ROZDZIAŁ 21

Sowi prezent

Solem

– Większego dekoltu nie miałaś? – Severus wpadł do jadalni, w której czekałam na niego z kolacją. – Jadłem już – warknął, kiedy sięgnęłam po talerz dla niego.

– Jadłeś? Myślałam, że umawialiśmy się, że kolacje będziemy jadali wspólnie – odparłam z lekkim wyrzutem i z krzywą miną zerknęłam na swój dekolt. – I co z moim dekoltem? Jest normalny. – Starałam się ignorować podenerwowany ton męża.

– Byłaś tak pochłonięta flirtem z tym lowelasem, że nie sądziłem, iż zdołasz coś przygotować – odrzekł, wykrzywiając twarz w ironicznym uśmiechu. – Wolałem się zabezpieczyć i zjadłem kolację w Wielkiej Sali, a dekolt jest za duży. Byłaś w bibliotece, nie na imprezie. Tam chadzają uczniowie, kobieto. Dzieci.

– Byłam pochłonięta czym? – Spojrzałam na niego zaskoczona. – Dobrze się czujesz? Co żeś się uczepił mojej bluzki i dekoltu – prychnęłam. – A na imprezy wymykam się jedynie późną nocą, gdy śpisz. W sukience długości pół cala za pośladki i z dekoltem do pępka.

– Przestań, widziałem was w bibliotece – syknął, stając naprzeciwko mnie i prawie wcisnął swój nos w mój. – O mało nie włożył twarzy między twoje … piersi. Przystawiał się do ciebie, a ty w najlepsze z nim flirtowałaś.

– Tak, teraz już wiem, że do reszty ci odbiło. – Skrzywiłam się z obrzydzeniem. – Z nikim nie flirtowałam. Podglądałeś mnie? Sprawdzasz co robię? A może poprosiłeś duchy, żeby mnie szpiegowały?

– Nie podglądałem – warknął. – Nie było cię w domu i poszedłem sprawdzić, czy jesteś w bibliotece. Wyglądałaś ładnie i chciałem przez chwilę na ciebie popatrzeć, ale ty nawet mnie nie zauważyłaś, tak bardzo ten dupek przyciągnął twoją uwagę. Och, jakie masz piękne oczy, a jakie masz śliczne imię, jesteś z pochodzenia Marsjanką czy może zrodziło cię Słońce? – kpił.

Zmrużyłam ze złością oczy i zacisnęłam pięści.

– Podsłuchiwałeś? – wycedziłam przez zęby.

– Nie musiałem podsłuchiwać, ten palant tak głośno krzyczał, że trudno było go nie usłyszeć – odparł, wciąż mocno pochylając się nade mną. – Nawet nie zareagowałaś, gdy gapił się na twoje cycki – wypluł.

– Żeby mógł gapić się na moje CYCKI, musiałabym się rozebrać, a z tego co sobie przypominam od rana nie zdejmowałam bluzki. Zdejmuję ją tylko na rozbieranych imprezach – odparłam coraz bardziej oburzona.

– Masz tak ogromny dekolt, że wcale nie musiałaś jej zdejmować, żeby mógł na nie patrzeć. – Severus nie dawał za wygraną. – Pępek ci prawie widać.

– Mój dekolt jest normalny, Severus – Traciłam powoli panowanie nad sobą. – Noszę tę bluzkę od lat i jakoś ci nigdy nie przeszkadzała.

– Owszem, nie przeszkadzała, bo jak dotychczas nie wypinałaś się przed innymi mężczyznami – odparował ze złością.

– Och, to teraz wypinam swój biust przed innymi i zaraz mi powiesz, że to ja podrywałam tego blond lalusia, wkładając sobie jego usta między … w dekolt. – Czułam, że za chwilę puszczą mi nerwy. Nie miałam pojęcia, co odbiło Severusowi i aż bałam się zapytać. – Poza tym jesteś bezczelnie obłudny – wykrzyknęłam. – Widziałam cię z tą blondyną w kolorowych szatach. Wciskała się w ciebie całym ciałem, kiedy rozmawialiście i łasiła jak rasowa kotka. Była tak blisko ciebie, że przez chwilę zastanawiałam się, czy jej nie całujesz.

– Jaką blondyną? Co ty pleciesz? – zaperzył się.

– Jest ich tyle, że nawet nie wiesz, z którą cię mogłam widzieć? – Zmroziłam go wzrokiem. – Tę w takich kolorowych szatach, nie wiem, może to siostra tego Balbiana, mieli podobne ubrania.

– Trelawney? Zwariowałaś? – Severus prawie się opluł. – Ta stara, nawiedzona baba? To nowa nauczycielka wróżbiarstwa. Przybliżała się tak do mnie, bo koniecznie chciała mi powróżyć, a że jej szkła od okularów są szersze niż twoja talia, musiała się mocno wysilić. No doprawdy, Solem, to odrażające. – Zrobił zniesmaczoną minę. – Ja i ta wstrętna baba. Jak mogłaś tak pomyśleć? To ty wdzięczyłaś się do tego idioty tak, że twój uśmiech sięgał uszu.

– Nie wdzięczyłam się. Moje usta nie chciały przestać i jestem ciekawa, jak twoje zareagowały, kiedy ci się przedstawił. Balbian. – Na wspomnienie jego imienia uśmiech ponownie zakwitł na mojej twarzy. – Kto daje dziecku tak na imię. Jestem pewna, że jego rodzice pomylili się przy wypełnianiu formularza urodzenia. – Severus nie wytrzymał i, podobnie jak ja, zaczął się uśmiechać

– Z imienia się śmiałaś? – spytał łagodnie.

– Nie mogłam przestać. O mało nie parsknęłam, gdy mi się przedstawił i zrobił to z taką dumą jakby nosił imię po Merlinie.

– Ten kretyn chciał mi wyprostować twoje włosy. – Severus zrobił niezadowoloną minę.

– Tobie też? – zdziwiłam się. – Przecież twoje są proste.

– Twoje moje włosy – objaśnił, zawijając na palec jeden z moich loków. – Miałem już wycelowaną w niego różdżkę, ale mnie ubiegłaś złośliwa kobieto.

– Nie pozwoliłabym mu się dotknąć nawet zaklęciem. – Uśmiechnęłam się do męża. – Byłeś zazdrosny? – Uniosłam brwi w oczekiwaniu. – Ta kłótnia o dekolt była prawie tak głupia, jak ta o zbyt obcisłe spodnie.

– To wcale nie był głupia kłótnia, ten przemądrzały Balbian gapił się na twoje moje piersi – mruknął. – A te spodnie były za obcisłe.

– Błagam nie wypowiadaj na głos tego imienia. – Nie mogłam się powstrzymać i w końcu wybuchnęłam gromkim śmiechem. – I te jego kolorowe szaty. Naprawdę początkowo pomyślałam, że to brat tej blondyny, z którą się ściskałeś.

– Z nikim się nie ściskałem – zaperzył się. – I nie przypominaj mi tej okropnej baby. Pachniała zepsutą sherry i kadzidłami. Opowiadała jakieś głupoty, które najwyraźniej mają się sprawdzić.

– Co ci takiego przepowiedziała? – zapytałam zaciekawiona.

– Że czeka mnie piekło, ale później znajdę się w podwójnym niebie – odpowiedział, unosząc brew. – A sądząc po zapachach z garnków czeka mnie najpierw niebo w jadalni, a później w sypialni. – Zajrzał wymownie w mój dekolt.

– Podobno już jadłeś – mruknęłam, nakładając sobie kolację.

– Chyba nie myślałaś, że odmówię sobie twojego gulaszu z papryką. – Zaciągnął się zapachem i wyrwał mi talerz z ręki. Wywróciłam oczami i nałożyłam drugą porcję. – Poza tym nic nie mogłem przełknąć. Cały czas myślałem o tym bałwanie, który się do ciebie przystawiał.

– Nie przesadzasz troszkę? – spytałam, uśmiechając się znad talerza.

– Nie wydaje mi się – burknął. – Widziałaś, jak się na ciebie gapił? Kretyn skończony, chciał wyciągnąć od Pince kim jesteś i gdzie mieszkasz. – Pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Skąd Dumbledore go wytrzasnął? – spytałam po chwili. – Wydaje się być gorszy niż cała ta reszta, która uczyła za naszych czasów.

– To syn Blagojevica, tego Blagojevica – wyjaśnił.

– Tego to znaczy, którego? – Spojrzałam na niego jak na wariata. – Tego z rady nadzorczej Hogwartu, któremu się wydaje, że oswoił śmierciotulę i nosi taki długi, usztywniony płaszcz, wmawiając wszystkim, że to ona? – Szczerze się roześmiałam.

– Yhy – przytaknął.

– Ten, który wezwał całą brygadę aurorów, krzycząc, że został pokąsany przez wampira, a później wydłużał sobie zęby, zapominając, że przemiana trwa kilka lat? – Nie dowierzałam.

– Później okazało się, że pogryzł go brodawkolep zamieszkujący jego szal czy coś takiego – dodał Severus.

– I którego chcieli aresztować, bo chwalił się swoim zamiłowaniem do jedzenia ryb i upodobał sobie zwłaszcza ramory*? – Zaśmiewałam się zgięta w pół.

– Dokładnie, ten sam – odparł z powagą, patrząc na mnie z politowaniem.

– On ma syna? Ale jak? – Wciąż nie mogłam nad sobą zapanować. – Balbian. To już mnie specjalnie nie dziwi. To zdecydowanie najgłupszy wybór Dumbledore'a na to stanowisko – rechotałam.

– Sol – zaczął, z trudem opanowując śmiech – dlaczego nie przedstawiłaś mu się z nazwiska, wówczas raczej nie gapiłby się tam, gdzie gapić się nie powinien.

– Nie powinien się gapić w mój dekolt bez względu na to jak się nazywam – oburzyłam się.

– Zgadzam się, jednak … w sumie ja tam bym sobie nie odmówił gapienia na twoje … w twój dekolt nawet, gdybym wiedział, że jesteś mężatką. – Uśmiechnął się lubieżnie, spoglądając na moje piersi.

– Gapisz się w dekolty zamężnych kobiet albo wolnych, w ogóle innych kobiet? – Spojrzałam na męża z oburzeniem.

– Nikomu się na nic nie gapię – odburknął. – Mam specjalny przywilej patrzenia na najpiękniejsze piersi na świecie, nie potrzebuję gapić się na inne. Więc, czemu mu się nie przedstawiłaś?

Westchnęłam głośno, a Severus swoją miną dał do zrozumienia, że łatwo nie odpuści.

– Och, bo … wcześniej szłam sobie z Aurorą i spotkałyśmy tę nową nauczycielkę od mugoloznawstwa, Burbage i przedstawiłam jej się, a ona spojrzała na mnie, jak na jakiegoś potwora, krzyknęła aaaa i uciekła, wymachując rękoma. – Wykrzywiłam się, a Severus po raz kolejny tego wieczora nie mógł powstrzymać śmiechu.

– Jest przekonana, że jestem wampirem – wyjaśnił. – Flitwick się z niej trochę podśmiewał, gdy zapytała go o plotki na mój temat i powiedział jej, że zostałem przemieniony przez żonę, która jest prawdziwą wampirzycą od dziada, pradziada.

– Profesor Flitwick? To takie niepodobne do niego.

– Chciał ją trochę nastraszyć – odparł. – Niezbyt ją lubi. Uczyła się w Beauxbatons i podobno zadzierała nosa po przyjściu tutaj, więc Filius postanowił jej go trochę utrzeć. Razem z Babbling, tą od run i Sinistrą, namawiali duchy, żeby kręciły się pod jej komnatami i ją straszyły. Jeden, późną nocą, przekonał ją, żeby zaprosiła go do siebie, a ta nieświadoma, że to duch wyleciała podobno z krzykiem aż na błonia. – Uśmiechnął się. – Nie uwierzysz. – Zrobiłam zaciekawioną minę. – McGonagall też im czasem pomaga ją nastraszyć.

– Nie? TA, McGonagall? – zdziwiłam się.

– Yhy – mruknął, nakładając sobie kolejną porcję mięsa.

– Ha – prychnęłam. – Na początku byłam zła, że ludzie się mnie przez ciebie boją, ale jak się nad tym dobrze zastanowię … mogę się z nimi pobawić? – spojrzałam błagalnie na męża.

– Tylko żebyś mi wracała do domu przed dziesiątą i nie zdejmuj bluzki w miejscach publicznych. – Pogroził mi palcem. – I ostrzegam, jak raz zrobisz z siebie wampirzycę, zostaniesz nią na zawsze.

– Już nią jestem, nic na to nie poradzę – mruknęłam, wzruszając ramionami.

.: :.

– A już się obawiałem, że będę musiał ponownie udać się do biblioteki, by cię spotkać. – Usłyszałam nad sobą głos Balbina.

Powoli zaczynałam przystosowywać się do życia w Hogwarcie. Wciąż jeszcze niezbyt pewnie, ale coraz częściej zaczynałam przechadzać się po terenie. Oprócz uczniów byłam jedynym mieszkańcem, który nie był pracownikiem zamku i początkowo rola żony profesora nie bardzo przypadła mi do gustu, ale powoli oswajałam się z tym. Większość kadry nauczycielskiej, zwłaszcza ci, którzy pamiętali mnie z czasów nauki, była przychylnie nastawiona i sama zaczynałam traktować ich jako przyjaciół i kolegów, a nie dawnych nauczycieli. Balbian Blagojevic, nie należał jednak do grona tych, z którymi kontaktu szukałam.

– A to byłoby takie straszne? – spytałam, unosząc głowę znad szkicownika.

– Biblioteki są dla kujonów – zaśmiał się i niezrażony moim ironicznym, krzywym uśmieszkiem usiadł obok. – Co tam masz? – Próbował zerknąć mi przez ramię, ale dość dokładnie ukrywałam zaklęciami swoje szkice przed ciekawskimi spojrzeniami. Robiłam ilustracje do czarodziejskich adaptacji mugoslkich baśni. Było to jedno z największych przedsięwzięć wydawnictwa ostatnich lat i aż do ukończenia, miało ono pozostać tajemnicą.

– Pracuję – odparłam szorstkim tonem.

– Nad czym? – Balbian nie dawał za wygraną.

– Nad zleceniem od mojego pracodawcy – odpowiedziałam wymijająco i zamknęłam z trzaskiem zeszyt.

– W bibliotece studiowałaś księgi do numerologii, więc niech zgadnę. – Zamyślił się. – Jesteś jakimś łamaczem szyfrów.

– Pudło – westchnęłam, widząc, że nie pozbędę się łatwo natręta.

– Mieszkasz w zamku i z własnej woli czytasz książki do numerologii, dziwne – zastanawiał się. – Nie jesteś nauczycielką, ale bibliotekarka powiedziała, że jesteś w kadrze. Jesteś córką Vector?

– Profesor Vector jest i zawsze była kobietą samotną – odrzekłam spokojnie.

– Co nie znaczy, że nie może mieć córki – zaśmiał się piskliwie, a jego śmiech powoli doprowadzał mnie do szewskiej pasji. – Ale faktycznie nie wyglądasz na jej córkę. To prosta, głupia baba z prowincji, ty wyglądasz na kogoś w kogo żyłach płynie arystokratyczna krew, mylę się? – Westchnęłam w myślach nad głupotą swojego niechcianego towarzysza. – Flitwick odpada, byłabyś niższa. Mówiłaś, że twoja mama była Włoszką, skoro była Włoszką musi wyglądać podobnie do ciebie. Może ta stara, jak jej … McGonagall jest twoją matką.

– Profesor McGonagall jest Szkotką. – W myślach dla uspokojeni zaczęłam recytować słownik łaciński.

– Mam pomysł. – Spojrzał na mnie uwodzicielskim wzrokiem. – Zjesz dziś ze mną kolację w Hogsmeade albo nie – zastanowił się przez chwilę – Paryż, zaraz zafiuukam do ojca, żeby załatwił mi międzynarodowy świstoklik. Przeniesiemy się na kolację do Paryża i tam opowiesz mi o sobie.

– Nie – odparłam beznamiętnym tonem.

– Co nie? Nie lubisz żab? – zdziwił się.

– Nie.

– To może być Rzym, na pewno lubisz rzymskie żarcie. Znam tam jedną wykwintną restaurację. Mój ojciec często tam jadał podczas oswajania śmierciotuli. Opowiem ci o niej przy kolacji, jest taka urocza. Tylko … mogłabyś się przebrać, w tym cię nie wpuszczą do żadnej z restauracji, do których chadzam. – Zlustrował mnie krytycznie.

– Nie – kontynuowałam lekko znudzona.

– O tam, na pewno masz jakąś stosowną kieckę ze stosownymi wycięciami. – Mężczyzna ponownie prześlizgnął się wzrokiem po mojej zimowej szacie. – Mógłbym pomóc ci coś wybrać z szafy – dodał szeptem, pochylając się nade mną nisko. Odwróciłam głowę z lekkim niesmakiem. – Orzesz ty – wykrzyknął nagle i poderwał się ze swojego miejsca. – Dlaczego mi nie powiedziałaś, że tu jest tak mokro? – Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, widząc mokrą plamę na tyłku podskakującego profesora Obrony.

– Jest zima, wszędzie leży śnieg, czy to nie oczywiste? – Wywróciłam oczami.

– To dlaczego wokół ciebie jest sucho? – Spojrzał na mnie z oburzeniem.

– Bo mam mózg, różdżkę i potrafię użyć czasem jednego i drugiego jednocześnie? – odparłam z ironią.

– Zniszczyłaś moją najlepszą szatę od Malfreda, ty idiotko, trzeba mi było … – Nie zdołał dokończyć. Głośno przełknął ślinę, gdy koniec ciemnej, długiej różdżki Severusa wbił mu się w szyję.

– Coś jeszcze chciałeś powiedzieć tej pani, Blagojevic? – syknął wprost do jego ucha. – Tak myślałem – mruknął, gdy mężczyzna przed nim nerwowo pokręcił głową. – Klękniesz i przeprosisz.

– A co ci do tego, Snape? – odparł z oburzeniem Balbian. – To twoja matka czy co?

– Moja żona, idioto, klękaj i przeproś – warknął, łapiąc go za włosy. Przechylił jego głowę w bok i zmusił, by uklęknął przede mną.

– Prze … prze... przepraszam – wybąkał.

– Słucham? – Severus skrzywił się z niezadowoleniem.

– Przepraszam panią.

– Jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu mojej małżonki, a gorzko tego pożałujesz. – Severus złapał go za szatę i wysyczał prosto twarz. – Zjeżdżaj – burknął, rzucając nim o ziemię.

– Ja się jeszcze z tobą policzę – wykrzyknął Blagojevic, oddalając się szybkim krokiem. – Popamiętasz mnie, Snape. Jeszcze dziś zafiuukam do taty – odgrażał się.

– Mój obrońco. – Objęłam męża w pasie i czułością ucałowałam go w usta. – Nie boisz się, że naśle na ciebie śmierciotulę? – Zrobiłam strwożoną minę.

– Słoneczko moje, śmierciotule to ja na śniadanie zjadam – odarł z zarozumiałą miną i rozsiadł się pod drzewem, pociągając mnie za sobą. – Przerwałem coś? – spytał, szepcząc do mojego ucha.

– Chciał mnie zabrać na kolację – odparłam, spoglądając na niego z naganą. – Do Rzymu, Sev, do Rzymu – jęknęłam zbolałym głosem. – I miał mi tyle opowiedzieć. – Westchnęłam głośno. – I sukienkę wybrać na wieczór. Chociaż wątpię, żebym miała w szafie coś co, by mu odpowiadało. Zapowiadało się tak miło.

– Dokuczał ci? Zaglądał tam, gdzie nie powinien? – spytał z troską.

– Poza tym, że uznał moją szatę za niegodną wchodzenia do wykwintnych restauracji i myślał, że skoro powiedziałam, że moja mama BYŁA z pochodzenia Włoszką, to oznacza, że teraz jest z pochodzenia kimś innym, to wszystko dobrze – odparłam, opierając się o jego klatkę piersiową.

– Idiota – mruknął Severus i mocno mnie do siebie przyciągnął. – Co tam masz? – spytał, wskazując szkicownik.

– Pracuję nad nową, dużą książką – wyznałam.

– Mogę zobaczyć? – spytał z zaciekawieniem. Z uśmiechem wręczyłam mu zeszyt i usiadłam obok, opierając głowę na jego ramieniu. – Co to? – Przyglądał się z uwagą jednemu z obrazków. Machnęłam nad nim różdżką i narysowana dziewczynka zaczęła przechadzać się wzdłuż namalowanej, leśnej ścieżki.

– Mugole nazywali tę dziewczynkę Czerwonym Kapturkiem – zaśmiałam się. – W naszej wersji będzie to Czerwona Czapeczka, mówiłam, że brzmi idiotycznie, ale twój tata mnie nie słucha.

– Umiałabyś ożywić coś, co ja narysuję? – zapytał, a ja bez słów przekartkowałam szkicownik do pustej strony i wypowiedziałam cichą inkantację.

– Narysuj coś – nakazałam. Severus nakreślił ludzika z patyków i uśmiechnął się z triumfem. – Śliczny – zakpiłam i ponownie machnęłam różdżką, usuwając dzieło męża. – Teraz narysuj go jeszcze raz, ale tak, żeby wyglądał, jakby wykonał jakąś czynność. – Bez słów chwycił ołówek i narysował takiego samego człowieczka, ale z rękoma uniesionymi do góry. – Brawo – zaśmiałam się, ale po chwili spoważniałam. – Moja mama kompletnie nie potrafiła rysować. Jak byłam mała to właśnie w taki sposób rysowała ludzi i udawała złość, kiedy je poprawiałam. – Delikatnie powiodłam palcem po ludku z kresek. Uśmiechnęłam się pod nosem i po chwili ludzik zaczął podskakiwać, wymachując rękoma, a na koniec każdej sekwencji posyłał nam buziaka.

– Tego nie było w moim planie – Severus udał obruszonego.

– Inwencja własna – westchnęłam.

– Panno Stanley, profesorze Snape. – Nad naszymi głowami pojawiła się postać Minerwy McGonagall.

– Snape, nazywam się teraz Snape – poprawiłam ją. – Dzień dobry. – Wstałam z miejsca i grzecznie przywitałam z dawną panią profesor. – Tym razem to nie ja. Cokolwiek się stało, to nie byłam ja – zaperzyłam się, widząc, że nauczycielka przyglądała mi się swoim lustrującym spojrzeniem. – Naprawdę nie ja – zarzekałam się.

– Nie ona – potwierdził Severus, gdy starsza kobieta wciąż nie mogła otworzyć ust.

– Przepraszam, drogie dziecko – westchnęła McGonagall. – Zamyśliłam się. Zabawne, tak właśnie zaczynała się większość naszych rozmów. Ty zaprzeczałaś, a ja wymieniałam co zrobiłaś.

– Taa – prychnęłam – pamiętam. Zwłaszcza, że w wielu przypadkach to naprawdę nie byłam ja. Cały tydzień musiałam szorować puchary z Filchem za zamalowanie ust grubej damy i przyklejenie ramy do ściany.

– To nie byłaś ty? – zdziwiła się nauczycielka, a Severus zrobił dziwną minę i zaczął podejrzanie rozglądać się dookoła. Spojrzałam na niego z ukosa.

– TY – wykrzyknęłyśmy razem z Minerwą.

– Nie przyłapała mnie pani, to się nie liczy – mruknął na swoją obronę.

– Och, naprawdę ukarałam cię niesłusznie, tak mi przykro, panno … pani Snape – McGonagall zrobiła skruszoną minę.

– Gdyby policzyć te razy, kiedy mnie pani nie złapała, to i tak wychodzę na plus – zaśmiałam się. – A ty będziesz miał karę – szepnęłam do męża.

– Pani Snape, właśnie odbyłam szybką, ale dość treściwą rozmowę z profesorem Blagojevicem – profesorka zwróciła się do mnie oficjalnym tonem.

– Pani profesor, nie jestem już uczennicą i nie może mi pani dać szlabanu tylko dlatego, że jakiś kre... profesor usiadł na śniegu i zmoczył sobie tyłek – zaperzyłam się.

– Pani Snape, owszem, profesor poskarżył mi się, jako zastępcy i zapowiedział, że jeśli dojdzie do podobnych incydentów z udziałem pani męża to złoży wymówienie, ale nie zamierzam mieszać się w wasze prywatne sprawy – odparła surowym tonem Minerwa. – Och, właściwie … to … Pani Snape, profesorze … – Popatrzyła na nas zmieszana.

– Pani profesor, przepraszam. – Uśmiechnęłam się nieśmiało. – Solem i Severus brzmi o wiele prościej. – Severus objął mnie i lekko ucałował w czubek głowy.

– Oczywiście masz rację, ale będzie jeszcze prościej jeśli i wy obydwoje będzie zwracać się do mnie po imieniu. – Kobieta spojrzała na nas łagodnie, a mój mąż lekko do niej skinął.

– Zdaje się miałaś jakiś problem z Balbianem – przypomniałam.

– Ach, tak. – McGonagall pokręciła energicznie głową. – Ten kret... profesor Blagojevic, ja już z nim nie wytrzymam. Nakazał woźnemu usunąć wszystkie moje szczury do transmutacji. Wszystkie. Wyobrażacie sobie. – Popatrzyła na nas, głośno wzdychając. – Uznał, że mój składzik na pomoce naukowe jest zbyt blisko jego komnat, by mogły w nim przebywać gryzonie.

– Sol, słonko, pani pro... Minerwo, pozwolicie, że was przeproszę? Za dziesięć minut mam spotkanie z jednym z rodziców. – Severus spojrzał na mnie przepraszająco.

– Oczywiście, idź. Spotkamy się później – zapewniłam i musnęłam go w policzek. – I co z tymi szczurami? – Zachęciłam panią profesor do dalszej opowieści.

– Och, wykrzykiwał, że trzyma w swoich komnatach zbyt cenne rzeczy, żeby tak się narażać, że jego jedna szata kosztuje tyle co pół tego zamku i nakazał Filchowi pozbyć się szczurów z mojego składzika – jęknęła. – Woźny, oczywiście, wyniósł wszystkie do Zakazanego Lasu.

– Nie mam pojęcia jak mogę pomóc z tymi szczurami – zdziwiłam się. – Może Hagrid mógłby je odnaleźć. Zaklęcie przyzywające mogłoby sprowadzić ich tutaj zbyt wiele.

– Ze szczurami to jakoś sobie poradzę – wyjaśniła. – Tylko, może gdyby doszło do podobnych incydentów, cokolwiek między wami zaszło, to on by się wyniósł. – Spojrzała zawstydzona, ale w jej oczach widać było błaganie.

– Mogłoby być zabawnie. – Posłałam Minerwie diabelski uśmieszek. – Może podeślemy mu jakąś śmierciotulę sowią pocztą? – zachichotałyśmy.

– Wiem, że jesteś ekspertem w tego typu sprawach. Wiesz, jak uprzykrzyć komuś życie. – McGonagall spojrzała na mnie z podziwem.

– Zobaczę co się da … – Przystanęłam na chwilę i głośno odetchnęłam.

– Pani … Solem? Coś się stało? – spytała z troską.

– Już w porządku, przepraszam. – Z zakłopotaniem pochyliłam głowę. – Czasem jeszcze zdarza mi się …

– Wiem – szepnęła Minerwa. – Albus mi powiedział z czym się zmagasz. Odprowadzić cię do mieszkania? Te szczury, to nieważne. Znajdę inny …

– Szczury, to niezły pomysł. Namaluję mu kilka na ścianie w pobliżu jego prywatnych kwater – przerwałam jej, na co McGonagall przytaknęła z uśmiechem triumfu.

– Solem – Minerwa zatrzymała się i spojrzała z troską. – Przepraszam, jesteś dobrym dzieckiem. Ja … zachowałam się w stosunku do ciebie bardzo niesprawiedliwie.

– Już mnie pani kiedyś przeprosiła. – Uśmiechnęłam się szczerze. – Nie musisz robić tego za każdym razem, gdy mnie widzisz.

– Wiem, drogie dziecko – westchnęła. – Na niewiele się to zda, ale przysięgam, że już nie popełnię po raz drugi takiego błędu. A biorąc pod uwagę to, jak pan Lupin i panna Evans potracili swoje stypendia … Mogę ci to wszystko jakoś zrekompensować?

– Mhm – mruknęłam z rozbawieniem. Od dawna już nie czułam urazy do profesor transmutacji. Jeszcze pod koniec szkoły doszłyśmy do porozumienia i nie potrzebowałam rozgrzebywać starych ran i nieporozumień. – Mogłabyś mi pomóc wykurzyć tego idiotę od Obrony ze szkoły.

– Och, zrobię to z prawdziwą przyjemnością. – Na twarzy starszej kobiety pojawił się wyraz pełnego zadowolenia. – Powiedz tylko co mam zrobić, ja się na tym kompletnie nie znam.

Profesor McGonagall uparła się, żeby odprowadzić mnie pod same drzwi mieszkania. Cieszyłam się, że potrafiłam rozmawiać w normalny sposób ze starszą kobietą. Wydawała się być szczera i ze zdziwieniem stwierdziłam, że kiedy się ją bliżej pozna, potrafiła być sympatyczna. Czułam się trochę wyczerpana i planowałam zaparzyć sobie herbatę, wziąć książkę i położyć się do łóżka, gdy w szybę zaczęła stukać pocztowa sówka. Odwiązałam niewielką paczkę od nogi ptaka i pozwoliłam mu odlecieć. Przez chwilę obracałam przesyłkę w dłoniach. Nie spodziewałam się niczego i nigdzie nie mogłam znaleźć nadawcy. Sowa, która ją przyniosła należała do poczty w Hogsmeade i ta mała odległość sprawiła, że lampka kontrolna zaczęła mocno migotać w mojej głowie. Położyłam ostrożnie paczkę na stole i rzuciłam zaklęcia kontrolne i sondujące. Nie znalazłam żadnych klątw ani uroków, nie było też śladów Czarnej Magii, dlatego po chwili wahania uchyliłam wieko niedużego pudełeczka. Zamarłam i bezwładnie opadłam na kolana.

*Ramora – gatunek ryb objętych ścisłą ochroną.

Kolejny rozdział: „Lwica"