ROZDZIAŁ 29

Starzy przyjaciele

Severus

– Mamusia poszła już spać? – Leen spytała zawiedzionym głosikiem, gdy wróciłem do ogrodu.

– Musi tylko chwilę odpocząć, ale nie męcz jej i nie złość się na nią, jeśli okaże się, że zasnęła, dobrze? – Uśmiechnąłem się łagodnie do córki. – Na pewno ci to jutro wynagrodzi.

– Dobrze, tato – odparła, pokazując mi cały słoik świetlików. – W sumie to się nie zdziwię, jak mama zaśnie skoro gadała z tobą i rysowała całą noc. To pewnie dlatego wymówiła się piankami, bo jest śpiąca.

– Przejrzałaś ją – westchnąłem. – Tylko nic jej nie mów, będzie zawiedziona, że ją rozgryzłaś – wyszeptałem teatralnie.

– Pewnie, że nie. W końcu czasem może sobie poleniuchować, nie? – zaszczebiotała Leen. – Babcia nie ma racji, tatusiu.

– Z czym, gwiazdeczko? – Spojrzałem na nią zaskoczony.

– Jeśli mama lubi rysować, to powinna to robić kiedy chce – wyjaśniła przemądrzałym tonem.

– Babcia się martwi, że mama mało wypoczywa.

– Ale mama odpoczywa, jak maluje – odparła dziewczynka. – Uśmiecha się wtedy tak ładnie i wciąż nas obserwuje, o tak – Leen rozszerzyła oczy i zaczęła naśladować Solem. – Wcale nie jest później zmęczona. Wstaje jeszcze przede mną, robi mi śniadanko i bawi się cały dzień, i nawet bawi się w berka, a babcia nawet jak śpi całą noc to nie chce biegać. Lubię, jak rysuje, a jak nas obserwuje, to później jej obrazki są jeszcze ładniejsze. Kiedyś, jak rysowała późno w nocy zapomniała schować szkicownik i ja podejrzałam. Tylko jej nie mów.

– Eileen – warknąłem, spoglądając groźnie na córkę.

– Oj, tato – jęknęła – przecież też czasem podglądasz jej rysunki i notatki, widziałam. – Posłałem dziewczynce krzywy uśmieszek i dziękowałem w duchu rodzicom za geny, dzięki którym rumieniec był mi obcy. – Wiesz co było w tym szkicowniku? Był taki grubaśny, o taaaaki – Leen rozłożyła szeroko ręce. – I kartki chyba się w nim nie kończyły, bo ja oglądałam i oglądałam, i nie było końca.

– Jest magiczny – wyjaśniłem. – Co w nim było? – Pomimo palącej ciekawości starałem się zachować obojętny ton.

– Na początku byłeś tylko ty, twoje ręce, twoja buzia i oczy, ładne były te obrazki, bardzo i nawet chciałam jeden wydrzeć, ale pomyślałam, że mama będzie zła. – Pokręciłem głową z niezadowoleniem. – Później byłeś ty i mały dzidziuś, to chyba był mój braciszek, nie ja, bo ty byłeś trochę inny, a dzidziuś miał takie włosy potargane jak mama, nie takie jak ty i ja. – Odetchnąłem głęboko i uśmiechem zachęciłem, by dalej opowiadała. – A resztę zajmowały rysunki nas. Ciebie samego, mnie, nas razem. Kilka było takich, gdzie sobie razem śpimy i dużo takich nad kociołkiem, a jeden był ruchomy, jak wędrujemy sobie, a ja siedzę u ciebie na barana. Ten szkicownik był dużo fajniejszy niż nasze zdjęcia, wiesz?

– Wiem, ale nie powinnaś zaglądać do niego bez zgody mamusi – skarciłem ją.

– Wiem, następnym razem zapytam. Myślisz, że mi opowie o tych rysunkach? Na jednym z pierwszych byłeś ty, na golasa. – Zakrztusiłem się pitym właśnie sokiem. – Wszystko dobrze, tatusiu? – Leen z niepokojem obserwowała mój kaszel, a matka przysłuchująca się rozmowie z daleka podeszła, żeby z całej siły walnąć mnie w plecy. Posłałem jej złowrogie spojrzenie, widząc szeroki uśmiech i uspokoiłem córkę, zapewniając, że nic mi nie było. – Na tym rysunku siedziałeś sobie tyłem na takim dużym łóżku i było widać kawałek twojej pupy, bo się przykryłeś tylko na siusiaku – chichotała dziewczynka, a jej babcia parsknęła głośnym śmiechem. – I nie miałeś tam jeszcze tej brzydkiej blizny. Dawno to było?

– To było jeszcze w sz... – w ostatniej chwili ugryzłem się w język, przypominając sobie, kiedy dokładnie Solem odkryła urodę moich pleców i jak w pokoju życzeń, zwykle po naszych wspólnych, pełnych uniesień chwilach, prosiła, żebym posiedział przez chwilę, by mogła mnie narysować. – Zanim się jeszcze urodziłaś.

– Tuż po ślubie, syneczku? – wtrąciła się matka, czym zasłużyła sobie na najbardziej zawistne spojrzenie na jakie było mnie stać.

Solem

– Co po ślubie? – spytałam zaciekawiona dziwną wymianą spojrzeń.

– Rysowałaś tatusia na golasa – zachichotała mała Eileen.

Spojrzałam z krzywym uśmiechem na każdego po kolei, niepewna dlaczego rozmawiali o moich rysunkach.

– Powinnam się niepokoić? – spytałam na ucho siedzącego najbliżej teścia.

– Przytaknij – mruknął cicho.

– Taaak – odparłam, idąc za radą teścia. – A ty skąd wiesz? – Popatrzyłam na córkę, marszcząc brwi, gdy spłynęło na mnie zrozumienie.

– Aaa eee – zmieszała się dziewczynka i spojrzała błagalnie w kierunku ojca.

– Teraz musisz się przyznać. – Severus wzruszył ramionami na znak, że nie znajdzie u niego pomocy.

– A tatuś da ci za chwilę dobry przykład, jak należy postępować uczciwie – wtrąciła się mama ze zjadliwym uśmieszkiem. Stałam, wpatrując się to w jedno, to w drugie, a swą postawą jasno dałam do zrozumienia, że nie przestanę dopóki nie dowiem się o co chodziło.

– Zaglądnąłem sobie do twojego notatnika z zaklęciami – powiedział tak cichutko, że ledwie go było słychać. – Ale jestem twoim mężem i nie powinnaś mieć tajemnic.

– I zapomniałeś, że można poprosić? – Spojrzałam z karcącym wyrazem twarzy.

– Przepraszam, kochanie. – Pochylił głowę ze skruchą. – Więcej już nigdy … Następnym razem poproszę – poprawił się, nie chcąc składać obietnic bez pokrycia.

– Podejrzałam – mruknęła Leen – szkicownik w twoim gabinecie, wyjęłam go z biurka i …

– Powiedziałaś, że mama zapomniała schować – oburzył się Severus.

– No tak jakby. – Dziewczynka posłała mi niewinne spojrzenie. – Mamusia nie nałożyła zaklęć i …

– Zaklęcia nakładają się automatycznie, jak ja zamykam szufladę – warknęłam. – Ktoś inny musiał je zdjąć. – Założyłam ręce na piersi i spojrzałam na męża. Uśmiechnął się i niewinnie wzruszył ramionami.

– Nie moja wina, że akurat tego dnia Eileen też chciała sobie popatrzeć – usprawiedliwił się.

– Nie mam do was nerw – westchnęłam zrezygnowana. Miałam ochotę porządnie nakrzyczeć i na męża, i na córkę, ale z trudem opanowałam gniew i spojrzałam jedynie na oboje z zawiedzionym wyrazem twarzy.

– Przepraszam mamuniu – wyszeptała Leen. – Już nie będę, ale to są najpiękniejsze rysunki na świecie.

– Następnym razem spytaj, młoda damo – odparłam. – Zastanowię się nad karą dla ciebie i powiem ci jutro, dziś już nie mam siły się denerwować. Dla tatusia karę wyznaczy jego mama. – Starsza Eileen roześmiała się przebiegle na cały głos, a Severus zrobił obrażoną minę i z zawziętością zaczął dziobać widelcem zimną już kiełbaskę.

.: :.

Severus

– Dobry wieczór, Severusie. – Amelia nieśmiało zajrzała do mojego szkolnego gabinetu.

– Puka się – odburknąłem, spoglądając na nią spod zmrużonych powiek.

– Pukałam – odparła zdziwiona.

– I się czeka, aż ktoś ci otworzy albo zaprosi do środka. – Uśmiechnąłem się do niej zjadliwie. – Czego chcesz? Solem tu nie ma.

– Ja nie do niej, ja do ciebie – wyszeptała panna Bones niewinnym głosem.

– Szybko, mam dużo pracy – wymamrotałem pod nosem, czytając eseje.

– Pamiętasz, jak byliśmy razem w szkole? – spytała, niezrażona moim zachowaniem.

– Nie, nigdy nie byliśmy razem. Wolałbym chyba … nie, nie ma takiej opcji, byśmy mogli być razem. Wolałbym wszystko inne. Nie zniósłbym z tobą nawet ułamka sekundy. – Wciąż wodziłem wzrokiem po czytanej pracy, wylewając z siebie zjadliwym tonem na co byłbym gotów się zdecydować, byle uniknąć jakichkolwiek intymnych kontaktów z przyjaciółką żony.

– Och, no wiesz o co mi chodziło – jęknęła Amelia.

– Nie, nie wiem – odparłem z rozbrajającym uśmiechem.

– Severusie, czy pamiętasz, jak chodziliśmy do tej samej szkoły, w tym samym czasie? – spytała, ważąc każde słowo.

– Nie, nie pamiętam cię. Czego chcesz?

– Pomogłam ci kilka razy z Solem, pamiętasz? – próbowała wciąż niezrażona moim obojętnym zachowaniem.

– Nie wydaje mi się – odparłem, poprawiając coś na zapisanym pergaminie.

– Masz bardzo krótką pamięć, Severusie – burknęła obrażonym tonem. – Szybko zapomniałeś, jak na twoją prośbę wyciągnęłam ją z dormitorium podstępem i zatarasowałam drzwi do wieży, żebyś mógł ją przeprosić, gdy się pokłóciliście o uwarzenie eliksiru miłosnego dla tego małego, rudego Puchona.

– Nie pamiętam. – Spojrzałem na nią, udając zamyślenie.

– No tego, co podał go tej ładnej dziewczynie z Gryffindoru – tłumaczyła.

– To już wiem na pewno, że gadasz bzdury – westchnąłem. – W Gryffindorze nie było nikogo ładnego, to po pierwsze, a po drugie, nigdy nie kłóciłem się żoną.

– Oj. – Amelia zacisnęła ze złością wargi. – A jak pomogłam ci z tą bielizną dla niej na walentynki?

– Spotkałem cię w sklepie i miałem już wszystko wybrane; w niczym mi nie pomogłaś – syknąłem.

– Yhy, gdyby nie ja, kupiłbyś jej o dwa rozmiary za duży stanik – krzyknęła.

– Chciałem kupić na zapas – odpowiedziałem. – Teraz by pasował. – Posłałem koleżance zjadliwy uśmieszek.

– A jak spóźniał jej się okres pod koniec szkoły i wypłakiwała sobie oczy, że jest w ciąży, i będziesz ją winił, i bała się, że ją zostawisz? – próbowała Amelia.

– Nie zostawiłbym jej, a pocieszałaś ją z własnej woli. Nie prosiłem cię. Sam bym ją wówczas pocieszył, bardziej skutecznie niż ty – odrzekłem.

– Ode mnie miała wszystkie poradniki na temat seksu – wykrzyknęła z triumfem panna Bones.

– Co cię do mnie sprowadza, Amelio? – Wykrzywiłem się w przesadnie miłym uśmiechu.

– Potrzebuję twojej pomocy. – Kobieta zrezygnowana usiadła na moim biurku.

– Mam ci się teraz odwdzięczyć poradami doświadczonego kochanka? – Wzdrygnąłem się na samą myśl o zwierzaniu przyjaciółce żony.

– Nie, na Merlina, Severus, bądź poważny przez chwilę. – Amelia wywróciła oczami. – Potrzebuję eliksir.

– Idź do sklepu albo do apteki – zaproponowałem.

– Potrzebuję szczególny eliksir – dodała.

– Ten na potencję znajdziesz w naszym sklepie na Pokątnej – odparłem. – Powiedz, że ja cię przysłałem, to pani Vance da ci rabat.

– Przestań się wygłupiać, potrzebuję eliksiru wywołującego jakąś chorobę – przerwała pospiesznie moje docinki.

– Jeśli dla kundla, to z prawdziwą przyjemnością uwarzę coś wenerycznego – odparłem ze zjadliwym uśmieszkiem. – Czym ci się naraził? Nasikał na dywan? Pogryzł ulubione kapcie?

– Oj, to nie dla Syriusza – mruknęła. – To dla mnie. Potrzebuję być poważnie chora przez jeden wieczór.

– Po co? – Odchyliłem się na krześle i spojrzałem uważnie na kobietę.

– Severus, potrzebuję dostać się do szafki z eliks... – Solem urwała, widząc rozłożoną na moim biurku swoją przyjaciółkę. – Chyba przeszkadzam. Mogliście zamknąć – burknęła, mierząc Amelię wzrokiem.

– Słonko – Wstałem i podszedł do niej z uśmiechem. – Nigdy nie przeszkadzasz.

– No to wpadłam – mruknęła pod nosem Bones. – Cześć, Sol.

– Cześć, Amelia. Co u ciebie? – spytała, przyglądając się uważnie zmieszanej przyjaciółce.

– A tak sobie odwiedzam starych znajomych – odparła z uśmiechem.

– Nie jestem żadnym twoim starym znajomym – zaperzyłem się. – Przyszła po eliksir.

– Ej, miałeś jej nic nie mówić – oburzyła się Bones.

– Dlaczego miałbym nie mówić o tym żonie? – zdziwiłem się.

– Bo cię poprosiłam – jęknęła Amelia. – To była poufna rozmowa.

– O nic mnie nie prosiłaś.

– Bo nie zdążyłam, ale to chyba oczywiste, że skoro przyszłam do twojej pracowni, to nie chciałam, żeby Sol wiedziała. – Amelia zeskoczyła z biurka i spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Nie mam tajemnic przed żoną. – Spojrzałem z miłym uśmiechem na Solem.

– Możecie uznać, że mnie tu nie ma – szepnęła pani Snape. – Chciałam tylko eliksir na skurcze, ale skoro trzeba ustawić się do ciebie w kolejce to poczekam w mieszkaniu. Amelia, udawaj, że mnie tu nie było. – Solem odwróciła się i chciała wyjść, ale zatrzymałem ją, chwytając za rękę.

– Masz okres? – spytałem cicho, obejmując dłońmi jej twarz. Sol jedynie lekko przytaknęła. Westchnąłem w duchu i ucałowałem ją w czoło.

Trzy lata temu, z myślą o żonie, udało mi się stworzyć eliksir, który częściowo oczyszczał macicę z niechcianych zrostów, a także wzmacniał jej ścianki. Efekt nie był doskonały, ale po dokładnych badaniach mogliśmy bezpiecznie zacząć starać się o kolejne dziecko. Niestety chora macica nie była jedynym problemem, a Solem z każdym miesiącem coraz gorzej przeżywała porażki. Ubzdurała sobie, że stworzyłem tę miksturę tylko dlatego, że pragnąłem kolejnego dziecka i z każdą miesiączką czuła coraz większe wyrzuty sumienia, że nie mogła po raz kolejny zajść w ciążę.

– Eliksir jest w szafce. – Przytuliłem żonę i leciutko musnąłem ustami czubek jej głowy.

– Nie mogę jej otworzyć – odparła z lekką pretensją.

– Przepraszam – jęknąłem. – Założyłem dodatkowe zabezpieczenie, żeby Eileen się do niej nie dostała. Ostatnio była bardzo zainteresowana jej zawartością.

– Nic nie szkodzi – odparła z nikłym uśmiechem. – Później mi pokażesz. – Westchnąłem i przyciągnąłem ją mocno do siebie.

– Mogę ci teraz otworzyć. Skończyłem już. – Pogładziłem ją leciutko po plecach.

– Czego chce od ciebie Amelia? – spytała, odrywając się ode mnie gwałtownie.

– Prosiła, bym ją otruł i zamierzałem przystać na jej prośbę – odparłem, na co Sol wywróciła oczami.

– Potrzebuję eliksir – odpowiedziała Bones.

– Coś na pchły? Wściekliznę? – Solem spojrzała na nią z krzywym uśmieszkiem.

– Zrobiłaś się gorsza od niego. – Amelia wskazała na mnie palcem. – Potrzebuję coś, co wywołuje choroby.

– W końcu poszłaś po rozum do głowy i chcesz rozstać się z Blackiem w bolesny dla niego sposób? – spytała.

– Potrzebuję być chora przez jeden wieczór – jęknęła zrezygnowana. – Chociaż w sumie, jeśli Black będzie chory … Severus, to masz coś takiego?

– Po co ci? – spytałem ze znużeniem.

– Po co, po co. Podam to Blackowi. – Uśmiechnęła się miło.

– Po co? – ponowiłem pytanie.

– Bo tak – odparła.

– Sol, kochanie pójdziemy na kolację do Hogsmeade? – zwróciłem się do żony, ignorując drugą kobietę. – Eileen może zostać z Ropuszką te kilka godzin.

– Oj, muszę się jakoś wymigać od pójścia na przyjęcie do znajomych Syriusza w sobotę – krzyknęła zrezygnowana Amelia, po czym obydwoje spojrzeliśmy na nią wyczekująco. – Lupin z Evans wrócili i Syriusz oczekuje, że z nim pójdę.

– No ja mam nadzieję, że pójdziesz – odparła Solem,wzruszając ramionami. – Chcę znać każdy szczegół, a im bardziej im się nie układa tym lepiej dla ciebie.

– Wiedzieliście, że wrócili do Anglii? – zdziwiła się Amelia.

– Pomijając fakt, że ostatnio Evans wpadła do zamku i tak nerwowo przeszukiwała komnaty, w których mieszkali z Jamesem, że bałam się czy przypadkiem nie próbuje dokopać się do nas, to państwo Lupin, zamieszkali w domu Pottera, w Dolinie Godryka. – Solem posłała przyjaciółce niezadowoloną minę.

– Ta, z tego co wiem dopiero teraz umocnił się wyrok w sprawie spadku po Jamesie – wyznała Amelia. – Podobno był jeszcze jakiś spadkobierca oprócz niej i Syriusza. Nie wiem dokładnie, ale takie słuchy chodziły po ministerstwie. Syriusz nie jest z tego zadowolony i pokłócił się z Lupinem, ale w końcu jakoś doszli do porozumienia.

– A jak się ma mały Harry? – Solem zmieniła temat.

– Ha, tego nie wie nikt. – Amelia ponownie rozsiadła się na moim biurku i pospiesznie zeskoczyła, widząc moje piorunujące spojrzenie. – Syriusz był u Lupinów kilka razy, odwiedzał ich w Holandii, ale Harry'ego widział tylko raz. Jest jego ojcem chrzestnym i przyjacielem Jamesa, więc logiczne, że chciał się z nim zobaczyć, ale Evans zawsze znajdowała jakąś wymówkę i raz wpadł do nich niezapowiedziany, a chłopiec, jak go zobaczył pobiegł do piwnicy i nie chciał wyjść. Podobno Evans coś mruknęła na usprawiedliwienie, że jest nieśmiały i mało towarzyski – opowiadała z przejęciem Amelia. – Syriusz się boi, czy przypadkiem Lupin nie zrobił mu krzywdy podczas … no wiecie … gdy księżyc …

– Domyśleliśmy się o co ci chodzi, Bones – mruknąłem. – Nie wiem tylko co nas to obchodzi.

– Obchodzi, opowiadaj – warknęła Solem.

– Syriusz był zły na Lupinów, że tak bezceremonialnie zmieniają cały dom po Jamesie i początkowo nie chciał tam iść i dać sobie spokój z nimi, ale w końcu uznał, że trzeba sprawdzić co z tym chłopcem, bo jeśli Lupin go … no wiecie, dopadł to chyba trzeba jakoś pomóc, nie?

– I jak niby chcesz mu pomóc? – spytałem zjadliwie.

– Nie wiem, ale to mi się nie podoba – westchnęła Amelia. – Syriusz mówił, że jak go wtedy zdążył zobaczyć, to był taki malutki, o taki – Bones uniosła nieco rękę, wskazując na niski wzrost chłopca. – A miał wtedy pięć lat. I okulary miał połamane, a ubranie chyba po Remusie. Nie podoba mi się to i już.

– Evans nie była zbyt przykładną matką, jak jeszcze tutaj mieszkali, ale nie sądziłam, że może krzywdzić tego dzieciaka – zaniepokoiła się Solem. – I Remus? Idź tam z Syriuszem, może się czegoś dowiesz, w końcu pracujesz w Departamencie Przestrzegania Prawa, czyż nie? – Solem uniosła brwi.

– Ale nie oczekuj, że będę się dobrze bawiła – odparła naburmuszona Amelia. – To idziemy na tę kolację do Hogsmeade? – spytała, patrząc wyczekująco na mnie.

– Och, to ja już wam nie przeszkadzam. – Solem posłała mi miły uśmiech i ruszyła w stronę drzwi. – Ja mam kolację w domu.

– Sama sobie idź do Hogsmeade – odparłem i poszedł za żoną.

– O nie, teraz się mnie nie pozbędziecie – zapowiedziała Amelia i pobiegła za oddalającą się przyjaciółką.

.: :.

– Dzień dobry, panie profesorze – Solem z lekkim uśmiechem skinęła do swojego byłego profesora od starożytnych zaklęć, wchodząc do jego kolorowego gabinetu. Skrzywiłem się mocno na ten widok i zmrużyłem oczy w obawie przed jakąś chorobą. Wiedziałem, że mężczyzna był nieco zwariowany i Solem uprzedziła mnie o kontrowersyjnym wyglądzie jego gabinetu, ale to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Każda ściana w innym kolorze, na szczęście w miarę stonowanym, na półkach zdobiących jedną z nich poustawiane były jakieś dziwne, ruszające się rzeźby, biurko oplatały miedziane druciki, a krzesło ustawione przy nim było zrobione z pozszywanych ze sobą różnokolorowych kawałków materiałów. Sam mężczyzna, pomimo gustownych, szarych szat, zdawał się tam idealnie pasować. Jego roztrzepane, siwe włosy układały się w każdym możliwym kierunku. Oczy w dwóch różnych kolorach, sprawiały, że z trudem można było wytrzymać jego przeszywające spojrzenie. Ulegało się złudzeniu, że jednocześnie patrzy się w tęczówki dwóch różnych osób, w dodatku nie było w nich nic przyjaznego. Nienaturalnie mały nos zdobiły wyróżniające się na bladej cerze pomarańczowe piegi, a usta wykrzywiały w szerokim, ironicznym uśmieszku. Nawet jego różdżka była z jakiegoś dziwnego, zielonego gatunku drzewa.

– Stanley – mruknął mężczyzna – i Snape? Dobrze pamiętam? – Ukłoniłem się. – Byłem skłonny cię uczyć, ale wybrałeś zaklęcia tylko i wyłącznie ze względu na miłość do Stanley i czarnej magii. Pomyliłem się? Do dziś jesteś oddany eliksirom, prawda? – Wywróciłem w duchu oczami. Nigdy nie przepadałem za tym dość ekscentrycznym mężczyzną i miałem nadzieję, że Solem nie będzie mnie ciągnąć na spotkanie z nim, ale ta uprała się, że skoro razem nie możemy otworzyć tej przeklętej starej skrytki, to razem musimy dowiedzieć się dlaczego. Wizyta w banku z Eileen nie przyniosła oczekiwanych efektów, ale nie byliśmy pewni, czy czary blokujące puszczą wtedy, gdy dziewczynka pozostanie w sporej odległości. Nie pozwoliliśmy jej podejść zbyt blisko w obawie przed klątwami i wciąż szukaliśmy sposobów na jej otwarcie.

– Chodziłeś na kurs z zaklęć, bo ja się na niego zapisałam? – Wzruszyłem ramionami, kiedy Solem spojrzała na mnie zaskoczona

– Interesowało mnie też udoskonalenie sztuki tworzenia czarów i klątw – odparłem z krzywym uśmieszkiem.

– Nie, nie, jakbym musiał wybierać między waszą dwójką, nawet gdybyś kochał zaklęcia tak, jak ta dziewczyna, to wybrałbym ją bez mrugnięcia okiem – Davis odpowiedział, zanim zdążyłem zadać pytanie. – Nie lubisz mnie – stwierdził po chwili, przyglądając mi się uważnie. – Nie ufasz mi.

– Najchętniej skręciłbym panu kark – odparłem, unosząc wyzywająco brew.

– Severus – wykrzyknęła z oburzeniem Sol.

– Co? Ten … człowiek rzucił w ciebie Crucio. – Spojrzałem na nią, marszcząc brwi. – Chyba się nie spodziewasz, że go lubię. – Davis przyglądał się nam z ironicznym uśmieszkiem.

– Nie przyznałaby się inaczej – mruknął, rozsiadając się na wąskim, pomarańczowym fotelu i zachęcił nas gestem, byśmy usiedli na sąsiadującej z nim kanapie. – Chociaż nie spodziewałem się, że będzie w stanie trafić mnie rykoszetem.

– Jest najlepsza, czego się pan spodziewał, że odbije zaklęcie na ścianę?

– Nie zastanawiałem się wówczas nad tym – odparł szczerze mężczyzna. – Byłem zdeterminowany, by ją dokładnie sprawdzić. Sam to robisz, więc przestań się czepiać. Stanley, kiedy umówimy się na jakiś sparing? Jak za starych dobrych czasów? Odkąd ukończyłaś moje zajęcia nie mam się z kim pojedynkować.

– Pojedynkowałaś się z nim? – Spojrzałem na żonę jak na okaz totalnego skretynienia. W głowie mi się nie mieściło, jak mogła być tak lekkomyślna, żeby się pojedynkować z psycholem, który ciskał Crucio na dzień dobry.

– No, w ramach zajęć – odpowiedziała cicho, przygryzając wargę. – Profesorze my …

– Skrzywdził cię? – Przerwałem żonie i spojrzałem jej prosto w oczy.

– Nie, Sev. Merlinie, tak sobie machaliśmy różdżkami, żeby potrenować, też trenowałeś pojedynki i nic nie mówiłam – odpowiedziała ze złością.

– Ta, machaliśmy różdżkami – zaśmiał się Davis. – Zasadniczo to twoja żona niczym nie machała. Ja w nią ciskałem klątwy, a ona … lepiej niech sama ci opowie albo rzuć w nią czymś, co boli. Te klątwy zawsze dobrze odbijała. Chyba, że sam boisz się bólu.

– Już niech pan przestanie wygadywać głupoty, profesorze – zaperzyła się Solem. – Tak, czasem potrafię rzucić zaklęcie bez różdżki. Wielkie mi rzeczy. Nie po to tu przyszliśmy.

– Nie, ale ja z chęcią posłucham, co twój profesor ma do powiedzenia – Uśmiechnąłem się z przesadną uprzejmością do byłego nauczyciela żony.

– Widzę, że łączy nas więcej niż myślałem. – Davis odwzajemnił uśmiech. – Stanley, przestań wreszcie odgrywać skromnisię. Mam dość słuchania tego, że każdy to potrafi. Ja nie potrafię, a gwarantuję ci, że jestem najlepszym Mistrzem Zaklęć w tym kraju albo nawet na świecie. Chociaż, może ty jesteś lepsza, choć nigdy się do tego nie przyznasz. Opiniowałem twój dowód i uzupełnienie do Wielkiej Księgi Tworzenia Zaklęć, Klątw i Uroków. Wciąż jestem pod wrażeniem. Miałem wysłać czekoladki z gratulacjami, ale wyleciało mi z głowy. No dobra, zjadłem zanim zdążyłem wysłać. Jesteś nieprzeciętna.

– Też jej to mówię – mruknąłem.

– Słuchaj się mądrzejszych, Stanley. – Solem była wyraźnie poddenerwowana sojuszem, jaki powoli zawierałem z Davisem. Wywróciła oczami i zignorowała nasze uwagi, chcąc zapewne zacząć rozmowę na temat, który nas interesował. – Pewnie wmawia ci, sobie zresztą też, że bez różdżki potrafi rzucać jedynie czary obronne i nie wie, jak nad nimi panować, co?

– Może i potrafię rzucać każdy czar, niech wam będzie – wybuchnęła Solem. – Tylko dlaczego, do cholery, nie potrafiłam pomóc rodzicom i synowi skoro jestem taka najlepsza. Pozwoliłam się rozbroić niczym dziecko, zabić ojca i … – krzyknęła. Momentalnie chwyciłem ją w ramiona. – Przepraszam, profesorze. – Schowała twarz w dłoniach i cichutko załkała.

– Nie przepraszaj. Prowokowanie cię to jedyny sposób, żeby pokazać ci twoje umiejętności i wyzwolić twą moc. Gdybym na zajęciach cię nie atakował, nic nie byłbym w stanie z tobą osiągnąć – odparł z triumfem. – Mogłabyś się obronić, gdybyś była tam sama i broniła siebie. Ty postanowiłaś bronić dziecko. Rozumiem, że pamięć wraca? Użyłaś starożytnych zaklęć krwi? – Solem lekko przytaknęła. – W takim razie jestem pewien, że nic więcej zrobić nie mogłaś, by obronić swojego syna. O nic więcej nie pytam. Sama musisz dojść do tego co się stało.

– Wiem co się stało – warknęła ze złością. – Tylko wciąż nie wiem kto to.

– Dowiesz się w swoim czasie – odparł z krzywym uśmiechem. – I nie wydzieraj mi się tutaj, panuj nad sobą, chyba że masz ochotę na mały pojedyneczek, teraz. Pokażemy twojemu mężusiowi co potrafisz? – Solem wywróciła oczami.

– Znowu chce się pan zwijać z bólu po Crucio? – syknęła ze złością.

– No, taką cię lubię – zaśmiał się mężczyzna. – Ty – pokazał na mnie palcem – wciąż uczysz w tej śmiesznej szkole?

– Wciąż – westchnąłem.

– Jak ten idiota, Dumbledore, cię do tego namówił? – Spojrzał na mnie zdziwiony. – Dobrze, że Solem jest na tyle mądra, by nie ulegać jego wdziękom. Kretyn, był tu kiedyś, żebym przekonał cię do wyjazdu. Wymyślił sobie, że musi dbać o odpowiednią edukację swojej najlepszej uczennicy i załatwił dla ciebie miejsce we Francuskiej Szkole Sztuk Plastycznych. Najwyższy Dziekan Uniwersytecki radził się mnie w tej sprawie, bo sam nie chciał pozbywać się sumiennej studentki, ale powiedziałem mu, że będzie durniem, jeśli pozwoli na twój wyjazd. Banda idiotów – mruknął pod nosem. Uśmiechnąłem się do siebie, słysząc te słowa. – Masz kolejnego dzieciaka. – Davis spojrzał na swoją uczennicę.

– Córkę – odpowiedziała grzecznie.

– Mądra? – spytał. – Głupie pytanie. Ojciec w miarę rozgarnięty, matka też niczego sobie, to dziecko musi być mądre. Potrafi czarować bez różdżki? – Spojrzał z nadzieją.

– Jak każde dziecko w jej wieku wciąż coś czaruje – odparła spokojnie Solem.

– Tak, tak, nie o to pytam. – Mężczyzna pokręcił głową, wywracając oczami. – Pytam, czy czaruje bez różdżki z rozmysłem. Nie pod wpływem uwolnionej magii. – Wymieniłem z żoną pełne rezygnacji spojrzenia. – Czyli magii ma więcej z ciebie. Chcę ją uczyć – zakomunikował. – Jestem pewien, że jak już będzie miała jedenaście lat, machniecie ręką na ten śmieszny Hogwart, bo wasza córka będzie zbyt mądra, by się tam uczyć. Chciałbym widzieć minę tego kretyna Dumbledore'a, gdy mu odmówicie posłania tam córki.

– Myślę, że póki co, zostaniemy przy językach, matematyce, literaturze i wiedzy ogólnej o świecie – zaśmiała się Solem. – Jeśli za dwanaście lat zechce studiować zaklęcia, będzie mógł ją pan uczyć.

– Twój mąż jest innego zdania, prawda? – Solem spojrzała na mnie z oburzeniem. Na myśl, że moja córka mogłaby się uczyć od najlepszych zaświeciły mi się oczy i nawet tego specjalnie nie kryłem. Była bardzo mądrą dziewczynką i szkoda, żeby marnowała swój talent na idiotycznych lekcjach wróżbiarstwa w Hogwarcie.

– Moglibyśmy spytać jej o zdanie …

– Nie ma mowy, Severus – warknęła. – Będzie się uczyła tego, czego uczą się wszystkie dzieci w jej wieku.

– Pokaż mi dziecko, które uczy się języka lepontyjskiego? – sarknąłem.

– Ja się uczyłam – mruknęła.

– I jesteś jedyną na świecie, która zna ten język – zaśmiał się Davis. – Ale to wbrew pozorom, bardzo przydatna umiejętność – spoważniał. – Większość starodruków nigdy nie została zbadana, właśnie dlatego, że badacze nie znają lepontyjskiego.

– Widzisz, a ty się ze mnie śmiałeś. – Spojrzała z wyższością.

– Przyznaj jednak, że uczysz nasze dziecko nieco bardziej zaawansowanej wiedzy niż każdy inny rodzic. – Założyłem ręce na piersi, oczekując szczerej odpowiedzi.

– Niech ci będzie, trochę wykraczam poza program, ale skoro znam ten język nie widzę przeszkód, by i ona się go nauczyła – usprawiedliwiła się. – Nauka przychodzi jej z łatwością i nie zabiera więcej czasu niż zalecane w tym wieku trzy godziny dziennie.

– Czyli dodatkowa godzina tygodniowo jej nie zaszkodzi – wtrącił rozpromieniony Davis. – Daj mi tę godzinę ze swoją córką. Jeśli choć w połowie dorównuje tobie, mogę nauczyć ją o wiele więcej niż ciebie. Może nie więcej, ale szybciej. Jeśli umiejętność posługiwania się magią bezróżdżkową jej nie opuści, nauczę ją w jaki sposób powinna nad tym panować. Sama mówiłaś, że ty masz z tym problem, ona nie musi. – Solem spojrzała na niego z zamyśleniem. – Obiecuję, że to będą łagodne lekcje. – Lekko ścisnąłem jej dłoń, dając znać, że nie miałem nic przeciwko.

– Chcesz powierzyć swoją córkę na godzinę tygodniowo mężczyźnie, który rzucił we mnie Crucio? – Spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Jeśli się zgodzisz, mogę ewentualnie przystać na godzinę tygodniowo pod warunkiem, że będę obecny przy tych lekcjach – odparłem.

– Ty egoisto – krzyknęła, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. – Sam jesteś ciekawy.

– Zgadzam się – wtrącił pospiesznie Davis. – Możesz nawet przez cały czas mierzyć do mnie z różdżki.

– W takim razie, też chcę tam być – zakomunikowała Solem. – Ale musi mi pan przysiąc, że będzie grzeczny dla niej i bez przekleństw, i prowokacji.

– Przysięgam – odpowiedział pospiesznie Davis z psotnym uśmieszkiem. – A ty obiecaj mi mały sparing po każdej lekcji.

– Severus to lubi, ja nie – bąknęła, na co wymieniliśmy się porozumiewawczymi spojrzeniami.

– Zgadzam się – dopowiedzieliśmy jednocześnie.

– Możemy w końcu porozmawiać o tym, po co tu przyszliśmy? – spytała Solem. – Później się pobawicie różdżkami. – Davis westchnął zrezygnowany.

– Co was do mnie sprowadza, drogie dzieci? – Uśmiechnął się zjadliwie.

– Skrytka, panie profesorze – odparła.

– Włamanko? – Spojrzał na nią z rozbawieniem.

– Coś w tym stylu – zaśmiała się. – Nie możemy dostać się do jednej z odziedziczonych po rodzicach skrytek. Mamy klucz, byliśmy tam osobno i razem, zabraliśmy nawet Eileen, chociaż w chwili śmierci rodziców nie było jej na świecie.

– To raczej nie jest bezpośrednim spadkobiercą, jej obecność nie jest konieczna, chyba że któreś z was wyciągnie nogi – wtrącił Davis.

– To w czym problem, profesorze. Zna pan jakieś zaklęcia, które mogą zabezpieczać skrytki? – spytała.

– Całe mnóstwo, ale podejrzewam, że większość sama znasz – odpowiedział. – Jak stara to skrytka?

– Połowa dwunastego wieku – mruknęła.

– O cholerka, nieźle, Stanley – odparł z zainteresowaniem. – Do kogo należała?

– Odziedziczyłam ją po rodzicach, nawet nie wiedziałam, że ją mają – odpowiedziała. – Nie mamy pojęcia, jak do niej wejść.

– Gobliny wam nie pomogą. – Mężczyzna zamyślił się przez chwilę. – Jeśli nikt nie odwiedzi skrytki przez kolejne sto lat, będą mogły przejąc zawartość. Jesteś pewna, że nie ma więcej spadkobierców? Jakiś zgubiony brat, nieślubne dziecko …

– Profesorze – Solem spojrzała na niego z wyrzutem. – Nie jestem pewna, czy moi rodzice o niej wiedzieli.

– Musieli, mogli sami do niej nie móc się dostać, ale na pewno wiedzieli – odparł.

– Jeśli tata o niej wiedział, to jestem pewna, że znał sposób jak się tam dostać – westchnęła.

– Nie jestem ekspertem w dziedzinie zaklęć zabezpieczających, ale mogę dyskretnie popytać. – Spojrzał na nią z lekkim uśmiechem. – Jutro przyślę ci książkę na ten temat …

– Przeczytałam już chyba wszy...

– Tej nie czytałaś – przerwał jej. – Ja zresztą też. Jest w lepontyjskim – zaśmiał się. – Żartowałem. Jest po łacinie, ale nieszczególnie mnie interesowała. Powiedz mi co się dzieje, gdy wkładasz do niej klucz? – spytał zamyślony.

– Słychać trzask, jakby zamek się otwierał, ale nic się nie dzieje – odpowiedziała.

– A jak on wkłada klucz? – Spojrzał wymownie na mnie.

– To samo – mruknąłem.

– Próbowaliście włożyć najpierw jedno, a później drugie? – Mężczyzna kontynuował przesłuchanie.

– Tak, w każdej możliwej kombinacji, nawet z goblinem. Eileen jedynie nie próbowała, ale …

– Możliwe, że testament był tak sformułowany, że każde z twoich dzieci, bez względu na czas narodzin, będzie spadkobiercą – wyjaśniał.

– Nie znaleźliśmy testamentu, możliwe, że przepadł – wyznała Solem.

– Możliwe, ale to, że dokument został zniszczony nic nie znaczy. – Davis zamyślił się. – Dlaczego dopiero teraz się tym zajmujesz? Minęło ile? Osiem lat, dziewięć?

– Jakoś nie mieliśmy wcześniej głowy i czasu – odpowiedziała ze smutną miną. – Urodziła się Leen, mamy sporo pracy w wydawnictwie, szkole i sklepie. Do tego … – Solem zawahała się.

– Wciąż nie widzisz? – spytał mężczyzna, bacznie się jej przyglądając, a kobieta lekko przytaknęła. – To dobrze.

– Słucham? – spojrzała na niego zaskoczona.

– To dobrze, bo przygotowałem dla ciebie kilka fajnych czarów, a szkoda żeby się zmarnowały. Miałem ci je wysłać z czekoladkami, ale zapomniałem. – Uśmiechnął się zjadliwie. – No i, jak nie widzisz to nie marnujesz czasu na pierdoły tylko poważnie pracujesz. Mylę się? Niech zgadnę; to wówczas powstaje najwięcej z twoich zaklęć. – Solem przytaknęła z rezygnacją.

– Jednak mój dowód i nową teorię tworzenia zaklęć w większości stworzyłam jeszcze w szkole – odburknęła. – A wtedy mój wzrok działał bez zarzutu.

– Pieprzysz. – Davis spojrzał na nią, szeroko otwierając oczy, po czym przeniósł wzrok na mnie.

– Jest jak mówi, sam widziałem.

– To po jakiego grzyba, żeś czekała tyle lat z publikacją? Skretyniałaś do reszty czy Filiusowi na łeb się rzuciło, że nie kazał ci tego wydawać? – wykrzyknął oburzony. – Niech zgadnę, to ten stetryczały kretyn Dumbledore nalegał byś zwlekała.

– Nie – westchnęła Solem. – Zanim ukończyłam pracę, ktoś zniszczył wszystkie moje mapy. Miałam jedynie kopie. Jak zaczynałam nie znałam jeszcze magicznych sposobów powielania ich w trójwymiarze.

– Ktoś zniszczył? Co za idiota? – burzył się profesor. – Powiedz kto, to chętnie przetestuję jedno ze starożytnych zaklęć torturujących, ups … tego nie słyszeliście. – Profesor teatralnie złapał się za usta.

– Będzie ciężko – mruknąłem. – Nie żyje – dodałem, beztrosko rozkładając ręce.

– Zabiłeś go? – spytał z entuzjazmem.

– Niestety, nie pozwoliła mi. – Wzruszyłem ramionami.

– Cierpiał?

Solem spojrzała na nas z oburzeniem.

– Zabił go Voldemort i proszę przestać, profesorze – powiedziała twardo. – Severus, doprawdy wstyd mi za ciebie.

– Co? Mam udawać, że go lubiłem, bo nie żyje? – spytałem ze niesmakiem.

– Poza tym to Black je ukradł, pamiętasz? – mruknęła obrażona.

– Ta, mówił pan coś na temat starożytnych zaklęć torturujących. – Uśmiechnąłem się niewinnie.

– Znalazłem jedno wśród starodruków ukrytych w podziemiach uniwersyteckich – zaczął starszy mężczyzna, rozanielając się nagle. – Działa podobnie jak Crucio, ale według moich wyliczeń można ustawić …

– Profesorze, Severus – krzyknęła Solem, widząc błysk w moich oczach i jeszcze większy profesora.

– Tak, kochanie? – Spojrzałem na żonę, udając, że nie miałem pojęcia o co jej chodziło. – Wiem, Leen na nas czeka u babci w szpitalu. Może pójdziesz sama, a ja …

– Severus – syknęła.

– Można na nim ustawić wyzwalacz czasowy – dokończył z rozbawieniem profesor. – Wyobrażasz to sobie, możesz torturować na odległość – zaśmiał się złowieszczo.

– I on ma uczyć naszą córkę? – Solem spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Przecież nie zamierzam uczyć jej czarnej magii, Stanley. – Davis wywrócił oczami. – Ciebie uczyłem? Nie, to nie marudź, skoro nie chciałaś, a widzę na twoim mężu to zaklęcie ochronne, które sam ci zresztą pokazałem – roześmiał się. – Myślałaś, że interesuję się tylko starożytną magią? Stanley, Stanley, miej trochę wiary. Mam tyle zainteresowań ile lat, tylko ci idioci z ministerstwa nie chcą się zgodzić bym komuś przekazywał tę wiedzę, przynajmniej w szkole.

– Merlinie – jęknęła Solem. – Ja tylko chciałam otworzyć tę głupią skrytkę. I nie jestem już Stanley – mruknęła obrażona.

Miała wyraźnie dość tej wizyty. Solem często chwaliła inteligencję, błyskotliwy umysł i zasób wiedzy na temat zaklęć swojego dawnego profesora. Uważała go za najlepszego czarodzieja na świecie, ale jednocześnie podkreślała, że facet był na dłuższą metę męczący i miał odrobinę nierówno pod sufitem. Po pierwszych kilku spotkaniach z nim, wracała do domu w dziwnym nastroju i twierdziła, że jego dziwactwo udzielało się także jej. Śmiałem się, ale teraz, kiedy sam doświadczyłem tej zaraźliwej energii, jaka z niego emanowała, musiałem przyznać jej rację.

– A myślisz, że po co wciągam twojego mężusia w tę rozmowę o czarach zakazanych? – Posłał jej krzywy uśmieszek. – Jeśli wszystkie legalne sposoby zawiodą dostaniecie się tam nielegalnie. Nie widzę problemu, ale przecież tobie nie powiem jak.

– I nie chcę wiedzieć – odburknęła.

– I dobrze, bo ci nie powiem – przekomarzał się z nią. – Wpadnę do was w piątek. Wciąż mieszkacie w Londynie? Tam skąd fiuukasz do mnie czasem?

– Nie, mieszkamy od sześciu lat w Hogwarcie – odparła. – Z Londynu tylko fiuukam, bo ze szkoły nie mogę, ale możemy się tam spotkać.

– Weźcie dzieciaka – zaśmiał i po chwili deportował z sali z głupim uśmiechem.

– To było dziwne – westchnąłem. – Czy ja właśnie dałem się wciągnąć w rozmowę o zaklęciach torturujących? – spytałem z głupim wyrazem twarzy.

– Yhy – przytaknęła – i robiłeś to z chorym entuzjazmem. Mówiłam ci, żebyś był ostrożny i wszystko co on mówi puszczał mimo uszu.

– Ten facet jest chory, jak u licha mogłem się zgodzić, żebyś chodziła do niego na zajęcia? – Spojrzałem na nią zdziwiony. Odetchnąłem głęboko i mocno ją przytuliłem.

– Ja się zastanawiam, jak ty się zgodziłeś, żeby Eileen na nie chodziła – zaśmiała się. – Nie martw się, on się tak zgrywa, popisuje.

– Zabiję, jeśli ją tknie – zapowiedziałem twardo.

– Sev, to jeden z najlepszych Mistrzów Zaklęć na świecie. Jest trochę zwariowany, ale to dobry człowiek i troszczy się o swoich studentów, uwierz mi – zapewniała.

– Ciężko mi w to uwierzyć – westchnąłem. – Pojedynkowałaś się z nim? Dlaczego mi nie powiedziałaś?

– Bo kazałbyś mi natychmiast przestać do niego chodzić i sam wyzwał go na pojedynek – odparła z uśmiechem.

– Nie skrzywdził cię? – spojrzałem na nią z troską, po czym ponownie mocno do siebie przycisnąłem.

– Nie, zawsze był ostrożny. – Uśmiechnęła się. – Te zajęcia naprawdę dużo mi pomogły.

– Wiem, chyba dlatego chcę żeby Leen mogła się od niego uczyć – odrzekłem, ciężko wzdychając.

– Sama nie umiałabym jej tego przekazać – wyznała. – Jesteśmy złymi rodzicami?

– Sol, kochanie. – Chwyciłem jej twarz w dłonie. – Jesteś cudowną matką. To, że dbasz o jej wykształcenie tylko to potwierdza. Nie wiem, jak ty, ale ja nabrałem ochoty na lody – mruknąłem.

– Lody? Na Merlina, Sev on opanował cię bardziej niż mogłam przypuszczać – odparła, udając przestraszoną.

Kolejny rozdział: „Gotowi do działania"