ROZDZIAŁ 12

Ciemność

Severus

Przez cały dzień nie opuszczało mnie uczucie niepokoju i teraz z każdą chwilą zaczęło to we mnie narastać. Kręciłem się bez celu po domu i już miałem sięgnąć po proszek fiuu i przenieść się do domu teściów, ale przez okno dostrzegłem kręcącego się w tę i z powrotem ojca. Wyglądał blado i wydawało się, że miał jakiś problem z wejściem do środka. Zaskoczony podszedłem do drzwi.

– Tato – zawołałem i gestem zaprosiłem go, by wszedł dalej.

Tobias spojrzał niepewnie i w pierwszym momencie pomyślałem, że ucieknie, ale ojciec odetchnął głęboko i otworzył w końcu furtkę. Dopiero teraz spostrzegłem, że drżał na całym ciele, a zaczerwienione oczy świadczyły o niedawnym płaczu.

– Tato? Co się stało? – spytałem z niepokojem i objąłem go ramieniem, wprowadzając do domu. – Coś … coś się stało mamie?

– Nie, synku – zaczął nerwowo. – Usiądź syneczku, proszę cię usiądź. – Spojrzał na mnie z takim bólem i determinacją, że nie miałem siły mu teraz odmówić i wykonałem polecenie.

– Tato, co się do cholery stało? – ponagliłem, widząc, że ojciec nie mógł zebrać się w sobie.

– Sol … Solem – wydukał po chwili. Nie wytrzymałem i podszedłem do ojca, mocno chwytając go za ramiona.

– Co z nią? Co się stało? Tato? – Potrząsnąłem ojcem.

– Teo … – Po policzkach starszego z mężczyzn popłynęły łzy. – Teo … dom twoich teściów … oni wszyscy … Synku …

– Tato, do cholery co z Teo? Co z Sol? – dopytywałem nerwowo.

– Był wybuch, wszystko doszczętnie spłonęło … wszystko – wyszlochał ojciec. – Ktoś użył zaklęcia całkowitego zniszczenia. – Z trudem ustał na nogach i zbliżył się do kanapy.

– Czy … czy oni … czy … – Nie potrafiłem głośno zadać dręczącego mnie pytania.

– Sol … prawdopodobnie pierwszy wybuch wyrzucił ją z domu. – Ojciec próbował się uspokoić. – Znaleziono ją kilkanaście metrów dalej. Jest w bardzo ciężkim stanie, ale żyje. Jeszcze. – Na chwilę przestałem słuchać. Łzy ciurkiem popłynęły po moich policzkach. Moje słonko, moja ukochana była ciężko ranna i być może nigdy jej już … Teo … nagle zaświtało w mojej głowie.

– Tato – wyszeptałem. – Co z …

– Nie znaleziono ani ciał twoich teściów, ani … Teosia. – Tobias usiadł obok mnie i objął ramieniem. – Synku … wszystko zniszczone na popiół. – Zahuczało mi w głowie i przez chwilę myślałem, że stracę przytomność. Mój maleńki synek nie żył. Nie mogłem pojąć, jak to możliwe. Jeszcze w nocy wstawałem do niego i tuliłem razem z Solem … Solem.

– Tato co z Sol? Co z nią? – Spojrzałem na ojca z nadzieją.

– Jest w bardzo ciężkim stanie, Severusie … Mama jest z nią – wyjaśnił. – Nie chcieli się zgodzić, żeby rzucała na nią czary uzdrawiające, ale jest przy niej. Nie pozwoliła się wyprowadzić z jej sali. Kazała mi przyjść do ciebie. Jest przy niej, jest z twoją żoną.

– Tato. – Nie potrafiłem się powstrzymać i wybuchnąłem płaczem. Ojciec bez zastanowienia przyciągnął mnie do siebie i chyba po raz pierwszy w życiu płakałem wtulony w jego ramiona. Nie miałem pojęcia, jak długo trwała ta chwila. Wydawało mi się, że całą wieczność, a w głowie przez cały czas przelatywały mi obrazy z ostatniego miesiąca, chwile spędzone z synem. Niemal czułem maleńkie paluszki zaciskające się na moich dużych i jego cichutki płacz, gdy budził nas w nocy głodny. Sol. Jest w bardzo ciężkim stanie, ale żyje. Jeszcze – słowa ojca zabrzmiały mi w głowie. Moja żona żyła, była na skraju, ale wciąż żyła. Dopiero dotarło do mnie, że być może za chwilę stracę i ją. Jedyną, na której mi kiedykolwiek zależało, jedyną, która kocha mnie tak bardzo i jedyną, którą kochałem ja. Jeśli stracę i ją, nie będę już miał po co żyć.

– Sol … – wychrypiałem. – Solem …

– Zabiorę cię do niej. – Tobias wstał i pociągnął mnie w stronę kominka.

– Syneczku. – Eileen z całej siły wtuliła się w moje ramiona, gdy cały drżąc, wszedłem do sali, w której leżała moja żona. Odsunąłem ją nieznacznie i pospiesznie podszedłem do leżącej na łóżku kobiety. Jej twarz była mocno opuchnięta, cała naznaczona siniakami i magicznymi okładami, ale nie miałem wątpliwości kim była. Uklęknąłem przy łóżku i leciutko złapałem jej dłoń, po czym przeniosłem spojrzenie na matkę. – Było bardzo źle, ale powoli jej stan się stabilizuje – odpowiedziała na niezadane pytanie. – Liczne obrażenia wewnętrzne zostały w porę wyleczone i żaden narząd nie ucierpiał zbyt mocno. Złamany kręgosłup został całkowicie poskładany. – Przymknęła na chwilę powieki.

– Mamo … co z nią? – spytałem z nadzieją.

– Miała bardzo poważny uraz głowy. – Eileen głośno przełknęła ślinę. – Badali ją już neuromedycy, ale przy pomocy zaklęć nie są w stanie dokładnie określić jej stanu. Z dużym prawdopodobieństwem mogło dojść do poważnych, trwałych uszkodzeń – wyszeptała i mocno ścisnęła mnie za ramię. – Tak mi przykro, synku, tak mi przykro.

– Kto? Kto to zrobił? – Spojrzałem z zaciętością na matkę.

– Nie wiem, syneczku … to … nic nie jest pewne. – Przymknęła powieki i odetchnęła głęboko.

– Mamo, kto mi to zrobił? Kto jej to zrobił? – Ponownie tego dnia nie potrafiłem powstrzymać łez. – Obiecałem jej, obiecałem, że nie pozwolę jej skrzywdzić. Kto to zrobił? – wykrzyczałem.

– Aurorzy, którzy ją tutaj przywieźli wspomnieli, że to schemat typowy dla Sam-Wiesz-Kogo – wyznała. – Ale przecież Sol, nie ma z nim nic wspólnego … prawda?

– Nie … – westchnąłem i wtuliłem się w dłoń żony. Przyjdzie czas, że pomaszczę naszego synka, jej rodziców, ją. Teraz nie miałem na to szans i nie było sensu wmawiać sobie, że było inaczej, ale za jakiś czas … Dobrze się do tego przygotuję i każdy odpowiedzialny za śmierć moich bliskich, będzie błagał o szybką Avadę. Nie zamierzałem się litować nad nikim. Nad nikim, kto skrzywdził moją żonę i syna. Będą cierpieć po stokroć gorzej niż ja, niż moja ukochana, mój Teo. Teraz jednak musiałem się skupić na tym, by nie stracić i jej. Musiałem być silny dla niej i pomóc jej, gdy odzyska przytomność. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogło być inaczej. – Mamo, czy ona … czy … kiedy się obudzi? – spytałem po chwili.

– Nie wiadomo, synku. – Eileen usiadła na krześle i ciężko westchnęła. – Medycy nie chcą na razie niczego przyspieszać. Uznali, że najpierw dadzą jej szansę, by sama się ocknęła.

– Pomóż mi, mamo – poprosiłem. – Nie mogę jej stracić, błagam. Pomóż mi. – Spojrzałem na matkę ze łzami w oczach. – Co mam zrobić? Jak jej powiedzieć, że straciła … że … że Teo … jej rodzice. Merlinie, ona tak bardzo ich wszystkich kocha. Kto zrobił jej coś takiego? Dlaczego jej? Dlaczego? Nigdy nikogo nie skrzywdziła, nigdy mamo.

– Wiem, synku … wiem. – Matka objęła mnie i mocno przytuliła.

– Nie wiem, co mam zrobić, mamo – zaszlochałem. – Pomóż mi. – Eileen poprowadziła mnie do krzesła i nakazała usiąść. – Powinienem ją chronić, mamo. Przysięgałem, przysięgałem, że będzie przy mnie bezpieczna.

– To nie twoja wina, syneczku …

– Powinienem umieć ją przed nimi ochronić …

– Nic nie mogłeś zrobić. – Eileen mocno zacisnęła palce na moich ramionach. – Nic nie mogłeś zrobić, Severusie. To nie twoja wina – powtórzyła.

– Mamo … tak bardzo ją kocham. – Wtuliłem się w ramiona matki i pozwoliłem sobie na kolejne łzy. Czułem, jak z każdą kolejną, która spływała po moich policzkach wzbierała we mnie chęć zemsty i siła do walki. – Mamo, pomóż jej proszę, błagam. Jeśli ją stracę … moje serce przestanie bić. Nie dam rady bez niej.

– Spójrz na mnie. – Eileen nieznacznie się odsunęła i popatrzyła mi prosto w oczy. – Jesteśmy tu z tatą, żeby wam pomóc, wam obojgu. Wiem, jak bardzo cierpisz, syneczku, wiem – westchnęła i chwyciła moje drżące dłonie. – Ale musisz być silny, dla niej. Severusie, nie wiemy w jakim stanie się obudzi. Jest silna, nigdy poważnie nie chorowała i jestem niemal pewna, że fizycznie szybko do siebie dojdzie. Ale … będzie cię potrzebowała, nas wszystkich. Wiesz, że możesz liczyć na mnie, na ojca, w każdej chwili, ale nie wolno ci się załamywać przy niej. Bez względu na to, jak bardzo cierpisz, nie możesz się załamać. Ona będzie cię potrzebowała. Jesteś teraz dla niej jedyną rodziną, Severusie. Jedynym, którego kocha i któremu tak ufa. – Eileen nabrała powietrza w płuca. – Bądź z nią i przy niej bez względu na to, jak bardzo będzie próbowała uciec w samotność, bądź przy niej. Pozwól jej cierpieć, bo tego nie unikniecie. Pozwól jej przeżyć żałobę, daj jej tyle czasu ile będzie potrzebowała i bądź z nią. Niech czuje, że ma twoje wsparcie. Niech wie, że nie jest sama.

– Mamo. – Odetchnąłem głęboko. – Czy … Jak się obudzi … Czy powinna wiedzieć?

– Nie jestem psychomedykiem, ale Solem to zbyt inteligentna kobieta, byś mógł ukryć przed nią … – Pani Snape przymknęła powieki. – Nawet jeśli nic nie powiesz, będzie wiedziała. Nie okłamuj jej. Nie możesz. Nie możesz jej powiedzieć, że jest wszystko dobrze, bo nie jest. Kłamstwem niczego ani nie naprawisz, ani niczego nie ułatwisz. Nie zmienisz tego co się stało. Możesz pomóc swojej żonie i to niech teraz będzie najważniejsze. To na pewno będzie dla niej szok, ale ten szok nie zmniejszy się jeśli to przed nią ukryjesz na dzień czy dwa. Straciła dziecko, Severusie. Straciła Teo, straciła matkę i ojca. Przykro mi synku, bardzo mi przykro. Wiem, że powinnam teraz myśleć o tym jak pomóc tobie, wiem jak cierpisz, ale …

– Mamo – przerwałem jej. – Solem jest teraz najważniejsza. Nie pomożesz mnie, jeśli nie pomożesz jej. Proszę, pomóż mi ją odzyskać. Dopiero wtedy, razem z nią, będę w stanie przeżyć żałobę. Teraz liczy się tylko ona.

Po policzkach Eileen spływały duże łzy. Nie potrafiła już dłużej nad nimi panować i chyba już nie chciała. Nie mogła w tej chwili pomóc ani mnie, ani swojej synowej i pozwoliła sobie w końcu na chwilę słabości. Oparła głowę na moim ramieniu i wciąż próbowała znaleźć słowa pocieszenia dla mnie i dla siebie.

– Przejdziemy przez to razem, syneczku – wyszeptała. – Nie będzie lepiej za dzień ani za dwa, ale stopniowo się z tym uporamy.

Powoli się uspokajałem. Nie miałem pojęcia dlaczego ktoś skrzywdził moją rodzinę ani co mogli od nas chcieć Śmierciożercy. Jej rodzice nie byli ludźmi, o których względy chciałby zabiegać Voldemort. Nigdy też nie zauważyłem jakiegoś zainteresowania Solem. Czego czarnoksiężnik mógł chcieć od dziewczyny robiącej ilustracje? Od mężczyzny pracującego w bibliotece albo sprzedawczyni w małym sklepiku? Czym zawinił mu mały chłopczyk? Przymknąłem powieki i odetchnąłem głęboko. Zrobiło mi się niedobrze na myśl, że musiałem pojechać do Doliny Godryka. Zająć się pogrzebem syna i teściów. Kompletnie nie miałem do tego głowy i najnormalniej w świecie bałem się zobaczyć, to co zostało z domu państwa Stanley. Nie chciałem też teraz opuszczać żony, czułem, że byłem jej potrzebny i chyba sam potrzebowałem być blisko niej.

– Pozwolisz, żeby tata zajął się wszystkim? – spytała Eileen, jakby czytając w moich myślach. Przytaknąłem lekko i odetchnąłem z ulgą. Nie wiedziałem, jak miałbym sam sobie z tym poradzić, jak się z tym zmierzyć.

.: :.

Nie bardzo pamiętałem, jak dotarłem na miejsce pogrzebu. Solem wciąż nie odzyskiwała przytomności, ale medycy byli dobrej myśli. Jej ciało, pod wpływem zaklęć i eliksirów, stopniowo się regenerowało i, jak zapewniali, jej przebudzenie było kwestią czasu. Zatrzęsło mną, gdy wśród ludzi zebranych, by pożegnać moich teściów i synka spostrzegłem Lupina i tylko fakt, że spieszyłem się z powrotem do szpitala powstrzymał mnie przed rzuceniem kilku bolesnych klątw.

– Severusie. – Wilkołak jednak nie pozwolił mi na szybkie odejście. – Co z … – Nie wytrzymałem i mocno zaciskając dłoń na różdżce, odwróciłem się gwałtownie do mężczyzny.

– Sev, spokojnie – Amelia chwyciła mnie za nadgarstek. – Jesteś jej teraz potrzebny. Ja to załatwię. – Uspokoiła mnie i podeszła do Remusa.

Musiałem wziąć kilka głębokich oddechów zanim zdołałem przekroczyć próg szpitala i jakby mi na złość w momencie, gdy byłem już w miarę spokojny wpadłem w drzwiach na Pottera.

– Potter – wysyczałem, ze złością obijając się o ramię mężczyzny.

– Severus. – James spojrzał na mnie z powagą. – Przykro mi z powodu …

– Nie pierdol, że ci przykro – warknąłem. – Przez kilka lat dręczyłeś ją w szkole, nie udawaj, że teraz nagle ci zależy na jej szczęściu.

– Nie jesteśmy już w szkole, a ja nie jestem … – Nie pozwoliłem mu dokończyć. Chwyciłem z całej siły za poły jego szaty i przycisnąłem do ściany.

– Kim, Potter? Skurwielem, dręczącym dziewczyny, które nie chcą iść z tobą do łóżka? – wysyczałem mu prosto w twarz. – Powinienem przekląć ciebie i twoich kolesi już dawno. Teraz nie mam czasu, moja żona walczy o życie. – Ze złością walnąłem nim o ścianę.

– Może byłoby lepiej, gdybyś to zrobił. – James pochylił głowę ze skruchą. – Severus, czy ona … bardzo z nią źle? Mogę coś zrobić? Jakoś pomóc?

– Trzymaj się od niej z daleka, ty, twoi kolesie i twoja popieprzona żona – warknąłem. – Zabiję ją, Potter, jeśli jeszcze raz odważy się wysłać jakiś durny liścik do Solem, jakiś idiotyczny prezent, zabiję ją. Ostrzegam.

– Liścik? – James spojrzał zaskoczony. – Lily pisała do twojej żony?

– Odkąd skończyliśmy szkołę. Nie mów, że nie masz z tym nic wspól...

– Nie mam – przerwał mi lekko zszokowany. – Lily, ona …

Uzdrowiciel Snape wzywana jest pilnie do sali numer 416 – dobiegł mnie kobiecy głos rozchodzący się po całym budynku. Rzuciłem zawistne spojrzenie Potterowi i ruszyłem biegiem do pokoju, w którym leżała moja żona. W drzwiach natknąłem się na matkę wzywaną przez personel.

– Co się dzieje? – spytała medyka, który przy pomocy różdżki sprawdzał czynności życiowe Solem. – Ralph, co z moją synową? – Matka powtórzyła pytanie, podchodząc bliżej.

Spojrzałem przerażony na mężczyznę.

– Zaczyna się budzić – wyjaśnił. – Dobrze, że pan już jest – zwrócił się do mnie. – Eileen, myślę, że będzie najlepiej, jeśli zostawię was samych. Wiesz co robić. – Matka przytaknęła. – Myślę, że damy jej godzinę i dopiero wezwiemy neuromedyka, żeby ją zbadał.

– Zawiadomię Philipsa, gdy tylko się ocknie. – Eileen odetchnęła głęboko i położyła rękę na moim ramieniu, gdy zajmowałem miejsce przy żonie. Gładziłem leciutko jej dłoń, tak jak robiłem to ostatnio każdego dnia i błagałem cichutko, by w końcu podniosła powieki, by spojrzała na mnie swoimi pięknymi, zielonymi oczami.

– Sol, słonko – wyszeptałem, gdy po chwili poczułem ruch jej palców na swojej dłoni. – Solem. – Pochyliłem się nad jej głową i delikatnie pogładziłem włosy. – Kochanie, jestem tutaj. Jestem przy tobie. – Nie przestawałem szeptać i wciąż starałem się uspokajająco dotykać.

– Se … Seve … – Próbowała mnie przywołać. – Teo – wychrypiała z trudem.

– Jestem tu, promyczku, jestem, najdroższa moja. – Serce podskoczyło mi do gardła, gdy usłyszałem jej głos. – Spokojnie, kochana. Spokojnie. – Jej powieki wreszcie lekko zadrgały i po chwili delikatnie je uniosła. Zamarłem i mocniej ścisnąłem jej dłoń. – Sol, słonko.

– Sever … Sev … – jęknęła z trudem. – Co … gdzie … – Z trudem wypowiadała każde słowo.

– Jesteś w szpitalu – wyjaśniłem jej. – Kochana moja. – Pogładziłem delikatnie jej policzek. Eileen pospiesznie podała jej szklankę z wodą i przytknęła do ust.

– Sev – wyszeptała i mocniej chwyciła moją dłoń. – Dlaczego jest tak ciemno? – spytała z wielkim trudem. – Zapal … światło … boję się.

– Jestem przy tobie, najdroższa – wyszeptałem jej do ucha i lekko musnąłem skroń. – Jesteś bezpieczna.

– Solem? – Eileen zbliżyła się do jej łóżka. – To ja, Eileen …

– Mama? – Młodsza kobieta obróciła głowę w jej kierunku. – Co się stało? – spytała słabym głosem. – Dlaczego jest tak ciemno? Severus? Severus? – wypytywała. – Teo? Byliśmy u rodziców. Zabrałeś Teo?

– Słoneczko … – Głośno przełknąłem i spojrzałem z bólem na matkę. – Był wypadek … – urwałem i mocniej ścisnąłem jej dłoń. Nie spoglądała na mnie tylko wpatrywała się wprost przed siebie, nerwowo kręcąc głową i przygryzając dolną wargę. – W domu twoich rodziców, pamiętasz coś?

– Sev … mamo? Co … Gdzie jest Teo? – Jej oddech gwałtownie przyspieszył. – Teo … jest gdzieś tutaj? Na pewno się boi tych ciemności. Severus …

– Skarbie … był wybuch … w domu – wyszeptałem z trudem, przełykając łzy.

– Skarbeńku – Eileen przyszła mi z pomocą. – Twoi rodzice … i … i … i Teo, oni … oni nie żyją. – Kobieta zacisnęła powieki z całej siły, ale i tak nie zdołała powstrzymać łez. Spojrzała z troską najpierw na mnie, a później przeniosła wzrok na synową, która w jednej chwili zamarła.

– Severus? To nieprawda. Powiedz, że to nieprawda – szeptała, mocno ściskając moje palce.

– Słonko … – jęknąłem w odpowiedzi.

– To sen, to tylko zły sen, bardzo zły sen. Severus, pomóż mi, proszę, pomóż mi się obudzić. Proszę. To sen, zły sen. – Nie zdążyłem jej powstrzymać, gdy gwałtownie usiadła na łóżku i próbowała z niego zejść. – Chcę do Teo, zabierz mnie do Teo. – Dziewczyna szamotała się w moich ramionach. Nie miałem pojęcia, co zrobić i mocno, z całej siły przycisnąłem ją do siebie. Nie odwzajemniła uścisku, tylko wciąż próbowała iść przed siebie. – Severus – krzyknęła. – Zabierz mnie do Teo – nakazała. – I zdejmij mi tę głupią opaskę. – Objąłem ją jeszcze mocniej i starałem unieruchomić, gdy zaczęła nerwowo drapać oczy. Eileen w pierwszej chwili zamarła z przerażenia i obawiałem się, że zostanę z tym zupełnie sam. Na szczęście matka szybko oprzytomniała i po chwili wlewała w usta mojej żony eliksir uspokajający.

– Ciii. – Poluzowałem uścisk i leciutko zacząłem gładzić jej plecy. – Jestem tu, kochanie, jestem przy tobie.

– Teo … mama … Severus … jak? Proszę powiedz, że to nieprawda – załkała cichutko i osunęła się bezwładnie w moich ramionach. – Mój maleńki, mój synuś … jak? Kto? Proszę, Severus, błagam powiedz, że to sen, zły sen. – Nie umiałem jej powiedzieć, że nasz synek nie żył, że dziś wyprawiłem dla niego i jej rodziców pogrzeb.

– Jestem tu, jestem – powtarzałem i wciąż lekko gładziłem jej plecy. Uniosłem ją i położyłem na łóżku. Pod wpływem mikstury zaczęła powoli się uspokajać, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Nie miałem pojęcia, dlaczego kazała mi zapalać światło, ale to zdawało się być teraz najmniejszym problemem.

– Co … co się stało? – spytała słabym, ledwie dosłyszalnym głosem. Opowiedziałem jej, omijając wszelkie znane mi szczegóły. Nie pamiętała niczego od chwili, gdy wyszła z domu, ale na to byliśmy przygotowani. Wydawało mi się, że moja żona powoli się uspokajała. Usiadłem bliżej jej poduszki i nieustannie gładziłem jej czarne loki. Oddychała ciężko i pomimo silnych środków uspokajających nie potrafiła powstrzymać łez. Nie wiedziałem co powiedzieć i zrobić. Nie potrafiłem w żaden sposób pomóc żonie. Rozmawiałem wcześniej z psychomedykiem, ale w praktyce nie było odpowiedniego sposobu na przekazanie takich informacji. Przymknąłem powieki i nabrałem powietrza w płuca, by głęboko odetchnąć, gdy nagle z jej gardła wydobył się donośny krzyk. Miałem wrażenie, że wykrzyczała cały żal, jaki w sobie miała. Smutek, pomieszany ze złością. Krzyczała, a z jej oczu płynęły ogromne łzy. Chwyciłem ją z całej siły i mocno przycisnąłem do siebie jej zmęczone, kruche ciało. Nic już nie mówiłem. Pozwoliłem wypłynąć na wierzch wszystkim targającym nią uczuciom. Eileen opadła na krzesło i schowała twarz w dłoniach, a ja pomimo nieustających spazmatycznych krzyków, wciąż lekko kołysałem swoją kochaną Solem. Nie miałem pojęcia, jak jej pomóc, jak ulżyć, więc jedynie niezdarnie trzymałem ją w swych ramionach. Wydawało mi się, że minęły całe wieki zanim zdołała się opanować i wyczerpana krzykiem utonęła w moich ramionach. Dopiero po przyjściu neuromedyka położyłem ją ponownie na poduszkach, ale nie puściłem jej dłoni nawet podczas wykonywanych przez niego badań.

– Dlaczego jest tak ciemno? – dopytywała, a mnie po raz kolejny brakowało słów.

Uzdrowiciele przygotowywali mnie na to, że jej mózg może nie działać poprawnie, ale nie dopuszczałem do siebie myśli, że cokolwiek będzie nie tak. Ignorowałem ich ostrzeżenia i wierzyłem, że moja żona obudzi się cała i zdrowa. Najwyraźniej się pomyliłem, a teraz nie potrafiłem powiedzieć jej, że oprócz syna i rodziców, straciła także wzrok. Sam nie byłem pewien co się stało i wciąż miałem nadzieję, że to coś przejściowego. Jednak nerwowe ruchy matki i ciche pojękiwanie medyka, podpowiadały, że to kolejne nieszczęście, z którym będziemy musieli się zmierzyć.

– Eileen – mężczyzna zwrócił się do mojej matki, kompletnie nas ignorując. – Obawiam się, że twoja synowa …

– Ja tu jestem – warknęła nagle Solem. – Co mi jest? – Phillips mocno się zmieszał, a Eileen posłała mu kpiący uśmieszek.

– Pani Snape. – Tym razem mężczyzna mówił do mojej żony. – Podejrzewam u pani zaburzenie wzroku.

– A ja podejrzewam, że jest pan idiotą – Solem wysyczała przez zęby. – Niech mi pan powie dlaczego tu jest tak ciemno. Sev, proszę, każ mu naprawić to cholerne światło.

– Sol, kochanie. – Mocno chwyciłem jej dłoń. – Niech pan powie co dolega mojej żonie, a jeśli jedyne na co pana stać to stwierdzenie, że ma zaburzenie wzroku, niech się pan stąd wynosi, bo za siebie nie ręczę – warknąłem ze złością na niewinnie wyglądającego uzdrowiciela. Nieco mnie zdziwił wybuch żony. Nigdy nie słyszałem, by była niegrzeczna w stosunku do kogokolwiek, ale z drugiej strony uzdrowiciel zachowywał się tak, że sam miałem chęć nim potrząsnąć. Machał jej nad głową różdżką, zaglądał w oczy i świecił najsilniejszym Lumos, nie wypowiadając ani jednego słowa, a na koniec próbował rozmawiać jedynie z matką i stwierdził oczywiste. Phillips, nieco przestraszony spojrzał z nadzieją na Eileen, ale ta zdawała się podzielać moje zdanie.

– Co jest mojej synowej, Stan? – spytała, zakładając ręce na piersi.

– Nie widzę żadnych fizycznych uszkodzeń narządów wzroku. – Mężczyzna głośno przełknął ślinę. – Wygląda mi to na uszkodzenie skrzyżowania wzrokowego. Muszę jeszcze przeprowadzić bardziej szczegółowe badania.

– Co to oznacza? – spytała już nieco spokojniej Solem.

– Nie wiem dokładnie jaka jest tego przyczyna – wyjaśniał. – Jeśli uszkodzenie powstało w wyniku fizycznego urazu, może okazać się trwałe. Ja jednak podejrzewam, że to wynik neurozy.

– Ale Solem, nie widziała od razu po przebudzeniu, Stan – wtrąciła się Eileen. – Czy to możliwe, żeby neuroza wystąpiła u niej, gdy była nieprzytomna? – Przez cały czas mocno ściskałem żonę za rękę.

– Nie, jednak możliwe jest, że pani Snape przeżyła silną traumę tuż przed wypadkiem. – Uzdrowiciel zamyślił się. – Pamięta pani co się działo? – Solem zaprzeczyła ruchem głowy.

– Czy moja żona odzyska wzrok? – spytałem, głośno wzdychając.

– Nie wiem, panie Snape – odpowiedział krótko mężczyzna. – Jeśli to fizyczny uraz, odbudowanie skrzyżowania wzrokowego będzie niezwykle trudne. Szczerze mówiąc, ja nie znam sposobu, ale nie wykluczam, że istnieją na świecie zaklęcia, które mogą pomóc. Możecie być państwo pewni, że zrobię wszystko, by wróciła pani do zdrowia.

– A jeśli to wynik traumy? – dopytywałem.

– Wówczas jest duża szansa, że jutro obudzi się pani bez żadnych zaburzeń – odpowiedział. – Jednak istnieje duże ryzyko, że nie odzyska pani wzroku przez bardzo długi czas. Być może będzie pani miała przebłyski widzenia. Mogą to być krótkie chwile, a mogą to być nawet miesiące. Ja byłbym jednak dobrej myśli. Osobiście skłaniam się jednak przy uszkodzeniu wzroku w wyniku neurozy, ale pewności nabiorę dopiero po przeprowadzeniu badań.

Głośno odetchnąłem i dopiero po chwili spojrzałem na Solem. Leżała cichutko wpatrzona w przestrzeń przed sobą. Nie byłem pewien, czy słowa medyka do niej dotarły. Czy zdawała sobie sprawę ze swojego stanu, czy była kompletnie gdzieś indziej. Bałem się teraz do niej odezwać i tylko leciutko pogładziłem ją po włosach. Mogłem się tylko domyślać co przeżywała i jak się czuła.

Jeszcze przez chwilę przysłuchiwałem się dyskusji jaką prowadzili matka z Phillipsem, gdy dostrzegłem łzy płynące po jej policzkach. Wiedziałem już, że nie słuchała tego co się dzieje dookoła, że była zupełnie w innym miejscu. Usiadłem przy jej poduszce i mocno przytuliłem ją do siebie. Po raz pierwszy od chwili, gdy się obudziła zareagowała na moją pieszczotę. Z całej siły wtuliła głowę w moją klatkę piersiową i cichutko płakała.

Po konsultacjach i szczegółowych badaniach wykonywanych na jakichś skomplikowanych przyrządach magomednycznych nie stwierdzono fizycznego uszkodzenia skrzyżowania wzrokowego. Poczułem ulgę. Byłem pewien, że zaburzenia nerwicowe, z jakimi przyjdzie nam się teraz zmagać nie będą łatwe do wyleczenia, ale istniała realna szansa, że Solem odzyska wzrok. Ona jednak zdawała się tego w ogóle nie dostrzegać. Leżała na łóżku zapatrzona przed siebie. Nie chciała jeść i niewiele piła, a gdy Amelia próbowała ją jakoś pocieszać, wyrzuciła przyjaciółkę za drzwi. Bardziej niż wrogie nastawienie zaskoczyło mnie, że bez większego trudu, pomimo choroby, użyła zaklęcia i celnie trafiła w kobietę.

Za radą matki, byłem przy niej przez cały czas. Nie próbowałem jej pocieszać, nie sypałem optymistycznymi tekstami i wyświechtanymi zwrotami, byłem. Starałem się przekonywać, by jadła i często nawet sam ją karmiłem. Z oporami, ale poddawała mi się, chociaż czułem, że bardziej ze zmęczenia niż z chęci jedzenia. Martwiłem się. Nie miałem pewności, co wywoływało jej stan. Czy to śmierć bliskich wpędzała ją w coraz większą apatię, czy utrata wzroku. Psychoterapeuci dwoili się i troili przy niej, ale każdego skutecznie ignorowała. Chciałem jakoś jej pomóc, ale z każdym dniem czułem, że coraz bardziej traciłem swoją ukochaną. Powoli zapominałem, jak wyglądała, gdy się śmieje, a czasem obawiałem się, że zapomnę też brzmienie jej głosu.

Starałem się spędzać przy niej cały czas. Nie chciałem zostawiać jej samej, ale też nie chciałem wracać do pustego domu, w którym wszystko przypominało mi naszego syna. Bałem się tej chwili i nie byłem pewien, co zrobić. Przeszła mi przez głowę myśl, żeby sprzedać dom i kupić nowy, ale potrzebowałem do tego jej zgody, a na podobne rozmowy nie była gotowa.

– Severusie, jesteś tu? – Przysypiałem w fotelu, przekonany, że i ona już zasnęła. Poderwałem się nagle i w jednej chwili usiadłem przy niej.

– Jestem, kochanie – odparłem. – Jestem i nigdzie się stąd bez ciebie nie wybieram.

– Pochowałeś ich razem, prawda? – spytała słabym głosem. – Ja wiem, że … że ich tam nie ma, że nie znale... – jąkała się, bojąc wypowiedzieć niektóre ze słów na głos. – Wiem, że ich grób, że to …

– Są tam, promyczku. Są razem – pomogłem jej. – Wszystko co … – zawahałem się, nabrałem powietrza i kontynuowałem – co zostało … są zaklęcia.

– Wiem – przerwała mi. Widziałem, jak z trudem hamowała łzy, głośno przełykając ślinę. – Dziękuję, że to zrobiłeś. To trudne zaklęcia.

– Pomógł mi profesor Flitwick – wyjaśniłem. – Martwi się o ciebie. Jak wszyscy.

– Podziękuj mu ode mnie, dobrze? – poprosiła.

– Oczywiście, kochanie – odparłem.

– Severusie? – Solem próbowała odnaleźć moją dłoń, wodząc wzdłuż brzegu łóżka.

– Jestem tu, słoneczko. – Mocno chwyciłem jej rękę i poczułem jak odetchnęła z ulgą.

– Myślisz, że zaopiekują się nim? – spytała cichutko, ciężko oddychając. – Mama i tata? Naszym syneczkiem?

– Jestem pewien, że się nim dobrze zajmą. – Wolną ręką pogładziłem ją po głowie.

– Byli najcudowniejszymi rodzicami – szepnęła.

– Zaopiekują się nim równie dobrze, jak opiekowali się tobą, promyczku. – Leciutko otarłem spływającą po jej policzku łzę i objąłem ją ramieniem, przyciągając do siebie.

– Jest noc? – odezwała się po chwili.

– Tak, najdroższa – odpowiedziałem i nie mogłem powstrzymać się przed westchnięciem.

– Mógłbyś przytulić mnie dziś do snu? – poprosiła.

– Zawsze, zawsze, gdy tylko zechcesz. – Uśmiechnąłem się do siebie i delikatnie położyłem obok niej.

– Sev? – mruknęła cichutko w moje ramię. – Zabierzesz mnie do domu? Do naszego domu? Czy on wciąż jest?

– Jest, Sol. Czeka na nas – wyszeptałem jej do ucha. – Zabiorę cię tam za kilka dni.

– Jak ja sobie dam radę? – spytała przerażona.

– Dasz. Jestem pewien, że świetnie dasz sobie radę, ale będę tam, w razie gdybyś potrzebowała pomocy. Będę zawsze przy tobie. – Przycisnąłem ją do siebie z całej siły.

– Kocham cię i zawsze będę – szepnęła cichutko i wtuliła się w moją klatkę piersiową.

– Ja też najdroższa, bardzo.

Zdawało się, że z każdym dniem Solem miała się coraz lepiej i uzdrowiciele zapewniali, że niebawem będzie mogła wrócić do domu. Wciąż jeszcze się nie uśmiechała, ale widziałem po jej reakcji, jak bardzo się z tego cieszyła. Nie było żadnej poprawy w widzeniu, ale minęły dopiero trzy tygodnie, a ona od ledwie czterech dni zaczęła przejawiać jakąś chęć do życia.

Byłem zaskoczony, gdy rankiem otrzymałem wiadomość od Dumbledore'a z prośbą o spotkanie. Początkowo nie chciałem zostawiać jej samej, ale matka właśnie kończyła dyżur i obiecała posiedzieć przy niej.

– Severusie, dam sobie radę sama – zapewniała Solem. – Przecież i tak tylko leżę. Idź, odetchnij od tego miejsca, a mną się nie przejmuj. Mama jest po ciężkiej nocy, nie zawracaj jej głowy.

– Na pewno mogę cię zostawić? – spytałem i z troską pogładziłem ją po głowie. – Postaram się szybko wrócić.

– Idź już – nalegała, a na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. Gdy go dostrzegłem miałem ochotę machnąć ręką na dyrektora Hogwartu i wpatrywać się w nią, ale w końcu zagroziła mi zaklęciem i wygoniła za drzwi.

Liczyłem, że Albus Dumbledore będzie miał dla mnie jakieś wieści na temat sprawców wybuchu w domu teściów, ale propozycja jaką usłyszałem od dyrektora mocno mnie zaskoczyła.

– Jeśli szukasz zemsty, Severusie, mogę ci pomóc – zaczął starszy czarodziej bez zbędnego wstępu. – Jest wielu czarodziejów skrzywdzonych przez Sam-Wiesz-Kogo, nie jesteś sam. Wraz z kilkorgiem z nich staramy się walczyć z nim i jego poplecznikami. – Spojrzałem na niego z uwagą. – Zadania jakie rozdzielam między członków Zakonu Feniksa, który tworzymy, nie należą do łatwych i każdy z nich narażony jest na atak ze strony Śmierciożerców.

– Czego pan ode mnie oczekuje? – przerwałem mu. – Zrobię wszystko, by pomścić moich bliskich i chronić żonę. Wszystko, dyrektorze.

– Wiem, że wciąż utrzymujesz bliskie kontakty z niektórymi z nich – zaczął ostrożnie Albus. – Chciałbym, żebyś spróbował do nich dołączyć …

– Chce pan, bym dla niego szpiegował? – Zmarszczyłem brwi. – Jak niby mam to robić? Nawet jeśli uda mi się go jakimś cudem oszukać i przyjmę mroczny znak, w jaki sposób mam wyciągać informacje. Musiałbym być bardzo blisko Sam-Wiesz-Kogo, żeby dowiedzieć się czegokolwiek. To może potrwać lata, a być może nigdy nie uda mi się zdobyć wystarczająco wiele zaufania, by moje informacje się na coś przydały.

– Severusie, dasz Tomowi coś, czego nie będzie w stanie sobie odmówić. – Dumbledore stanął naprzeciwko mnie i spojrzał mi prosto w oczy. – Dasz mu mnie i informacje na temat Zakonu Feniksa. – Odetchnąłem głęboko i przetarłem twarz dłońmi. Propozycja dyrektora, wydała mi się w pierwszym momencie absurdalna, ale jeśli to mogło pomóc w dotarciu do sprawców śmierci Teodora, gotów byłem na wszystko. Wiedziałem też, że Lord Voldemort lubuje się w czarnej magii. Jeśli udałoby mi się zyskać jego zaufanie, być może on pomógłby mi wyleczyć Solem.

– To się nie uda tak po prostu, nie uwierzy mi na słowo …

– Oczywiście, że nie, Severusie – przerwał mi z uśmiechem. – Horacy od lat przebąkuje o emeryturze, a ja od lat zmuszam go do pracy tutaj. Mógłbyś zająć jego miejsce. Wiem, że masz sklep z eliksirami i wiem, że chcesz go nadal prowadzić, ale jestem pewien, że z małą pomocą, nadal będziesz w stanie to robić. Potrzebne eliksiry możesz warzyć tutaj, dam ci prywatne laboratorium wyposażone we wszystko czego zapragniesz.

– Mam chorą żonę, dyrektorze, nie mogę zamieszkać tutaj i zostawiać jej na całe tygodnie. Nie mogę i nie chcę – odparłem.

– Dostaniecie duże mieszkanie z osobnym wejściem, ogródkiem i prywatnym kominkiem podłączonym pod sieć fiuu. – Albus uśmiechnął się dobrodusznie. – Solem będzie miała tutaj należytą opiekę, a i towarzystwa jej nie zabraknie. Jeśli nie będzie chciała zamieszkać w zamku, możesz codziennie korzystać z kominka, nie zamierzam obarczać cię natłokiem obowiązków. Rozumiem waszą sytuację, Severusie i zrobię co w mojej mocy, by wam pomóc.

– Dyrektorze, będę musiał przyjąć mroczny znak, co jeśli …

– Przysięgam ci, Severusie, że jeśli pozostaniesz mi lojalny nie stanie ci się krzywda – przerwał starszy czarodziej, jakby czytając w moich myślach. – Działasz na rzecz Zakonu Feniksa, zostaniesz pełnoprawnym jego członkiem i na mój rozkaz przystąpisz do Śmierciożerców. Obiecuję, że nigdy nie będziesz sądzony jako jeden z nich.

Z niewielkim wahaniem, ale przystałem na propozycję dyrektora i jeszcze tego samego dnia, skontaktowałem się z Lucjuszem Malfoyem. Od kilku lat wciąż wykonywałem dla niego nie do końca legalne mikstury. Domyślałem się dla kogo faktycznie były tworzone, ale kwoty jakie Lucjusz oferował były zbyt kuszące, by przestać. Bałem się też odmówić. Nie popierałem działań czarnoksiężnika, a szczerze mówiąc, był on mi zupełnie obojętny, ale nie chciałem w głupi sposób się narażać. Moja rodzina czymś mu najwyraźniej zawiniła i teraz zamierzałem wykorzystać swoje umiejętności, kontakty i lata spędzone na ćwiczeniu oklumencji i lekcje legilimencji pobierane od teściowej, by pomścić śmierć bliskich. Jeśli Dumbledore i jego głupi Zakon, chcieli mi w tym pomóc, to tylko dobrze dla mnie. Dyrektor nie zdradził mi jeszcze tożsamości pozostałych członków organizacji, ale domyślałem się, że w jej skład wchodzili głównie przeklęci Gryfoni z Potterem na czele. Przeleciała mi przez głowę myśl, że to będzie dobry sposób, by w niedalekiej przyszłości zemścić się też na Huncwotach i Evans.

Po ukończeniu przez nas szkoły, miałem nadzieję, że Lily na zawsze zniknie z mojego życia, ale ta zdawała się mieć inne plany. Nie miałem pojęcia co chodziło kobiecie po głowie i do czego zmierzała, ale bywały chwile, że chciałem ją potraktować wszystkimi niewybaczalnymi jednocześnie. Od czterech lat, moja żona, regularnie dostawała od niej liściki z pogróżkami, klątwami i innymi tego typu nieprzyjemnościami. Nie podpisywała się pod żadnym, ale dobrze znałem jej charakter pisma, a ona nie trudziła się nawet, by użyć prostego zaklęcia do jego zmiany. Już po pierwszym miłym liściku, który zupełnie przypadkiem wpadł w moje ręce, chciałem rozprawić się z dawną przyjaciółką, ale Solem roześmiała się tylko i zapewniła, że ona dobrze się bawiła i żebym dał spokój. Nie chciała pokazywać Evans, że przejmowała się jej pogróżkami i ze spokojem paliła w kominku kolejne liściki. Niechętnie, ale przystałem na jej prośbę, a po jakimś czasie nauczyłem się przechwytywać sowy do niej i sam paliłem listy bez czytania.

Malfoy był tak zachwycony moją propozycją, że już następnego dnia zaprowadził mnie przed oblicze Czarnego Pana. Solem zdawała się czuć dobrze, Eileen dyżurowała cały dzień, a wieczorem miała odwiedzić ją Amelia, dlatego i tym razem zdecydowałem się zostawić ją na kilka godzin w szpitalu.

Zadziwiająco łatwo udało mi się przekonać czarnoksiężnika o swej lojalności, oddaniu i chęci służenia nie tylko swoimi eliksirami. Łatwo przekonałem go do swej niechęci względem dyrektora Hogwartu, ale być może dlatego, że sporo tej niechęci wciąż czułem. Pozwoliłem, by mój umysł zalewały wspomnienia wszystkich niesprawiedliwości jakie spotkały mnie ze strony Dumbledore'a, gdy jeszcze byłem uczniem Hogwartu i Tom Riddle zdawał się mnie świetnie rozumieć. Nie odważyłem się jednak na pokazanie swojej miłości do żony i bólu po stracie dziecka. Nie mogłem pokazać im swojej największej słabości, bałem się, że w przypadku porażki mogliby chcieć ją wykorzystać przeciwko mnie. Nie mogłem tego zrobić, dlatego całe swoje uczucia dla niej schowałem głęboko, jakby nie istniała.

Dopiero w momencie, gdy ukrywałem ją w swym umyśle, coś zakuło mnie w sercu. Nabrałem wątpliwości w słuszność swych działań. Nie zdradziłem jej swoich dokładnych planów, a przecież będę musiał powiedzieć prędzej czy później, jakimi dodatkowymi obowiązkami obarczył mnie dyrektor. Po powrocie ze spotkania z Dumbledore'em opowiedziałem jej o pracy jaką mi zaproponował, mieszkaniu jakie oferował i wszelkich możliwych dodatkach. Zapewniłem też, że nie zamierzałem zrezygnować ze sklepu i sprzedawać domu, co przyjęła z prawdziwą ulgą i już bez wahania zgodziła się zamieszkać w Hogwarcie. Teraz szczerze się przestraszyłem jej reakcji na mój mroczny znak, ale było już za późno, by wycofać się z tego żywym. Przeraziłem się, gdy dotarło do mnie zrozumienie, że nie tylko warzenia eliksirów i szpiegowania Zakonu, będą ode mnie wymagać. Entuzjazm z jakim Mulciber i Malfoy opowiadali o atakach na mugolaków, mocno mną wstrząsnął. Nie pociągała mnie przemoc, zwłaszcza w stosunku do niewinnych i z trudem przywoływałem uśmiech, gdy mężczyźni opowiadali o stosowanych torturach. Nie miał pojęcia, jak sobie z tym poradzić, ale gdy ujrzałem w myślach maleńkie paluszki Teo zaciskające się na mojej wielkiej dłoni, roześmiane twarze państwa Stanley, gdy całowałem Solem po raz pierwszy jako swoją żonę, jej zielone oczy wpatrzone we mnie z miłością, wiedziałem, że nie ma innego wyjścia. Jeśli byłem jedyną osobą w tym Zakonie, która miała szansę zbliżyć się do Lorda Voldemorta, byłem gotów zrobić wszystko, by pomóc go zgładzić.

Obawiałem się tego, jak ona przyjmie moje dodatkowe zajęcie, ale byłem zdeterminowany, by wyjawić jej prawdę od razu. Nigdy niczego przed sobą nie ukrywaliśmy i mówiliśmy sobie o wszystkim, nie chciałem tego zmieniać, nawet jeśli czułem, że ona nie zaakceptuje tego w pełni. Odetchnąłem głęboko i delikatnie pchnąłem drzwi do jej pokoju. Zadrżałem, dostrzegając puste łóżko. Pospiesznie udałem się do gabinetu matki, ale ta była równie zaskoczona i zaniepokojona jej nieobecnością jak ja.

– Severus, wyszłam od niej dziesięć minut temu – tłumaczyła się matka. – Nie spuszczałam z niej oka. Samodzielnie poszła do łazienki i nawet uśmiechnęła się, gdy udało jej się wyjść bez większego trudu. Byłam z niej szczerze dumna. – Matka uśmiechnęła się na wspomnienie coraz większej samodzielności synowej. – Pacjent już na mnie czekał, a ona powiedziała, że za chwilę ma przyjść do niej Amelia. Może zabrała ją na spacer po szpitalu. O, widzisz – wykrzyknęła z ulgą, widząc pannę Bones w drzwiach.

– Gdzie Sol? – spytałem przyjaciółkę.

– Spodziewałam się zastać ją w łóżku – odparła Amelia. – Przysłała mi Patronusa, żebym przyszła chwilę później, nie powiedziała nic więcej … Co się stało, Severus? – Młoda kobieta z przerażeniem wodziła wzrokiem ode mnie do Eileen.

– Nie ma jej. – Przełknąłem głośno ślinę i przestraszony opadłem na krzesło.

Żadne zaklęcia, jakimi próbowaliśmy ją namierzyć nie działały i Eileen po chwili nakazała, by personel niższego szczebla przeszukał cały szpital. W całym budynku i jego okolicy, nie było śladu po Solem.

Kolejny rozdział: „Jak ukoić ból?"