ROZDZIAŁ 33

Niespodzianki miłe i trochę mniej

Leen

Nie miałam pojęcia, w jaki sposób utrzymać taki sekret przez cały dzień. W dodatku tata poprosił, żebym nie dała też nic po sobie poznać swoim szerokim uśmiechem. Jak tu się nie cieszyć, kiedy za kilka miesięcy będę miała brata albo siostrę? Zawsze o tym marzyłam, ale jak kiedyś spytałam o to mamusię, to ta się popłakała i wymówiła pracą. Dopiero później tatuś wytłumaczył mi dlaczego mamie tak trudno o tym rozmawiać. Rodzice starali się zawsze mówić mi prawdę, a gdy uważali, że byłam na coś za mała przepraszali i obiecywali, że wyjaśnią wszystko, gdy dorosnę. Wtedy tatuś uznał, że byłam wystarczająco duża, żeby zrozumieć i opowiedział dlaczego mamie ciężko zajść w kolejną ciążę. Wiedziałam, że mamusię skrzywdzono razem z babcią Liwią, dziadkiem Modestem i moim małym bratem, ale rodzice powiedzieli tylko tyle ile musieli, a ja nigdy o więcej nie pytałam, chociaż wciąż chciałam wiedzieć coś więcej. Czasem dyskretnie wypytywałam babcię Eileen i ta odpowiadała szczerze na pytania, ale rodziców bałam się pytać. Nie chciałam sprawiać im przykrości.

Tata opowiedział mi o tym, jakim cudem dla nich byłam i powiedział, że i tym razem zdarzył się podobny cud. Co prawda tata od lat tworzył eliksiry, które pomagały mamusi i z tego co kiedyś podsłuchałam wśród nich był taki, który miał pomóc zajść w ciążę, ale nie do końca byłam pewna, jak to działa. Nie chciałam wypytywać babci, która pewnie dość szczegółowo opowiedziałaby mi o tym, ale wówczas wyszłoby na jaw, że dość często nadstawiam uszu, chociaż nie powinnam.

Gdy tata i mama pojawili się w moim pokoju wczesnym rankiem i udając, że nie chcą mnie obudzić szeptali o tym, w którym pokoju najlepiej ustawić niemowlęce łóżeczko, nie byłam przekonana czego chcieli. Przecież byłam już duża i miałam łóżko dla dużych dziewczyn. Ale kiedy mama głośno westchnęła, że pewnie Leen nie będzie chciała przenieść się do pokoju bardziej oddalonego od ich sypialni, tak by mogli ją połączyć z pokojem dla dzidziusia tylko chwilę mi zajęło, żeby wszystko poskładać do kupy. Mama była w ciąży!

– Będę starszą siostrą – zapiszczałam, wyskakując z łóżka.

– Ciiiiicho. – Tata przyłożył palec do ust. Wziął mnie na kolana i razem usiedliśmy na łóżku.

– Cieszysz się? – spytała niepewnie mama.

– Pewnie i mogę nawet dziś zmienić pokój, bo ja wiem, że małe dzieci muszą być obok mamusi. Kiedyś czytałam o tym książkę – wyjaśniłam, widząc pytające spojrzenie matki. – No wiesz, w nocy trzeba je karmić, przewijać i takie tam. A ja już jestem duża i nie musisz do mnie w nocy wstawać.

– Spokojnie, gwiazdeczko – zaśmiała się mama. – Mamy jeszcze kilka miesięcy na zmiany.

– Kilka? Ile? Czytałam, że dziewięć i pół.

– Troszkę mniej – odparł tata – ale jeszcze nie wiemy dokładnie. Jutro mamusię pewnie zbada babcia to będziemy wiedzieli dokładnie. Tylko pamiętaj, do jutra, do przyjęcia mamy masz nikomu nic nie mówić – poprosił tonem jasno wskazującym, że jak coś wypaplę to pożegnam się, z którymś z przywilejów na bardzo długi czas.

– Będę milczała jak grób – zapewniłam. – A Susan? Mogę jej powiedzieć?

– Leen, Susan zwłaszcza masz nie mówić – westchnęła mama.

– Dobra – mruknęłam. – A to siostra czy brat?

– Nie wiemy, gwiazdeczko.

– A jak będzie miało na imię?

– Nie wiemy jeszcze – zaśmiała się mama i spojrzała z zainteresowaniem na tatę, który dziwnie prychał pod nosem.

– Tata chyba wie – wyszeptałam, pochylając się nad uchem matki.

– Najwyraźniej – mruknęła, krzywiąc się.

– Ty wybierałaś imię dla niej – odparł w odpowiedzi na niezadane pytanie. – Moja kolej.

– Myślałam, że razem je wybieraliśmy – zaoponowała mamusia.

– Moja rola ograniczyła się do przebywania jedynie w tym samym pomieszczeniu, gdy decydowałaś o imieniu naszej córki – prychnął.

– Niech ci będzie, pozwolę imię wybrać tobie i Leen.

Zaśmiałam się, widząc zdziwienie na twarzy ojca.

– Czego chcesz za zrzeczenie się tego prawa? – Spojrzał na mnie wyzywająco.

– Kucyka – zaszczebiotałam, a uśmiech momentalnie zniknął z twarzy rodziców.

– Widzisz co narobiłaś? – zwrócił się do mamy. – Teraz przybędzie nam jeszcze koński łeb do wykarmienia.

– Naprawdę, tatusiu? – Aż podskoczyłam.

– Oczywiście, że nie – oburzył się.

– Podoba mi się imię … – Udałam, że się mocno zastanawiam – Syriusz – wykrzyknęłam.

– A może od razu Azor? – odparł z kpiącym uśmieszkiem tatuś.

– Severus – warknęła mama.

– O, mamusia ma całkiem dobre pomysły. – Tata ucałował mamę w skroń. – Skoro mamusia chce, żeby miał na imię Severus, chyba nie możemy jej odmówić, prawda Leen? – Mama wywróciła oczami, a mnie nie pozostało nic innego, jak rozłożyć ręce i przymknąć powieki.

– Merlinie spraw, żeby to była dziewczynka, żeby to była dziewczynka, żeby to była dziewczynka – powtarzałam z coraz większym rozbawieniem, ku irytacji ojca. – A dziewczynka, jak będzie miała na imię? – spytałam po chwili.

– Jak to jak? Severus – odparła mama i teatralnie wzdychając, opadła na poduszki.

Na całe szczęście popołudnie spędzałam z profesorem Davisem i udało mi się nikomu nie wypaplać skrywanej przez rodziców tajemnicy. Profesor miał mi pomóc z prezentem urodzinowym dla mamy. Tata postarał się o jeden bardzo unikatowy przedmiot, o którym kiedyś przeczytałam w jednej z książek, które dostałam od Davisa i teraz tylko pozostało zakląć go w odpowiedni sposób.

Z uwagą przyglądałam się starszemu czarodziejowi, jak ten skupiał całą swoją moc w różdżce i powoli uwalniał zaklęcie. Nigdy jeszcze nie widziałam tak niezwykłego czaru. Mężczyzna dla lepszego skupienia miał przez cały czas zamknięte oczy, ale ja mogłam obserwować dokładnie co się działo. Z końca jego różdżki wypływały srebrzyste litery tworzące imiona członków mojej rodziny i powoli wnikały w złotą tarczę astrolabium. Trochę mnie bolało, jak Davis nacinał mi dłoń, by upuścić kilka kropli krwi na urządzenie, ale skaleczenie zaraz się samo zagoiło, a dzięki temu, będę miała dla mamy super prezent. Tatuś nie do końca wiedział na czym polega ten czar, ale profesor zapewnił, że nic złego nie może się stać i tata niezbyt chętnie, ale się w końcu zgodził. Sam też sporo na ten temat czytał, gdy pokazałam mu co chciałabym podarować mamusi, więc był przygotowany na to, że to będę musiała poświęcić trochę swojej krwi. Uśmiechał się do mnie ironicznie, gdy piszczałam podczas kaleczenia dłoni i to mnie trochę denerwowało. Oczywiście, że sama się na to zdecydowałam, więc teraz nie powinnam marudzić z powodu malutkich niedogodności, ale tata mógłby chociaż ze mnie nie drwić.

Mogłabym przysiąc, że moje brwi dotknęły linii włosów, gdy ujrzałam najpierw imię Teodor Modest, a dopiero później Eileen Liwia. Brwi chyba miałam na czubku głowy, gdy po mnie zaczęły wsiąkać imiona Asteria Solem i Selene Severiana. Spojrzałam z szerokim uśmiechem na ojca, ale ten mierzył mnie poważnym spojrzeniem bez cienia uśmiechu. Pokręcił głową, gdy chciałam wykrzyknąć co zobaczyłam i w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Nie tylko nie chciałam zaburzyć czaru, ale przecież obiecałam, że nikomu nie wyjawię tajemnicy o ciąży. Będę miała jeszcze dwie siostry, ale czy to oznaczało, że mamusia urodzi dwie naraz? Przecież czar nie mógł zadziałać na jeszcze niepoczęte dzieci. Rozważałam w myślach każdą możliwość, gdy nagle do mojej jaźni dotarło to co zobaczyłam i co tata tak naprawdę kazał zachować dla siebie.

Severus

– Tatusiu? – spytała niepewnie, gdy znaleźliśmy się na dziedzińcu uniwersyteckim.

– Masz ochotę na przejażdżkę London Eye? – Nie pozwoliłem jej zadać głośno tego pytania.

– Pewnie, tatku – odparła, siląc się na entuzjazm, chociaż dobrze wiedziałem, że nie cierpiała jeździć na karuzeli.

– Przepraszam, że cię tu zabrałem, ale … Eileen, to co zobaczyłaś musisz zachować dla siebie – zacząłem niepewny ile mogłem zdradzić dziecku. – Pamiętasz, jak tłumaczyłem ci kiedyś podstawy oklumencji? – Dziewczynka lekko potaknęła. – To co zobaczyłaś zepchnij w umyśle tak daleko, jak tylko możesz. Staraj się o tym nie myśleć, nie analizować, nie dociekać, dobrze? – Kolejne potaknięcie.

– Tatusiu, jak to możliwe, czytałam … – urwała, gdy dotarło do niej, że właśnie narusza zasady, jakie przed chwilą ustaliliśmy. – Nie możesz mi nic powiedzieć? Czy to niebezpieczne dla mnie?

– Możliwe, że dla nas wszystkich. – Przymknąłem powieki i głęboko odetchnąłem. – Pamiętasz, jak opowiadaliśmy ci z mamą o złych ludziach, którzy napadli na nią, Teo i dziadków, dziesięć lat temu?

– Tatusiu, nie mam już czterech lat. – Eileen pochyliła głowę na znak skruchy. – Czytałam w archiwum, w bibliotece co się wtedy stało – wyznała, a ja lekko ją do siebie przycisnąłem, czując jak każdy jej mięsień się spiął, gdy wielkie koło młyńskie podjeżdżało do góry.

– Masz rację, nie masz już czterech lat, ale wciąż jesteś dzieckiem – odparłem smutno. – To ważne, żeby wszystko co powiem zostało między nami, a najlepiej żebyś o tym zapomniała.

– Dobrze, tato – odpowiedziała, przyglądając mi się z powagą.

Opowiedziałem córce o powracających wspomnieniach jej matki, o testamencie i częściowo o poszukiwaniach brata. Poczułem ukłucie w sercu, gdy mała zaczęła cichutko szlochać i przycisnąłem ją do siebie jeszcze mocniej. Była za mała, żeby to wszystko ogarnąć i za duża, żeby z powodzeniem ukryć przez nią prawdę.

– Eileen. – Odetchnąłem głęboko i chwytając za brodę, obrócił jej małą twarzyczkę tak, by na mnie spojrzała.

– Tatku, powinnam się cieszyć czy smucić? – Zaskoczyła mnie tym pytaniem.

– A co czujesz? – spytałem po chwili.

– Cieszę się, że mój brat żyje – odpowiedziała z pewnością w głosie. – Ale smutno mi, że nie wiemy co się z nim dzieje, czy jest szczęśliwy i czy niczego mu nie brakuje.

– Jesteś bardzo mądrą dziewczynką. – Uśmiechnąłem się do córki i kciukiem otarłem spływające po jej policzkach łzy.

– Znajdziesz go? – Spojrzała błagalnie.

– Znajdę – zapewniłem. – I wszyscy sprawimy, żeby był szczęśliwy, i już nigdy niczego mu nie zabrakło. – Mała dziewczynka objęła mnie w pasie i z całej siły przytuliła.

– Kocham cię, tatku – wyszeptała. – Ciebie i mamusię najbardziej na świecie. – W odpowiedzi ucałowałem ją w czubek głowy i mocno chwytając za rękę, wyprowadziłem z wielkiej karuzeli.

– Spisałeś się tatusiu. – Leen uśmiechnęła się do mnie promiennie, gdy kierowaliśmy się do domu w Londynie skąd mogliśmy łatwo przefiuukać do Hogwartu.

– Z czym? – zdziwiłem się.

– No wiesz, dwie naraz – odpowiedziała pokrętnie dziewczynka.

– Co dwie naraz? – Spojrzałem na nią, marszcząc brwi.

– Daj spokój, ja już od dawna wiem skąd się biorą dzieci – prychnęła. – Babcia mi wszystko wyjaśniła. Żeby zrobić dwie naraz musiałeś się napracować, nie? – Przymknąłem na chwilę powieki i w myślach przeklinałem swoją matkę każdą możliwą klątwą torturującą. – Będziesz miał teraz cztery dziewczyny na głowie, tatku – zachichotała. – Powiemy mamie?

– Chcesz jej zepsuć niespodziankę? – zaśmiałem się. – Dopóki żadna z nich nie będzie w niebezpieczeństwie jej imię i koordynaty nie wyświetlą się na tafli astrolabium. Mama nie musi wiedzieć, że one już tam są. Dajmy jej nas zaskoczyć, gdy dowie się tego od babci.

– To dobry pomysł – przytaknęła z uśmiechem.

.: :.

Solem

Moje przyjęcie urodzinowe, jak hucznie nazwała je Leen, odbywało się w ogrodzie państwa Snape. Eileen uparła się, że sama wszystko przygotuje i do obowiązków Severusa i córki należało jedynie przyprowadzić mnie na czas. Oprócz rodziny, matka zaprosiła jeszcze Amelię z bratanicą i ku wielkiej irytacji mojego męża ta przyszła ze swoim chłoptasiem. Leen uparła się, że na takiej ważnej uroczystości nie może zabraknąć profesora Davisa i chociaż ten próbował się wymówić wszelkimi możliwymi sposobami, siedział teraz naburmuszony pod jednym z drzew, udając, że nic go to nie obchodzi.

– Najpierw prezenty – zapiszczała Leen.

– Najpierw tort – upomniała ją babcia i ku mojej rozpaczy zaczęła zapalać niezliczoną ilość świeczuszek na wielkim cieście wniesionym przez małego skrzata.

– Na dziurę w skarpecie Merlina, myślałem że jesteś młodsza – wykrzyknął rozradowany Davis.

– Wciąż młodsza od pana, profesorze – mruknęłam z niezadowoleniem. Nie lubiłam być w centrum uwagi, nawet jeśli byliśmy jedynie w gronie najbliższych i przeszło mi nawet przez myśl, by wymówić się złym samopoczuciem, hormonami i innymi ciążowymi dolegliwościami, ale entuzjazm córki skutecznie mnie od tego odwiódł.

– No, to teraz prezenty – zakomunikowała dziewczynka i wręczyła mi pierwsze pudełko. – To od profesorcia. – Davis posłał jej zawistne spojrzenie, słysząc jak Leen zdrabnia jego tytuł.

– Och – wykrzyknęłam. – Profesorze, dziękuję – wydukałam zaskoczona. W pudełku znalazła niedużą książeczkę o starożytnym zaklęciu naznaczenia. Rzuciłam takie zaklęcie na Teodora w chwili, gdy został mi odebrany, ale nie do końca znałam jego działanie, a ściślej mówiąc, nie bardzo wiedziałam w jaki sposób magia naprowadzi mnie na przedmiot naznaczenia. Byłam zaskoczona nie tylko kosztownością dzieła, ale też nigdy nie wspominałam profesorowi o tym, że rzuciłam taki czar na syna. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy. Z jego oczu na jedną krótką chwilę zniknęły iskierki wiecznego rozbawienia, a pojawiła się powaga i nie miałam wątpliwości, że Davis wiedział więcej niżbym sobie tego życzyła. Nie miałam pojęcia w jaki sposób się dowiedział, ale podejrzewałam, że profesor był świadom naszej tajemnicy od bardzo dawna. – Severus – jęknęłam, otwierając kolejny prezent. W dużym pudełku znalazłam kilka mniejszych, a w nich pierścionek, kolczyki i nawet bransoletkę pasujące do naszyjnika prababci. Cała biżuteria była niezwykle piękna i niebotycznie droga. Wiedziałam, że Severus naprawił ozdobę po prababce uzupełniając brakujące kamienie, a ten centralny zastępując czarnym diamentem, ale nie spodziewałam się, że dostanę cały komplet zdobiony podobnymi klejnotami. – Nie musiałeś – szepnęłam, gdy zapinał mi naszyjnik. Odwróciłam się do niego i złożyłam namiętny pocałunek na jego ustach. Spodziewałam się, że każdy będzie chciał skomentować zarówno czułości, jak i prezent od męża, ale wszyscy goście spoglądali na nas z uśmiechem, nawet Syriusz patrzył z sentymentem.

– Później dostaniesz coś jeszcze – wyszeptał mi wprost do ucha i delikatnie przygryzł jego płatek.

– Mój na końcu – zakomunikowała Leen i podała mi najpierw prezenty od teściów i Amelii. – No otwieraj szybciej – popędzała, gdy przyszła jej kolej. Niepewnie sięgnęłam do pudełka, na którego dnie leżała mosiężna tarcza wielkości kieszonkowego zegarka.

– Astrolabium – szepnęłam. – Merlinie, Leen to astrolabium Hypatii. Jedno z pierwszych jakie skonstruowano. Skąd? Jak? Sprzedałaś duszę diabłu? – Nie dowierzając, spoglądałam na córkę. – Jedynie na to należące do niej można rzucić zaklęcie … dziękuję. – Porwałam córkę w ramiona i mocno wyściskałam.

– Podoba ci się, mamusiu? – spytała niepewnie, dostrzegając łzy w moich oczach.

– To najwspanialszy prezent, jaki dostałam.

– Tatuś mi pomógł – przyznała po chwili. – Co prawda w zamian będę musiała pomagać mu z żukami i pająkami do końca roku, ale i tak warto. Ja znalazłam ten czar i sama wyszukałam w jaki sposób go można rzucić na jakie przyrządy. Tata załatwił resztę, a profesorek pomógł z rzucaniem zaklęcia.

– Dziękuję, gwiazdeczko. – Po raz kolejny ucałowałam córkę. Podziękowałam wszystkim, każdego mocno ściskając. Zbliżyłam się do męża, żebyśmy mogli wspólnie przekazać nowiny, ale był tak pochłonięty z Leen bezgłośną kłótnią, że nawet mnie nie dostrzegł. Wymieniali między sobą uciszające spojrzenia, a założone na piersiach ręce jasno wskazywały, że żadne nie zamierzało odpuścić. Pokręciłam głową i pochyliłam się nad obojgiem. – Może spróbujcie na trzy – szepnęłam, czym zasłużyłam sobie na prychnięcie z jednej i drugiej strony.

– No dobra – mruknęli jednocześnie z wyraźnym niezadowoleniem i po chwili przekrzykiwali się jedno przez drugie.

– Będę starszą siostrą …

– Będę ojcem …

– A ja siostrą …

– Ale to ja jestem jego rodzicem … twoim zresztą też, więc cicho …

– Nie ma mowy, to ja jestem siostrą i ja powiem …

– To moja żona jest w ciąży …

– Ale moja mamusia …

– Ja będę do niego wstawał w nocy …

– A ja mu oddam swój pokój …

– Ja …

– Tak, jestem w ciąży – przerwałam im, widząc, jak dużą uwagę przykuli swoją kłótnią. Po chwili utonęłam w objęciach Amelii, a Severus padł ofiarą wzruszenia matki. Nawet Susan w końcu się uśmiechnęła i mocno wyściskała uradowaną Leen. Tobias ograniczył się do puszczenia oczka, ale Eileen już leciała do mnie z wyciągniętą różdżką. Ramiona opadły mi z rezygnacją, gdy ta otwierała już usta, prosząc, bym ułożyła się na jednym z leżaków. – Mamo, nie teraz – szepnęłam zakłopotana, a nieco zawiedziona teściowa jedynie mocno mnie wyściskała.

– Jak goście sobie pójdą, chcę cię widzieć w waszym pokoju – nakazała, udając srogą minę.

– Severus? – Byłam zaskoczona, gdy po skończonym badaniu nie zastałam męża w salonie. Leen już spała w pokoju, który urządzili dla niej dziadkowie i miałam nadzieję, że resztę wieczoru spędzimy tylko we dwoje.

– Jest w ogrodzie – poinformował mnie teść obojętnym tonem. Ledwie zdążyłam postawić stopę na tarasie, gdy pochwyciły mnie silne ramiona męża. Uniósł mnie nieznacznie do góry i czule ucałował.

– Chodź na spacer – poprosił i nie czekając na odpowiedź, pociągnął w stronę furtki.

– Co to? – spytałam, gdy stanęliśmy na wielkiej, kwiecistej łące. Severus machnął różdżką i tuż przede mną otworzyła się wysoka, żelazna brama.

– Zapraszam. – Stanął w progu i gestem nakazał bym weszła. Otworzyłam usta ze zdumienia. Po przejściu przez bramę moim oczom ukazał się olbrzymi, stary, nieco zaniedbany, ale przepiękny dom otoczony najwspanialszym ogrodem jaki w życiu widziała. – Reszta prezentu. Ode mnie i rodziców.

– Severus … – Nie miałam pojęcia co powiedzieć. – Ten dom … dom?

– Nasz dom w Londynie będzie nieco przymały dla trójki dzieci, a nie bardzo da się go rozbudować …

– Czwórki – poprawiłam.

– Doprawdy? – Severus udał zdziwienie.

– Jakbyś nie wiedział, jak twoje córki będą miały na imię – mruknęłam. – Ciekawa jestem, które z nas wpadło na ten cudowny pomysł. Bogini księżyca i bogini gwiazd. Chyba mi się podoba.

– Przepraszam. – Chwycił moją twarz i delikatnie ucałował. – Nie miałem pojęcia, że ten czar zadziała w taki sposób.

– Nie masz za co – zaśmiałam się. – To naprawdę cudowny prezent. To w taki sposób Leen dowiedziała się o Teo? – Severus przytaknął. Powiedział mi co się stało po zajęciach z Davisem, ale nie wyjaśnił jak. – A profesor? – zaniepokoiłam się.

– Niczego nie widział …

– Wydaje mi się, że on wie …

– Przyprowadziłem cię tu, żeby pokazać ci ten dom i spytać, czy zechcesz w nim zamieszkać – przerwał mi, dając do zrozumienia, że dzień moich urodzin to nie czas na trudne tematy.

– Jest … wielki i … jest piękny, ale … Severus nie stać nas, a nie możemy go przyjąć od rodziców. – Spojrzałam na męża z lekkim uśmiechem. – Jakoś się pomieścimy w szóstkę u nas.

– Po pierwsze stać nas – zaczął – i chciałem go całkowicie spłacić rodzicom, ale się uparli, że to prezent, a po drugie to spadek po pradziadkach.

– Po tych pradziadkach? Mieszkali tutaj? – Zaświeciły mi się oczy na myśl o wykorzystaniu starożytnych czarów podczas budowy i urządzania.

– Owszem – odpowiedział, głośno się śmiejąc z mojego nagłego entuzjazmu. – Kilka dni temu byłem w domku w Szkocji i natrafiłem na coś.

– Przeszukiwałeś dom beze mnie? – Skrzywiłam się. – Co znalazłeś?

– Część testamentu – wyjaśnił. – Przyprowadziłem tutaj rodziców i zamiast łąki ukazał nam się ten dom. Matka nic nie wiedziała, ale sama zapytała, czy nie chcemy go dla siebie. Pomyślałem, że to niegłupi pomysł. Stąd miałabyś blisko do wydawnictwa.

– Ale spłacimy go dobrze? Jeśli rodzice go nie chcą zapłacimy im za niego …

– Nie wolisz najpierw obejrzeć?

– Jestem pewna, że ty już to zrobiłeś – zaśmiałam się. – A już sam ogród jest tak cudowny, że mogę mieszkać nawet w tamtej altance.

– Zerknąłem jedynie w jakim jest stanie – zapewnił. – Pomyślałem, że razem go obejrzymy.

– Jest piękny – zachwycałam się, biegając od pokoju do pokoju. – Jakby urządzony dla nas – wzdychałam.

– Myślisz, że to magia? – zdziwił się.

– Możliwe, ale nie sądzę. – Uśmiechnęłam się, wchodząc do dużej komnaty, z której było przejście do drugiej równie dużej. – Chociaż z dużym prawdopodobieństwem masz rację. – Chwyciłam męża za rękę i głośno jęknęłam z zachwytu, gdy ściany drugiego pomieszczenia zaczęły przybierać pastelowe barwy. Róż przekształcił się w zieleń, a po chwili mieliśmy przed sobą cudowny niebieski odcień.

– Może być – mruknął Severus i objął mnie od tyłu, zatapiając nos w moich włosach.

– To już ósmy tydzień, Sev – szepnęłam.

– Przepraszam, nawet nie spytałem. – Zmieszał się nieco. – Wszystko dobrze, kochanie?

– Wszystko w najlepszym porządku. – Obróciłam się w jego ramionach i wtuliłam się w jego klatkę piersiową. – Mama nie mogła wyjść z podziwu nad twym talentem do eliksirów. Już od dawna twierdziła, że twoje eliksiry zdziałały cuda i nigdy nie spodziewała się, że mogą aż tak dokładnie naprawić wszystkie blizny w środku, ale teraz jeszcze bardziej się w tym utwierdziła. Powiedziała mi, że fizycznie już dawno byłam gotowa na kolejną ciążę i nawet bez tego ulepszonego eliksiru na wzrost jajeczek powinnam zajść w ciążę. – Posmutniałam.

– To eliksir sprawił, że będą dwie, prawda? – Spojrzał na mnie uważnie.

– Właściwie to nie do końca. – Chwyciłam go za rękę i poprowadziłam do dużego wykuszowego okna. Usiadłam na parapecie i leciutko pogładziłam po policzku. – To jednojajowe bliźniaki, a na to nie miał raczej wpływu eliksir.

– Czyli wszystko tak, jak zaplanowała dla nas …

– Natura – dokończyłam za niego. – Magia nie miała z tym nic wspólnego. Natura i zdolności mojego kochanego męża. Severus – odetchnęłam głośno – nie zdecydowałabym się na kolejną ciążę, gdybym całkowicie nie wyzdrowiała. Dzięki tobie jestem zdrowa.

– I dzięki mnie jesteś w ciąży – dodał z przekąsem. – Wiesz, że dziś mija rok?

– Rok? Merlinie, co znowu przegapiłam? – Spojrzałam zmieszana.

– Dokładnie rok temu po raz ostatni odzyskałaś wzrok. Cały rok bez ataków, Sol – wyjaśnił.

– Naprawdę? – zdziwiłam się. – Nie zwróciłam uwagi.

– Bo za rzadko myślisz o sobie – stwierdził. – Chciałbym jeszcze wyleczyć twoje migreny …

– Sev – jęknęłam – wiesz co mówi uzdrowiciel Philips. Migreny ustaną, gdy dziura po Obliviate zostanie wypełniona całkowicie.

Severus

– Naprawdę stać nas na niego? – Solem z rozmarzoną miną przechadzała się po domu. Dotykała starych mebli, gładziła ściany i siadała na kanapach. Wyjątkowo pasowała do tego domu i jak tylko go zobaczyłem, wiedziałem, że to najlepszy wybór dla naszej rodziny.

– Sama stwierdziłaś, że jestem najlepszym Mistrzem Eliksirów na świecie – odparłem zarozumiale.

– Najlepszym – potwierdziła i przystanęła ze zdumienia w progu jednego z pomieszczeń. – Sev … – Chwyciła mnie kurczowo za rękaw, gdy w komnacie zaczęły pojawiać się meble i zabawki z pokoiku Teodora. Nawet malunki na ścianach zostały dokładnie odwzorowane. Łóżko i kocyk, fotel i haftowane poduszki. Wszystko tak, jak urządziła Solem.

– To chyba jednak magia – mruknąłem.

– I to najwyższych lotów – dodała wciąż oszołomiona. – Severus? Severus – krzyknęła i natychmiast podbiegła, gdy moją twarz wykrzywił grymas bólu. – Co się dzieje, kochanie?

– Już w porządku – jęknąłem, pocierając lewe przedramię.

– Od jak dawna? – spytała, patrząc wymownie na moją rękę.

– Tydzień temu po raz pierwszy coś poczułem – odparłem, ciężko wzdychając.

– Dlaczego nie powiedziałeś? – Solem podeszła i szybkim ruchem podwinęła mój rękaw. Machnęła różdżką i po chwili ukazał się ukryty dawno temu mroczny znak.

– Nie chciałem cię martwić – spojrzałem na nią zbolałym wzrokiem. – Nie mam pojęcia co to oznacza, to nie wezwanie. Początkowo było tylko mrowienie, leciutkie, teraz niekiedy czuję lekki ból, ale dość raptowny i nieoczekiwany.

– Chyba obydwoje wiemy co to oznacza. – Przymknęła powieki, głośno wzdychając. – Odzyskuje moc. – Zrezygnowany pochyliłem głowę, a Solem mocno ścisnęła mnie za szyję i przyciągnęła do swego ramienia. Wplotła palce w moje włosy i delikatnie gładziła po głowie. – Severus. – Poderwała się nagle. – Musimy ostrzec Evans.

– Tego nie miałem w planach – mruknąłem z niezadowoleniem.

– Sev … jej syn …

– Porozmawiam z Blackiem – burknąłem. – Mnie i tak nie posłucha.

Nienawidziłem Evans i Lupina tak bardzo, jak tylko to możliwe, ale wiedziałem, że w tej kwestii nie było miejsca na dyskusje z żoną. Z dwojga złego wolałem sam ostrzec dawną przyjaciółkę niż pozwolić na to Sol, dodatkowo narażając się na kłótnie z nią. Nie mógłbym też już nigdy spojrzeć w oczy ani jej, ani swoim córkom, gdybym nie zrobił wszystkiego co tylko możliwe, by uchronić dziecko przed śmiercią. Wodziłem za nią smutnym wzrokiem, gdy przechadzała się po pokoiku pełnym niemowlęcych zabawek. Wszystko było dokładnie takie samo jak w naszym domu, w Londynie. Zastanawiałem się dlaczego tylko ten pokoik wyglądał, jak tamten. Wszystko inne zmieniło się pod nasz gust, ale odbiegało od tego, co sami urządzaliśmy.

– To dlatego, żeby Teo miał możliwość sam zdecydować w jaki sposób chce go zmienić – odpowiedziała na niezadane pytanie. – Dorósł już na tyle, że raczej nie spodoba mu się tutaj, ale magia chce oddać mu jego miejsce, chce by miał do czego wrócić, do czegoś co namacalnie łączy go z nami. On nie jest szczęśliwy, Severusie. – Po policzkach Solem spływały duże łzy. – Nie może być skoro magia w tym pokoiku widzi jego najszczęśliwsze chwile.

– Znajdziemy go, słoneczko. – Dużymi susami przemierzyłem dzielący nas dystans i mocno do siebie przytuliłem.

– Nie chcę tutaj mieszkać bez niego – wyszeptała cichutko w moje ramiona. – Bardzo za nim tęsknię. Sev, chcę go odzyskać, chcę go przytulić i chcę wiedzieć, że nic mu nie jest. Duszę się na myśl, że jest krzywdzony, że może jest głodny albo samotny. Znajdźmy go.

.: :.

– Dyrektorze? – Niepewnie uchyliłem drzwi do gabinetu przełożonego.

– Witaj, chłopcze. – Starzec wstał zza swego biurka i przywitał mnie z otwartymi ramionami. – Gratuluję, Severusie.

– Widzę już dotarły do pana najświeższe wiadomości. – Westchnąłem w duchu, szczerząc się jak idiota. Ciąża Solem nie była tajemnicą, ale denerwowało mnie, że Dumbledore wiedział o niej praktycznie chwilę po tym, jak my sami się dowiedzieliśmy.

– Nie to cię jednak do mnie sprowadza, jak mniemam. – Starszy mężczyzna wrócił na swoje miejsce za biurkiem i gestem nakazał bym usiadł.

– Wolę postać. – Odetchnąłem głęboko i podszedłem do okna. Uśmiechnąłem się, widząc Solem i Leen puszczające latawiec na błoniach. Bardzo chciałem znaleźć sposób, by skutecznie chronić swoją rodzinę przed wszystkim co złe. Przed smutkiem i troskami. Dać im szczęśliwe, beztroskie życie, na które zasługiwali. Odkąd pamiętałem moja żona nie miała łatwo. Nie była nieszczęśliwa, wręcz przeciwnie, ale wciąż pojawiało się coś co czyniło życie Solem trudnym. Niewiele potrzebowała i niewiele oczekiwała. Kiedyś, tuż przed naszym ślubem, powiedziała mi, że jedyne czego pragnie to spokojne życie u mego boku, gromadka dzieci i mały domek z ogródkiem. Chciała witać mnie dobrym obiadem po powrocie z pracy, uczyć dzieci, malować i patrzeć w gwiazdy. Zakuło mnie w sercu, gdy uświadomiłem sobie, że praktycznie miała to wszystko, ale z całym dodatkowym bagażem trosk i zmartwień.

Mogłem stworzyć dla niej każdy eliksir; wspomagający zajście w ciążę, niosący ulgę podczas migren, ułatwiający gojenie ran. Mogłem kupić dla niej wszystko; nowy, piękny dom z ogrodem, teleskop o jakim marzy każdy kto kocha niebo, biżuterię i piękne suknie, nawet kucyka, gdyby chciała. Mogłem pieścić ją i całować całymi dniami, szeptać czułe słowa i nawet pisać wiersze, gdyby to przekonało ją do mojej miłości. Nie wiedziałem jednak, jak załatać ranę w jej sercu. W jaki sposób odnaleźć syna. Jak uporać się ze złem, które czaiło się, by powstać i niszczyć wszystko co piękne.

Byłem boleśnie świadom tego, że mój powrót w szeregi śmierciożerców, będzie dla niej ciosem. Chociaż zawsze sprawiała wrażenie kruchej, małej istoty to wiedziałem, że była silną i twardą kobietą. Potrafiła podźwignąć się z najgorszych nieszczęść, odnaleźć w sobie słońce. Z determinacją szukała wyjść z najtrudniejszych sytuacji, ale potrafiła się też pogodzić z losem, gdy życie podsyłało jej przypadki beznadziejne. Nie chciałem, by teraz znowu musiała cierpieć, kiedy będę musiał odpowiadać na wezwania i warzyć torturujące mikstury. Byłem zdecydowany skończyć to szybciej niż cały ten durny zakon Dumbledore'a to sobie zaplanował. Nie zamierzałem liczyć na spełnienie przepowiedni i zawierzać życie swojej rodziny w rękach dzieciaka. Obawiałem się jednak, że nie dokonam tego w pojedynkę, a sojuszników, będę musiał dobrać sobie bardzo ostrożnie. Nie popełnię drugi raz tego samego błędu. Nie sprzedam się po raz drugi i nie narażę żony na kolejne niebezpieczeństwa.

– Leen to cudowna, mała dziewczynka, Severusie. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos starca. – Jest bardzo utalentowana i inteligentna, jak na swój wiek.

– To zasługa Solem. – Nie mogłem powstrzymać się przed uśmiechem, widząc, jak moja mała córka puka do brzucha matki.

– Tak, Solem to niezwykła czarownica – przytaknął dyrektor. – Mogłaby nam się przydać …

– Nie – uciąłem krótko.

– Severusie, dobrze wiem, co cię do mnie sprowadza. – Starszy czarodziej spojrzał wymownie na moje lewe przedramię. – Twoja żona …

– Powiedziałem, nie. – Spojrzałem twardym wzrokiem na swego rozmówcę. – Solem i Leen, jeszcze dziś opuszczą zamek i aż do porodu zamieszkają w naszym domu.

– Jest teraz w ciąży, rozumiem to. – Starzec nie dawał za wygraną. – Ale gdy już urodzi, przemyśl to jeszcze.

– To sprawa między mną a panem, dyrektorze – warknąłem ze złością. – Proszę nie mieszać do tego mojej rodziny.

– Mylisz się, chłopcze – odparł spokojnie Dumbledore. – Ta sprawa dotyczy nas wszystkich. Jeśli Tom odzyska moc, nikt nie będzie mógł czuć się bezpiecznie. Dlatego się u mnie dziś zjawiłeś, prawda? – Skinąłem lekko. – Umiejętności twojej żony mogłyby nam się przydać. Jej zaklęcia i łatwość posługiwania się starożytną magią bezródż...

– Skąd pan o tym wie? – Zmarszczyłem brwi i posłałem dyrektorowi piorunujące spojrzenie.

– Solem uczyła się u profesora Davisa – wyjaśnił Albus – i nietrudno domyśleć się jakimi włada umiejętnościami skoro uczył ją przez dwa lata, a z tego co wiem z chęcią uczyłby dłużej. Wiem, że od zawsze poszukiwał ucznia o takich umiejętnościach …

– Bez względu na to jaką mocą władałaby moja żona, proszę zostawić ją w spokoju – syknąłem.

– Nie uważasz, że to do niej powinna należeć decyzja? – Dumbledore posłał mi twarde spojrzenie. Dobrze wiedziałem, że bez względu na to, jak długo będę się upierał przy swoim, dyrektor i tak będzie próbował dotrzeć do Solem.

– Proszę jej do tego nie mieszać. – Ze złością walnąłem pięścią w parapet. – Sam znajdę sposób na pozbycie się Czarnego Pana.

– Interesujące – mruknął Dumbledore. – Severusie, jeśli Tom odzyska moc, naszym zadaniem będzie przygotować Harry'ego Pottera na walkę z nim, a Solem może nam …

– Dyrektorze – warknąłem ostrzegawczo. – Ten temat uważam za zakończony. – Obróciłem się i ruszyłem do wyjścia.

– A ja jeszcze nie skończyłem. – Dobiegł mnie głos starca, gdy zamykałem drzwi.

Kipiało we mnie ze złości. Miałem ochotę zadusić dyrektora gołymi rękoma, gdy tylko ten wspomniał o mojej żonie walczącej w szeregach Zakonu. Solem była inteligentna i sprytna, ale obawiałem się, że dyrektor będzie próbował uderzyć w jej słabe punkty i w taki sposób przekonać do przystąpienia do Zakonu Feniksa. Nie mogłem na to pozwolić. Nie tylko ze względu na dzieci. Jeśli Solem się w coś angażowała, zatracała się w tym bez reszty. Oddawała całą siebie, nie bacząc na swoje dobro. Nie mogłem dopuścić, by zajęła się sprawami Zakonu.

– Tatuś. – Z trudem opanowałem złość, gdy dziewczynka rzuciła mi się na szyję. – Co robisz? – zdziwiła się.

– A na co ci to wygląda, ha? – Uniosłem brwi i posłałem córce ironiczny uśmiech.

– Mnie to wygląda jakbyś próbował się nas szybko pozbyć – mruknęła, wchodząca do pokoju Solem.

– Pomyślałem jedynie, że pomogę w pakowaniu – odparłem, krzywiąc się.

– Ropuszka się tym zajmuje. – Solem z uśmiechem usiadła na łóżku córki. – Leen, skoro się dziś nie uczysz, to idź do biblioteki spakować swoje książki. – Dziewczynka potaknęła z niezadowoloną miną. – O co chodzi? – Chwyciła mnie za rękę, powstrzymując przed pakowaniem zabawek córki. – Siadaj. – Poklepała miejsce obok siebie i spojrzała z uwagą. Machnęła różdżką, wyciszając pomieszczenie i posłała mi wymowne spojrzenie. Dobrze wiedziałem, że wyprowadzka z zamku niczego nie zmieni. Bez względu na to gdzie będzie przebywała do czasu rozwiązania i tak była narażona na manipulacje Dumbledore'a. Odetchnąłem głęboko i przetarłem twarz dłońmi.

– Przepraszam – szepnąłem. – Byłem u dyrektora.

– Wyrzuca nas? – Solem posłała mi rozbawione spojrzenie.

– Nie, skąd ci to przyszło do głowy – zaperzyłem się.

– Bo twoje pakowanie było dość nerwowe, poza tym nie zabieramy wszystkiego. Wrócimy na jesieni. – Solem powiodła wzrokiem po kilku rozłożonych kufrach.

– Wiem – jęknąłem. Chwyciłem ją za ręce i spojrzałem zbolałym wzrokiem. – Jeśli on wróci, tutaj będziecie bezpieczniejsze.

– Między innymi dlatego postanowiliśmy, że po narodzinach bliźniaczek z powrotem tutaj zamieszkamy – odarła spokojnym głosem. – Chociaż dom twoich pradziadków to prawdziwa twierdza, nie jest tak bezpieczny jak Hogwart.

– Nie – szepnąłem.

– Powiesz w końcu o co chodzi? – spytała łagodnie, głaszcząc mnie po ramieniu.

– Dumbledore chce, żebyś została członkiem Zakonu – wyjaśniłem jej. – Chciałem zabrać cię czym prędzej z dala od niego.

– Trochę się spóźniłeś – westchnęła.

– Co? – Poderwałem się z miejsca.

– Rozmawiał ze mną, kiedy miałeś zajęcia – wytłumaczyła.

– Solem – jęknąłem.

– Nie zgodziłam się. – Odczułem ulgę i głośno odetchnąłem. – Daj spokój, ta idiotka Evans i jej przyjaciółeczka Marlena są w tym głupim Zakonie … och – Solem chwyciła się za usta – przepraszam.

– Oczywiście, że cały ten Zakon to jedna wielka głupota – skrzywiłem się. – Dobrze o tym wiem. Tak samo, jak ty wiesz, dlaczego …

– Wiem – przerwała mi i dla uspokojenia chwyciła moje dłonie. – Sev, jeśli będę mogła pomóc, to oczywiście pomogę, ale na moich zasadach. Nie zamierzam działać na warunkach Dumbledore'a. Miałby być moim szefem? – prychnęła.

– Rozpatrujesz propozycję Davisa? – spytałem, przyglądając się jej uważnie.

– Rozmyślałam na ten temat i chciałabym o tym porozmawiać – odpowiedziała.

– Znasz moje zdanie.

– Znam też Davisa – westchnęła.

– Nie ufasz mu?

– Jest jednym z nielicznych, któremu powierzyłabym życie naszej córki. Tylko nie jestem pewna, co będzie najlepsze dla Leen.

– Mhm. Czuję, że masz już gotowy plan i dobrze wiesz, co będzie dla niej dobre. – Ścisnąłem jej dłonie i pociągnąłem na swoje kolana.

– Chciałabym, żeby studiowała magię u Davisa i wiem, że ona też tego bardzo chce, ale nie chcę, żeby ominęła ją nauka w Hogwarcie – wyjaśniła.

– Owutemy będzie mogła zdawać indywidualnie, nie musi kończyć Hogwartu. Zresztą jestem pewien, że już teraz świetnie by je zdała. – Byłem świadom, jak dużą szansę otwierała przed naszą córką możliwość pełnego kształcenia się u jednego z najlepszych czarodziejów świata, ale nie chciałem naciskać w żaden sposób ani na żonę, ani na Leen. – Solem, cały magiczny świat będzie stał przed nią otworem, jeśli umożliwimy jej naukę u Davisa. Każda uczelnia będzie o nią zabiegać. Zdobędzie wiedzę, jaka jest osiągalna dla nielicznych.

– Nie o to chodzi, Sev – westchnęła, zarzucając ręce na mojej szyi. – Z tego co mówił profesor, ma mieszkać na uniwersytecie. Zapewni jej naukę nie tylko ze starożytnej magii i zaklęć, ale będzie uczyła się wszystkiego w indywidualnym toku nauczania. Jeśli się na to zdecydujemy, straci kontakt z rówieśnikami.

– Co proponujesz?

– Myślałam, że mogłaby tutaj uczyć się do sumów, a później przenieść na uniwersytet, ale Davis zgodził się jedynie na trzy lata Hogwartu – tłumaczyła. – Powiedział, że po tak długiej przerwie będą musieli zaczynać naukę od początku, że Leen będzie bardzo trudno uzyskać taki poziom koncentracji, jaki ma teraz, a możliwe, że już nie pójdzie na przód. Poza tym – odetchnęła głęboko – ona chce zająć się eliksirami.

– A to ci niespodzianka? – udałem zdziwienie. – Nie chce skończyć kursów plasty... – Ugryzłem się w język odrobinę za późno i odrobinę za późno zdałem sobie sprawę z ilości sarkazmu jaką okrasiłem tę uwagę. – Przepraszam. – Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, żeby zakpić z wykształcenia żony. Kiedyś, jeszcze zanim ją poznałem, uważałem, że wszelkie studia niezwiązane bezpośrednio z magią były kompletnie bezużyteczne, ale dość szybko zweryfikowałem swoje poglądy i dostrzegłem, że nie tylko eliksiry i zaklęcia się liczyły. Może ilustrowanie książek nie było zajęciem niezbędnym do przeżycia, ale przecież nie tylko o przetrwanie chodziło.

– Jak już zauważyłeś nasza córka jest na tyle inteligenta, że w odpowiednim czasie będzie potrafiła pogodzić naukę u Davisa i studia na kursie z eliksirów. – Solem nieco przygasła, ale kontynuowała dyskusję, udając, że puściła uwagę mimo uszu. Nie zdołała jednak ukryć, że dotknęły ją moje słowa, a ja nie znajdowałem żadnego argumentu, by przekonać ją o słuszności tego czym zajmowała się na co dzień. – Jeśli się zgodzisz, żeby Leen uczyła się w Hogwarcie przez pierwsze trzy lata, jestem gotowa przystać na propozycję Davisa. Chciałabym jednak zostawić jej otwartą furtkę, tak by po tych trzech latach sama mogła zdecydować, czy chce uczyć się tutaj, czy na uniwersytecie.

– To brzmi rozsądnie – odparłem i chciałem zatrzymać jeszcze żonę na swoich kolanach, ale zgrabnie mi się wywinęła.

– Wybacz, mam sporo pakowania. – Posłała mi promienny uśmiech, ale jej oczy pozostały smutne. Zerwałem się z miejsca i zatrzymałem ją, mocno chwytając za nadgarstek.

– Przepraszam, słonko. – Chwyciłem jej twarz w dłonie i delikatnie pogładził kciukami policzki.

– Za co? – Wzruszyła ramionami. – Jestem świadoma tego, że moje rysunki nikomu nie pomogą. Nie mają właściwości leczniczych, nie koją bólu i nie pomagają zasnąć …

– A jednak potrafisz nimi oczarować umysł, usidlić zmysły …

– Nie uwiężą sławy, nie uwarzą chwały i nie powstrzymają śmierci – sarknęła, cytując moją przemowę dla pierwszorocznych. – To tylko głupie rysunki, Severus. Nie musisz przepraszać, nie masz za co.

– Nie są głupie – kłóciłem się.

– Ilustruję bajki dla dzieci, Sev. – Wywróciła oczami. – Wiem co myślisz o mojej pracy i nie mam ci tego za złe.

– Przestań, kocham twoje rysunki – zapewniłem. – Poza tym robisz wiele innych rzeczy …

– Jak każdy, ale pracuję jako ilustrator i szczerze mówiąc, mam w dupie co na ten temat myślisz – warknęła i wyrwała mi się.

– Sol … – zaniemówiłem i przez chwilę zastanawiałem się czy ktoś przypadkiem nie rzucił uroku na moją żonę. Próbowałem w pierwszym momencie zrzucić winę na hormony, ale to nadal nie tłumaczyło jej zachowania. Solem, moja Solem nie używała słowa dupa, a już na pewno nie w kontekście tego co ja myślę. Wyszła, a ja stałem zdezorientowany na środku dziecięcego pokoju.

– Przepraszam. – Wróciła po chwili i pogładziła mnie po policzku. – Wcale nie mam gdzieś tego co myślisz …

– W dupie – poprawiłem ją.

– Niech ci będzie – mruknęła. – Po prostu nie spodobało mi się, że za to przepraszasz. – Spojrzałem na nią jeszcze bardziej skołowany. – To tak, jakbym spełniała jedynie swoje fanaberie, a ty nie pochwalał tego, że robię coś co lubię, a nie mówisz nic tylko dlatego, żeby mnie nie urazić.

– Sam cię do tego namawiałem – przerwałem jej paplaninę. – Solem, ilustrujesz książki dla dzieci, to wcale nie jest bezużyteczne zajęcie. Pokaż mi dziecko, które sięgnie po książkę bez obrazków.

– Och, teraz mam zawód z misją … – Posłała mi kpiące spojrzenie i roześmiała się na cały głos.

– Bo tak jest, słonko …

– Błagam, Sev. Nie wmawiaj mi teraz, że to co robię ratuje świat.

– Może nie aż tak, ale sama przyznaj, że potrafisz zachęcić do czytania. – Położyłem dłonie na jej ramionach i spojrzałem głęboko w oczy. – A być może wśród dzieci, których do tego przekonałaś znajdzie się takie, które ten świat uratuje. Pomyśl, nie miałoby do tego okazji, gdyby nie nauczyło się czytać …

– Ponosi cię, Sev – przerwała mi. – Przepraszam, że się uniosłam. Wiem, że nie uważasz tego co robię za stratę czasu. Po prostu, Dumbledore użył tego argumentu podczas próby przekonania mnie do Zakonu.

– Co masz na myśli? – Spojrzałem na nią spod ściągniętych brwi.

– Uważa, że w końcu mogłabym zrobić coś pożytecznego dla świata, w odpowiedni sposób wykorzystać swoje umiejętności i dar, jakim obdarzyła mnie magia – wyjaśniła.

– Bzdura – skrzywiłem się.

– Myślisz, że nie mogłabym zrobić czegoś pożytecznego?

– Wciąż coś robisz – prychnąłem.

– Też mi się tak wydawało. – Solem wzruszyła ramionami i uśmiechnęła tym razem także oczami. – Dlaczego on wciąż ma mnie za idiotkę?

– Może dlatego, że sam jest idiotą. Wydaje mu się, że jest jedynym sprytnym i mądrym.

– Jasne – zaśmiała się. – Zarozumiały, stary głupiec.

– O mały włos powiedziałbym mu o starodrukach – wyznałem, obejmując żonę i poprowadziłem ją do kuchni.

– On o nich wie. – Solem westchnęła i ciężko opadła na krzesło.

– Nie powiedziałem mu …

– Nie ty – przerwała mi. – Tata. – Zaniepokoiłem się, widząc drżące dłonie żony. – Wiedział o nich od bardzo dawna. Nie mam pojęcia czemu ojciec mu powiedział, ale to z nim miałam się spotkać wtedy, u rodziców.

– Wypij to. – Pospiesznie napełniłem szklankę wodą i podałem żonie. – Nic już nie mów. Nie próbuje sobie przypominać, słonko. Nie mogę dać ci teraz eliksiru na ból głowy.

– Wiem.

– Pamiętaj, nic na siłę – przypomniałem słowa uzdrowiciela.

– Wszystko dobrze – zapewniła, patrząc w moje zmartwione oczy. – Naprawdę, Sev.

– Nie rozmawiaj o tym z nikim, dobrze?

– Ty też – poprosiła. – Nie może wiedzieć, że wiemy. Z jakiegoś powodu nigdy nie wspomniał o tym spotkaniu, a ja nie chcę żeby namieszał nam jakimiś kłamstwami. Zwłaszcza, że nie jestem pewna co pamiętam.

.: :.

– Przypomnij mi dlaczego tu z tobą siedzę, kundlu? – Nie umiałem ukryć niechęci do swojego towarzysza, na którego obecność byłem aktualnie skazany. Gdyby Solem nie była w ciąży, powiedziałbym jej dokładnie co myślałem o tym idiotycznym pomyśle i nie chodziło o sprawdzenie domu Lupinów podczas ich nieobecności, czy warunków w jakich wychowują dziedzica Pottera, ale o nic niewnoszące towarzystwo. Moja ukochana, kobieta, która zapewniała mnie o swej miłości po wieczność, cudownie dla mnie gotowała, całowała, pieściła, kochała się ze mną i całkiem przyjemnie pachniała uznała, że byłem potrzebny Blackowi do wykonania misji, a Black z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu potrzebny był mnie. Podstępem wykorzystywała mnie przez te wszystkie lata, skradła serce, duszę i nawet plemniki, które zaowocowały zapewne też podstępnie i przy ich pomocy Solem urodzi kolejne dwie małe, przebiegłe istoty o zwodniczo miłym, niewinnym charakterku. Okradła mnie z dumy i honoru, robiąc ze mnie kompletnego, zafajdanego pantoflarza, który z idiotycznym uśmiechem na ustach godził się spełniać każde jej zachcianki, a na koniec skazała nie tylko na przebywanie przez kolejne godziny u boku zajadłego wroga, ale z dużym prawdopodobieństwem, jeśli ktoś nas przyłapie, skończymy w jednej celi. I o Merlinie broń, ten sam dementor, który pocałuje Blacka, chwilę później złoży pocałunek także na moich wargach. Ta myśl zdecydowanie nie poprawiła mi samopoczucia i gorączkowo zastanawiałem się, czy udałoby mi się zmusić dementora, by to mnie pocałował jako pierwszego. Nawet wspomnienie nagiego ciała Solem, jej ciepłych ust na mojej twardej męskości i rozkosz jaką mnie dziś rano obdarzyła, nie były w stanie sprawić, bym poczuł się choć odrobinę lepiej u boku Azora.

W myślach snułem dokładne plany na temat tego jak odegram się na swojej kochanej żoneczce i z każdą minutą, każdym oddechem Burka, który owiewał moją szyję, każdą wbitą gałęzią przeklętego krzewu różanego, który ta idiotka Evans posadziła na tyłach domu, czułem między nogami coraz większe podniecenie. O nie, nie zemszczę się na niej w krwawy sposób, jak początkowo zakładałem. Będzie musiała zrekompensować mi całą tę głupią wycieczkę, poddać rekonwalescencji nie tylko moje skołatane nerwy, ale przede wszystkim ciało. O tak, Solem Snape, nie wyjdziesz z łóżka przez tydzień. Uśmiechnąłem się zjadliwie w myślach, gdy dotarło do mnie, że właśnie zaczęły się wakacje, a nasza córka pojechała z dziadkami do Włoch. Ciąża ci nie pomoże.

– Bo twoja żona uważa, że sam sobie nie poradzę, Smarkerusie – prychnął Black po dość długim zastanowieniu.

– Wyszli już, więc chętnie zobaczę, jak sam dajesz sobie radę – odparłem i z nonszalancją złożyłem ręce na klatce piersiowej. Syriusz zmierzył mnie zawistnym spojrzeniem, zmarszczył czoło, rzucił na siebie zaklęcie kameleona i ruszył do niewysokiego ogrodzenia. Z trudem powstrzymałem gromki śmiech, widząc, jak Black po nieudolnej próbie dostania się do posiadłości Lupinów zawisł nad ogrodzeniem. – Na mnie chyba już pora. – Przeciągnąłem się leniwie i z niewzruszoną miną ruszyłem na front domu. Widziałem, jak Syriusz porusza ustami, zapewne wykrzykując obelgi przeplatane błaganiem, bym go uwolnił, ale zamierzałem bawić się jego kosztem tak długo, jak tylko się da. Bez trudu złamałem zabezpieczenia na wejściowej furtce, a jeszcze sprawniej poszło mi z drzwiami do domu. Przywdziałem na twarz najbardziej kpiący uśmiech i stanąłem na progu ogrodu, skąd w całej okazałości mogłem podziwiać przyklejonego do niewidzialnej ściany Blacka. Gdyby nie gonił nas czas, zapewne jeszcze długo napawałbym się tym uroczym widokiem, ale niestety nie mieliśmy go zbyt wiele.

– Poradziłbym sobie – mruknął z niezadowoleniem Syriusz.

– Wciąż nie wiem po jasną cholerę przyszliśmy tutaj razem. – Uniosłem do góry brew w oczekiwaniu na odpowiedź.

– Już ci mówiłem …

– Nie bardzo wiem, po co TY tu ze mną przylazłeś.

– Ty otwierasz, ja przeszukuję – odparł z niezadowoleniem Black.

– Pospieszmy się – wycedziłem półgębkiem. – Chcę mieć cię jak najszybciej z głowy.

– Dokąd idziesz? – Black chwycił mnie za ramię, gdy chwytałem za klamkę drzwi do piwnicy.

– Mówiłeś, że dzieciak tam znika za każdym razem, jak przychodzisz – odparłem, przewracając oczami. – Chcę sprawdzić, czy jest jakiś powód, dlaczego akurat tam … o cholera.

– Co? – Black pospieszył do otwartych przed chwilą drzwi. – O kurwa.

Kolejny rozdział: „Miłosne wyznanie wg Syriusza"