ROZDZIAŁ 14

Rocznica

Solem

Nie czułam się w pełni gotowa do wyjścia z domu. Bałam się i nie bardzo miałam ochotę na towarzystwo obcych i ich ciekawskie spojrzenia, ale nie chciałam psuć nastroju Severusowi.

– Ta pasuje? – spytałam, wyciągając długą, zieloną suknię z szafy.

– Nie – odparł krótko, na co głośno westchnęłam.

– To już nie wiem co mam ubrać. Dokąd idziemy?

– Najpierw coś zjemy, pospacerujemy, zabiorę cię w jedno ciekawe miejsce, później na lody, a na koniec zjemy kolację.

– Ale co mam ubrać? Nic nie pasuje według ciebie – mruknęłam z pretensją.

– Załóż coś wygodnego i mugolskiego. – Przesunął mnie nieznacznie i sięgnął do szafy. – Może być to. – Wcisnął w moje dłonie parę spodni i bawełnianą koszulkę z długim rękawem.

– Dżinsy? Jaki kolor ma ta koszulka? – spytałam, rozkładając w rękach ubrania, które mi podał.

– Granatowy, to ta z takim fajnym dekoltem – wyjaśnił.

– Już wiem. Pomożesz mi znaleźć ciemny stanik? – poprosiłam, po czym bez słowa wyciągnął bieliznę z mojej szuflady. – Dżinsy i koronki – zaśmiałam się, wsuwając majteczki.

– Teraz chcę, by było ci wygodnie, później, będę chciał na ciebie popatrzeć – szepnął mi prosto do ucha.

Solem, Severus! – do naszych uszu dobiegł głos matki, dochodzący prawdopodobnie z kominka w salonie. Severus zarzucił szlafrok na moje ramiona i poprowadził na dół. Poczułam, jak w pierwszym odruchu chciał szybko pobiec, a w następnej chwili wziąć mnie na ręce, ale powstrzymał się przed jednym i drugim, tylko spokojnie oplótł moją dłoń o swoje przedramię i poprowadził do schodów.

– Dzień dobry, mamo – przywitał się grzecznie i posadził mnie na jednym z krzeseł.

– Jak się czujesz, skarbeńku?

Nie byłam pewna, skąd teściowa zwracała się do mnie, a chłodne płomienie sieci fiuu nieco dezorientowały. Poczułam na ramieniu dłoń Severusa, którą nieznacznie pokierował mnie w stronę odbicia matki.

– Dobrze, mamo. – Postarałam się uśmiechnąć. – Przepraszam za wczoraj. Nie wiem co mną kierowało, żeby wyjść tak bez słowa. Przepraszam, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Mam nadzieję, że nie narobiłam kłopotów.

– Nie przepraszaj, skarbeńku. Nic się nie stało. Martwiliśmy się tylko bardzo – zapewniła Eileen. – Solem, chciałabym cię później zobaczyć, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, dobrze? Planowaliśmy cię jeszcze zatrzymać w szpitalu, ale rozumiem, że masz już dość, a twój stan wydawał się być dobry, więc zgodziłam się, żebyś nie wracała, ale proszę, byś pozwoliła mi się odwiedzać codziennie przez kilka kolejnych dni. – Mocno ścisnęłam dłoń męża.

– Mogłabyś tę wizytę zostawić na jutro? – spytał Severus. – Mamy plany na dziś.

– O ile Sol się dobrze czuje i obiecasz, że nie zabierasz jej w jakieś męczące miejsce – odparła z powagą matka. – Proszę, żeby raczej spokojnie spędzała czas, dobrze? – Mimo wysiłków nie zdołałam ukryć rumieńca. – Och, nie o takim spokoju mówię – zaśmiała się Eileen. – Jeśli chodzi o miłe spędzanie czasu tylko we dwoje, nawet z odrobiną wysiłku fizycznego, to jestem jak najbardziej za, dobrze wam to obojgu zrobi.

– Mamo – przerwał jej Severus, a ja wyobraziłam sobie, jak teraz przewraca oczami.

– Co? – prychnęła pani Snape. – Nie zabieraj swojej ślicznej żony do żadnych głośnych klubów, gwarnych restauracji ani na karuzelę, sam zresztą wiesz o co mi chodzi.

– Cholera, zepsułaś nam plany. – Severus udał niezadowolenie. – Mieliśmy pojeździć na konikach.

– Dziś pracuję do późna, ale może przyjdziecie do nas jutro na kolację? – spytała.

Poczułam, że patrzyła na mnie i to ode mnie oczekiwała odpowiedzi.

– Bardzo chętnie. – Uśmiechnęłam się. – Muszę też porozmawiać z tatą o pracy.

– O pracy? – zdziwili się oboje.

– Obawiam się, że moje ilustracje mogłyby nie spełniać oczekiwanych standardów – zażartowałam z krzywym uśmiechem. – Jednak wciąż muszę wywiązywać się z umowy albo zwrócić stypendium.

– Skarbeńku, w ogóle o tym nie …

– Mamo – przerwałam jej. – To magiczna umowa. Nie mogę nie wypełnić jej warunków.

– Mamy oszczędności, kochanie. Starczy na spłatę stypendium. Nie martw się tym teraz – zapewnił Severus. Poczułam palące łzy pod powiekami. Myśli o pracy starałam się dotychczas spychać w najdalsze zakamarki umysłu, ale nie mogłam ciągle odwlekać tego, co nieuniknione.

– Mam nadzieję, że tata zgodzi się, żeby przemianować mój urlop na zdrowotny i może … może za rok mogłabym wrócić do pracy. – Pochyliłam głowę i bezwiednie przygryzłam dolną wargę.

– Na pewno się zgodzi.

Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Eileen była mocno zmartwiona i domyślałam się, że kobieta wątpiła w mój powrót do zdrowia. Nie byłam pewna, czy bardziej mnie to zabolało, zdenerwowało czy zmotywowało, ale poczułam teraz jeszcze więcej siły do walki. Zamierzałam pokazać teściowej i innym, że potrafiłam uporać się z neurozą. Będę przyjmowała eliksiry i sumiennie wypełniała polecenia uzdrowicieli. Będę silna. Muszę być. I pokażę Severusowi, że potrafię się jeszcze śmiać, że ten uśmiech, na który sobie pozwalałam nie był tylko grymasem na twarzy, że w środku też potrafiłam czuć radość i zmuszę go, by poczuł to samo.

– Tenisówki – mruknęłam pod nosem, kiedy Severus wcisnął mi parę butów. – Zaczynam się niepokoić twoimi planami, Severusie.

– Sol, chcę by ci było wygodnie, to wszystko – odparł łagodnie.

– Jestem pewna, że nawet jak będę szła w szpilkach to nie pozwolisz mi upaść. – Wyciągnęłam rękę i odszukałam jego dłoń.

– Możesz być pewna, że nie pozwolę. – Przyciągnął mnie bliżej i ucałował w czoło.

– Pokazać ci sztuczkę?

– Jeśli magiczną, to obawiam się, że znam wszystkie – zaśmiał się.

– Oczywiście, że magiczną i nie, nie znasz wszystkich. – Pokręciłam głową. Ostrożnie usiadłam na krześle i machnęłam różdżką w kierunku, gdzie jak mi się wydawało stały buty, które po chwili posłusznie wciskały się na moje uniesione stopy, a zaraz potem obydwie sznurówki związały się w zgrabne kokardki.

– Obydwa naraz? Jestem pod wrażeniem i faktycznie tej nie znałem – powiedział z uznaniem.

– Mówiłam ci, żebyś też się zapisał na te zajęcia z Zaklęć Wcale Nieprzydatnych – odparłam z wyższością. – Czasem jednak się przydają.

– Przyznaję, teraz żałuję, ale liczę na to, że moja cudowna żona, pokaże mi kilka przydatnych nieprzydatnych. – Podał mi rękę i pomógł podnieść się z krzesła.

– Co masz na sobie? – Byłam zaskoczona, wyczuwając pod ręką długi rękaw marynarki. – Nie zgadzam się. – Wyrwałam się z jego uścisku i palcem wskazałam na górę. – Pójdziesz się przebrać. Nie będę z tobą nigdzie chodzić, dopóki nie ubierzesz się odpowiednio.

– To tylko marynarka, jest chłodno – zaperzył się.

– I masz na sobie dżinsy, a pod marynarką koszulkę? – spytałam sceptycznie. – Severusie Snape, nie próbuj wykorzystać faktu, iż nie widzę – dodałam groźnie. – Odstroiłeś się w garnitur i niech sprawdzę … – wyciągnęłam do niego rękę i w pierwszym momencie wykonał ruch, by się odsunąć, ale na moje szczęście stał w miejscu. Przejechałam dłonią wzdłuż jego ubrania. – Surdut, wiedziałam. Od razu podejrzane mi się wydało to długie wybieranie ciuchów dla mnie. Sam nie wiedziałeś co masz ubrać. Pójdziesz na górę i ubierzesz się przyzwoicie – nakazałam.

– No to co mam ubrać? – spytał niezadowolony. – Nic się przed tobą nie ukryje – burczał pod nosem, ale posłusznie udał się do sypialni, by się przebrać.

Zwykle nie przeszkadzała mi nadmierna elegancja męża, ale tym razem bardzo nie chciałam zwracać na siebie uwagi, a ubrana w dżinsy i tenisówki, z mężczyzną w surducie u boku, na pewno wzbudzałabym zainteresowanie. Starałam się wyluzować, ale wciąż nie byłam pewna wyjścia. Nie radziłam sobie z najprostszymi czynnościami i obawiałam się nawet wyjścia do toalety, ale wiedziałam też, że Severus nie pozwoli mnie skrzywdzić. Ufałam mu bezgranicznie.

– Chcesz sobie jeszcze pomacać? – spytał z ironią, stając obok mnie.

– Na przyjemności trzeba sobie zasłużyć – odparłam.

– Przypomnę ci o tym wieczorem.

– Sev – szepnęłam mu do ucha, gdy sadzał mnie przy stoliku w restauracji. – Nie poradzę sobie. – Westchnęłam i posmutniałam. Spacer spokojnymi alejkami Londynu dobrze mi zrobił, ale gdy dotarliśmy do mojej ulubionej knajpki, nabrałam wątpliwości. Mogłam rzucić zaklęcie, by jedzenie nie spadało z widelca i nie poplamiło ubrań, mogłam je nawet tak zaczarować, by sztućce same mnie karmiły, ale byliśmy w mugolskiej restauracji i tak naprawdę nie mogłam nic.

– Poradzisz sobie, kochanie – zapewnił mnie i ścisnął mocno dłoń. – Siedzimy w miejscu, gdzie nikt nas nie widzi, myślę, że jeśli będziesz potrzebowała możemy użyć zaklęcia, a jak nie, możemy karmić się nawzajem – zaśmiał się i ucałował moją skroń.

– Zamówisz mi sałatkę? – poprosiłam cichutko, mając nadzieję, że z tym bez trudu sobie poradzę.

– Nie, zamówię ci to co lubisz najbardziej – odparł twardo.

– Żebym mogła najeść się lodami to będzie musiała być naprawdę bardzo duża porcja. – Pokiwałam głową i udałam zamyślenie.

– Lody zjemy później, kochanie. – Severus z czułością pogładził moją dłoń. – Musisz zacząć porządnie jeść, dobrze? Obiecaj, że będziesz jadła jak należy. Strasznie zmizerniałaś – dodał z troską.

– Dobrze, obiecuję, ale pod warunkiem, że i ty obiecasz otłuścić nieco te swoje wystające kosteczki. – Uśmiechnęłam się i przysunęłam bliżej męża. Odetchnęłam, gdy objął mnie ramieniem i oparłam na chwilę głowę na jego barku.

– Ziołowy stek jagnięcy, z pieczonymi ziemniakami i sałatka z ogórka – wyjaśnił mi co zamówił, a mnie na samą myśl o pysznym kotleciku zaburczało głośno w brzuchu. Wmawiałam sobie, że to przecież głupi stek i dam sobie z nim radę. Nie raz korzystałam z noża i widelca, i nigdy też nie miałam problemów z trafieniem do celu. Jednak, gdy kelner przyniósł w końcu zamówienie, zwątpiłam i miałam ochotę wyjść. Gdyby nie wciąż mocno obejmujące mnie ramiona Severusa, uciekłabym daleko stąd. Wodził nosem po moim uchu i szyi, co i rusz składając na niej delikatne buziaki.

– Ślicznie pachniesz – mruknął mi do ucha i podał kęs mięsa do ust. Przymknęłam powieki i starałam się odegnać zażenowanie tym, że byłam karmiona w restauracji. Severus wciąż nie wypuszczał mnie z ramion. Szeptał czułe słowa i powoli karmił nas oboje, a z każdą chwilą mój wstyd znikał.

– Mam najcudowniejszego męża na świecie – szepnęłam cichutko, wtulając się w niego.

– Kocham cię, słoneczko moje. Bardzo i dziękuję, że zgodziłaś się dziś wyjść – odparł i pocałował mnie w usta.

– Czy my jemy z jednego talerza? – spytałam zaintrygowana.

– Yhy, ale nie martw się mamy dwie porcje – odpowiedział z uśmiechem.

– Gapią się nas, prawda? – Westchnęłam, ale było mi to zupełnie obojętne. Przestało mi przeszkadzać, że patrzyli na nas inni i karmiący mnie mąż. Był przy mnie, uśmiechał się i nic więcej się nie liczyło.

– Kelner jest dyskretny, chociaż widziałem, że próbował gapić się w twój dekolt, jak zdjęłaś sweterek – odparł z niezadowoleniem. – Chyba dość szybko zorientował się, że raczej nie pozwolę mu bezkarnie patrzeć na to, na co mogę patrzeć tylko ja. – Zachichotałam. – Gości jest niewielu. Jakaś para, koło trzydziestki, trzy stoliki dalej ciągle się o coś kłócą. Ona co chwilę wymachuje przed nim jakimiś papierami, a on ze złością kroi duży stek – opowiadał. – Przy stoliku naprzeciwko nas, siedzi kobieta koło czterdziestki z mężczyzną koło sześćdziesiątki. Nie rozmawiają, ale ona spogląda wciąż w naszą stronę i puszcza mi oczka. Właśnie odpięła jeden z guzików swojej bluzki i dziwnie się oblizała.

– Podrywa cię? – spytałam zaniepokojona. – Powiedz mi dokładnie, gdzie siedzi, to rzucę w nią jakąś klątwę – dodałam bojowo.

– Sam zaraz czymś w nią rzucę, bo to co robi odbiera mi apetyt – odparł z niesmakiem.

– Gapisz się na nią? – Zacisnęłam usta i zmarszczyłam czoło.

– Nie gapię się, ale ona siedzi centralnie naprzeciwko mnie, nie mam wyboru – tłumaczył się. – Jest jeszcze jakiś mężczyzna, trzydzieści pięć – czterdzieści lat, nie spodobałby ci się, blondyn i wciąż wygląda przez okno. Chyba na kogoś czeka.

– Skąd wiesz, że nie spodobałby mi się? – spytałam z zaciekawieniem.

– Blondyn – powtórzył.

– No i?

– To i, że nie spodobałby ci się i już. – Severus udał obrażonego. – Nie lubisz blondynów.

– Od kiedy? – Droczyłam się z nim.

– Od zawsze – warknął.

– Ciekawe. – Zamyśliłam się.

– Co jest takie ciekawe, jeśli można wiedzieć? – spytał nieco urażonym tonem.

– Zastanawiam się, czy kiedyś podobał mi się jakiś blondyn – odparłam, wciąż udając, że myślę.

– Powiedz tylko, który …

– Nie – odparłam stanowczo. – Nigdy żaden blondyn ani rudy. Chociaż … pamiętasz tego wysokiego chłopaka ze Slytherinu, z roku wyżej od nas?

– Nie, nie pamiętam. W Slytherinie nie było żadnych blondynów, w ogóle w Hogwarcie nie było blondynów – odpowiedział poważnie.

– Dumbledore dyskryminuje jasnowłose dzieci? To oburzające, Severusie. – Udałam zniesmaczenie i roześmiałam się, wyobrażając sobie minę męża. – Tylko ty mi się podobasz – wyszeptałam mu do ucha i lekko je przygryzłam. Chwycił moją twarz w dłonie i czule pocałował. – Jestem pewna, że żaden blondyn, żaden rudy ani żaden inny brunet nie całuje tak, jak ty.

– Dokąd idziemy? – Spytałam z niepewnością.

– Zobaczysz – odparł tajemniczo i mocniej chwycił moją dłoń. – Jesteśmy kilka ulic od naszego domu. Amelia powiedziała mi o tym miejscu i myślę, że ci się spodoba.

Po raz pierwszy od bardzo dawna czułam się dobrze. Jednak wciąż w mojej głowie pojawiała się malutka iskierka niepokoju podsycana tym, że lada dzień mój mąż będzie musiał wrócić do pracy. Posada w Hogwarcie czekała na niego dopiero od stycznia, ale do tego czasu musiał znaleźć jeszcze jedną osobę do sklepu i przygotować tyle zapasów ile się da. Bałam się chwili, gdy zostanę sama w domu. Nie czułam się zbyt pewnie i wydawało mi się, że bez niego sobie zupełnie nie poradzę.

Na myśli o tym, że będzie musiał spotykać się z Lordem Voldemortem przeszywały mnie dreszcze i odpychałam je daleko od siebie. Z tego co powiedział mi Severus, będzie oczekiwał od niego wszelkich możliwych wiadomości na temat Dumbledore'a i Zakonu Feniksa i warzenia mikstur. Trochę mi ulżyło, że czarnoksiężnik nie zamierzał traktować mojego męża jak jednego ze swoich wojowników, trzymanych w szeregach śmierciożerców tylko i wyłącznie po to, żeby torturować niewinnych mugoli, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że przyjdzie taki moment, gdy i on będzie musiał udowodnić swoje oddanie sprawie.

Voldemort rósł w siłę z dnia na dzień i zdawało się, że już nikt nie był w stanie go pokonać. Nie miałam pojęcia czym dokładnie zajmował się Zakon, ale byłam pewna, że Dumbledore wiedział co robi. Był potężnym czarodziejem i pomimo swojej antypatii do niego, ufałam w słuszność jego działań. Miałam świadomość nieuniknionego. Nadszedł czas, kiedy wygrana nieuchronnie wiązała się z poświęceniem. Obawiałam się tylko, że właśnie tak traktował mojego męża dyrektor Hogwartu i byłam zdeterminowana zrobić wszystko, by Severus nie stał się jedynie ofiarą w imię dobra. Jeśli była jeszcze dla mnie nadzieja na szczęście, to nie zamierzałam poświęcać go dla wygranej Dumbledore'a, nie zostanę zgorzkniałą wdową tylko dlatego, że ktoś próbował wykorzystać słabość Severusa. Odetchnęłam głęboko w myślach i wtuliłam się mocno w mężczyznę obok. Zabrali mi już zbyt wiele, bym mogła pozwolić odebrać sobie i jego.

– Powiesz mi teraz, gdzie jesteśmy? – spytałam, czując, że wprowadzał mnie do jakiegoś budynku.

– Normalnie powiedziałbym ci, żebyś spróbowała rozpoznać zapach, ale ten raczej nie będzie dla ciebie znajomy – szepnął mi do ucha. – Jesteśmy w bibliotece.

– W bibliotece? – zdziwiłam się. – Sev, mam kilka książek do czytania w domu, a w czytelni raczej nie mogę korzystać z zaklęcia głośnego czytania.

– To mugolska biblioteka dla niewidomych – odparł, a ja chciałam mu powiedzieć, że wcale nie jestem niewidoma, że nie będę widziała tylko przez chwilę, ale się powstrzymałam. Bez względu na to, jak długo potrwa mój stan, byłam niewidoma i chyba powinnam zacząć to przyswajać. – Pomyślałem, że zamiast wciąż studiować jakieś księgi zaklęć i czytać nudną, czarodziejską literaturę, miła odmiana w postaci mugolskiej klasyki dobrze ci zrobi.

– Jak mam je czytać? Mugolskich książek nie przeczyta mi zaklęcie.

– Mugole mają swoje własne zaklęcia – zaśmiał się i poprowadził mnie na jedną z ławek. – Jest tutaj wielki dział z książkami czytanymi przez lektora i nagranymi na płytę. Można ich słuchać tutaj, ale można też poprosić, by nagrali je na takie urządzenie i zabrać do domu. Możesz słuchać ich tak jak normalnej muzyki, jeśli masz mugolski przyrząd, ale kiedy na przykład nie chcesz przeszkadzać innym, może założyć na uszy takie coś i słuchać przez to.

– To się nazywa słuchawki. – Pokiwała głową, uśmiechając się ironicznie. – Chodziłam na mugoloznawstwo, a Amelia jest prawdziwą fanką mugolskiej techniki. W dormitorium wciąż słuchała ich muzyki na takim małym, płaskim czymś, aż Flitwick jej to zabrał, bo używała tego na lekcjach.

– Pomogła mi kupić dla ciebie takie właśnie jedno płaskie coś – odparł i podał mi małe pudełeczko. – To iPod – wyjaśnił. Chciałam powstrzymać łzy, ale te z jakiegoś powodu popłynęły po moich policzkach. – Przepraszam, zrobiłem coś nie tak?

– Nie, Severus … jesteś cudownym mężem. Najcudowniejszym – odparłam, z trudem łapiąc oddech i powstrzymując wzruszenie. – Dziękuję – wyszeptałam i wtuliłam się w jego ramię. – Sev, twoja mama nie wierzy, że odzyskam wzrok, prawda?

– Nie wiem, słoneczko – odpowiedział szczerze. – Oni, uzdrowiciele chyba wciąż nie są do końca zgodni co wywołało twój stan i dlatego tak trudno to leczyć. Ale ja znam cię trochę lepiej niż oni i wiem, że sobie poradzisz. Myślę, że to w dużej mierze zależy od ciebie, a wiem, że potrafisz stawić czoło największym przeciwnościom. Potrafisz, prawda? Nie poddawaj się tylko dlatego, że jest ktoś, kto nie wierzy w twoje wyzdrowienie. To jest w tobie, Sol. To zależy tylko od ciebie. – Chwycił moją twarz w dłonie i przywarł czołem do mojego. Pokiwałam nieznaczenie głową.

– W twoich ustach brzmi prosto.

– Wiem, że nie jest, słoneczko – westchnął. – Wiem, że samo picie tych paskudnych eliksirów jest zniechęcające, ale popracuję nad nimi, obiecuję. Może uda mi się coś zrobić, żebyś nie czuła się po nich tak źle.

– Nie są takie złe – zapewniłam, ale z mojej twarzy dało się wyczytać, że było zupełnie inaczej. Martwił się, gdy początkowo nie chciałam przyjmować żadnych leczących mikstur. Podawano mi je siłą, co potęgowało złe samopoczucie i wzmagało migrenę. Eliksiry, które zażywałam na odbudowę skrzyżowania wzrokowego i neurozę, nie powinny wywoływać żadnych skutków ubocznych i początkowo zarówno on, jak i medycy w szpitalu, byli przekonani, że nie chciałam ich zażywać tylko i wyłącznie z powodu depresji. Po jakimś czasie przestałam ich przekonywać, że źle się po nich czułam, tylko z pokorą wypijałam zalecane dawki i już bez słowa skargi obficie wymiotowałam i cierpiałam z powodu migren. Ani on, ani uzdrowiciele nie mieli pojęcia dlaczego tak się działo, ale upierali się, że tylko w taki sposób mogłam dojść do zdrowia, dlatego pozwalał mi je zażywać. Z dużym prawdopodobieństwem będę musiała pić je przez jeszcze bardzo długi czas, dlatego rozpoczął dość intensywne prace nad alternatywnymi miksturami, takimi które chociaż w maleńkim stopniu zniwelują uboczne dolegliwości.

– Myślisz, że mają tutaj Dickensa albo Kiplinga?

– Jestem przekonany, że mają – zaśmiał się i pociągnął mnie w stronę bibliotekarki.

– Jak wygląda? – spytałam, gdy odchodziliśmy od wysokiej lady, przy której zostaliśmy obsłużeni.

– Wysoka blondynka z du... długimi włosami – odparł od niechcenia.

– To nawet pomimo dużego biustu, jestem spokojna, że ci się nie spodobała – zażartowałam.

– Skąd ten wniosek? – Czułam, jak unosił brew.

– Nie podobają ci się blondynki.

– Mhm... ciekawe. – Udał poważne zamyślenie. – Jak miała na imię ta z piątego roku, z Huffelpufu? Miranda? Milena? Coś na M.

– Myślałam, że ustaliliśmy, iż w Hogwarcie nie uczą się blondyni – odparłam z krzywą miną.

– Blondyni, nie mówiliśmy o blondynkach – poprawił mnie Severus.

– Podobała ci się? Ta Micośtam? – spytałam z zafrasowaną miną.

– A jeśli nawet? – droczył się, ale ja jedynie wzruszyłam ramionami. – Kocham cię, słoneczko. Nie znam blondynki z Huffelpufu, w ogóle żadnej blondynki. A ta bibliotekarka ma sto lat.

– Severus, jestem świadoma tego, że na świecie są ładne kobiety, które podobają się mężczyznom i to niekoniecznie coś znaczy, ufam ci, a pytając o wygląd, miałam na myśli bibliotekę, nie bibliotekarkę – westchnęłam głośno i po chwili wsłuchiwałam się w opowieść męża o poszczególnych pomieszczeniach, po których mnie teraz oprowadzał za zgodą jednego z pracowników.

Severus

Początkowo planowałem zabrać ją na kolację do jednej z restauracji w Hogsmeade, ale czułem, że to nie najlepszy pomysł. Już podczas obiadu dużo czasu i cierpliwości potrzebowałem, by zmusić ją, żeby się trochę rozluźniła, a w wiosce zapewne byłby dużo większy ruch. Miałem jednak inny pomysł w zanadrzu. Z dala od ludzi, zgiełku, wścibskich spojrzeń, miejsce, które pokochała od pierwszego wejrzenia, do tego stopnia, że uparła się, by tam wziąć ślub.

– Gdzie jesteśmy? – spytała, gdy aportowaliśmy się na miejscu.

– Wsłuchaj się i zgadnij – odparłem i stanąłem za nią, obejmując ją w pasie.

– Morze? – Przymknęła powieki i wsłuchiwała się w szum wody. – Plaża Kearvaig? Nie byliśmy tu od ślubu – westchnęła.

– Nic się nie zmieniła. – Przycisnąłem ją mocno do siebie. – Nie za chłodno ci? – Obróciłem ją przodem i objąłem jeszcze szczelniej ramionami.

– Nie, mam ciepły sweter i jeszcze cieplejsze ramiona – odparła i wtuliła głowę w moją klatkę piersiową. – To nie tak miało być – szepnęła po chwili.

– Nie – odpowiedziałem cicho i pozwoliłem, by wypuściła długo wstrzymywane łzy. – Chcesz wracać? To chyba nie był najlepszy pomysł.

– Nie – krzyknęła, podrywając głowę. – To był bardzo dobry pomysł, przepraszam. Bardzo chcę tu jeszcze chwilę zostać.

– Nie jesteś zmęczona? – Odsunąłem ją nieznacznie i spojrzałem na jej twarz. Uśmiechnęła się i zaprzeczyła ruchem głowy. – Głodna?

– Trochę, ale w domu wciąż nie ma nic do jedzenia – odparła.

– W domu nie, ale w morzu pełno ryb – stwierdziłem z powagą.

– Rozumiem, że przywołasz je tu przy pomocy accio, a co z ich wypatroszeniem, przyprawieniem i upieczeniem? – westchnęła.

– Wiesz, że nie lubię ryb – mruknąłem. – Miej trochę wiary w męża, kobieto.

– Moją wiarą to się raczej nie najemy, chociaż nie wiem jak bardzo wierzyłabym w twoje umiejętności – odburknęła.

– W takim razie sam zjem co kupiłem na wynos w restauracji – odparłem z przekąsem i powiększyłem koc, który przezornie zabrałem z domu.

– Och – jęknęła, zbliżając głowę do podgrzewanej przy pomocy zaklęcia kanapki z kurczakiem. – Ładnie pachnie.

– I smakuje całkiem dobrze. – Rozsiadłem się wygodnie i najgłośniej jak potrafiłem wgryzłem w chrupiącą kanapkę.

– Jest z cheddarem? – spytała od niechcenia.

– Yhy – wymruczałem z pełną buzią.

– I sałatą lodową? – Solem ze smutkiem wykrzywiła usta.

– I z ogórkiem – dodałem. – A ser się całkiem dobrze stopił na kawałkach kurczaka. Pycha. Nie martw się, w domu są jeszcze tosty i dżem. – Z uśmiechem obserwowałem jej pełną nadziei minę, gdy dość donośnie upiłem łyk kawy.

– Powinniśmy już wracać – zakomunikowała po chwili.

– No co ty, mam jeszcze cztery kanapki do zjedzenia i trzy kubki kawy – odparłem z oburzeniem. – A może, może chcesz się poczęstować? – spytałem ze śmiechem.

– Kawałeczek, skoro ty już nie możesz, to szkoda, żeby się zmarnowało – odpowiedziała, ciężko wzdychając.

– Dla ciebie mam jedną z tuńczykiem i jedną z wołowiną, ale mogę wymienić wołowinę na kurczaka, jeśli wolisz. – Odłożyłem kanapkę i przesunąłem Sol bliżej siebie.

– Mam nadzieję, że mówisz o kanapkach nie kawie. – Odwróciła się do mnie przodem i dość sprawnie związała w kucyk włosy rozwiewane przez wiatr. – Wybierz takie jak lubisz. Jestem tak głodna, że i tuńczyka w kawie zjem.

Ze śmiechem obserwowałem, jak pochłaniała kanapki, nie przejmując się tym razem, że ktoś na nas patrzył. Byliśmy sami.

– Jesteś piękna – wyszeptałem, zbliżając swe usta do jej. – Jest już ciemno – mruknąłem, układając ją na kocu i rzuciłem na nas zaklęcia ogrzewające.

Do domu wróciliśmy późną nocą i Solem ledwie wtuliła się we mnie, zasnęła. Pogładziłem ją leciutko po włosach i mocno do siebie przycisnąłem.

– Nie rób mu krzywdy, proszę. – Obudził mnie cichy głos żony. Leżała na poduszce obok i mocno przyciskała ręce do piersi. – Tato – krzyknęła. – Zabiłeś … dlaczego? Błagam nie rób krzywdy mojemu dziecku, oddam ci wszystko, zrobię wszystko, błagam. Mamo, uciekaj. Uciekaj stąd, mamo! – krzyczała, coraz mocniej szamocząc się na łóżku. – Czego chcecie ode mnie, czego chcecie od Teo … – Po jej czole zaczęły spływać krople potu. Próbowałem ją obudzić, ale nic nie pomagało. Coraz gwałtowniej przewracała się na łóżku. Z przerażeniem wsłuchiwałem się w jej pełen bólu krzyk i niezbyt zrozumiałe słowa. Mówiła, że nie pamiętała niczego z wypadku, ale te wspomnienia najwyraźniej utknęły gdzieś w głębi jej umysłu, a to co mówiła wskazywało na to, że nie był to szybki, przypadkowy atak śmierciożerców. – Nie skrzywdź go, błagam … mój Teo … błagam nie zrób mu krzywdy … – Nagle poderwała się i z głośnym krzykiem usiadła na łóżku. Chwyciłem ją mocno w ramiona i przytuliłem z całej siły. Płakała, a jej oddech wciąż mocno przyspieszał.

– Jestem tutaj, jestem tu, kochanie, jestem. – Próbowałem ją uspokoić, gdy wciąż szamotała się w moich objęciach. – Nikt cię już nie skrzywdzi, nikogo tu nie ma. Jestem tu, jestem z tobą – powtarzałem łagodnym głosem. – Po dłuższej chwili poczułem, jak rozluźniła mięśnie i próbowała opanować oddech. – Kto ci zrobił krzywdę, najdroższa? – Spróbowałem coś z niej wyciągnąć.

– Nie wiem, nie pamiętam – wyszlochała. – Zabili tatę, gdy chciał mi pomóc, a później mama … krzyczałam żeby uciekała, ale też chciała pomóc. Severus … pomóż mi, proszę. Tak bardzo się boję, tu jest tak ciemno, tak się boję. Chcieli mi go zabrać, Teo, ale on płakał, tak mocno płakał. Nie oddałam go im, a później było ciemno i straszny huk. Teo tam był, w tym huku i płakał tak bardzo, a ja nie mogłam go znaleźć. Nic nie było widać, tylko głośno … i ciemno – szlochała.

Pospiesznie przywołałem fiolkę z eliksirem uspokajającym i podałem żonie.

– Już, kochanie. Jesteś bezpieczna. Jestem tutaj – szeptałem do jej ucha i leciutko kołysałem.

– Tu jest tak ciemno – powiedziała cichutko i powoli zaczynała się uspokajać.

– Sol, promyczku. – Odetchnąłem głęboko. – Z kim miałaś spotkać się tamtego dnia w Dolinie Godryka? – Zaryzykowałem pytanie, które nurtowało mnie już od dłuższego czasu.

– Tylko z rodzicami, obiecałam też twojemu tacie, że go odwiedzę zanim wrócę do domu – odparła zaskoczona.

– Gdy wróciłem, na stole znalazłem pergamin, w którym ktoś zapowiada się z wizytą w domu twoich rodziców. Nie było podpisu, ale z treści wynikało, że byliście już wstępnie umówieni – wyjaśniłem pytanie.

Solem zamyśliła się przez chwilę, a po jej policzkach ponownie zaczęły spływać łzy.

– Nie pamiętam. – Rozpłakała się ponownie.

Przytuliłem ją mocno i położyłem razem z nią na poduszce. Zaczynałem mieć coraz więcej wątpliwości, czy za atak na moją rodzinę odpowiedzialni byli śmierciożercy. Wciąż nie znajdowałem motywów, ale niestety nie miałem też pomysłów kto inny mógł chcieć nas skrzywdzić. Wmawiałem sobie, że atak skierowany był głównie do teściów, ale teraz coraz częściej zaczynałem bać się o bezpieczeństwo swojej żony. Jeśli to nie teściowie byli celem tylko ona, ktoś wciąż mógł próbować ją zabić. Nie miałem tylko pojęcia dlaczego.

Kolejny rozdział:„Chybiona propozycja"