ROZDZIAŁ 16
Kandydaci
Solem
– Severusie, jesteś tu? – Od dłuższej chwili w salonie panowała grobowa cisza i zaczynałam mieć wątpliwości, czy mąż wciąż mi towarzyszy.
– Mhm – mruknął cicho.
– Od dobrej godziny nie narzekasz na brak odpowiednich kandydatów, ani razu też nie zwątpiłeś w inteligencję magicznego świata, czyżbyś kogoś znalazł? – spytałam sceptycznie z drugiego końca pokoju, gdzie w spokoju przeglądałam sporą kupkę podań.
– Co? – Severus poderwał nagle głowę i chyba niechcący trącił wciąż piętrzący się stos pergaminów. – Nie … yyy … nie znalazłem.
– Co robisz, Severusie? – Wstałam od małego stolika i ruszyłam pewnym krokiem w stronę kanapy, którą zajmował mój mąż. – Co tam masz? – Wyciągnęłam ręce, ale nie pozwolił mi sobie odebrać trzymanych papierów. Odsunął się, jednocześnie wyrywając moją różdżkę z dłoni.
– Nic co mogłoby cię zainteresować – zaśmiał się, widząc moje zmarszczone czoło i groźną minę.
– Doprawdy? Chciałabym wiedzieć co takiego odrywa cię od pracy i nie wmawiaj mi, że czytasz te przeklęcie nudne podania – warknęłam i niepewnie zbliżyłam się do niego.
– Spadniesz za chwilę z tej kanapy jak będziesz tak wymachiwała tymi łapskami, a ja nie mam wolnej ręki żeby cię złapać – sarknął i uniósł ręce wyżej, tak bym nie mogła sięgnąć tego co w nich trzymał.
– Severusie Snape, oddawaj moją różdżkę – krzyknęłam, udając jeszcze większe rozzłoszczenie.
– Ani mi się śni … – Nie zdążył dokończyć, gdy nagle trzymane przez niego pergaminy wyleciały w powietrze i poszybowały prosto do mojej dłoni. – Ty mała, podstępna wiedźmo, to było nie fair.
– Nie fair to jest to, że najwyraźniej miałeś w rękach coś mojego – zirytowałam się. – Bez różdżki potrafię przywołać tylko to, co należy do mnie. Oddawaj mi ją – warknęłam i przezornie schowałam pergaminy do kieszeni szaty.
– Oddam ci różdżkę, jak ty mi oddasz to, co przed chwilą zabrałaś. – Uśmiechnął się zjadliwie.
– Severus – mruknęłam i rozsiadłam się na kanapie z obrażoną miną. – To co robisz jest nie fair. Wiesz, że nie przeczytam tego bez różdżki.
– Wiem, dlatego ci jej nie oddam – odparł z przekąsem i rozsiadł obok mnie. – Znalazłaś kogoś ciekawego w tych papierzyskach? – spytał, obejmując mnie ramieniem.
– Wybrałam jedno podanie, ale nie jestem pewna, czy ci się spodoba – odpowiedziałam, wzdychając. Wyrwałam się nagle z jego ramion i chwyciłam swoją różdżkę, którą odłożył na stoliku. Zamarłam, trzymając ją pewnie w dłoni.
– Sol? Jak … u licha zdołałaś ją tak szybko podnieść? – Severus chwycił za rękę, w której trzymałam drewniany patyk. – To jakieś zaklęcie lokalizujące?
– Nie, nie wiem – odparłam niepewnym głosem. – Wydawało mi się, że widzę, jak ją kładziesz i po prostu była tam, gdzie założyłam. – Odetchnęłam głęboko i przymknęłam powieki.
– Wszystko w porządku, słoneczko? – Objął mnie i posadził wygodniej na kanapie. – Sol? – powtórzył, gdy nie zareagowałam. Moja wyobraźnia po raz kolejny płatała mi figla. Rozbawiło mnie nakrycie Severusa na obijaniu i bardzo chciałam się dowiedzieć, co ważnego odciągnęło go od pracy. Byłam zdeterminowana, żeby sprawdzić, jakie papiery przykuły jego uwagę i przez jedną krótką chwilę zobaczyłam, jak odkładał moją różdżkę albo wydawało mi się, że zobaczyłam.
– Wszystko dobrze. – Uśmiechnęłam się.
– To nie pierwszy raz, prawda? – spytał bacznie mi się przyglądając. Pokręciłam jedynie głową i mocniej ścisnęłam swoją różdżkę. – Często?
– Nie wiem, Severus – odparłam z rezygnacją. – Nie wiem, czy to co widzę to prawda, czy tylko moja wyobraźnia wraz z wyostrzonym słuchem płatają mi figla.
– Mówiłaś uzdrowicielowi?
– Nie i proszę nie mów na razie mamie. – Zwróciłam do niego głowę z błagalnym wyrazem twarzy. – Będą mnie znowu badać i sprawdzać, i jeszcze znowu karzą mi pić jakieś eliksiry, a ja … nie mam już siły. Potrzebuję odpocząć jeszcze troszkę od tego.
– Na pewno nie masz już tych migren, słonko? – Objął mnie troskliwie i przyciągnął moją głowę do ramienia.
– Nie, Severus. Naprawdę ustały odkąd nie biorę tych eliksirów i czuję się znacznie lepiej.
– Też odniosłem takie wrażenie, że lepiej się czujesz, tylko mam obawy, czy bez nich … czy wyzdrowiejesz bez nich. – Przymknęłam powieki, czując jego usta na skroni.
– Muszę po prostu od nich odpocząć jakiś czas. Jeśli mi się nie będzie poprawiało to do nich wrócę, tak zresztą zalecała mama.
– Obiecaj mi tylko, że jeśli poczujesz się gorzej, powiesz o wszystkim mamie albo mnie. – Chwycił moją twarz w dłonie i zdawało mi się, że wpatrywał się wyczekująco w moje oczy.
– Powiem. Severusie, ja też chcę wyzdrowieć. – Odszukałam ustami jego warg i mocno pocałowałam, jednocześnie wyciągając, wcześniej schowane papiery. – A teraz mój drogi sprawdzimy, co tak bardzo cię odrywa od obowiązków. – Rozsiadłam się wygodnie na kanapie i ostentacyjnie przystawiłam różdżkę do pergaminu. Przestałam po krótkiej chwili i mocno zacisnęłam wargi. – Severusie Snape – krzyknęłam oburzona. – Jak śmiałeś grzebać w moim papierach – warknęłam, ale trudno było mi ukryć rozbawienie.
– W niczym ci nie grzebałem – zaperzył się. – Wziąłem tylko te, które leżały na wierzchu.
– Severus, chciałam ci je pokazać dopiero, jak skończę – westchnęłam z rezygnacją.
– Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać – jęknął i przyciągnął mnie do siebie. – Te zaklęcia przydatne w prowadzeniu domu są niezłe. Nie sądziłem, że aż tyle ich wymyśliłaś.
– Większość znanych zaklęć wymyślali mężczyźni i łaskawie prezentowali je swoim kobietom, a kobiety były zwykle tak im wdzięczne, że żadna nie wpadał na to, że kilka z nich można zmodyfikować, a niektóre czynności wykonywać w jeszcze prostszy sposób. Nie wpadły na to albo zawalone pracą w domu nie miały na to czasu, nie wiem. – Wzruszyłam ramionami. – Ale to bardzo proste czary i części z nich można też uczyć dzieci.
– Myślę, że to w dużej mierze przez brak wykształcenia, Sol – odparł. – Sama wiesz ile kosztują studia. Kobiety zamożne mają skrzaty i nie przywiązują wagi do takich zaklęć, a te mniej zamożne, które mogą pozwolić sobie na studia, skupiają się bardziej na zarabianiu pieniędzy i karierze niż na gospodarstwie domowym. Poza tym tworzenie zaklęć to wcale nie taka prosta sztuka, jak ci się wydaje. Jesteś w tym dobra, zawsze byłaś i nie potrzebowałaś studiów, żeby je tworzyć, robiłaś to w jakimś zakresie zawsze. – Odetchnął głęboko. – Nie podoba mi się jednak ta druga książka.
– Dlaczego? Twoja mama podsunęła mi ten pomysł, jak pomagała mi ostatnio z obiadem – zdziwiłam się. – Nie lubisz jak gotuję?
– Właśnie dlatego, że lubię, uwielbiam, ubóstwiam twoją kuchnię, nie za bardzo mam ochotę się tym dzielić z innymi – odparł z powagą.
– Przypominasz się z kolacją?
– Trochę – mruknął cicho.
– O nie, mój drogi – zakomunikowałam donośnym głosem. – Obijałeś się przez cały wieczór, gdy ja ciężko pracowałam nad tymi pożal się Merlinie podaniami i wydaje mi się … – Przerwał mi, przyciągając moje usta do pocałunku.
– Kocham cię – wyszeptał.
Severus
Nie mogłem się powstrzymać przed pocałunkiem. Wyglądała tego dnia niezwykle uroczo i w dość widoczny sposób poprawił jej się humor. Narzekała i ubolewała nad kolejnymi kandydatami, ale jej rumiane policzki i błysk w oczach, jasno dawały do zrozumienia, że była zadowolona z zajęcia. Zaskoczyła mnie, gdy szybko i bezbłędnie trafiła dłonią na różdżkę, którą chwilę wcześniej tam odłożyłem i w duchu liczyłem, że to coś więcej niż tylko wyobraźnia i słyszany stukot drewna o drewno. Początkowo i ja, i uzdrowiciele martwiliśmy się, gdy musiała odstawić przyjmowane eliksiry, ale była już tak wychudzona i zmizerniała, że jej organizm nie miał siły na pełną regenerację po wypadku i prędzej czy później wszelkie mikstury i tak stałyby się nieskuteczne. Teraz jednak zaświtała we mnie nowa nadzieja.
– Przygotowałbym kolację, ale obawiam się, że jestem w tym do niczego – westchnąłem.
– W takim razie kupisz moją książkę – odparła wyniośle. – Chodź. – Wstała i pociągnęła mnie za rękę – Pomogę ci. – Uśmiechnęła się uroczo i trzymając się za ręce, ruszyliśmy w stronę kuchni.
– Znalazłaś kogoś ciekawego w swojej części podań? – spytałem, siekając zioła.
– Mhm – prychnęła, robiąc krzywą minę. – Właściwie to jest jedna osoba …
– Ale? – wtrąciłem, widząc jej zamyślenie.
– To kobieta z trójką dzieci, wdowa. Emmelina Vance. Nie napisała standardowego CV, tylko list o sobie. Zaintrygowała mnie – wyjaśniła. – Nie szuka pracy na pełen etat, bo opiekę do dzieci ma tylko na sześć godzin dziennie, ale …
– Sol – przerwałem jej. – Potrzebujemy kogoś na osiem …
– Wiem, Sev. – Głośno wypuściła powietrze. – Wysłuchaj mnie do końca, dobrze? Dziesięć lat temu ukończyła Beuxbatons z bardzo dobrymi wynikami. Nie jest warzycielem, ale jest dość biegła w czarach i miksturach domowego użytku, więc ze sprzedażą sobie poradzi. Ma trójkę dzieci, więc i z ludźmi na pewno wie jak postępować. Mike może już wykonywać część prostych eliksirów, a te trudniejsze i tak sam będziesz robił. Jeśli, by się zgodziła mogłaby pracować te pięć godzin w sklepie, a część etatu odpracowywać w domu, zajmując się przygotowywaniem zamówień do wysyłki.
– Problem nie leży tylko w jej wymiarze pracy, skarbie – odparłem zasmucony. – Możemy się z nią spotkać, jeśli chcesz, ale niczego jej nie obiecuj, dobrze? Muszę to jeszcze skonsultować z Dumbledore'em.
– Oczywiście, że nie obiecam. Sam podejmiesz ostateczną decyzję. – Uśmiechnęła się i przywołała tarkę do sera. – Nie wiedziałam, że teraz Dumbledore ma decydujący głos w sprawie zatrudniania pracowników do sklepu.
– Ta Vance, jej mąż pracował na rzecz Zakonu – wyjaśniłem. – Został zabity przez Czarnego Pana jakiś czas temu. Nie wiem, czy ona jest członkiem, ale wolałbym mieć pewność i dobrą wymówkę, gdyby któryś ze śmierciożerców się dowiedział, że ją zatrudniam. – Solem wyraźnie posmutniała. Podeszła do mnie i z całej siły przytuliła, zapominając o zaklęciu rzuconym na tarkę i ser. Wspięła się na palce i odszukała moich ust. – Mhm – mruknąłem po chwili z zadowoleniem. – Nadal nie wiem co gotujemy, ale wygląda na to, że to będzie bardzo serowa potrawa. – Zaśmiałem się i zablokowałem zaklęcie.
.: :.
– Severus – Solem przeciągnęła się, szukając dłonią mojej głowy na poduszce obok. Delikatnie przeczesała włosy i po chwili mocno się do mnie przytuliła. – Śniłeś mi się. – Powiedziała z błogim uśmiechem, muskając mój nagi sutek. Odetchnąłem głęboko. Gdyby było nieco później, te pieszczoty odebrałbym jako zapowiedź ciągu dalszego, ale znałem ją zbyt dobrze. Czegoś chciała.
– Ja wciąż śnię, cicho – mruknąłem.
– Mogę pójść dziś z tobą na Pokątną? – spytała szeptem.
– Yhy – jęknąłem i dalej próbowałem spać. Cokolwiek się za tym kryło, nie miałem teraz do tego głowy.
– Dużo ludzi będziesz przesłuchiwał oprócz pani Vance? – Solem nie dawała za wygraną.
– Czworo – wybąkałem w poduszkę. – Nie dasz mi już spać, co? – warknąłem, gdy otwierała ponownie usta.
– Nie. – Uśmiechnęła się promiennie i pogładziła mnie po twarzy. – Śniłeś mi się – powtórzyła.
– Znęcałem się nad tobą w tym śnie?
– Nie, wręcz przeciwnie – odpowiedziała zalotnym tonem.
– To wytłumacz mi, dlaczego ty, kobieto, znęcasz się nade mną? – warknąłem groźnie.
– Nie znęcam, ja się przytulam, Severusie – mruknęła, pocierając wargami płatek mojego ucha. – A gdyby nie fakt, że dochodzi ósma, spróbowałabym się nieco bardziej do ciebie poprzytulać.
– Która? – Poderwałem się gwałtownie.
– Zegar bił przed chwilą wpół do ósmej.
– I dlaczego mnie nie obudziłaś? – spytałem z pretensją.
– Obudziłam – odparła. – Ale mnie nie słuchałeś.
– Wstawaj, jeśli chcesz iść – nakazałem, samemu wychodząc z łóżka, ale po chwili zatrzymałem się i pochyliłem nad nią, całując z czułością w usta. – Śniłem ci się?
– Yhy.
– Jak wrócimy do domu, to żądam, byś pokazała co dokładnie ci się śniło – szepnąłem jej do ucha jedwabistym głosem.
– Nie mam nic przeciwko – odparła, robiąc niewinną minę. – Masowałeś mi stopy.
– Stopy?
– Nie tylko stopy, ale jakoś tak to je najbardziej zapamiętałam. – Roześmiała się i ruszyła powoli w stronę łazienki.
– Sol – zatrzymałem ją jeszcze w połowie drogi. – Jesteś pewna?
– Tak, Severusie – odparła stanowczo. – Myślę, że jestem gotowa, by się z nimi wszystkimi zmierzyć.
– Cieszę się, słonko. – Przyciągnąłem ją i ucałowałem w czubek głowy. – Jeśli tylko zapragniesz wrócić, powiedz mi od razu, dobrze?
– Dobrze, kochanie – zapewniła. – I obiecuję ci nie przeszkadzać. Posiedzę trochę z Mikiem i sprawdzę co on sądzi o moich płynach.
Solem
– Pani Snape. – Młody chłopak nie krył radości, widząc mnie wchodzącą razem z Severusem do sklepu.
– Dużo jeszcze razy mam cię upominać? – odparłam z niezadowoleniem. – Mam na imię Solem.
– Nie śmiałbym, pani Snape – Mike podszedł i mocno mnie uściskał.
– Sprawiasz, że czuję się stara – nie dawałam za wygraną.
– Pani? Pani Snape, jest pani młoda i wydaje się piękniejsza niż widziałem ją ostatnim razem – zapewnił.
– Nie rozpędzaj się, Mike – warknął Severus i poprowadził mnie w stronę małego biura, gdzie miał się dziś spotkać z kandydatami do pracy.
– Wolałabym chyba zostać w sklepie – wyznałam cichym głosem. – Wystarczająco wpłynęłam już na twój wybór. Oczywiście, jeśli Mike nie ma nic przeciwko mojemu towarzystwu.
– Mike nie ma nic przeciwko – zapewnił Severus i posadził mnie na wygodnym stołku.
Uśmiechnęłam się, czując na sobie spojrzenie młodszego mężczyzny. W sklepie i w ogóle na Pokątnej byłam po raz pierwszy od czasu wypadku i szczerze mówiąc, wolałam teraz schować się na zapleczu z mężem, ale nie chciałam przeszkadzać mu w pracy i wprawiać w większe zdenerwowanie aspirantów na sprzedawców niż to konieczne. Zdawałam sobie sprawę z tego, że wzbudzałam zainteresowanie, a niektórzy w moim towarzystwie czuli zakłopotanie. Nie lubiłam robić wokół siebie szumu i starałam się, jak mogłam ułatwić wszystkim obcowanie ze mną. Zwykle udawałam, że nie czułam ich wzroku na sobie, ale dotychczas spotykałam się z ludźmi, których dobrze znałam i przychodziło mi to z łatwością. W Londynie, wychodząc na spacer albo do restauracji, nie czułam się tak źle, ale w czarodziejskim świecie przez długi czas po wypadku moje imię nie schodziło z pierwszych stron gazet i teraz miałam wrażenie, że każdy na ulicy mnie rozpoznał.
– Pani Snape – Mike usiadł na krześle obok. – Ja … przykro mi z powodu tego co się stało, gdybym mógł jakoś pomóc …
– Sol – upomniałam go po raz kolejny. – Pomagasz, Mike, naprawdę jesteśmy ci wdzięczni za to jak zajmujesz się sklepem.
– Lubię tu pracować, naprawdę to żaden problem. Ja mogę nawet brać więcej godzin, jeśli potrzeba – zapewnił. – Dużo zawdzięczam panu Severusowi. W szkole nie nauczyłem się nawet połowy tego, czego nauczył mnie pani … twój mąż. Myślę, że będzie dobrym wykładowcą.
– Taaa, założę się, że jego uczniowie będą wniebowzięci – mruknęłam.
– Napije się pani herbaty albo kawy?
– Poproszę kawę, panie Alger – odpowiedziałam sztywno.
– Dobrze już, dobrze, Solem – zaśmiał się i poszedł na tył sklepu przygotować napój.
– Myślisz, że kogoś zatrudni? – spytałam, gdy wrócił.
– Zaczynam wątpić. Od półtora miesiąca przewinęły się przez jego gabinet dziesiątki pretendentów i nic, a żebyś widziała ich miny, gdy stąd wychodzili – zaśmiał się.
– Założę się, że każdy jeden będzie miał traumę do końca życia. Biedacy – westchnęłam z udawanym współczuciem.
Zwykle przed południem do sklepu nie przychodziło zbyt wielu klientów za to ilość przylatujących sów z zamówieniami wysyłkowymi przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. Było mi miło, że ludzie wciąż dopytywali o malowane przeze mnie fiolki, będąc gotowymi płacić sporo więcej za eliksir niż to konieczne. Zaskoczyła mnie także ilość zamówień na granulki do kąpieli. Nie sądziłam, że cieszą się one taką popularnością i z przerażeniem zauważyłam ile pracy czeka mnie w najbliższym czasie.
Z trudem powstrzymaliśmy głośny wybuch śmiechu, gdy pierwszy z potencjalnych pomocników Mike'a wybiegł ze sklepu niczym rażony piorunem.
– Ten idiota chciał zaklęciem ususzyć kwiaty poziewnika szorstkiego. – Chwilę po nim pojawił się w drzwiach gabinetu Snape. – I wyobraźcie sobie, chciał liście kalaminty pakować w papierowe torebki. Jak oni kończą te szkoły? – warczał zirytowany. – Już ja im pokażę, bałwanom. Niech tylko się do nich dorwę w styczniu. – Skuliłam się z krzywą miną w ciemnym rogu sklepu, a Mike próbował wycofać się na tyły. – Wytłumacz mi, kobieto, dlaczego ja z nimi rozmawiam, a nie ty? – zwrócił się do mnie, stając tak blisko, że czułam jego oddech.
– Bo jesteś tutaj szefem?
– Jest dopiero dziewiąta, a ja mam już serdecznie dość – syknął. – Oznajmiam ci – pochylił się jeszcze niżej – że żądam wieczorem masażu … i nie mówię tu o stopach. – Nieznacznie musnął wargami płatek mojego ucha, chwycił podbródek i leciutko ucałował w usta.
– A to było w ramach zaliczki? – spytałam z uśmiechem, gładząc jego policzek.
– To było na wypadek, gdybym stracił panowanie nad sobą przy kolejnym z kandydatów – szepnął. – Muszę pamiętać, co stracę, gdyby zamknęli mnie w Azkabanie.
– Chyba muszę zacząć parzyć dla ciebie inną mieszankę, ta z pieprzem ci nie służy. – Pokręciłam z rezygnacją głową.
– Zabawne, doprawdy – mruknął urażony. – Może chcesz porozmawiać z kolejnym?
– Nie dziękuje, nie próbuj się mną wyręczać.
– A nie, następnym sam się zajmę. To kobieta. Może nie będzie tak źle – dodał rozmarzonym tonem.
– Po chwili namysłu … – Udałam, że zmieniam zdanie i zmierzam w kierunku biura. – Nie będę ci już w ogóle parzyła herbaty. – Uniosłam brodę i trzymając się lady, ruszyłam w kierunku, gdzie Mike zajmował się zamówieniami. Poczułam nagły ruch tuż przed swoimi nogami i zatrzymałam się raptownie. Zrobiłam kolejny niepewny krok i ponownie poczułam, że coś przede mną się poruszyło. – Mike, dużo tego stoi na mojej drodze, zanim dojdę do krzesła? – spytałam, unosząc brwi. – Po prostu trzeba było powiedzieć, żebym się zatrzymała, nie musisz sprzątać sprzed moich stóp.
– Przepraszam – szepnął nieśmiało.
– Nie masz za co, dziękuję. Normalnie używam różdżki, ale wydawało mi się, że pod ladą zwykle nic nie stoi.
– Wczoraj przyszły słoje z pająkami. W magazynie jest dla nich za ciemno, a na sklepie za jasno – wyjaśnił. – Pan Snape dopiero dziś będzie je przygotowywał do eliksirów.
– W takim razie dziękuję podwójnie. – Odetchnęłam. – Niezbyt miłym byłoby wpaść w pająki, a jeszcze mniej miłym byłoby wysłuchiwanie biadolenia Severusa nad biednymi pajączkami, które w bestialski sposób pozbawiłam życia i ich śmierć poszła na marne.
– Ja tu wciąż jestem. – Usłyszałam za plecami głos męża.
– Wiem. – Odwróciłam się w jego kierunku i uśmiechnęłam promiennie. – Tylko tobie się wydaje, że chodzisz bezszelestnie.
– Dobrze się czujesz? – Severus zbliżył się do mnie i chwycił lekko za rękę.
– Tak, dlaczego pytasz? – Zmarszczyłam brwi w zdziwieniu.
– Zbladłaś.
– Bo wyobraziłam sobie, jak wpadam w te pająki – odpowiedziałam z powagą.
– Są szczelnie zamknięte, nie bój się. – Przyciągnął mnie do siebie i głaszcząc po policzku, ucałował w czubek głowy.
– Nie boję – zaśmiałam się. – Tylko ogarnęło mnie takie nieprzyjemne uczucie, na myśl, że wpadam do nich.
– Domyślam się, że to nic przyjemnego. Zajmę się nimi później albo pozwolę Mike'owi się nimi zająć. – Ucałował mnie raz jeszcze i poprowadził na miejsce.
– Panie Snape – zwrócił się do niego chłopak. – Czy jak pan skończy z kandydatami, moglibyśmy porozmawiać przez chwilę?
– Mike, nie stać nas teraz na podwyżkę …
– Nie, nie, panie Snape, to nie o to chodzi – przerwał mu.
– Mam jeszcze dwadzieścia minut zanim przyjdzie ta kobieta – wypluł ostatnie słowo.
– Chodzi o to, że tych zamówień do wysyłki jest coraz więcej i tak sobie pomyślałem, że jakby się pan zgodził, to ja w ciągu dnia, gdy nie ma klientów, mógłbym przygotowywać ingrediencje i może niektóre eliksiry, a wieczorem, po zamknięciu sklepu zamówienia do wysyłki – wyjaśnił chłopak.
– Mike, nie wydaje mi się właściwym, byś pracował od rana do nocy – odpowiedział z niepokojem Severus.
– Ale ja bardzo lubię tę pracę i jak zajmuję się zamówieniami, to nie mam kiedy pracować w laboratorium i … – zawahał się. – W magazynku jest sporo miejsca i pomyślałem, że jeśliby się pan zgodził, może mógłbym tam nocować.
– W magazynku? – wykrzyknęłam.
– Płacimy ci aż tak mało, że nie stać cię na wynajem czegoś lepszego? – Zaniepokoił się Severus.
– Nie, nie mogę narzekać na moją pensję. – Alger głośno westchnął. – Wręcz przeciwnie, płacicie mi więcej niż inni zarabiają na podobnym stanowisku, tylko wczoraj właścicielka mieszkania, które wynajmuję dała mi trzydniowe wymówienie. Ciężko znaleźć coś na Pokątnej, a z Hogsmeade musiałbym się teleportować, a sam pan wie z jakim oporem mi to idzie. – Z trudem powstrzymałam uśmiech, przypominając sobie ciągłe narzekania męża na Mike, że się rozszczepił w drodze do pracy. – Pomyślałem, że może do czasu aż coś znajdę mógłbym nocować w sklepie, a w zamian zająłbym się zamówieniami.
– Mike – wtrąciłam się. – To zupełnie bez sensu. Nie możesz mieszkać w składziku. – Odszukałam dłoń męża i ścisnęłam ją z całej siły, wskazując głową do góry.
– Oczywiście, że nie możesz – odparł z powagą Severus. – Na górze jest małe mieszkanie, z którego teraz nie korzystamy.
– Ale to pracowania pani Snape, nie mógłbym – zaperzył się chłopak.
– Po pierwsze są tam dwa pokoje, a moja pracownia, z której i tak nie korzystam, mieści się w jednym – przerwałam mu z uśmiechem. – Po drugie, jeśli będę jej potrzebowała, uprzedzę cię odpowiednio wcześniej. Zresztą i tak większość pracy wykonywałam w domu. Będziesz tylko musiał sam tam posprzątać, mi się nie chce. – Mrugnęłam do męża. – I nie wiem, co na to powie mój mąż, ale ja się nie zgadzam, żebyś pracował po godzinach.
– Będziesz pracował w takim samym wymiarze godzin jak dotychczas – odparł Snape. – Mieszkanie na górze możesz zająć w każdej chwili, później pokażę ci, jak je otwierać.
– Panie Snape, nalegam – Mike nie dawał za wygraną. – Chociaż do czasu, aż znajdzie pan jeszcze jednego pracownika.
– Zrobisz wszystko, by choć trochę pracować w laboratorium, co? – spytał z powagą Severus, na co młody mężczyzna jedynie westchnął. – Dobrze, jak zatrudnię kogoś, dam ci więcej swobody w laboratorium i ewentualnie możesz pomóc z wysyłkami wieczorami, ale nie chcę by to było więcej niż osiem godzin dziennie.
– Dziewięć i będę płacił trzydzieści procent mniej za mieszkanie – chrząknął Alger. Uśmiechnęłam się pod nosem, a Severus westchnął.
– Nie musisz za nie płacić i tak stoi puste – odparł półgębkiem. – Żadnego ale – dodał, widząc, że mężczyzna otwiera usta, by zaprotestować.
– Jak się państwu odwdzięczę? – spytał, dając za wygraną.
– Nie musisz za nic się odwdzięczać. Jesteś niezastąpionym pracownikiem, Mike. – Wstałam i lekko uścisnęła chłopaka.
– Dzień dobry, Severusie. – Od drzwi dobiegł nas kobiecy, dźwięczny głos. – Byliśmy umówieni na dziesiątą, chyba się nie spóźniłam?
Wyczuwałam na odległość, jak w Severusie wzbierała złość. Odetchnął głęboko, a pięści zacisnął tak mocno, że z daleka było słychać, jak strzelając jego stawy.
– Marlena – wysyczał.
– Zaraz po szkole wyszłam za mąż i zmieniłam nazwisko – wyjaśniła.
– Czego chcesz? – spytał z niechęcią w głosie.
– Jak to czego, przyszłam na rozmowę o pracę – odparła wyniośle.
Zmarszczyłam czoło i w ciszy przysłuchiwałam się dialogowi. Marlena Shinner była szkolną przyjaciółką Evans. Po tym, jak w szkole związaliśmy się z Severusem, obydwie nie szczędziły mi przykrości, chociaż jak się domyślałam, wszystko działo się z inicjatywy Lily. Wciąż szczerze nienawidziłam Marleny, a z tonu jej głosu mogłam wywnioskować, że po latach, dziewczyna nic się nie zmieniła. Byłam niemal pewna, że kobieta, koloryzując swoje CV, zjawiła się na rozmowę w naszym sklepie za namową pani Potter. Mogłam się założyć, że ta druga czekała na swoją przyjaciółkę za rogiem i czekała na szczegółową relację.
– W takim razie, dziękujemy pani – odparł z kpiną Severus. – Nie jesteśmy zainteresowani pani jakże wspaniałą ofertą. Do widzenia.
– Daj spokój Severusie, przecież nie znajdziesz nikogo z lepszymi referencjami – zaśmiała się.
– Biorąc pod uwagę fakt, że ty nie masz żadnych referencji, faktycznie będzie ciężko – odpowiedział z kpiną. – Od czasu skończenia Hogwartu nie robiłaś nic, kompletnie nic.
– Miałam wybitny z owutemu i dołączyłam list polecający od profesora Slughorna. – Nie dawała za wygraną.
– Teraz jest profesorem? Już nie Horacy?
Mike nie wytrzymał i parsknął śmiechem, słysząc jak Severus odpowiada jej pełnym jadu piskliwym głosikiem.
– Bądź poważny, nie jesteśmy już w szkole – zaperzyła się Marlena.
– Jestem poważny i nawet jeśli miałbym do ciebie odrobinę szacunku, nadal nie nadawałbyś się do tej pracy – odpowiedział z powagą.
– Miałam wybitny z …
– Miałaś wybitny, a zaraz po ukończeniu szkoły wyszłaś za głównego egzaminatora eliksirów. – Zakryłam usta dłonią, żeby nie parsknąć, gdy przypomniałam sobie około sześćdziesięcioletniego mężczyznę o lubieżnym spojrzeniu, zasiadającego w komisji. Nie miałam pojęcia, dlaczego Shinner, aż tak bardzo zależało na wybitnym z eliksirów. Po szkole krążyły plotki o niej i Slughornie, ale jakoś nie mogłam w nie uwierzyć, aż do teraz. – Co się stało, że nagle zaczęłaś szukać pracy? Czyżby przyłapał cię z młodszym? A może w tym roku znowu zasiada w komisji i jakaś młodsza potrzebuje wybitnego? – kpił w najlepsze Severus.
– Zawsze trzymały się ciebie niewybredne żarty – odparła z lekkim uśmiechem. – Nic się nie zmieniłeś. Ty potrzebujesz pracownika, ja pracy, nie wiem gdzie tu problem.
– Problem w tym, że ty nie masz bladego pojęcia o eliksirach. Reszty tłumaczyć ci nie muszę. – Severus odwrócił się do kobiety plecami.
– Solem – wykrzyknęła po chwili Marlena. – Nie zauważyłam cię.
– Ja ciebie też – burknęłam pod nosem.
– Słyszałam o wypadku, tak mi przykro, naprawdę mi przykro – Marlena udała rozanieloną. – Nic nie widzisz? – spytała teatralnym szeptem. – Kompletnie nic?
Usłyszałam zirytowane westchnienie męża. Czułam, że był na granicy wielkiego wybuchu i istniało bardzo duże zagrożenie, że wspomnienie niedawnego całusa nie wystarczy, by się powstrzymał, a groźba Azkabanu nie wyda mu się już taka straszna.
– Coś tam widzę. – Mocno zmrużyłam oczy, udając, że jej się przyglądam. – Przytyłaś, to mi się od razu rzuciło w oczy, ale nie chciałam być nieuprzejma. I … siwe włosy? Czyżbyś przejmowała cechy fizyczne męża? – Nie mogłam się powstrzymać przed dramatycznym tonem.
Mike głośno kaszlał i nerwowo przeglądał stos zamówień.
– Ty … ty … jesteś taka sama jak Snape – krzyknęła obrażona, a mnie wydało się, że chciała tupnąć nogą. – Pożartowaliście sobie, to teraz przejdźmy do konkretów. Od kiedy mogę zacząć? Może omówimy to w twoim biurze, Severusie? – Wyczułam jej uwodzicielski uśmiech i nawet nie starałam się powstrzymać oczu przed wywracaniem.
– Marlena, nie zatrudnię cię, a moje biuro zobaczysz tylko i wyłącznie wówczas, gdy będę skłonny sprzedać ten sklep, a po krótkim zastanowieniu, jeśli go kiedyś sprzedam, to na pewno nie tobie – odpowiedział najspokojniej, jak tylko mógł.
– Mówiłam Lily, że to głupi pomysł – westchnęła Marlena. – Wiedziałam, że wciąż się na mnie boczysz za to, że zawołałam McGonagall, kiedy Solem zaklęła w świnki Lily i Jamesa.
– Tak, właśnie dlatego nie chcemy cię zatrudnić – odparł z ironią Severus. – Teraz wybacz, ale mam kolejne rozmowy i muszę się do nich przygotować. Tam są drzwi.
– Ja się tu jeszcze rozejrzę. No i umówiłam się za pięć minut z przyjaciółką – odpowiedziała z uśmiechem.
Severus pochylił się do mnie i delikatnie ucałował w usta. Ścisnęłam jego rękę, zapewniając, że mógł zostawić mnie samą. Zamierzałam trochę pomóc Mike'owi, a później w wolnej chwili nauczyć go zaklęcia kontrolującego datę ważności na eliksirach. Wymyśliłam je sama kilka lat temu i jak dotychczas stanowiło ono naszą tajemnicę. Nie chcieliśmy się dzielić nim z konkurencją, dlatego dopiero po złożeniu przysięgi przez Mike'a mogłam zacząć go uczyć kilku wykorzystywanych w sklepie czarów. Nie zdążyłam nawet podejść do stosiku z zamówieniami, by je posegregować, gdy zadźwięczał dzwonek oznajmiający przyjście klienta.
– Marlena. – Usłyszałam radosny okrzyk Lily Potter. – Jak poszło? – Podeszła do kobiety przeglądającej asortyment sklepu.
– Mówiłam ci, jest tak oziębły, że nawet gdybym stanęła przed nim nago, to i tak go nie ruszy – szeptała kobieta. – Nie mam pojęcia jak ta chuda kujonicha zdołała zmusić go, żeby zrobił jej dziecko. Pewnie używa jakichś eliksirów, żeby mu stanął. – Starałam się skupić na papierach, kompletnie ignorując dwie paplające przyjaciółeczki, ale strzępy rozmowy wciąż do mnie docierały.
– Nie podziałał na niego twój dekolt? – Potter zaśmiała się lekko. – Może jest wiesz … no ten tego? Może woli chłopców? Moje gołe piersi kompletnie na niego nie działały w szkole, nawet nie spojrzał na nie, tylko wyszedł, jak go kiedyś zaciągnęłam do pustej sali. Założę się, że Stanley go czymś odurzyła, żeby zrobił jej bachorka.
– Myślisz, że sam je wysadził, jak się dowiedział? – spytała poważnie Marlena.
Poczułam mocny uścisk Mike'a na swojej dłoni. Skinęłam do niego leciutko i wzięłam głęboki oddech, gdy drzwi sklepu ponownie się otworzyły.
– Dzień dobry, Solem. – Usłyszałam znajomy głos, ale kompletnie nie mogłam go do nikogo przyporządkować.
– Wysoki, brunet, okrągłe okulary i malutkie dziecko w ramionach – szepnął mi do ucha Mike. Uśmiechnęłam się do niego i przeniosłam uśmiech na mężczyznę, który przed chwilą wszedł.
– Dzień dobry, James – odpowiedziałam. – Przepraszam, nie poznałam cię.
– Och, James. Jesteś nareszcie. Witaj, Solem, nie zauważyłam cię – pisnęła Lily. Westchnęłam i w duchu przeklinałam wszystkich bogów, że akurat dzisiaj musieli wybrać sobie nasz sklep za miejsce spotkania. – Zaopiekujesz się Harry'm jeszcze troszkę? Chciałam iść z Marleną na zakupy i może ty przekonasz Severusa, że ona nadaje się do tej pracy.
– Oczywiście, że się nim zaopiekuję, wciąż to robię – odparł zimno Potter. – I nie, nie zamierzam do niczego przekonywać Severusa. I ja, i ty, i on dobrze wiemy, że twoja przyjaciółka nadaje się do tej pracy jak Hagrid do baletu.
– Przesadzasz – mruknęła. – Tutaj masz moje zakupy, zapłać. Spotkamy się w domu, wieczorem. Pa, Harry, maleństwo moje.
Odetchnęłam chyba nieco za głośno, gdy kobiety wyszły ze sklepu. Miałam już serdecznie dość i szczerze zaczynałam żałować, że ruszyłam się z domu. Przeklinałam już nie tylko Lily, jej przyjaciółkę, ich rodziców za wydanie swoich dzieci na świat i wszystkich bogów, ale też teściową, która wiecznie namawiała mnie do wyjścia.
– Co u was, Solem? – Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że James wciąż mnie obserwował. – Jest jakaś poprawa? – Zdziwiona zmarszczyłam brwi. – Syriusz mówił, że masz duże szanse odzyskać wzrok. Amelia – wyjaśnił, widząc moje zaskoczenie.
– U nas bez zmian – odpowiedziałam dyplomatycznie. – James, przykro mi z powodu twoich rodziców – zwróciłam się do niego łagodnym tonem.
– Możesz sobie wyobrazić, że jeszcze nie tak dawno mój tata z podziwem wspominał twój wyszczekany język.
– Nie bardzo wiem, czy powinnam być z tego dumna.
– Nigdy nie przestał mi wypominać tego, jak bezmyślnie wówczas postąpiłem i wciąż przypominał, jak bardzo cię wtedy skrzywdziłem – wyznał. – Solem, nigdy nie przeprosiłem. Przepraszam, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Podejrzewam, że wówczas nawet gdybym wiedział, jak ważne dla ciebie były te mapy, nie powstrzymałbym się. Byłem głupi, przepraszam.
Odetchnęłam głęboko. Pomimo dawnych nieporozumień i przykrości jakie sobie wyrządziliśmy, czułam do mężczyzny dziwną sympatię. Jego rodzice zginęli w podobny sposób, jak moi i nie bardzo teraz miałam siłę, by czuć wciąż nienawiść. Kiwnęłam głową na zgodę i uśmiechnęłam się, słysząc ciche kwilenie malutkiego dziecka.
– To twój syn, jak się domyślam. – Podeszłam bliżej.
– Ta – mruknął pod nosem. – Harry, poznaj moją koleżankę ze szkoły, Solem Snape.
Wyciągnęłam rękę, szukając główki maleństwa. James niepewnie chwycił ją i naprowadził do celu.
– Witaj, Harry – szepnęłam, pochylając się niżej.
– Z jego powodu tu jestem. Ma kolkę – wyjaśnił.
– Kolkę? Nie jest za duży? – zdziwiłam się.
– Uzdrowiciel twierdzi, że powinna ustąpić dwa miesiące temu, ale to nie minęło – odpowiedział zmartwionym głosem.
– Mike, możesz podać wywar bazyliowo-anyżkowy? – poprosiłam i po chwili mała buteleczka pojawiła się w mojej dłoni. – Dodawaj mu po trzy kropelki do jedzenia. Mogę ci jeszcze pokazać zaklęcie, jeśli chcesz. Jest bardziej skuteczne i nie smakuje tak paskudnie.
– Zaklęcie? Jest na to zaklęcie? – zdziwił się. – Byłem u najlepszych uzdrowicieli i jedyne co zalecali to ten wywar.
– Może żaden go nie zna – zaśmiałam się.
– Zapłacę każdą cenę, byle Harry tak nie cierpiał – odparł z troską.
– Oprócz tego zaklęcia, możesz podczas posiłku emitować mu dźwięki przypominające biały szum, znasz zaklęcie?
– Niestety – westchnął.
– Znajdziesz je wśród tych standardowych. Żeby pokazać ci to zaklęcie, które możesz zastosować, gdy już kolka się pojawi muszę przyłożyć różdżkę do brzuszka. To zaklęcie symuluje łagodny masaż. Nie skrzywdzę go – zapewniłam.
– Wiem – szepnął i pomógł mi trafić na brzuszek chłopca. – I on chyba też, bo właśnie się do ciebie uśmiecha.
Zaczęłam wykonywać delikatne ruchy i cichutko mruczałam inkantację, gdy nagle Harry spojrzał na mnie swymi ślicznymi zielonymi oczkami. Mój oddech przyspieszył wyraźnie i przez chwilę brakowało mi tchu. Skończyłam wypowiadać zaklęcie i zamrugałam kilkakrotnie, ale maleńka główka dziecka i duże dłonie jego ojca, były już dla niej niewidoczne.
– Pani Snape. – Mike w jednej chwili znalazł się przy mnie, podtrzymując w pasie, gdy zaczęłam osuwać się na podłogę.
– Nic mi nie jest – westchnęłam.
– Solem, wszystko w porządku? – James odłożył swojego syna do wózka i oparł rękę na moim ramieniu.
– Zostaw ją – warknął Severus, przystawiając różdżkę do jego gardła.
– Ja nic nie zrobiłem. – James uniósł ręce w obronnym geście.
– Severus, to nie jego wina. – Próbowałam uspokoić męża. Spojrzał na mnie z ukosa i kiedy Mike pokiwał głową, niezbyt ufnie opuścił różdżkę.
– Co się stało? – spytał ostro.
– Pokazywałam Jamesowi zaklęcie leczące kolki u dzieci i … – zająknęłam się – zrobiło mi się słabo. To nic, już wszystko w porządku. – Uśmiechnęłam się do męża, gdy prowadził mnie do biura.
– Sol, co się stało? – spytał ponownie, gdy byliśmy już sami.
– Widziałam, Sev – odparłam z przejęciem. – Jestem pewna, że to nie wyobraźnia. To trwało dłużej niż poprzednio. Syn Jamesa, Harry jest podobny do niego? – opowiadałam z entuzjazmem.
– Nie wiem, Sol, nie widziałem go. Kochanie, myślę, że powinnaś powiedzieć Philipsowi i mamie o tym co się dzieje. – Usiadł obok i mocno mnie przytulił. – Kocham cię, słoneczko.
– Ja ciebie też kocham. – Wtuliłam się w męża. – Możesz sprawdzić? Proszę. Czy jest podobny.
Severus z lekkim ociąganiem wyszedł do wciąż stojącego w sklepie Pottera. Słyszałam, jak mężczyźni rozmawiali, ale mogłam zrozumieć ledwie pojedyncze słowa. Przymknęłam powieki i odetchnęłam z lekkim uśmiechem. Byłam przekonana, że tym razem to nie wyobraźnia. Owszem, syn Jamesa mógł być do niego podobny i mogłam to sobie wyobrazić, ale byłam pewna, że widziałam go naprawdę. Miał czarne włoski wystające spod czapeczki, malutki nosek i śliczne zielone oczka, zupełnie takie, jak … Teodora.
– Miał srebrną czapeczkę z takimi trzema kolorowymi pomponikami o tutaj. – Wskazałam na swoje czoło, gdy poczułam jak Severus ponownie siada obok. Przytulił mnie i delikatnie ucałował w skroń.
– Jest chyba za bardzo do niego podobny i ma srebrną czapeczkę z pomponikami. – Severus uśmiechnął się i pocałował mnie z czułością.
– To nie musi nic oznaczać, prawda? – szepnęłam.
– Nie musi – odparł. – Ale może i jestem przekonany, że oznacza. – Severus syknął z bólu i odsunął mnie nagle od siebie. – Cholera – warknął. – Muszę wyjść, a za chwilę ma przyjść ta Vance.
– Dokąd? – spytałam zdezorientowana. – Och, do … do niego?
– Tak – jęknął. – Słonko, poproszę Mike'a żeby przeprosił tę kobietę i umówił ją na inny termin, odprowadzę cię …
– Poczekam tutaj i mogę porozmawiać z panią Vance – przerwałam mu.
– Na pewno? – spytał z troską.
– Tak, nic mi nie będzie. Idź.
– Posłuchaj, kochanie. Jeśli ta kobieta przypadnie ci do gustu to ją umów na jutro, dobrze? Na podpisanie umowy. – Pogładził mnie po włosach i leciutko musnął policzek.
– Poradzę sobie. – Uśmiechnęłam się do męża. – Uważaj na siebie, proszę.
– Będę uważał. Ty też. – Uniósł mój podbródek i z czułością pocałował.
Siedziałam przez dłuższą chwilę bez ruchu. Słyszałam, jak Severus instruował Mike'a i prosił, żeby w razie gdyby do wieczora nie wrócił, ten odprowadził mnie do domu. W jednej chwili uleciało ze mnie życie. Lord Voldemort nie wzywał go do siebie często, ale zwykle w dość nieoczekiwanych momentach, chociaż nie wyobrażałam sobie, by mogło to być oczekiwane. Bardzo chciałam, żeby zabójcy rodziców i Teodora ponieśli zasłużoną karę, ale coraz częściej dopuszczałam do siebie możliwość, że to ktoś inny niż śmierciożercy był odpowiedzialny za nasze nieszczęście. Ani ja, ani moi rodzice nigdy nie angażowaliśmy się w sprawy wojny i nie widziałam żadnych powodów, dla których Voldemort miałby się nami interesować. Niektórych z jego popleczników znałam ze szkoły, ale z żadnym nigdy nie byłam w tak dobrym kontakcie, by umawiać się w domu rodziców na pogawędkę. Jedynym, z którym w ogóle rozmawiałam po zakończeniu szkoły, był Emil Mulciber, przyjaciel Severusa, ale on mieszkał w naszym sąsiedztwie i chyba nawet nie wiedział, gdzie mieszkali rodzice.
Dumbledore sugerował, że próbowali dotrzeć do mojego ojca. Być może był w posiadaniu jakichś starodruków kryjących w sobie Czarną Magię albo innych podobnych ksiąg, ale to wydawało mi się mocno naciągane. Owszem, tata kochał książki, ale nigdy nie pociągała go Czarna Magia, a w bibliotece takimi dziełami zajmowali się specjalnie przeszkoleni do tego ludzie. Bardzo bałam się o męża. Bałam się, że chęć zemsty przyćmi jego umysł i zburzy zimną krew, prowadząc do błędu. Obawiałam się okrutności, do jakich go zmuszano, gniewu jego pana, który mógł go dosięgnąć zupełnie bez powodu i w każdej chwili albo udanej próbie obrony tych, których musiał gnębić. Nie martwiłam się, że zostanie pojmany przez aurorów. Dumbledore złożył mu przysięgę i wiedziałam, że z tej strony nic mu nie groziło. To jednak ani na moment nie uspokajało mojego szybko bijącego serca.
– Pani Snape? – Z rozmyślań wyrwał mnie głos Mike'a. – Pani Vance przyszła.
– Och, przyprowadzisz ją? – poprosiłam.
Emmelina Vance okazała się starszą o dziesięć lat, miłą kobietą o zimnej dłoni. Wydawała się też być bardzo dyskretna i chyba nie czuła skrępowania moją ułomnością i niezbyt pewnym poruszaniem się w ciemności.
– Przepraszam, ale mąż musiał dość pilnie wyjść – zaczęłam z uśmiechem, a pani Vance zapewniła, że rozumie i nie stanowi to dla niej problemu kto przeprowadza z nią rozmowę.
– Pani Snape, zanim zaczniemy muszę o coś zapytać – Emmelina westchnęła nieco zrezygnowanym tonem. – Czy zaprosili mnie państwo na rozmowę po protekcji pana Dumbledore'a?
– Nie, pani Vance – odparłam niepewnie. – Skąd taki pomysł?
– Proszę wybaczyć, nie o wszystkim możemy tutaj rozmawiać i muszę mieć nadzieję, że potrafi pani czytać między słowami. – Rozsiadła się wygodniej na krześle i po krótkiej pauzie kontynuowała. – Dumbledore rozmawiał ze mną na temat ewentualnej pracy tutaj i o moich obowiązkach, a ja nie bardzo mam chęć zgodzić się, by i na tę sferę życia miał wpływ ten człowiek. Szanuję go, ale nie lubię, gdy ktoś wtrąca się do mojego życia, cenię sobie prywatność.
– Rozumiem, pani Vance bardziej niż pani myśli i mogę panią zapewnić, że siedzi pani tutaj tylko i wyłącznie dlatego, że pani osoba wzbudziła moje i męża zainteresowanie – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
– Tak jak do państwa pisałam, nie mam wykształcenia w dziedzinie eliksirów, ale potrafię przyrządzać proste mikstury i dość dobrze znam się na ziołolecznictwie. Wiem, że nie hodujecie sami ziół i roślin magicznych, ale być może, jeśli bylibyście zainteresowani, mogłabym pomóc w ich uprawie – opowiadała kobieta.
– Jest pani z wykształcenia zielarzem? – spytałam. – Nie pisała pani o tym.
– Ukończyłam jedynie dwa lata studiów – Emmelina odetchnęła. – Zaraz po szkole wyszłam za mąż i urodziłam syna, później córki. Dopiero niedawno zdołaliśmy z mężem zaoszczędzić trochę pieniędzy, żebym mogła podjąć studia, ale … – kobieta głośno przełknęła. – Mój mąż, rok temu został … zginął i nie mogłam już kontynuować studiów. Z eliksirów miałam wybitny w szkole i szybko się uczę. Wychowałam się i uczyłam we Francji i mogłabym bez trudu nawiązać korzystne dla państwa kontakty z dostawcami tamtejszych roślin.
Zadałam kilka fachowych pytań, o które prosił Severus i uśmiechnęłam się, słysząc więcej niż wyczerpujące odpowiedzi. Żałowałam, że mój mąż nie mógł posłuchać tej kobiety. Może nie miała wielkiej wiedzy na temat eliksirów, ale nadrabiała inteligencją i bystrością. Byłam pewna, że ją zaakceptuje.
– Pani Vance, nie mogę samodzielnie podjąć decyzji i z przykrością muszę poprosić, żeby spotkała się jeszcze pani z moim mężem …
– Jestem, pani Vance, przepraszam za spóźnienie. – Odetchnęłam z ulgą, gdy obok pojawił się Severus. – Z tego co zdołałem usłyszeć, moja żona jest gotowa panią zatrudnić. Oprócz sprzedaży, chciałbym, żeby pomogła pani przy ingrediencjach – wyjaśnił, przystawiając drugie krzesło obok mnie. – Zajmujemy się nie tylko sprzedażą, ale większość mikstur warzymy sami.
– Jak już wspominałam pani Snape, ukończyłam dwa lata studiów zielarskich – odparła nieco zdenerwowana. – Ze składnikami pochodzenia roślinnego poradzę sobie bez większego trudu, ale będąc zupełnie szczerą, owady i zwierzęta to nie moja działka. Jeśli mi pan wytłumaczy, jak się do tego zabrać jestem …
– Żywymi ingrediencjami w większości zajmuję się sam, a w razie konieczności jest pan Alger, jeśli poradzi sobie pani z roślinami to w zupełności wystarczy – przerwał jej Severus. – To jednak nie jedyny problem. Pozostaje jeszcze kwestia tego, w jakim wymiarze chciałaby pani pracować.
– Do sklepu mogę przychodzić na pięć godzin, może czasem sześć, ale jeśli zgodzicie się państwo mnie zatrudnić pozostałą część etatu mogłabym odpracowywać w domu. Mogę tam przygotowywać zioła i zamówienia do wysyłki. Mam przy domu niewielki ogródek ze szklarnią. Mogłabym nawet sama coś wyhodować, jeśli by państwo sobie życzyli. Bardzo zależy mi na tej pracy.
– Od kiedy może pani zacząć? – Nie mogła ukryć uśmiechu, gdy usłyszałam słowa męża. Miałam dziwne wrażenie, że wraz z pojawieniem się Emmeliny Vance nasze życie stanie się nieco prostsze.
– Od dziś. – Kobieta wyraźnie się rozluźniła i chyba także nie mogła powstrzymać się przed uniesieniem kącików ust. – Dziękuję, panie Snape.
– Całą odpowiedzialność za pani zatrudnienie ponosi moja żona, jeśli pani nawali, ona będzie za to odpowiedzialna – zagroził, ale dało się w jego głosie wyczuć rozbawienie. – Mike, nasz sprzedawca jest tu zatrudniony od samego początku, jest młody, ale ma już spore doświadczenie. Pod naszą nieobecność on zajmuje się sklepem, nie będzie miała pani z tym problemu?
– Oczywiście, że nie – zapewniła.
– Od stycznia rozpoczynam pracę jako wykładowca w Hogwarcie i przez większość czasu w ciągu dnia będę nieobecny – tłumaczył. – Gdyby miała pani jakieś problemy proszę fiuukać bezpośrednio do żony.
Severus
Oprowadziłem Emmelinę po sklepie, pokazałem jej laboratorium i magazyn, a na koniec poprosiłem Mike'a by opowiedział kobiecie o asortymencie i wtajemniczył w sprzedaż wysyłkową, którą to ona miała się teraz głównie zajmować. Stanąłem w progu gabinetu i przez chwilę przyglądałem się żonie. Byłem z niej wyjątkowo dumny. Po raz pierwszy, nie licząc ucieczki na cmentarz, odwiedziła czarodziejski świat i radziła sobie niezwykle dobrze. Byłem przygotowany na to, że będzie chciała wracać od razu do domu i nawet przezornie zostawiłem otwarte połączenie fiuu dla nas. Jednak nie zamierzałem jej niczego ułatwiać i chciałem, by do sklepu dotarła tradycyjną drogą. To był najwyższy czas, żeby zaczęła mierzyć się z ludzkim wścibstwem i wychodzić z domu. Na Pokątnej wzbudzała niemałe zamieszanie i początkowo miałem ochotę przeklinać każdego, kto się za nią oglądał, ale powstrzymywała mnie mocnym uściskiem na przedramieniu i słonecznym uśmiechem. Objęci zmierzaliśmy do celu i ludzie dość szybko przestali szukać sensacji w niewidomej dziewczynie.
Bałem się spotkań podobnych do tych z Marleną McKinnon, ale Solem zdawała się nie przejmować głupotą i docinkami koleżanki ze szkoły. Na całe szczęście nie mogła zobaczyć dekoltu w jaki, pomimo mrozu, odstroiła się kobieta. Zadziwiające, że po siedmiu latach wspólnej nauki i mieszkaniu w jednej wieży, wciąż jej się zdawało, że zdoła mnie w ten sposób uwieść. Owszem, miałem krótki okres w życiu, kiedy poleciałbym na jej piersi, ale to był naprawdę bardzo krótki czas i już od bardzo dawna jedynymi piersiami na jakie leciałem były te, w które wyposażona była moja żona. Kompletnie nie działały też na mnie wdzięki Evans, gdy tuż przed ostatnimi egzaminami próbowała wymusić na mnie pomoc podczas egzaminu ani te Susan, gdy chciała, żebym napisał za nią pracę końcową. Nie miałem pojęcia dlaczego były bardziej skłonne oddać mi się, niż po prostu poprosić o pomoc w nauce. Z zasady nie odmawiałem kolegom ani w Hogwarcie, ani na studiach, gdy ci faktycznie mnie potrzebowali i nigdy też nie oczekiwałem żadnej zapłaty, a już na pewno nie ciałem.
Nie należałem do najbardziej przystojnych mężczyzn i dopóki nie pojawiła się Solem, podejrzewałem, że dziewczyny litowały się nade mną, jednocześnie próbując wyciągnąć z tego jakieś korzyści. Moja żona odmieniła ten pogląd. Nigdy nie próbowała mnie wykorzystać i przy niej poczułem się w pełni wartościowy, przy niej nie miałem wad. Była ładną dziewczyną i podobała się chłopakom. Gdyby chciała, mogła umawiać się z największymi przystojniakami w szkole, ona jednak wybrała mnie, co mocno mi schlebiało. Nigdy nie była beztroską dziewczyną i nie próbowała iść na łatwiznę, ale dzielnie stawiała czoła przeciwnościom. Tak było też teraz.
Nie mogłem z czystym sumieniem powiedzieć, że była w pełni zdrowa. Wciąż jeszcze dało się zauważyć jej depresję, chociaż próbowała ukrywać to przede mną i lekarzami. Na szczęście od czasu, gdy zaczęła tworzyć mieszkanki i pisać poradnik z zaklęciami, dostrzegałem wyraźną poprawę. Coraz rzadziej uciekała do pokoiku Teodora, by się wypłakać, a nawet zdarzało jej się tam zamykać z samej chęci przebywania w miłym pomieszczeniu. Ostatnio zastałem ją tam przytuloną do misia i czytającą książkę w fotelu. Nie dostrzegłem w niej jednak żalu. Uśmiechnęła się, gdy do niej podszedłem i nawet pozwoliła mi poczytać dla niej. Zdarzały się też ciężkie chwile. Zwłaszcza wtedy, gdy nie mogła sama czegoś poprawnie zrobić albo nie potrafiła znaleźć zaklęcia, które jakąś czynność, by jej ułatwiło. Złościła się i krzyczała, gdy próbowałem ją wyręczać, a później płakała jeszcze bardziej dręczona wyrzutami sumienia. Nie gniewałem się za jej wybuchy. Jak mogłem starałem się być dla niej cierpliwy i wyrozumiały, chociaż bywały dni, że sam miałem ochotę krzyczeć, to bardziej z bezsilności niż nerwów na nią.
Kochałem ją bardzo. Byłem dumny z tego, jak sobie radziła i starałem się podchodzić optymistycznie do tych przebłysków widzenia, ale wciąż w mojej głowie pojawiał się głosik, że nie powinniśmy świętować zbyt szybko. Uzdrowiciele uprzedzali, że takie momenty widzenia, mogą się pojawiać, że może odzyskać wzrok nawet na bardzo długi czas, ale wciąż powtarzali, że już zawsze będzie istniało ryzyko nawrotu.
Siedziała w moim fotelu z przymkniętymi oczami i lekko się uśmiechała. Nie byłem pewien, czy była świadoma mojej obecności. Zwykle, gdy byłem przekonany o swojej dyskrecji, łapała mnie za rękę w najmniej oczekiwanym momencie albo uśmiechała promiennie w moim kierunku. Nie chciałem jej niczego utrudniać, dlatego zwykle nie starałem się w jej towarzystwie być zbyt cicho i zaznaczałem swoją obecność. Czasem jednak nie mogłem się oprzeć przyglądaniu jej w spokoju.
– Dowiedziałam się dziś, że z dużym prawdopodobieństwem jesteś gejem – odezwała się po chwili.
– Doprawdy? – zdziwiłem się.
– Podobno nie podniecają cię kobiece piersi – kontynuowała.
– Zapewniam cię, że męskie tym bardziej. – Podszedłem do niej, uniosłem ją i usiadłem na krześle, sadzając ją na swoich kolanach. – Jak się dobrze zastanowię, to są tylko jedne, które mnie dość mocno podniecają. – Moja męskość zareagowała na samo wyobrażenie sobie jej cudownych krągłości i bliskość ciepłego ciała.
– Mam nadzieję, że teraz zaglądasz w mój dekolt, a nie wyobrażasz sobie jakiś inny. – Uśmiechnęła się, unosząc brwi. Przytuliłem głowę do jej piersi i zamruczałem z podniecenia. – Nie powiedziałeś mi o tym mężczyźnie, który tu był przed panią Vance. – Odsunęła mnie od siebie i oparła głowę na moim ramieniu. – Mam nadzieję, że nie chciałeś go zatrudniać i nie pokrzyżowałam ci planów.
– Był całkiem niezły z eliksirów, ale miał chyba ze sto lat i bardzo dużo rad na temat prowadzenia sklepu i warzenia – westchnąłem. – Raczej nie dałbym rady pracować z kimś takim. W dodatku próbował mówić do mnie chłopcze.
– Powiesz mi teraz, chłopcze, dlaczego zostałeś wezwany? – spytała cichutko.
– Nie może się doczekać, kiedy zamieszkam w Hogwarcie – westchnąłem. – Chciał też kilka eliksirów, głównie veritaserum.
– Zaprosił cię na pogawędkę na temat tego, jak idzie przeprowadzka do zamku? – Solem nie mogła ukryć zdziwienia.
– Dokładnie, chyba mi zazdrości, podobno kiedyś starał się o posadę nauczyciela OPCM – zaśmiałem się gorzko.
– Wiedzy na ten temat to akurat nie można mu odmówić – odparła. – Gorzej z metodami wychowawczymi.
– Był bardzo zadowolony, gdy powiedziałem mu, że próbuję zdobyć zaufanie innych członków Zakonu. – Odetchnąłem głęboko i schowałem twarz w jej włosach. – Ślicznie pachniesz.
– Co jeszcze? Bo czuję, że nie mówisz mi wszystkiego. – Solem oderwała się od mojego ramienia i chwyciła twarz w dłonie.
– Malfoy – wybąkałem. – Znasz jego zamiłowanie do przyjęć. Uznał, że teraz kiedy się jasno określiłem po ich stronie, nie mam już wymówki, by przyjąć zaproszenie na jedno z nich. Oczywiście razem z Narcyzą będą bardzo zawiedzeni, jeśli nie pojawimy się na nim razem.
– Razem? – Solem głośno przełknęła ślinę.
– Nie martw się, jakoś się wymigam, a ostatecznie pójdę tam sam i wymknę się po dwóch godzinach – uspokoiłem ją.
– Czy myślisz, że on tam będzie? – spytała niepewnie.
– Nie, nie bawią go tego typu rozrywki.
– W takim razie pójdę z tobą – mruknęła cichutkim głosikiem. – Powinieneś próbować zdobyć zaufanie tych ludzi. Nie możesz ich unikać.
– Sol, nie musisz tego robić – zapewniłem ją.
– Wiem, Sev. Nie sądzę, by Narcyza i jej przyjaciółki były w stosunku do mnie bardziej złośliwe niż te dwie, które się tu dziś pojawiły.
– Solem, nie jestem pewien, czy chcę, byś tam szła. – Oderwałem ją od swego ramienia. – To nie są mili ludzie, nie jestem pewien, kto tam będzie.
– Severus, na każdym kroku spotykam niemiłych ludzi, nie da się ich uniknąć. – Nabrała głośno powietrza w płuca i powoli je wypuściła, przymykając powieki. – Chodzi o to, że nie widzę?
– Nie, słonko. Nie chcę, żebyś miała z nimi coś wspólnego.
– Severus, czy to jest przyjęcie dla jego zwolenników, czy dla znajomych Malfoyów? – spytała szeptem.
– Podejrzewam, że większość tam obecnych będzie jednym i drugim – burknąłem. – Choć z założenia, przyjęcie jest dla znajomych.
– Grozi mi tam coś?
– Nie, gdyby tak było, nie wspomniałbym nawet o tym przyjęciu. – Opadł na oparcie fotela. – Nie dasz za wygraną, co? Jaki będzie kolejny argument? – spytałem po trochu z rozbawieniem, a po trochu ze złością.
– Severus – jęknęła. – Jeśli pójdziesz tam sam, będą myśleli, że się mnie wstydzisz.
– Nie wstydzę się ciebie – warknąłem ze złością. Posadziłem ją samą na krześle i oparłem się o biurko. Wstała i przytuliła się do moich pleców.
– Wiem, Severus, ale oni tak właśnie pomyślą. – Próbowała mnie udobruchać. – Co im powiesz? Że mam migrenę? Będą oczekiwali, że zjawisz się na kolejnym przyjęciu razem ze mną, a znając Malfoyów, zorganizują je tylko dlatego, że ja straciłam to i wcale nie dlatego, że są złośliwi, a wręcz przeciwnie, będzie wydawało im się niesprawiedliwe, że coś mi umknęło. Nie możesz sprawiać wrażenie kogoś, kto coś ukrywa. Muszą ci zaufać. Poza tym – Solem wsunęła dłonie pod moją marynarkę – to dobry argument, byś kupił mi nową sukienkę, no i wiesz jak lubię tańczyć.
– Przypominam ci, że ja wręcz przeciwnie – mruknąłem nieco zrezygnowany, obracając się do niej przodem. Wiedziałem, że miała dużo racji, ale wciąż wewnętrznie nie czułem się przekonany. Nie chciałem jej w tym świecie, pełnym bezwzględnych zabójców, w świecie, w którym w każdej chwili mogłem zostać zdradzony, w którym nie można ufać nikomu. W tej chwili zapragnąłem schować ją gdzieś daleko, bezpieczną, piękną, tylko moją. Chyba dopiero teraz dotarło do mnie, jak wielki błąd popełniłem, godząc się na propozycję Dumbledore'a. To nie była tylko moja gra, to prędzej czy później stałoby się naszą wspólną grą.
– Kupię ci ich tyle ile zechcesz – odparłem i ucałowałem ją w czubek głowy. – Przepraszam – szepnąłem, zatapiając twarz w jej czarnych lokach. – Przepraszam, Solem. Za wszystko. Za to jak głupi byłem i ślepy. Myślałem tylko o zemście, o Tobim i twoich rodzicach. Zapomniałem o całej reszcie. Wybacz mi.
– Nie przepraszaj, kochanie. Będę przy tobie bez względu na wszystko – odparła, wtulając się jeszcze mocniej w moje ramiona. – Wykorzystał nas, naszą chwilę słabości. Mam wrażenie, że próbował to od zawsze, już wówczas, gdy byliśmy w szkole. Chciał nas chyba rozdzielić. Nie od początku, ale mam wrażenie, że z czasem nasz związek przestał mu się podobać. Nie wiem, może to tylko moja wyobraźnia. – Zamyśliła się przez chwilę. – Pamiętasz, jak w czasie studiów nas odwiedził? To było dziwne. Zanim wróciłeś wtedy do domu, przekonywał mnie, że przede mną wielka kariera, że powinnam spróbować wyjechać do Francji, tam jest najlepsza Akademia Magicznych Sztuk Plastycznych. Nawet zaproponował finansowanie.
– Nic mi nie mówiłaś – zdziwiłem się.
– Nie? Nie wiem czemu teraz sobie o tym przypomniałam – westchnęła. – To była bardzo dziwna rozmowa. Pamiętam, że przez cały czas nie mogłam się doczekać, kiedy wrócisz. Udawał miłego, a w rzeczywistości był strasznie natarczywy i wmawiał, że nie będziesz dobrym mężem, żebym zaczekała z decyzją o ślubie, pojechała do Francji, poznała nowe możliwości. Do dziś nie wiem o co mu chodziło, ale wiem, że się mylił. Jesteś najcudowniejszym mężem na świecie.
– Słonko, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek nas odwiedzał w czasie studiów. – Zmarszczyłem brwi w zamyśleniu.
– Nie? Dziwne, byłam przekonana, że o tym rozmawialiśmy.
Kolejny rozdział: „Przyjęcie"
