ROZDZIAŁ 22

Lwica

Severus

Błyskawicznie uporałem się z niezbyt miłą rozmową na temat opuszczenia się w nauce jednego z uczniów i szybkim krokiem udałem się do mieszkania. Liczyłem na smaczną kolację, wspólną kąpiel i może coś jeszcze wspólnego po kąpieli. Dość szybko uśmiech opuścił moją twarz. Solem, niczym w jakimś transie siedziała na podłodze w kuchni i leciutko się kołysała.

– Sol? – spytałem niepewnym głosem. – Kochanie, co się stało? – Podszedłem do niej i delikatnie pogładziłem po policzku wilgotnym od łez. Nie zareagowała, tylko wpatrywała się przed siebie w dal. Dopiero, gdy chwyciłem ją na ręce poruszyła się i lekko do mnie przylgnęła.

– Miał to na sobie tamtego dnia – wyszeptała, podając mi malutki kaftanik. – Miał go na sobie. – Zamarłem, spoglądając na trzymane przez nią ubranko.

– Słonko … – próbowałem ją uspokoić, ale przerwała mi.

– Sowa to przyniosła, sowa z poczty w Hogsmeade – wyjaśniła, gdy układałem ją na łóżku.

– Wezwę mamę i uzdrowiciela Philipsa – zakomunikowałem.

– Nie trzeba – odparła cichym głosem. – Tylko … nie widzę już od godziny. – Przymknąłem powieki i mocno ją do siebie przytuliłem. – Potrzebuję tylko odpocząć. Przepraszam, że cię zdenerwowałam.

– Nie masz za co przepraszać. Zmartwiłem się, wciąż się martwię. Sol – zawahałem się – jesteś pewna, że to należało do Teo?

– Tak, tutaj w rogu – wcisnęła mi kaftanik w rękę – jest wyhaftowany jego inicjał. Zrobiłam go sama.

– Sol, może ktoś wyniósł to z naszego domu – mówiłem do niej łagodnym tonem.

– Tylko rodzice i Amelia mogą tam wchodzić. Wiedzielibyśmy, gdyby ktoś inny złamał bariery. – Wydawało mi się, że była spokojna, ale po jej policzkach wciąż spływały łzy. Pozornie dobrze nad sobą panowała, ale ta jedna rzecz wymykała jej się spod kontroli.

– Odpocznij, kochanie. Wezwę aurorów – zaproponowałem.

– Nie jestem pewna – wyszeptała. – Nie wiem, czy chcę by wiedzieli.

– Mogliby ustalić kto wysłał sowę tego dnia z Hogsmeade – nalegałem.

– Pewnie dziesiątki czarodziejów, a wśród nich niejeden podejrzany o śmierciożerstwo – odparła. – Zasugerują to samo co ty, będą chcieli oglądać dom i sprawdzać każdy jego kąt, zrobią bałagan, a i tak na koniec nic nie znajdą.

– Chyba masz rację. – Odetchnąłem głęboko i spojrzałem na ściskany w dłoniach kaftanik naszego syna. – Odpocznij, proszę. Później o tym porozmawiamy, dobrze?

– Nic mi nie jest, naprawdę. – Spróbowała się uśmiechnąć, ale płynące po policzkach łzy sprawiły, że uśmiech nie wypadł zbyt szczerze.

– Zdrzemnij się. Przygotuję kolację. – Przytuliłem ją mocno i ucałowałem w czubek głowy.

Byłem zagubiony. Solem zachowywała spokój i wydawało się, że interwencja uzdrowiciela i eliksirów uspokajających nie była konieczna, ale mimo wszystko się niepokoiłem. Mało rozmawialiśmy o bólu, który przepełniał nasze serca po stracie, ale potrafiliśmy to sobie przekazać samym dotykiem, ciszą, w jakiej siedzieliśmy czasem wieczorami i uściskami. Tęskniliśmy i wciąż jeszcze uczyliśmy się żyć bez niego, szukając zgubionego szczęścia, a tego typu sytuacje niczego nie ułatwiały. Brakowało mi pomysłu, dlaczego ktoś przysłał jej coś takiego i jak właściwie powinniśmy to odebrać. Dziesiątki myśli wirowało w mojej głowie, ale tą jedną starałem się od siebie odsuwać, tak daleko, jak to tylko możliwe.

– Dlaczego ktoś to przysłał? – spytała beznamiętnym tonem, stając na progu jadalni. Wstałem z miejsca i podszedłem do niej, spoglądając jej w oczy.

– Nie mam pojęcia – odparłem. Pogładziłem ją lekko po policzku i przyciągnąłem do siebie. – Wezwę Eileen, dobrze?

– Nie ma potrzeby, Sev – uspokoiła mnie. – Już wszystko dobrze, a twoja mama i tak przez ostatni rok nie robi niczego innego tylko skacze wokół mnie. Nie musisz jej wzywać za każdym razem, gdy coś się dzieje, naprawdę. Jest dobrze. Chciałabym tylko wiedzieć dlaczego...

– I kto? – Zaśmiałem się gorzko. Objąłem ją i poprowadziłem do jednego z krzeseł. Bez słów nałożyłem jej solidną porcję kurczaka i jeszcze większą porcję warzyw. – Jak wszystko zjesz dostaniesz deser – zakpiłem, widząc jej niewyraźną minę. – Kurczak to jedyne co potrafię ugotować, więc nie marudź.

– Nie marudzę, Sev – mruknęła. – Uwielbiam twojego kurczaka, ale nie sądzisz, że jak to zjem, to już nie wcisnę deseru?

– Kogo próbujesz nabierać; siebie czy mnie? – Spojrzałem na nią z kpiącym uśmieszkiem i otworzyłem szeroko lodówkę, ukazując jej całą zawartość.

– O Merlinie – wykrzyknęła. – Przełknąłeś swą dumę i połaskotałeś gruszkę – zaśmiała się. – Paluszki marcepanowe i och, beziki ze śmietaną. Tort? – Spojrzała na mnie z szeroko otwartymi oczami. – I karmelki. – Wzrok Solem wędrował od jednej do drugiej słodkości z niesamowitą prędkością i przez chwilę, wydawało mi się, że widziałem ślinę w kącikach jej ust.

– Wiele mnie kosztowało, by to wszystko zdobyć – mruknąłem z niezadowoleniem. – O mały włos przyłapałby mnie jeden z Puchonów. Jedz kurczaka i warzywa mają zniknąć – nakazałem.

– To był twój pierwszy raz, prawda? – spytała z powagą i nutką udawanego podziwu.

– Mam nadzieję, że docenisz me poświęcenie – mruknąłem.

– Przez całą naukę tutaj ani razu nie byłeś w kuchni?

– Miałem łaskotać gruszkę, żeby dostać kanapkę? – Spojrzałem na nią oburzony.

– Oj Severusie, Severusie – jęknęła. – Ani razu nie jadłeś kanapki przygotowanej przez Migotkę?

– Nie, nie czułem nigdy potrzeby dojadania po kolacji.

– Uwierz mi, nie masz pojęcia co straciłeś, wstydząc się gruszki. – Solem zaśmiewała się ze mnie.

– Jedz i nie gadaj, bo wszystko oddam do kuchni – zagroziłem.

– Mogłeś wezwać skrzata, żeby nam to przyniósł, nie musiałeś spoufalać się z owocami – zachichotała.

– Wtedy dorwałby się do mojego kurczaka i zrobił z niego nie wiadomo co – odburknąłem nieco obrażony. – Już wolę obcować z naturą martwą.

– Musimy o tym porozmawiać, Sev – zaczęła nieśmiało, gdy po kolacji zasiedliśmy na kanapie w salonie.

– Wiem – szepnąłem. – Tylko nie chcę żebyś …

– Wszystko w porządku ze mną, naprawdę – zapewniła po raz kolejny. – A jak ty się czujesz?

– Nie wiem – odparłem szczerze i objąłem ją. – Mam mętlik w głowie.

– Powiedz mi co myślisz – poprosiła. – Skąd ktoś go miał?

– Będę szczery. – Spojrzałem jej prosto w oczy. – Zakładam, że być może się mylisz i Teo nie miał tego kaftanika na sobie. Może zabrałaś go na zmianę dla niego, a może ktoś zabrał go z domu już jakiś czas temu, nie wiem.

– Biorę tę ewentualność pod uwagę, ale i tak nie widzę w tym sensu – odparła. – Ktoś miałby nam zrobić głupi dowcip?

– Nie wiem, słoneczko.

– Powiedz to, powiedz co jeszcze myślisz – poprosiła.

– Niedorzecznym wydaje się, żeby ktoś go z niego zdjął … – zawahałem się.

– Sev. – Solem obróciła się twarzą do mnie i spojrzała mi głęboko w oczy. – Rzucaliście zaklęcia przed pogrzebem? Sprawdziliście czy tam był? – Przytaknąłem.

– Tak. Filius, Dumbledore i jeden z aurorów … – Mocno zacisnąłem powieki i próbowałem zapanować nad nerwami.

– Wiem, że to trudne, kochanie – szepnęła, gładząc mnie po policzku. – Wiem, najdroższy.

– Sol, może ja już wariuję, nie wiem, ale przeleciała mi przez głowę myśl, że ktoś go stamtąd zabrał, że ktoś ci go odebrał, zanim rzucono zaklęcie. – Odetchnąłem głęboko i przymknąłem powieki. Solem wtuliła się w moje ramiona.

– Sev, to możliwe czy tylko my byśmy chcieli, by tak było?

– Nie wiem, promyczku – odparłem.

– Dlaczego ktoś to wysłał?

– Może ktoś wie, ale nie może nam powiedzieć? – insynuowałem. – A może to naprawdę okrutny żart, Sol. – Pokiwała lekko głową na znak, że się zgadza.

Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy. Każde pogrążone w swoich myślach. Bałem się powiedzieć cokolwiek więcej, bałem się myśleć i mieć nadzieję, jednocześnie nie mogąc zapanować nad uczuciem ciepła jakie dosięgało teraz moje serce. Nie miałem pojęcia, co zrobić i ponad wszystko obawiałem się, że jedyne co może z tego wyniknąć to pogorszenie jej stanu.

– Chciałabym pamiętać – zapłakała cichutko. – Tak bardzo przepraszam cię, że nic nie pamiętam. Nie wiem, co się stało.

– Słonko, nie przepraszaj. – Chwyciłem jej twarz w dłonie i przyłożyłem usta do czoła. – To nie twoja wina. To nie twoja wina, kochanie.

.: :.

Solem

– Alicja. – Uśmiechnęłam się promiennie na widok znajomej ze szkoły. Alicja była niezwykle pogodną i wesołą dziewczyną, jedyną Gryfonką, z którą utrzymywałam przyjacielskie stosunki. Po szkole nie spotykałyśmy się zbyt często, ale za każdym razem, gdy doszło do spotkania wypijałyśmy razem kawę i ucinałyśmy sobie miłą pogawędkę.

– Witaj, Solem. – Kobieta weszła do naszego małego sklepu z eliksirami, w którym przygotowywałam zamówienie na ingrediencje dla męża.

– Merlinie, nie widziałam cię … – urwałam, przypominając sobie nasze spotkanie w szpitalu. – Przepraszam, Alicjo. Tak mi wstyd. – Posłałam jej zbolałe spojrzenie, kiedy powróciło do mnie wspomnienie, jak wyrzuciłam ją ze szpitala, gdy wykonywała jedynie obowiązki służbowe. Po ukończeniu Hogwartu Alicja zapisała się na kursy aurorskie, a krótko po ich ukończeniu urodziła syna. Sprawa Snape – Stanley, była pierwszą, przy której kobieta pracowała i teraz tym bardziej czułam wyrzuty sumienia i nie umiałam spojrzeć jej w oczy.

– Tobie wstyd? Dziewczyno to ja powinnam się wstydzić za to, jak działamy. – Longbottom wywróciła oczami i uściskała mnie ze szczerym uśmiechem.

– Chodź do biura, zaparzę herbatę i opowiesz mi co u twojego malucha. – Chwyciłam koleżankę pod rękę i poprowadziłam na tył sklepu.

– Właściwie to jestem tutaj służbowo – wyjaśniła, robiąc skruszoną minę.

– Coś wiesz? – Spojrzałam na nią z nadzieją.

– Niestety, przykro mi – westchnęła. – Przejęłam tę sprawę do samodzielnego prowadzenia i sporo rzeczy muszę wyjaśnić. Spotkałam jakiś czas temu Severusa na …

– Wspominał mi – przerwałam szybko, żeby nie zmuszać Alicji do wyjawiania sekretów Zakonu. Wiedziałam od męża, że Longbottomowie są członkami i mówił mi o spotkaniu z nimi. Namawiał też, bym spróbowała porozmawiać z Alicją na temat niedawnej przesyłki i bransoletki, ale wciąż się wahałam.

– Zapewniał, że czujesz się lepiej i chyba miał rację. – Longbottom uśmiechnęła się pokrzepiająco.

– Nie kłamał.

– Pomyślałam, że może mogłybyśmy porozmawiać o tamtym dniu, ale jeśli to zbyt trudne …

– Trudne, ale chcę porozmawiać – zapewniłam, ciężko wzdychając. – Jednak wolałabym, żeby to była prywatna rozmowa. – Alicja bez słowa zamknęła swój służbowy notatnik i schowała do torby. – Powiem ci co wiem, co pamiętam, co spotkało mnie dziwnego od tamtej pory, powiem też do jakich wniosków doszedł mój uzdrowiciel i nawet opowiem ci moje koszmary, ale chciałabym, żeby to wszystko zostało między nami. Jeśli coś z tego co ci powiem, naprowadzi cię na jakiś ślad, nie będę miała ci za złe jeśli to wykorzystasz, ale nie chcę by cokolwiek było w aktach. Później ty opowiesz wszystko mnie.

– Sprawa jest całkowicie moja, tylko ja mam dostęp do informacji i nikt inny chwilowo się tym nie zajmuje, więc w sumie bez różnicy, czy to jest w mojej głowie, czy na papierze. – Aurorka mrugnęła i rozsiadła się wygodniej w fotelu. – W aktach jest sporo nieścisłości i opowiem ci o wszystkim, ale obiecaj mi, że nikt … no dobra, oprócz Severusa, się o tym nie dowie. Być może to jakieś nieistotne fakty, być może to tylko bałagan w papierach, nie wiem, ale chcę to dokładnie zbadać. – Przytaknęłam i opowiedziałam koleżance o wszystkim co mnie gryzło w związku ze sprawą zabójstwa bliskich. Wspomniałam o łańcuszku znalezionym przez teścia, kaftaniku jaki mi przysłano, ale także wyznałam prawdę na temat swojej ukrytej różdżki i obiecałam pokazać wyniki testu. Alicja słuchała z uwagą i nawet podczas opowieści o dręczących mnie koszmarach pozostała skupiona, i jak mi się wydawało, analizowała wszystko w głowie.

– Szczerze mówiąc – odezwała się chwilę po tym, jak skończyłam – teraz to już w ogóle nic nie wiem. Solem, zaklęcie destrukcji, jakie zostało rzucone na dom twoich rodziców, było niezwykle silne. W całej historii magii jest niewielu, którzy mogliby rzucić coś tak potężnego. Huk … Sol, na pewno możemy o tym rozmawiać? – spytała, spoglądając z troską w moje pełne łez oczy. Niełatwo było to wszystko z siebie wyrzucić, ale musiałam.

– Tak, Alicjo – zapewniłam.

– Huk było słychać na drugim końcu miasteczka, a na miejscu nie było żadnej rzeczy, którą można by było poskładać do kupy – opowiadała. – Miałam teorię, że to być może Sama-Wiesz-Kto, ale przecież on nie wysyłałby ci kaftanika Teodora. – Westchnęłam głośno. – Myślę, że znaliście tego kogoś; i ty, i twoi rodzice. Według osi czasu, jaką udało mi się stworzyć na podstawie śladów zaklęć, jakie tam znaleziono i z badania twojej różdżki, wynika że została ci ona odebrana w tym samym momencie, w którym zostały rzucone bariery maskujące na teren, a chwilę, dosłownie chwilę później rzucono dwie Avady i silne Protego, które zostało przerwane przez kolejną Avadę. Teraz już wiem skąd te czary obronne. – Ukryłam twarz w dłoniach i cichutko westchnęłam. – Niestety nie ma możliwości odczytania już z ilu różdżek strzelano. Nie wiem kto tego nie dopatrzył, ale już jest za późno, by coś z tym zrobić. Na tym skończymy, Solem. – Alicja chwyciła mnie za dłonie i cicho westchnęła. – Nie rób tego sobie. Pozwól mi zająć się wszystkim. Obiecuję, że nie zostawię tej sprawy, dopóki winni śmierci twoich bliskich nie zostaną ukarani. Obiecuję też, że nikt, nawet Frank, nie dowie się o tym co usłyszałam od ciebie i Sol, chciałabym się mylić, ale … nie wydaje mi się możliwym, żeby wasz syn przeżył.

– Ja przeżyłam – szepnęłam.

– Obiecałam, że będę szczera. Solem, przeżyłaś, bo oni z jakiegoś powodu nie chcieli ciebie zabić, a twoja druga różdżka tylko to potwierdziła.

– Ktoś chciał się ze mną spotkać tamtego dnia – przypomniałam sobie. – Nie pamiętam, ale Severus mówił, że gdy wrócił do domu, na stole w kuchni znalazł list, w którym ktoś zapowiadał swoje przyjście do rodziców, żeby zobaczyć się ze mną.

– Masz go? – Longbottom zapytała z nadzieją.

– Niestety. Severus wrócił do domu po kilku dniach, a listu nie było. Myślał, że odruchowo go wyrzucił, ale … może ktoś go zabrał? Severus raczej nie wyrzuciłby czegoś skierowanego do mnie.

– To tylko potwierdza teorię, że to ktoś kogo znaliście. – Alicja zamyśliła się.

– Dlaczego nie spotkał się ze mną w Londynie? – zastanowiłam się głośno.

– Albo chciał czegoś od twoich rodziców, ale nie znał ich wystarczająco dobrze i liczył, że go przedstawisz, albo dlatego że miał wszystko dokładnie zaplanowane. Mieszkacie w mugolskim Londynie, tam nie mógłby postawić tak silnych barier maskujących i zapewne powstałoby dużo większe zamieszanie związane ze zbrodnią w mugolskim świecie. Śledztwo byłby dużo dokładniejsze – zapewniła Alicja, a ja przytaknęłam ze zrozumieniem. – Teraz mam wątpliwości, czy dobrze zrobiłam, rozmawiając z tobą o tym wszystkim. Sporo mi wyjaśniłaś, ale … nie chcę byś cierpiała bardziej. Lubię cię, zawsze cię lubiłam i nieraz wyrzucałam sobie, że tak słabo cię broniłam przed Evans, gdy knuła razem z Marleną w dormitorium. Gdyby nie Severus, nie dostałabym się na kursy aurorskie. Pomógł mi nie tylko się przygotować, ale … nigdy tego nikomu nie powiedziałam, ale on dał mi wskazówkę na egzaminie. Praktyczny OWTM zdawaliśmy jednocześnie, gdyby nie on, miałabym co najwyżej PO. Chcę się jakoś odwdzięczyć i wydaje mi się, że najlepiej zrobię, ochraniając cię tak, jak tylko się da. Koniec z gadaniem o przykrych rzeczach.

Z jednej strony, miałam już dość, z drugiej, chciałam się czegoś jeszcze dowiedzieć, dostać jakąś wskazówkę, jakiś ślad, który odświeżyłby pamięć. Nie było jednak szans, żeby wyciągnąć od Alicji cokolwiek więcej i będę musiała poprosić Severusa, by on spróbował.

– Dam ci znać jaki będzie wynik badania po sondowaniu – rzekłam po chwili. – Jutro mam się zgłosić do szpitala, ma to potrwać dwanaście godzin i mam być wprowadzona w coś w rodzaju transu.

– Chciałabym, żeby ci to pomogło, bardzo, Solem. – Alicja uśmiechnęła się wdzięcznie.

Przez chwilę w ciszy popijałyśmy herbatę. Byłam wdzięczna koleżance za szczerość. Dowiedziałam się kilku interesujących rzeczy, a w jej oczach dostrzegłam determinację, by rozwiązać moją sprawę do końca i byłam pewna, że dzięki pani Longbottom posunie się na przód.

– Widziałam się z Jamesem i Lily ostatnio w parku. Byli z synem na spacerze – odezwała się po chwili aurorka.

– James przychodzi czasem do sklepu z małym Harrym.

– Nie układa im się – mruknęła pod nosem i zatrzepotała niewinnie rzęsami. Przecież poważne kobiety nie plotkowały.

– To chyba nic nowego – odpowiedziałam z krzywą miną.

– Biedny maluch. Żebyś ich widziała. – Westchnęła. – Był chyba głodny albo zmęczony, a ta jędza zamiast go przytulić, sięgnęła po niego do wózka i wręczyła Jamesowi jakby był jakimś śmierdzącym jajem.

– Odniosłam wrażenie, że James jest raczej dobrym i troskliwym ojcem. Nie wierzę, że prawię komplementy Potterowi – zaśmiałam się.

– Bo jest – zapewniła. – Spotykamy się czasem na pogaduszki – zrobiła wymowną minę – i zawsze przychodzi z tym malcem. Lily zostaje w domu, a on ciągnie ze sobą chłopca. Czasem mam wrażenie, że jest samotnym rodzicem.

– A wydawało się, że to Evans zabiega o to małżeństwo i dziecko – mruknęłam.

– Tak było – Longbottom wywróciła oczami. – Żebyś ty słyszała jej knucie po kątach w dormitorium. A jaki miałam z niej ubaw, jak Severus zaczął się z tobą umawiać. Nie była pewna czy chce Pottera, czy Snape'a, a ja odniosłam wrażenie, że usatysfakcjonowałoby ją, gdyby mogła wodzić za nos ich obu, chociaż i z Lupinem kręciła na boku. Strasznie była zła na ciebie i Severusa, że się umawiacie. Wtedy go nie lubiłam. – Alicja uśmiechnęła się przepraszająco. – I nie wiedziałam co ty w nim widzisz, ale z czasem mnie do siebie przekonał i cieszę się, że on tak dobrze wybrał. Jest dla ciebie dobry?

– Bardzo. – Wzniosłam oczy do góry na wspomnienie jego nadmiernej troski. – A Frank? Nigdy nie miałam okazji go bliżej poznać, ale sądząc po tym, jak promieniejesz musi być wam całkiem dobrze.

– Jest cudowny, chociaż ostatnio straciłam sporo względów na rzecz naszego szkraba – opowiadała Alicja. – Chciałabym tylko, żeby nie pracował tak dużo. Wciąż mieszkamy u jego mamy, a chcielibyśmy mieć w końcu swój własny kąt – westchnęła.

Rozmawiałyśmy jeszcze dłuższą chwilę, wymieniając plotki i nowiny o dawnych, szkolnych kolegach. Początkowo byłam nieco rozbita i zastanawiałam się nawet czy teleportacja pod bramy Hogwartu będzie bezpieczna. Przeszło mi przez myśl, żeby zaczekać na Severusa i z nim wrócić do domu, ale rozmowa z Alicją bardzo mnie rozluźniła i podejrzewałam, że to był celowy zabieg ze strony koleżanki. Z bałaganem w głowie, ale spokojna wróciłam do domu.

.: :.

Severus

– To żaden problem, słonko. – Chwyciłem ją mocno w ramiona, gdy szykowała się do wyjścia do szpitala. Dziś Philips miał na nią rzucić zaklęcie sondujące i musiała pozostać pod jego opieką przez dwanaście godzin. – Poproszę dyrektora, by mnie zastąpił.

– Nie trzeba, Severus – zapewniła. – Będziesz się tam tylko nudził. Przez cały ten czas nie będzie ze mną żadnego kontaktu.

– Jesteś pewna, że to bezpieczne? – dopytywałem.

– Tak, sprawdziłam to zaklęcie dokładnie w książkach, wypytałam jeszcze innych uzdrowicieli, no i twoja mama też to potwierdziła – uspokajała. Uśmiechnęła się, widząc moją zafrasowaną minę i mocno mnie przytuliła. – Zobaczymy się późnym wieczorem. Możesz przyjść po mnie, jak skończysz zajęcia.

– Przyjdę – zapewniłem i odprowadziłem ją do kominka.

Niechętnie puszczałem ją samą, ale chyba nie mógłbym spokojnie patrzeć, jak będzie poddawana badaniom i trochę się obawiałem, że moje zdenerwowanie zaszkodziłby jej.

Przez cały dzień nie mogłem się skoncentrować na pracy i po raz pierwszy zdarzyło się, że to zaklęcie alarmujące zadziałało przede mną. W ostatniej chwili zdołałem uchronić swoich uczniów przed poważną eksplozją. Zganiłem się w myślach za nieuwagę, ale na głos zrugałem ucznia odpowiedzialnego za felerny eliksir. Tego dnia byłem surowy dla uczniów i punktacji innych domów spadłą do tego stopnia, że Minerwa podczas obiadu odmówiła mi podania półmiska z mięsem, Sprout prychnęła głośno na mój widok, a Filius rzucił we mnie zaklęciem wiotkiego widelca. Zmierzyłem małego profesora zjadliwym spojrzeniem i ze złością ruszyłem na kolejne zajęcia z Krukonami.

Za przyzwoleniem dyrektora i ku uldze kolegów z pracy zrezygnowałem z kolacji i pospiesznie udałem się do mieszkania skąd zamierzałem przefiuukać się do szpitala. Pospiesznie próbowałem zdjąć bariery nałożone na drzwi, ale ile razy nie machałem różdżką nic się nie działo. Wejście było niezabezpieczone i z niepokojem nastawiłem się na intruzów, chcących ponownie skrzywdzić moją ukochaną żonę. Z wyciągniętą różdżką wtargnąłem do salonu i mocno zaskoczony spojrzałem na Solem. Siedziała na kanapie wyraźnie zdenerwowana. Mocno przygryzała dolną wargę i skubała rąbek sweterka. Przestraszony podszedłem do niej pospiesznie i uklęknąłem, łapiąc ją za dłonie.

– Słonko? Coś się stało? – Wyrwała ręce z mojego uścisku i wstała nagle z kanapy, stając naprzeciwko kominka. – Solem, co się stało? – ponowiłem pytanie, podchodząc do niej.

– Usiądź – nakazała, odwracając się do mnie gwałtownie.

– Kochanie, co się dzieje? – Chwyciłem ją lekko za ramiona, zmuszając, żeby na mnie popatrzyła. Miliony czarnych myśli przewijało się przez moją głowę. Umysł podpowiadał najczarniejsze scenariusze i powoli przygotowywałem się na najgorsze. Zanim jeszcze otworzyła usta, szukałem sposobów na pomoc dla niej, układałem formuły eliksirów uzdrawiających i zastanawiałem się nad zdobyciem rzadkich ingrediencji. – Powiedz mi natychmiast, co się stało – nakazałem tak bardzo łagodnie, jak tylko potrafiłem w tym momencie.

– Usiądź, proszę. – Spojrzała błagalnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami. – Usiądź – powtórzyła, gdy zacząłem wahać się między staniem blisko niej a udaniem się na kanapę. – Proszę, usiądź i nie ruszaj się przez jakiś czas, dobrze? – Z ociąganiem zbliżyłem się do kanapy, ale wciąż stałem. – Usiądź, proszę. Nie wiem, jak to zniosę, jeśli po raz drugi wyjdziesz z domu bez słowa. Z kanapy masz dalej do drzwi – powiedziała cichutko.

– Dlaczego miałbym … Sol? – Opadłem ciężko na siedzenie, ale po chwili, gdy spłynęło na mnie zrozumienie poderwałem się i w jednej chwili mocno ją do siebie przytuliłem. – Powiedz, że masz na myśli TO wyjście. – Solem pokiwała leciutko głową i nieśmiało podniosła na mnie wzrok. – Naprawdę? Ale jak? Kochanie … – Brakło mi słów. Byłem szczęśliwy i chciałem tańczyć z radości, ale tym razem wcale nie zamierzałem wychodzić. Pragnąłem ją tulić i całować. Pokazać, jak bardzo mnie uszczęśliwiła.

– Nie wiem dokładnie jak, nie pamiętam – odparła nieśmiało. – Może byłeś na górze, a może to było na stojąco … Nie wydaje mi się, by to w jakiej pozycji poczęliśmy dziecko było teraz istotne. Jestem w ciąży, Severusie. – Nie potrafiłem dłużej kryć radości, tylko mocno chwyciłem swoją żonę w objęcia i obróciłem się z nią dookoła pokoju. – Postaw mnie wariacie, musimy poważnie porozmawiać.

– Oczywiście. – Wziąłem ją na ręce i posadziłem na kanapie.

– Według uzdrowicieli ta ciąża nie powinna się zdarzyć – zaczęła z powagą. – Zrobili mi wszystkie możliwe badania, testy i sondy i bez wątpienia noszę w sobie zdrowe dziecko. Jednak istnieje bardzo duże ryzyko, że nie donoszę tej ciąży do końca. – Chwyciłem ją mocno za dłonie i starałem się zachować spokój. – Po ósmej przyjdzie mama i wszystko nam jeszcze dokładnie wyjaśni; jakie eliksiry zażywać i w jaki sposób będzie prowadzona ciąża. Na razie powiedziała mi, że muszę leżeć, a wstawać mogę jedynie do toalety, mam unikać silnych emocji od nerwów do euforii, sporo spać i zdrowo jeść. Sev – spojrzała na mnie ze łzami w oczach – dla mnie to nie problem, mogę leżeć plackiem, byle to dziecko urodziło się zdrowe, ale … mama zaproponowała mi miejsce w szpitalu.

– Wolisz leżeć w szpitalu? – zdziwiłem się.

– Nie, ale …

– Solem – warknąłem – nie jesteś dla mnie ciężarem i zdaje się to także moje dziecko. – Oplotłem ją ramieniem i mocno do siebie przycisnąłem. – Jeśli w szpitalu będziesz czuła się bardziej komfortowo, to jakoś to zaakceptuję. Będę u ciebie codziennie, ale osobiście bym wolał, żebyś została w domu. Zajmę się tobą. Jakoś to rozwiążemy – zapewniałem z głową pełną planów.

– Komfortowo? W szpitalu? – Spojrzała na mnie jak na dziwaka. – Mogę zostać w domu? Jeśli okaże się to zbyt trudne i uciążliwe, to wówczas pomyślimy nad innym rozwiązaniem.

– Mądra dziewczynka. – Pogładziłem ją po ramieniu. – Kocham cię. Jeju, jak ja cię kocham, mój promyczku.

– Cieszysz się? – spytała niepewnie. – Nie planowaliśmy … nawet o tym nie rozmawialiśmy.

– Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. – Ująłem jej twarz w dłonie i czule pocałowałem. – I wiesz co? Mam przeczucie, że za kilka miesięcy urodzi nam się zdrowe dziecko. Zdrowe i piękne. Nie wiem, czy to będzie chłopczyk, czy dziewczynka, to nieważne, ale wiem, że będzie zdrowe.

– Dziwne – prychnęła – mam dokładnie to samo przeczucie.

Machnąłem różdżką i wyczarowałem dla niej śliczną różę. Przytuliłem ją i przez moment rozkoszowaliśmy się chwilą w ciszy. Byłem szczęśliwy.

Solem

– Siedzisz. – Eileen z kwaśną miną powitała nas, wychodząc z kominka.

– Dzień dobry, mamo – mruknął Severus.

– Pomóż jej się przebrać i zaprowadź do sypialni – odparła w odpowiedzi i wręczyła mu dużą torbę.

– Yyy, mogę się sama przebrać – wyjąkałam, zerkając z niepokojem na pakunek. Nie miałam wątpliwości, że znowu będę musiała przyjmować ogromne ilości mikstur, ale nie sądziłam, że już na początek będzie ich cała torba.

– Tak samo jak sama miałaś się położyć do łóżka zaraz po powrocie do domu? – Eileen posłała mi karcące spojrzenie.

– Leżałam na kanapie – usprawiedliwiłam się.

– Jeszcze raz zobaczę cię poza łóżkiem i nie będę się nawet pytała, tylko zabiorę do szpitala – warknęła, ale w kącikach jej ust dostrzegłam błąkający się uśmiech.

– Co to jest? – zdziwił się Severus, otwierając torbę, którą wręczyła mu wcześniej matka.

– Ubranie, w którym od dziś przez kolejnych kilka miesięcy będziesz oglądał swoją żonę – wyjaśniła mu. Sądziłam, że przyjmowanie niezliczonej ilości eliksirów będzie dla mnie szokiem, ale kiedy Severus wyciągnął długie, zabudowane, bawełniane koszule nocne o kroju pasującym do mocno zaawansowanej wiekiem wiedźmy, moje brwi podjechały pod linię włosów i długo nie wracały na miejsce.

– Ja się w tym uduszę – jęknęłam. – To pomoże dziecku? Ale jak?

– Środki zapobiegawcze – tłumaczyła Eileen, wywracając oczami i zmierzyła swojego syna takim wzrokiem, że przez moment miałam nadzieję, że on będzie nosił podobne. – Wkładaj, nie gadaj – ponagliła. – Och, jak będziesz leżała odsłaniając zbyt wiele będziesz wciąż wystawiała Severusa na próbę – dodała poirytowana.

– Jaką próbę? – zdziwiłam się, a Severus z niesmakiem oglądał kolejne zakupione przez matkę koszule nocne.

– Sporo się chyba musiałaś nabiegać po sklepach, żeby kupić coś takiego – mruknął. – Kupiłaś to w ośrodku dla dwustuletnich czarownic? A może zabrałaś z muzeum?

– Doprawdy, czasem bywasz taki zabawny, syneczku – odparła z ironią pani Snape. – Ciekawe czy będziesz taki zabawny, jak wieczorem, zmęczony po pracy położysz się do łóżka, w którym czeka na ciebie seksowna, młoda, śliczna żona w dodatku ubrana w kusą koszulkę podkreślającą jej urocze kształty i prześwitującą w miejscu jędrnych, młodych piersi ze sterczącymi sutkami, a ty wszystko na co będziesz mógł sobie pozwolić to zimny prysznic. – Spojrzała na niego z ironicznym uśmieszkiem, mrużąc oczy.

– Ubierz tę. – Severus podał mi najpaskudniejszą z koszul i machnął, ponaglając mnie, bym się przebrała.

– Żartujecie sobie, prawda? – Głośno przełknęłam, miętosząc gruby materiał i spojrzałam na nich zniesmaczona, a oni zgodnie pokręcili głowami. – Nie założę ich. Uduszę się i dostanę jakiegoś oczowstrząsu. One są różowe, mają długie rękawy i stójki. Zgodziła się mama, żebym leżała w domu, bo mam mieć zapewniony, jak największy komfort. Ja, nie Severus. I jeśli będzie miał jakiś problem z trzymaniem łap przy sobie, to niech on śpi w szpitalu, a ja sobie będę leżała w moich piżamach, w swoim łóżku i w swojej pościeli. Jeśli to mamę uspokoi, to sypiam zwykle w długich, bawełnianych spodniach i koszulkach.

– A to? Co to jest? – Eileen wskazała na wiszącą u wezgłowia łóżka małą, koronkową piżamkę. – Severus w tym sypia? – Nie mogła się powstrzymać przed wybuchem śmiechu, wyobrażając sobie męża w seksownej koszulce.

– Zwykle w niej nie zasypiam, a na pewno się w niej nie budzę. – Posłałam teściowej wyzywające spojrzenie.

– Niech ci będzie – westchnęła Eileen. – Możesz być w tych swoich piżamach, ale ty – zwróciła się do Severusa – masz trzymać łapy z dala od żony, rozumiesz? Pomóż jej się przebrać i kładź ją do łóżka.

– Jak mam jej pomóc się przebrać, skoro mam jej nie dotykać? – zakpił, ale posłusznie wszedł do garderoby i przyniósł mi czystą piżamę.

– Teraz na poważnie. – Eileen usiadła ciężko na jednym z ustawionych w sypialni foteli. – Wszystko co robimy to tylko środki zapobiegawcze. Nie jest tak, że każdy twój ruch zagraża dziecku. Jak już powiedziała ci ta idiotka Richter, ciąża jest dużym zagrożeniem dla ciebie, dla twojego życia i zdrowia. – Przytaknęłam, ściskając dłoń męża. – Skarbeńku, nie mówię tego wszystkiego, żeby cię straszyć, przedstawiam ci realne zagrożenia. Jeśli będziesz na siebie uważać i stosować się do moich zaleceń, niebezpieczeństwo jest naprawdę minimalne, tak dla ciebie, jak i dla dziecka. W miarę możliwości postaram się informować cię o wszystkim, jednak znam cię już na tyle dobrze, by wiedzieć, jak bardzo emocjonalną osobą jesteś i za twoją zgodą, chciałabym wszelkie informacje mogące wywołać u ciebie niepożądane reakcje zachować dla siebie, to samo tyczy się Severusa i twoich przyjaciół. Musisz unikać wszelkiego rodzaju huśtawek emocji, a już na pewno niepotrzebnych nerwów.

– Rozumiem – przytaknęłam. Dla dobra tego dziecka byłam gotowa leżeć w ciszy i skupiać się jedynie na głębokim oddychaniu. – Ufam mamie i wiem, że zrobi mama wszystko dla dobra mojego i dziecka. Ma mama moją zgodę na podjęcie ewentualnego leczenia bez informowania mnie o wszystkim. – Eileen wstała i usiadła obok.

– Z każdym dniem rosnąca macica i dziecko będą uciskały na twoje narządy wewnętrzne – zaczęła ponownie tłumaczyć. – Rany na nich są wciąż bardzo świeże. Większość leczyliśmy przy pomocy zaklęć i eliksirów, ale części musieliśmy pozwolić goić się stopniowo, dlatego trwa to tak długo.

– Rozumiem, mamo i wiem dlaczego muszę leżeć – zapewniłam, widząc z jakim trudem przychodzą teściowej słowa.

– Może być bardzo ciężko zatamować krwotok wewnętrzny – westchnęła. – Wiem, że jesteś mądrą i rozsądną dziewczyną, i wiem, że będziesz robiła wszystko co należy. – Przytaknęłam. – Dam Severusowi listę eliksirów jakie będziesz zażywać. Są wśród nich takie, które będę cię osłaniać, ale nie dają stuprocentowej ochrony. Solem, niektóre z tych wywarów mają na celu wspierać płód w prawidłowym rozwoju, a twoją macicę uczynić dla niego tak przyjaznym miejscem, jak tylko się da. Jednak nie mogę cię zapewnić, że …

– Wiem, mamo – przerwałam jej. – Richter mi już o wszystkim powiedziała.

– Ach, ta kretynka – westchnęła Eileen. – Pierwsze tygodnie będą decydujące, ale to zdrowe dziecko i jestem pewna, że będzie mu tam w środku dobrze. – Uśmiechnęła się czule. – Jest jeszcze sprawa porodu. Nie możemy dopuścić do porodu naturalnego. Taki wysiłek zagrozi bardzo poważnie twojemu życiu i musimy zrobić wszystko, żeby wyprzedzić dziecko.

– Jak wyprzedzić? – zdziwił się Severus.

– Zobaczymy jeszcze, jak będzie rozwijała się ciąża, ale prawdopodobnie w dwudziestym tygodniu podamy ci eliksiry przyspieszające rozwój narządów wewnętrznych dziecka, głównie płuc. Severusie – zwróciła się do syna – to bardzo skomplikowane eliksiry i mamy ich w szpitalu ledwie kilka fiolek, czy jest możliwość, żebyś uwarzył chociaż kociołek?

– Oczywiście, mamo – zapewnił z gotowością. – Uwarzę go tyle ile potrzebujecie i zacznę już jutro. Z tego co pamiętam potrzebuje on czterech miesięcy dojrzewania.

– Zgadza się – upewniła go matka. – Jeśli wszystko pójdzie dobrze, chcielibyśmy zakończyć ciążę w dwudziestym ósmym tygodniu. Nie denerwuj się, dziecinko. – Chwyciła mnie za ręce i czule pogładziła. – Zwykle w tym tygodniu dzieci mają już wszystko czego trzeba, żeby samodzielnie funkcjonować, a eliksiry wszystko przyspieszą. Nie wykonamy zabiegu, jeśli ono nie będzie gotowe. – Przytaknęłam, starając się zachować spokój. – Dzieci. – Eileen westchnęła ciężko i spojrzała ze łzami w oczach najpierw na mnie, a po chwili na syna. – Chciałam was przeprosić. Czuję się odpowiedzialna za tę ciążę. Powiedziałam wam, że nie ma zbyt wielkiej nadziei na to, że zajdziesz w ciążę i to przeze mnie nie zażywałaś eliksirów antykoncepcyjnych. Twoje ciało nie jest jeszcze gotowe na takie obciążenie … – Po policzkach kobiety spłynęły łzy. – Przepraszam. Zrobię wszystko, żeby wam pomóc. Będę tutaj codziennie, wzięłam urlop na razie na dwa miesiące, ale …

– Mamo. – Usiadłam obok teściowej i mocno ją przytuliłam. – Rozmawialiśmy o tym, zanim mama przyszła i właściwie to … chcieliśmy mamie podziękować. – Eileen spojrzała na mnie zaskoczona. – Jesteśmy świadomi zagrożenia i wiemy, że moje ciało nie jest jeszcze gotowe, ale podejrzewam, że nawet jeśli fizycznie byłabym do tego gotowa, to psychicznie żadne z nas nie czułoby się w pełni gotowe i pewnie długo albo wcale nie zdecydowalibyśmy się na dziecko, nie dlatego, że go nie chcemy, ale wciąż wydawałoby nam się za wcześnie. Jesteśmy szczęśliwi, bardzo. – Uśmiechnęłam się promiennie, a Severus usiadł obok nas. – I jesteśmy pewni, że to dziecko urodzi się silne i zdrowe.

– Wy też? – Eileen spojrzała na nas, hamując łzy. – Zasłużyliście na ten cud i wierzę, że dasz mi ślicz... chcecie znać płeć? – spytała niepewnie.

– Ty już znasz? – Severus posłał matce krzywy uśmieszek.

– Wcale nie chciałam, ale ta kretynka Richter wpisała to do zwoju zdrowia – wytłumaczyła się. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i po chwili obydwoje przytaknęliśmy.

– I mogę się już cieszyć? Nie macie pretensji? – Pani Snape stanęła naprzeciwko nas i spojrzała z nadzieją, a łzy wzruszenia zaszkliły się pod jej powiekami.

– Sol już ci powiedziała, że się cieszymy, więc nie wiem dlaczego mielibyśmy mieć pretensje – mruknął Severus. – Twoje ciągłe gadanie o seksie uczyniło ze mnie cudotwórcę, raczej powinnaś się cieszyć. – Uśmiechnął się z triumfem.

Eileen rzuciła mu się na szyję i rozpłakała.

– Mój syneczek. – Ku jego przerażeniu pogładziła go z czułością po policzkach i wyglądała jakby chciała go ucałować, ale odsunął ją od siebie i posłał ostrzegawcze spojrzenie.

– Przypominam ci, że zapłodniłem kobietę, co jasno wskazuje na to, że jestem już dorosłym mężczyzną – wycedził przez zęby. – Uspokój się. Mówiąc cieszyć, miałem na myśli cieszyć ustami nieprzyklejającymi się do cudzych twarzy, tylko wyginającymi się w górę i nie odstawiaj mi tu rodzinnych scen ze ślinieniem policzków. Solem może to lubi albo z ojcem spróbuj, ode mnie trzymaj się z daleka. – Prychnęłam głośno i ostentacyjnie wywróciłam oczami, spoglądając na męża. – Miałaś nam coś powiedzieć – ponaglił ją.

– Będę miała wnuczkę – roześmiała się na cały głos i ponownie, pomimo sprzeciwów, uściskała Severusa.

Przyglądałam się tej scenie z lekką nostalgią. Ciężko było się nie wzruszać, patrząc jak mój mąż i jego mama cieszyli się z małej dziewczynki, którą nosiłam pod sercem, a jeszcze trudniej było nie myśleć o tym, jak bardzo cieszyliby się moi rodzice z siostry dla Teodora. Westchnęłam w duchu i zdusiłam łzy, które niebezpiecznie szybko zaczęły palić pod powiekami. Uśmiechnęłam się widząc, jak Severus posyła matce wściekłe spojrzenie, a ta jeszcze bardziej podjudzała go coraz większą matczyną czułością.

– Jak mnie nie uściskasz, to zamieszkam z wami – ostrzegła go nagle.

– Z tego co zdołałem się zorientować, to raczej i tak będziesz spędzała tutaj większość czasu. Na szczęście mam pracę – mruknął i usiadł z dala od matki.

– Mamo – zaczęłam słabym głosem, czym przykułam wreszcie uwagę obojga. – Będę miała problemy w związku z tym nieporozumieniem w szpitalu? Albo pan Philips?

– Jakim nieporozumieniem? – zdziwił się Severus. – Co się stało?

– Nie będziesz miała żadnych problemów, skarbeńku – uspokoiła mnie teściowa. – To Richter będzie je miała. Jak Ralph, szef szpitala, dowiedział się dlaczego tak wybuchłaś i ty, i Stan, tak się wściekł na tę idiotkę, że z miejsca chciał ją wyrzucić. Skargę, którą na ciebie i Philipsa napisała do niego, wcisnął jej zaklęciem w gardło i kazał jej wysłać przeprosiny do ciebie i zaoferować swoją pomoc podczas ciąży – zaśmiała się.

– Dowiem się co się stało? – zniecierpliwił się Snape.

– Twoja żona zachowała się dziś niezwykle rozsądnie i odważnie – odparła Eileen.

– Czyli? – drążył.

– Czyli broniła tej małej dziecinki z taką zawziętością, jakby Richter była Sam-Wiesz-Kim i Grindewaldem w jednej osobie – dodała z uśmiechem.

– Czyli? – Ku mojemu przerażeniu nie odpuszczał, tylko starał się dojść do tego, co się stało. Nie zamierzałam nic mówić i zawzięcie milczałam, a teściowa sypała ogólnikami, ale te wystarczyły, żeby zainteresować Severusa.

– Och, gdy Solem przyszła do szpitala ja akurat zajmowałam się dziewczynką z wypadku i nie mogłam do niej pójść, więc badania dopuszczające założenie zaklęcia sondującego zaczęto wykonywać beze mnie – zaczęła, wzdychając. – Po pierwszym badaniu krwi, okazało się, że jest w ciąży i odesłano ją do takiej młodej uzdrowicielki, Richter. I ta idiotka skończona zajrzała do zwoju zdrowia Solem i bez słów wyjaśnień podała jej eliksir wczesnoporonny.

– Co zrobiła? – Severus zerwał się na równe nogi.

– Uspokój się, twoja żona nie jest kretynką, zanim pozwoli coś sobie podać, sprawdza dokładnie co to za eliksir i skąd pochodzi – opowiadała Eileen spokojnym głosem. – Masz bardzo rozsądną i mądrą żonę, nie masz się co martwić.

– I to Solem miała mieć problemy w związku z tym? Dlaczego ta idiotka chciała złożyć skargę? – dopytywał.

– Nic więcej nie musisz wiedzieć – obruszyła się pani Snape.

– Nie, ale chcę. – Czułam na sobie spojrzenie Severusa, ale z całych sił starałam się wyglądać niewinnie i patrzeć wszędzie, byle nie na niego.

– Obiecałam swojej pacjentce, że ci nie powiem – upierała się kobieta.

– Pacjentka się zgadza, żebyś mi powiedziała – odparł zjadliwym głosem i puknął mnie w ramię, zmuszając, bym odwróciła głowę w jego kierunku. Westchnęłam z z rezygnacją, poburczałam pod nosem i dałam matce zielone światło.

– Solem tak się wściekła – zaczęła ponownie z entuzjazmem – że od razu wyciągnęła różdżkę i kazała jej się trzymać z daleka od niej i jej dziecka. Na swoje nieszczęście, Richter też wyciągnęła różdżkę i próbowała rzucać zaklęcia uspokajające. – Zawstydzona schowałam twarz w dłoniach. – Sol ją obezwładniła, przywiązała do krzesła i na koniec wypuściła na nią swojego Patronusa. – Severus uśmiechnął się pod nosem i z czułością pogładził mnie po włosach. – Jej magia wirowała w całym pomieszczeniu. Ten wstrętny bazyliszek wił się dookoła tej kretynki z taką prędkością, że aż jego aura zaczęła poruszać krzesło, do którego przywiązała ją Sol. Szyby w oknach drżały i co chwila iskrzyło w jednej z części gabinetu, a włosy Solem zrobiły się srebrne. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, ale to nie wszystko. Od razu po ataku na uzdrowiciela uaktywniają się zaklęcia alarmowe i po chwili do sali wpadła ochrona z Philipsem, na szczęście. Ja się właśnie kierowałam do pokoju Richter sprawdzić co z Solem i wchodzę, a Philips z wściekłością rozbił cały słój tego głupiego eliksiru tej idiotce na głowie. Żałuj, że tego nie widziałeś. A ty nie masz się czego wstydzić. Uważam, że i tak łagodnie ją potraktowałaś.

– Świeciłaś się od magii? Moja lwica – wyszeptał mi do ucha i delikatnie ucałował w skroń.

Na samo wspomnienie poranka krew we mnie wrzała. To Severus wyczulił mnie na sprawdzanie każdej fiolki, którą mi podawano do wypicia. Zawsze powtarzał, że nie tylko powinnam dokładnie wiedzieć co zażywam, ale i skąd mikstura pochodziła. W pamięci miałam wyrytą listę warzycieli, których eliksiry nadawały się do leczenia i na czerwono, wytłuszczonym drukiem listę tych, od których powinnam trzymać się daleka. Dziś byłam wdzięczna za jego nauki. Gdybym zaufała uzdrowicielce, straciłabym nie tylko córeczkę, ale prawdopodobnie też szansę na posiadanie dziecka.

Severus

– Mamo? – Zacząłem niepewnie, żegnając Eileen przed kominkiem.

– Tak, synku? – Matka spojrzała na mnie z czułością i ponownie wyrwała swoje łapska, żeby dosięgnąć mojego policzka.

– Jak duże jest zagrożenie? – spytałem spokojnym głosem.

– Duże – odparła, wzdychając i pospiesznie zabrała ręce z dala ode mnie. – Pewne rzeczy muszę przed Solem zataić, ale przed tobą nie zamierzam. Istnieje bardzo duże ryzyko, że straci dziecko i spore, że nie wyjdzie z tego, jeśli to się stanie. I nie mówię tu tylko o jej zdrowiu fizycznym. Nie wiem, czy zdoła to udźwignąć, jeśli straci drugie dziecko. – Przetarłem twarz dłońmi. – Ale to silna dziewczyna i pokazała dziś, że nie zamierza się poddać i będzie walczyć o to maleństwo. Jestem dobrej myśli, a co najważniejsze ona jest. – Po chwili zawahania chwyciła mnie za rękę i mocno ścisnęła. – Będę cały czas w pobliżu. Nie pozwolę, żeby coś złego się stało tej dziewczynie i tobie – zapewniła.

– Boję się, mamo – wyznałem i już nie miałem nic przeciwko jej uściskom. – Cholernie się cieszę, ale …

– Wiem, syneczku, ale nie okazuj jej tego strachu – poprosiła. – Ona nie może się teraz zamartwiać o ciebie. – Przytaknąłem. – Przygotowałam dla ciebie listę eliksirów, które Sol musi teraz zażywać. Tutaj masz wytyczne i pilnuj, żeby brała je regularnie. Tutaj – podała mi drugi pergamin – masz listę tych, które musicie mieć cały czas pod ręką na wypadek krwotoku. Będzie krwawiła przez pierwsze tygodnie, a z dużym prawdopodobieństwem przez całą ciążę, ale nie możemy dopuścić do wylewu. Jeśli krwawienie będzie zbyt obfite, a krew świeża natychmiast podaj jej ten eliksir. Natychmiast, Severus. Nie wzywaj mnie czy uzdrowiciela ani nie odsyłaj jej do szpitala, tylko podaj jej to. Dopiero później fiuukaj po mnie albo zabieraj do szpitala – wyjaśniała. – Tak jak już mówiłam, wzięłam dwa miesiące urlopu, a później zamierzam go przedłużyć. Będę do waszej dyspozycji przez dwadzieścia cztery godziny. Tata na pewno też pomoże.

– Dam sobie radę – przerwałem jej.

– Wiem, ale chodzisz do pracy, masz na głowie sklep i szereg obowiązków, a twoja żona wymaga teraz całodobowej, dyskretnej opieki – odpowiedziała. – Oczywiście, że nie zgodzi się, żebyśmy skakali wokół niej i będzie się starała być samodzielna. Zamiast zgodzić się na pomoc będzie wyczekiwała, aż skończysz zajęcia, żeby jej przygotować coś do jedzenia albo zrobić herbatę, a poprosi cię tylko jeśli uzna, że nie jesteś bardzo zmęczony. Poproszę ją, żeby pozwoliła mi tu być. Powiem, że za wami tęsknię i że chciałabym pobyć z wami trochę i odpocząć od szpitala. Myślę, że nie powinna rezygnować z ilustrowania. To odciągnie ją od czarnych myśli.

– Zgadzam się – wtrąciłem.

– A w związku z tym będziemy mieli pretekst, żeby i tata trochę pomógł.

– Dziękuję, mamo. Nie wiem, jak …

– To moja wnuczka, syneczku. Prawdopodobnie jedyna. – Eileen spojrzała zasmucona. – Pozwól nam się nią cieszyć i dzielić wasze szczęście. – Tym razem sam przytuliłem matkę i ucałowałem ją w czoło. – Jest jeszcze jedna sprawa – zaczęła niepewnie. – Jesteś dorosły, odpowiedzialny i powiem wprost. Solem musi unikać nerwowych sytuacji, dlatego proszę cię, jeśli … jeśli … on skrzywdzi cię albo ty będziesz czuł się źle, bo kogoś skrzywdziłeś … proszę cię, porozmawiaj najpierw ze mną. Wiem, że nie zastąpię ci pod tym względem żony i wiem, że moje ramiona nie są tak kojące jak jej, ale … może chociaż trochę zdołam ci pomóc, a jej oszczędzimy nieco nerwów.

Spojrzałem uważnie na matkę i głośno westchnąłem. Nie było sensu się kłócić. Nie chciałem obarczać żony swoimi demonami, ale nie mogłem tego uniknąć, a dzięki rozmowie z Eileen i ewentualnemu oddaniu się w jej uzdrowicielskie dłonie zapewne oszczędzę Solem nieco stresu.

– Dobrze – wyszeptałem i ponownie ją objąłem.

Mieliśmy się właśnie pożegnać, gdy ogień w kominku zabarwił się na zielono.

Kolejny rozdział: „Niezdrowe napięcie"