ROZDZIAŁ 31
Zagadkowy testament
Severus
Oboje z Solem byliśmy mocno zaskoczeni, gdy nasza córka przez blisko pół godziny wybierała sukienkę, a później sama z własnej woli poprosiła o schludną fryzurę. Leen zaśmiała się widząc, jak z niedowierzaniem pokręciłem głową.
– Robicie dziś coś specjalnego? – spytałem, przyglądając się, jak moja żona zaplata córce ciasny warkocz.
– Tak, tatusiu – odparła, próbując odkręcić głowę w moją stronę. – Umówiłam się dziś z chłopakiem – dodała z dumą, a ja o mały włos nie zachłysnąłem się powietrzem. Przez chwilę otwierałem i zamykałem usta, chcąc coś powiedzieć, ale Solem posłała mi takie spojrzenie, że poprzestałem na łapaniu powietrza. – Ciocia Amelia będzie nam czytała książeczki, a wujek Syriusz obiecał zrobić dla nas teatrzyk w księgarni. Ten chłopiec nie może przychodzić w soboty i mamusia się zgodziła, żebym zaprosiła go na dzisiaj. Nawet fiuukała do jego babci. – Uniosłem pytająco brew, spoglądając w stronę żony.
– Zapomniałam ci powiedzieć – mruknęła. – To syn Alicji. Leen spotkała go w szpitalu, w sobotę.
– Ma żabę – dodała dziewczynka, wzdychając z ulgą, gdy jej mama w końcu skończyła czesanie.
– A ty, moja pannico, nie masz przypadkiem lekcji? – spytałem z nadzieją.
– Mamusia się zgodziła, żebym pouczyła się później w księgarni i nawet ta babcia Neville'a, tak ma na imię mój kolega, zgodziła się, żeby pouczył się ze mną.
– I na tę naukę się tak długo stroiłaś? – Zmierzyłem córkę krytycznym spojrzeniem.
– Nie, tatusiu. – Leen wywróciła oczami. – Babcia Neville'a wygląda na bardzo surową i ja chciałam wyglądać ładnie, ale skromnie, żeby ona mnie polubiła, jak tylko mnie zobaczy i żeby się zgodziła, żeby Neville przychodził do nas częściej. Mama, babcia i ciocia Amelia powiedziały, że jak się ta pani zgodzi, to będą dla niego organizować zabawę i czytanie także w poniedziałki. Nawet kundel …
– Eileen – krzyknęła Solem z naganą, a mnie poprawił się nieco nastrój i mrugnąłem do córki.
– Wujek Syriusz – poprawiła się dziewczynka – też zgodził się przychodzić. A pani Vance powiedziała, że chętnie przyśle też swoją córkę, jeśli mamusia się zgodzi. I babcia, ona mówiła, że zna tą panią od Neville'a i z nią pogada. Obiecała nawet, że co drugi poniedziałek, jak nie ma pracy, to może z nami przerabiać lekcje popołudniu, tak jak dziś – objaśniała gorliwie. – Ten Neville jest bardzo fajny, tatusiu. – Leen uśmiechnęła się, widząc, jak spoglądam na zegarek. Usiadłem na kanapie i gestem zachęciłem, by do mnie dołączyła. Wiedziała, że musiałem za chwilę wychodzić do pracy, ale czasami odpuszczałem sobie śniadanie w Wielkiej Sali, żeby pobyć trochę od rana z nią i Solem. Oboje uwielbialiśmy weekendy i wyczekiwaliśmy ich, odliczając każdy dzień. Byłem wówczas całe dnie dla niej i czasami nawet zabierałem ją do sklepu z eliksirami albo pozwalałem warzyć w swoim laboratorium. Kochałem moją małą córeczkę i dla niej byłem gotów na wszystko. – Jest dużo fajniejszy niż ten Malfoy – wypluła, krzywiąc się z niesmakiem. – Kiedyś byłam z mamusią na Pokątnej i tam spotkałyśmy panią Narcyzę i tego dup... Draco. – Leen posłała mi niewinny uśmiech, dostrzegając kątem oka karcące spojrzenie matki. – Jak się zapytałam go, czy był już w naszej księgarni, w kąciku dla dzieci to spojrzał na mnie o tak – dziewczynka przyozdobiła twarz kapiącym uśmieszkiem i spojrzała z pogardą – prychnął coś, że on nie bawi się z plebsem, ma swoją nianię i kolegów na poziomie. Pani Narcyza go skarciła i kazała przeprosić, i mama mu się wtedy zabawnie odgryzła. Aż pani Malfoy się zaśmiała z syna; miał taki głupi wyraz twarzy – zachichotała. – Pani Narcyza jest fajna, nie, tatusiu? – Przytaknąłem. – Mówiła, że też chętnie pobawiłaby się z dziećmi w naszej księgarni. Powiedziała, że dwa razy w miesiącu, w środę po południu, może zrobić dla młodszych dzieci wykład z literatury klasycznej. – Leen zaśmiała się głośno, widząc zaskoczenie na mojej twarzy. – No, naprawdę. Ja myślałam, że ona żartuje, ale ona tak poważnie tatku. No bo sam pomyśl, ja to już jestem duża i lubię dobre książki, ale który pięciolatek chciałby słuchać o Szekspirze? – Dziewczynka pokręciła głową z niezadowoloną miną.
– Pewnie niewielu – mruknąłem. Leen dostrzegła, jak kątem oka zerknąłem na Sol i roześmiała się, widząc jej zmieszaną minę.
– Mama, ty się nie liczysz. – Machnęła ręką. – Jak cię znam, to jak miałaś pięć lat to już nie było na świecie takiej książki, której byś nie przeczytała. – Solem wzruszyła ramionami z obojętną miną.
– Wyobraź sobie, mądralo, że rodzice nie wszystko pozwalali mi czytać – odburknęła nieco obrażonym tonem. – Szekspir akurat jest bardzo przyjemną lekturą – mruknęła pod nosem, robiąc minę w stronę córki. Miałem ochotę skomentować wypowiedź żony, ale powstrzymałem się przy Leen. Dobrze wiedziałem, że już jako mała dziewczynka znała nie tylko dzieła Szekspira, ale także tych autorów, przed którymi teraz tak strzegła swoją córkę.
Z niezbyt zadowoloną miną pożegnałem się w końcu z dwiema kobietami swojego życia i udałem na pierwsze zajęcia. Często zastanawiałem się nad swoim zawodem. Z jednej strony, podobało mi się nauczanie, z drugiej, nie cierpiałem uczniów. Może nie samych dzieciaków, ale ich brak dyscypliny, zarozumialstwo i kompletna odporność na wiedzę doprowadzały mnie do szału. Bez względu na to, który rocznik miałem przed sobą, z jak dobrej rodziny nie pochodziłby uczeń, czy do jakiego domu należał, każdy jeden na zajęciach zachowywał się jak skończony dureń. Przez wszystkie lata, jakie nauczałem mogłem na palcach jednej ręki wymienić tych, których z czystym sumieniem zaliczałem do nie bałwanów.
Oczywiście Solem wmawiała mi, że na pewno przesadzam, ale gdy kilka razy zastąpiła w klasie Flitwicka, szybciutko zmieniła zdanie. Z trudem wówczas powstrzymałem się, by jej nie dogryzać, jak przez trzy kolejne dni cierpiała z powodu migreny. Przez te wszystkie lata zdążyłem już nieco do tego przywyknąć, chociaż musiałem przyznać, że jedynie dzięki zaklęciom Solem, z których wciąż korzystałem, utrzymywałem żelazną dyscyplinę na lekcjach i w dormitoriach Slytherinu. Gdyby nie czary monitorujące kociołki w klasie, już dawno temu zamek wyleciałby w powietrze za sprawą któregoś z uczniów. Dzięki nim mogłem z czystym sumieniem nauczać nieco trudniejszych eliksirów niż te, które dzieciaki były w stanie opanować w kilka minut. Starałem się tym zachęcać uczniów do zgłębiania wiedzy z mojego przedmiotu i sądząc po tym, że w klasach owutemowych było teraz trzy razy więcej uczniów niż za czasów Slughorna, chyba mi się udało.
Jęknąłem w duchu, dostrzegając na planie zajęć, że zaczynam dzień od pierwszego roku Gryffindoru. Kolejni Weasley i Weasley. Nie było roku, żebym co najmniej dwóch z rudej gromady akurat nie uczył w Hogwarcie, teraz miałem trzech. Nie raz zastanawiałem się, czy rodzina Weasleyów nie ma końca i ogarnęło mnie przerażenie, gdy dowiedziałem się, że Fred i George to jeszcze nie wszyscy. Trójka starszych była jednak całkiem znośna w porównaniu z tymi dwoma gagatkami, a jeśli kolejni będą chociaż w połowie tak rozrabiać to byłem gotów udać się na wcześniejszą emeryturę, na bardzo wczesną emeryturę, a co bardziej prawdopodobne; zamknąć się na oddziale psychoprzypadków nieuleczalnych w Mungu. Najbardziej wkurzała mnie w tej dwójce ignorancja. Byli całkiem pojętni z eliksirów, ale kompletnie nie potrafili wykorzystać swoich umiejętności. Chociaż bardziej trafnym byłoby stwierdzenie, że nie potrafili wykorzystać ich do należytych celów, innych niż głupie żarty robione kolegom, a czasem i nauczycielom. Mało obchodziło mnie, że woźny wciąż dawał im się nabierać. Sam często przymykałem oko widząc, jak dokuczali jego kotce, a raz nawet zdarzyło się, że dyskretnie zatarłem za nimi ślady. Nie moja wina, że starego Filch po prostu nie dało się lubić.
Odetchnąłem głęboko, wyprostowałem się i z najbardziej groźną ze swoich min wmaszerowałem do klasy. Moje szaty unosiły się nienaturalnie wysoko, gdy przemierzałem dystans do pulpitu nauczycielskiego. To kolejny czar, jaki pokazała mi kiedyś Solem. Uwielbiałem oglądać struchlałe miny i patrzeć za chowającymi się przede mną uczniami, gdy do ich niewinnych uszu dobiegał złowrogi łopot mojej peleryny. Nawet Leen patrzyła wówczas na mnie z nieukrywanym lękiem i szacunkiem, i zawsze, gdy wracałem do domu po zajęciach, czekała najpierw aż zdejmę szaty, by rzucić mi się na szyję.
.: :.
Leen
– To on, to on, mamusiu – zapiszczałam na widok pucułowatego chłopca chowającego się za plecami wysokiej, szczupłej kobiety w starszym wieku. Chciałam do niego od razu podbiec, ale wówczas dostrzegłam coś dziwnego na głowie staruszki. Przełknęła głośno ślinę i cofnęłam się nieco za mamę.
– Pani Longbottom – mama powitała gości z przemiłym uśmiechem. Nie mogłam się nadziwić, jak ludzie pozytywnie odbierali ją, gdy nie było w pobliżu tatusia. Wszyscy wówczas byli dla niej serdeczni i wylewni, nawet babcia Neville'a uśmiechnęła się szeroko, witając z panią Snape. Gdy tata był razem z nią, wszyscy nagle sztywnieli. Nie miałam pojęcia dlaczego. Jak się dobrze zastanowić, to tata był dużo bardziej wyluzowany niż mama. Pozwalał na więcej i wygłupiał się częściej. Mama, owszem była fajna, ale rzadko przymykała oko na nieposłuszeństwo albo lenistwo.
Spojrzałam zamyślona na matkę, po czym przeniosłam wzrok na babcię i mnie olśniło. Mama była piękna. Tata raczej straszny. Mama sprawiała wrażenie bezbronnej sarenki, chociaż widziałam kilka razy, jak walczy, więc wiedziałam, że tak z mamą, jak i z tatą mogłam czuć się bezpiecznie, tata natomiast bezwzględnego i groźnego. Zmarszczyłam czoło na myśl, że oni w ogóle do siebie nie pasowali. Niczym Piękna i Bestia, zaśmiałam się w myślach. Mama miała piękne, długie, kręcone włosy; tata półdługie badyle, których za nic nie chciał ściąć. Nos mamusi był maleńki, tatusia wielgachny i do tego krzywy. Jedno miało oczy jasne, drugie zupełnie czarne. Nawet odcień skóry mieli inny. Jak nocne niebo i jasne gwiazdy. Otrząsnęłam się ze swoich myśli i zachęcona przez matkę podeszłam przywitać się ze swoimi gośćmi.
Ulżyło mi, gdy Neville w końcu wychylił się zza swojej opiekunki. Całe szczęście nie było z nami taty; wówczas chłopiec na bank pozostałby w cieniu babci. Mama i pani Longbottom odeszły, żeby porozmawiać, a ja chwyciłam chłopca za rękę i zaprowadziłam do pokoiku stworzonego przez babcię specjalnie dla dzieci. Sama pomagałam go urządzać i byłam z siebie naprawdę dumna. Zachichotałam, dostrzegając zachwyt w oczach Neville'a, który szybko zmienił się w zdziwienie, gdy uniosła się niewielka kurtyna i pacynka w kształcie smoka przemówiła głosem Syriusza. Nawet pani Longbottom uśmiechała się, gdy po jakimś czasie dołączyła do nielicznej tego dnia widowni. Syriusz i Amelia przeszli samych siebie i w duchu, zanotowałam, żeby im później odpowiednio podziękować.
– Możemy się też tutaj sami pobawić, jeśli chcesz – zaproponowałam, gdy kukiełki ukłoniły się przed nimi po raz ostatni.
– Nie wiem, czy ja mogę – wydukał chłopiec. Zerknął na swoją babcię, która mu leciutko skinęła i nieśmiało się uśmiechnął, dając poprowadzić się do kącika z zabawkami.
– Te kukiełki szyła moja mamusia – pochwaliłam się, gdy Neville z zainteresowaniem oglądał kulisy dziecięcego teatru. – A tam – wskazałam dłonią na niewielki podest – mamusia i panie nauczycielki z Hogwartu czytają dzieciom bajki w soboty. Mamusia czasami też w tygodniu czyta, jak akurat jest jakaś nowa bajka. Moja mama robi ilustracje do książeczek, chcesz zobaczyć? – Longbottom pokiwał nieśmiało głową. Nie bardzo wiedziałam co mam powiedzieć, żeby chłopiec w końcu coś zaczął mówić. Wydawało mi się, że księgarnia mu się podoba, ale przez cały czas prawie się nie odzywał. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że przez cały czas ględziłam o swoich rodzicach i zrozumiałam, jak przykro musi być chłopcu, którego najbliżsi leżą od kilku lat w szpitalu ciężko chorzy. Moja mama też była chora, ale miałam ją cały czas przy sobie i zawsze, nawet jak nie widziała, mogłam się do niej poprzytulać. Neville miał jedynie babcię, która nie wyglądała na taką, która śpiewa mu kołysanki do snu albo opowiada bajki. Była dość straszna i czym więcej się jej przyglądałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że wygląda straszniej niż tata.
– Przyniosłeś ze sobą żabę? – spytałam szeptem.
– Nie mogłem – odparł zasmucony. – Chciałem, ale babcia, jak zobaczyła, że chowam ją do kieszeni kazała mi natychmiast zostawić w domu.
– Szkoda – jęknęłam.
Neville
– Może mnie kiedyś odwiedzisz, to ci ją pokażę. – Zaczerwieniłem się na tę propozycję. W sumie nie miałem pojęcia, czy wolno mi kogoś zaprosić do domu. Rzadko odwiedzał mnie ktoś w moim wieku. Babcia kiedyś zaprosiła do domu jednego chłopca, ale tamten wcale nie chciał się ze mną bawić i od tamtej pory bawiłem się zupełnie sam albo z wujkiem. Eileen od samego początku wydała mi się bardzo fajna. Nawet babci przypadła do gustu, gdy spotkaliśmy ją u Munga. Mówiła, że dziewczynka jest córką przyjaciółki mojej mamy, że pochodzi z bardzo dobrego i kulturalnego domu, i chyba sto razy powtarzała mi przed wyjściem, że mam się dobrze zachowywać, być cicho i nie zadawać zbyt wielu pytań. Niewiele udało mi się wyciągnąć z babci na ich temat, ale z tego co opowiadała dziewczynka jej rodzice musieli być naprawdę fajni. Pani Snape była bardzo ładna i przez cały czas uśmiechała się do mnie, raz nawet puściła oczko, gdy przyglądałem się pięknym rysunkom na ścianach i powiedziała, że babcia zgodziła się, żebym przychodził tam także w środy po południu, kiedy ona prowadziła lekcje rysunku, więc jak będę chciał to może mnie troszkę nauczyć. Miałem ochotę od razu wykrzyknąć, że bardzo bym chciał, ale karne spojrzenie babci szybko ostudziło mój entuzjazm. Bardzo lubiłem rysować, ale ani babcia, ani ciotka, która przychodziła mnie uczyć w domu, nie znały się na tym i moje obrazki były bardzo koślawe.
Podobało mi się, gdy Leen opowiadała o swojej rodzinie i żałowałem, gdy tak nagle urwała. Pani Snape była nie tylko ładna, ale też bardzo mądra i utalentowana. Chciałbym kiedyś umieć rysować tak jak ona, ale Eileen powiedziała, że jej mama chodziła na kursy uniwersyteckie, na które mnie pewnie nigdy nie będzie stać. Wiedziałem, że każde studia kosztują dużo pieniędzy, a już te w szczególności były drogie. Dlatego babcia i wuj wciąż mi powtarzali, że jeśli chcę zdobyć dobre wykształcenie i robić to co lubię, muszę się bardzo dużo uczyć. Uczyłem się dużo, ale i tak nie byłem nawet w połowie tak mądry jak Leen. Bardzo dużo wiedziała o eliksirach i zaklęciach. Znała chyba każdą roślinę magiczną i wiedziała do czego stosuje się różne zioła. Ja nie miałem o tym pojęcia. Czytałem dużo, ale ciotka uczyła mnie jedynie tego co wiedzieć powinienem zanim trafię do Hogwartu. Miałem nadzieję, że może od nowej koleżanki będę mógł nauczyć się czegoś więcej, dlatego z zapałem chłonąłem każde jej słowo.
– Jeśli mamusia i tatuś się zgodzą to z prawdziwą przyjemnością cię odwiedzę – zaśmiała się, wyrywając mnie z zamyślenia. – Ja nie mam jeszcze żadnego chowańca, ale czasami odwiedzam z tatą gajowego Hogwartu i on mi pokazuje różne stworzenia. Ma ich naprawdę dużo i opiekuje się jeszcze tymi, które mieszkają w Zakazanym Lesie. Tam byłam tylko kilka razy z tatą. Rodzice mi nie pozwalają chodzić tam samej, ale chyba bym się nawet bała. Las jest straszny.
– Mam nadzieję, że ja też będę kiedyś mieszkał w Hogwarcie – westchnąłem. – Dopiero za półtora roku mogę oczekiwać listu z przyjęciem, ale … – urwałem i zawstydzony pochyliłem nisko głowę.
– Babcia cię nie chce puścić do szkoły? – spytała szeptem Leen.
– Nie, nie o to chodzi – wydukałem. – Babcia bardzo by chciała, żeby mnie przyjęli tylko ja nigdy niczego magicznego nie zrobiłem. – Zaczerwieniłem się po cebulki włosów i zdenerwowany przygryzałem wargę.
– Mój profesor Davis powiedział mi kiedyś, że tak naprawdę każdy rodzi się z iskierką magii tylko u mugoli ona przeważnie od razu wygasa. U dzieci urodzonych z rodziców czarodziejów nigdy do końca nie zniknie, nawet jeśli nigdy się jej nie użyło to ona jest w nas – odparła ze szczerym uśmiechem. – Mój profesor jest jednym z najmądrzejszych ludzi na świecie – zapewniła. – Mówił, że trzeba pozwolić magii płynąć w nas, wypełnić naszą krew, umysł i duszę. Nie wolno jej hamować ani próbować wpływać na nią siłą. Tłumaczył mi, że najlepiej nie myśleć o magii, jak o czymś specjalnym, tylko jak o czymś co jest częścią nas, jakbyśmy sami byli magią i uczyć się panować nad sobą, nie nad nią. Nie martw się, na pewno cię przyjmą. On mówi, że charłactwo to bzdura, że niemagiczni czarodzieje są jedynie zbyt zamknięci, by pozwolić rozpalać się tej iskierce, a ty przecież nie jesteś zamknięty. – Zarumieniłem się jeszcze mocniej na to stwierdzenie i uśmiechnąłem nieśmiało.
– Naprawdę myślisz, że dostanę list? – Leen pokiwała gorliwie głową i pociągnęła mnie do jeszcze jednego pomieszczenia.
– Gdzie jesteśmy? – spytałem, gdy na ścianach nie dostrzegłem kolorowych rysunków.
– W mieszalni mojej mamy – wyszeptała z diabelskim uśmiechem.
– Możemy tu być? – zdziwiłem się.
– Czasem mama pozwala mi mieszać herbatę i zioła – odparła z uśmiechem dziewczynka. – Jestem pewna, że nie będzie miała nic przeciwko temu, jak sami sobie zrobimy mieszanki na dzisiejszą popołudniową herbatkę.
– Ale ja nic o tym nie wiem – zamartwiłem się.
– To nie takie trudne. – Leen pokazała mi puszki z różnymi dodatkami do herbat, suszonymi kwiatami, ziołami i listkami. – Powiedz mi jaki smak lubisz najbardziej to ja ci powiem co możesz użyć, a później poprosimy mamusię albo babcię, żeby nam to zaparzyła.
– Gdzie się tego nauczyła? – Z uchylonymi ustami oglądałem wszystkie wskazane przez dziewczynę puszki.
– Mama czasami traci wzrok – westchnęła Leen. – Miała wypadek, dawno temu, jak mnie nie było jeszcze na świecie i od tamtej pory czasem nie widzi. Na początku, jak jeszcze uczyła się być niewidoma, bo podejrzewano, że nigdy nie odzyska wzroku, mamusia szukała sobie jakiegoś zajęcia, bo przecież nie mogła ilustrować książek i w końcu odkryła, że dość dobrze jej idzie rozpoznawanie zapachów. Tata jest Mistrzem Eliksirów i ma w domu laboratorium i dużo roślin, więc miała z czego korzystać. Robi jeszcze inne fajne rzeczy. Kiedyś zabiorę cię do naszego sklepu z eliksirami, to ci pokażę.
– Masz fajną mamę. – Eileen uśmiechnęła się szeroko na to stwierdzenie.
– Wiem, najlepszą – szepnęła.
– Moja mnie nawet nie poznaje, jak ją odwiedzam. – pochyliłem głowę, tak żeby dziewczynka nie widziała łez, jakie zebrały mi się pod powiekami.
– Odwiedzam ją czasami, jak jestem u babci w szpitalu. Twoja mama to przyjaciółka mojej mamy i cioci – wyjaśniała Leen. – Babcia nie lubi, jak biegam po szpitalu, ale czasem się wymykam. Twoja mama jest bardzo ładna. Myślę, że ona cię poznaje i bardzo cię kocha, tylko nie pamięta, jak ci o tym powiedzieć. – Położyła mi dłoń na ramieniu i leciutko pogładziła.
Solem
Z trudem pohamowałam łzy, słysząc rozmowę dwójki dzieci. Pani Longbottom bardzo się zaniepokoiła, gdy oboje zniknęli z pokoju zabaw i chciała natychmiast zabrać swojego wnuka. Domyśliłam się, gdzie córka mogła zabrać kolegę i z cichym westchnieniem zaprowadziłam do mieszalni rozdrażnioną Augustę. Ta jednak zamarła, widząc, jak jej wnuk otwiera się przed dziewczynką i sama z trudem powstrzymywała łzy.
– Proszę mu pozwolić się jeszcze pobawić. – Chwyciłam ją za dłoń. – Nie zrobią sobie krzywdy. Leen to mądra dziewczynka, nie wejdzie nigdzie, gdzie wchodzić nie powinna. – Obydwie wycofałyśmy się po chwili z pomieszczenia.
– Pani Snape – zaczęła pewnym głosem starsza kobieta. – Wiem, że pani, pani teściowa i panna Bones, jesteście tutaj dziś tylko dlatego, żeby pokazać Neville'owi to miejsce. Nie mogę się zgodzić, żeby to powtarzało się co poniedziałek. Każda z was ma sporo na głowie i nie potrzeba wam jeszcze dodatkowych poniedziałkowych zajęć, jednak jeśli się pani zgodzi, chciałabym tutaj przychodzić z wnukiem w środy po południu.
– Pani Longbottom, dla nas to żaden problem – zapewniłam. – Ja i Leen nie bywamy tutaj codziennie, ale kącik dla dzieci jest czynny przez cały tydzień z wyjątkiem poniedziałków. Nie zawsze są zorganizowane zajęcia, ale zawsze dzieci mogą się tutaj pobawić, poczytać albo pomalować. Starsze czasem się nawet uczą. Dość często zagląda tutaj jeden z najlepszych grafików, niestety dziś na emeryturze, i udziela dzieciom rad, ale też czyta i bawi się z nimi. To przemiły starszy pan. Pani Pince, bibliotekarka z Hogwartu czyta dzieciom w każdy czwartek o czwartej, w sobotę robimy dla dzieciaków przedstawienia w godzinach porannych, a wieczorami przychodzi nauczycielka astronomii i opowiada o gwiazdach. W niedzielę zawsze mamy dużo chętnych do pomocy. Profesor McGonagall się często kłóci z profesor Vector, która będzie prowadziła zabawę z dziećmi. Raz był nawet profesor Dumbledore.
– Naprawdę? – zdziwiła się kobieta. – Dlaczego nie powiedziała mi pani, że kącik jest nieczynny w poniedziałki? – Augusta Longbottom spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Pani Longbottom, jeśli na tym świecie znajdzie się dziecko, które może odwiedzać naszą księgarnię jedynie w soboty o północy to ja mu ją z przyjemnością otworzę i poczytam – zaśmiałam się. – Pomyślałam, że zbyt duży tłumek dzieciaków może onieśmielić Neville'a i to żaden problem dla nas, żeby otworzyć księgarnię tego dnia.
– Dziękuję, pani Snape – starsza pani uśmiechnęła się szczerze i po raz pierwszy wydała mi się całkiem sympatyczna. – Za wszystko – dodała po chwili. – Wiem, że często odwiedza pani syna i synową. – Poderwałam głowę i spojrzałam kobiecie prosto w oczy. – Słyszałam, jak kiedyś kłócili się z Frankiem o sprawę śmierci pani rodziców. Syn uważał, że nie powinna się w to mieszać. Nie wtrącałam się oczywiście, ale uważam, że nie miał racji. Jeśli była szansa na złapanie tych zbójów … aurorzy nie powinni jej zamknąć, dopóki ci nie znaleźli się w więzieniu.
– Babciu, babciu zrobiłem herbatę – wykrzykiwał chłopiec, wymachując malutkim woreczkiem wypełnionym aromatyczną mieszanką.
– Neville, zachowuj się – upomniała go kobieta srogim głosem.
Pogroziłam palcem córce, która zaczęła chichotać na tę reakcję babci chłopca, ale sama miałam ochotę się roześmiać.
.: :.
– Sol, kochanie – Severus z oburzeniem obserwował cztery wychodzące z naszego mieszkania nauczycielki Hogwartu. – Możesz mi wyjaśnić, dlaczego te wiedźmy nawiedzają nasze kwatery, prywatne kwatery, nawet w niedzielę po południu? W czasie, który chciałbym spędzić w spokoju, jeśli nie z żoną to chociaż po prostu w spokoju? – Spojrzał na mnie, mrużąc oczy.
– Czepiasz się – mruknęłam i wezwałam Ropuszkę, by posprzątała po gościach.
– Nie czepiam – syknął. – Chciałbym jedynie chwili spokoju. Musiały tu przyjść całym stadem?
– Pewnie nie, ale zaprosiłam wszystkie, więc wszystkie przyszły – odparłam z uśmiechem. – Ropuszka upiekła pyszne ciasto, spróbuj. – Ukroiłam mężowi kawałek i podałam talerzyk. Severus zagryzł wargi i zmierzył mnie zawistnym spojrzeniem.
– Nie chcę ciasta – warknął.
– To może skusisz się na coś innego? – spytałam z niewinną miną. – Leen lata dziś na miotle z tatą, a ja byłam wczoraj na zakupach w Londynie. – Delikatnie odsłoniłam swoje ramię, ukazując mężowi ciemno zielone ramiączko stanika. – Wiesz, możemy przefiuukać się do domku w Szkocji na wypadek, gdyby Leen wróciła wcześniej.
– Mógłbym, ewentualnie – mruknął, udając brak zainteresowania. – I tak nie będę się już mógł skupić na czytaniu. Te kretynki mnie zdekoncentrowały.
– Miałam nadzieję, że to ja cię trochę zdekoncentruję – westchnęłam zawiedziona.
– Twój stanik na pewno – szepnął, pochylając się nad moim uchem. – Majteczki też masz zielone? Koronkowe?
– Nie pamiętam. – Udałam zamyślenie. – Jakiś dodatek czarnego zdaje mi się tam jest.
– Czarnego, powiadasz? – Severus objął mnie w talii i mocno do siebie przyciągnął. – Teraz jestem już do granic zdekoncentrowany – syknął i przycisnął mnie do twardniejącej w jego spodniach męskości. – Może sprawdzimy, czy twoja bielizna pasuje do mojej? – mruknął, unosząc brew.
– Chcesz sprawdzać bieliznę? – spytałam zalotnie, zbliżając się do kominka.
– Nie, ale to dobry pretekst, by ją z ciebie zdjąć – odparł. Przyciągnął mnie z powrotem do siebie i pocałował namiętnie. Nie odrywając się od moich ust, sięgnął po puszkę z proszkiem fiuu i wciąż mocno obejmując, zabrał nas oboje do Szkocji.
– Mogłabyś częściej wychodzić na zakupy do Londynu – mruknął, wtulając się w moją gołą pierś.
– To już? – spytałam zawiedzionym głosem.
– Co, kochanie? – Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Już jest ten czas, kiedy moje ciało potrzebuje dodatkowych ozdób, by podniecić męża?
– Zawsze mnie podniecasz, słonko i nie myśl sobie, że to się kiedykolwiek zmieni – mruknął, przygryzając płatek mojego ucha. – W bieliźnie, w sukience, w zimowej szacie, nawet w tych durnych mugolskich spodniach, a już najbardziej mnie podniecasz, kiedy nie masz na sobie kompletnie nic. Sama sprawdź jak bardzo. – Posłał mi ironiczny uśmieszek, chwycił moją dłoń i skierował na swoje krocze.
– Tak szybko?
– Tak na mnie działasz, kochanie – szepnął i delikatnie ułożył się na mnie, obsypując moje ciało pocałunkami.
– Powiesz mi teraz po jasną cholerę zaprosiłaś cały ten zwierzyniec do naszego domu dzisiaj? – spytał, zakładając spodnie.
– Mhm – mruknęłam, przeciągając się na łóżku. – Koniec czułości na dziś?
– Miałem nadzieję, że omówimy wszystko co masz mi do powiedzenia, bo domyślam, że po to ta cała wycieczka tutaj, a później moglibyśmy jeszcze powtórzyć to i tamto, gdybyś miała chęć. Możesz darować sobie ubieranie majtek – odpowiedział, całując mnie w policzek. – Kocham cię, słonko.
– Chyba nie musimy się spieszyć. – Wzruszyłam ramionami i delikatnie przejechałam palcami po nagiej klatce piersiowej męża.
– Nie musimy. – Severus uśmiechnął się i położył obok mnie, mocno tuląc. – Przepraszam, jestem po prostu ciekaw. Z tego co widziałem sporo zanotowałaś w swoim notesie.
– Możesz to przecież przeczytać w każdej chwili – odparłam z uśmiechem. – To nic takiego. Spisałam zaklęcia modyfikujące i ich działanie. Teraz przeszukuję te maskujące.
– Obejrzę je dziś. – Przytulił mnie mocno i ucałował w czubek głowy. – Co się dzieje, promyczku? – spytał, widząc jak z zamyśleniem wodziłam po bliźnie na piersiach.
– Wszystko w porządku, kochanie. – Spojrzałam na męża i uśmiechnęłam się promiennie, wtulając w jego ramiona.
– Powiedz mi – poprosił.
– Nie lubię jej, ich wszystkich – westchnęłam, wskazując na bliznę. – Nie lubię, jak na mnie taką patrzysz. – Zasmucona pochyliłam głowę.
– Jesteś piękną kobietą, Solem. – Severus złapał mnie pod kolanami i posadził na swoich udach. – To niczego nie zmieniło. Wciąż mnie zachwycasz i wciąż mocno cię kocham. Jesteś jedyną kobietą, o której myślę w intymny sposób. Bardzo mi się podobasz i ja bardzo lubię oglądać cię nagą. Szkoda, że tak rzadko mam ostatnio ku temu okazję – westchnął. – Ale niedługo Leen przeprowadzi się do dormitorium. – Uśmiechnął się zjadliwie. – Słonko, jeśli chcesz mogę uwarzyć maść na te blizny – dodał, widząc, że nie bardzo zdołał mnie pocieszyć.
– Nie chciałam cię o to prosić.
– Dlaczego? – zdziwił się.
– Masz tyle pracy …
– Sol – jęknął. – Ty i twoje potrzeby są zawsze na pierwszym miejscu. Nie przeszkadzają mi twoje blizny i nigdy nie przyszło mi do głowy, że tobie mogą. Gdybym wiedział, zrobiłbym to dawno temu.
– Rozpieszczasz mnie.
– Nie wydaje mi się, by tworzenie maści na blizny podchodziło pod rozpieszczanie, ale tak, lubię cię rozpieszczać i bardzo bym chciał, żebyś mi czasem na to pozwoliła bez zbędnego gadania – odpowiedział, unosząc brwi.
– Kupisz mi kucyka? – spytałam, wydymając wargi.
– Nawet dwa, żeby Leen pękła z zazdrości – zaśmiał się.
– Kocham cię, Severusie – szepnęłam i pocałowałam go z czułością.
– Mama? – zdziwiłam się, wchodząc do salonu. – Dlaczego mama płacze? Co się stało? – Podbiegłam zdenerwowana do siedzącej w saloniku teściowej.
– Nic, skarbeńku, nic. To ze szczęścia – wydukała Eileen.
– Ze szczęścia? – zdziwił się Severus.
– Ja … ja … ja … – Spojrzała na nas przepraszająco, nie wiedząc co powiedzieć.
– Puknij ją w plecy – polecił Severus. – Chyba się zacięła.
– To co powiedziałeś żonie – jęknęła kobieta. – To takie romantyczne. Nie chciałam was podsłuchiwać, naprawdę. – Severus spojrzał z oburzeniem na matkę. – Przyfiuukałam tutaj i usłyszałam jakieś odgłosy z sypialni. Nie wiedziałam, że to wy. No dobra, domyślałam się, że wy. Podeszłam i chciałam się przywitać, ale w porę się zorientowałam, że wpadliście sobie tylko pobaraszkować. Co miałam zrobić?
– Wycofać się do domu?
– Tak też zamierzałam, ale stwierdziłam, że zdążę sobie przeczytać notatki Solem i tak się zaczytałam, że się nawet nie zorientowałam, że …
– Długo tu jesteś? – mruknął niezadowolony.
– Dwie godzinki – odparła Eileen z niewinną miną. – Masz nową bieliznę? – zwróciła się do mnie.
– Powiedz jej coś, Solem, bo ja nie wytrzymam. – Severus spojrzał na mnie, hamując wybuch.
– Co mam powiedzieć? – Wzruszyłam ramionami. – Po tym wykładzie, jakim uraczyłeś mamę, po tym, jak nakryła nas na zapleczu w sklepie, wydaje mi się, że już nic więcej nie da się powiedzieć. Następnym razem niech mama się nie krępuje, zapraszamy do środka – warknęłam ze złością.
– Naprawdę? – Uradowała się Eileen. – Żartuję. Nie chciałam tu zostać, uwierzcie mi, miałam szczere chęci wrócić od razu do domu, ale ciekawość mi nie pozwoliła. Wtedy w sklepie też chciałam od razu wyjść, jak tylko usłyszałam te głośne jęki, ale te nowe fiolki były takie śliczne, że nie mogłam się powstrzymać, a do tego nowe zapachy płynów. Nie zdążyłam wszystkiego zobaczyć, zanim skończyliście. Ale to takie romantyczne. Szybki seks na tyłach sklepu. Z żoną – westchnęła z rozmarzeniem. – No dajcie spokój – machnęła ręką. – Ile razy się zdarzyło, że jednak się wycofałam?
– Ile? – wykrzyknęliśmy obydwoje.
– Nie chcecie wiedzieć – odparła z ironicznym uśmieszkiem.
– I to nie był szybki seks – burknął pod nosem obrażony Severus.
– No w sumie nie. Twój ojciec dużo szyb...
– Przestań natychmiast – krzyknął. – Solem idziemy i od dziś będziemy nakładać tak silne bariery, że sam Merlin się przez nie nie przebije.
– Czyli wpadliście tylko pobaraszkować w sypialni? – Eileen z rozbawieniem uniosła brwi.
– Nie tylko – zaczęłam. – Rozmawiałam z Minerwą.
– Opowiesz mi w domu – warknął Severus. – Albo lepiej; sama pokażesz mi wszystko w swojej głowie.
– Severus – wykrzyknęła oburzona Eileen. – Przetrząsasz umysł swojej żony?
– Pozwala mi czasem – odburknął obrażony.
– Pozwalam – przytaknęłam.
– I nie przetrząsam tylko patrzę na to co mi podsuwa – dodał.
– To dlatego czasem jesteście tacy milczący, jak przychodzicie na jakieś przyjęcie albo w sklepie, albo wtedy, na urodzinach taty, co tak szybko wyszliście – powiedziała z triumfem Eileen. – Solem pokazuje ci jakieś sprośności. – Spłonęłam rumieńcem, a Severus zacisnął ze złości wargi. – To takie słodkie i romantyczne. Merlinie, mój syn to prawdziwy romantyk. Chociaż raczej powinnam cię nazwać ogie...
– Dość, idziemy, kochanie. – Chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę kominka.
– Dobrze już, przepraszam – krzyknęła Eileen. – Solem, dziecinko – jęknęła, widząc łzy w moich oczach. – Przepraszam. Ja trochę żartowałam. Przyszłam tutaj chwilę temu. Słyszałam jedynie fragment rozmowy, a że dobiegała z sypialni, to po prostu się domyśliłam reszty.
– Widzisz co narobiłaś – mruknął Severus, wykrzywiając się do matki.
– Skarbeńku. – Eileen podeszła do mnie i chciała otrzeć łzy spływające po moich policzkach, ale schowałam twarz w dłoniach.
– To moja wina – mruknęłam. – Ten dom należy do mamy i nie powinniśmy tak tutaj sobie przychodzić i korzystać z sypialni.
– Nie, dziecinko. – Starsza kobieta chwyciła mnie za rękę i poprowadziła do kanapy. – Ten dom jest nasz, a ja faktycznie powinnam się pospiesznie wycofać, ale nie mogłam sobie darować, żeby nie spojrzeć do notatnika. Powinnam chociaż udawać, że nic nie słyszałam, ale Severus … nie sądziłam, że mój syn jest takim uczuciowym mężczyzną, to znaczy wiem, że cię kocha i dba o ciebie, ale słyszeć takie czułości z jego ust kierowane do żony to prawdziwa przyjemność. I przysięgam, ten raz, gdy przyszłam do waszego sklepu, jak już zamykaliście, to był jedyny raz, gdy was nakryłam, nigdy wcześniej. Przysięgam.
– Wszystko dobrze, kochanie? – Severus usiadł obok.
– Tak, przepraszam. Po prostu zrobiło mi się tak strasznie głupio, że mama … że my …
– Och, skarbeńku, przecież nie zrobiliście nic złego. To naprawdę urocze, że tak bardzo się kochacie. – Eileen przyciągnęła mnie do ramienia. – Mogę was jakoś przeprosić? Coś zrobić?
– Już w porządku, naprawdę nie musi mama przepraszać – odparłam. – Jest mama u siebie. Powinniśmy byli o tym pomyśleć.
– Chcecie zostać sami? Jutro mogę przeczytać twój notatnik, jakoś wytrzymam. – Eileen spojrzała na nas z uśmiechem. – Tobias zapowiedział, że będzie z Leen do wieczora latał …
– Nie, niech mama zostanie – odparłam i uśmiechnęłam się nieznacznie do teściowej, a Severus głośno jęknął.
– Zrobię herbatę – zakomunikowała Eileen i ruszyła do kuchni.
– Wszystko w porz... Słonko, zrobiłaś tę scenę, żeby mama się przyznała ile faktycznie razy nas nakryła? – spytał, przyglądając mi się uważnie.
– Chciałam też, żeby było jej bardziej głupio niż nam – szepnęłam.
– Przebiegła istota – odparł z uznaniem i ucałował mnie w skroń.
– Mówcie czego się dowiedzieliście. – Eileen rozsiadła się na jednym z foteli i wpatrywała w nas z oczekiwaniem.
– Spisałam zaklęcia modyfikujące i długość ich trwania – zaczęłam. – Tych bardzo silnych, trwających koło dziesięciu lat nie da się zdjąć Finite, trzeba użyć przeciwzaklęć i te też wypisałam, chociaż niestety nie na wszystko znalazłam. Kolejna zła wiadomość; znalazłam jedno bardzo skomplikowane zaklęcie przy pomocy, którego można częściowo zmodyfikować dane biologiczne na włosach, wydzielinie i paznokciach. Jeszcze trudniej jest z modyfikacją krwi, ale to też niestety wykonalne. Zaczęłam już wykonywać portret, ale to będzie jeszcze bardzo długo trwało. Mamo, mogę wpaść do was później po zdjęcia dziadków i pradziadków jeśli mama takie posiada?
– Oczywiście, skarbeńku. – Eileen uśmiechnęła się szczerze.
– Wypisałam nazwiska kilku chłopców, których jestem pewna roku urodzenia – kontynuowałam. – Niestety jedynie na dwóch udało mi się rzucić zaklęcie sprawdzające czystość krwi. Jeden to Michael Corner i jego możemy wykluczyć; jest półkrwi. A drugi to Draco Malfoy, jest czystej krwi i …
– Merlinie broń – jęknął Severus. – To absolutnie niemożliwe, żeby ten bachor był moim … naszym synem. To wprost niedorzeczne – biadolił. – Skreśl go z listy.
– Severus – warknęłam. – Może od razu wybierz sobie najładniejszego i najmądrzejszego chłopca. – Spojrzałam z oburzeniem na męża.
– No, ale sama przyznaj – tłumaczył się – to najgorszy dzieciar, jakiego widziałaś.
– Przyznaję i uwierz … z prawdziwą przyjemnością skreśliłam go z listy. – Uśmiechnęłam się zjadliwie do męża. – Udało mi się rzucić więcej zaklęć – dodałam z przebiegłą miną. – Zaprosiłam Narcyzę, żeby jej syn pobawił się z Leen. Musiałam to zrobić za pierwszym razem, bo jestem pewna, że Leen tego drugi raz nie zniesie. Poznała go mama? – zwróciłam się do teściowej.
– Kilka razy spotkałam panią Narcyzę z synem w księgarni. Nie wydawał się zbyt miłym dzieckiem, a z tego co słyszę to raczej nie wyciągnęłam błędnych wniosków – zaśmiała się kobieta. – Pani Malfoy to bardzo miła kobieta, a ten dzieciak, Merlinie broń.
– Wstrętny, zarozumiały gówniarz – warknął pod nosem Severus.
– W każdym razie, Draco nie ma na sobie żadnych zaklęć modyfikujących wygląd, ale mam jeszcze jego włosy, żebyś mógł sprawdzić czy nie jest pod działaniem eliksiru, tak dla pewności. – Uśmiechnęłam się zjadliwie. – Na liście jest też Neville Longbottom, ale jego nie udało mi się sprawdzić żadnym zaklęciem. Myślałam, że uda się, gdy był w księgarni ostatnio, ale nic z tego. Jego babcia nie spuszcza z niego oka. Wiem jedynie, że z całą pewnością jest czystej krwi, więc pozostaje na liście.
– No dobra – mruknął Severus – a co z tym tabunem, który przewinął się dziś przez nasze mieszkanie?
– Masz na myśli MOJE przyjaciółki? – spytałam, unosząc brwi.
– Niech ci będzie – odburknął Severus.
– Zaprosiłam je wszystkie, bo chciałam Minerwę delikatnie wypytać o rekrutację nowych uczniów. Znając ciekawość Aurory i dociekliwość Septimy, byłam pewna, że i one zadadzą całą masę pytań, odsuwając ode mnie jakiekolwiek podejrzenia.
– I? – ponagliła teściowa.
– Listy uczniów przygotowywane są na trzy lata wstecz – wyjaśniałam. – Ten rok nas nie interesuje, więc skupiłam się jedynie na dwóch kolejnych. Z tego co zdążyłam się zorientować to w przyszłym roku do szkoły zostanie przyjętych dwadzieścioro ośmioro dzieci urodzonych w rodzinach czarodziejów i ośmioro w rodzinach mugolskich. Nie znany jest dokładny status krwi, ale wiem, że dzieci są sprawdzane magicznie, zanim dostaną list z Hogwartu. Nie mam pojęcia ile z nich to chłopcy, a ile dziewczyny, ale wiem, że w przyszłym roku zostaną przyjęci Malfoy, Potter, Longbottom i nie chcę cię martwić, kochanie, ale kolejny Weasley. O, i bratanica Amelii.
– Już mi poprawiłaś humor, słonko – Severus uśmiechnął się zjadliwie, czym zasłużył sobie na karcące spojrzenie ode mnie i matki. – To będzie mój najlepszy rok – westchnął z rozmarzeniem.
– Severus, doprawdy jesteś okropny – powiedziała z obrzydzeniem Eileen. – Ktoś mógłby pomyśleć, że z rozmysłem i przyjemnością znęcasz się nad tymi biednymi dziećmi. – Severus zgromił matkę spojrzeniem.
– Nie zniósłbym w tej szkole nawet dnia, gdyby znęcanie się nad tymi karaluchami nie przynosiło mi takiej satysfakcji – odparł z krzywym uśmiechem.
– Może być mama pewna, że Sev przesadza. – Pokręciłam głową, wywracając oczami.
– Nie chcę być niemiły, ale to czego się dowiedziałaś, poza poprawą mojego humoru, który nawiasem mówiąc, był całkiem świetny za twoją sprawą już wcześniej, niewiele nam daje – westchnął, nieco poważniejąc.
– I znowu we mnie nie wierzysz, Severusie – jęknęłam teatralnie.
– Daj spokój, skarbeńku, on czasem bardzo ciężko myśli – dodała Eileen, czym zasłużyła sobie na prychnięcie syna. – Mów dalej.
– Batsheda dokładnie zaczęła wypytywać o te listy wysyłane dzieciom i w jaki sposób powiadamiani są mugole, czy się ich jakoś przygotowuje i tak dalej.
– Nie wiedziała, że rodzice mugolskich dzieciaków przyjeżdżają do szkoły zanim podejmą decyzję? – zdziwił się Severus.
– Nie. Batsheda spędza zawsze wakacje u swojej siostry. Przez lata nigdy się tym nie interesowała i na moje szczęście teraz zaczęła. Nieważne, w każdym razie Minerwa opowiadała o wszystkim z wielkim zapałem, ale na koniec, jak to ona, zaczęła trochę narzekać.
– Trochę? – parsknął Severus. – W swoim laboratorium słyszałem jej zawodzenie.
– Nie przerywaj mi – warknęłam. – I teraz nie wiem co miałam powiedzieć. – Ze złością założyłam ręce na piersi.
– Narzekała. Minerwa. Głośno – podpowiedział Severus.
– No właśnie. – Uśmiechnęłam się, jakbym doznała olśnienia. – Marudziła, że ma tylko pięć lat, żeby zweryfikować dzieciaki, a początkowo jest ich zwykle dwa razy więcej niż zostaje przyjętych. Dopiero na trzy lata przed wysłaniem listów spis dzieci się jakoś klaruje, chociaż czasem bywa, że jeszcze ktoś odpada albo komuś nagle objawia się magia. Podobno tak było w przypadku Neville'a Longbottoma. Dopiero od niedawna czuć w nim wyraźnie magię. Nieważne. – Obojętnie machnęłam ręką. – Minerwa narzekała, że każdy list musi napisać ręcznie, każdy musi podpisać, każdy zapakować, później zalakować i jeszcze sama zadbać o czary na pergaminy i na koniec to ona musi wysłać te listy i upewnić się, że wszystkie dotarły do celu, a później jeszcze odwiedzać rodziców. Gadała coś jeszcze o spisie potrzebnej wyprawki w jaką muszą rodzice zaopatrzyć dzieciaki, ale to już jakoś nie przykuło mojej uwagi. Chociaż Septima się oczywiście kłóciła o swoje podręczniki.
– Minerwa narzekała, to słyszała cała szkoła i co nam to dało? – Severus uniósł brew, spoglądając pytająco.
– Cicho siedź – zganiła go matka.
– Usiadłam sobie obok Minerwy i zaczęłam ją pocieszać, i współczuć jej, a reszta za chwilę poszła w moje ślady …
– Przecież ona niczym więcej się nie zajmuje tylko tymi nowymi dzieciarami – przerwał mi. – Co tu współczuć?
– Oj, słowo daję, z ciebie to czasem taki Ślizgon, jak ze mnie szukający – warknęłam poirytowana. – Udałam, że jest mi jej żal i z cichutkim westchnieniem zaoferowałam pomoc. Po chwili moje ciche westchnienie przeszło w całkiem spory zapał do wymyślania nowych zaklęć, którymi można obłożyć pergaminy, na których pisane są listy i tak oto macie przed sobą osobę asystującą przy rekrutacji trzech kolejnych roczników hogwardzkiej młodzieży. Minerwa jeszcze nie wie, że moja pomoc skończy się szybciej niż zacznie.
– Mhm – prychnął Severus – zawsze wiedziałem, że z ciebie przebiegła istota. Moja kobieta – dodał z dumą i ucałował mnie w skroń.
Spojrzałam na męża z krzywym uśmiechem i podniosłam się, żeby nalać sobie herbaty.
– A wy? Macie coś? – spytałam po chwili.
– Mam ten spis dzieciaków urodzonych w szpitalu i przy asyście, któregoś z naszych uzdrowicieli bądź szpitalnej akuszerki – odpowiedziała Eileen. – Zaznaczyłam, które z nich regularnie jest badane. Troje chłopców nigdy nie odwiedziło szpitala. Reszta z różną częstotliwością. Mam coś jeszcze – mruknęła cicho.
– Mamy cię jakoś zachęcić? – spytał Severus, gdy ucichła na dłuższą chwilę.
– Masz jakiś pomysł? – odgryzła się Eileen.
– Może mama puszczać jego durne uwagi mimo uszu? – zirytowałam się.
– Z przyjemnością. – Starsza kobieta uśmiechnęła się miło. – Wykradłam coś z laboratorium – szepnęła, a my spojrzeliśmy na nią wielkimi oczami. – Nie martwcie się, nikt nic nie widział, nikt niczego się nie dowie.
– Co mama zwinęła? – Nie mogłam ukryć uśmieszku. Eileen z niewinną miną powiększyła malutką skrzyneczkę, która dotychczas niezauważona stała spokojnie na stoliku, i otworzyła jej wieczko, ukazując kilka fiolek z krwią.
– Po jednym? – sarknął Severus, wyciągając z pudełka dwie i wręczając mnie jedną z buteleczek.
– To krew sześciu chłopców urodzonych w osiemdziesiątym – wyjaśniła Eileen. – Do tej listy z całą pewnością możemy jeszcze dołączyć Potter'a i Weasley'a, jego matka urodziła tyle dzieciaków, że nie potrzebna jej była już akuszerka przy porodzie tego chłopca i wiem, że syn tej czarownicy, która owdowiała właśnie piąty raz, chodziła z wami do szkoły, też urodził się tego roku, nie wiem, jak ona się teraz nazywa …
– Tego nikt nie wie – zaśmiałam się. – Niemniej wiemy o kogo chodzi. Chłopiec ma na imię Blaise. Narcyza się z nią przyjaźni i opowiadała mi o nim troszkę. Do listy możemy dopisać jeszcze MacDougal'a. Przychodzi regularnie do księgarni. Jego mama ostatnio dość obrazowo opowiadała mi o wiośnie tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt. Wówczas to urodziła swojego jedynego syna, gdzieś podczas wyprawy w góry, w poszukiwaniu jakichś stworzeń, które to budzą się wówczas ze snu zimowego. Wspomniała coś o przecięciu pępowiny nożem. – Wzdrygnęłam się, a Severus zrobił zniesmaczoną minę. – Ma dość sporo takich opowiastek i większość to bzdury, ale nie sądzę, by gadała głupoty co do daty urodzenia chłopca. – Eileen zaśmiała się ze współczuciem, przypominając sobie, jak dzielnie znosiłam te opowieści, byle jak najwięcej wyciągnąć od matek i opiekunek dzieci, które odwiedzają księgarnię. Severus w tym czasie zaczął przeglądać notatnik ojca i co chwilę robił zdziwioną minę. Na koniec zamarł w bezruchu, przymknął powieki i opadł ciężko na oparcie kanapy.
– Co tam wyczytałeś? – Spojrzałam na niego z zainteresowaniem.
– Tata nie próżnował – mruknął, spoglądając na matkę znad notatnika ojca.
– No mówże, bo w domu to siedzi cicho i udaje, że nic nie wie – ponagliła go matka.
– Severus? – Chwyciłam go za rękę, gdy nadal nie wypowiadał ani jednego słowa.
– Nasz syn żyje – wyszeptał.
Schowałam twarz w dłoniach i z trudem pohamowałam głośny szloch. Severus objął moje ramiona drżącymi dłońmi i z całej siły przyciskał do siebie. Oddychałam ciężko i z trudem łapałam powietrze, a wielkie łzy ciurkiem płynęły mi po policzkach. Mocno mnie do siebie przyciskając, posunął notatnik w stronę równie wzruszonej matki.
– Jak mu się to udało? – Eileen nie mogła oderwać się od czytanych notatek i po chwili szybkim krokiem ruszyła do kuchni. – Merlinie, jest tutaj – krzyknęła do nas. Dopiero teraz oderwałam się od męża i sięgnęłam po zapiski teścia.
Solem, przepraszam dziecko. Pewnie powinienem był napisać tutaj jedynie swoje przemyślenia, a działanie pozostawić Tobie i Severusowi, ale nie mogłem się oprzeć, a i nie chciałem dawać błędnych tropów i nadziei. Ufam, że mi wybaczycie, iż nieco naruszyłem Waszą prywatność i odwiedziłem Wasz dom podczas Waszej nieobecności. Długo zastanawiałem się, gdzie ja ukryłbym testament i instrukcje do niego, gdyby zawartość mojej skrytki zawierała cenne, a jednocześnie niebezpieczne i zakazane przedmioty. Miejsce, do którego prędzej czy później byś zajrzała Ty, nikt inny. Twoja matka spisała swój własny, była jedyną spadkobierczynią tej starej skrytki i tylko ona mogła wyznaczyć spadkobierców. Nie przewidziała jednak, jak bardzo bolesna będzie dla Ciebie jej śmierć, jak trudno będzie Ci przebywać w miejscach, które przypominają Ci o rodzicach i nie dopuszczała do siebie myśli, że wraz z nimi odejdzie jej wnuk. Przewidywała, że po ich śmierci otoczysz się pamiątkami, a zapewne Teodorowi podarujesz swój dziecięcy teleskop, który z tego co wiem, dopiero niedawno przyniosłaś ze skrytki. Domyślam się jednak, że nie miałaś chęci w niego zaglądać i słuchać opowieści o gwiazdach snutych przez Twego ojca i matkę. Dużo czasu zajęło mi wysłuchanie ich wszystkich. Opowieść o najjaśniejszej z gwiazd Modesta nie była ostatnią. Gdy Modest zakończył, uaktywnił się czar i z teleskopu popłynęła opowieść o tym, w co całymi godzinami wpatruje się Słońce zamiast uczyć się lepontyjskiej gramatyki. Chyba nie muszę Ci podpowiadać. Sama całkiem niedawno opowiadałaś mi historię kalendarza księżycowego, który wzbudzał w Tobie zachwyt, gdy byłaś dzieckiem. Dalej nie było łatwo i chciałem już zrezygnować. By bryła symbolizująca Słońce na kalendarzu otworzyła się, trzeba było przestawić go na odpowiednią datę. Początkowo nie miałem pojęcia, co było dla Ciebie tak ważne, a jednocześnie nieoczywiste dla każdego innego. Coś, co łączy Cię z Twoim synem, bo i on musiał mieć dostęp do testamentu. Godzina narodzin Severusa połączona z datą mojego ślubu z Eileen, wcale nie była oczywista. Nie dla kogoś, kto nie zna Cię tak dobrze jak ja. No dobra, ja użyłbym podobnego klucza. Nie, mój testament jest złożony … dowiecie się po mojej śmierci. Severusie nie zmuszę Cię do nadmiernego myślenia i działania. Nie martw się.
Niemniej udało się. Testament Twoich rodziców znajdziecie w ulubionym przedmiocie mojej żony, do którego nigdy nie chce Cię dopuścić, Solem. Przeczytałem go. Nie byłem w stanie na niego nie zerknąć, za co znowu bardzo Cię przepraszam. Na skrytkę w banku nie są nałożone żadne nieznane zabezpieczenia. Tak jak przewidywaliście; przy pierwszym jej otwarciu po śmierci Liwii, muszą być obecni wszyscy żyjący spadkobiercy. Nie pomylił się goblin, zwracając Ci uwagę, że masz męża. Mogę się tylko domyślać dlaczego to jemu powierzono całą zawartość, ale sama skrytka została zapisana także Modestowi, Tobie i Teodorowi. Jednak imię Modesta, jako jedyne nie świeci już jasnym blaskiem …
Przepraszam, że sam pozwoliłem sobie na dociekanie Waszych tajemnic. Uznałem jednak, że w tej sprawie ważna jest wyjątkowa ostrożność i dyskrecja. Nie chciałem dać po sobie znać, że coś wiem, zmuszać Was do odwiedzania domu w Londynie, chociaż sam robię to częściej niż Wy. Tak wydało mi się bezpieczniej.
Choćbym miał przeszukać każdy dom na tym świecie i zlustrować czarami każde dziecko w wieku Teo, znajdziemy go.
Eileen, przestrzegam Cię, przestań się uśmiechać i płakać zanim wrócisz do domu. Ostatnio chodzisz skwaszona niczym kapusta i taka lepiej dziś pozostań. I nie całuj mnie, nie ściskaj, możesz ugotować wieczorem dobrą kolację. Później zafiuukam do naszego syna, żeby wpadli razem z Solem po Leen i zostali na kolacji, a może skuszą się zostać na noc, byśmy mogli rano zabrać naszą wnuczkę na plac zabaw? To będzie chyba wystarczający pretekst do uśmiechu.
Solem, zgłosiłem do Ministerstwa chęć publikacji na temat starożytnej magii. Zaznaczyłem, że Ty zostałaś wydelegowana do tego zadania jako, że Twój ojciec prowadził już zapiski na ten temat. Widziałem spreparowany przez Ciebie pamiętnik ojca. Nie sądzę, by ktoś podważył jego autentyczność. Nie udało mi się wykryć żadnych zaklęć. Domyślam się, że wszystkie sama stworzyłaś. Tak, tak wiem, to przecież nic trudnego. Siadłaś i z potrzeby postarzenia dziennika wymyśliłaś kilka zaklęć. – Wywróciłam oczami, czytając ten fragment. Denerwowało mnie, że przez Severusa teraz każdy z moich przyjaciół i znajomych kpił z moich umiejętności tworzenia zaklęć. – Samo podanie jednak omówimy w biurze.
Do zobaczenia wieczorem, Tobias.
Severus
Odetchnąłem głęboko, gdy na jej twarzy pomimo spływających po policzkach łez, dostrzegłem szeroki uśmiech. Chwyciłem ją za dłonie i mocno przytuliłem. Czułem jej mocno bijące serce na swojej klatce piersiowej i urywany oddech na szyi. Bardzo chciałem już dziś, zaraz biec i szukać naszego synka. Przyprowadzić go do niej i cieszyć się odnalezionym szczęściem.
– Nie mam pojęcia, czy bardziej chce mi się cieszyć, że on żyje, czy płakać, że tak dużo czasu nam zajęło, by do tego dojść – jęknęła w moje ramiona.
– Nic nam nie da obwinianie się i zamartwianie. – Pogładziłem ją lekko po plecach. – Solem, nasz syn żyje. – Chwyciłem jej twarz w dłonie i oparłem swoje czoło o jej, spoglądając głęboko w zielone tęczówki. – Żyje i odzyskamy go. Przysięgam ci.
– Ugotuję coś specjalnego – zapiszczała Eileen, gdy w końcu udało nam się otrząsnąć. Wciąż mocno ściskała przy piersi testament znaleziony w uchwycie piekarnika i dopiero po chwili oprzytomniała i podała go Solem.
– To jawna niesprawiedliwość – jęknęła i wydęła wargi, udając pokrzywdzoną. – Zapisała ci wszystko co jest w skrytce. Tobie. – Spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Zapewne uznała mnie za tego bardziej bystrego w naszym związku – odparłem z wyższością, domyślając się powodów, które kierowały Liwią.
– Taaa – prychnęła – Jestem przekonana, że skrytka pełna jest jedynie pająków. Brrryyy. – Wzdrygnęła się na samą myśl.
– Och, to by świetnie pasowało – zaśmiała się Eileen. – Kiedyś, jak jeszcze chodziliście do szkoły, spotkałam się z Liwią na kawie i nie ukrywam, że jedna drugą nieco ciągnęła za język. Ja chciałam się dowiedzieć wszystkiego o tobie, Sol, ona o Severusie. Jakoś tak, sama mi się wymsknęła opowieść o tym, jak miałeś siedem lat i koniecznie chciałeś mieć pająka za chowańca. Znalazł takiego wielgachnego w sklepie i się uparł, że on go chce. Później się okazało, że pajączek miał być ofiarą eksperymentów eliksirowych, a nie chowańcem.
– O Merlinie, Leen mi ostatnio wspominała coś o miłym, puchatym zwierzątku – jęknęła ze zgrozą. – To było zaraz po tym, jak oglądała jakieś twoje zdjęcia z czasów, gdy byłeś mały, u rodziców na strychu. Merlinie, była zachwycona zdjęciem, na którym widziała cię z chowańcem.
– Czyżbyś się zgodziła na to miłe, puchate zwierzątko nieco w ciemno? – zadrwiłem.
– Nieco bardzo tak – mruknęła niezadowolona, a Eileen wybuchła gromkim śmiechem. – Byłam przekonana, że ona chce lunaballa, czytała o nich ostatnio...
– O akromantulach i akromonticzakach też – zaśmiałem się.
– Kupimy jej kucyka – zakomunikowała. – To odwróci jej uwagę od pająków.
– Yhy, jeszcze dziś – zakpiłem. Uśmiechnąłem się w duchu, widząc, jak moja żona z przerażoną miną szuka w głowie jakiegoś rozwiązania i zrobiło mi się jej żal dostrzegając, jak jej ramiona opadły po chwili, a na twarzy pojawiało się zrezygnowanie. Nie miałem dłużej sumienia jej dręczyć. Bała się pająków, a i tak dzielnie pomagała mi czasami w ich oprawianiu, gdy jeszcze nie mieliśmy pieniędzy, by zatrudnić człowieka do oporządzania żywych ingrediencji w sklepie. – Mówiła mi, że chce nazwać swojego chowańca Oculos in occipitio*. – Solem jęknęła głośno, a Eileen spojrzała na nią ze współczuciem. – Jakże to trafna nazwa dla lunaballa. – Roześmiałem się na cały głos. – A ile to ja razy się nasłuchałem, by nie obiecywać dziecku niczego w ciemno. – Pokręciłem głową z ironicznym uśmieszkiem. – Pytała mnie o nie kilka dni temu – uspokoiłem żonę. – Kazałem jej spytać jeszcze ciebie.
– Jesteś okropny – mruknęła, ale wyraźnie odetchnęła.
.: :.
Kolejne kilka tygodni zbieraliśmy wiadomości na temat możliwych zaklęć i eliksirów modyfikujących, wszystko czego można było użyć na małym chłopcu, by zmienić jego wygląd i wszelkie cechy dziedziczne. Na nasze nieszczęście było tego całkiem sporo, a co gorsze wiele utrzymywało trwały efekt przez kilka lat. Powoli udało nam się także stworzyć listę uczniów z rocznika osiemdziesiąt. Chociaż niewielkie, istniało prawdopodobieństwo, że w Teo nie objawiła się magia bądź została sztucznie zahamowana, ale chwilowo postanowiliśmy zająć się jedynie tymi chłopcami, których mieliśmy na liście. Jeśli to nie przyniesie pożądanych rezultatów, Solem zamierzała otwarcie porozmawiać z Minerwą i poprosić o spis wszystkich dzieci, które poddane były przez nią weryfikacji.
Dużo trudniej niż się tego spodziewaliśmy szło rzucanie czarów wykrywających wszelkie nałożone maski i zaklęcia, ale te nie były jedynym problemem. Istniało także prawdopodobieństwo spożywania eliksirów. Nie podejrzewałem, by w całej Wielkiej Brytanii znalazł się choć jeden Mistrz, który poprawnie uwarzyłby miksturę modyfikującą genetykę włosa czy krwi, ale musieliśmy zakładać, że ktoś jednak potrafił. Nie chcieliśmy tym razem przeoczyć żadnego śladu albo pominąć czegoś tylko z powodu mojej zarozumiałości.
Pomimo rzucanych zaklęć sprawdzających, pokaźnej kolekcji włosów i krwi, lista chłopców praktycznie nie malała. Spośród piętnastu czarodziejów urodzonych wśród magicznych rodzin było ledwie trzech półkrwi. Nie dało się określić żadnym znanym zaklęciem, jak daleko sięgał czysty rodowód, a Solem nie chciała w tym wypadku ufać stworzonym przez siebie czarom. Do listy dołączyli także czarodzieje wychowywani przez mugoli i ci na szczęście wypełnili jedynie lukę po dzieciach półkrwi. Zweryfikowanie ich statusu krwi, zostawiliśmy sobie na koniec.
Chociaż paliła mnie ciekawość, z otwieraniem skrytki daliśmy sobie chwilowo spokój. Nie było sensu próbować na siłę i ściągać na siebie uwagę. Jeśli Teo został porwany dla jej zawartości musieliśmy się mieć na baczności.
Leen doczekała się swojego upragnionego chowańca, chociaż magiczne stworzonko nie należało do typowych udomowionych zwierząt, była szczęśliwa, mogąc je tresować. Była grzeczna, ale ciętego języka jej nie brakowało. Gdy zachodziła potrzeba potrafiła się porządnie odgryźć, a w dyskusji z nami przytaczała często miażdżące i niezwykle inteligentne argumenty. Podejrzewałem, że duży na to wpływ miało przebywanie w towarzystwie profesora Davisa, który teraz dwa razy w tygodniu dawał jej lekcje zaklęć, panowania nad mocą i wykorzystania wszelkich starożytnych technik. Leen, tak jak podejrzewał profesor, z czasem zatracała zdolność posługiwania się magią bezróżdżkową, ale wciąż pozostawała bardzo silną czarodziejką. Davis zapewniał, że umiejętność rzucania zaklęć bez różdżki powróci do niej, gdy osiągnie pełnoletność. Zarzekał się, że podobnie było u Solem, chociaż nikt, oprócz niej nie mógł mieć pewności, jaka była prawda.
Lubiłem pojedynki z byłym wykładowcą żony. Początkowo pojedynkowaliśmy się po wyjściu Eileen z zajęć, ale z czasem pozwoliliśmy jej patrzeć. Kilka razy także i Solem udało się namówić na mały sparing ze mną albo Davisem. Za pierwszym razem, byłem pewien, że będę musiał się mocno hamować, by jej nie skrzywdzić, ale dość szybko przekonałem się, że umiejętności żony z rzucania zaklęć wykraczają bardzo daleko poza czary stosowane w gospodarstwie domowym. Nigdy nie użyła przeciwko mnie dwóch różdżek, chociaż dobrze wiedziałem, że wówczas nie miałbym z nią żadnych szans. Kiedyś, gdy byliśmy jeszcze nastolatkami nie przywiązywała dużej wagi do noszenia zapasowej broni w rękawie; od dłuższego jednak czasu nawet po mieszkaniu nosiła przy sobie dwie. Zaskoczyła mnie, gdy o to kiedyś zapytałem. Byłem przekonany, że to z przyzwyczajenia albo dla większego bezpieczeństwa, ale ona odparła, że nosi ją dla Leen. Dziewczynka była dobra w rzucaniu zaklęć i teoretycznie znała też te przy pomocy, których można się bronić, ale była jeszcze za młoda, by wyposażyć ją we własną różdżkę, a tę treningową mogła używać jedynie na sali ćwiczeń Davisa. Solem wyznała mi, że boi się, że ktoś będzie jej chciał kiedyś odebrać córkę, a ta nie będzie mogła się obronić bez różdżki. Dlatego nosiła swoją zapasową, zaklętą tak, by tylko Leen mogła ją wydobyć z jej szat.
Po długiej, pełnej łez i wyczerpującej rozmowie, Solem pogodziła się z tym, że pomimo zażywanych eliksirów ciężko jej będzie zajść po raz kolejny w ciążę. W końcu udało mi się ją przekonać, że to ona i Leen były dla mnie najważniejsze, i ponad wszystko pragnąłem jej szczęścia i uśmiechu, a kolejne dziecko byłoby jedynie miłym dodatkiem. Przeciągnąłem się, rozkładając wygodnie na kanapie. Dziwiło mnie, że zawsze jak przybywałem sam do domku w Szkocji, nikogo tam nie spotykałem. Natomiast, gdy pojawialiśmy się razem z Solem, chwilę po nas zjawiała się także matka. Westchnąłem głośno na tę myśl i skierowałem się wolnym krokiem do kominka.
Nie zdążył dobrze przejść przez sieć fiuu, gdy płomienie ponownie zabarwiły się na zielono i wprost na mnie wyskoczyła Amelia. Miałem już na końcu języka dziesiątki ciętych uwag i z trudem, ale powstrzymałem się, widząc, jak bardzo blada i ledwie przytomna była kobieta.
– Amelia? Co się u licha stało? – spytałem, chwytając ją pod ramiona i prowadząc na kanapę.
– Sol? – wyszeptała ze łzami w oczach i ciężko opadła na siedzenie.
*Oczy dookoła głowy
Kolejny rozdział: „Zepsuta niespodzianka"
