ROZDZIAŁ 20

Hogwart

Severus

Kochani,

bez zbędnych grzeczności przejdę od razu do rzeczy. Wolałabym wręczyć Wam wynik tekstu bezpośrednio, ale wiem, że wracacie dopiero po Nowym Roku, a wiadomości są zbyt palące, by czekać. Nie było łatwo i o mały włos nie wpadłabym przed jedną z wyżej postawionych asystentek, ale uff … jakoś mi się udało dosłownie w ostatniej chwili wyciągnąć Twoją różdżkę i wyrwać pergamin z wynikiem. Nie bardzo wiem od czego zacząć i mam wątpliwości, czy nie powinnam przekazać wyników najpierw Severusowi. Och, tak martwię się tym, jak zareagujesz. – Pogładziłem małżonkę po włosach, czytając ten fragment przez jej ramię. – Wiem jednak, że i tak wszystkiego się dowiesz … chyba że Severusie uważasz inaczej wówczas zabierz Sol ten drugi pergamin – Solem chwyciła moją dłoń i mocno ścisnęła.

– Jest dobrze, chcę wiedzieć co tam jest – szepnęła ze smutnym uśmiechem, a ja jedynie przytaknąłem. Nie było sensu zabierać jej pergaminu i tak wyciągnęłaby wszystko ze mnie.

(…) Jestem zdumiona, jak bardzo silna była Twoja obrona i ciężko mi uwierzyć, że znalazł się na świecie czarodziej, który potrafił tę ostatnią barierę przebić. Merlinie, rzuciłaś ochronę przy pomocy magii krwi. Tak wiele kiedyś o tym czytałyśmy, pamiętasz? Twój tato pokazywał nam starodruki, jak odwiedzałyśmy go w wakacje … Jestem pewna, że jest z Ciebie dumny, każdy powinien być. Chciałabym Cię teraz z całej siły uściskać, moja kochana przyjaciółko. Nawet nie chcę myśleć co teraz musisz przeżywać, co wówczas przeżywałaś. Broniłaś tego kochanego brzdąca swoim życiem, do ostatniej kropli krwi … Oni jednak z jakiegoś powodu nie pozwolili Ci zginąć i serce mi pęka na myśl o tym, jaką silną trzeba być, by rzucić na siebie tak okrutne zaklęcia. Sektumsempra i łamacze rzuciłaś sama na siebie. Ruchy, przy tych zaklęciach sprawdziłam chyba trzy razy. Ciężko mi z myślą, że mogłam i Ciebie stracić, ale rozumiem co Tobą kierowało i szczerze Cię za to podziwiam.

Severusie, nie bądź zły. Ratowała życie Waszego syna. Przytul ją mocno ode mnie, Twoja żona to najdzielniejsza osoba jaką znam.

Muszę chwilę odetchnąć …

Sol, kochana, ostatnie, rzucone tego dnia zaklęcie bardzo mnie zastanawia i nie jestem pewna, czy rzuciłaś je sama, czy może zrobił to ktoś już po tym, jak Cię znaleziono. Zaklęcie naznaczenia? Pierwszy raz słyszałam o tym zaklęciu i poszperałam troszkę na jego temat. Wiąże osobę z jakimś przedmiotem, z czymś z czym rzucający jest emocjonalnie związany i można odnaleźć tę osobę, jeśli będzie trzymała ten przedmiot przy ciele. Może rzuciłaś je na któregoś z nich? Może zabrał coś, co należało do Ciebie? Nie wiem. Nie jestem też pewna, czy nie powinnaś oddać różdżki aurorom do głębszych analiz. Sami wiecie najlepiej, co zrobić. Ode mnie nikt niczego się nie dowie.

Kochani, trzymajcie się. Odpocznijcie solidnie i odezwijcie się koniecznie po powrocie. Wówczas dam Wam pełen raport z testu różdżki i różdżkę.

Całuję, Wasza oddana przyjaciółka

Amelia B.

Solem wzięła głęboki oddech i zaczęła czytać list ponownie. Nie potrafiłem spojrzeć teraz na żonę. Brakło mi odwagi, by się odezwać i nie miałem najmniejszego pojęcia, co powiedzieć. Nie byłem też pewien tego co czułem; czy żal, że była gotowa się zabić, czy wdzięczność, że była gotowa poświęcić swe życie w obronie naszego syna. Wstałem z łóżka i podszedłem do okna w nadziei, że nie dostrzeże moich łez. Wpatrywałem się w błękitne, spokojne morze za oknem i nie potrafiłem przestać płakać. Wszystkie zaklęcia jakich użyła tamtego dnia Solem przelatywały mi teraz przez głowę jedno za drugim. Niewyobrażalne, jak bardzo była zdesperowana, by pomóc swoim bliskim, by ich ocalić. Broniła się. Każde jedno zaklęcie było obroną. A sądząc, po tym jak małe odstępy były przed kolejnymi zaklęciami, nie miała nawet chwili, by zaatakować. Nie miałem wątpliwości, że musiało ją atakować więcej niż jeden czarodziej, a ona nie straciła nadziei. Broniła się do samego końca. Przymknąłem powieki i próbowałem się uspokoić.

– Mogłem cię stracić, dopiero teraz do mnie dotarło, jak blisko było bym stracił też ciebie – wyszeptałem, czując, jak oplata mnie pasie swymi ramionami.

– Jestem tu, Severusie. Jestem. – Wtuliła się we mnie z całej siły, a ja wciąż nie potrafiłem spojrzeć jej w oczy. Odetchnąłem głęboko i z lekkim wahaniem odwróciłem się do niej, mocno ją tuląc.

– Nie przeżyłbym bez ciebie ani minuty – szepnąłem wprost do jej ucha i poczułem, jak kolejne łzy ściekają po moich policzkach. – Nie pozwolę, już nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić. Nigdy, Sol. – Oderwałem ją od siebie i spoglądając głęboko w oczy, wypowiedziałem obietnicę, którą sam sobie składałem w duchu już nie raz. – Zabiję każdego kto to zrobi, każdego. – Uchyliła lekko usta i patrzyła na mnie swoimi smutnymi oczami. Wyglądała teraz tak niewinnie, że ciężko mi było uwierzyć, że ta malutka, spokojna i kochająca osóbka jeszcze nie tak dawno stoczyła tak bardzo ciężką, nierówną walkę. Serce mi pękało na myśl, jak niesprawiedliwym było, że przegrała. Wplotłem palce w jej włosy i ponownie przyciągnąłem ją do siebie. – Już nigdy.

.: :.

– Pakujesz całą kuchnię? – Przyglądałem się jej z zaskoczeniem. Za tydzień zaczynałem pracę w Hogwarcie, a miałem jeszcze całkiem sporo eliksirów do wykonania dla sklepu i praktycznie cała przeprowadzka spadła na Solem.

– Mam wrażenie, że wszystko będzie mi potrzebne, a nie chcę wracać do domu za każdym razem, gdy czegoś akurat mi braknie. – Uśmiechnęła się. – Wiesz jak kiepska jestem z transmutacji. Będę potrzebowała łyżki to na bank wyjdzie mi widelec.

– Przepraszam, że ci nie pomagam, słonko.

– Znam cię, Sev i uwierz, że wolę sama wszystko spakować – mruknęła. – Poza tym, za pół godziny przyjdzie mama.

– Nie pozwól, by pakowała twoją bieliznę – powiedziałem poważnym tonem. – Możesz być pewna, że wówczas skończysz na wyczerpujących wykładach na ten temat i w dużo bardziej obszerny sposób opowie ci o tym co mnie kręci, chociaż połowy rzeczy, które wymieni nie będę w stanie nawet sobie wyobrazić.

– A co cię kręci?

– Zasadniczo to wolę cię bez bielizny, nie znoszę pończoch i tych różnych akcesoriów z nimi związanych; na szczęście nie zmuszasz mnie do ściągania ich z siebie. Lubię koronkowe majteczki, zwłaszcza te takie malutki – odpowiedziałem z rozmarzoną miną. – I jak nosisz biustonosz bez ramiączek. Masz niesamowicie seksowne ramiona, a jak są opięte przez ramiączka to nie widać ich dokładnie.

– Seksowne ramiona? – zdziwiła się. – Nigdy mi nie mówiłeś.

– Nigdy nie pytałaś, ale sądziłem, że po tym w jak dużo czasu im zwykle poświęcam, to dość … oczywiste – odparłem, wpatrując się lubieżnie w jej ramię.

– Przestań. – Solem ostentacyjnie położył ręce na barkach.

– Odnoszę wrażenie, że kręciłabyś mnie bez względu na to co byś założyła. – Uśmiechnąłem się do niej szczerze i delikatnie ucałowałem.

– Wcześniej się nad tym w ogóle nie zastanawiałam, ale teraz – westchnęła głęboko – Sev, będę tam miała jakieś miejsce do pracy czy będę musiała fiuukać do domu albo pracowni? Byłam kilka razy w prywatnych komnatach profesor Sinistry i ona dysponowała jedynie maleńkim salonikiem i sypialnią z łazienką. Jak rozłożyłabym się tam ze swoimi sztalugami to nie mielibyśmy jak się ruszać.

– Nigdzie nie będziesz musiała się stamtąd przenosić – wyjaśniłem. – Będziemy mieli dużo większe mieszkanie niż komnaty zamkowe dla nauczycieli. Oprócz kuchni i całkiem sporego salonu, będziemy mieli do dyspozycji dwie pracownie; jedna dla ciebie, druga dla mnie. Mam dziwne przeczucia, że ta którą wybrałem dla ciebie bardzo ci się spodoba. – Leciutko ucałowałem ją w czoło. – Poza tym będziemy mieli jeszcze mały ogródek z fajną altanką, a dwa pokoje stoją pełne jakiś zamkowych gratów. Dumbledore miał nakazać skrzatom się tym zająć, ale chyba zapomniał, bo jak tam byłem ostatnio, to wciąż były zagracone.

– Po co nam tyle pokoi? – zdziwiła się.

– Z osobnym wejściem, w zamku jest jedynie to mieszkanie albo domek podobny do tego Hargida. Uznałem, że lepsze dwa nadprogramowe pokoje niż byśmy się mieli gnieździć w ciasnocie.

– Lubię się z tobą gnieździć. Jakby było naprawdę mało miejsca byłoby zabawnie. – Solem przymknęła powieki i zrobiła rozmarzoną minę.

– Nie mam nic przeciwko gnieżdżeniu się z tobą na kanapie w salonie, ale uwierz mi, lepiej dla wszystkich, żebyśmy mogli od czasu do czasu z tej kanapy zejść. W końcu bym ci się znudził – westchnąłem.

– Kanapy dają wiele możliwości – odparła z zalotnym uśmieszkiem. – Nie sądzę byś mi się znudził kiedykolwiek. Spodoba mi się tam?

– Myślę, że jeśli popracujesz nad meblami w kuchni, to nawet bardzo.

.: :.

Solem

Mieszkanie jakie dał nam do dyspozycji Dumbledore było naprawdę prześliczne. Nie było tak duże, jak nasz dom, ale było tam wszystko, czego potrzebowaliśmy. Kuchnia i jadalnia kompletnie nie przypadły mi do gustu. Były zbyt Dumbledore'owe, jak to określił Severus. Przytłaczały nadmiarem krzykliwych kolorów i ozdób. Na szczęście nie był to problem, z którym nie byłam w stanie poradzić sobie przy pomocy różdżki i praktycznie od razu zabrałam się do wprowadzania zmian. Natomiast sypialnia i salon zostały stworzone jakby dla mnie. Drewniane meble o prostych kształtach nie zagracały przestronnych pomieszczeń i można było odczuć spory komfort, przebywając tam. Na środku salonu, naprzeciwko kominka ustawiona była wygodna, duża kanapa i dwa fotele obite ciemno brązową skórą, a przed nimi stał niski stolik. Z pokoju przechodziło się do niewielkiej biblioteczki. Stało tam jedynie sześć regałów na książki, ale mieliśmy do dyspozycji bibliotekę hogwardzką i z prywatnych zbiorów zabraliśmy tylko to, co niezbędne. Szezlong z czerwonej skóry i czarny, kanciasty fotel nadawały wnętrzu dość ekstrawagancki wygląd i mocno kontrastowały ze starym mahoniowym biurkiem.

Łoże w sypialni było tak bardzo imponujące, że gdy je zobaczyłam, z trudem się powstrzymałam przed wypróbowaniem go od razu i przez głowę nawet przeleciała mi myśl, że w sumie teściowa, która pomagała przy przeprowadzce, będzie zadowolona z naszego udanego życia seksualnego. Co gorsza, Severusowi pomysł, by kochać się w sypialni, podczas gdy mama zajmowała się rzucaniem zaklęć w kuchni, bardzo przypadł do gustu i tylko ostatkiem zdrowego rozsądku powstrzymaliśmy swój popęd.

Położyłam się i z rozmarzeniem podziwiałam piękny pokój. Hebanowe, ciemne łóżko z pięknym rzeźbionym zagłówkiem ustawione było na tle kremowej ściany. W jego nogach stała obita granatowym materiałem otomana, a na ścianie naprzeciwko prześlicznie zdobiona toaletka z kryształowym lustrem. Boczne ściany, zasłony, dywan i pościel, a także dwa niewielkie fotele były w kolorze jasnego granatu. Z pomieszczenia wchodziło się do sporej łazienki i niewielkiej garderoby.

– Co robisz? – krzyknęłam przestraszona, gdy Severus nagle zasłonił mi oczy dłońmi.

– Mam niespodziankę – szepnął mi do ucha i powoli poprowadził dość długim, wąskim korytarzem. – Podoba ci się? – spytał, uwalniając moje oczy.

– Tu jest pięknie – odparłam zachwycona.

– To twoja pracownia – wyjaśnił.

Pomieszczenie było dokładnie takie, jakie kiedyś sobie wymarzyłam. Trzy szklane ściany i przeszklony sufit wpuszczały do środka piękne, słoneczne światło, a widok na porośnięty kwiatami i krzewami ogród oszałamiał swą urodą.

– Profesor Sprout go urządziła – wyjaśnił, gdy zobaczył moją zaskoczoną minę.

– Tu jest pięknie – zdołałam wydukać po raz kolejny.

– Niczego nie rozstawiałem, bo kompletnie się na tym nie znam, ale tam masz cały swój sprzęt. Przeniosłem go z pracowni nad sklepem. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.

– Nie, nie. Bardzo dobrze zrobiłeś – zapewniłam i wolnym krokiem ruszyłam do wyjścia na ogród. Nie był duży, ale zachwycał swą urodą. Pośrodku stała altanka z maleńkimi schodkami na dach, na którym ustawiony był teleskop.

– Sinistra wyjaśniła mi, że z poziomu ziemi niewiele zdołasz zobaczyć … – Nie dokończył. Rzuciłam mu się na szyję i z całej siły wpiłam w jego wargi. To co zamierzał jeszcze powiedzieć nie wydało mi się, aż tak ważne, żeby teraz przerywać. Przycisnął mnie do siebie i pozwolił całować się bez pamięci.

Ciężko było spoglądać na rozstawione już sztalugi i nie zacząć malować, ale piętrzące się wciąż kartony i kufry z rzeczami niestety skutecznie mnie powstrzymywały.

– Idź kochanie, ja skończę tę kuchnię, a później pomogę ci z tymi poupychanymi garami. – Eileen chwyciła mnie za dłoń i uśmiechnęła się ciepło.

– Nie, mamo, nie czułabym się z tym dobrze. – Odwzajemniłam uśmiech.

– Gdzie zniknął Severus? Myślałam, że miał urządzać swój gabinet – spytała po chwili.

– Wezwał go, pół godziny temu – wyszeptałam drżącym głosem.

– Wez … O, Merlinie. – Eileen usiadła, ciężko oddychając. – Często? Często go wzywa do siebie? Zawsze przychodzi taki … widziałam jego blizny podczas wakacji – wypytywała, z trudem uspokajając oddech.

– Raz na tydzień, czasem rzadziej – odpowiedziałam. Usiadłam na krześle obok teściowej i mocno objęłam ją ramieniem. – Teraz już nie. Rzadko go karze i nie tak dotkliwie, a przynajmniej tak, że nie jestem w stanie tego dostrzec, ale na początku … testował jego wytrzymałość i lojalność … mamo, nie powinnam mamie tego mówić. Przepraszam – urwałam, widząc, jak po policzkach pani Snape spływały łzy.

– Nie, nie przepraszaj – odparła z westchnieniem. – Chcę wiedzieć, chcę wiedzieć czego powinnam się spodziewać, na co się przygotować. Solem – kobieta spojrzała na mnie twardym wzrokiem – ty wiesz kiedy Severus idzie tam w obawie przed karą, prawda? Stąd ten prezent świąteczny, chcesz by miał drogę ucieczki w razie czego. Czujesz to? Czujesz, gdy cierpi? – Przytaknęłam. – Skarbeńku … nie mogę tu z tobą być, gdy on … byłby zły i zawstydzony, gdybym widziała go za każdym razem, gdy od niego wraca, ale proszę … jeśli możesz, chcę wiedzieć, gdy do niego idzie i czego się spodziewa. Proszę. Chcę być przygotowana i w razie czego pomóc.

– Czasem się tego boję – wyznałam. – Boję się, że nie zdołam go uleczyć. Mam zawsze eliksiry w pogotowiu, każdy jeden, który może się przydać, ale …

– Jestem uzdrowicielem, pamiętasz? – Eileen pogładziła mnie po ramieniu. – I jego matką.

– Właśnie dlatego tak bardzo trudno mu jest prosić mamę o pomoc – odparłam. – Bardzo dużo kosztuje go to, że ja muszę oglądać jego rany … Obiecuję, obiecuję, że będę mamę powiadamiać, nawet jeśli będzie szedł jedynie zanieść eliksiry. – Chciałam się uśmiechnąć do teściowej, ale ciemność przesłoniła mi pole widzenia. – Przepraszam, może mi mama pomóc? – spytałam ze łzami w oczach. Starałam się je odgnić. Wmawiałam sobie, że byłam na to przygotowana, ale myśl, że nawet nie zdążyłam wypróbować swojej nowej pracowni i zajrzeć w teleskop, przy którego ustawianiu Severus tak bardzo się natrudził, napawała mnie dojmującym żalem. Takie chwile zdarzały mi się prawie każdego dnia i jak dotąd po kilku minutach wzrok wracał, ale teraz z każdym mrugnięciem obraz pozostawał ciemny.

– Dziecinko … – jęknęła Eileen.

– Pan Philips zalecał, żebym odpoczywała w ciemnym miejscu, gdy to się zdarzy – odparłam. – Mam nadzieję, że się mama nie pogniewa.

– Pogniewać? Dziecinko – zganiła mnie.

– Nie znam tego mieszkania i … nie wiem, jak trafić do sypialni – szepnęłam i pochyliłam zawstydzona głowę.

Severus siedział przy łóżku, gładząc delikatnie moją dłoń, gdy się obudziłam. Spojrzałam w jego zasmucone oczy i szeroko się uśmiechnęłam.

– Wszystko w porządku? – spytaliśmy jednocześnie i oboje po chwili roześmialiśmy się, rozładowując chwilę napięcia.

Severus

Uczniowie bez większego entuzjazmu przyjęli zmianę nauczyciela eliksirów, ale już po tygodniu każdy jeden tęsknił za Slughornem. Byłem dumny z tego, jak szybko udało mi się utemperować uczniów. Za sprawą Ślizgonów, których inwigilowałem przy pomocy zaklęć Solem, po szkole zaczęły rozchodzić się plotki, że ich nowy Mistrz Eliksirów był stworzeniem nadprzyrodzonym, najpewniej wampirem z wyjątkowo dobrze wyostrzonymi zmysłami. Moim podopiecznym wydało się nieprawdopodobne, by normalny człowiek przebywający w drugiej części zamku wiedział dokładnie co i kto przeskrobał w ich pokoju wspólnym albo dormitoriach. Zaklęcia nie były aż tak złożone, ale po krótkim sygnale alarmowym, wystarczało wejść do pomieszczeń Slytherinu, by od razu dostrzec w czym leżał problem. Monitorowałem Ślizgonów ze względu na próbę wymuszenia poprawnego zachowania i w celu uniknięcia wypadków, ale dyrektor, któremu zaklęcia Solem bardzo przypadły do gustu, próbował wymóc na mnie modyfikację ich w taki sposób, bym mógł wychwytywać rozmowy o śmierciożercach i Voldemorcie.

– Severus, to niedorzeczne – odpowiedziała Solem, gdy przedstawiłem jej prośbę Albusa. – Co innego sprawdzanie uczniów, żeby pozostawali bezpieczni, a co innego podsłuchiwanie ich rozmów i tworzenie urządzeń szpiegowskich – zaperzyła się. – Jemu się chyba do końca pomieszało w głowie.

– Sol, większość śmierciożerców to byli Ślizgoni – tłumaczyłem przełożonego. – Martwi się, że wielu z nich, tylko czeka na ukończenie szkoły, by przyłączyć się do Czarnego Pana.

– I co zrobi, gdy się dowie, że ktoś taki jest w twoim domu? Wezwie go na dywanik i wyzna w szczerej rozmowie, że go podsłuchał i zna jego plany? I co zrobi ten nieszczęsny uczeń, który prawdopodobnie pała miłością do Vold... Sam-Wiesz-Kogo od dawien dawna, głównie dlatego, że te idee były wpajane mu w domu od najmłodszych lat, a jego ojciec z dużym prawdopodobieństwem jest jego wiernym sługą? Przeprosi i zapewni, że więcej tego nie zrobi, że przejdzie na jasną stronę i będzie walczył ze złem? – Solem była oburzona planami dyrektora. Stworzyła kilka zaklęć przydatnych przy doglądaniu uczniów, ale z własnego doświadczenia martwiła się raczej o ich bezpieczeństwo, nocne wędrówki po zamku i często niezbyt przyjemne dowcipy sprawiane kolegom, nie dlatego, żeby ich szpiegować. – Severus, po to jesteś tutaj ty, dyrektor i całe grono pedagogiczne, żeby uczyć te dzieciaki nie tylko eliksirów, zaklęć i transmutacji, ale także życia. Nie próbujcie wyręczać się we wszystkim zaklęciami. Przez większą część roku są zdani na was i tak naprawdę to wy możecie mieć na nich większy wpływ niż ich rodzice – tłumaczyła, wciąż mocno zniesmaczona propozycją Dumbledore'a. – Nie każdego jesteś w stanie uchronić przed popełnianiem błędów, które mogą zaważyć na życiu, ale jestem pewna, że takie szpiegowanie upewni ich tylko w podjęciu błędnej decyzji. Bo czy warto stać po stronie ludzi, którzy są zdolni do czegoś tak obrzydliwego? Sam-Wiesz-Kto chociaż nie owija w bawełnę i nie mami odgrywaniem dobrego wujka. Tak samo jak ty, nie chcę, by któremuś z uczniów stała się krzywda, by któryś trafił w jego szeregi, ale nie tędy droga. Nie ustrzeżesz ich przed tym, wdzierając się w ich prywatność.

– Masz rację – westchnąłem. – To banda idiotów, ale … czuję się za nich odpowiedzialny. Nie chciałbym w wakacje spotkać któregoś na zebraniu śmierciożerców. – Solem podeszła do mnie i mocno ścisnęła moją dłoń.

– Nie pomożesz każdemu – wyszeptała. – A już na pewno nie pomożesz nikomu, jeśli od początku zabierzesz się do tego źle. Musisz zdobyć ich zaufanie i nie mówię, że masz być ich przyjacielem, ale kimś do kogo mogą zwrócić się z problemem w nadziei, że im pomożesz, a nie ukarzesz.

– Chcesz się zamienić? – spytałem, wykrzywiając usta. – Zdajesz się pasować do roli wychowawcy dużo bardziej niż ja.

– Wątpię, żeby udało mi się okiełznać ich tak szybko, jak udało się to tobie – zaśmiała się. – I nie jestem pewna, czy chciałabym, żeby cała szkoła, łącznie z nauczycielami, którzy nie tak dawno mnie uczyli, trzęśli na mój widok portkami, mój wampirku.

– Widzę, że doszły do ciebie najświeższe ploteczki – mruknąłem.

– Owszem, Aurora mnie odwiedza i zmusza do spacerów po błoniach.

– Aurora? Zmusza? Od kiedy trzeba cię zmuszać do spacerów?

– Och, uznała, że dzieli nas tak mała różnica wieku, że przeze mnie czuje się staro, gdy zwracam się do niej wciąż pani profesor – wyjaśniła swoje spoufalenie z dawną nauczycielką.

– Co z tym zmuszaniem? Przecież lubiłaś błonia, a pogoda jest całkiem ładna.

– Dużo uczniów się tam kręci – mruknęła.

– No i? – Spojrzałem na nią, marszcząc brwi. – Powiedział ci ktoś coś przykrego? Sol, wychodziłaś stąd w ogóle sama? – Pokręciła lekko głową. – Dlaczego? Nie podoba ci się tutaj? Nie chcesz tu być? Możemy wrócić do domu. Będę codziennie fiuukał, to nie problem. – Troskliwie pogładziłem ją po włosach.

– Boję się – szepnęła.

– Czego, najmilsza? – dopytywałem łagodnym tonem.

– Co jak będę miała atak? Jak trafię do kwater? – Westchnęła ze łzami w oczach.

– Przecież wychodziłaś sama w Londynie. – Zmartwiło mnie jej podejście. Praktycznie codziennie na krótkie chwile traciła wzrok, ale nie mogła przecież z tego powodu zamykać się w czterech ścianach.

– Do pobliskiego parku i biblioteki, która była tuż za rogiem – odparła. – Hogwart jest duży i nawet jak tutaj mieszkałam czasem się gubiłam.

– Tak, ale teraz możesz używać zaklęć wskazujących, to po pierwsze, a po drugie, umawialiśmy się, że w takich przypadkach będziesz wysyłać do mnie Patronusa, nawet jeśli będę miał zajęcia. – Chwyciłem w dłonie jej twarz i lekko pogładziłem kciukiem po policzku. – Przyznam ci się do czegoś, dobrze? Tylko się nie złość. – Solem pokiwała leciutko głową. – Rozmawiałem z Krwawym Baronem, obiecał mieć na ciebie oko i gdybyś zgubiła się w zamku, ma ci pomóc wrócić do domu albo mnie zawiadomić. Ma uważać też na Irytka, ale z nim zdaje się, miałaś dobre stosunki w szkole, więc pewnie i teraz dobrze się dogadacie.

– Krwawy Baron ma na mnie oko? – wykrzyknęła. – Severus, teraz nie będę mogła się rozebrać nawet pod prysznicem. Bleee – wzdrygnęła się, wytykając język.

– Przecież nie ma wstępu tutaj bez zaproszenia – zaperzyłem się.

– Och i to ma mnie uspokoić? Sama myśl, że on się na mnie gapi … wiesz, że ma słabość do Krukonek, dziękuję, a Irytkiem się nie przejmuj, boi się mnie to raz, a dwa, lubił moje żarty.

– Nic ci nie grozi w zamku – uspokajałem ją. – Jeśli coś ci się przydarzy to zawsze będę w pobliżu, pamiętaj.

.: :.

Nie było jej w mieszkaniu, gdy przed kolacją wróciłem wziąć szybki prysznic. Zwykle kolację jadaliśmy razem, ale musiałem się chociaż pokazać w Wielkiej Sali, a po krótkich oględzinach w kuchni zastanawiałem się, czy przypadkiem wyjątkowo czegoś nie zjeść. Moja żona najwyraźniej zatraciła się w bibliotece albo malując na błoniach i kompletnie zapomniała o całym świecie i ugotowaniu czegoś dobrego, w ogóle czegoś. Zrezygnowałem z kąpieli i ruszyłem w stronę biblioteki. Od moich szkolnych czasów nic się nie zmieniło. W pomieszczeniu nie było nikogo oprócz mojej żony zatopionej w stercie ksiąg i notatek. Zająłem swoje stare miejsce i obserwowałem ją z ukrycia. Lubiłem na nią patrzeć, gdy była uczennicą i pod tym względem nic się nie zmieniło. Nadal była śliczna i w uroczy sposób mocowała się z niesfornymi lokami, co i rusz odgrażając się im.

– Na pewno są na to jakieś zaklęcia. Mogłaby je pani rozprostować na przykład. – Do jej stolika podszedł goguś, jak nazywałem go w myślach, od Obrony przed Czarną Magią. Nie polubiłem go od pierwszej chwili. Wypindrzony dupek w kolorowych szatach niczym z żurnala. Przemądrzały, gburowaty bałwan. Już po pierwszym zamienionym z nim zdaniu podczas kolacji wiedziałem, że miałem do czynienia z idiotą i nie mogłem się nadziwić, że dyrektor powierzył mu stanowisko nauczyciela czegokolwiek. Może gdyby uczył wróżbiarstwa albo mugoloznawstwa nie uderzyłoby to tak we mnie, ale praktycznie przez całą moją edukację nie mieliśmy porządnego nauczyciela Obrony i to zdawało się nie zmienić. Gdybym bazował jedynie na szkolnych lekcjach, niewiele bym się nauczył z tego przedmiotu.

– Dziękuję za radę – bąknęła Solem, nie odrywając się od pracy.

– Nie widziałem pani wcześniej w szkole. Jest pani nową nauczycielką? – Goguś rozsiadł się wygodnie na krześle przy jej stoliku. Widziałem, jak zatrzęsła się na to jawne naruszenie prywatności, ale mężczyzna najwyraźniej opacznie odczytał jej reakcję, bo przysunął się jeszcze bliżej, co zdecydowanie mi się nie podobało.

– Nie, nie jestem nową nauczycielką – odparła z nosem w książkach.

– Interesujące. – Ku mojemu niezadowoleniu, nowy zlustrował sylwetkę mojej ukochanej i uśmiechnął się pod nosem. – Pani wybaczy, nie przedstawiłem się. Balbian Blagojevic. – Wstał z miejsca i wyciągnął do niej prawą dłoń.

– Solem. – Pani Snape poderwała lekko głowę i odwzajemniła gest z szerokim uśmiechem. Zastanowił mnie ten uśmiech i w myślach przeklinałem wszystko co odpowiedzialne było za obrzędy i tradycje nakazujące nosić obrączki ślubne na lewej dłoni. Najlepiej jeszcze, gdyby obrączki miały pół cala szerokości i krzyczały imię małżonka. Spojrzałem na swój serdeczny palec lewej dłoni i zweryfikowałem nieco pogląd, że to kobiety, a przynajmniej ta jedna, powinna nosić naprawdę grubą, krzyczącą obrączkę, moja była w sam raz.

– Zdradzisz mi nad czym tak pracujesz? – Blagojevic nie dawał za wygraną.

– Nie zwierzam się ze swoich projektów – mruknęła i zanotowała coś na zwoju pergaminu. – Przypominam, że jesteśmy w bibliotece – upomniała go ku mojej uciesze.

– W której chwilowo nie przebywa nikt oprócz nas.

Ścisnąłem mocniej różdżkę, widząc jak goguś zagląda w dekolt mojej żony.

– W takim razie nie rozumiem, dlaczego zająłeś akurat ten stolik, skoro każdy inny jest wolny – odparła spokojnie.

– Bo lubię podziwiać piękne widoki – odparował Blagojevic.

– Och, stąd jest naprawdę piękny widok na błonia. – Solem uśmiechnęła się i z rozmarzeniem wyjrzała przez okno.

– Nie o widoku przez okno mówiłem – odparł i ostentacyjnie prześlizgnął się po jej sylwetce. Ku mojej irytacji Solem mocno się zaczerwieniła i ku jeszcze większej, pochyliła zawstydzona głowę i przygryzła lekko dolną wargę. – Jesteś uczennicą? – Prychnąłem w myślach, słysząc to pytanie. Rozmowa Sol z nowym profesorkiem zaczynała mnie dość mocno denerwować i tylko ciekawość, jak zachowa się żona utrzymywała mnie jeszcze w miejscu.

– Byłą – zaśmiała się. – A ty? Uczyłeś się w Hogwarcie? Szacuję, że jesteśmy w podobnym wieku, a kompletnie cię nie pamiętam.

– Nie i teraz szczerze żałuję. – Balbian zamrugał zalotnie, a moja twarz wykrzywiła się ze wstrętem. – Gdybym wiedział, jak piękne dziewczyny się tutaj uczą, nalegałbym, by rodzice zrezygnowali z prywatnych lekcji dla mnie.

– Uczyłeś się w domu? To nie mogło być fajne. – Solem uśmiechnęła się ze współczuciem.

– Dlaczego? – Profesor zdawał się być zaskoczony. – Miałem dobrych nauczycieli, rodzice postarali się o najwybitniejsze umysły czarodziejskiego świata. – Tak mocno wywróciłem oczami na to popisywanie się gogusia, że chyba przez chwilę dostrzegłem wnętrze swojej głowy.

– Nie wątpię, ale chociażby dla samej możliwości korzystania z tej biblioteki warto się tutaj uczyć, a mieszkanie w zamku z rówieśnikami, z dala od rodziców jest dość pouczającym doświadczeniem ułatwiającym wejście w dorosły świat – odparła z powagą Solem.

– W moim domu rodzinnym jest biblioteka większa od tej, więc książek mi nigdy nie brakowało – zaśmiał się z wyższością Balbian.

– Mieszkasz w Ministerstwie? – Solem spojrzała na niego, udając zdumioną minę. – Super.

– Nie, dlaczego miałbym mieszkać w Ministerstwie? – zdziwił się.

– Bo jedynie tam jest większa magiczna biblioteka od tej. – Pani Snape posłała mu ironiczny uśmieszek czym zasłużyła sobie na moją pochwałę. Próbowała wrócić do swojej pracy, ale jej uwaga zamknęła usta mężczyzny jedynie na chwilę.

– Masz piękne imię – wyszeptał, zbliżając się na naprawdę niebezpieczną odległość.

– Dziękuję – mruknęła.

– Jesteś z pochodzenia Angielką? – dopytywał. – Twoje czarne włosy i ciemna karnacja wskazują …

– Moja mama była Włoszką – wyjaśniła, nie pozwalając mu zgadywać.

– Jednak oczy musisz mieć po ojcu, są piękne nawiasem mówiąc. – Dostrzegłem, jak moja żona mocno się spięła na tę poufałą uwagę, ale jedynie skinęła z krzywym uśmiechem. Ta rozmowa coraz mniej zaczynała mi się podobać i byłem już bliski ujawnienia swojej obecności. – Włosy masz ładne, takie lśniące, tylko ja bym je rozprostował. Znam takie jedno zaklęcie. Pokazać ci? – Ku mojemu przerażeniu, Balbian wyciągnął różdżkę i zamachnął się nad głową Solem, na szczęście ta w porę zareagowała, a swą szybkością zdumiała nawet mnie. Sam też już trzymałem broń wycelowaną w gogusia, ale moja żona była szybsza, zwinnie odbijając zaklęcie.

– Następnym razem odetnę ci rękę – rzuciła w kierunku mężczyzny z powagą, co ten odczytał jako żart i zaczął się śmiać. Miałem jednak przeczucie, że Solem wcale nie żartowała. Sam zresztą byłem gotów obciąć mu nawet obydwie, gdyby ośmielił się rozprostować jej piękne loki w jakieś sterczące badyle.

– Solem, znowu rozrabiasz? – Usłyszałem głos pani Pince, która właśnie zbliżała się do swojej ulubionej uczennicy. – I w dodatku znowu wracasz do swoich starych nawyków i zamiast iść na kolację przesiadujesz z nosem w książkach. – Kobieta pokręciła głową z niezadowoleniem, ale po chwili uśmiechnęła się szczerze i uścisnęła panią Snape. – Dobrze cię znowu tutaj widzieć, dziecko.

– Panią też, pani Pince – Solem wymieniła serdeczności i po spojrzeniu na zegarek zaczęła zbierać swoje rzeczy. Zwinęła na kupkę całkiem pokaźny stosik książek i chciała udać się do pulpitu dla uczniów, ale bibliotekarka roześmiała się jedynie głośno.

– Należysz do kadry i możesz brać stąd co tylko zechcesz – wyjaśniła jej. – Nie musisz pokazywać mi co bierzesz. Nauczyciele mają magiczną sygnaturę. Biblioteka automatycznie odnotowuje co zabierasz.

– Nie jestem w kad …

– Jesteś, moje dziecko – przerwała jej pani Pince z uśmiechem. – Macie ten sam podpis.

Solem skinęła grzecznie do bibliotekarki i ruszyła szybkim krokiem do naszego mieszkania.

– Kim jest ta piękność? – Obok pani Pince pojawił się Balbian. – To pewnie córka, któregoś z nauczycieli. A może odbywa tu praktykę?

– To nie pański interes, profesorze, kim ona jest. – Kobieta mrugnęła do mnie porozumiewawczo, kiedy próbowałem niepostrzeżenie wymknąć się z pomieszczenia. Jeszcze jako uczeń zdołałem zyskać sympatię tej niezbyt przystępnej kobiety. Bardzo lubiła Solem i początkowo nieufnie spoglądała na mnie, ale z czasem przekonała się, że zależało mi na niej i traktowała mnie z taryfą ulgową.

Kolejny rozdział: „Sowi prezent"