ROZDZIAŁ 25
Czarna Magia
Solem
– Oddychaj – powtarzała Eileen, klepiąc dziewczynkę w maleńką pupę. Nie chciałam patrzeć, a jednocześnie nie mogłam oderwać wzorku od szybkich dłoni teściowej. Sprawnie obróciła dziecko i włożyła w jej maleńkie usteczka jakąś gumową rurkę. Severus tak mocno ścisnął moją dłoń, że przez chwilę czułam jak obrączka ślubna wbiła mi się w palec, drugą nieustannie gładził czepek osłaniający włosy i bezmyślnie upychał niesforne kosmyki pod gumką.
– Severus – Jęknęłam przerażona brakiem reakcji dziecka i po chwili odetchnęłam z ulgą, słysząc zbawienny płacz. Mąż mocno przytulił mnie do swego ramienia i nawet nie próbował powstrzymywać łez.
– Ty mała psotnico, żeby tak wystraszyć babcię. – Eileen głośno odetchnęła i podała mi małą istotkę. Zaklęciem zamknęła rozcięcie na brzuchu i ciężko opadła na krzesło, chowając twarz w dłoniach.
– Jest śliczna – wyszeptał Severus, gładząc ją po czarnym meszku. – Na całe szczęście podobna do ciebie – zaśmiał się, odetchnął i otarł zbłąkane łzy.
– Ma twoje oczy i jest najpiękniejszym dzieckiem na świecie. – Przytuliłam córeczkę do piersi i leciutko musnęłam jej czółko ustami.
– Jak jej dacie na imię? – spytała Eileen, gdy w końcu udało jej się ochłonąć. Wymieniliśmy z Severusem porozumiewawcze spojrzenia.
– Dzień dobry, córeńko – wyszeptałam. – Jesteśmy twoimi rodzicami, to twoja babcia, a ty jesteś Eileen, najpiękniejsza mała kobietka na świecie.
– Jaa... jaa... jak będzie miała na imię? – spytała pełnym wzruszenia głosem.
– Jeśli nie ma mama nic przeciwko, chcielibyśmy dać jej na imię Eileen – odparłam, a teściowa wybuchnęła płaczem. – Eileen Liwia Snape.
– Ale … ale … naprawdę? – Mama Severusa mocno objęła syna, a ten wyjątkowo nie uciekał przed uściskami.
– Naprawdę, mamo.
– Och, muszę powiedzieć ojcu. Czeka przecież pod salą – powiedziała po chwili, wciąż wpatrując się we wnuczkę.
– Ja pójdę. – Severus zatrzymał ją w miejscu. – Może tu wejść?
– Jeśli Solem nie ma nic przeciwko? – Teściowa spojrzała pytająco, a ja leciutko skinęłam do męża. – Teraz musisz tu poleżeć przez godzinkę. Zbadam za chwilę malutką dokładnie, a później przeniesiemy cię do bardziej komfortowej sali.
– Długo tu muszę zostać? – spytałam z krzywą miną. Nienawidziłam szpitali, zapachu eliksirów dezynfekujących i błękitnego światła, które miało zabijać zarazki i bakterie. Liczyłam jak najszybciej wrócić do domu i spokojnie dochodzić do siebie razem ze swoim maleństwem.
– Chciałabym, żebyś poleżała koło tygodnia – odparła, wzdychając. – Twoja wątroba została dość poważnie uszkodzona.
– I woli mama siedzieć przez tydzień w szpitalu niż w naszym domu? – Spojrzałam z uśmiechem na teściową.
– Urlop mam do końca miesiąca – szepnęła z przebiegłą miną. – Od września wzięłam pół etatu i jeśli się zgodzisz...
– Mamo. – Posłałam Eileen groźne spojrzenie. – Ile razy mam jeszcze mamie powtarzać, że nasz dom jest mamy domem? Nie mam pojęcia, jak przetrwałabym te siedem miesięcy sama. Przyzwyczaiłam się do mamy obecności i wspólnych herbatek. – Starsza kobieta uśmiechnęła się szeroko. – Mamo, dziękuję – wyszeptałam ze łzami w oczach. – Dziękuję za wszystko.
– Za co, skarbeńku? – Wzruszona kobiet pogładziła mnie po włosach. – Kocham cię jak rodzoną córkę. Jak mogłabym nie być przy was?
– Za to właśnie mamie dziękuję – odparłam. – Ja też bardzo mamę kocham. Jest mama dla mnie kimś dużo więcej niż teściową – wyznałam, spoglądając w pełne łez oczy matki Severusa.
– O na Godryka Gryffindora, to najpiękniejsza dziewczyna na całym świecie – wykrzyknął Tobias, zaraz po wejściu do sali. – Wybaczcie, Eileen, Solem, zdecydowanie ta młoda kobieta zajęła wasze miejsce.
– To nie jest żadna kobieta – warknął Severus i zabrał córkę z moich ramion.
.: :.
Severus
– Teraz już możesz. – Solem spojrzała na mnie z powagą.
– Co mogę? Sol, kochanie matka przez cały wczorajszy dzień truła mi jedynie o tym, że mam czekać jeszcze co najmniej cztery tygodnie – odparłem zdziwiony.
– Dlaczego? Jakie to ma znaczenie kiedy się dowiem? – Solem zmarszczyła czoło.
– Czego się dowiesz? – Podczas kiedy ona leżała i dbała o naszą rosnącą w łonie córeczkę, ja kilka razy zbłądziłem pod prysznicem. No, może kilkanaście albo trochę więcej. Nie było sensu liczyć. Takie było zalecenie uzdrowiciela, więc się do niego stosowałem. Samotne chwile pod prysznicem pozwalały się nieco rozładować, ale ani trochę nie zaspokoiły mojej potrzeby bycia z Solem. Oszczędzała mnie przez całą ciążę. Wyglądała pięknie i na to nic nie mogła poradzić, ale nie starała się mnie kusić i teraz, kiedy tak dzielnie wytrwałem i pozostało już niewiele, zebrało jej się na jakieś gierki.
– No wszystkiego – odpowiedziała, oczekując odpowiedzi, a nie pieszczot.
– Co masz na myśli? – Rozsiadłem się na łóżku i zachęciłem żonę, by usiadła między moimi nogami i pozwoliła sobie wymasować plecy. Tyle mogłem zrobić.
– No przecież wiem, że coś przede mną ukrywałeś od dłuższego czasu – wyjaśniła. – Chcę wiedzieć co to było.
– A, to – mruknąłem niezbyt zadowolony. – Miałem nadzieję, że nic nie zauważyłaś.
– A ty o czym mówiłeś z tymi czterema tygodniami?
– O niczym – odburknąłem.
– Chodziło ci o seks? – spytała z rozbawieniem.
– Powiedziałem, że o niczym nie mówiłem – odparłem obrażony i zaprzestałem masażu.
– Czyli nie masz na mnie ochoty? – Solem ciężko opadła na moją klatkę piersiową.
– Wiedźma – mruknąłem i mocno ugryzłem ją w ucho. – Zamierzam wytrzymać ten miesiąc i ani minuty dłużej.
– To teraz mów.
– Nie ma o czym, słonko. – Wtuliłem twarz w jej włosy i zaciągnąłem się ich zapachem.
– Sev. – Solem odwróciła się do mnie przodem. – Przecież wiem, że coś się wydarzyło. I nie mówię tu o wezwaniach, ale coś gryzło cię przez ostatnie kilka miesięcy. Jeśli nie możesz mi powiedzieć, to rozumiem, ale nie mów, że nic się nie stało.
– Chodzi o Potterów – odpowiedziałem i przytuliłem ją do swego ramienia. – Są w niebezpieczeństwie, a właściwie to ich syn jest. Nie wiem skąd, ale Czarny Pan dowiedział się o jakiejś przepowiedni, według której chłopiec urodzony latem, zrodzony z rodziców, którzy oparli mu się trzykrotnie będzie miał moc pokonania go, że naznaczy go jako równego sobie i takie tam brednie. – Solem jęknęła głośno. – Niemniej teraz poluje na niego – westchnąłem ciężko.
– Jak się dowiedzieli?
– Usłyszałem o tym na jednym ze spotkań – wyjaśniłem. – Był zły na jednego ze śmierciożerców, który miał dostarczyć dzieciaka. Nie mam pojęcia kto to, zwykle każdy jest w masce. Chyba go trochę poniosło i zdradził przed pozostałymi to czego wyjawiać nikomu innemu nie chciał. Niemniej, wyobraź sobie, że Dumbledore nie był w ogóle zdziwiony istnieniem tej przepowiedni i dobrze wiedział o kim w niej mowa.
– Powiedziałeś Jamesowi?
– Nie, Dumbledore ich ostrzegł, ale …
– Zrobiłbyś to, gdyby on nie chciał, prawda? – Spojrzała na mnie zmartwiona.
– To tylko dziecko, Sol – westchnąłem. – Salazar jeden wie, jak bardzo ich obojga nienawidzę, ale to tylko małe dziecko.
– Kocham cię – szepnęła wprost do mego ucha. – Dlatego Potterowie mieszkają w zamku?
– Zamierzali rzucić zaklęcie Fideliusa i z tego co wiem czekali już na swojego strażnika tajemnicy – kontynuowałem. – Sam-Wiesz-Kto ich uprzedził. Evans nie było w domu, a Potter uratował się chyba tylko dzięki głupiemu szczęściu i pelerynie niewidce. Udało mu się teleportować i razem z Lily przenieśli się od razu do zamku. Na ich szczęście posada nauczyciela Obrony zamaskowała właściwy powód ich pobytu tam.
– Merlinie, to straszne – jęknęła. – To dlatego James nigdzie nie wychodzi z synem. A Evans? Nie boi się? Jeśli ją złapie …
– To idiotka, Sol – warknąłem. – Dobrze wie, że jeśli trafi w łapy Czarnego Pana zginie albo będzie musiała wydać dzieciaka.
– Sev. – Spojrzała na mnie z uwagą. – A może to James zdradził ją, a nie ona jego, tak jak sugerował Syriusz Amelii? Dlatego jej nie zależy.
– Przecież była w ciąży – odparłem sceptycznie.
– Wyglądała, jakby była w ciąży – sprostowała. – Nie urodziła u Munga ani w domu, tylko gdzieś tam u rodziców, a nikt nawet nie wie, gdzie oni mieszkają, nawet Syriusz.
– Myślisz, że to możliwe, żeby Potter zrobił dziecko na boku i je przygarnął? A matka dziecka? – zdziwiłem się. – W sumie, jakie to ma znaczenie?
– Ma – odparła twardo. – Jeśli Evans trafi w ręce śmierciożerców, wyda chłopca bez mrugnięcia okiem. James go kocha, jestem pewna i zależy mu na nim, ale Lily … sam widziałeś nie raz, jak się do niego odnosi.
– Możesz spać spokojnie, słonko – mruknąłem. – Dumbledore rzucił zaklęcia, które uniemożliwiają wyjście chłopca z zamku z kimś innym niż James. Ten się podobno na to uparł. Nawet Evans nie może go wynieść. – Solem odetchnęła i lekko się uśmiechnęła.
– To tylko potwierdza moją teorię – odparła z miną łowcy sensacji.
– Jest jeszcze coś – zacząłem niepewnie. – Zaraz po tym jak dowiedzieliśmy się o ciąży, zakończono postępowanie spadkowe. Alicja chciała zajrzeć do skrytki twoich rodziców. Pozwoliłem jej. – Solem lekko przytaknęła. – Pomyślałem, że zgodziłabyś się.
– Dobrze zrobiłeś. Ufam jej. – Pogładziła mnie po policzku. – Znalazła tam coś? Moi rodzice...
– Twoi rodzice mieli jedną z najstarszych skrytek w banku – przerwałem jej z wysoko uniesioną brwią.
– No co ty, mieli jedną z tych …
– Mieli dwie skrytki. – Ponownie jej przerwałem. – Jedną, owszem zwykłą, taką jak my, a drugą mieli położoną w najgłębszej części banku.
– Jak? Tam są skrytki …
– Najbardziej zamożnych, najstarszych rodów czarodziejskich. Sol, nie wiem jak, może twoi rodzice ją odziedziczyli?
– Przodkowie mojej mamy pochodzą z Włoch, z tego co wiem, to moi dziadkowie nie wyjeżdżali nawet stamtąd, a mój ojciec, owszem, pochodzi z rodu czystego od stuleci, ale moi dziadkowie nie byli zamożni – odparła. – Co jest w środku?
– Nie wiem – westchnąłem głośno. – Mam do niej klucz, ale nie chciała się przede mną otworzyć. Goblin próbował i też nie dał rady. Żadne czary nie skutkowały. Może potrzeba jakiegoś specjalnego klucza, a może tylko ty ją możesz otworzyć.
– Co tam może być? – spytała zaskoczona.
– Nie mam pojęcia Sol, naprawdę. – Pogładziłem ją po włosach i lekko ucałowałem w skroń.
.: :.
Solem
– Państwo Malfoy przybyli – zaskrzeczała mała skrzatka w salonie.
– Narcyzo, Lucjuszu. – Pospieszyłam do hallu przywitać gości.
– Solem, powinnaś wciąż odpoczywać – zganiła mnie pani Malfoy i pogroziła palcem Severusowi. – O, najsłodszy Merlinie, jaka piękna, zobacz Lucjuszu, to najcudowniejsza dziewczyna na ziemi.
– W istocie, muszę się z tobą zgodzić – odparł nieco sztywnym tonem pan Malfoy. – Severusie gratuluję, na całe szczęście wasza córka odziedziczyła urodę po matce. – Skłonił się lekko.
– Solem, jak ty to robisz, że nawet tydzień po porodzie wyglądasz tak kwitnąco? – szczebiotała Narcyza, gdy prowadziłam ich oboje do salonu.
– Jak znam życie, pani Snape, w przeciwieństwie do ciebie jest po prostu naturalna i nie spędza całego poranka w łazience na rzucaniu zaklęć upiększających – zakpił Lucjusz.
– Narcyzo, doprawdy, kto jak kto, ale akurat ty nie powinnaś narzekać – zaśmiałam się.
– Musiałabyś ją zobaczyć zaraz po przebudzeniu – żartował Malfoy.
– Jestem pewna, że wygląda równie pięknie – odparłam. – Pamiętam, że w szkole każda jedna dziewczyna zawsze chciała być podobna do twojej żony.
– Mogę? – Narcyza zignorowała uwagi swojego męża i spojrzała wymownie na trzymaną przez Severusa małą Eileen.
– Oczywiście – odparł z krzywym uśmiechem i podał córkę znajomej.
– Niechętnie się z nią rozstajesz? – zauważyła Malfoy.
– Severus najchętniej nie wypuszczałby jej z rąk – westchnęłam i wywróciłam oczami do gości.
– Wcale się nie dziwię – odparła z uśmiechem Narcyza. – Jest naprawdę śliczna. Zobacz Lucjuszu te oczka. Na Salazara, są dokładnie takie jak Severusa.
– Trudno się nie zgodzić. – Malfoy podszedł do żony i uśmiechnął się do mojej małej córki. – Severusie, pragnę zwrócić ci uwagę, że mam syna jedynie rok starszego.
– Och, stanowiliby taką uroczą parę – zapiszczała Narcyza, po czym Severus posłał obojgu mordercze spojrzenie. – Z wyglądu są zupełnym przeciwieństwem, ale jestem pewna, że nasze wnuki będą prześliczne. – Severus przymknął powieki, zacisnął pięści, a w kącikach ust zebrała mu się piana. Nie wytrzymaliśmy i całą trójka wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.
– Bardzo śmieszne – mruknął i zabrał Eileen z rąk żony przyjaciela.
– Słyszałem, że macie w Hogwarcie nowych sąsiadów. – Lucjusz zmierzył uważnie najpierw Severusa, a później mnie.
– Dumbledore i jego odwieczne problemy z nauczycielem Obrony – westchnęłam teatralnie. – Na szczęście istnieją czary maskujące.
– Ten twój jest wyjątkowo dobry – pochwaliła mnie pani Malfoy. – Jak tylko udało mi się kupić twoje książki, nie mogłam się od nich oderwać. Wyobraź sobie, że musiałam je siłą wyrywać z rąk Lucjuszowi.
– To prawda – potwierdził mężczyzna. – Masz niezwykły talent, nie tylko do zaklęć, ale także do pisania. Nie powiem, że czary do prowadzenia domu w jakiś sposób mogą mi się przydać, ale wprost nie mogłem się oderwać od lektury.
– Nasze skrzaty nudziły się przez kilka dni, bo musieliśmy wypróbować wszystkie twoje zaklęcia – zaśmiała się Narcyza.
– A nie chciała ich wydać – mruknął Severus. Oddał mi córkę i gestem zaprosił Lucjusza do gabinetu na drinka, zostawiając nas przy herbacie.
– Jestem tym mocno zbulwersowana – szepnęła niepewnie Narcyza, gdy zostałyśmy same. – To tylko małe dziecko. – Spojrzała wymownie. – Jest w wieku Dracona.
Nie bardzo wiedziałam co odpowiedzieć. Przeszło mi przez myśl, że Malfoy próbowała mnie sprawdzać i bałam się zdradzić w jakikolwiek sposób. Nie byłam najlepszym kłamcą i nie dorastałam do pięt Severusowi w maskowaniu uczuć.
– Severus trzymał mnie raczej z boku od … w zasadzie od wszystkiego. Niewiele wiem na ten temat – odparłam dyplomatycznie.
– Ja niestety nie mam tego szczęścia – westchnęła i zrobiła zafrasowaną minę. – Nie dość, że mój małżonek raczy mnie wszelkimi wiadomościami, to jeszcze moja siostra ma prawdziwą obsesję. Przepraszam – zreflektowała się po chwili. – Chyba nie powinnam o tym rozmawiać, ale … Solem, jesteś jedyną z moich znajomych, która wie i nawet nie zaprzeczaj. – Przytaknęłam. – Nie wierzę, że i ty nie cierpisz, gdy Severus … Lucjusz nigdy nie narzekał, ale on go traktuje gorzej niż zwierzę. W dodatku ugania się za rocznym chłopcem – narzekała. Przysłuchiwałam się jej ze współczuciem. Bardzo dobrze wiedziałam o czym mówiła Narcyza i sama przez moment miałam ochotę wylać swoje frustracje, ale powstrzymałam się, posyłając jedynie współczujące spojrzenie.
– Narcyzo – odezwałam się po chwili z powagą – Severus stara się mnie w to nie mieszać, ale nie jestem ślepa i wiem co się dzieje. Nie raz i nie dwa leczyłam jego rany. Wiem co czujesz i wiedz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać.
– Dziękuję, Solem. – Malfoy głośno odetchnęła. – Merlinie złoty, ona jest taka śliczna.
– Jest – odparłam z uśmiechem i pogładziłam córeczkę po maleńkiej główce. – Tylko błagam, nie swataj jej już przy Severusie, bo gotów wysłać ją do Beauxbatons – zaśmiałam się.
– I pewnie byłby skłonny przebrać się za kobietę byle tylko pozwolili mu tam pracować jako nauczycielka – odparła, śmiejąc się.
– Uwierz mi, to dziecko i tak nie będzie z nim miało łatwego życia – odetchnęłam głęboko. – A przynajmniej od chwili, gdy zacznie mieć własne zdanie.
– Jest zaborczy, prawda?
– Zaborczy? Merlinie, Narcyzo to mało powiedziane – odparłam z oburzeniem. – Gdyby mógł to sam by ją karmił. – Roześmiałyśmy się na cały głos i nie poruszałyśmy już drażliwych, trudnych tematów, a ja z każdą chwilą przekonywałam się do pani Malfoy i jej męża.
.: :.
Powrót do Hogwartu nie był czymś wyczekiwanym ani przeze mnie, ani przez Severusa. Przezornie przez cały lipiec przygotowywał potrzebne zapasy eliksirów do sklepu i cały sierpień poświęcił wyłącznie rodzinie. Spacerowaliśmy we troje, chodziliśmy na pikniki i gościliśmy znajomych chcących poznać naszą małą córeczkę. Dobrze nam było we własnym domu i teraz z wielkim ociąganiem pakowałam kufry. Przez krótki moment rozpatrywałam zostanie z Eileen w Londynie, ale wówczas Severusa widywałabym dopiero po kolacji. Mieszkając w Hogwarcie, mógł poświęcać nam nie tylko wieczory, ale też czas podczas przerw i okienek, a weekendy spędzał z nami, będąc jednocześnie dyspozycyjnym dla swoich uczniów. Uwielbiałam nasz londyński domek, ale nie chciałam, żeby Severus zmęczony, spracowany poświęcał chwile wytchnienia na ciągłą teleportację albo zamartwianie o mnie i Eileen.
Przenosiłam się do Hogwartu nie tylko z chęci spędzania wieczorów z mężem. Bardzo go potrzebowałam i bałam się zostać w domu sama z dzieckiem. Niby od jakiegoś czasu mieliśmy skrzata, ale wciąż nie byłam przekonana do tych stworzeń. Ropuszka udowodniła już swoją lojalność wobec rodziny, ale mimo wszystko korzystałam z jej pomocy tylko wówczas, gdy byłam do tego zmuszona. Denerwowały mnie ciągłe próby wyręczania we wszystkim co możliwe, wyprzedzanie moich myśli i wtrącanie do gotowania. Nie byłam przyzwyczajona do tego, że ktoś mnie obsługiwał i jakoś nie mogłam do tego przywyknąć.
W Hogwarcie miałam wielu przyjaciół, nasze mieszkanko było całkiem przytulnie i żyło się tam dobrze, przynajmniej do czasu, kiedy sprowadzili się nasi nowi sąsiedzi. Uwielbiałam spacery po błoniach i Zakazanym Lesie i cieszył mnie nieograniczony dostęp do biblioteki, jednak było tam też coś, co wciąż nie dawało mi spokoju. Czułam się obserwowana. Na każdym kroku spoglądał na mnie czyjś portret, a każde moje wyjście i wejście było oznaczone głośnym kliknięciem. Jakby ktoś prowadził rejestr. W ostatnim czasie, za każdym razem, gdy szłam na spacer do Hogsmeade, odnosiłam wrażenie, że byłam śledzona i powoli zaczynałam wpadać w paranoję.
Severus
Czarny Pan dał mi chwilę wytchnienia podczas wakacji, ale teraz powrócił ze wzmożoną siłą i wzywał do siebie częściej niż raz na tydzień. Nie tylko kazał mi wykonywać coraz trudniejsze eliksiry, ale oczekiwał szczegółowego sprawozdania z życia codziennego państwa Potter. Żądał raportów, księgi wejść, wyjść i chyba tylko resztki zdrowego rozsądku powstrzymywały go, by nie zmuszać mnie do szpiegowania ich w toalecie. Mało, że byłem skazany na ich urocze sąsiedztwo, teraz musiałem mieć ich na oku bez przerwy i tuszować eskapady Evans. Na moje szczęście dyrektorowi udało się przemówić jej do rozsądku i ograniczyła wyjścia.
Od czasu porodu, Solem traciła wzrok coraz częściej i na coraz dłuższe okresy czasu. Niepokoiło mnie to, tym bardziej, że teraz zajmowała się przez większość dnia naszą córką. Z jednej strony, cieszyłem się, że wychodziła z zamku, odwiedzała sklep na Pokątnej i spacerowała z małą Eileen po Hogsmeade, ale z drugiej, obawiałem się, jak poradzi sobie w sytuacji, gdy straci wzrok, będąc sama poza Hogwartem. Nie czułem się dobrze z tymi czarnymi myślami. Solem była wspaniałą matką i świetnie radziła sobie w chwilach, gdy dopadała ją ciemność, a i nie wstydziła się już prosić o pomoc, gdy zachodziła taka potrzeba. Byłem niesprawiedliwy. Moja żona była odpowiedzialną kobietą i powinienem być spokojny, ale mimo zaufania w jej rozsądek i umiejętności nie mogłem się powstrzymać i oprócz Ropuszki, posyłałem za nią jeszcze jednego skrzata.
– Nocny dyżur czy już zdążyłeś się znudzić żoną i dzieckiem? – Usłyszałem głos Lily, gdy wracałem późną nocą, po jednym ze śmierciożerczych zebrań, na którym Czarny Pan pozwolił sobie wyładować swoje frustracje na swoich poplecznikach. Na szczęście było dość sporo kandydatów do wymierzania kar i sesje z Crucio były stosunkowo krótkie.
– Evans – syknąłem, obdarzając ją jadowitym spojrzeniem.
– Evans, wciąż tylko Evans – odparła niezrażona moim wrogim nastawieniem. – Myślałam, że skoro w ostatnim czasie tak bacznie mi się przyglądasz, zdążyłeś zauważyć, że już nie Evans – zaśmiała się. – Gdzie te czasy, gdy mówiłeś do mnie Lily, skarbie, kochanie …
– Przeminęły wraz z twą urodą. – Nie umknął mej uwadze jej ogromny dekolt i niechcący, na dłużej zatrzymałem na nim swój wzrok. Nie spałem z żoną od kilku miesięcy i z każdym kolejnym tygodniem czułem coraz większą potrzebę bycia z kobietą, a musiałem to przyznać, Evans wciąż była atrakcyjna i nie ulegało wątpliwości, że była chętna zaspokoić moje fizyczne potrzeby.
– Daj spokój, Sev. – Uśmiechnęła się z triumfem, gdy dostrzegła jak prześlizgnąłem się wzrokiem po jej ciele. Zbliżyła się do mnie na niebezpieczną odległość i położyła dłoń na klatce piersiowej. – Jestem pewna, że oboje możemy odnaleźć wspólny język. Taki mężczyzna jak ty, potrzebuje czegoś więcej. Potrzebuje prawdziwej kobiety, a nie zwykłej kury domowej. Nie wierzę, że Solem zaspokaja w choć najmniejszym stopniu twoje potrzeby.
Przekląłem się w myślach za chwilę nieuwagi, ale słowa Evans sprowadziły mnie na ziemię. Solem była cudowną kobietą, wspaniałą matką i najlepszą na świcie żoną. Nienawidziłem, gdy ktoś ją obrażał i słowa dawnej przyjaciółki podziałały na mnie prowokacyjnie. Z całej siły chwyciłem ją za nadgarstek i wykręcając rękę, syknąłem wprost do jej ucha.
– Ostrzegam, Evans. Nie muszę wyciągać różdżki w twoim kierunku, by tańczyć na twoim grobie. – Ścisnąłem ją z całej siły i spojrzałem prosto w oczy. – Znam wielu, którzy pragną twojej śmierci. Wystarczy chwila mojej nieuwagi i coś może mi się wymsknąć. Nie umywasz się do mojej żony, nie dorastasz jej do pięt. Nie tknąłbym takiej dziwki jak ty, końcem miotły – warknąłem i puściłem ją, spoglądając na nią z pogardą. Zarzuciłem czarnym płaszczem i szybkim krokiem udałem się do naszego mieszkania.
Z trudem powstrzymałem się przed trzaśnięciem drzwiami. Solem gestem nakazała bym był cicho i zniknęła w pokoiku Eileen, odkładając śpiące maleństwo do łóżeczka.
– Jesteś nareszcie – mruknęła, wtulając się we mnie.
– Jestem – odburknąłem nieco za ostro. Solem odsunęła się nieznacznie i spojrzała zmartwiona.
– Coś się stało? – spytała ostrożnie.
– Nic się nie stało – warknąłem i ruszyłem w kierunku salonu. Wciąż odczuwałem nie tylko skutki bolesnego spotkania śmierciożerców, ale teraz byłem także zdenerwowany spotkaniem z Potter.
– Sev, przecież widzę – szepnęła nieco urażonym tonem, gdy odwróciłem się do niej plecami.
Przymknąłem powieki i zacisnąłem palce. Byłem kłębkiem nerwów, a moja wścibska żona, drocząc się ze mną, ubrała chyba najbardziej seksowną koszulkę nocną, jaką kiedykolwiek uszyto. Jej śliczne ciało oplatał jedwab wykończony subtelną koronką, zgrabne nogi wystawały spod króciutkiego okrycia niemal w całej okazałości, jędrne piersi zwieńczały napięte sutki odznaczające się pod materiałem, a smukła szyja przyciągała usta do pocałunków. Sam już nie wiedziałem, czy to Czarny Pan, Evans czy wciąż niedostępne ciało żony wywołały taki stan, a i czarna magia, którą musiałem posługiwać się w ostatnim czasie coraz częściej, także nie ułatwiała sprawy. Krótka utarczka słowna z Lily, nie rozładowała mojego napięcia i teraz powoli przestawałem nad sobą panować.
– Nic. Się. Do cholery. Nie stało – wysyczałem ponownie, zbliżając się do niej. Pochyliłem się nad nią nisko, a ona w odpowiedzi uśmiechnęła się wdzięcznie i pogładziła mnie po policzku.
– Kochanie, przecież widzę – powiedziała łagodnie. – Co się stało?
– Zostaw mnie, Sol – warknąłem, odwracając się od niej.
– Nie zamierzam – odparła z pewnością w głosie. – Jesteś dla mnie nieprzyjemny i chcę wiedzieć, co zrobiłam. Co się dzieje? – dopytywała spokojnym głosem, a jej spokój zaczynał działać mi coraz bardziej na nerwy.
– Jestem pieprzonym śmierciożercą, to się dzieje – krzyknąłem, odwracając się do niej gwałtownie i w tym samym momencie pożałowałem swoich słów. Spojrzałem w jej pełne łez oczy i zwymyślałem się w duchu od najgorszych.
– I … to moja wina? – spytała cichutkim, drżącym głosem. – Winisz mnie za to – stwierdziła i wyrwała się, gdy próbowałem chwycić ją za rękę. – Winisz mnie za śmierć Teo. Za to, że nie potrafiłam odpowiednio zająć się naszym dzieckiem, że nie zdołałam go ochronić. Za to, że pozwoliłam im go zabić, gdy sama przeżyłam. Winisz mnie za to … dlatego wciąż łazi za mną ten skrzat, dlatego każesz mnie pilnować. Boisz się, że skrzywdzę Eileen, że i ją pozwolę skrzywdzić, że i ją nam zabiorą – wyrzucała z siebie słowa, nie pozwalając sobie przerwać. – Winisz mnie i masz rację. Nie potrafiłam zadbać o nasze dziecko, o naszego synka, o jego życie … bezpieczeństwo. Nie zasługuję na was, na ciebie, na Eileen, na waszą miłość.
Spoglądałem na nią oniemiały. Nigdy coś podobnego nie przyszło mi do głowy, nigdy przez ponad rok nie pomyślałem, by ją obwiniać za śmierć naszego dziecka. Stałem zszokowany. Wpatrywałem się w nią i nie potrafiłem wydusić z siebie słowa. Nie miałem pojęcia, że takie myśli chodziły jej po głowie, nie spodziewałem się, że czuła się winna i na Merlina, nie była. Cała złość uleciała ze mnie w jednej chwili. Chciałem do niej podejść i mocno ją przytulić, ale odwróciła się i wybiegła z mieszkania. Zakląłem na głos, wahając się między pozostawieniem miesięcznej córki ze skrzatką a pozwoleniem Solem na cierpienie w samotności. Zganiłem się za to, jaki dla niej byłem przez ostatnie tygodnie, za tego głupiego skrzata, za brak czułości. Od porodu interesowałem się jedynie małą Eileen. Nie dlatego, że straciłem uczucia dla żony, ale dlatego, że tak bardzo jej pragnąłem, a nie mogłem teraz mieć. Odsunąłem się od niej, bo bałem się ją skrzywdzić i w końcu skrzywdziłem w najgorszy sposób.
Zagubiony kręciłem się po mieszkaniu, zastanawiając się, dokąd mogła pójść. Wykluczyłem nasz dom i dom rodziców. Nie podejrzewałem też, by poszła do którejś z czarodziejskich gospód i w duchu liczyłem, że nie opuściła zamku. Westchnąłem głośno i połączyłem się przez kominek z rodzicami.
– Mamo – zawołałem i po dłuższej chwili wzywana kobieta pojawiła się po drugiej stronie sieci.
– Severus, co się stało? – krzyknęła przestraszona.
– Potrzebuję, byś do nas przyszła na jakiś czas – odparłem. – Żebyś … została na chwilę z Eileen. Mogłabyś …
– Oczywiście, synku – odparła zaniepokojona, po czym rozłączyła się i po chwili pojawiła u nas w salonie. – Co się stało? Solem źle się czuje?
– Nie, nie wiem … pokłóciliśmy i ona … wyszła – odpowiedziałem i ciężko opadłem na fotel.
– Wyszła? Zostawiała cię samego z Eileen? – Matka nie kryła zdziwienia.
– Powiedziałem … Byłem … Ona myśli, że ja ją obwiniam o śmierć Teo, ubzdurała sobie, że jest … że na nas nie zasługuje.
– Powiedziałeś jej coś takiego? – Eileen prawie krzyknęła. – Jak mogłeś?
– Nie powiedziałem – fuknąłem ze złością. – Za kogo ty mnie masz? To nie jej wina, mamo i byłem pewien, że ona to wie.
– Byłeś pewien? Synku … coś ty zrobił? – Matka nie potrafiła ogarnąć sytuacji.
– Nie sądziłem, że ona odbierze to w taki sposób – usprawiedliwiałem się.
– Co? – warknęła. – Coś ty zrobił?
– Kazałem ją śledzić jednemu ze skrzatów – wydukałem. – Ubzdurała sobie, że to dlatego, że boję się, żeby ona znowu nie pozwoliła skrzywdzić naszego dziecka.
– Na Merlina, kazałeś ją śledzić? Severus. – Kobieta spojrzała na mnie z odrazą. – Już z tym duchem w zamku mocno przesadziłeś i widziałam, że to jej nie dawało spokoju, ale rozumiem dlaczego to zrobiłeś. Solem czuła się wówczas mocno niepewnie, ale teraz? Przecież zawsze, gdy traciła wzrok wzywała mnie albo ciebie. Za każdym razem, kiedy się to przydarzało była przy niej Ropuszka. Wzywała ją sama i kazała pilnować Eileen do czasu, gdy któreś z nas się pojawiło. Wcale jej się nie dziwię, że tak pomyślała. Severus, przecież ona sama się o to wciąż obwinia. Synku … ona nic nie mogła zrobić. Nic. To co się stało nie jest jej winą.
– Wiem – szepnąłem cicho.
– Znajdź ją, zanim zrobi coś głupiego – nakazała. – Zostanę, dopóki nie wrócicie, chyba, że chcesz, żebym zabrała Eileen do siebie.
– Nie, zostań proszę tutaj, jeśli możesz.
– Oczywiście, że zostanę – odparła. – Idiota – mruknęła pod nosem i udała się do pokoju wnuczki.
Dłuższą chwilę stałem pod drzwiami zagubiony. Nie miałem pojęcia od czego zacząć poszukiwania. Jeśli udała się do którejś z przyjaciółek to nie było szans, bym ją teraz sprowadził do domu, ale miałbym chociaż pewność, że była bezpieczna. Jeśli była u Amelii, nie było sensu, bym choćby sięgał proszek fiuu, jeśli u którejś z nauczycielek Hogwartu byłbym spalony do końca życia. Zrezygnowany wezwałem skrzata, ale ten zapewnił, że moja żona nie opuściła zamku.
– Zostałem śmierciożercą, by winni śmierci naszego syna zostali ukarani – wyszeptałem, klękając przy niej. Nogi same zaniosły mnie do pokoju życzeń i nie pomyliłem się. Nie potrzebowałem do tego skrzatów ani zaklęć wskazujących. Byłem pewien, że mimo tego co myślała, co czuła, nie opuściła naszej córki. Nie pozwoliłaby małej Eileen tęsknić i pewnie sama pojawiłaby się niebawem na nocne karmienie. Siedziała skulona w kącie i cichutko płakała. Pokój wyglądał dokładnie tak samo, jak za naszych szkolnych schadzek, za czasów, kiedy wszystko było prostsze, a do szczęścia nie potrzebowałem nic więcej oprócz jej usta.– Słonko, przepraszam. Promyczku … to co się stało kilkanaście miesięcy temu, to nie twoja wina. Na Merlina, kochanie, jak mogłaś tak pomyśleć? Jak mógłbym cię za to winić, gdy tak dzielnie za niego walczyłaś. Chciałaś za niego zginąć. Serce mi pęka na myśl, że mógłbym stracić ciebie. Kurwa, Sol … gdy patrzę na ciebie, gdy trzymam w ramionach naszą córkę … nigdy … Merlinie, czy jestem potworem, dziękując wszystkim bogom, że nie zabrali mi ciebie w zamian za życie Teo? Kochałem go, bardzo i chyba tylko ty jedna wiesz, jak bardzo za nim tęsknię. Był naszym szczęściem i tak bardzo mi go brak … bez ciebie nie przeżyłbym minuty. Nie umiałbym. Wybacz mi te myśli, słonko. Wybacz, że w ogóle przyszło mi to do głowy. Jesteś całym moim życiem. Przepraszam. To co się stało nie było twoją winą ani trochę. – Słowa wylewały się ze mnie bez większego składu. Nie byłem najlepszy w podobnych sytuacjach, brakowało mi słów i zwykle gadałem bzdury. Tym razem czułem, jakby wyznania same opuszczały moje usta. Pogładziłem ją lekko włosach i spróbowałem do siebie przygarnąć, ale nie drgnęła. Jej twarz wciąż pozostawała ukryta w podkurczonych kolanach. – Ten skrzat … przepraszam. Chciałem tylko byś była bezpieczna. Ty. Nie bałem się o Eileen. Wiem, że o nią zadbasz, zawsze. Nigdy się o to nie martwiłem. Z tobą jest bezpieczna, jak nigdzie na świecie.
– Nie zasłużyłam na was – wyszeptała tak cicho, że ledwie ją dosłyszałem. – Na ciebie, Eileen, waszą miłość. Nie mam prawa pragnąć i oczekiwać tej miłości. – Łkała z twarzą wciąż wciśniętą w kolana. – Zawiodłam … ciebie … siebie. Nie mam nawet prawa prosić, byś mi wybaczył.
– Sol … Słonko. – Zamarłem na te słowa. Dopiero teraz dotarło do mnie, że moja żona tylko pozornie wyleczyła się z depresji. Uzdrowiciele ostrzegali przed tym, że będzie się obwiniać i straci chęć do życia. Nic takiego się nie działo. Solem zdawała się być pogodzona ze stratą, z nieszczęściem, jakie nas spotkało. Uśmiechała się, żartowała, snuła plany na przyszłość i wydawała się być szczęśliwa. Patrzyłem na nią i widziałem w niej kobietę, ponętne ciało i słodkie usta. Nie dostrzegłem prawdziwych uczuć, które skryła pod maską uśmiechu, nie zadbałem, by wyrzuciła z siebie do końca żal i cierpienie, by nie dała się niesprawiedliwemu poczuciu winy, jako jedyna, która przeżyła. Żałowałem, że nie przypominałem jej każdego dnia o tym, jak bardzo jej potrzebowałem, jak wartościową i ważną była. Nawaliłem jako mąż, jako partner i jako przyjaciel. – Sol, przepraszam – jęknąłem i pociągnąłem ją za brodę, tak by spojrzała mi prosto w oczy. – To wszystko zaczęło mnie przerastać i ty … taka piękna. Kurwa, jak mogłem być taki głupi. – Wstałem nagle i uderzyłem ręką o ścianę. – Słonko … nie wiń się, proszę. To ja, każdego dnia powinienem dziękować za ciebie, za twoją miłość i szczęście jakie mi dajesz.
– Sev … – Solem stanęła obok mnie i spojrzała smutnymi oczami. – To …
– Solem – przerwałem jej. – Powiedz mi, czy jak teraz o tym myślisz, czy jest coś, co mogłaś zrobić? Zaklęcie, które jeszcze mogłaś rzucić?
– Nie wiem … nie pamiętam – wyszeptała. – Nie pamiętam, Sev – krzyknęła.
– Twoja różdżka pamięta – odpowiedziałem twardym tonem i chwyciłem ją z całej siły za ramiona. – To nie była twoja wina. Solem, nic więcej nie mogłaś zrobić. – Ująłem jej twarz w dłonie i spojrzałem prosto w zielone oczy. – Przepraszam. Byłem niemiły od dłuższego czasu, wiem o tym. Wybacz mi. Byłem … jestem zmęczony. Nie chciałem cię tym zadręczać i zupełnie nieświadomie odsuwałem cię od siebie. Przepraszam. Te spotkania … nie chodzi o kary, które mi wymierza. – Solem zmarszczyła czoło i spojrzała na mnie przestraszona. – Nic mi nie jest, kochanie – zapewniłem i pogładziłem po mokrym od łez policzku. – Wciąż oczekuje ode mnie czarno magicznych eliksirów. To mnie wykańcza … Czuję, jak czarna magia we mnie wiruje, próbuje mnie wypełnić. Boję się, że ulegnę. Boję się, że mną zawładnie i stanę się potworem.
– Nie rzucasz zaklęć ochronnych, gdy tworzysz te eliksiry? – Spojrzała na mnie zaskoczona.
– Zaklęć? – zdziwiłem się.
– Ochronnych. – Solem otarła łzy wierzchem dłoni. – Nie rzucałeś ich, prawda?
– Szczerze? – Skrzywiłem się. – Nie mam pojęcia o czym mówisz.
– Dlaczego nic nie powiedziałeś? Pomogłabym ci. – Odetchnęła głęboko. – Jest jedno, bardzo stare, nie do końca legalne zaklęcie, które ochrania nas przed wpływem czarnej magii. Jeśli używasz czarnych czarów, stopniowo traci swoją moc, ale przy tworzeniu eliksirów albo używaniu czarno magicznych artefaktów zaklęcie zyskuje na mocy i chroni nas przed jej opanowaniem jeszcze bardziej. To chyba dlatego, że tworzenie ciemności i korzystanie z cudzej ciemnej energii, daje czarnej magii lepszy dostęp do naszej mocy, naszej duszy niż samo rzucanie zaklęć, przy których czerpiesz jedynie z siebie. Byłam pewna, że rzucasz to zaklęcie … Sev, tworzysz te eliksiry od roku … jak u licha udało ci się przeciwstawić samemu ciemnym mocom? Jesteś potężnym czarodziejem, a czarna magia kocha takich.
– Ostatnie dwa tygodnie pokazują, że chyba mi się nie udało – mruknąłem i delikatnie pogładziłem ją po policzku.
– Sev, czytałam na ten temat dość obszerną księgę – odparła spokojnym głosem. – Według przeprowadzonych badań warzyciele bez podobnej ochrony byli w stanie zapanować nad czarną magią, tworząc jedynie kilka eliksirów, nigdy tak długo. Merlinie, z czym ty się musiałeś mierzyć? Sev, dlaczego nic mi nie powiedziałeś, kochanie.
– Słonko, o czym ty mówisz? – Objąłem ją w pasie i mocno do siebie przyciągnąłem. – Po prostu jestem tym trochę zmęczony, nic poza tym – westchnąłem.
– Kochanie, studiowałeś czarną magię i nie zaprzeczaj. – Spojrzała na mnie z wszystkowiedzącą miną. – Nigdy niczego nie czułeś? Nie musiałeś w środku z nią walczyć?
– Czułem, jak czasem coś każe sięgać mi po więcej i próbować zaklęcia, ale nigdy nie miałem problemu, żeby się temu przeciwstawić.
– Dlaczego? Jak ci się to udawało? Severus, byłam przekonana, że rzucasz te zaklęcia ochronne …
– Zawsze wystarczał mi twój uśmiech. – Pogładziłem ją lekko po włosach. – Kiedyś, na studiach jeszcze, miałem ochotę wypróbować kilka zaklęć i … – zamyśliłem się przez chwilę – zawsze pojawiałaś się ty – zaśmiałem się lekko. – Jesteś moim zaklęciem ochronnym. Nie wyobrażam sobie, bym mógł, będąc przy tobie, oddać się w ręce ciemności, bym mógł przy tobie zbłądzić. Sol, wiem, że wówczas bym cię stracił i z tą myślą nie trudno się oprzeć najgorszym z ciemnych mocy. – Odetchnąłem głęboko i ponownie mocno ją do siebie przycisnąłem. – Promyczku, nie wiń się, proszę. To nie twoja wina i udowodnię ci to. Potrzebuję tylko troszkę czasu. Proszę. – Solem zadrżała w moich ramionach i dopiero teraz dotarło do mnie, że ona wciąż była w cieniutkiej koszulce. Przytuliłem ją z całej siły i leciutko rozmasowałem nagie ramiona. – Proszę, pozwól mi cieszyć się sobą, naszą córką, proszę, bądź szczęśliwa. Tak bardzo chciałbym umieć cię uszczęśliwić.
– Uszczęśliwiasz – szepnęła. – Tylko czasem boję się, że zawiodłam i znowu cię zawiodę.
– Nie zwiodłaś i nie wyobrażam sobie, byś mogła zawieść. – Odetchnąłem w duchu widząc, że nieco ją uspokoiłem. – Dajesz mi więcej niż mógłbym marzyć. Przepraszam, że byłem dziś niemiły. Spotkanie nie należało do przyjemnych. Nic mi nie jest – dodałem pospiesznie, widząc panikę w jej oczach. – A później jeszcze spotkałem Evans i chyba … czy wystarczy, jak powiem, że to nie było miłe spotkanie?
– Tego mogłam się sama domyślić. – Solem uniosła nieco głowę i uśmiechnęła się nieśmiało. – Sev, obiecaj mi, że będziesz mi już mówił o wszystkim. Nie ukrywaj nic przede mną, proszę.
– Teraz wiem, że zrobiłem głupio – mruknąłem. – Obiecuję, żadnych tajemnic.
– Chodźmy do domu, nie chcę żeby Eileen obudziła się, gdy będzie przy niej tylko Ropuszka. – Chwyciła mnie za rękę i ruszyła w kierunku wyjścia, ale nawet nie drgnąłem, tylko ponownie ją do siebie przyciągnąłem.
– Mama jest z Eileen – wybąkałem cicho.
– Wezwałeś mamę? – Solem spojrzała na mnie przestraszona.
– Spanikowałem, Sol. Nie miałem pojęcia co robić …
– Będzie na mnie zła. – W jej oczach ponownie zaszkliły łzy. – Będzie miała pretensje, że was zostawiłam samych i będzie miała rację …
– Nie będzie miała żadnej pretensji, Sol, kochanie. Chyba wie, dlaczego uciekłaś i … nie była dla mnie wyrozumiała.
– Oberwało ci się przeze mnie?
– Troszkę i nie przez ciebie, a przez swoją głupotę – odparłem i ucałowałem ją w czubek głowy. – Nie musimy się spieszyć. Eileen obudzi się pewnie za jakieś trzy – cztery godziny. Możemy tu jeszcze chwilę posiedzieć. Opowiesz mi o tych zaklęciach ochronnych.
– Chcesz gadać o zaklęciach? – zdziwiła się.
– Nie musimy, słonko – zaśmiałem się i objąłem ją, prowadząc w stronę stosu poduszek ułożonych naprzeciwko kominka.
– Eileen dziś skończyła miesiąc. – Solem lekko się spłoniła i przygryzła dolną wargę. – Czekałam na ciebie.
Byłem głupszy od Blacka i Pettigrew razem wziętych. Solem była mądrą kobietą i bardzo dobrą żoną. Nigdy z premedytacją nie wystawiłaby mnie na próbę, ubierając seksowną koszulkę i nie kusiłaby, gdybym nie mógł ulec pokusie. Obdarzyłem się w myślach najgorszymi epitetami. Czekałem na ten dzień osiem miesięcy. Liczyłem, odliczałem i sprawdzałem w kalendarzu, a kiedy wreszcie nadszedł ja zamiast rzucić ją na łóżko, pieścić i kochać do białego rana, wybuchnąłem i wyładowałem na niej swoje frustracje. Już godzinę temu mogłem z nią być i gdybym był odrobinę mądrzejszy, dochodziłbym już drugi raz.
– Solem, nie zamierzam … – ująłem jej twarz w dłonie i spojrzałem w nieco zawiedzione oczy – pozwolić ci dłużej czekać. – Wpiłem się zachłannie w jej słodkie wargi i namiętnie pocałowałem. Wahałem się przez chwilę między szybkim spełnieniem a powolną przyjemnością i wciąż niezdecydowany rozpocząłem spacer dłońmi po jej ciele.
Podwinąłem do góry krótką koszulkę i spojrzałem na nią, unosząc brew.
– Uznałam, że majtki mi się nie przydadzą – mruknęła w odpowiedzi i pociągnęła mnie za szyję do pocałunku.
Szybko oderwałem się od jej warg i przeniosłem usta na szyję, ramiona i dekolt. Dłońmi wodziłem po jej nagich pośladkach, z premedytacją omijając najwrażliwsze miejsca. Jęknęła cichutko, gdy przypadkiem przejechałem palcem wzdłuż wilgotnej cipki i po chwili nieco głośniej, kiedy delikatnie pomasowałem wnętrze. Sięgnęła do zapięcia mojej koszuli i rozpinała ją nerwowymi ruchami.
– Cholera – zakląłem, gdy wbiła palce w moje nagie ramiona i z wolna przesuwała je wzdłuż klatki piersiowej. Wciąż leniwie pieściłem jej kobiecość, wsuwałem palec do środka i masowałem łechtaczkę. – Chrzanić to – warknąłem i ze złością zdarłem z niej kawałek jedwabiu. Zachłannie przyssałem wargi do piersi i tylko na chwilę zatrzymałem się, gdy mocno zawstydzona odsunęła moją głowę. Spojrzałem na nią z wyrzutem i dopiero, oblizując wargi, dotarło do mnie, że kosztowałem kolację naszej córki. Zaczerwieniła się i przez moment byłem pewien, że się wycofa. – Potrzebuję cię – wyszeptałem napiętym głosem, muskając płatek jej ucha. – Błagam, Solem … pozwól mi się pieścić. – Przejechałem językiem po gładkiej szyi i po chwili napięcia poczułem, jak się rozluźnia. Starałem się nieco opanować przy pieszczotach jej piersi, ale nie mogłem sobie odmówić powolnego lizania ich. Schodziłem ustami coraz niżej. Pogładziłem długą bliznę na brzuchu i z przekornym uśmieszkiem obrócił ją tyłem. Uniosłem się do góry i z rozkoszą wtulałem się w jej pachnące włosy. Odgarnąłem je i ustami masowałem napięte mięśnie, wyprężony kręgosłup i odstające łopatki. Teraz byłem już pewien, że chciałem powolności, nasycić się nią i trwać w jedności. Tęskniłem za żoną i chciałem nacieszyć się bliskością we dwoje. – Piękna – wyszeptałem, całując kark. – Kocham cię, promyczku. – Drgnęła leciutko, gdy mój oddech owionął jej szyję. Całowałem ramiona, kąsałem uszy i muskałem łopatki. Wierciła się niespokojnie, a jej oddech mocno przyspieszył, gdy językiem przejechałem wzdłuż kręgosłupa, docierając aż do pupy. Tam też nie pozostawiłem żadnego wolnego od pocałunków skrawka. Całowałem ją leciutko, a dłońmi masowałem pieszczone już wcześniej partie. Rozchyliła nieco uda, gdy zszedłem jeszcze niżej językiem, zataczając malutkie kółeczka wokół jej ud.
Z każdą chwilą, czułem coraz większe podniecenie. W końcu nie wytrzymałem i szybkim ruchem opuściłem spodnie razem z bielizną. Mój sterczący penis ocierał się o jej gładką skórę, gdy rozpocząłem ustami wędrówkę w górę. Położyłem się delikatnie na niej. Wydawała z siebie cichutkie jęki, gdy całowałem jej szyję i jednocześnie masowałem palcami wnętrze wilgotnej szparki.
– Kochaj mnie – mruknęła, przechylając głowę w moim kierunku. – Tak bardzo cię pragnę.
Nie pozwoliłem jej już dłużej czekać. Obróciłem ją ponownie na plecy i delikatnie rozsunął uda, umieszczając się wygonie między nimi. Spojrzałem jej prosto w oczy i powoli zacząłem się w niej zagłębiać. Krzyknęła głośno, gdy wszedłem na całą długość i mocno zacisnęła palce na moich ramionach.
– Tak, słonko? Dobrze?
– O taaak – wydusiła z siebie, próbując złapać oddech. – Och, Sev – jęczała, przyciskając mnie mocno. Wpiłem się w jej usta i przez chwilę penetrowałem je zachłannie językiem, ale nie byłem w stanie pozwolić sobie na zbyt długi pocałunek. Jęki wyrywające się z naszych ust skutecznie to uniemożliwiały. Przycisnąłem swe czoło do jej i zwolniłem na chwilę, napawając się pięknym widokiem zielonych oczu. Wsunąłem dłonie pod jej plecy i pociągnąłem ją tak, by usiadła na mnie. Krzyknęła, gdy pchnął w nią z całej siły i po chwili objęła mnie udami, sama wciskając się we mnie jeszcze mocniej. Chwyciłem ją za pośladki i przyspieszyłem. Czułem jej wilgoć na całym członku, którym szybko i mocno penetrowałem mokre wnętrze. Oddychała coraz szybciej. Pomimo bólu czułem ogromną satysfakcję, gdy mocno wbiła paznokcie w moje plecy, wcisnęła we mnie swe ciało, a ścianki jej pochwy zacisnęły się na twardym kutasie. Wykrzyczała głośno moje imię i w tym momencie ekstaza sięgnęła zenitu. Warknąłem głośno i nabiłem ją na siebie z całej siły, wypełniając jej wnętrze ciepłym strumieniem nasienia.
– Tak bardzo mi ciebie brakowało – szepnęła, wtulając głowę w moje ramię. Poczułem ciepłe łzy na skórze i nieco zaniepokojony oderwałem ją od siebie. Spojrzałem z troską i otarłem mokre policzki. Miałem tylko nadzieję, że nie zadręczał się znowu śmiercią Teo. – Tęskniłam – kontynuowała, próbując powstrzymać szloch. – Nie było cię ostatnio przy mnie. Byłeś, ale … cię nie było.
– Przepraszam, kochanie. – Chwyciłem jej twarz w dłonie i czule pocałowałem. – Wiem, słonko, wiem. Po prostu nie mogłem. Jesteś taka piękna i … pachniesz tak cudownie. Nie umiałbym się powstrzymać, mając cię zbyt blisko. – Spojrzała na mnie z błaganiem w oczach. – Będę zawsze, kochanie. Zawsze. – Byłem pewien, że ona bardzo dobrze wiedziała co czułem. Setki razy zapewniałem ją o miłości i na każdym kroku starałem się udowadniać jej, jak bardzo mi zależało. Wystarczyło jednak na chwilę ją odsunąć i zaczynała w siebie wątpić. Nie wątpiła w moją miłość, wątpiła w siebie. Bała się mnie zawieść, chociaż nigdy niczego od niej nie wymagałem ponad to, by była.
Dopiero docierało do mnie, jak moja żona wiele straciła rok temu. Odebrano jej syna, rodziców, wzrok i zdrowie. Ale teraz dostrzegłem, że zabrano też pewność siebie, której zawsze jej trochę brakowało, optymizm, którego kiedyś miała w nadmiarze, a w zamian podarowano strach o jutro, o moją miłość. Pokazano, jak ulotne jest szczęście i bałem się, że kiedyś przyjdzie dzień, gdy nie będzie miała siły o nie walczyć, gdy nie będzie umiała przeciwstawić się demonom.
Przytuliłem ją tak mocno, jak tylko mogłem, a ona poddała się pieszczocie. I chociaż czułem, jak rozluźniła się w moich ramionach, wiedziałem, że już nigdy nie mogę poluzować tego uścisku. Była zbyt krucha, zbyt miękka, zbyt słaba, by w pojedynkę walczyć z koszmarami. Była moja. Całkowicie teraz zależna od mojej miłości.
Kolejny rozdział: „Proste zaklęcia"
