Ubóstwiali je oglądać. Zawsze mieli niezłą polewkę z Draco!
Najpierw przygnietli go galaretą do podłoża, później pozbawili mleczaków przy pomocy łyżki, aż wreszcie obejrzeć mogli wyrafinowany romans Dracona z profesor McGonagall. Malfoy dosłownie oddałby wszystko, byle tylko zapobiec rozprzestrzenieniu się tego wspomnienia.
– To jest najlepsze „wspo", jakie mogę oglądać, żeby w myślach wyżyć się na Draco... – westchnął Ron.
– Ano. – Przytaknął mu kumpel.
– A wcale, że nie – z boku ozwał się zimny, trupi głos.
To profesor McGonagall we własnej osobie! Chowała się za doniczką z difenbachią na czas seansu!
– Wydalą was za to z Hogwartu, macie to jak w banku! Potter, Weasley! Natychmiast muszę rzucić na was zaklęcie zapomnienia! Tego... tego wspomnienia nikt...
Ciach!
Harry przebił tchawicę Minerwy tym samym spinaczem, którym uśmiercił Snape'a.
Ron był początkowo wstrząśnięty, lecz uznał, że przyjaciel postąpił słusznie. Lepsze to niż wydalenie ze szkoły... co by mieli robić zamiast udawać, że się uczą...? Budować drogi?!
Wepchnęli jej ciało do drugiej szafki. Stała ona tuż obok Severusa i to w niej dziś chował się za dnia Dudley.
– Kurczę... – Potter podrapał się po czole. – Dawaj, Ron, wstawimy tu skądś kolejną szafkę... Dudley musi się gdzieś zaszyć w ciągu dnia.
– Spoko, stary, daj mi tylko piwko dokończyć.
Tak jak Harry nie urzeczywistnił swojej wizji z paleniem papierosa, tak mogli teraz urzeczywistnić inną wizję.
Uchylili drzwiczki obu szaf.
Księżyc jaśniał na niebie – widzieli go przez jedno z wysokich okien.
Niespiesznie popijali piwko, rozwaleni w najlepsze na swoich szpitalnych wyrkach (Ron nie jako pacjent, gościnnie).
Spoglądała na nich, jak mroczne oczy śmierci, para skrzętnie schowanych zwłok.
Każdy łyk spożywany był w milczeniu i ogólnym rozluźnieniu.
Nikt ich niegdzie nie gonił.
Nie bali się, że ktoś zaraz wejdzie i ujrzy trupy nauczycieli.
Niczego się teraz nie bali.
