego chłopca w bezzębnym okraterowaniu romantycznej asymilacji z samo odbiciem refleksyjnym satelity przez pryzmat klimatu.

Wypinający się chłopcy nie nudzili się, gdyż oprócz słuchania grali w bole galaretą (Ron przewidział to co nieprzewidziane i miast dziesięciu kilogramów galarety, dzisiejszego ranka zapełnił spodnie całymi dwudziestoma!).