ROZDZIAŁ 2

Szlaban nie tylko we troje

Severus

– Jeszcze się z tobą policzę – syknął jej do ucha Black, ale wyswobodził z uścisku.

Delikatnie rozmasowała obolały nadgarstek i niepewnie się odwróciła. Była naprawdę niska i z krzywym uśmiechem spojrzałem na nią z góry.

– Dziękuję – szepnęła, spoglądając mi w oczy. Skinąłem lekko głową i mrucząc pod nosem, ruszyłem na swoje miejsce pracy.

Przeklinałem w myślach najbardziej chłonnych dementorów, gdy po wejściu do sali zobaczyłem Blacka. Nie dość, że cały plan pozostania z nią sam na sam i popisania się kilkoma sztuczkami z warzenia legł w gruzach, to jeszcze ponownie naraziłem ją na nieprzyjemności. Chociaż po głębszym zastanowieniu, nachalność kundla działała na moją korzyść. Z pewnością dziewczyna odczuwała teraz wdzięczność, ale z drugiej strony, nie o takie uczucia mi chodziło. Zerknąłem dyskretnie w jej kierunku i ponownie tego wieczoru napotkałem jej spojrzenie. Uśmiechnęła się nieznacznie i utkwiła wzrok w moich dłoniach. Już miałem na końcu języka kąśliwą uwagę na temat tego, jak trudno zmyć z palców śluz ślimaków rogatych, ale wyprzedziła mnie.

– Jak ty to robisz? – spytała z nieukrywanym podziwem.

– Co? – warknąłem nieco za ostro.

– Siekasz te tentakule z taką szybkością – odparła, nie odrywając wzroku od mojego stołu. – Ja mam zawsze później bąble na palcach – dodała z rozbrajającą szczerością.

Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na nią zaskoczony. Lily nigdy nie pochwaliła mojej pracy, chociaż na prawie każdych zajęciach przygotowywałem ingrediencje i dla niej, i dla siebie. Nigdy też nie była zainteresowana tym co robiłem, tylko czekała na gotowe.

– Posmaruj dłonie nektarem z czarnego bzu, powinno pomóc na większość jadowitych roślin – poleciłem chłodnym tonem.

– Dziękuję – odpowiedziała z uśmiechem. – Szkoda, że nie wiedziałam kilka minut wcześniej. – Ze zbolałą miną spojrzała na swoje dłonie pokryte grubymi bąblami.

– Powinnaś na nie uważać. Zainfekowane mogą być groźne. – Zerknąłem na jej spuchnięte palce. – Pokaż. – Odłożyłem nóż i wyciągnąłem do niej otwartą dłoń. Podała mi swoją obolałą i pozwoliła, bym leciutko łaskocząc różdżką, rzucił na nią zaklęcie leczące.

– Dziękuję po raz kolejny – odpowiedziała z uśmiechem, widząc, jak bolące pęcherze powoli znikają.

– Mnie też uleczysz? – zapytał z kpiną Syriusz.

– Z przyjemnością. – Spojrzałem na niego z ironicznym uśmieszkiem i wyciągnąłem różdżkę w kierunku jego dłoni. Black burknął coś pod nosem i nachmurzony schował ręce pod ławką.

Zaśmiała się cicho. Bez słów wróciła do pracy i już z większą ostrożnością zabrała się do przygotowywania ingrediencji.

Zaczerwieniła się lekko, gdy po raz kolejny przyłapałem ją na wgapianiu się w moje dłonie. Siekałem, kroiłem i miażdżyłem z wyjątkową pasją. Chciałem jej zaimponować, zmusić do myślenia o mnie na każdych kolejnych zajęciach z eliksirów, przy każdej ingrediencji i stworzeniu hodowanym na mikstury. Nie byłem najbardziej zgrabnym facetem, ale postarałem się o wyjątkową grację i lekkość, tak by nie mogła mnie już zapomnieć i dostrzegła przyjemność i łatwość z jaką warzyłem.

Nieco peszyło mnie ciągłe wpatrywanie się w to co robiłem, ale z całych sił starałem się to ignorować. Zerknąłem dyskretnie na jej stolik i z niezadowoleniem stwierdziłem, że z eliksirami była daleko za mną, a nie chciałem skończyć zbyt szybko, by nie narażać jej na pozostanie z Blackiem. Przygotowałem cztery dodatkowe porcje tentakuli i położyłem na jej stanowisku, kiwając zachęcająco głową. Uśmiechnęła się z wdzięcznością i po raz pierwszy zauważyłem jak uroczo marszczy nos, gdy to robi.

– Nie ma za co – mruknąłem, widząc zmieszanie na jej twarzy. Byłem jej to winien. Z premedytacją zostawiłem teleskop tuż przed ciszą nocną i zaklęciem zaalarmowałem nauczycielkę astronomii, by ta nakryła ją nocą na wieży. Wiedziałem, że skrzydło szpitalne potrzebowało dużych ilości wywaru leczącego i w ostatnim czasie większość w miarę rozgarniętych uczniów dostawała szlaban właśnie w pracowni eliksirów. Nie pomyliłem się i w tym przypadku. Nie spodziewałem się jednak, że spotkamy tutaj jeszcze Blacka. O jakiekolwiek rozgarnięcie, nie tylko w dziedzinie eliksirów, go nie podejrzewałem, ale najwyraźniej zapasy madame Pomfrey skurczyły się tak bardzo, że potrzebowali pomocy każdego.

– Przybyliśmy z pomocą. – Z zamyślenia wyrwał mnie trzask drzwi i znienawidzony głos. – O, widzę Syriuszu, że masz niezłe towarzystwo. – Do pracowni weszli Potter z Lupinem.

Zacisnąłem ze złości zęby. Nie dość, że mój plan legł w gruzach, to jeszcze teraz ci idioci upokorzą mnie przed nią. Zerknąłem w jej kierunku i zdziwiłem się, gdy cała zesztywniała na głos Pottera. Przyglądałem się przez chwilę, jak wymienia spojrzenia z Lupinem i zastanawiałem się, czy ona coś do niego czuła, bo że on coś do niej czuł było dość oczywiste.

– Panna wkręcalska na szlabanie. – Gryfon zbliżył się do jej stanowiska pracy i stanął tuż obok niej, kompletnie mnie ignorując. – Dobrze się bawiłaś robiąc ze mnie idiotę przed całą szkołą? – syknął jej do ucha.

– Świetnie – odparła z pewnością w głosie. – Chyba nie tylko ja. – Z trudem powstrzymałem śmiech na wspomnienie Gryfona łapiącego znicz podczas meczu nieswojej drużyny. Chwilę wcześniej słyszałem, jak dziewczyna wyraźnie go podpuszczała, podając w wątpliwość jego umiejętności i szybkość nowej miotły, którą przechwalał się przed niemal każdym w szkole. Nie sądziłem, że Potter był aż takim idiotą, ale dość szybko próbował udowodnić jej, że była w błędzie. To co działo się z chłopakiem, gdy szukający Ślizgonów i Puchonów zorientowali się, gdzie był znicz wywołało współczucie nawet we mnie, no może trochę przesadzałem z tym współczuciem, ale ogólnie musiałem przyznać, że faktycznie nie tylko ona bawiła się wówczas świetnie.

– A może mam jeszcze coś dla ciebie złapać – spytał z irytacją, zbliżając twarz do jej ucha.

– Możesz, Blacka za ogon – odparła, odsuwając się od niego z odrazą. Ponownie spostrzegłem, że zerka na Lupina, ale ten zdawał się być nieporuszony i w najlepsze zajmował się eliksirami, które miał przygotować jego kumpel.

– Za ogon to ja złapię z przyjemnością ciebie. – Potter bez ogródek, z całej siły chwycił ją za tyłek, a w następnej chwili głośno krzyknął z bólu. Krukonka zamachnęła się i ze złością wbiła w jego drugą dłoń długi kolec jeżozwierza, który właśnie ucierała do eliksiru. – Ty głupia szmato – warknął, wyciągając go sobie z dłoni i wymierzył do niej ze swej różdżki. Niewiele się zastanawiając, wyciągnąłem swoją i wcisnąłem ją w szyję zaskoczonego Gryfona. – Nie wtrącaj się, Smarkerusie – syknął, czując chłód mojej różdżki.

– Dlaczego nie? – spojrzałem na Pottera z pogardą i krzywo się uśmiechnąłem. Kątem oka dostrzegłem, jak Black wyciąga swoją różdżkę i dopiero po chwili zorientowałem się, że i dziewczyna mierzy do nich ze swojej.

– Och, no tak, zapomniałbym. – James zdawał się być nieporuszony moim atakiem. – Wciąż masz pretensje o to, że zająłem się twoją dziewczyną? – zaśmiał się. Zatrzęsło mną, ale starałem się zachować zimną krew.

– Skoro lubisz przechodzony towar – odparłem z nonszalancją, ale w środku poczułem bolesne ukłucie. Ręka Pottera zadrżała, a Black wykonał ruch w naszym kierunku. Jedynie Lupin wciąż trzymał się na uboczu, przyglądając scenie, jak zawsze zresztą.

– Uspokójcie się i odłóżcie te różdżki – odezwał się po dłuższej chwili.

Solem

Tego było już za wiele. Nie mogłam znieść zachowania Remusa i żałowałam, że nie mogę wyciągnąć drugiej różdżki, by wymierzyć w niego.

– Bo co? Odejmiesz nam punkty i doniesiesz opiekunom, prefekcie od siedmiu boleści? – Nie wytrzymałam i krzyknęłam na niego. Wkurzyło mnie, że po raz kolejny nie zareagował wtedy, gdy powinien. Nie dość, że bez skrępowania odwalał robotę za Blacka to spokojnie przyglądał się, gdy James mnie obrażał i nawet nie mrugnął, gdy klepnął w tyłek. Po raz kolejny zachował się jak skończony tchórz i wiedziałam już, że nawet najpiękniejszy teleskop nie poprawi mojego zdania na jego temat.

– Tak właśnie zrobię, Sol – odparł cicho.

– Solem, do cholery, Lupin. Mam na imię Solem – warknęłam. Opuściłam różdżkę i bez słowa zabrałam się za wykonywanie swojej pracy. – Wystaw mi później rachunek za części do teleskopu – rzuciłam z pogardą w jego kierunku.

– Do czego? – zdziwił się i wyraźnie odetchnął, gdy reszta poszła w moje ślady.

– Naprawiłeś mój teleskop, dziękuję i …

– Nie znam się na naprawie teleskopów. Ktoś ci go naprawił? – przerwał mi i nie czekając na odpowiedź, podszedł do mojego stolika. – Sol...em, moglibyśmy porozmawiać, gdy skończysz szlaban? – Usłyszałam ciche parsknięcie od strony stolika zajmowanego przez Severusa, który najwyraźniej dobrze się bawił z jego błagalnego tonu. I wcale mnie to nie dziwiło. Zachowanie Lupina było poniżej wszelkiego poziomu.

– Nie – odparłam krótko. – Ani po szlabanie, ani po jutrzejszych zajęciach, ani za tydzień, i nawet za dwa, i nie przychodź do mnie po kolejnej pełni – wyszeptałam z goryczą.

– Sol … – próbował jeszcze, ale nie zaszczyciłam go już nawet spojrzeniem.

Miałam jeszcze kupę roboty, gdy Severus skończył swoją pracę, ale najwyraźniej nie chciał zostawić mnie samej i udawał wyjątkową dokładność przy sprzątaniu stanowiska.

Ciężko mi było skupić się na pracy. Po raz kolejny zawiodłam się na przyjacielu i z trudem to znosiłam. W głębi serca miałam nadzieję, że naprawiając teleskop, chciał dać do zrozumienia, że zależało mu na mnie i próbował się zmienić, ale swoim zachowaniem rozwiał wszelkie wątpliwości. W dodatku nabrałam pewności, że nie oszukiwał zaprzeczając jakoby to on go naprawił. Znałam go na tyle dobrze, by wiedzieć kiedy kłamie. Zdawał się w ogóle nie wiedzieć o czym mówiłam, gdy wspomniałam o teleskopie i nie widziałam sensu w podobnym kłamstwie.

Od początku planowałam zwrócić pieniądze, przynajmniej za części, ale teraz nie miałam pojęcia komu. Przez całe wakacje pracowałam w księgarni na Pokątnej z nadzieją, że uda mi się odłożyć trochę pieniędzy na nową suknię na bal wiosenny. Madame Malkin obiecała mi nawet drobny rabat i chociaż raz chciałam wyglądać na nim nie jak uboga krewna swoich koleżanek. Sumienie jednak nie pozwalało zatrzymać oszczędności. Same soczewki kosztowały fortunę i zastanawiające było skąd Lupinowi udało się uzbierać na nie pieniądze w tak krótkim czasie. Miałam obawy, czy przypadkiem nie pożyczył od swoich durnych kolegów, ale teraz z prawdziwą ulgą odnotowałam fakt, że nie mam u niego, a tym bardziej u nich, żadnego długu. Tylko to, komu byłam winna pieniądze i wdzięczność za teleskop, wciąż pozostawało zagadką.

Z zamyślenia otrząsnął mnie brzdęk szkła na stanowisku obok i dopiero zorientowałam się, że czarnowłosy Ślizgon skończył swoją pracę. Jęknęłam w duchu i przyspieszyłam, ale po chwili z ulgą dostrzegłam, że chłopak szorował swój stolik, mył ręce i polerował szkło, wyraźnie czekając na mnie. Uśmiechnęłam się do siebie i już bez strachu, że znowu zostanę sama z Blackiem i Potterem, zamieszałam po raz ostatni w kociołku. Skinął do mnie, gdy przelałam ostatnią partię do fiolki i ruszył przodem, by otworzyć mi drzwi do gabinetu Slughorna.

Severus

Zaplanowałem sobie wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. To jak załatwić szlaban dla niej i dla siebie w tym samym czasie, naprawiłem ten cholerny teleskop i nawet róże wyczarowałem, chociaż to wcale nie było łatwe, miałem dokładny plan warzenia eliksirów, by się trochę popisać, ale kompletnie nie wiedziałem co po szlabanie. Staliśmy przez chwilę przed gabinetem opiekuna mojego domu, z głupia przyglądałem się swoim dokładnie wypolerowanym butom, ona sprawdzała czystość dłoni.

– Przepraszam, że przypatrywałam się twojej pracy – odezwała się po chwili – ale nie sposób było nie patrzeć. Warzysz z pasją i widać, że sprawia ci to przyjemność. Nie chciałam cię dekoncentrować – wyznała. Zaskoczyła mnie swą otwartością i w pierwszym momencie chciałem powiedzieć, że także lubiłem na nią patrzeć, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język i jedynie uśmiechnąłem się do niej niezgrabnie.

– Niełatwo mnie zdekoncentrować – odparłem obojętnie.

– Dziękuję, że zaczekałeś. Raczej nie daliby mi spokoju gdybym została z nimi sama – westchnęła.

– Nie ma problemu – odburknąłem. – Przepraszam, nie miałem wcześniej okazji się przedstawić, Severus. – W porę przypomniało mi się, że miałem przecież poderwać tę dziewczynę, a nie zniechęcić do siebie.

– Solem. – Wyciągnęła swą małą dłoń i zadziwiająco mocno ścisnęła moją.

– Nie Sol? – zaśmiałem się.

– Może być Sol – odparła z uśmiechem.

– Wydawało mi się, że tego nie lubisz – zdziwiłem się.

– Lubię, pod warunkiem, że mówią tak do mnie przyjaciele – wyjaśniła.

– A Lupin nim nie jest? – Spojrzałem na nią, nie kryjąc zaskoczenia.

– Już nie – odparła szeptem, a jej oczy posmutniały.

– Był twoim chłopakiem? – spytałem bez ogródek, chociaż bardzo dobrze wiedziałem, że nic takiego ich nie łączyło.

– Nie – odpowiedziała. – Był przyjacielem. To wszystko. Okazuje się być jednak takim samym dupkiem, jak cała ta jego banda – mruknęła pod nosem i cichutko westchnęła. – Do zobaczenia – powiedziała po chwili. – I raz jeszcze dziękuję za pomoc. Będę pamiętać o naparze z czarnego bzu przed kolejnym szlabanem. – Uśmiechnęła się smutno i wolnym krokiem odeszła w swoją stronę.

– Do zobaczenia – szepnąłem już do siebie. Patrzyłem przez dłuższą chwilę, jak odchodziła. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Lupin tak ją traktował. Gdyby chciał mógłby ją mieć tylko dla siebie, a gdyby się dobrze postarał, miałby i ją, i swoich kumpli. Zastanawiałem się chwilę nad postępowaniem Gryfona, ale w końcu doszedłem do wniosku, że mogłem na tym tylko zyskać. Dziewczyna zdawała się być całkiem do rzeczy. Ładna, bystra i nie sprawiała wrażenia kogoś kogo odstrasza moje zamiłowanie do obślizgłych ingrediencji, jak nazywała je Lily. Nie wzdrygnęła się przed moim uściskiem, pomimo poplamionych palców, a wręcz przeciwnie. Zaskoczyło mnie, jak mocno i pewnie ścisnęła moją dłoń. Evans zawsze kazała mi trzymać ręce z daleka, gdy chwilę przedtem warzyłem jakiś eliksir. Problemem było to, że prawie ciągle coś warzyłem, a nawet gdybym miał miesiąc przerwy, pewnie i tak znalazłaby pretekst, by trzymać się ode mnie z daleka.

Śledzenie Krukonki zajmowało mi ostatnio tyle czasu, że dopiero teraz zorientowałem się, że nie myślałem o Evans od kilku tygodni, a uwaga Pottera na jej temat w ogóle mnie nie obeszła. Czarna czupryna kręconych włosów mignęła mi po raz ostatni i z cichym westchnieniem udałem się do swojego dormitorium. Miałem jeszcze do wykonania kilka eliksirów dla Lucjusza, które warzyłem w tajemnicy. Dzięki zleceniom od byłego Ślizgona, przez kilka ostatnich lat, zdołałem zgromadzić całkiem spore oszczędności. Nie lubiłem prosić o pieniądze rodziców. Nie brakowało im niczego i zapewne ojciec, gdybym poprosił dałby mi kilka galeonów więcej każdego miesiąca, ale wolałem sam o siebie zadbać. Ojciec, właściciel małego czarodziejskiego wydawnictwa i księgarni w Dolinie Godryka i matka, uzdrowicielka w św. Mungu, zwykle nie oszczędzali na mnie. Właściwie miałem wszystko o co poprosiłem. Wiedziałem, że mieli wyrzuty sumienia i starali się wynagrodzić mi ciągłą nieobecność w domu, ale nie próbowałem tego wykorzystywać. Rozumiałem ich pasje i konieczność pracy, a że też nigdy mnie nie zaniedbywali, nie mogłem mieć do nich pretensji.

Wydatki na części do teleskopu nie były małe, ale nie chciałem, żeby oddawała mi pieniądze. Przestraszyłem się, gdy zaproponowała Lupinowi zwrot całej kwoty i złapałem się na tym, że tak naprawdę nie zależało mi, by dowiedziała się kto naprawił jej przyrząd. Sprawdziłem ją dość dokładnie i byłem świadom tego, że jej rodzice nie należą do najbardziej majętnych ludzi, zresztą, zanim się jeszcze o tym dowiedziałem, nie chciałem od niej niczego w zmian, no prawie niczego.

Przez cały kolejny dzień próbowałem na nią przypadkiem wpaść, ale jakby zapadła się pod ziemię. Nie pojawiła się na śniadaniu ani obiedzie, a nasze zajęcia odbywały się w zupełnie innych częściach zamku i nie było szans, żeby złapać ją na przerwie. Nie znałem z jej domu nikogo zbyt dobrze, ale i tak przecież nie mogłem o nią nikogo otwarcie spytać. Podczas kolacji bez specjalnej dyskrecji przeszukiwałem wzrokiem stół Krukonów, ale i podczas tego posiłku jej nie dostrzegłem. Zacząłem się niepokoić, czy przypadkiem Gryfoni nie zrobili jej krzywdy, gdy wracała wczoraj do swojego dormitorium, ale nie słyszałem o żadnych wypadkach czy plotek na temat ich uroczych żarcików. Dostarczałem dzisiaj eliksiry do skrzydła szpitalnego i wiedziałem, że nie było jej też tam. Zauważyłem, że i Lupin przeszukiwał wzrokiem stół, który zajmowali uczniowie Ravenclaw, więc to na pewno nie za ich sprawą nie było jej dziś w Wielkiej Sali.

Solem

Prawie cały wolny czas dzisiejszego dnia poświęciłam na badania. Wpływ księżyca, układu planet i gwiazd na siłę zaklęć zaczynał pochłaniać mnie bez reszty. Miałam już dokładnie opracowany plan i jedyne czego teraz potrzebowałam to trochę czasu nocami. Nie byłam jeszcze gotowa, by pójść do profesora Flitwicka, ale byłam pewna, że gdy tylko dopracuję szczegóły i odpowiednio poprę je przykładami, ten przekona dyrektora i profesor Sinistrę, by zgodzili się na moją nocną pracę na wieży astronomicznej chociaż w weekendy. Gdyby udało mi się udowodnić wpływy położenia nieba na poszczególne czary, mogłabym z powodzeniem starać się o dodatkowe stypendium i być może nie musiałabym wybierać między kursami z zaklęć a astronomii po ukończeniu szkoły. Bardzo pragnęłam też ukończyć kurs magicznych sztuk plastycznych. Wiedzę z zakresu ożywiania obrazów można było zdobyć jedynie u prawdziwych mistrzów tej sztuki, a uczęszczający na zajęcia studenci zmuszani byli magicznie do zachowania tajemnic. Kurs nie trwał długo, ale były to jedne z najdroższych magicznych studiów. Chwilowo było to poza moim zasięgiem, ale może jeśli udałoby mi się ukończyć z powodzeniem dwa fakultety na Uniwersytecie Magicznym, mogłabym znaleźć dobrą pracę i kiedyś zrealizować marzenia. Oczywiście, jeśli moje szkice zostałyby zaakceptowane przez któregokolwiek z mistrzów malarstwa.

Nie byłam zaskoczona, widząc Lupina wpatrującego się w stół mojego domu podczas kolacji, ale nie tylko Gryfon spoglądał w jego kierunku. Uśmiechnęłam się, dostrzegając Severusa zajętego sprawdzaniem listy obecności Krukonów, zamiast kolacją i pomachałam leciutko, kiedy w końcu zerknął na mnie. Wyraźnie się zmieszał, ale odwzajemnił gest i jeszcze dłuższą chwilę mierzył mnie wzrokiem. Zarumieniłam się, starając z całych sił wytrzymać spojrzenie i dopiero teraz dostrzegłam, jak piękne były jego oczy. Czarne i przenikliwe, niespotykane i bardzo mądre.

– Podoba ci się? – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Amelii.

– Kto? – Zdziwiona spojrzałam na przyjaciółkę.

– Ten Ślizgon, na którego gapisz się od kilku minut – zaśmiała się.

– Na nikogo się nie gapię – odparłam z oburzeniem.

– Oczywiście, że się nie gapisz. Ty tylko patrzysz maślanym wzrokiem – Amelia ironizowała, czym zasłużyła sobie na moje karcące spojrzenie. – No to jak, podoba ci się czy chcesz go jedynie pożreć wzrokiem na kolację? – spytała łagodnym tonem.

– Jest po prostu miły.

– Miły. Sol, to Ślizgon, oni nie są mili – zganiła mnie przyjaciółka.

– Gryfoni za to są, bardzo – oburzyłam się.

– Znowu coś ci zrobili? – spytała z troską.

– Wczoraj na szlabanie spotkałam Blacka, a później Potter i Lupin przyszli mu pomóc – wyjaśniłam.

– Hej, jeśli znowu przesadzili powinnaś to w końcu zgłosić do Flitwicka, jak sama mu nie powiesz to ja to zrobię – zdenerwowała się.

– Nie, nic się nie stało, ale gdyby nie Severus mogło być różnie – uspokoiłam koleżankę.

– Severus, ha? Uratował cię z rąk przebrzydłych Gryfonów, szlachetne i cóż, na pewno nie oczekuje niczego w zamian. – Amelia spojrzała na mnie z wysoko uniesionymi brwiami. – Powtarzam, to Ślizgon.

– I czego twoim zdaniem miałby ode mnie oczekiwać? Notatek z Historii Magii? – zakpiłam.

– Notatek? Nie sądzę. Miałam na myśli coś bardziej przyziemnego albo raczej przycielesnego. – Ze złością puknęłam koleżankę w ramię.

– Zrobił to, bo jest miły, nie wydaje mi się, żeby liczył na coś więcej – upierałam się, ale moje serce zabiło odrobinę mocniej. – Zresztą nie jest mną zainteresowany.

– Po pierwsze, powtarzam ci, to Ślizgon. – Amelia posłała mi rozbawione spojrzenie. – Po drugie, gapi się na nasz stół od rana i wyglądał na bardzo zaniepokojonego twoją nieobecnością, co jasno wskazuje na fakt, że jest tobą zainteresowany i to mocno.

– Yhy, a ty od razu wiedziałaś, że moją nieobecnością jest zaniepokojony – zaśmiałam się. – I skąd wiesz, że się gapił? Czyżbyś sama go obserwowała? A może podoba ci się ten przystojniak, który zwykle siedzi obok niego?

– Przystojniak? Jaki przystojniak? – Koleżanka udała zdziwienie.

– To Ślizgon, Amelio, Ślizgon. – Roześmiałyśmy się obydwie.

– Lupin przyznał się do naprawy teleskopu? – spytała po chwili.

– To nie on.

– Jesteś pewna? Kto w takim razie? Przepytałam chyba wszystkich Krukonów, nawet tych z pierwszego roku i nie wydaje mi się, żeby to był ktoś … a może to czarnowłosy Ślizgon? – zamyśliła się z przebiegłym uśmieszkiem.

– I dlaczego miałby to zrobić?

– Merlinie, czy to nie oczywiste? – westchnęła przyjaciółka. – Podobasz mu się. Sol, przez sześć lat prawie wcale nie spotykałam tego chłopaka w szkole, a od kilku tygodni wciąż na niego wpadam i jestem pewna, że nie z mojego powodu wciąż przechadza się w pobliżu naszej wieży.

– Jasne i specjalnie podpadł Slughornowi, żeby odbyć razem ze mną szlaban – zaśmiałam się. Amelia pokręciła jedynie głową, ale nic już nie powiedziała.

.: :.

Podczas kilku kolejnych dni próbowałam dyskretnie przyglądać się Severusowi, ale nie wyglądał na specjalnie zainteresowanego moją osobą. Zerkał w moim kierunku podczas posiłków i czasem nawet się uśmiechał, ale ani razu nie próbował do mnie zagadnąć. Nie był jakoś zabójczo przystojny, ale musiałam przyznać, że potrafił hipnotyzować wzrokiem. Miał czarne, błyszczące oczy i gdy nasze spojrzenia się krzyżowały, dłuższą chwilę zajmował mi powrót do rzeczywistości. Odnosiłam wrażenie, że spoglądał wprost do mojego wnętrza, jakby chciał zawładnąć moim umysłem i duszą. Oddawałam się temu spojrzeniu i na te krótkie chwile pozwalałam się obezwładnić.

Sporo czasu spędzałam ostatnio na wieży astronomicznej, ale coraz rzadziej spoglądałam na niebo. Nie chciałam za każdym razem prosić profesor Sinistry o zgodę i wciąż zarekwirowany teleskop, ale też coś innego, a właściwie ktoś, zaprzątał moje myśli. Wciąż aktualizowałam mapy nieba, ale już nie malowałam zachodów słońca i przepięknych krajobrazów widocznych ze szczytu zamkowej wieży. Sporą część mojego szkicownika zajmował Severus, jego dłonie podczas siekania i miażdżenia, wyprostowana sylwetka kiedy mieszał eliksir i oczy, które przenikały przeze mnie nawet z rysunków.

Podobał mi się. Był miły, inteligentny, a swoją wysoką, wyprostowaną posturą wzbudzał respekt. Najbardziej pociągała mnie jego pasja. Dość długo obserwowałam go podczas szlabanu i sposób w jaki przygotowywał składniki, błysk w oku, gdy eliksir przybierał odpowiednią barwę i konsystencję, wprawiały mnie w podziw. Nie wydawało mi się, bym miała u niego jakiekolwiek szanse. Często podczas posiłków w Wielkiej Sali wodził wzrokiem za Evans i obawiałam się, że dla niego to wciąż niezakończona sprawa.

Na domiar złego był ostatnio świadkiem kolejnej sceny z udziałem moim i Remusa. Nie miałam pojęcia czego Lupin wciąż ode mnie chciał, ale ciągłe próby przeprosin działały mi na nerwy. Z większymi lub mniejszymi oporami wybaczałam mu od miesięcy, ale teraz nie miałam już ochoty ciągnąć tej znajomości. Gryfon okazał się być takim samym albo nawet gorszym dupkiem niż cała reszta Huncwotów i chciałam, by trzymał się ode mnie z daleka. Przekonywanie go po raz kolejny, że nasza przyjaźń zakończyła się na dobre i nie będę towarzyszyła mu podczas balu, stało się już nudne i w dość dosadny sposób powiedziałam mu o tym przy sporej liczbie uczniów. Przez chwilę czułam wyrzuty sumienia, ale po tym co zrobił, a właściwie po tym czego nie zrobił nie miałam już siły na delikatność.

Zamarłam, gdy na moim talerzu, do którego właśnie zamierzałam nalać sobie zupę, pojawiła się papierowa gwiazda. Podejrzewałam, że to kolejny sposób na przeprosiny i zaproszenie na bal od Lupina, ale szybkie zerknięcie na sufit dało jasność, że byłam w błędzie. Była pełnia i Remus nie mógł być obecny tej nocy w Hogwarcie. Amelia spojrzała na mnie z wysoko uniesionymi brwiami, gdy gwiazdka zaczęła nagle mrugać, a z jej ramion wylatywały maleńkie, czerwone iskierki, tworząc miniaturową iluminację układu słonecznego. Planety tworzyły się jedna po drugiej, ostatecznie budując okrąg i obracając się wokół gwiazdy, która jak się domyślałam symbolizowała Słońce.

– Piękne – mruknęła Amelia i po chwili rozglądała się po Wielkiej Sali w poszukiwaniu sprawcy tego zjawiska.

– Piękne – powtórzyłam za koleżanką. Po chwili planety zaczęły blednąć, a papierowa gwiazdka opadła na mój talerz, na szczęście wciąż pusty. Pergamin, z którego była stworzona rozwinął się, a w środku rozbłysł napis: Cały świat kręci się wokół Ciebie, najjaśniejszej, ślicznej Solem.

– Wiesz od kogo to? – Amelia spoglądała na liścik przez moje ramię.

– Nie wiem, ale to ta sama osoba, która naprawiła mój teleskop. – Spojrzałam na przyjaciółkę, przygryzając wargę. – Albo ma taki sam charakter pisma, ale to chyba byłby zbyt duży zbieg okoliczności.

– Ślizgon – oznajmiła z triumfem.

– Myślisz, że to specjalny rodzaj pisma, który charakteryzuje ten właśnie dom? Czy każdy Ślizgon właśnie w taki sposób stawia kropkę nad i? – spytałam tajemniczym szeptem i uśmiechnęłam się kpiąco.

– Nie wiem, czy każdy – odparła również szeptem Amelia – ale zdaje mi się, że jeden na pewno. Gdybym mogła zdobyć jakoś jego notatki – dodała z zamyśleniem.

– Mogę wiedzieć o kim teraz mówisz? – Spojrzałam na przyjaciółkę jak na wariatkę.

– O Ślizgonie, a o kim? – Wywróciła oczami. – Solem, ja ci mówię, że to on. Jest w tobie zakochany po uszy.

– Kto? – Zaśmiałam się i napełniłam wreszcie talerz swój i koleżanki.

– Ślizgon, wariatko – westchnęła głośno. – Jest w tobie zakochany na amen. Daj spokój, gdyby nie był, to z pewnością nie starłby się tak bardzo. Naprawiony teleskop, wkopanie się w szlaban razem z tobą, bronienie cię przed tymi cymbałami, czatowanie pod naszą wieżą, przechadzanie się po korytarzach, gdzie ty akurat kończysz zajęcia i teraz to. No daj spokój, gdyby nie był zakochany, nie chciałoby mu się. Gdyby chodziło mu tylko o jedno, to wciąż nie wydaje mi się, by był skłonny tak bardzo się starać. Sol, niełatwo wyczarować coś takiego i jestem pewna, że niewielu w tej szkole to potrafi. Możemy wykluczyć wszystkich z naszego domu, sprawdziłam ich dość dokładnie i nikt nie naprawił twojego teleskopu – wyjaśniała. – Możemy też być pewne, że nie zrobił tego Flitwick. Znam go już na tyle, by nie podejrzewać go o taki romantyzm – zaśmiałyśmy się obydwie. – Lupina sama odrzuciłaś, chociaż on też nie wydaje się zdolny zrobić taką sztuczkę. Pozostaje tylko Ślizgon. – Otwierałam już usta, ale koleżanka mnie uprzedziła. – Błagam, tylko mi nie mów, że to któryś z Puchonów albo Gryfonów.

– Dobrze, załóżmy, że to Ślizgon. – Posłałam jej sceptyczne spojrzenie. – To nadal dość spory krąg podejrzanych.

– Czy ty mnie słuchasz? – Amelia pokręciła z niedowierzaniem głową. – Ilu z nich odbywało z tobą ostatnio szlaban?

– Dwóch – wykrzyknęłam z triumfem.

– Jakich dwóch? – Przyjaciółka spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– No dwóch, jeden na szlabanie u Slughorna, Severus, a drugiego spotkałam, jak McGonagall wlepiła mi szlaban u Hagrida – wyjaśniłam.

– Trzymajcie mnie, błagam, trzymajcie. – Amelia z rezygnacją opuściła ramiona. – Mówisz, o tym piegowatym gówniarzu z pierwszego roku? – Wskazała palcem na koniec stołu Slytherinu. – Sol, ja tu mówię o poważnych ludziach, mężczyznach, nie dzieciach. Ogarnij się, dziewczyno, bo nie wytrzymam z tobą. Spójrz na mnie. – Krukonka chwyciła mnie za ramiona i zmusiła, bym się obróciła w jej stronę. – Jest. W tobie. Zakochany. Po uszy. Dotarło?

– Oczywiście Amelio, pierwszoroczny, piegowaty Ślizgon jest we mnie zakochany, dotarło – zaśmiałam się. – A tak na poważnie, jemu podoba się inna. To wykluczone, że to on.

– Skąd wiesz? – Przyjaciółka spojrzała na mnie nieco zaniepokojona.

– Bo widzę, jak wodzi za nią wzrokiem. – Spuściłam głowę i przygryzłam wargę.

– Podoba ci się – szepnęła z zamyśleniem Amelia, ale puściłam jej uwagę mimo uszu. – Za kim niby wodzi, bo jeśli masz na myśli tę głupią, ryżą małpę z Gryffindoru to jesteś w błędzie.

– Jasne – burknęłam. Nie bardzo miałam ochotę kontynuować tę rozmowę. Uśmiechnęłam, się widząc, jak pergamin zwija się z powrotem w gwiazdkę i chwytając ją delikatnie w palce, obróciłam za jedno ramię.

Cały kolejny dzień nie mogłam się skupić. Wciąż na mojej drodze pojawiały się gwiazdki, podobne do tej, którą dostałam podczas kolacji. Każda zawierała krótką wiadomość i każda kolejna wprawiała mnie w coraz większą konsternację. Nie miałam pojęcia, czy ktoś sobie robił ze mnie żarty, czy naprawdę w szkole był ktoś komu się podobałam. Amelia z uporem maniaka zapewniała, że to od Severusa, ale nietypowe liściki pojawiały się także na zajęciach, a tych nie mieliśmy razem.

Podczas kolejnej kolacji miałam względny spokój. Zarówno mój domniemany wielbiciel dał sobie spokój z wiadomościami, jak i Amelia odpuściła z przekonywaniem, że to Severus był odpowiedzialny za to całe zamieszanie wokół mojej osoby. Po kolacji chciałam trochę popracować na wieży astronomicznej. Już wcześniej umówiłam się z profesor Sinistrą i udało mi się nawet wynegocjować przepustkę od opiekuna domu, bym mogła prowadzić badania nieco dłużej tej nocy. Uśmiech nie schodził z moich ust, gdy chwyciłam swój teleskop i z zapałem pobiegłam na taras, z którego mogłam prowadzić obserwacje.

Severus

Lubiłem na nią patrzeć podczas obserwacji nieba. Była wówczas niezwykle skupiona i zachwycona jednocześnie. Ciężko było oderwać wzrok, gdy pochylała się nad teleskopem, wypinając zgrabny tyłeczek. Po szkole zazwyczaj chodziła w mundurku i pelerynie, tutaj pozwalała sobie na odrobinę swobody i nieco mniej oficjalny stój. Czasem miałem ochotę wyjść z ukrycia i bez słów przyciągnąć ją do siebie. Coraz częściej zdarzało mi się fantazjować na jej temat i za każdym kolejnym razem te fantazje były coraz śmielsze. Nie miałem jednak pojęcia co ona o mnie myślała. Wiedziałem, że swoją sztuczką z gwiazdką zrobiłem na niej wrażenie, ale nie spodziewałem się, że wpadnie w taki sam zachwyt, gdy dowie się, kto był za to odpowiedzialny.

Nieubłaganie zbliżał się czas, gdy powinienem się ujawnić, ale bałem się tego co będzie dalej. Jeśli mnie odrzuci, a tak z dużym prawdopodobieństwem się właśnie stanie, stracę u niej szanse na zawsze. Nie tylko nie będę mógł jej wykorzystać przeciwko Lily, ale też nie będę mógł więcej na nią patrzeć. Nawet moje fantazje stracą sens. Zakląłem w myślach, widząc zbliżającego się Lupina. Zauważyłem, że dość nerwowo chowała przed nim szkice, które wykonywała w przerwach między obserwacjami i zastanowiło mnie co w nich takiego było, że nie chciała by Gryfon na nie zerkał.

Niewiele mogłem usłyszeć z ich rozmowy, ale wyglądało to tak, jakby się kłócili. Miałem ochotę roześmiać się na cały głos, gdy Remus wyciągnął bukiet kwiatów i zdawało mi się, że słyszałem coś na temat zaproszenia na bal. Z satysfakcją odnotowałem fakt, że dziewczyna nie tylko nie przyjęła kwiatów, ale nie chciała nawet rozmawiać z chłopakiem. Zaryzykowałem i zbliżyłem się nieco do nich.

– Solem, zrozum, to są moi przyjaciele – tłumaczył się. – Co byś zrobiła na moim miejscu?

– A ja? Kim ja dla ciebie jestem? – Dziewczyna spojrzała z zawziętością.

– Przyjaźnimy się od dziecka. Zawsze byłaś obecna w moim życiu, gdyby nie ty, Sol, nie wiem jak przetrwałbym te wszystkie pełnie tutaj. – Wiedziałem o tajemnicy jaką skrywał Lupin. O tym, że został zarażony likantropią, dowiedziałem się przypadkiem, śledząc chłopaka podczas jednej z pełni. Przyłapany wówczas przez dyrektora złożyłem obietnicę, że nie wydam Gryfona przed innymi uczniami. Najwyraźniej nie byłem jedynym, który miał świadomość w kogo przeobrażał się Gryfon w czasie pełni, ale z tego co zdążyłem się zorientować, tych dwoje znało się, jeszcze zanim rozpoczęli naukę w Hogwarcie, więc w sumie nie powinno mnie dziwić, że Solem także wiedziała o nim nieco więcej.

– Teraz masz ich do trzymania cię za rękę w trudnych chwilach – odburknęła.

– Ja ich potrzebuję, Sol – próbował ją przekonać.

– W takim razie zaproś jednego z nich na bal – mruknęła i chciała wrócić do pracy, ale Lupin chwycił ją z całej siły za rękę. Z niepokojem zerknąłem na księżyc. Pełnia była ledwie wczoraj i Remus wciąż wykazywał się większą niż przeciętna siłą. Zacisnąłem dłoń na różdżce i stałem w pogotowiu, gdyby okazało się, że wilkołacze instynkty wzięły górę. Widziałem strach w jej oczach, gdy po pierwszej próbie wyrwania się, Lupin ani drgnął, wciąż mocno ściskając jej ramię. Miałem już machnąć ręką na swój kamuflaż i chciałem pomóc dziewczynie, ale zza rogu wyłoniła się Evans z Potterem. Para początkowo nie zwróciła uwagi na towarzystwo i w najlepsze obściskiwali się oparci o jedną ze ścian, ale gdy tylko zorientowali się, że nie byli sami, Potter z szyderczym uśmieszkiem zbliżył się do nich.

– O, Luniaczek na nocnej randce – zaśmiał się. – Doprawdy, przyjacielu nie sądziłem, że czerpiesz jeszcze przyjemność z przebywania w towarzystwie tej krukońskiej dziwki. Czyżby jednak zdecydowała się dać ci więcej? – kpił w najlepsze. Zacisnąłem pięści. Miałem ochotę najnormalniej w świecie przywalić Gryfonowi i z trudem, ale powstrzymałem się, czekając na lepszy moment. Rozanielona Evans, uwieszona na jego ramieniu, zaśmiewała się w najlepsze. Zakuło mnie, gdy dostrzegłem łzy w oczach Solem. Domyślałem się, że to nie słowa tego kretyna ją zasmuciły, ale kolejna durna reakcja przyjaciela.

– Nie, Solem jest wciąż nieugięta – odparł i puścił ramię Krukonki, która posłała mu zawistne spojrzenie i bez słów zaczęła pakować swoje rzeczy.

Nie czekając na ciąg dalszy, wycofałem się powoli. Zatrzęsło mną, gdy już na schodach usłyszałem gromki śmiech Gryfonów, a kiedy po chwili minęła mnie zapłakana Solem biegnąca korytarzem do swojego dormitorium, miałem ochotę wrócić tam i każdego łączenie z Evans przekląć najgorszą z klątw. Bez większego zastanowienia wyciągnąłem różdżkę i przy pomocy wykorzystywanego już wcześniej zaklęcia, zaalarmowałem profesor astronomii o obecności intruzów na wieży. Szybkim krokiem ruszyłem za dziewczyną i o mały włos wpadłbym prosto na nią, gdy nagle zwolniła kroku. W ostatniej chwili cofnąłem się w ciemny korytarz i spoglądałem w jej kierunku.

Zastanowiłem się przez chwilę, czy nie lepiej wrócić już do swojego dormitorium. Nie tylko było bardzo późno, ale stawałem się też coraz bardziej nieuważny. Nie chciałem, by teraz mnie zauważyła. Wypadłbym w jej oczach blado, gdyby nakryła mnie na przypatrywaniu się jej w nocy, a bardzo chciałem uniknąć kompromitacji. Jednak zaintrygowało mnie, że ona w ostatniej chwili zmieniła zdanie i zamiast w stronę swojej wieży, ruszyła w przeciwnym kierunku. Westchnąłem w duchu na swą ciekawość i ostrożnie poszedłem za nią.

Zaskoczony patrzyłem, gdy zatrzymała się w jednym z niewielkich korytarzy w pobliżu wejścia do pokoju wspólnego Gryfonów i z zainteresowaniem przyglądałem się, jak ukryta w cieniu rzucała jakieś zaklęcia w okolice portretu Grubej Damy. O mały włos nie parsknąłem śmiechem, gdy podłoga przez chwilę zaświeciła, a tuż nad wejściem pojawiło się sporej wielkości wiadro z wodą i cała masa malutkich dzwonków. Domyślałem się, że kolejni Gryfoni, którzy będą chcieli wejść do dormitorium w czasie ciszy nocnej, zostaną potraktowani nie tyko kubłem zimnej wody, ale także sądząc po ilości dzwonków i ich rozstawieniu, zaalarmują połowę zamku. Z dużym prawdopodobieństwem dość szybko wyda się kto stoi za tym żartem, ale najwyraźniej utrata punktów i szlaban nie bardzo robiły na niej wrażenie. W myślach pogratulowałem jej nie tylko odwagi i pomysłu, ale także solidnego wykonania. Niewielu znałem uczniów, którzy w tak zmyślny sposób potrafiliby powiązać zaklęcia i jeszcze ustawić wyzwalacz czasowy. Zastanawiałem się, czy przypadkiem czary nie będą działać dodatkowo na konkretne osoby, ale tego nie byłem w stanie teraz sprawdzić.

Wbrew temu czego się spodziewałem, na jej ustach nie dostrzegłem uśmiechu. Wręcz przeciwnie. Jej twarz pozostawała smutna. Na szczęście zniknęły łzy spod jej powiek, ale i tak nie chciałem oglądać jej takiej. Lubiłem, gdy się śmiała i zastanawiałem się przez chwilę co mogłoby to sprawić. Dużo ryzykowałem, ale nie mogłem się powstrzymać. Wyciągnąłem różdżkę i czysty pergamin. Wyczarowałem kolejną gwiazdkę i posłałem w jej kierunku. Chwyciła ją delikatnie w dłonie i lekko przygryzając wargę, rozejrzała uważnie dookoła. Na szczęście nie dostrzegła mnie po drugiej stronie korytarza, ale po chwili z satysfakcją obserwowałem, jak na jej twarzy pojawia się najpiękniejszy uśmiech, jaki widziałem w życiu.

Wciąż nie dopuszczałem do siebie myśli, że to coś więcej niż tylko pociąg fizyczny i chęć zemsty na Evans, ale gdyby nie wspólne zajęcia z Gryfonami i spotkania w Wielkiej Sali, dawno zapomniałbym o Lily. Jej miejsce w moim umyśle zajęła Solem i coraz trudniej było się oszukiwać, że nie tylko umysłem zawładnęła. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy zaczerwieniona chowała gwiazdkę do swojej torby i nie chcąc narażać się dłużej na zdemaskowanie, udałem się wreszcie do swojej sypialni.

Solem

Byłam pewna, że dyrektor dość szybko odkryje, kto stoi za tym infantylnym żartem, ale nie mogłam się powstrzymać. Ostatecznie zarobię szlaban i odejmą mi kilka punków, ale i Gryfonów spotka kara za nocne wędrówki. Ich zachowanie na wieży mocno mnie zirytowało. Nie dość, że przerwali moją pracę, to obrażali w najlepsze. O dziwo Remus, tym razem nie stał jedynie z boku, ale dołączył się do głupich uwag Pottera pod moim adresem, a ta kretynka Evans rżała jak koń. Lupin nie zaskoczył mnie zaproszeniem na bal. Spodziewałam się kolejnej próby, ale już dawno postanowiłam, że jeśli z nim pójdę na jakikolwiek bal to tylko i wyłącznie wówczas, gdy potraktuje mnie Imperiusem.

Już nie dziwiło mnie, że nie potrafił zrozumieć powodów, dla których nie mogłam i nie chciałam mu wybaczyć, ale kiedy chwycił mnie z całej siły za ramię, przestraszyłam się. W noce tuż po pełni, w jego żyłach wciąż pulsowała krew wilkołaka. Bałam się, że instynkty wezmą górę i nawet nie chciałam myśleć co zostałoby ze mnie, gdyby w porę nad sobą nie zapanował. Wciąż czułam ból w ramieniu i domyślałam się, że Lupin pozostawił tam po sobie sporej wielkości siniak. Byłam świadoma, że powinnam to zgłosić. Nie dlatego, żeby go ukarać, ale z obawy, że kiedyś może komuś zrobić prawdziwą krzywdę. To nie był pierwszy raz, gdy był w stosunku do mnie agresywny, ale wcześniej zawsze w porę nad sobą panował. Znałam go od dziecka i wiedziałam jak ciężkie miał życie. Lubiłam go i ceniłam sobie jego przyjaźń, ale do czasu. Miałam do niego żal, że nie dość, że nigdy nie stanął w mojej obronie, przyglądając się, jak jego koledzy mi dokuczają, to teraz najwyraźniej postanowił ich wesprzeć.

Nie do końca wiedziałam co nim kierowało i chyba już nie chciałam się nad tym zastanawiać. Lupin od miesięcy tkwił zawieszony pomiędzy przyjaźnią ze mną a Gryfonami i chyba w końcu ułatwiłam mu wybór, na dobre odcinając od niego. Nawet wówczas, gdy Potter i spółka mi dokuczali, nie przeszkadzała mi jego przyjaźń z nimi, ale gdy po raz kolejny nie reagował, gdy powinien, zaczynało doskwierać. Nie kazałam mu nigdy wybierać, ale najwyraźniej on musiał tego wyboru dokonać.

Dowcip jaki przygotowałam pod wejściem do dormitorium Gryffindoru, nie poprawił mi tak bardzo nastroju, jak się tego spodziewałam. Może, gdybym mogła zobaczyć kubły z wodą na głowach Lily i Jamesa, byłoby to bardziej zabawne, ale nie mogłam tutaj stać i czekać. Być może odkryją kto za tym stał, ale nie zamierzałam wystawiać się im na tacy. Westchnęłam cichutko i chciałam już udać się do pokoju, gdy tuż przede mną pojawiła się kolejna migocąca gwiazdka.

Czy noc nie zasługuje na uśmiech Słońca? – przeczytałam i pospiesznie rozejrzałam się dookoła. W korytarzu naprzeciwko dostrzegłam cień i domyśliłam się, że to tam skrywa się roznosiciel gwiazd, jak go w myślach nazwałam. Udałam jednak, że niczego nie widzę i nawet choćbym chciała, nie mogłam powstrzymać kącików ust przed wędrowaniem w górę. Mogłam rzucić w jego kierunku zaklęcie demaskujące, ale gdzieś w głębi serca poczułam, że to już kwestia niedługiego czasu, gdy sam się ujawni i nie chciałam go teraz wprawiać w zażenowanie i niczego przyspieszać. Jeśli chciał mnie adorować z ukrycia, musiałam mu na to pozwolić. Obawiałam się też, że jego przedwczesne zdemaskowanie zniechęci go, a tego bardzo nie chciałam. Zastanawiałam się przez chwilę, czy to możliwe, że Amelia miała rację i to Severus krył się w cieniu, ale chyba bardziej chciałam, niż wierzyłam, że to mógł być on.

.: :.

– To co wczoraj wieczorem zrobiłaś, nie było miłe. – Lupin podszedł do mnie, gdy tylko przekroczyłam próg Wielkiej Sali podczas kolacji. – Próbowałem przekonać Jamesa, by nie zgłaszał tego McGonagall, ale gdy tylko pojawiła się przy wejściu, Lily jej powiedziała, że to ty. Mimo wszystko, nie chciałem byś miała kłopoty. – Spojrzał na mnie zatroskany. – Mam nadzieję, że nie wpłynie to na jej opinię o tobie. Słyszałem, jak odgrażała się do profesora Flitwicka, że jeszcze jeden podobny wyczyn, a możesz zapomnieć o stypendium.

– Ostrzegasz mnie, bym nie odgryzała się za wasze uszczypliwości i każdą waszą obrazę przyjmowała z pokorą? – Pokiwałam z niedowierzaniem głową i chciałam odejść w swoją stronę, ale zatrzymał mnie, chwytając za to samo ramię co wczoraj. Syknęłam z bólu i próbowałam się wyrwać, ale i tym razem mocno trzymał.

– Remusie, nie przesadzasz z tym żelaznym uściskiem? – Ku mojemu zdumieniu z pomocą pospieszył mi Black. Byłam pewna, że krył się za tym jedynie strach o przyjaciela. Zapewne nie chciał bym zgłaszała gdziekolwiek jego agresywne zachowanie. – Zdaje mi się, że naszej słodkiej Solem to i tak nie utrzyma w ryzach na dłużej. – Zaskoczył mnie, gdy pomimo ironicznego tonu, posłał mi zaniepokojone spojrzenie i delikatnie, ale stanowczo odciągnął rękę Remusa.

– Nie martw się, Black, ja nie donoszę – odpowiedziałam na nieme pytanie i udałam się na swoje miejsce.

Tak jak przewidziałam, mój wczorajszy dowcip nie przeszedł bez echa. Obyło się bez wezwania do dyrektora, ale profesor McGonagall dała mi dość solidny wykład na temat tego typu zachowań i oprócz odjętych punktów wlepiła tygodniowy szlaban u pani Pince, co przyjęłam nie tylko z ulgą, ale wręcz z radością. Oczywiście zachowanie Huncwotów za każdym razem potrafiła zgrabnie wytłumaczyć i każdą karę nałożoną przez innego nauczyciela łagodziła, wynajdując coraz to lepsze usprawiedliwienia. Tak było i tym razem. Potter i Evans dostali jedynie reprymendę za chodzenie po zamku w czasie ciszy nocnej, a profesor Sinistra odjęła im punkty i na tym się skończyło. Czułam jednak, że było warto. Potter podszedł do sprawy dość obojętnie i nawet pogratulował mi odwagi, ale Evans chodziła obrażona, jakbym spuściła jej na głowę tonę kamieni, a nie niewielki kubełek wody.

– Słyszałam od Petera, że wczoraj w nocy Potter cię bronił – szepnęła mi do ucha Amelia. – Podobno jak pod Grubą Damą pojawiła się McGonagall, to próbował zwalić to na Irytka, ale Evans od razu wyskoczyła, że widziała cię, jak tam szłaś.

– Nie chciał donieść na mnie nie dlatego, że jest tak bardzo szlachetny – mruknęłam – ale bał się, że i ja doniosę. – Rozejrzałam się dyskretnie i odciągnęłam nieco rękaw swetra, pokazując przyjaciółce spore siniaki na ramieniu. – Zanim wczoraj razem z Evans pojawili się na wieży, odbyłam niezbyt miłą rozmowę z Lupinem. A to efekt.

– Zaatakował cię? – Amelia nie kryła oburzenia.

– Nie. Złapał jedynie zbyt mocno i jestem pewna, że nie chciał mi zrobić krzywdy, ale tuż po pełni ma nieco większą niż zazwyczaj siłę i chyba nad tym nie do końca panuje – wyjaśniłam. – Chyba Black i Potter też to zauważyli, bo jak tylko mogą starają się go utrzymać w ryzach.

– Sol, a jeśli on komuś zrobi krzywdę? – Dziewczyna była szczerze zaniepokojona.

– I chyba właśnie dlatego tak bardzo potrzebuje swoich gryfońskich przyjaciół – westchnęłam.

– Sol, to wciąż nie usprawiedliwia jego zachowania wobec ciebie. – Amelia spojrzała na mnie z troską. – Ja rozumiem, jak trudne to dla niego jest i nawet rozumiem dlaczego chce się zadawać z tymi idiotami, ale nie pojmuję dlaczego zachowuje się w stosunku do ciebie jak skończony bałwan. Przecież nie raz wystarczyło jedno jego słowo, a daliby ci spokój. Mógł to powstrzymać już na początku. – Westchnęłam jedynie, słysząc słowa przyjaciółki. – Wiem, że na niego nie doniesiesz, ale jeśli zobaczę, że cię skrzywdził, nie podaruję mu tego. Lepiej, żeby trzymał ręce z daleka od ciebie – dodała z powagą i mocno mnie przytuliła.

Znad ramienia Amelii, dostrzegłam utkwiony we mnie wzrok Severusa. Spoglądał z powagą i jak mi się przez chwilę wydawało, w jego spojrzeniu było coś jeszcze. Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało i chyba po raz pierwszy nie odwzajemnił uśmiechu, ale nie oderwał spojrzenia. Zapewne był na mnie zły, za ten dowcip na Evans. Cała szkoła już o tym wiedziała i nie wątpiłam, że także i do niego dotarły najświeższe plotki.

Po kolacji rozstałam się z przyjaciółką i samotnie udałam do biblioteki. Widziałam jak Remus podniósł się chwilę po mnie i byłam pewna, że chce mnie zatrzymać, ale ku rozbawieniu mojemu i sporej części uczniów, jego notatki z jakiegoś powodu rozsypały się po całej Wielkiej Sali i skupiony na zbieraniu ich, nie zwrócił uwagi, gdy zniknęłam.

Pani Pince nie była zadowolona, że zostałam ukarana, ale w dość zawoalowany sposób dała mi do zrozumienia, że zapewne Gryfonom się należało i z przekonaniem, że i oni nie są bez winy nakazała mi posprzątać pozostawione na stolikach książki. Nie było tego wiele i ledwie po kilkunastu minutach mogłam usiąść przy swoim ulubionym stoliku i zająć własnymi sprawami. Zirytowałam się, dostrzegając napis wyryty na wypolerowanym drewnie: Ślicznie dziś wyglądasz. Pokręciłam z niedowierzaniem głową nad brakiem poszanowania szkolnej własności przez innych uczniów i wygładziłam mebel zaklęciem. Nie byłam przesadnie pedantyczna, ale lubiłam czystość i porządek. Blask Twych oczu jest jaśniejszy niż słońce, piękna Solem – przeczytałam na ławce, gdy przesunęłam jedną z ksiąg. Zaczerwieniłam się, ale po chwili złość wyparła zażenowanie. Byłam pewna, że to któryś z tych samozwańczych Huncwotów robił sobie ze mnie żarty i obojętnie machnęłam różdżką, usuwając napis. Wolę, gdy jesteś uśmiechnięta, choć ze złością także Ci do twarzy – pojawiło się niedługo potem. Uśmiechnęłam się mimo woli i z zaciekawieniem rozejrzałam po bibliotece. Nie dostrzegłam nikogo i zastanowiłam się, czy ten ktoś w ogóle mnie widział, czy działał na wyczucie. Chciałam to zignorować, ale tajemniczy nadawca wiadomości skutecznie zaprzątał moje myśli. Westchnęłam cichutko i przy pomocy różdżki odpisałam: Na mój uśmiech trzeba sobie zapracować.

Zrobiłbym wszystko, by nie opuszczał Twej twarzy – przeczytałam po chwili.

Wszystko? – próbowałam się nie uśmiechnąć.

Czego tylko sobie zażyczysz.

Podglądasz mnie?

Nie podglądam, jedynie patrzę. Trudno oderwać od Ciebie wzrok. – Wyciągnęłam różdżkę i zaklęciem Wskaż, próbowałam odnaleźć swojego tajemniczego rozmówcę, ale ten najwyraźniej solidnie się zabezpieczył.

Dlaczego wolisz pisać niż mi to powiedzieć? – spytałam wprost.

Severus

Dobrze wiedziałem, jak skutecznie ukryć się przed zaklęciami wskazującymi, a bawienie się z nią w kotka i myszkę po pustej bibliotece zaczynało mnie dobrze bawić. Jej początkowa złość z każdym kolejnym zdaniem przeradzała się w ciekawość i zastanawiałem się przez chwilę, ile czasu jej zajmie zanim się połapie, że to ja. Obserwowałem ją podczas kolacji i byłem niemal pewien, że razem z koleżanką rozmawiały o mnie nie raz. Nie przeszkadzało mi to, wręcz przeciwnie. Nie byłem jeszcze do końca pewien jakie, ale niewątpliwie wzbudziłem u niej zainteresowanie. Wolałem też, by to ona przyłapała mnie na podpatrywaniu jej, niżbym sam miał się do tego przyznać. Ostatnią wiadomością jednak nieco zbiła mnie z tropu.

To jedynie strach przed odrzuceniem – napisałem po chwili. – Boję się, że gdy dowiesz się kim jestem, ukryjesz przede mną swój uśmiech – dodałem. Widziałem jak kąciki jej ust wędrują do góry i wywróciłem z irytacją oczami, gdy do jej stolika podeszła pani Pince.

– Profesor Flitwick wzywa cię do swojego gabinetu. – Usłyszałem szept bibliotekarki.

– Coś się stało, pani Pince? – Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną.

– Idź do profesora – poleciła, zamiast odpowiedzi bibliotekarka, a Solem bez słowa zaczęła sprzątać książki. – Zostaw je, ja posprzątam. Idź już.

– Pani Pince, co się stało? – Solem zbladła, gdy kobieta, która zawsze z wielką naganą traktowała uczniów za pozostawione materiały, teraz kazała jej zostawić bałagan i iść. Zmartwiłem się, gdy chwyciła swoją torbę i biegiem ruszyła na spotkanie z opiekunem domu. Szybko zdjąłem zaklęcie ze swojego stolika i podszedłem do jej, by i tam zatrzeć ślady swojej działalności. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy pod ławką dostrzegłem jeden z jej rysunków. Podniosłem go z zamiarem odesłania go właścicielce i ciężko mi było ukryć zdumienie. Szkic przedstawiał mnie przy pracy. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Nie tylko był niezwykle dokładny, ale też widać było na nim moje zamiłowanie do eliksirów, uchwyciła mnie dokładnie takim jaki byłem. Przejechałem leciutko palcem po delikatnych konturach i schowałem rysunek.

Następnego dnia rano nie spotkałem jej w Wielkiej Sali, ale za to panna Evans zaszczyciła mnie promiennym uśmiechem. Nie miałem pojęcia czym sobie na to zasłużyłem, ale nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo. Moją uwagę przykuło zasłyszane jej imię i skoncentrowałem się na podsłuchiwaniu.

– Gdzie jest Sol, Amelio? – Lupin zaczepił jej koleżankę tuż po śniadaniu. – Widziałem wczoraj w nocy, jak wychodziła z zamku. Chciałem ją zatrzymać, bo za kilka minut zaczynała się cisza nocna, ale miała przepustkę od dyrektora na opuszczenie szkoły i możliwość użycia publicznego kominka w Hogsmeade. Wiesz co się stało?

– I nagle interesuje cię jej los – zakpiła dziewczyna.

– Zawsze mnie interesował – szepnął Remus, tak cicho, że ledwie udało mi się dosłyszeć.

– Oczywiście, zwłaszcza wtedy, gdy wylewała sobie łzy po żartach twoich kolegów – zezłościła się Amelia. Zakuło mnie, gdy wyobraziłem sobie ją płaczącą. Sam nie wiedziałem dlaczego, ale widok smutnej Krukonki był dla mnie wyjątkowo dojmujący. Nie chciałem, by płakała, by w ogóle się smuciła.

– Amelio, proszę. Nie rozmawia ze mną …

– Mnie się wydaje, że ma świetny powód, by nie rozmawiać i dobrze ci radzę, daj jej spokój – warknęła na niego.

– Powiedz mi co się stało, wyglądała na bardzo zmartwioną – nalegał Lupin.

– Jej mama …

– Sev, tu jesteś. – Głos Amelii zakłócił rozanielony okrzyk Lily. Spojrzałem na nią z krzywą miną w oczekiwaniu, czego to znowu ode mnie chciała, jednocześnie próbując wyłapać coś jeszcze z rozmowy Amelii Bones z Lupinem. – Masz może not…

– Nie, nie mam – odburknąłem i chciałem odejść, ale zatrzymała mnie, łapiąc za rękaw.

– Daj spokój, chyba się nie gniewasz? – Evans zrobiła maślane oczy i uśmiechnęła się miło. Westchnąłem w duchu.

– Nie, nie gniewam się – odparłem – i nie, nie pożyczę ci notatek z eliksirów. Potter zdaje się całkiem sporo ostatnio zanotował – zakpiłem i odszedłem w swoją stronę. Kompletnie nie mogłem skupić się teraz ani na zaskoczonej minie Evans, ani na zbliżających się zajęciach. Jedyne o czym myślałem była Solem. Przez Lily nie dosłyszałem co się stało, ale opuszczenie szkoły nocą, w dodatku przez publiczny kominek nie wróżyło niczego dobrego. Wiedziałem, że jeśli wysyłano by ją do domu, użyłaby kominka w gabinecie dyrektora, ten w Hogsmeade świadczył o pilnym wezwaniu albo do Biura Aurorów, albo do świętego Munga. Jeśli to pierwsze nie było szans, by się teraz tego dowiedzieć, ale jeśli udała się do szpitala … Na szczęście miałem jeszcze kilka minut przed pierwszą lekcją i biegiem ruszyłem do sowiarnii. Pospiesznie skreśliłem kilka słów do matki, nie zagłębiając się w szczegóły. Eileen, jak na dobrego uzdrowiciela przystało była dyskretną osobą, niestety także dość dociekliwą i obawiałem się zbyt wielu pytań przy najbliższym spotkaniu, ale zawsze miałem z nią dobry kontakt i wyjawienie jej tajemnicy, że byłem zainteresowany jakąś dziewczyną nie stanowiło problemu. Westchnąłem, wypuszczając sowę i udałem się na zajęcia.

Kolejny rozdział: „Dalszy ciąg bibliotecznej korespondencji"