ROZDZIAŁ 3

Dalszy ciąg bibliotecznej korespondencji

Severus

Severusie, panna Stanley wczoraj późnym wieczorem została przyjęta na mój oddział. Dobrze wiesz, że nie przystoi zdradzać tajemnic pacjentów bez ich zgody, dlatego … nie, nie martw się, nie spytałam się uroczej Solem, czy mogę Cię poinformować o celu jej wizyty w Mungu. Urocza dziewczyna, czyż nie? Cieszę się, że i Ty to dostrzegłeś i żywię nadzieję, że może w końcu zaczniesz zauważać piękno tam, gdzie ono jest, a nie jedynie w tych obślizgłych dżdżownicach i żukach. Oczywiście nie licz na moje błogosławieństwo, jeśli zechcesz się z nią już teraz ożenić, ale po ukończeniu przez Ciebie kursów warzycielskich, nie mam nic przeciwko. Mam też nadzieję, że nie pytasz o nią, dlatego iż martwisz się domniemaną ciążą. Wiedz więc, że po dyskretnym sprawdzeniu, czy przypadkiem dziewczyna nie uczyni mnie za kilka miesięcy babcią, odetchnęłam z ulgą. Powinnam jej podać eliksiry antykoncepcyjne? To niedozwolone bez zgody pacjenta, ale dla waszego dobra, mogę to zrobić. Chociaż, może bardziej rozsądne będzie, jeśli po prostu zasugeruję jej to podczas wypisu. – Wywróciłem oczami, czytając list od matki, który odebrałem w porze obiadu. – Swoją drogą to nie ma jej w szkole dopiero od kilku godzin, a Ty zdążyłeś się stęsknić. Interesujące. Ciekawe, czy także dla niej. No dobrze, nie wspomnę nawet słowem, że się nią interesowałeś. Chyba, że chcesz. Mogę szepnąć jej słówko. Ciekawe, co myśli na Twój temat, jeśli chcesz mogę się wypytać. – Zatrzęsło mną, gdy przeczytałem ten fragment. Chciałem się jedynie dowiedzieć, czy była w szpitalu i jaki był powód jej ewentualnej wizyty, a matka zamiast zajmować się pacjentami napisała do mnie rolkę pergaminu, próbując wyswatać z tą Krukonką. Zakląłem w myślach i czytałem dalej z nadzieją, że w końcu się czegoś dowiem. – Solem to przemiła dziewczyna i niestety przekonuję się o tym po raz kolejny. Nie, że ubolewam nad tym, iż jest przemiła, ale wolałabym przekonać się o tym w innych okolicznościach. Wciąż nie wiem, czy powinnam zdradzać Ci jej tajemnice, może wcale nie chce byś wiedział. Och, dobrze już dobrze, wiem, że musisz się martwić skoro do mnie napisałeś. A swoją drogą skąd wiesz, że jest w szpitalu? Pannie Stanley nic nie dolega. Ostatnimi czasy dość często musi oddawać krew dla swojej matki. Mają zgodną grupę, a jej matka tak często ulega wypadkom, że niemożliwym jest podawanie jej za każdym razem eliksirów uzupełniających. No tak, teraz pewnie zmusisz mnie, żebym zdradziła Ci także, jakim wypadkom ulega. Nie, nie jest jednym z tych mugolskich kaskacośtam ani nie wykonuje pozornie niebezpiecznego zawodu. Pracuje w tym małym sklepiku z eliksirami w Dolinie Godryka i nie uśmiechaj się teraz ironicznie, bo to nie ona doprowadza do tych wypadków. Z tego co wiem, nie ma ukończonych studiów warzycielskich, ale jest w tym całkiem dobra. Podejrzewam, że jej rodziców po prostu nie było stać na te kursy. Pamiętam, że kilka lat temu zdawała sam egzamin, który upoważniał ją do samodzielnego warzenia mikstur w klasach od A do G, więc z powodzeniem mogłaby sama przygotowywać wszystko co potrzebne do sklepu. O czym to ja, a tak … nie ona doprowadza oczywiście do tych wypadków, ale jej pracodawca. Pan Softis, kojarzysz go pewnie z tego sklepu. Jest już stary, nieuważny i zapominalski, ale za nic nie chce zrezygnować z pracy i dać więcej zajęcia pani Stanley, tylko sam wciąż warzy większość eliksirów, coraz częściej doprowadzając do większych lub mniejszych wybuchów. Liwia, bo tak ma na imię pani Stanley, zdradziła mi, że odkupiłaby chętnie ten sklepik, ale teraz muszą odkładać na studia dla Solem. Czy wiedziałeś jakie ma ambitne plany? Och, musisz sam ją o to spytać. Panna Stanley jeszcze dziś wieczorem wróci do szkoły także się nie martw, niedługo będziesz mógł ją zobaczyć. Mogłaby pewnie wrócić już rano, ale wolałam ją mieć na oku jeszcze kilka godzin. Poza tym jest miłą odmianą od wiecznie skamlących, udających choroby ludzi. Nie jest jednak w najlepszej kondycji, bo te wypadki matki niezbyt dobrze na nią wpływają, także postaraj się być dla niej miły. Tak, wiem, myślisz sobie pewnie, że dla tak uroczej dziewczyny nie można być niemiłym, więc to nie powinno być dla Ciebie trudne. Napisałam Ci o tym wszystkim, choć dobrze wiesz, że nie powinnam, dlatego oczekuję wyjaśnień. Dlaczego sam nie mogłeś spytać Solem, czemu musi opuścić szkołę? Mam nadzieję, że nie kryje się za tym nic złego i nie planujesz skrzywdzić tej dziewczyny, gdybyś to zrobił, nie wybaczyłabym Ci tego. Jeśli jednak masz wobec niej czyste zamiary, proszę bądź ostrożny. Wiesz jak warzyć eliksir antykoncepcyjny, jutro prześlę Ci potrzebne ingrediencje. Zostały wam jeszcze prawie dwa semestry szkoły, a później studia i ja nie zamierzam niańczyć waszych dzieci. A co u Ciebie? Oprócz oczywiście tego, że się zakochałeś. Mógłbyś czasem napisać do matki, nie tylko wówczas, gdy masz jakiś interes. Informuj mnie na bieżąco, jak idą sprawy z przepiękną Solem, och to takie romantyczne. Oczekuję szybkiej odpowiedzi.

Mama

Odetchnąłem z ulgą, ale jednocześnie zrobiło mi się żal dziewczyny. Domyślałem się, jak trudna musiała być to dla niej sytuacja. O wypadek przy warzeniu eliksirów nie było trudno i często kończyły się one tragicznie. Nie tylko siła wybuchu była groźna, ale także toksyny uwalniające się pod wpływem źle zmieszanych składników albo nieprawidłowo dobranych. Jeśli pan Softis prowadził jakieś eksperymenty to mogło się kiedyś skończyć tragicznie nie tylko dla matki Solem, ale i dla ludzi mieszkających w sąsiedztwie sklepu i jego pracowni.

Zaskoczyło mnie, że matka tak wiele o niej wiedziała. Nigdy nie interesowałem się jej pracą, ale wyglądało na to, że sporo rozmawiała ze swoimi pacjentami i najwyraźniej dbała nie tylko o ich zdrowie fizyczne. Nie miałem pojęcia jak, ale chciałem jakoś pomóc dziewczynie. Teraz poczułem jeszcze większą złość na Huncwotów, za to jak jej dokuczali. Byłem obiektem ich dowcipów przez pierwsze trzy lata nauki i dobrze wiedziałem jacy potrafili być kreatywni. Teraz najwidoczniej przenieśli całą swoją sympatię na nią. Podobało mi się, że potrafiła się im przeciwstawić, ale już nie bardzo, że doprowadzali ją do łez. Domyślałem się tylko, że to zachowanie jej byłego przyjaciela raniło ją najbardziej. Lupin, gdyby tylko chciał mógł zapobiec większości tych przykrych incydentów, ale najwyraźniej albo nie chciał, albo najnormalniej w świecie tchórzył.

Z westchnieniem sięgnąłem po czysty pergamin. Z jednej strony, byłem na siebie trochę zły za ciekawość i niecierpliwość. Gdybym wstrzymał się z listem do matki do kolacji, nie musiałbym się teraz przed nią tłumaczyć. Z drugiej jednak strony, dowiedziałem się o dziewczynie kilku ciekawych rzeczy, a to na pewno ułatwi mój podbój. Dzisiejsza łaska Evans podyktowana była jedynie chęcią zdobycia notatek, ale ja chciałem czegoś więcej. Chciałem, by była prawdziwie zazdrosna, a do tego potrzebowałem rozkochać w sobie Krukonkę. Gdzieś w głębi serca pojawiła się myśl, że nie chodziło tylko o wzbudzenie zazdrości u Lily, ale nie do końca byłem pewien o co chodziło. Jeszcze kilka tygodni temu, z uśmiechem na ustach podarowałbym swoje notatki Evans, a może nawet sam bym je dla niej skopiował, a dziś w ogóle nie interesowało mnie czego chciała. Może wreszcie dotarło do mnie, że ona wybrała innego, że byłem dla niej jedynie zabawką, kumplem, który był zawsze solidnie przygotowany do zajęć, a może to Solem była skutecznym lekiem na zranione serce? Chyba jednak nie chciałem tak o niej myśleć, nie zasługiwała na to. Zasługiwała na coś więcej niż rolę pocieszycielki i obawiałem się, że była kimś więcej.

Mamo, dziękuję za szybką odpowiedź. Dziękuję, że nieco nagięłaś swoje zasady i zdradziłaś mi te niezwykle cenne sekrety państwa Stanley. – Nie mogłem powstrzymać się przed sarkazmem. – Panna Stanley jest moją koleżanką i … no dobra, niech Ci będzie, jest ładna, mądra i jak słusznie zauważyłaś, urocza. Po raz kolejny powtarzam, że piękno wszelkiego rodzaju robactwa dostrzegam z czysto praktycznych przy warzeniu względów i doprawdy nie wiem, co Tobą kierowało, by porównywać urodę Solem do obślizgłych robali. Możesz też spać spokojnie, chwilowo nie zamierzam się z nią żenić. Może w przyszłym roku, jak już uzyskamy pełnoletniość, rzucimy szkołę, okradniemy Gringotta i uciekniemy razem na drugi koniec świata, dzieci zostawimy pod Twoją opieką, ale póki co, masz kilka (nie wiem kiedy ona ma urodziny) miesięcy spokoju. Zmartwiło mnie, że nie zostanę w najbliższych miesiącach ojcem, tak bardzo razem z Solem nad tym pracowaliśmy, że czuję się teraz przybity i mocno rozczarowany, może nawet szybciej tę szkołę rzucimy i zaczniemy się bardziej starać. W świetle naszych starań, nie powinno Cię dziwić, że tak bardzo się za nią stęskniłem. Tak na poważnie, to ani mi się waż podawać jej jakieś eliksiry! Nie wspominaj też o mnie ani słowem, najlepiej będzie, jak w ogóle nic do niej nie będziesz mówiła. O mnie oczywiście, bo pewnie jako medyk masz jej wiele do powiedzenia. Tego, że Solem jest w szpitalu domyśliłem się po tym, jak wczoraj późnym wieczorem opuściła szkołę i udała się gdzieś kominkiem w Hogsmeade. Nie spytałem się jej, bo wybiegła ze szkoły dość nagle i nie miałem okazji, by spytać i nie, nie martwiłem się, byłem po prostu ciekawy. Oczywiście kojarzę pana Softis i myślę, że już kilka, o ile nie kilkadziesiąt lat temu powinien zrezygnować z tworzenia eliksirów i obawiam się, że jeśli nie zaprzestanie swoich eksperymentów doprowadzi w końcu do poważnej tragedii i cieszę się, że nasz dom jest z dala od jego sklepu. Nie wiem, jak bardzo ambitne plany ma panna Stanley, ale nie omieszkam spytać między jedną a drugą próbą spłodzenia Ci wnuka. Zabawne, że tak dużo o tym myślisz i nie, nie przysyłaj mi ingrediencji, eliksirów też nie potrzebuję. Jestem Ci winien szczerość. Mamo, Solem wydaje się być miła, jest ładna i chyba ją lubię, może nawet czasem o niej myślę, może częściej niż o innych dziewczynach, no dobrze, całkiem często o niej myślę, ale nie sądzę, że ona zainteresuje się mną na dłużej, więc przestań się tak uśmiechać. Dziękuję za szybki list, postaram się być miły dla panny Stanley, a przynajmniej obiecuję nie być niemiłym. Pozdrawiam.

Ojciec Twoich wnuków, Severus

Uśmiechnąłem się pod nosem i wysłałem pospiesznie sowę do matki. Zdradziłem jej swój sekret, bo czułem, że byłem jej to winien. Nie chciałem, by matka się zamartwiała albo snuła jakieś domysły. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie mi teraz z tego powodu dokuczała na każdym kroku i nie zasypie listami z pytaniami o mój związek z Solem. Po chwili namysłu wyciągnąłem jeszcze jeden zwitek pergaminu i pospiesznie naskrobałem prośbę do matki, by kupiła mi najpiękniejszy szkicownik, jaki uda jej się znaleźć w Londynie. Skoro i tak już tyle wiedziała, mogła też jakoś pomóc rozweselić pannę Stanley.

Solem

Z ociąganiem zeszłam do Wielkiej Sali na kolację. Nie miałam ochoty ani na jedzenie, ani na spotkanie z przyjaciółmi, ale uzdrowicielka zgodziła się wypisać mnie pod warunkiem, że zjem obfity posiłek i czułam się do tego zobowiązana. Nie chciałam się też rozchorować. Gdyby w najbliższym czasie ponownie zdarzył się jakiś wypadek mamie, a ja nie będę w dobrej kondycji, to pani Snape nie zgodzi się pobrać ode mnie krwi. Pan Softis, pracodawca matki, był dobrym Mistrzem Eliksirów, ale niestety w ostatnich latach stał się bardzo nieuważny i często zapominał o zgaszeniu płomieni pod kociołkami. Mama próbowała go przekonać, żeby chociaż pozwolił jej doglądać jego laboratorium podczas nieobecności i w razie czego skończyć pracę, ale pozostawał nieugięty. Jakby był jedynym człowiekiem na świecie, który potrafi poprawnie uwarzyć eliksir do opalania.

Martwiłam się tym bardziej, że znałam powody, dla których matka wciąż tam pracowała. Może gdyby udało mi się uzyskać gwarancję stypendium już na początku roku, rodzice nie harowaliby tak bardzo, by zapewnić środki na studia. Potrzebowałam jeszcze dwóch miesięcy, by ukończyć mapy nieba i kolejnego, by nanieść na nie opracowywane zaklęcia. Gdybym miała do dyspozycji steganograf poszłoby o wiele szybciej. Widziałam ostatnio jeden w sklepie w Hogsmeade, ale pochłonąłby całe moje oszczędności. Nie chodziło już nawet o to, że nie kupiłabym nowej sukienki, ale musiałam przecież zwrócić pieniądze za naprawiony teleskop.

Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł, jak zdobyć trochę grosza, ale nie byłam pewna, czy mam wystarczające umiejętności. Kilka dni temu, przeczytałam w Proroku Codziennym o konkursie dla rysowników. Nagrodą nie były pieniądze, ale zlecenie na wykonanie ilustracji do serii bajek dla dzieci. Nie miałam doświadczenia, ale nic nie stało na przeszkodzie, by spróbować. Musiałam jedynie wysłać kilka swoich prac, a tych przecież nie brakowało. Uśmiechnęłam się szeroko i z nową nadzieją udałam na kolację.

– Coś mnie ominęło? – spytałam, dobiegając do wchodzącej do Wielkiej Sali przyjaciółki.

– Mogłaś spokojnie sobie zostać jeszcze u Munga, tu się nic ciekawego nie dzieje – odparła znużonym tonem i z uśmiechem mnie przytuliła.

– Robiłaś solidne notatki na zajęciach? Na eliksirach miał być wstęp do przyrządzania Wywaru Żywej Śmierci. – Spojrzałam błagalnie na dziewczynę.

– Eee … robiłam notatki, po prostu notatki, ale w książce masz wszystko – odparła z krzywą miną na co jedynie przytaknęłam z bladym uśmiechem. W książce owszem, było wszystko, ale niestety była to tylko teoria, bez wskazówek potrzebnych przy warzeniu skomplikowanych eliksirów. Zmartwiłam się trochę. Jeśli chciałam ubiegać się o wcześniejsze stypendium, potrzebowałam pozytywnych opinii od większości wykładowców, a jeśli zawalę jakiś eliksir, profesor Slughorn nie będzie skłonny wystawić mi go albo zada mnóstwo dodatkowej pracy, a na to teraz nie miałam czasu. Jęknęłam w duchu i rozejrzałam się po kolegach siedzących już w Wielkiej Sali z nadzieją, że może wpadnie mi w oko ktoś z zamiłowaniem do notowania wszystkiego co mówi wykładowca. Niestety, większość wychodziła z takiego założenia jak Amelia. Zapamiętywali co mówił nauczyciel podczas lekcji, a później wystarczyło, by przygotowali się z książek. Mój dobry nastrój nieco pobladł i ze strapioną miną zabrałam się za kolację.

– Gapi się – szepnęła koleżanka.

– O kimkolwiek mówisz, możesz mu ode mnie pokazać język – mruknęłam od niechcenia i z zamyśleniem rozgrzebywałam swój posiłek.

– Nie zobaczy, bo gapi się na ciebie, nie na mnie – Amelia nie dawała za wygraną.

– Jak wytkniesz jęzor na całą długość, to z pewnością przeniesie swój wzrok na ciebie – odburknęłam.

– Jesteś nieczułą jędzą, tyle ci powiem. – Dziewczyna udała obrażoną.

– Gapi się, przyjęłam do wiadomości – westchnęłam. – I co mam zrobić? Zdjąć bluzkę, żeby umilić mu kolację?

– No to z pewnością, by mu ją umiliło, ale obawiam się, że nie byłby w stanie już nic przełknąć. – Nie wytrzymałam i spojrzałam z uśmiechem na koleżankę. – Myślę jednak, że nie spodobałoby mu się, że pokazujesz swoje wdzięki przed całą szkołą, a nie tylko przed nim.

– Amelia, Lupin dla mnie nie istnieje. Może się gapić ile …

– Lupin srupin. Kogo interesuje Lupin i na co się gapi? – Dziewczyna spojrzała na mnie, marszcząc brwi. – Chłopak, który naprawił ci teleskop się na ciebie gapi.

– Wiesz, kto naprawił mój teleskop? I dopiero mi o tym mówisz? – oburzyłam się i ze złością puknęłam przyjaciółkę w ramię.

– No przecież mówiłam ci już – westchnęła. – To ten Ślizgon. Przeprowadziłam własne śledztwo i nikt inny mi nie pasuje.

– Oczywiście Amelio. To Ślizgon – zakpiłam.

– Widziałaś, jak on na ciebie patrzy? – Próbowała mnie przekonać o słuszności swej teorii.

– Jak ktoś, kto naprawia teleskopy? – Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Mogłabyś chociaż na niego spojrzeć – warknęła z poirytowaniem.

– Na kogo? Na tego Ślizgona, który jest pochłonięty rozmową z Evans? Pewnie gadają o nowych soczewkach do mojego teleskopu – sarknęłam, spoglądając na stół Slytherinu.

– Zazdrosna? – Koleżanka uśmiechnęła się łagodnie.

– Oczywiście, w końcu to prawdziwy naprawiacz teleskopów. Naprawienie mojego było niczym deklaracja małżeństwa, jak pierścionek zaręczynowy z największym brylantem, a teraz rozmawia z inną. Tragedia. Rzucę się z wieży astronomicznej, razem z teleskopem. Będzie miał co naprawiać jak już spadniemy – ironizowałam, ale gdzieś w głębi poczułam lekki zawód. Severus wydawał mi się całkiem miły i nie chciałam, by Lily wykorzystała go tak, jak poprzednio. Musiałam też przyznać sama przed sobą, że chłopak najnormalniej w świecie mi się podobał.

– Mówisz o teleskopie czy rozpłaszczonej na chodniku narzeczonej? – zaśmiała się Amelia.

– Myślałam, że ustaliłaś, iż zna się na naprawie teleskopów, a nie czyszczeniu chodników z plam po byłych narzeczonych – mruknęłam i zaczęłam zbierać się do wyjścia.

– Dokąd? – krzyknęła za mną przyjaciółka.

– A jak ci się zdaje? – odparłam z uśmiechem i ruszyłam w swoim stałym kierunku. Potrzebowałam odnaleźć ogłoszenie w Proroku sprzed kilku dni i musiałam jeszcze jakoś przygotować się do jutrzejszych zajęć z eliksirów. Nie miałam kompletnie głowy do nauki i po raz pierwszy odkąd trafiłam do szkoły przyszło mi na myśl, by symulować chorobę. Zganiłam się za to i pobiegłam do biblioteki.

Severus

Wyglądała bladziej niż zwykle, ale to nie powinno mnie tak bardzo dziwić. Obserwowałem przez chwilę, jak uśmiechała się do koleżanki i zastanawiałem się, jak to możliwe, że wcześniej nie dostrzegłem jej pięknego uśmiechu. Podczas kolacji nie zerknęła w moim kierunku ani przez moment, z zamyśleniem grzebała w talerzu i zaśmiałem się w duchu, że matka byłaby zadowolona, że zjadła obfity posiłek. Może jej nawet o tym napiszę, jeśli postara się ze szkicownikiem. Chociaż ona zapewne uzna, że gapienie się w cudze talerze jest niezwykle romantyczne i możliwe, że od tego patrzenia zostanie babcią za dziewięć miesięcy. Nie miałem pojęcia skąd u Eileen obsesja na tym punkcie. Merlinie, miałem siedemnaście … no tak, matka miała siedemnaście, gdy mnie urodziła i zapewne dobrze wiedziała jak ciężko ukończyć szkołę z dzieckiem na głowie. Nie mogłem uwierzyć w głupotę swoich rodziców. Nie pojmowałem, jak mogli zapomnieć o prostym eliksirze. Może stąd moje zamiłowanie?

Ja z pewnością byłem bardziej odpowiedzialny i o ile Solem zgodziłaby się ze mną być w taki sposób, to postarałbym się o najlepszy eliksir, jaki można stworzyć. Nie mógłbym narazić jej na coś takiego. Nie wyobrażałem też sobie, jakbym miał później spojrzeć w oczy jej rodzicom i jej oczywiście. Pewnie zmusiliby mnie, bym się z nią ożenił i utrzymywał rodzinę. Eileen i Tobias zrobiliby wszystko, żebym jakoś skończył kursy warzycielskie, ale ona musiałaby opiekować się naszym dzieckiem bez możliwości podjęcia studiów. Będę musiał się bardzo postarać przy warzeniu tego eliksiru. A co jeśli ona nie będzie chciała go pić? Najskuteczniejsza mikstura o jakiej czytałem i opowiadała mi matka, była robiona z młodych pijawek, które uprzednio poiło się krwią dziewczyny. Żeby był w stu procentach skuteczny, należało go pić tak świeżym jak tylko się dało, a to oznaczało, że pijawki były jeszcze żywe. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby zamiast tego wolała zwykły, ogólnodostępny eliksir, który dawał jedynie dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewności. Nie byłem pewien, czy mógłbym teraz zaryzykować ten jeden procent, ale szybkie zerknięcie na jej dekolt podpowiadało, że chyba nie miałbym z tym większego problemu, patrząc na nią bez ubrania.

Dopiero po chwili zorientowałem się, że przez cały czas swoich chorych rozmyślań spoglądałem w jej stronę. Złościłem się w myślach na matkę za to, że przez nią zamiast kombinować, jak zaciągnąć dziewczynę do łóżka, myślałem o tym, jak nie zrobić jej dziecka, a właściwie to o tym, co się stanie, jak już jej je zrobię. Zaczynałem żałować, że w ogóle napisałem ten głupi list rano. Matka bardzo dobrze wiedziała, jak skutecznie zniechęcić mnie do uprawiania seksu. Miałem ochotę solidnie walnąć się w głowę i bardziej skupić na jej lekko rozchylonej pod szyją bluzce, a nie eliksirze antykoncepcyjnym.

– Z kim idziesz na bal? – Evans niespodziewanie pojawiła się przy moim boku. Nie miałem pojęcia o co jej chodziło, o jakim balu mówiła i dlaczego dosiadła się do mnie jakbyśmy byli jakimiś starymi znajomymi. Spojrzałem na nią jak na idiotkę. – Coś taki zamyślony, Sev? – Zdenerwował mnie jej swobodny ton i zastanawiałem się czego znowu chciała. Dopiero co uważała mnie za nic niewartego szczura, a teraz gruchała sobie przy mnie w najlepsze.

– Planowałem zaprosić Pottera. Podobno do twarzy mu w różowym – odparłem z krzywym uśmiechem.

– Ale śmieszne. – Lily udała urażoną, ale nie odeszła. – No zdradź z kim idziesz.

– Z dziewczyną, Evans. Nie martw się, nie zamierzam odbić ci chłopaka – burknąłem, a w duchu gorączkowo zastanawiałem się kogo mógłbym zaprosić. Do balu było jeszcze kilka miesięcy, ale dla uczniów ostatniego roku był to ostatni moment rozluźnienia przed egzaminami i studiami, i każdy zdawał się już od września mówić tylko o tym.

– James nie jest moim chłopakiem – mruknęła – więc jeśli nie miałbyś z kim iść, to jestem wolna. – Uśmiechnęła się promiennie.

– Już ci powiedziałem, że idę z dziewczyną. – Zaskoczyło mnie to zaproszenie i w pierwszym odruchu chciałem się zgodzić. Jeszcze przez chwilę kusiło, by jednak przystać na jej propozycję. Lily najwyraźniej czegoś od mnie bardzo chciała i byłem niemal pewien, że tym razem z Gryfonką udałoby mi się zakończyć ten bal tak, jak planował to każdy chłopak z mojego roku, ale jeśli miałem być wobec siebie uczciwy, to chciałem owszem zakończyć bal w łóżku z dziewczyną, ale nie była to Evans. Już nie. Rzuciłem szybkie spojrzenie na stół Ravenclaw, ale Sol nie było już w Wielkiej Sali.

– I nie powiesz mi kim jest ta szczęściara? – dopytywała Lily.

– Nie – odparłem i bez pożegnania ruszyłem w stronę wyjścia.

Dobrze się domyśliłem, gdzie ją znajdę, jednak z zaskoczeniem patrzyłem, dostrzegając ją w dziale eliksirów. Na moje szczęście dziewczyna nie należała do najbardziej spostrzegawczych ludzi na świecie, dlatego i tym razem udało mi się niepostrzeżenie zająć swoje poprzednie miejsce i dyskretnie rzucić zaklęcie korespondencji. Ciężko mi było oderwać od niej spojrzenie, gdy z zaciekawieniem wertowała kolejne tomy i po blisko godzinie nie wytrzymałem.

Gdy się uczysz, też wyglądasz pięknie – napisałem pospiesznie.

Przykro mi, ale dziś nie mam kompletnie czasu – odpisała bez większego namysłu.

Co pochłania Twój czas i umysł? – spytałem pomimo widocznego poirytowania, że odciągam ją od nauki.

Wywar Żywej Śmierci. Nie było mnie na zajęciach i mam jedynie teorię z książek, więc jeśli nie wiesz w jaki sposób naciąć korzenie waleriany i pod jakim kątem siekać asfodelusa, to proszę, nie zawracaj mi teraz głowy – odpowiedziała grzecznie, pomimo widocznego zdenerwowania.

Westchnąłem w duchu i domyśliłem się, że nikt z jej znajomych nie przygotował dla niej odpowiednich notatek. Warzenie wywaru nie było trudne pod warunkiem, że wiedziało się co i w jaki sposób trzeba zrobić, a w podręczniku był jedynie prosty przepis. Pozwoliłem, by przez jeszcze chwilę sama spróbowała poszukać w książkach, chociaż dobrze wiedziałem, że przynajmniej na jedno z zadanych pytań nie znajdzie w nich odpowiedzi. Wyciągnąłem czysty, biały pergamin i szybko naskrobałem dokładny przepis.

Zamknij oczy, proszę. – Dostrzegłem jak wzdycha i przez moment przestraszyłem się, że zabierze książki i poszuka sobie innego miejsca, ale ona rzuciła szybkie spojrzenie na rozłożone podręczniki i kręcąc głową, przymknęła powieki.

Solem

Tajemniczy, ławkowy pisarz zaczynał mnie coraz bardziej drażnić. Nie miałam teraz czasu na głupie gierki. Chciałam jak najszybciej przygotować się do jutrzejszych lekcji i jeszcze mieć chwilę, by wybrać kilka rysunków do wysłania na konkurs. Miałam już opracowany prawie cały przepis, ale nigdzie, w żadnej z ksiąg nie mogłam znaleźć tego głupiego kąta siekania i byłam już zdesperowana, by udać się po odpowiedź do gabinetu Slughorna, gdy podglądacz poprosił, bym zamknęła oczy. No tak, gdy zamknę oczy, przepis na Wywar Żywej Śmierci stanie się dla mnie jasny niczym słońce, zadrwiłam w myślach, ale mimo wszystko wykonałam polecenie. Nie miałam zielonego pojęcia, jak długo mam trzymać zamknięte powieki i przyszło mi do głowy, że podglądacz chce mnie zaskoczyć i coś mi zrobić, dlatego gdy na szyi poczułam ciepły powiew i lekkie muśnięcie poderwałam się przestraszona z miejsca.

Zaśmiałam się sama z siebie na myśl o tym, jak głupio musiałam wyglądać i z zainteresowaniem sięgnęłam po ślicznego, papierowego motyla, który machając skrzydłami, leżał na moich notatkach.

Rozwiń – przeczytałam po chwili. Wcale nie chciałam go rozwijać, motyl był prześliczny i trudno było go zniszczyć.

Nie, jest ładny – zaśmiałam się.

Zrobię Ci drugiego, tego rozwiń. – Poszerzyłam uśmiech, czując irytację swojego rozmówcy, ale rozwinęłam pergamin.

– Dziękuję – wyszeptałam, choć dla pewności napisałam to także na stoliku. Musiałam z rozdrażnieniem stwierdzić, że przepis, który mi podesłał, nieco różnił się od tego, który przed chwilą opracowałam i gdybym kierowała się jedynie swoimi notatkami, mój eliksir daleki byłby od doskonałości.

Jak mogę Ci się odwdzięczyć? – spytałam z poważną miną.

Severus

Mogłabyś się uśmiechnąć – odpisałem. Z przyjemnością obserwowałem, jak zmieniał się wyraz jej twarzy. Początkowo skupiona przeszukiwała książki i robiła notatki, później zirytowała się na mnie, a gdy przeczytała liścik wyraźnie się rozjaśniła. Teraz patrzyłem, jak uśmiecha się promiennie, chociaż nie wiedziała do kogo.

Jesteś skłonna podjąć ryzyko? – spytałem bez większego zastanowienia.

Zależy ile mogę stracić – odpisała równie szybko.

A gdybym zaprosił Cię na bal? – Serce zabiło mi nieco mocniej w oczekiwaniu na odpowiedź i z napięciem obserwowałem jej twarz.

Dlaczego? – Zaskoczyła mnie.

Co dlaczego? – odparłem po chwili namysłu.

Dlaczego naprawiłeś mój teleskop? – Przeklinałem się w myślach od najgorszych kretynów, gdy uświadomiłem sobie, że pisząc notatkę do przepisu na Wywar Żywej Śmierci nie użyłem zaklęcia i z powodzeniem mogła rozpoznać ten sam charakter pisma, jakim sporządziłem dla niej wówczas liścik. Jednak nie była tak słabo spostrzegawcza, jak myślałem.

Bo lubię patrzeć na Ciebie, gdy spoglądasz w niebo i uwielbiam Twój uśmiech. Nie podobało mi się, że byłaś smutna – wyznałem, jak mi się wydawało szczerze, choć w pierwotnym zamyśle było trochę inaczej.

Gdybyś zaprosił mnie na bal, wydaje mi się, że mogłabym jedynie zyskać, więc nie widzę tu ryzyka. – Odpowiedź na właściwe pytanie pojawiła się po chwili na mojej ławce.

Ryzykujesz, nie wiedząc z kim pójdziesz – wyjaśniłem.

Jeśli mnie zaprosisz, pójdę z kimś, kto troszczy się o mój uśmiech. – Zamarłem, czytając odpowiedź i poczułem, jak moje serce przyspiesza. Matka miała rację i zastanowiłem się, czy byłem skłonny całkowicie zrezygnować z Lily. Byłem pewien, że jeśli zaproszę Solem na bal to wcale nie będę chciał jej już wypuścić, a z pewnością nie będę chciał jej zranić. Początkowo nie sądziłem, że będzie skłonna się zgodzić i teraz bałem się co będzie, gdy dowie się kim jestem. Co jeśli zobaczy mnie w dzień balu i ucieknie przede mną, wyśmieje? Była piękna i mądra, a ja … wszystkie ładne dziewczyny jakie znałem, lubiły mnie jedynie, gdy potrzebowały pomocy w nauce, a znakomita większość nie chciała nawet na mnie spojrzeć. Lily należała do tych, które wciąż czegoś chciały, ale nigdy niczego nie otrzymałem w zamian. Nie chciałem być wykorzystanym po raz kolejny, a jeszcze bardziej nie chciałem, by po raz kolejny jakaś dziewczyna mnie zraniła. Nie byłem skłonny tak zaryzykować. Oczami wyobraźni widziałem jaki ubaw mieliby Huncwoci, gdyby wystawiła mnie w dzień balu albo wyśmiała przy wszystkich.

Kolejny rozdział: „Czy chcę zaryzykować?"