ROZDZIAŁ 23

Niezdrowe napięcie

Severus

– Eileen – wykrzyknął Tobias z oburzeniem, wyskakując z kominka. – Obszukałem całą Anglię, Walię i prawie Szkocję. Jest jedenasta, a ty od rana nie dałaś znaku życia – warczał na swoją żonę, nie zwracając uwagi na mnie. – Miałaś być dziś o siódmej. Myślałem, że coś się stało Solem albo tobie, albo wam obu, a ty sobie w najlepsze szczebioczesz z synem.

– Tobias – uspokoiła go. – Miałam pilną sprawę do dzieci.

– Wyjaśnij mi, co jest pilniejsze od czekającego męża? – Snape spojrzał na nią z wyzywającym wyrazem twarzy.

– To sprawy między mną a moją pacjentką – odparła wyniośle Eileen.

– Co się stało, Severusie? Czy z twoją żoną wszystko dobrze? – spytał z troską.

– Cóż – mruknąłem, wzruszając ramionami – stoisz przed cudotwórcą. – Uśmiechnąłem się wyniośle.

– Kim? – Tobias popatrzył na mnie jak na wariata.

– Spłodziłem córkę – odparłem spokojnie.

– Jak córkę? Komu? – zaperzył i zwinął dłonie w pięści. – Zdradziłeś tę biedną dziewczynę? I jeszcze masz czelność być z tego dumny? Nie tak cię wychowałem – wykrzykiwał, machając rękoma. – Jak mogłeś zrobić coś takiego? Mało się wycierpiała? Musisz jej jeszcze dokładać zmartwień od siebie? Dziesiątki rozmów odbytych na ten temat poszło na marne. Obiecywałeś mi, gdy wyrażałem zgodę na twoje oświadczyny, że nie skrzywdzisz tej dziewczyny, że dotrzymasz danego słowa w stosunku do niej. Nie masz za grosz honoru. Ta dziewczyna to najlepsze co mogło spotkać cię w życiu. Dbała o ciebie jak matka. Gotowała ci, prała, sprzątała i jeszcze potrafiła całkiem dobrze zarabiać i tak jej się odpłacasz za całą miłość, jaką cię obdarzyła, za troskę? Od dziś nie mam syna i jedynym dzieckiem jakie uznaję jest Solem. Ty, bydlaku skończony. Jako, że czuję się teraz jej ojcem mam prawo przekląć cię …

– Dobry wieczór, tato. – Solem niepewnie wychyliła głowę do salonu.

– Nic się nie martw, dziecko. – Tobias spojrzał na nią ze współczuciem, a ja i Eileen przyglądaliśmy mu się, czekając na dalszy ciąg przedstawienia. – Spakuj się. Zabierzemy cię z Eileen do siebie.

– Dlaczego? – Solem spojrzała na niego zdezorientowana.

– Spłodziłem tego bydlaka i czuję się za ciebie odpowiedzialny – zaczął. – Kochamy cię razem z Eileen jak córkę i nie pozwolę, żeby ktoś tak cię krzywdził. Nawet, jeśli to mój własny syn.

– Co się stało, tato? – Solem przysiadła na brzegu fotela.

– Nic ci nie powiedział? Nie miałeś nawet odwagi wyznać prawdy żonie? – zwrócił się ponownie do mnie, co skwitowałem krzywym uśmiechem. – Nie zamierzam cię kryć i o wszystkim jej powiem. Zasługuje na szczerość – krzyknął. – Twój mąż spłodził dziecko.

– I to wszystko? – spytała spokojnie, ale krzyki ojca wyraźnie ją zaniepokoiły. Zwykle spokojny i opanowany teraz wykrzykiwał na wszystkich i zdawało się, że jego magia zaczęła lekko wirować wokół pokoju. Trochę się przestraszyłem, że mógłby zrobić komuś krzywdę, ale zdawało się, Solem była bezpiecznie otoczona jego magią ochronną, a ja i matka jakoś sobie poradzimy, gdyby stracił panowanie. Szkoda było psuć sobie ubaw.

– Wszystko? I mówisz to tak spokojnie? – Popatrzył na nią zaskoczony.

– Nie cieszy się tata? – spytała zasmucona.

– Cieszyć? Mój syn robi dziecko pierwszej lep...

– Ostrzegam tato, mówisz teraz o mojej żonie – syknąłem i ostrzegawczo uniosłem palec.

– Mówię o tej … – Tobias popatrzył na zaśmiewającą się Eileen, a po chwili przeniósł wzrok na Solem i na mnie. Usiadłem na oparciu fotela, który zajmowała i roześmiałem się na cały głos. – Wygłupiłem się?

– Miło wiedzieć, że jest ktoś, kto tak zawzięcie broni mojego honoru. – Solem wtuliła się w moją dłoń.

– Tato, SOLEM i ja, będziemy mieli dziecko – uściśliłem dumnym głosem. – Zapłodniłem SWOJĄ własną żonę i przysięgam, że nie zrobiłem tego z żadną inną kobietą. Możesz spać spokojnie.

.: :.

– Severus, śpisz już? – Solem wyszeptała cichutko, obracając się w moim kierunku.

– Nie, kochanie. Coś się stało? – Przysunąłem się bliżej niej i delikatnie przyciągnąłem do swojego ramienia.

– Martwię się – odparła, wzdychając.

– Wszystko będzie dobrze, promyczku.

– Wiem, ale martwię się tym co będzie, jak stracę znowu wzrok na dłużej albo już na zawsze – szeptała przestraszonym głosem, zatapiając głowę w mojej klatce piersiowej. – Wiesz, że tak może się stać – westchnęła. – Jak zajmę się dzieckiem?

– Solem, kochanie. – Nabrałem powietrza i wolno je wypuściłem. – Zanim odzyskałaś wzrok to myślałem o czymś. Nic nie mówiłem, bo potrzebowałem trochę czasu, a później jakoś wydawało mi się to zbędne i wiem, jak ich nie lubisz, ale teraz znowu o tym pomyślałem, że może by się przydał.

– Możesz jaśniej? – zaśmiała się.

– Myślałem o nabyciu skrzata domowego – wyznałem.

– Skrzata? – zdziwiła się. – Severus, one kosztują tyle co nasz sklep i dom razem wzięte. A i tak nie wiem czy starczy.

– Dlatego potrzebowałem czasu – wyjaśniłem jej, wywracając oczami. – Miałem powiedzieć ci o tym dopiero, gdy dostanę już wszystkie papiery, ale skoro już rozmawiamy … opatentowałem mój płyn konserwujący i sprzedałem recepturę Vivae Components, tej firmie, która dostarcza nam ingrediencje. Zapłacili za siedemdziesiąt lat wyłączności.

– Severus – wykrzyknęła i usiadła na łóżku, obracając się w moją stronę. – To wspaniale, gratuluję. – Położyła się ponownie blisko mnie i z czułością pocałowała w usta. Mimo zmartwień, promieniała, a ja uwielbiałem ją taką i cieszyłem się każdym przejawem radości z jej strony.

– Nie tak blisko, kobieto – syknąłem i delikatnie ją od siebie odsunąłem. – Muszę się najpierw nauczyć, jak cię kosztować, żeby cię nie kosztować. Merlinie, teraz nie zasnę – jęknąłem, udając bardziej zbolałego niż byłem. Wstrzemięźliwość seksualna przez kilka kolejnych miesięcy bardzo mnie przerażała, ale nie było to coś, z czym nie mogłem sobie poradzić. Miałem silną motywację. Dla niej i dziecka byłem gotów na wszystko, a celibat nie wydawał mi się w tych okolicznościach dużym wyzwaniem.

– Och, przestań bo ubiorę jedną z tych koszul od twojej mamy – zaśmiała się.

– Zaczynam się zastanawiać, czy to nie byłoby lepsze, ale pewnie i na ich temat zacząłbym w końcu fantazjować – westchnąłem z rozmarzoną miną.

– Wiesz, że cię kocham? – Spojrzała z czułością.

– Czy to będzie zbyt zuchwałe, jeśli powiem, że wiem? – spytałem i po chwili równie czule ją pocałowałem. – Ja ciebie też kocham, bardzo.

– Sev? Jesteś najmądrzejszym czarodziejem na świecie i najwspanialszym mężem. – Uniosła nieco głowę i cmoknęła mnie w nos. To chyba jedyna rzecz jakiej u niej nie znosiłem, ale też nie byłem w stanie jej za to zganić. Jeśli jej sprawiało to przyjemność, mogła sobie całować mój wielki nochal do woli.

– Wiem – mruknąłem z zadowoleniem i przytuliłem ją do snu.

Solem zdawała się w ogóle nie przejmować utrudnieniami związanymi z ciążą. Zaakceptowała pomoc Eileen i moje ciągłe nadskakiwanie. Miałem sporo pracy, ale cały wolny czas poświęcałem jej. Nie mogłem wyjść z podziwu, jak dzielnie leżała całe dnie w łóżku, nie wypowiadając ani słowa skargi i miałem cichą nadzieję, że tak zniesie całą ciążę. Na szczęście chwile, kiedy traciła wzrok zdarzały się coraz rzadziej i przy pomocy jakiegoś szóstego zmysłu nauczyła się je przewidywać. Spokojnie odkładała na bok to, czym akurat się zajmowała i ucinała sobie drzemkę, po której zwykle ciemność ustępowała.

Początkowo bałem się, że nuda będzie jej doskwierała tak bardzo, żeby kusiło ją do wstania z łóżka, ale nie porzuciła swojej pracy i z mniejszą intensywnością, ale wciąż robiła ilustracje, pisała książki z zaklęciami i zdawało mi się, że pracowała nad czymś jeszcze, ale wszystkie notatki ukrywała, a ja nie chciałem być wścibski w nadziei, że sama wkrótce wyjawi tajemnicę. Oprócz Eileen i Amelii odwiedzały ją nauczycielki ze szkoły, przynosiły ploteczki, opowiadały o nowych uczniach i kawałach Irytka. Solem była lubiana przez większość grona pedagogicznego i nie dziwiły mnie te najścia, ale już wizyta Narcyzy Malfoy mocno mnie zaskoczyła.

Solem po raz kolejny pokazała, jak bardzo dojrzałą i rozsądną była kobietą. Przeprosiła w liście Alicję Longbottom i ze wszystkimi pytaniami i wiadomościami odesłała ją do mnie. Aurorka odwiedziła ją następnego dnia, przynosząc całą stertę czasopism dla przyszłych mam i przez przeszło dwie godziny ani razu nie wspomniała o prowadzonej przez nią sprawie. Byłem jej wdzięczny za wyrozumiałość, ale ona skwitowała moje podziękowania jedynie głośnym prychnięciem i obrażoną miną. Przez dobry kwadrans wymieniała mi zalety Solem i uznała mnie za idiotę skoro dziwiłem się, że ktoś dla przyjemności spędza z nią czas. Niestety oprócz towarzyskiej wizyta nie miała żadnych cennych informacji.

Solem

– Nie bardzo mogę wam teraz pomóc. – Spojrzałam na przyjaciółki ze zbolałą miną.

– Przecież nam pomagasz, Sol. – Aurora Sinistra wywróciła oczami.

– Tylko ty znasz tyle zaklęć i znasz się na tym najlepiej z nas wszystkich – zapewniała Minerwa.

– I wiesz, jak podejść Irytka – dodała Vector.

– Severus nie może wiedzieć, że wciąż biorę w tym udział. – Popatrzyłam groźnie na pozostałe kobiety. Jeszcze nie tak dawno siedziałam w ich klasach jako uczennica i za podobne występki dostawałam od nich szlabany, a teraz knuły razem ze mną w zaciszu sypialni i same podsuwały pomysły na dowcipy. – I chcę to później zobaczyć w myślodsiewni dyrektora.

– O czym ma nie wiedzieć mój syn? – Do sypialni weszła Eileen z tacą przekąsek i napojami.

– O kawale stulecia, jaki nadzoruje twoja synowa – wyjaśniła jej McGonagall.

– Nic nie nadzoruję – zaperzyłam się, ale w duchu poczułam się jak wielki wódz i strateg.

– Daj spokój, jesteś naszym mózgiem – prychnęła Babbling. – Jest w tym najlepsza. Już w szkole była. Pamiętacie, jak … – Urwała, widząc na mojej twarzy minę, której nauczyłam się od Severusa.

– Jakoś nie przypominam sobie bym dostawała za to jakieś punkty – warknęłam, obrzucając każdą z pań odpowiednią porcją jadowitego, snapowego spojrzenia. – O ile dobrze pamiętam męczyłam się na szlabanach u Filcha za to jaka podobno jestem najlepsza.

– Dam sto punktów Krukonom, jeśli ten pizduś złoży wymówienie – zakomunikowała Sinistra.

– Krukonom – prychnęłam niezadowolona.

– Niech ci będzie, dam je Ślizgonom – mruknęła nadąsana nauczycielka astronomii. – Każda z nas da – dodała po chwili i spojrzała wymownie na koleżanki.

– Pięćdziesiąt – mruknęła zniesmaczona Minerwa. – I tak będę musiała to jakoś rozłożyć w czasie.

– Tu nie ma nic do targowania – zaperzyła się Eileen. – Usługi mojej synowej są w najwyższej cenie. Sto i ani punktu mniej. Poza tym jest w ciąży. Ciężarnej się nie odmawia.

– Niech będzie – odparła zrezygnowana McGonagall.

– Czterysta punktów – westchnęłam. – Lata praktyki nie poszły na marne. W końcu mnie doceniono, a i tak wszystko pójdzie na konto męża. Życie jest niesprawiedliwe. I nie przesadzajcie, to żaden dowcip stulecia. To doprawdy oburzające, że żadna z was nie zwróciła uwagi na połowę z moich dowcipasków.

– Zwróciła, zwróciła, ale nie chciała ci przysparzać więcej kłopotów u co poniektórych opiekunek domu – mruknęła Aurora.

– Jakbym tylko ja dawała Solem szlabany – zaperzyła się Minerwa, spoglądając uważnie na swoje koleżanki.

– Daj spokój, tylko ciebie to nie bawiło, Minnie – wtrąciła Babbling, a mnie przez moment zrobiło się żal profesorki transmutacji. W istocie, była jedyną, która karała mnie za dowcipy na Huncwotach, a czasem obrywało mi się za coś czego nie zrobiłam, ale od początku mojego pobytu w zamku starała się naprawić błędy i wytykanie jej teraz niesprawiedliwego traktowania nie miało najmniejszego sensu. Dawne urazy poszły w niepamięć, a pani profesor była teraz dla mnie prawdziwą podporą i całkiem miło spędzałam czas w jej towarzystwie.

– Na szczęście pani profesor przeszła na jasną stronę. – Posłałam jej promienny uśmiech. – Widziałyście jak pięknie przetrasmutowała moje meble kuchenne?

– Jeśli mam być szczera, to teraz o wiele bardziej wolę gotować tutaj niż u siebie – dodała Eileen, jakby przeczuwając moje zamiary.

– Och, to nic takiego. Lubię oderwać się czasem od przemiany filiżanek w dzbanki – odparła zawstydzona nauczycielka.

– To co masz dla nas tym razem, kochanie? – Vector zwróciła się do mnie. – Numer z tymi szczurami był niezły. Wciąż wbiegają do jego komnat, gdy otwiera drzwi – zaśmiała się. – Jeszcze nie wpadł na pomysł, jak się ich pozbyć.

– Teraz wyślemy do niego śmierciotulę, w końcu uczy obrony i do jego obowiązków należy radzenie sobie z magicznymi upirdliwościami zamku, czyż nie? – Spojrzałam z przebiegłym uśmiechem na kobiety.

– Skąd weźmiemy śmierciotulę i chyba nie wierzysz, że jego ojciec …

– No skąd, dlatego właśnie śmierciotula a nie mantykora – odparłam spokojnie. – I po kolei. Najpierw go do tego przygotujemy, żeby uśpić jego czujność. Pani zastępca dyrektora nakaże mu, żeby zajął się chochlikami kornwalijskimi, które ktoś wpuści do jej klasy. I to będzie polecenie służbowe, a nie prośba.

– Rozumiem – przytaknęła McGonagall. – A skąd je wezmę?

– Musicie zbratać się z Irytkiem – westchnęłam ciężko. – Aurora i Bathsheda, będziecie za to odpowiedzialne. Minerwa lepiej z nim nie rozmawiaj, bez urazy, ale nie za bardzo cię lubi.

– Doprawdy? – spytała z ironią i chyba po raz pierwszy widziałam na jej twarzy tak duże rozbawienie. – Myślałam, że tak tylko się ze mną droczy.

– Septimy też nie lubi, jeśli cię to uspokoi. – Wywróciłam oczami. – Dacie mu dostęp do łazienki dla prefektów na tydzień i poprosicie, żeby w zamian wypuścił te małe gadziny na lekcji transmutacji. – Słysząc westchnienie Minerwy, posłałam jej twarde spojrzenie. – Powoli wtajemniczycie też jego. Nie powiecie co, ale powiecie mu, że robię duży dowcip Blagojevicowi. Będzie ciekawy i zrobi wszystko, żeby się przyłączyć, ale jak zdradzicie się za szybko, to się pospieszy i schrzani wszystko. Musicie być ostrożne i czujne. To, że z wami współpracuje, nie oznacza, że nie będzie chciał wam czegoś spłatać i nie ufajcie w jego nawrócenie.

– Aurora, zanotowałaś? – spytała szeptem Babbling, czym zasłużyła sobie na moje rozbawione spojrzenie. Poza Minerwą nie były dużo starsze ode mnie i na co dzień miały do czynienia z uczniami, a zachowywały się, jakby dawno temu zapomniały o szkole albo nigdy nie płatały dowcipów. Usiadłam wygodniej i z jabłkiem w dłoni przyjrzałam się dokładnie swoim nowym koleżankom. Robiły notatki, uczyły się ode mnie czarów, z których korzystały przy dokuczaniu profesorowi obrony i miały niesamowicie dużo zapału. Dystyngowana Minerwa chichotała niczym podlotka. Sinistra sypała sprośnymi dowcipami, Babbling przeklinała pod nosem, próbując powtarzać ruchy różdżką, a w oczach Septimy dostrzegłam diabelskie ogniki, ktoś je zaczarował, tego byłam pewna.

– Później zrobicie kilka podobnych akcji z różnymi stworzonkami – Wróciłam do planu. – Co możecie zdobyć? Bogin, bahanaki, gnomy, topki? Może coś trochę trudniejszego?

– Hagrid ma niuchacze, może by pożyczył jednego? – wtrąciła Septima.

– Pozostawiam to waszej inwencji – przytaknęłam. – Ja nie mogę się teraz starać o żadne stworzenia. Severus mógłby je przerobić na eliksiry razem ze mną. Przez dwa tygodnie będziecie robić z niego bohatera szkolnego i niech nie ma nawet dnia odpoczynku. Pozwólcie mu się puszyć, wychwalajcie i wielbcie. Zwłaszcza ty, Aurora. Severus mówi, że wpadłaś mu w oko.

Sinistra zapowietrzyła się z oburzenia, a cała reszta wybuchła gromkim śmiechem.

– Już widzę, jak się będzie puszył – mruknęła Babbling.

– Pewnie kupi sobie nowy zestaw szat – dodała Minerwa.

– Dokładnie o to chodzi. – Uśmiechnęłam się z triumfem.

– Mamy się tak męczyć, żeby ten dupek kupił sobie nowe ciuszki? – Septima nie kryła oburzenia.

– Kupi nowe ciuszki, owszem, ale w paczce znajdzie niespodziankę – uspokoiłam ją. – Musimy tylko wyprzedzić jego prawdziwą paczkę, a żeby to zrobić, musimy wiedzieć, kiedy wyśle zamówienie do sklepu, a kompletnie nie wiem, jak się tego dowiedzieć. Przecież nie będziemy go śledzić. No i nie wiem, u kogo zamówi szaty, a to dość istotne.

– Och, jestem pewna, że uda mi się namówić Prawie Bezgłowego Nicka, żeby miał na niego oko – wtrąciła nieśmiało McGonagall, zadowolona, że i ona na coś się przyda.

– Ma swoją sowę czy korzysta z tych szkolnych? – spytałam.

– Żartujesz? – prychnęła Aurora. – Ma najpiękniejszą, najmądrzejszą, najszybszą, najwspanialszą, najsowę świata.

– W takim razie po problemie. – Uśmiechnęłam się z triumfem. – Rzucimy na nią zaklęcie monitorujące. Po powrocie wskaże nam na mapie, gdzie dokładnie była. Potrzebna będzie tylko magiczna mapa.

– Jest w bibliotece kilka egzemplarzy – zapewniła Sinistra.

– No, to teraz wszystko w waszych rękach. – Spojrzałam zachęcająco na koleżanki.

– Ale co z tymi szatami? – spytała z pretensją Septima, a ja nie mogłam powstrzymać się przed wywróceniem oczami z niedowierzania nad niedomyślnością profesorki.

– Merlinie, chyba wolę ci nie podpaść – jęknęła Eileen, gdy zostałyśmy już same w sypialni.

– Mamo? – Przytuliłam się do ramienia teściowej, która usiadła obok mnie na łóżku. – Potrzebuję mamy opinii.

– W jakiej sprawie, dziecinko? – zdziwiła się.

– W tej. – Zaklęciem przywołałam trzy grube notatniki. – Jakiś czas temu zaczęłam pisać książki ze swoimi zaklęciami. Swoimi i zmodyfikowanymi – zaczęłam. – Severus nalegał, że powinnam je wydać i w sumie to ja bardzo bym chciała, ale mam umowę z wydawnictwem taty i nie mogę ich wydać nigdzie indziej.

– Córeczko, przecież Tobias na pewno je wyda. – Teściowa uśmiechnęła się łagodnie.

– Wiem, ale ja nie chcę, żeby je wydawali tylko dlatego, że to moje książki – wyznałam. – Za namową Severusa zrobiłam ogólny zarys książek i wysłałam do działu selekcjonerów pod zmienionym nazwiskiem.

– Jesteś beznadziejna, tyle ci powiem – prychnęła Eileen. – Oni się tam nie znają, a twoje zaklęcia przecież służą nawet wydawnictwu. Tobias mówił mi, jak usprawniłaś pakowanie wysyłkowe. Należy ci się wydanie tych książek i już.

– Napisali do mnie tydzień temu, że chcieliby wydać coś podobnego, bo nie ma tego na rynku. Posegregowałam je w trzy tomy – wyjaśniałam dalej. – Zaklęcia kucharskie, zaklęcia przydatne w gospodarstwie domowym i zaklęcia ogólne. Nazbierało się tego sporo – z westchnieniem wskazałam grube tomiska – i oni powiedzieli, że chętnie wydadzą, ale muszę to skrócić, a jeśli książki będą się sprzedawać, wówczas pomyślą nad wydrukowaniem reszty w drugich i trzecich tomach.

– Spróbowaliby tylko nie docenić twojej pracy – mruknęła z zadowoleniem Eileen.

– I mam taki problem, że ja kompletnie nie wiem co z tego wybrać – jęknęłam. – Muszę skrócić te książki o dwie trzecie, a nie wiem jak.

– Mam ci pomóc? – spytała teściowa.

– Gdyby mama znalazła kilka chwilę wolnego czasu … wiem, że i tak wykorzystuję mamę do granic, ale …

– Nie denerwuj mnie – warknęła, szczypiąc mnie w ramię. – W ogóle nie wiem po co kupiliście tego skrzata. Szwenda mi się tylko po kuchni niepotrzebnie. Ten nasz jest bezużyteczny, trzeba było go zabrać.

– To z myślą o tym, jak już urodzę, mamo – westchnęłam smutno.

– Rozumiem. – Eileen przytuliła mnie i ucałowała w skroń. – I wcale mnie nie wykorzystujesz. Solem, ja naprawdę to lubię. Cieszę się, że mogę odpocząć od szpitala. Gdy Severus był mały, cały czas pracowałam, później poszedł do szkoły i tym bardziej pracowałam. Nigdy tak naprawdę nie miałam okazji być kurą domową, a teraz stwierdzam, że bardzo mi się to podoba. Uwielbiam gotować, a haftowanie tych malutkich śpioszków i plotkowanie z tobą sprawia, że w ogóle nie chcę wracać do szpitala i tak się nawet zastanawiam, czy jak już urodzisz, to czy nie mogłabym ci pomagać.

– Nie chce mama wracać do pracy? – zdziwiłam się.

– Chcę, ale może nie na pełen etat? – wyznała. – Gdybym miała inne zajęcie.

– Naprawdę mama tego chce czy mówi tak, żebym ja spokojnie mogła pracować, jak już urodzę? – spytałam z krzywą miną.

– Naprawdę, skarbeńku – zapewniła. – O niczym innym nie marzę, tylko o tym, żeby pomóc ci przy tym maleństwie.

– Pewnie nie wrócę do pracy od razu, ale w ogóle bym chciała – mruknęłam, wyobrażając sobie minę Severusa. – I szczerze mówiąc, zastanawiałam się jak to będzie. Severus pracuje prawie całe dnie i ciężko mi będzie malować przy dziecku. – Głęboko wciągnęłam powietrze. – Ale obieca mi mama, że jeśli będzie chciała wrócić do szpitala na cały etat, to mi od razu powie. Nie chcę, żeby mama nam pomagała wbrew swoim potrzebom i pragnieniom, żeby czuła się mama uwiązana.

– Możesz być pewna, że powiem, gdy coś przestanie mi odpowiadać – zapewniła. – To co mam zrobić z tymi książkami? – spytała po chwili.

– Wybrać te zaklęcia, które wydają się mamie najlepsze, najbardziej przydatne i najlepiej opisane – poprosiłam, a Eileen od razu zaczęła kartkować notatniki.

– Prześpij się troszkę, te cztery baby zdaje się mocno cię wymęczyły – zaśmiała się i poprawiła z czułością kołdrę wokół mnie. – Obudzę cię na kolację.

Z uśmiechem ułożyłam głowę na poduszkach i przymknęłam powieki. Jeszcze przez chwilę słyszałam krzątającą się wokół teściową i po chwili zapanowała cisza. W mieszkaniu nie było głośno, ale gdy potrzebowałam chwilę odpocząć, Eileen zwykle rzucała wokół zaklęcia wyciszające. Nie byłam przyzwyczajona do spania w środku dnia i znacznie mi to ułatwiało zaśnięcie. Teraz jednak nie mogłam odlecieć do krainy Morfeusza. Moje myśli błądziły wokół życia, tego w jakiej sytuacji się teraz znalazłam i dziecka, które nosiłam. Bałam się tego co będzie, gdy stracę wzrok, bałam się tego, że w opiece nad maleństwem będę zdana na łaskę innych i chociaż wiedziałam, że zarówno Severus, jak i teściowie nie skrzywdzą mnie w żaden sposób, to obawiałam się, że moja córka będzie wolała towarzystwo innych od niewidomej matki.

Nie miałam pojęcia skąd te czarne myśli pojawiły się w mojej głowie. Chwile ciemności stawały się coraz rzadsze i powoli zaczynała wzbierać we mnie nadzieja, że tak już zostanie, a dziś, dość nieoczekiwanie usłyszałam w głowie głosik, który kazał zachować czujność i przygotować się na najgorsze.

– Będę cię kochać nad życie, malutka – wyszeptałam, głaszcząc się po brzuchu. – Zawsze będę.

Severus

– Miałaś leżeć cały czas – syknąłem, zajadając się kolacją w sypialni.

– Leżałam. – Solem spojrzała na mnie z oburzeniem.

– Ja rozumiem, że twoje zaklęcia są silne i znasz się na nich, jak nikt inny, ale nie wmówisz mi, że zdołałaś zrobić te pulpeciki, leżąc w łóżku – syknąłem podenerwowany. – Solem, to nie są żarty, masz się nie ruszać z łóżka. Jeśli to się powtórzy, będę musiał cię poprosić, żebyś leżała w szpitalu. Bardzo tego nie chcę, ale zrobię co konieczne.

– Severus – jęknęła zbolałym głosem. – Mama gotowała kolację, naprawdę. Nie ruszałam się stąd, nawet do toalety raz tylko wyszłam. Mówiłam jej nawet, że Ropuszka może ugotować, ale sama się uparła.

– Sol, to są twoje pulpeciki – zaperzyłem się. – Potrafię je odróżnić od każdych innych. Ugotowałaś i doceniam to, naprawdę, ale proszę, obiecaj, że to ostatni raz.

– Severus. – Spojrzała na mnie ze łzami w oczach. – Nie wstawałam z łóżka, naprawdę.

Zatrzęsło się we mnie, gdy po raz kolejny usłyszałem jej słowa. Podziwiałem ją za to, jak dzielnie znosiła ciążę i liczyłem się z tym, że prędzej czy później puszczą jej nerwy i wyjdzie z łóżka. Byłem na to przygotowany, ale nie spodziewałem się, że będzie tak uparcie kłamała mi prosto w oczy. W dodatku z każdym dniem, Solem zaczynała wyglądać coraz bardziej ponętnie. Rozjaśniała jej twarz, a oczy lśniły niesamowitym blaskiem. Niesforne loczki ślicznie opadały kaskadami na smukłe ramiona i cudowne, jędrne piersi, które z każdym kolejnym dniem ciąży stawały się coraz większe. Zdawało mi się nawet, że rosły na moich oczach. Maleńkie sutki mocno odznaczały się na bawełnianej koszulce, a poniżej w coraz bardziej wyraźny sposób zarysowywała się jej talia podkreślana, przez napięty brzuszek. Dość szybko w moim umyśle pulpety zostały wyparte przez te cholerne, sterczące sutki i czułem, jak powoli przepełnia mnie frustracja. Pomyślałem nawet, że skoro ona łamie zasady i może stać w kuchni przy garnkach, to ja też mogę je złamać ten jeden raz i pozwolić sobie w końcu na rozładowanie napięcia, które teraz dość boleśnie wypełniało moje spodnie. Zastanawiałem się właśnie czy jej ślicznie wygolona cipka pachnie i smakuje tak samo nieziemsko, jak podczas pierwszej ciąży, gdy spostrzegłem na sobie wzrok żony. Patrzyła z wysoko uniesionymi brwiami i wykrzywiała usta w czymś na kształt ironicznego uśmiechu. Miałem jej właśnie powiedzieć coś przykrego, coś co zetrze z jej twarzy ten przepiękny grymas i może te pieprzone sutki przestałyby sterczeć, a usta nie uchylały się tak zmysłowo, tylko otworzyły szerzej i zajęły tym … na czym trzymałem właśnie rękę.

– Na co się tak gapisz? – syknąłem, chcąc ukryć zmieszanie.

– Zastanawiałam się co pochłonęło twoje myśli. – Zagryzła wargi, próbując stłumić śmiech.

– Nie denerwuj mnie, kobieto i ubierz coś paskudnego, a nie świecisz mi tu tymi … gołymi sutkami – warczałem.

– Sev. – Solem niezrażona moim tonem uśmiechnęła się z wyrozumiałością. – Wiesz, że nie będę ci miała za złe, jeśli rozładujesz nieco to coś, co najwyraźniej zaczęło wykraczać poza zwykłe napięcie seksualne. Zdaje mi się, to zaczęło wymykać ci się spod kontroli.

– Jak zawsze dowcipna.

– Nie jestem dowcipna, tylko nie bardzo rozumiem, dlaczego tak się przed tym bronisz – westchnęła. – Nie musisz cierpieć z tego powodu, tylko dlatego, że i ja cierpię.

– A cierpisz? – zdziwiłem się.

– No – mruknęła. – Brakuje mi ciebie i wyglądasz dziś tak … strasznie dopasowane te spodnie.

– To nie spodnie są dopasowane – bąknąłem.

– Naprawdę nie będę czuła żalu, jeśli rozładujesz się pod prysznicem. – Uśmiechnęła się promiennie.

– Twoja żona ma rację, Severusie. – Aż podskoczyłem na dźwięk głosu matki. – To nie zdrowo tak kumulować w sobie napięcie. Robisz się coraz bardziej nie do zniesienia i każdy na kogo się natykasz cierpi niemniej niż ty. Dzieci w szkole chowają się przed tobą, Septima wspomniała mi, że bała się przy tobie poprosić o dokładkę podczas lunchu, a Aurora, zanim przyszła, trzy razy upewniła się, że masz zajęcia. Jeszcze trochę i ciebie zamkną w szpitalu.

– Co ty tu robisz? – warknąłem, powoli obracając głowę.

– No właśnie o tym mówię. – Westchnęła, rozkładając szeroko ręce. – Zamiast grzecznego dzień dobry mamo, dziękuję za dobrą kolację, ty na mnie szczekasz. Na Solem zresztą też od progu nawarczałeś.

– Na nikogo nie nawarczałem.

– Severus, wasze życie seksualne było dość bogate z tego co zdążyłam się zorientować i wcale mnie nie dziwi, że czujesz teraz jego brak, zwłaszcza, że twoja śliczna żona jest pod ręką – powiedziała pouczającym tonem. – Patrzysz na jej piękne, ponętne ciało i reagujesz tak, jak zdrowy mężczyzna. Przestań być dzieckiem i nie zachowuj się tak. Nie ma się co wstydzić. Każdy z nas od czasu do czasu tego potrzebuje. Uwierz mi, większość mężczyzn w podobnej sytuacji szuka ratunku na Nokturnie albo w jednym z dedykowanych przybytków, ty na szczęście masz odrobinę oleju w głowie i coś równie podłego nigdy nie przyszłoby ci do głowy, ale sam równie sprawnie możesz załatwić sprawę.

– Solem, kochanie wybacz. – Zignorowałem matkę i spojrzałem wyniośle na żonę. – Dokończę kolację w kuchni i przepraszam, że na ciebie nakrzyczałem, byłem przekonany, że to ty ugotowałaś. Smakuje jak twoje. Wybacz – powiedziałem sztywnym tonem i chwyciłem talerz z kolacją, by udać się w spokojne miejsce, ale matka zatrzymała mnie na miejscu.

– Dobrze, już dobrze – zaśmiała się. – Po prostu nie mogłam się powstrzymać. Już przestaję. Zrobisz co tam sobie tylko chcesz, a pulpeciki smakują tak wybornie, bo użyłam przepisów i zaklęć z książki twojej żony. Solem – zwróciła się do synowej – one są niesamowite i jeśli nie zostaną wydane w całości albo co gorsza pozwolą ci je wydać gdzieś indziej, rozwiodę się z Tobiasem.

– Naprawdę się mamie podobają? – zdziwiła się.

– Bardzo i napisane tak przystępnie i z humorem – zachwycała się Eileen. – Nie mogłam się oderwać i cały czas czytałam. To zaklęcie chłodzące garnek, ale utrzymujące gorącą zawartość – rewelacyjne albo to przesuwające przetwory z krótką datą ważności na wierzch. A zamrażające potrawy bez lodu? I o Merlinie to schładzające kieliszki do wina, pozostawiające stopkę ciepła, super. Podobało mi się też to rzucane na klatkę z sową, żeby się regularnie otwierała i sama czyściła. To topiące śnieg na trawniku przed domem albo usuwające liście? Merlinie, jesteś genialna. Och, och, och, a to rozgrzewające fotel zanim się na nim usiądzie, już wypróbowałam.

– Mówiłem ci – mruknąłem. – A książka z przepisami nie opuści tego mieszkania, zrozumiano? – Spojrzałem groźnie na matkę. – Ty już jakoś ją zdobyłaś to możesz coś ugotować od czasu do czasu, ale nie życzę sobie, żeby oglądał ją ktoś inny.

– Dlaczego? – Starsza z kobiet spojrzała zaskoczona.

– Nie będę się dzielił z całym światem moimi pulpetami – warknąłem i spokojnie wróciłem do posiłku.

.: :.

Nie miałem pomysłu, jak się do tego zabrać. Nie robiłem tego od lat, ale musiałem w końcu to zakończyć. Wszyscy zaczynali mnie powoli unikać i nawet Solem siedziała cichutko, gdy wracałem z pracy, bojąc się narazić. Z każdym dniem czułem się coraz bardziej sfrustrowany. Moja żona była coraz piękniejsza i łapałem się na tym, że myślałem o niej całymi godzinami. Wciąż miałem przed oczami jej twarz wykrzywiającą się w ekstazie, gdy wchodziłem w nią powoli i kochałem długimi, wolnymi pchnięciami, a w uszach rozbrzmiewał zmysłowy głos szepczący moje imię. Letnia woda spływała po moim rozgrzanym ciele, a ja wyobrażałem sobie, że każda kolejna kropla, każda strużka spływająca w dół to jej dłonie i usta. Przymknąłem oczy i poczułem, jak jej wargi zaciskają się na moim twardym kutasie. Moja dłoń nawet w najmniejszym stopniu nie przypominała jej ciepłych, wilgotnych ust, ale na nic więcej nie mogłem teraz liczyć. Poruszałem nią coraz szybciej w górę i w dół, przypominając sobie najbardziej gorące momenty spędzone z Solem. Zaskoczyło mnie, jak dobrze pamiętałem pierwsze wspólne chwile, pierwszy raz, gdy pieściłem jej nagie piersi, gdy zobaczyłem ją zupełnie nagą i moment, gdy zagłębiałem się w jej ciasnej, ciepłej szparce. Niewiele tych chwil potrzebowałem przywołać w pamięci, by osiągnąć zmierzony cel. Nie miałem zamiaru rozkoszować się tym; potrzebowałem jedynie zrzucić z jąder to bolesne napięcie i z wyszeptanym w ekstazie jej imieniem prześlizgnąłem dłonią w górę i w dół po raz ostatni ściskając delikatnie swojego pulsującego penisa. Oparłem czoło o zimną ścianę kabiny prysznicowej i westchnąłem zrezygnowany. Byłem na siebie zły, że nie udało mi się zachować wstrzemięźliwości do końca jej ciąży. Chciałem na nią zaczekać, chciałem znieść tę ciążę tak dzielnie jak ona. Nie udało mi się. Miałem w nosie otoczenie, kolegów z pracy i uczniów, ale jej nie mogłem dłużej narażać na swoje seksualne sfrustrowanie i coraz gorsze humorki. Byłem świadom tego, jak nieznośny stałem się w ostatnich tygodniach i jak bardzo potrafiłem być dla niej przykry.

– Mogę się już spokojnie przytulić? – mruknęła, układając się na moim ramieniu.

– Yhy – prychnąłem. – Chciałem … przepraszam, słonko. Byłem nie do zniesienia i jestem tego świadom.

– Byłeś – zaśmiała się i lekko ucałowała mnie w policzek. Chwyciłem jej twarz i pocałowałem z czułością.

– Mhm, i mogę cię teraz spokojnie całować – dodałem z zadowoleniem.

.: :.

Solem

– Banda idiotów. – Severus ze swoim standardowym powitaniem wszedł do sypialni po nocnym obchodzie. – Przeklnę ich, słowo ci daję. Kiedyś każdego, co do jednego poprzeklinam – odgrażał się, rozpinając nerwowo szatę.

– Co tym razem zrobili? – spytałam, spoglądając z troską na męża.

– Urodzili się – warknął, rzucając pelerynę z taką złością, że o mało nie przewróciła krzesła.

– Och przestań, na pewno zawinili ci czymś jeszcze – zażartowałam.

– Tak, ich rodzice się urodzili – odburknął.

– Ciekawe, jak daleko zdołasz dojść w linii idiotów – zaśmiałam się.

– Jestem pewien, że to sięga stworzenia.

– Kto ci tak zalazł za skórę? – Poklepałam miejsce obok siebie i zachęciłam go, by usiadł.

– Weasley – warknął. – Wyobraź sobie, że po kolacji przyłapałem go z dziewczyną w pustej klasie.

– No wielkie mi rzeczy, Severusie. – Wywróciłam oczami i udałam zgorszoną. – Pocałował dziewczynę, a ty robisz od razu wielką sprawę.

– Pocałował? – Severus prawie krzyknął z oburzeniem. – Pocałował – prychnął, wywracając oczami i gwałtownie podniósł się z łóżka.

– No to trochę się obściskiwali, no też mi coś – jęknęłam.

– Owszem, obściskiwali – odrzekł z przekąsem, wytykając mnie palcem. – On miał w ręku jej matki, a ona … ona … sama domyśl się co miała w ręku. – Spojrzał z uniesioną brwią.

– Nie? – Wytrzeszczyłam oczy.

– Tak, moja droga – przytaknął. – On ściskał jej gacie, a ona jego … robiła mu … trzymała go za … no wiesz.

– Penisa? – dokończyłam za męża.

– Penisa, członka, przyrodzenie, fujarę, nazwij to jak chcesz – odparł.

– Wycofałeś się dyskretnie? Nie zauważyli cię?

– Żartujesz? – oburzył się, rozpinając kolejne guziczki koszuli. – Oczywiście, że się nie wycofałem. Sol, to dzieciaki. Jutro mam pogadankę z ich rodzicami.

– Severus – jęknęłam. – Są młodzi, też tacy byliśmy. Zapomniałeś?

– Nie porównuj ich do nas – warknął. – Ten szczeniak ma ledwie czternaście lat, a dziewczynę widziałem już z niejednym chłopakiem. Mam przeczucie, że ona sypia w tej klasie.

– Och – jęknęłam, nie wiedząc, czy byłam bardziej zgorszona, oburzona, czy może zatroskana.

– Jak zapytałem, czy zadbali o eliksir antykoncepcyjny to popatrzyli na mnie, jak na wariata – oburzył się.

– Czternaście lat? Severus to dzieci. – Spojrzałam zasmucona na męża.

– Ona ma siedemnaście.

– Chrzanisz.

– Nie chrzanię – odparł. – Nie mam pojęcia co powiedzieć ich rodzicom.

– Prawdę może? – Uśmiechnęłam się pokrzepiająco i chwyciłam go za rękę, ciągnąc na miejsce obok mnie. – Zaproponuj, żeby porozmawiali z uzdrowicielem, może twoja mama mogłaby pomóc?

– Jestem pewien, że będzie wniebowzięta. – Severus wywrócił oczami i po chwili rozluźnił się, kładąc głowę na moim ramieniu. – Wyglądasz dziś niezwykle uroczo – mruknął mi do ucha.

– Jeszcze jakieś kolacyjne ploteczki? – spytałam z nadzieją. Dziś podczas kolacji, miała przyjść przesyłka do Blagojevica i liczyłam, że po powrocie Severusa z wieczornego obchodu będę mogła się trochę pośmiać. Najwyraźniej mój dowcip niezbyt się udał.

– Ja nie plotkuję – mruknął niezadowolony. – Ja jedynie przekazuję informacje.

– Oczywiście, kochanie, oczywiście – odparłam z uśmiechem. – To mów, co tam jeszcze.

– Nie jesteś zmęczona? Nie wydarzyło się nic, co nie może poczekać do jutra – powiedział znużonym tonem.

– Nie, spałam po południu i jeśli ty nie jesteś zmęczony, chętnie posiedzę z tobą. I kompletnie nic się nie działo?

– Nie chcę cię zanudzać – mruknął, a we mnie zakiełkowała nadzieja, że jednak Balbian złożył wymówienie.

– Przestań, opowiadaj – zachęciłam go.

– Na pewno chcesz tego słuchać?

– Chcę – zapewniłam i rozsiadłam się wygodniej.

– Kolacja była dość dziwna – zaczął od niechcenia. – Miałem dziś obchód, więc musiałem siedzieć do końca i może w sumie dobrze się stało. Tak bym wyszedł pewnie zaraz po pojawieniu się posiłku na stole i nie dotrwałbym do wieczornej poczty – wykrzyknął ostatnie słowa. – Solem, maczałaś w tym palce, prawda? – Spojrzał na mnie groźnie. – Miałaś spędzać czas spokojnie; leżeć i odpoczywać, a nie knuć i kombinować, jak pozbyć się idioty. Zapowiadam ci, każda jedna, która cię do tego namawiała i brała w tym udział, gorzko tego pożałuje. Zrobię im takie piekło, że w podskokach wyniosą się z zamku i zapomną drogę do naszych kwater.

– Severus – jęknęłam. – Przestań grozić moim koleżankom i mów, bo nie wytrzymam do jutra.

– Do jutra? – zdziwił się.

– No jutro pewnie przyjdą … – urwałam, robiąc skwaszoną minę.

– Kto? No przyznaj się, kto maczał w tym palce i kto jest odpowiedzialny za cały ten cyrk? – Spojrzał na mnie, mrużąc oczy. – Bo jestem przekonany, że cały ten zwierzyniec przewijający się ostatnio przez zamek ma sporo wspólnego z tym co stało się dziś.

– A co się stało dziś? – Nie mogłam doczekać się ostatecznych efektów.

– Już ty dobrze wiesz co się stało – warknął.

– Nie wiem właśnie.

– Merlinie, kobieto, masz dziesięć lat? – Spojrzał z naganą. – Jesteś dorosłą mężatką w ciąży, a zachowujesz się jak niesforna uczennica. Doprawdy czuję się mocno rozczarowany.

– Och – Zmartwiałam. – Przepraszam, nie sądziłam, że tak bardzo będziesz zły za ten głupi dowcip.

– Za dowcip? – Severus wywrócił oczami. – Jestem cholernie rozczarowany, że nic, ani słóweczkiem mi nie wspomniałaś, nie dałaś mi satysfakcji, bym mógł przypisać sobie chociaż część zasług dla ludzkości. Nie, cały splendor spłynie na ciebie. Leżysz sobie w łóżku i sterujesz magicznym światem niczym bandą kukiełek. Jak mogłaś mi to zrobić? Teraz ten idiota odejdzie, a ja nie miałem nawet okazji, żeby go porządnie przekląć.

– Odchodzi? – zapiszczałam.

– Z tego co wiem, to chyba się pakuje – odpowiedział z uśmiechem.

– Przepraszam, że nic ci nie powiedziałam, ale … no wiesz … marudziłbyś i narzekał. – Cmoknęłam go w policzek na przeprosiny.

– Jako, że jednak trochę sławy przypadło w moim udziale, wyjątkowo ci wybaczę – odparł wyniośle.

– To opowiadaj. Udało się wszystko? – Założyłam ręce na piersi i czekałam na wyczerpującą opowieść.

– Nie wiem co się miało udać, ale jeśli chodziło ci o to, żeby ten idiota wyleciał z zamku z krzykiem, to owszem, udało się – odpowiedział.

– Ej, to niesprawiedliwe – jęczałam zawiedzionym głosem. – Jestem tu uwiązana, należy mi się odrobina rozrywki. Żądam szczegółów.

– Pod dwoma warunkami. – Severus spojrzał wyniośle, a ja przytaknęłam, dając do zrozumienia, żeby kontynuował. – Po pierwsze, powiesz mi kto brał w tym udział, a po drugie, chcę wiedzieć jakiego zaklęcia użyłaś do tych szat.

– Po co ci?

– Chcę, żeby moje tak powiewały – wyznał.

– Dobrze, zgadzam się – burknęłam. – Sinistra, Vector, McGonagall, Babbling, mama i ja. Zadowolony?

– Wciągnęłaś w to matkę? – Severus nie krył oburzenia.

– Oj, sama się wciągnęła. Zresztą, jak na Ślizgonkę, jest bardzo kiepska w knuciu. Teraz ty.

– Nie ma nic do opowiadania – droczył się.

– Nie będę się prosić – burknęłam i ułożyłam wygodnie na poduszkach, gasząc światła.

– Zaraz na początku kolacji sowa przyniosła mu wielką paczkę – zaczął, obejmując mnie ramieniem. – Odłożył ją pod stół i chyba zamierzał otworzyć dopiero w swoich kwaterach, ale wtedy Babbling zaczęła się wypytywać o to co zamówił, a czy ładne, czy drogie. Sinistra wmawiała mu, że na pewno pasuje do jego oczu, że tak wspaniale potrafi dobierać kolory. Zrobiło mi się niedobrze i chciałem wyjść czym prędzej, ale McGonagall zatrzymała mnie w miejscu, wskazując gestem, żebym patrzył dalej. Kretyn oczywiście cały w skowronkach dawał wykład na temat mody i w końcu sam zaproponował, że pokaże wszystkim co kupił. – Obróciłam się do niego przodem i z uśmiechem słuchałam opowieści. – Nie potrafię ci tego opisać – zaśmiał się. – Na widok czarnego płaszcza, Sinistra i Babbling zrobiły zawiedzione miny, a Trelawney mruknęła coś o tym, że jego gust zszedł na psy. Gapił się na zawartość pudła dobre kilka minut i chyba w pierwszym odruchu chciał je zamknąć i odesłać, ale w końcu się przemógł i trącił to od niechcenia palcem i … – urwał i zaczął się śmiać. – Szata, domyślam się, że to Irytek, ugryzła go najpierw w rękę, a później zaczęła dobierać się do jego rękawów. Wypłynęła z pudełka, niczym rasowa śmierciotula i zaczęła się wokół niego owijać, liżąc długim językiem po odsłoniętych partiach ciała. Jak na mój gust, Irytkowi należą się dwa tygodnie kąpieli w łazience.

– A co na to Balbian?

– Zaczął się wydzierać, że śmierciotula go sparaliżowała, że nie może się ruszyć, że już po nim i takie tam, więc dyrektor ze spokojem mu powiedział, żeby użył standardowego zaklęcia – kontynuował. – I ten zaczął machać różdżką, ale zamiast Patronusa wystrzeliły mu bańki mydlane. Domyślam się, że zaklęcie paraliżujące to sprawka McGonagall, bo siedziała w bezpiecznej odległości i nie mógł spostrzec, jak cały czas macha w jego kierunku różdżką. Bańki to już pewnie sam wystrzelił.

– No, i co dalej? – Czułam się wciąż nieusatysfakcjonowana.

– Jak już wszyscy mieli dość śmiechu, a bańki zaczęły poważnie zagrażać uczniom, podszedłem i zdjąłem z niego ten płaszcz, który co prawda wił się jeszcze przez chwilę, ale Irytek widząc, że nic nie wskóra, wycofał się po cichu. Później kazał ci przekazać, że dziękuje za zabawę i liczy na dalszą współpracę. – Severus spojrzał na mnie z uniesioną brwią. – Blagojevic zapowiedział, że jeszcze dziś opuszcza ten dom wariatów, że nie zamierza narażać swojego życia na niebezpieczeństwo i o wszystkim powie tacie.

– Szkoda, że mnie tam nie było – mruknęłam nieco zawiedzionym tonem.

– W istocie, ja też żałuję. Pozbyłaś się największego kretyna w dziejach tej szkoły – odparł. – Co prawda szkoła pozostała bez nauczyciela Obrony i Dumbledore teraz przejmie jego obowiązki, ale to chyba lepsze niż ten napuszony bałwan.

– Jesteś na mnie zły?

– Nie, kochanie. Nie jestem. Dlaczego miałbym być? – zdziwił się.

– Nie powiedziałam ci co knujemy i to w istocie był dość dziecinny żart – wyznałam.

– Rozweseliłaś całą Wielką Salę dzisiaj – zapewnił.

– I załatwiłam sobie czterysta punktów. – Uśmiechnęłam się z triumfem.

– Sobie? Zrobiłaś ten dowcip za punkty dla Krukonów? – Obdarzył mnie kpiącym uśmiechem. – Trzeba było żądać czegoś dla siebie.

– Zapewniam cię, że sporo na tych punktach zyskam – odparłam – i nie powiedziałam, że dla Krukonów.

– Masz swój własny dom? – zaśmiał się. – Zaczynam czuć się zagrożony. Ja rozumiem, że opiekun zwycięskiego domu dostaje premię, ale żeby tak nieczysto z mężem rywalizować? Wstydź się.

– Liczę, że zyskam na tym twój uśmiech i dobry humor. – Uśmiechnęłam się do niego promiennie.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że to nieuczciwe? – Spojrzał na mnie spod zmrużonych powiek, a ja lekko przytaknęłam. – A kogo to obchodzi? – dodał i czule mnie pocałował. – Możesz być pewna, że całą premię wydam na coś szczególnego.

– Na co? – spytałam zaciekawiona.

– Zobaczysz – szepnął i pogładził mnie po włosach. – Jak się czujesz?

– Usatysfakcjonowana – odparłam. – I troszkę zmęczona. Tak ogólnie zmęczona.

– Nic dziwnego, kochanie. – Ułożył się wygodnie na poduszkach i przyciągnął mnie bliżej. – Leżysz tu od blisko trzech miesięcy. Mogę ci jakoś pomóc?

– Yhy – mruknęłam. – Opowiesz mi o dzisiejszym niebie? Jest już coraz cieplej i pewnie sporo widać.

Kolejny rozdział: „Sąsiednie rozwiązanie"