ROZDZIAŁ 38

Odpowiedzi pojawiają się same

Severus

Bez słów podreptałem za żoną na brzeg morza i przez chwilę się jej przyglądałem, gdy z zamyśleniem rzucała do wody kamienie. Zaśmiałem się pod nosem, gdy zaczęła je przy pomocy zaklęć rozłupywać w locie i po chwili sam dołączyłem do tej zabawy. Raz ja rzucałem, a ona strzelała z różdżki i tak na zmianę. Śmialiśmy się, ale każde z nas pochłonięte było myślami. Nie musiałem zagłębiać się w jej umysł, by wiedzieć, że podobnie jak ja, myślała o naszym syneczku.

– Do wakacji, Sev – odezwała się po chwili. – Poczekam jedynie do wakacji – dodała zdeterminowanym głosem.

– Niewiele czasu na wskrzeszenie i zabicie Czarnego Pana – odparłem, zaprzestając rozłupywania kamieni. Chwyciłem ją za rękę i poprowadziłem wzdłuż plaży. Była piękna. Pomimo upływu lat, urodzonych dzieci i ciężkiej choroby nie straciła nic z uroku, którym mnie urzekła. Wciąż pięknie się uśmiechała, a z jej oczu bił niezwykły blask i zawsze, kiedy w nie spoglądałem tonąłem w nich bez reszty.

– Nieważne. Nie pozwolę, by Teo trafił do Lupinów na choćby jeszcze jeden dzień. Jeśli będzie trzeba pozabijam i ich, i Dumbledore'a, i każdego kto jeszcze kiedykolwiek będzie chciał skrzywdzić naszą rodzinę. – Zacisnęła palce na mojej dłoni.

– Nie wróci do nich. – Odetchnąłem głęboko. Objąłem żonę ramieniem i przycisnąłem do boku. Chciałem czuć jej ciepło przy ciele. Pragnąłem schować ją bezpiecznie w moich ramionach i nigdy z nich nie puścić. Moje małe, kochane słoneczko.

– Jest naszym dzieckiem w takim samym stopniu jak dziewczynki. – Solem uśmiechnęła się słabo. – Całą czwórkę musimy chronić tak samo. Nie możemy ochraniać siebie i naszych córek kosztem naszego syna.

– Nareszcie – zaśmiałem się. – Nareszcie powiedziałaś to głośno.

– Mam w nosie co myślą Davis i rodzice. – Solem przystanęła na chwilę i spojrzała na gwiazdy. – Jesteśmy za nich odpowiedzialni, Sev. Za wszystkich i naszym zasranym obowiązkiem jest chronić i zapewnić szczęście całej czwórce. Nie tylko trójce. Dobrze wiesz, że jeśli Teodor trafi do Lupinów będzie narażony na niebezpieczeństwo. Może Evans, bojąc się o własną skórę będzie starała się zabezpieczyć dom, siebie i jego, ale Remus jej w tym nie pomoże. Ma w nosie naszego syna. Jestem przekonana, że on dobrze wie, kim Harry Potter jest naprawdę. – Odetchnęła głęboko i zacisnęła palce na moich dłoniach. – Nie traktował go źle dlatego, że to syn Jamesa, dlatego, że był zazdrosny. Nienawidzi go, bo to mój syn. Mścił się na mnie.

– Nie podobało mu się, że Potter dba o naszego syna, jak o swoje własne dziecko – wtrąciłem.

– Chyba właśnie znaleźliśmy zwycięzcę naszego plebiscytu na zdrajcę dekady – westchnęła.

– Najwyraźniej. – Pociągnąłem żonę za rękę i opadłem razem z nią na ciepły piasek. Otuliłem ją ramieniem i zaciągnąłem się zapachem rozwianych loków.

– Myślisz, że Evans wie? – spytała, wtulając się we mnie.

– Możliwe, że sama maczała w tym palce.

– Coś mi tu nie gra. – Solem pokręciła głową. – Teo mało o niej mówił, ale kilka razy wspomniał czas zanim Evans związała się z Lupinem. Z jego opowieści można było wywnioskować, że nie było tak źle.

– Może na tle tego co spotkało go po małżeństwie Evans i Lupina, nie było – rozmyślałem głośno.

– A może starała się mu zapewnić w miarę normalny dom. – Solem z głośnym westchnieniem przywarła czołem do mojej skroni. – Opowiadał mi, że jak był mały to miał pokoik na strychu i okno w dachu, z którego mógł patrzeć na niebo i często je malował. Dodał, że jak pan Lupin z nimi zamieszkał musiał ten pokój zwolnić dla niego. Nie powiedział mi, że mieszkał w komórce. Bał się albo wstydził. Mówi o niej mama. – Solem nie wytrzymała i rozpłakała się, głośno szlochając. Zacisnęła palce na mojej koszuli i w spazmach bólu łapała kolejne hausty powietrza. Niemal czułem, jak żal przeszywa jej serce.

– Słonko. – Przygarnąłem ją do siebie z całej siły. – Mówi tak, bo …

– Była obok niego przez całe życie, a ja … – Nie potrafiła dokończyć. Jeszcze mocniej wczepiła palce w moje ubranie i drżała na całym ciele, wylewając z siebie cały żal, ból i tęsknotę. Zabrano go z jej ramion. Brutalnie pozbawiono najcenniejszego skarbu, który tak dzielnie strzegła, próbując oddać za niego swojego życie. Ona była jego mamą. Jedyną. – A jak mnie nigdy nie będzie chciał tak nazywać? – Otarła nos wierchem dłoni i spojrzała na mnie z dojmującym smutkiem. – Jeśli nigdy nie dostrzeże we mnie mamy? Jeśli nie zdołamy nadrobić tych lat? Jeśli on nie będzie chciał takiej matki jak ja? Matki, która go nie … – urwała, chowając głowę w mojej koszuli.

– Solem, jesteś jego mamą i kochasz go. – Chwyciłem ją za ramiona i twardo spojrzałem prosto w zielone oczy. Odgarnąłem rozwiane włosy z twarzy i otarłem mokre ślady z policzków. – On to poczuje szybciej niż myślisz. Otworzył się przed tobą już po kilku zamienionych zdaniach. Blacka traktuje jak powietrze, chociaż to zdaje się być jego wybawieniem. Solem, ten chłopak jest wpatrzony w ciebie jak w obrazek. Śledzi twoje ruchy różdżką. Kiedy był przekonany, że nikt nie patrzy, nakryłem go, jak cię naśladował i próbował kręcić nadgarstkiem z taką gracją, jak ty to robisz. Chociaż muszę przyznać, że nie wychodziło mu tak zgrabnie. Kiedy na chwilę straciłaś wzrok, patrzył na ciebie z troską i chciał zadać tysiąc pytań, ale ważniejsza byłaś dla niego wówczas ty, twoje samopoczucie, komfort, a nie ciekawość. On cię ubóstwia, chociaż nie wie, że jesteś jego mamą. Solem, myślę, że wszystkich kobiet na świcie wybrałby ciebie.

– Będzie mnie chciał? – spytała, z trudem powstrzymując łzy.

– Jestem o tym przekonany – odpowiedziałem i z uśmiechem otarłem jej łzy. Przycisnąłem ją do siebie i pozwoliłem jej się wypłakać do końca. – Jak chcesz to rozwiązać? – spytałem, gładząc jej plecy.

– Jeśli nie uda nam się rozwiązać sprawy do wakacji, w czerwcu skontaktujemy się z Evans – odparła. Oderwała się od moich ramiona i obróciła się na bok, tak by na mnie spoglądać. – Wydaje mi się, że z całego tego popieprzonego towarzystwa, do niej trafimy najprędzej. Najszybciej uda się ją złamać. Nigdy nie była specjalnie rozgarnięta, wybacz, wiem, że to twoja przyjaciółka …

– Przestań – warknąłem, widząc, że nieco się ze mnie naśmiewa.

– Evans wiedziała jak się ustawić, ale wszystkie jej atuty sprowadzają się do ciała i słodkiej gadki. Zawsze odgrywała damę w opałach i mężczyźni się na to nabierają. Odwalali i odwalają za nią każdą robotę. W szkole miała kogoś od każdego przedmiotu, a później nie musiała pracować, bo udało jej się usidlić Jamesa. Teraz Lupin dba o jej wygody. Pewnie nawet wodę na herbatę musi on wstawić. Przy pomocy wdzięków potrafi manipulować facetami, ale jeśli to dobrze rozegramy, będzie widziała, że lepiej z nami nie zadzierać.

– Chyba tak. – Ucałowałem ją w czoło i pogładziłem po bladych policzkach. Trudno było nie zauważyć, że moja żona w dużej mierze mówiła o mnie. Byłem tym od eliksirów. Pisałem eseje ze Evans, warzyłem mikstury na lekcjach i robiłem dla niej notatki. Wodziła mnie za nos, podobnie, jak wielu innych. Ja miałem szczęście spotkać w porę Solem i sprzątnąłem ją sprzed nosa Potterowi, dla którego brakło już ratunku. – Mówiłem ci już, jak bardzo cię kocham?

– Nie przestawaj, Severusie – odparła, spoglądając mi głęboko w oczy.

– Nigdy, najdroższa. – Pogładziłem delikatnie jej policzek i zbliżyłem swe usta do jej. – Solem, ufasz Blackowi?

– Co masz na myśli? – Podniosła się na łokciu i spojrzała na mnie, marszcząc czoło.

– Od jakiegoś czasu Dumbledore ponownie zwołuje zebrania Zakonu – zacząłem. – Nie bywam na nich, o ile zdążyłaś się zorientować. Dyrektor tłumaczy się tym, że nie chce, by zbyt wielu ludzi wiedziało o mnie. Poprosiłem Blacka, by przekazywał mi wszystkie informacje o Zakonie.

– Zgodził się?

– Zaskakująco szybko i bez oporów – odparłem. – Spotykamy się czasami w naszym sklepie na Pokątnej.

– Dlaczego to robi i dlaczego ich szpiegujesz?

– Miałem dziwne wrażenie, że Dumbledore nie mówi mi wszystkiego i nie pomyliłem się, Rozumiem, że ukrywa przede mną tożsamość niektórych członków Zakonu i ich zadania, ale nie przekazuje mi też dość istotnych informacji. Założył podsłuchy w pokojach Ślizgonów i obawiam się, że także w innych domach. Sprawdziłem nasze mieszkanie i nie znalazłem śladów żadnych podobnych zaklęć, ale nie mam wątpliwości, że cały zamek jest naszpikowany jego urządzeniami do inwigilacji.

– Jednak – westchnęła. – Dużo czasu mu to zajęło.

– Zakonowi tłumaczył się zwiększeniem bezpieczeństwa dla Harry'ego Pottera – prychnąłem. – Wiem od Filiusa, że prosił go o te zaklęcia kilka lat temu, ale Flitwick był podobnego zdania co ty i się nie zgodził – kontynuowałem. – Black powiedział mi, że znalazł sobie jakiegoś innego Mistrza Zaklęć, ale nikt nie wie kto to. Syriuszowi gratulował małżeństwa i nakazał się z nami bardziej zaprzyjaźnić. Obawiam się, że i Amelię będzie próbował wykorzystać. O ile już tego nie robi.

– Syriusz ma się do nas zbliżyć? Jeszcze bardziej? Cotygodniowe obiadki już nie wystarczają? – zaperzyła się. – Mam nadzieję, że nie zechce spędzić z nami wakacji albo wpadać do ciebie na drinka każdego wieczora.

– Nie mów takich rzeczy na głos. Myślę, że on wie o tych pergaminach – zastanawiałem się głośno.

– Zaprosił mnie do Zakonu, żeby je zdobyć? Sprawdzić naszą lojalność? – spekulowała. – Znasz kogoś innego, kto byłby w stanie rzucić zaklęcie zniszczenia? – spytała, ostrożnie wypowiadając każde słowo, po czym spojrzała na mnie z uwagą.

– Czarny Pan, Davis, Ty, Flitwick, Dumbledore, Grindelwald – wymieniłem.

– Możemy wykluczyć z tego grona mnie. – Uśmiechnęła się, kręcąc z powątpiewaniem głową. – Grindelwald też raczej odpada.

– Czarny Pan, Davis, Flitwick, Dumbledore – skróciłem listę.

– Każdy z nich z przyjemnością zająłby się pergaminami o horkruksach – kontynuowała nasze dywagacje. – Możemy wykluczyć Czarnego Pana.

– Niewątpliwie nikt nie pozostałby żywy, gdyby to był on – dopowiedziałem – a już na pewno nie polowałby na chłopca, którego ocalił i nie martwił się o wysłanie nam jego garderoby.

– Co łączy Davisa i Dumbledore'a? – spytała nagle.

– To pytanie nurtuje mnie od lat – westchnąłem.

– Są w tym samym wieku – zastanawiała się. – Znają się, nie lubią. Dumbledore bardzo chciał Davisa w Zakonie, ale ten utrzymuje, że ma ten Zakon sam wiesz gdzie.

– Myślisz, że to on jest tym tajemniczym Mistrzem Zaklęć Dumbledore'a? – powątpiewałem.

– Nie, na pewno nie. Davis jest po naszej stronie. Gdyby chciał zbadać te starodruki już dawno by o nie poprosił, a my pewnie byśmy mu je pokazali. Nigdy nie chciał wykorzystać naszego zaufania. Jest szczery i on, i Flitwick. Ufam im, Severusie.

– Pozostaje Dumbledore – wyszeptałem.

– Szukanie śladów deportacji było błędem. – Solem usiadła, podkurczając nogi. – Był tam on i Evans. Dom Potterów jest na tej samej ulicy. Nie deportowali się, nie musieli. Na Evans nikt nie zwrócił uwagi, bo mieszkała blisko, a Dumbledore razem z Teo mieli pelerynę niewidkę. Zostawił naszego syna u Potterów i od nich przedostał się do Hogwartu. Dlaczego zostawili mnie przy życiu, dlaczego zabrali Teo? – Spojrzała na mnie, głośno wzdychając.

– Nie wiem dlaczego Teo, ale potrzebowali nie tylko starodruków. – Przetarłem twarz dłońmi, gdy w mojej głowie zaczęły się dopasowywać kolejne kawałki układanki. – Potrzebowali szpiega. Dumbledore planował go ze mnie zrobić, zanim jeszcze związałem się z tobą. Wiedział, że mam kontakt z Lucjuszem i pewnie dobrze wiedział, że warzę dla niego eliksiry, a co za tym idzie był świadomy mojej odporności na Czarną Magię. Nie było szans, by namówił mnie na współpracę, gdy byłem tak szczęśliwy z tobą. Nie miałem powodów, by szpiegować, a już na pewno nie zgodziłbym się przyjąć mrocznego znaku.

– Chciał nas rozdzielić – przypomniała Solem i mocno mnie objęła.

– Gdybyś zginęła … – zawahałem się. – Byłoby mi wszystko jedno. Pewnie szukałbym zemsty, ale z dużym prawdopodobieństwem po prostu niszczyłbym każdego śmierciożercę. Po co miałbym wstępować do Zakonu? Nie umiałbym być szczęśliwy bez ciebie. Wiedziałem to od naszego pierwszego pocałunku. – Odetchnąłem głęboko i mocno przytuliłem żonę.

– Nie za łatwo przyszły nam te odpowiedzi? – wyszeptała, wtulając się w moje ramiona.

– Może Davis ma rację? Może w końcu los jest po naszej stronie? – Odsunąłem ją nieznacznie i przycisnąłem swe czoło do jej. – Nie jesteś specjalnie poruszona tym, że to Dumbledore odpowiedzialny jest za próbę zniszczenia naszego życia, śmierć rodziców, porwanie Teo. – Spojrzałem jej głęboko w oczy.

– Domyślałam się już jakiś czas temu – wyznała. – Musiałam dojrzeć do powiedzenia tego na głos. – Cmoknąłem ją w usta i pokiwałem głową ze zrozumieniem. – A najgorsze jest to, że złożyliśmy przysięgę, że nic mu nie zrobimy i sama tego chciałam – dodała ze złością.

– Przysięgaliśmy, że sami nie wymierzymy sprawiedliwości, prawda? – Uśmiechnąłem się do żony krzywo. – I zdaje mi się, nie przysięgałem, że nic mu nie zrobię. Miałem nie zabijać. Śmierć to za mało.

– Masz już cały plan, zgadza się? – zaśmiała się gorzko.

– Nawet nie wiesz, jakim szczęściem dla tego planu jest osoba dyrektora – mruknąłem pod nosem, rozkoszując się wizją słodkiej zemsty.

– Wciąż nie wiemy co łączy Dumbledore'a i Davisa …

– A odpowiedź jest tak blisko. – Poderwaliśmy się, słysząc nad sobą głos profesora. – Jestem nieco odurzony trunkami, więc możecie wykorzystać ten stan.

– Mamy zgadywać? – zapytała Solem, gdy starszy mężczyzna milczał dłuższą chwilę.

– Będzie zabawniej – odparł wyzywająco.

– Pana siostra – strzeliła kobieta.

– Tak szybko? – zdziwił się szczerze Davis.

– Zrobił panu dokładnie to samo co nam. – Solem spojrzała na dawnego profesora z bólem w oczach.

– Wykorzystał moją siostrę, by zwabić Grindelwalda – powiedział nieco zamyślony. – Gellert podkochiwał się w niej od chwili, gdy zamieszkał w Dolinie Godryka, ale ona kochała innego i z innym się związała. Była szczęśliwa i jemu to wystarczyło, by dać jej spokój. Uczucie do niej jednak nie wygasło. Dumbledore zabił jej męża i tym zwabił swojego byłego przyjaciela do jej domu. Nie wiem dokładnie w jaki sposób. – Urwał na chwilę, próbując zebrać myśli. – Zaklęcie zniszczenia zabiło ją i trójkę moich siostrzeńców, Gellerta ledwie drasnął. Winą za jej śmierć obarczono czarnoksiężnika. Dopiero po ataku na ciebie i twoich rodziców upewniłem się w przekonaniu, że to Dumbledore jest odpowiedzialny za śmierć moich bliskich. Była bezróżdżkowcem, tak jak ty – dodał z nostalgią w głosie.

– Przykro mi. – Solem ze łzami w oczach pogładziła po ramieniu starszego mężczyznę.

– Dumbledore zniszczy każdego, by osiągnąć cel – westchnął Davis. – Nie myśl za dużo, Stanley – zaśmiał się, widząc zapatrzoną przed siebie kobietę. – Nie, nie jesteś dla mnie substytutem siostry ani nie próbuję wykorzystać cię do zemsty na tym głupim starcu. Polubiłem cię, dzieciaku bo dobra i mądra z ciebie dziewczyna. Ty, masz podobno jakiś plan – zwrócił się do mnie swoim zwyczajowym lekceważącym tonem.

– Podobno – mruknąłem.

– Chcesz go wystawić Voldkowi? – Owidiusz spojrzał na mnie nieco rozbawiony.

– To zbyt proste – odparłem. – Może trochę więcej wiary we mnie? Nie jestem moją żoną, ale swój rozum mam.

Podczas ferii nie poruszaliśmy więcej trudnych tematów. Nie tylko ze względu na biegające po domu dziewczynki, ale chyba każdy z nas potrzebował przetrawić rewelacje o Harrym Potterze w spokoju. Cieszyłem się, że moja żona podjęła decyzję, by nie odsyłać naszego syna na wakacje do Lupinów i sam od razu o tym pomyślałem, ale czekałem aż ona do tego dojrzeje. Solem miała racje. Każde ze swych dzieci powinniśmy traktować równo i każdemu z nich zapewnić szczęśliwe, bezpieczne życie. Z Teodorem mieliśmy bardzo dużo do nadrobienia, ale byłem pewien, że chłopiec pokocha naszą rodzinę. Nie tylko dlatego, że sam nie miał szczęśliwego dzieciństwa, ale przede wszystkim moja żona i córki były przecudowne. Martwiłem się, jak Teo poradzi sobie ze mną. Byłem ojcem i pragnąłem, by tak mnie widział, ale nie mogłem zapominać, że w klasie nauczałem eliksirów i nie stosowałem taryfy ulgowej dla nikogo.

Ku mojej rozpaczy i radości reszty rodziny, Davis został z nami do końca roku. Od dawna wiedziałem, że Solem jest dla niego kimś więcej niż tylko byłą uczennicą. Obydwoje potrzebowali dość dużo czasu, żeby dojrzeć w pełni więź jaka ich łączyła, a było to coś zdecydowanie więcej niż przyjaźń i mentorowanie. Może sprawił to fakt, że obydwoje stracili swoich bliskich w taki sam sposób, a może wspólne zainteresowanie starożytną magią i pasja do tworzenia nowych zaklęć; nie znałem powodów, ale cieszyłem się, że nad moją rodziną czuwała dodatkowa różdżka silnego magicznie czarodzieja. Mocą magiczną nie dorównywał Dumbledore'owi i chyba nawet Solem, ale był niezwykle inteligentny, sprytny i przebiegły. Chwilami dziwiło mnie, że czekał tyle lat na zemstę na dawnym przyjacielu, ale dopiero niedawno dostrzegłem u niego bardzo silne poczucie sprawiedliwości i to kolejna cecha, która łączyła go z moją żoną. Żadne z nich nie skrzywdziłby nikogo bez pozbawionych wątpliwości dowodów winy.

– Solem, słonko co się stało? – Skończyliśmy właśnie szykowania do sylwestrowej kolacji, gdy moja żona stanęła w pół kroku i z niepokojem zaczęła przetrząsać kieszenie.

– Astrolabium – wyszeptała. W końcu udało jej się wyciągnąć urządzenie i drżącymi dłońmi uchyliła wieczko. – Teo. – Spojrzała na mnie wystraszona. Chwyciłem od niej przyrząd i z uwagą odczytałem koordynaty.

– Jest w zamku. – Zamyśliłem się. Chwyciłem żonę za ramiona i popatrzyłem jej twardo w oczy. – Zostań tutaj z dziećmi ja …

– Żartujesz sobie – warknęła i wyrwała mi się z uścisku. – Idę z tobą – zakomunikowała.

– Solem – syknąłem, pochylając się nad nią nisko. – To może być niebezpieczne.

– I właśnie dlatego idę z tobą – odparła z zawziętą miną i ruszyła w stronę salonu. Bezceremonialnie pociągnęła matkę za rękę do kuchni i w pośpiechu wyjaśniła co się dzieje. – Zostaniecie tutaj z dziećmi – nakazała. – Jest z wami profesor, będziecie bezpieczni, ale w razie czego fiuukajcie do naszego domu w Dolinie. Wyślę do mamy Patronusa, jak dowiemy się o co chodzi.

– Dziecko, może zawiadomcie Dumbledore'a? – zaproponowała matka.

– Nie ma go teraz w szkole. Wyjechał gdzieś. – Solem pokręciła głową i mocniej zacisnęła dłonie na ramionach matki.

– W takim razie idę z wami. – Starsza kobieta wyprostowała się i zrobiła pewną siebie minę.

– Mamo …

– Jestem uzdrowicielem, mogę się przydać …

– Jeśli mamy pomoc będzie potrzebna, zawiadomię mamę od razu – przerwała jej Solem. – Nie mam teraz czasu. Ktoś musi zostać z dziewczynkami. – Eileen z rezygnacją pokiwała głową.

– Niech idzie Severus z ojcem … – próbowała ją jeszcze powstrzymać.

– To mój syn, mamo. – Starsza pani Snape westchnęła i przepuściła synową w drzwiach.

– Zaopiekujemy się nimi – zapewniła i mocno uścisnęła Solem.

.: :.

– Minnie – Solem wpadła do kwater byłej profesorki, w której zastała także kilkoro hogwardzkich nauczycieli.

– Miałam nadzieję, że do nas dołączycie. – McGonagall uśmiechnęła się wdzięcznie, dostrzegając mnie za plecami żony.

– Nie mamy czasu. – Rozejrzałem się nerwowo po pokoju, oceniając zaufanie jakim darzyłem zebranych tam członków kadry. Flitwick, Vector, Sinistra i McGonagall. Oprócz Filiusa z nikim innym nie bardzo miałem ochoty dzielić się sekretem, ale czas gonił, a my musieliśmy, jak najszybciej znaleźć Teodora. Wszyscy byli członkami Zakonu i przynajmniej w kwestii bezpieczeństwa Harry'ego Pottera mogłem im zaufać. – Potter jest w niebezpieczeństwie. Musimy go natychmiast znaleźć – wyrzuciłem z siebie mocno, ściskając żonę za ramię.

– Powinien być w swoim pokoju, Severusie. – Minerwa spojrzała na mnie z uwagą, a Flitwick od razu poderwał się z miejsca.

– Nie ma go tam – wyszeptała Solem. – Byliśmy, ale pokój wspólny i wszystkie dormitoria są puste, nawet te dla dziewcząt.

– Jest jedynym Gryfonem pozostającym w czasie ferii w szkole – wyjaśniła opiekunka domu. – Severusie, Solem, skąd wiecie, że panu Potterowi coś grozi.

– Minerwo, zaufaj nam – poprosiła pani Snape.

– Skoro nie mamy czasu, trzeba ruszać na poszukiwania pana Pottera. – Z pomocą przybył profesor zaklęć. – Niestety ostatnie zabezpieczenia uniemożliwiają mi zlokalizowanie ucznia. Jedynie w gabinecie dyrektora można to sprawdzić, a obawiam się, że tylko on może tego dokonać.

– Albus wróci dopiero w przyszłym tygodniu. Nie mam z nim kontaktu – odparła zdenerwowana McGonagall.

– Severus, mapa. – Spojrzałam na męża z nadzieją w oczach. – Szukajcie go, dobrze? – zwróciła się do reszty nauczycieli. – Jeśli ktoś go znajdzie, niech wyśle Patronusa i uważajcie na siebie. Najlepiej się nie rozdzielajcie. – Nauczyciele wymienili zaniepokojone spojrzenia i każdy kolejno przytaknął.

– Solem, czy coś grozi pozostałym uczniom? – Profesor transmutacji zatrzymała ją, kładąc dłoń na ramieniu.

– Sprawdźcie, czy nic im nie dolega i zamknijcie wyjścia – nakazała Solem.

Nie czekając na dalsze reakcje, pobiegliśmy do biblioteki w poszukiwaniu magicznej mapy. Solem głośno odetchnęła, gdy mapa po nałożeniu na nią współrzędnych pokazała plan Hogwartu, podświetlając na czerwono jedno ze skrzydeł zamku.

– Wschodnie skrzydło – wyszeptała. – Tam nic nie ma.

– Kamień filozoficzny – wykrzyknąłem przestraszony. – Sol, zostań … – urwałem, widząc jej spojrzenie. – Dobrze, ale trzymaj się z tyłu i nie wyrywaj się do przodu, gdy go zobaczysz. Nie wiadomo, co go tam zaciągnęło. – Pokiwała energicznie głową. – Słuchaj się mnie, dobrze?

– Severus, jestem już duża, chodź już, proszę. – Pociągnęła mnie za rękaw szaty i biegiem rzuciła się na wschód.

– Trzecie piętro. – Zwolniłem i chwyciłem żonę, stawiając ją za sobą. Wolnym krokiem ruszyłem w głąb ciemnego korytarza. Delikatnie pchnąłem drzwi na końcu i z sykiem nabrałem powietrza, widząc olbrzymiego, trójgłowego psa. – Ktoś tędy przechodził, ale najwyraźniej czar rzucony na harfę się skończył. – Solem bez słów machnęła różdżką w stronę instrumentu i po chwili usłyszeliśmy cichą kołysankę. – Posłuchaj, nie znam wszystkich zabezpieczeń i nie jestem pewien, czy będę wiedział jak je obejść. Znajdź Filiusa …

– Jasne, jak tylko znajdziemy Teo. – Solem uniosła brew i posłała mi ironiczny uśmieszek. – Klapa, Sev. – Westchnąłem głośno i posłusznie wykonałem polecenie. Złapałem żonę za rękę i razem skoczyliśmy w dół. – Kurwa – zakląłem, gdy magiczne rośliny zaczęły oplatać mnie szczelnie z każdej strony.

– Merlinie, Sev, znowu masz problem z roślinami? – Wywróciła oczami. – Rozluźnij się, o tak. – Uśmiechnęła się i z błogą miną pozwoliła wciągnąć roślince.

– Przysięgam, jak tylko stąd wyjdziemy zacznę studiować zielarstwo – mruknąłem, ponownie chowając żonę za siebie.

– Co to? – Solem spojrzała na sufit.

– Nieważne, drzwi są otwarte, więc najwyraźniej ktoś już złamał zabezpieczenia. – Nie czekając na reakcję żony, poszedłem do kolejnego pomieszczenia.

– Szachy? – zdziwiła się.

– To chyba pomysł Minerwy – wyjaśniłem. – I chyba ktoś zabił króla. Idziemy – nakazałem i ruszyłem dalej.

– To najwyraźniej twój pomysł – mruknęła, wskazując na fiolki z eliksirami. – Mówiłam, że najlepszym sposobem na ukrycie kamienia filozoficznego jest zniszczenie go, ale oczywiście dyrektor wiedział lepiej.

Mocno zacisnęła palce na rękawie mojej koszuli, gdy z głębi kolejnej komnaty dobiegł nas głos chłopca. Wyrwała do przodu i chciała się rzucić biegiem, ale w ostatniej chwili złapałem ją w pasie i nakazałem spokój.

– Bo cię unieruchomię – warknąłem, spoglądając na nią groźnie. – Pani opanowana. – Solem posłała mi spojrzenie pełne skruchy i najciszej, jak tylko umiała udała się za mną dalej. Szybkim ruchem położyłem dłoń na jej ustach, gdy dostrzegłem przed sobą profesora Obrony przed Czarną Magią pastwiącego się nad Harrym Potterem. Gestem nakazałem jej siedzieć cicho i gdy lekko przytaknęła, wskazałem jeden z filarów, a sam schowałem się za drugim. Solem z trudem powstrzymywała się, by nie pobiec synowi na pomoc i przez chwilę, gdy oparta o zimny kamień głęboko oddychała, próbując się uspokoić, żałowałem, że nie byłem bardziej stanowczy i nie nakazałem jej pozostać w domu. Ulżyło mi, gdy nabrała powietrza i pokiwała do mnie głową, dając znać, że wszystko w porządku.

Z trudem powstrzymałem głośny krzyk, gdy Quirrell odwinął swój wielki turban, a z tyłu jego głowy ukazała się druga twarz. Zamarłem, słysząc kim był i teraz ja z trudem łapałem oddech. Oparłem głowę o chłodną ścianę i po chwili poczułem lekkie łaskotanie w środku głowy. Spojrzałem zaskoczony na żonę.

Pożyczył jedynie ciało. Nie jest nim, nie ma jego mocy. – Uspokoiła mnie, przesyłając wiadomość wprost do mojego umysłu. Przytaknąłem lekko i po chwili poczułem, jak moja żona niewerbalnie rzuca na nas zaklęcia kameleona. Nie byłem zadowolony, bo teraz sam nie mogłem jej obserwować, ale po chwili poczułem jej obecność obok i odetchnąłem.

– Musimy coś zrobić i to szybko. – Solem mocno zacisnęła palce na mojej dłoni. – Teo długo tego nie wytrzyma – jęknęła, gdy kolejna klątwa uderzyła w zwijającego się z bólu chłopca. W całym Hogwarcie nie można było rzucać zaklęć niewybaczalnych, ale na całkiem sporo klątw torturujących wciąż nie obmyślono zabezpieczeń. – Spiesz się, Severusie – nakazała i po chwili w miejscu, z którego dochodził do mnie jej głos dostrzegłem kapiące na posadzkę krople krwi. – Per fidem in sanguine, ex adversis sanguine* – szeptała cichutko Solem. – Per fidem in sanguine, ex adversis sanguine. – Usłyszałem po raz kolejny i nie czekając dłużej, ruszyłem przed siebie. Odetchnąłem z ulgą, gdy kolejna czarnomagiczna klątwa odbiła się od Teodora i już miałem rzucić w kierunku torturującego go profesora zaklęcie rozbrajające, gdy ten podbiegł do chłopca i próbował wydrzeć mu coś z ręki. Jakaś nieznana siła odrzuciła mężczyznę i gdy próbował złapać go po raz kolejny za dłoń, jego ręce stanęły w płomieniach, a po chwili sam przemienił się w słup ognia. Głośny, zwierzęcy pisk wydobył się z tyłu jego głowy. Stałem osłupiały, wpatrując się, jak ciało mojego byłego kolegi przemienia się w popiół i powoli opada na kamienną posadzkę.

– Dwa do zera. – Usłyszałem drżący szept żony i po chwili z głośnym jęknięciem rzuciła się do leżącego w bezruchu Teodora.

– Musimy go zabrać do skrzydła szpitalnego. Zawiadom matkę – nakazałem, gdy zakrwawioną dłonią dotykała policzków syna. – Sami nie damy rady go uzdrowić. – Solem przytaknęła i szybkim ruchem wyleczyła skaleczenie na swojej dłoni, wyczarowała Patronusa z wiadomością dla Eileen i pobiegła za mną, który zignorowałem wyczarowane przez nią nosze i wziąłem chłopca w ramiona.

– Mamo. – Poprowadziłem Eileen do łóżka, przy którym wciąż krzątała się Poppy. Solem przez cały czas mocno ściskała Teodora za rękę i nie puściła nawet, gdy pielęgniarka nakazała odejść. Warknęła na nią groźniej i posłała spojrzenie rozjuszonej lwicy. Z moją żoną, gdy chodziło o rodzinę, nie było żartów.

– Poppy. – Matka przywitała się z madame Pomfrey.

– Zatamowałam krwawienie z ran i podałam mu eliksiry leczące poparzenia wewnętrzne, ale to na nic, Eileen – westchnęła, przepuszczając uzdrowicielkę. – Jego wątroba praktycznie spłonęła. Podałam mu eliksir oczyszcza...

– Do szpitala – nakazała matka, nie słuchając kolejnych wyjaśnienia. – Severus, nie ma czasu na transport medyczny.

– Eileen, nie możecie go zabrać bez zgody …

Nie czekając na dalsze protesty pielęgniarki, chwyciłem syna na ręce i ruszyłem za matką.

– Cholera jasna – zaklęła Eileen. – Nie możemy się stąd dostać do szpitala. Musimy się tele...

– Do mieszkania – poleciła Solem. – Stamtąd do waszego domu, mamy przecież połączenie, a od was do mamy gabinetu.

– Jasne, to chyba najszybsza droga – przytaknęła Eileen.

– Solem – Aurora Sinistra wykrzyknęła na jej widok z drugiego końca korytarza.

– Nie mam czasu na wyjaśnienia – wydyszała. – Zabieramy Harry'ego do szpitala.

– Powiadomię Minerwę, żeby wezwała tam jego matkę – odparła i Solem nawet nie zdążyła zaprotestować, gdy ta zniknęła w drugim korytarzu. Spotkanie z Evans w tej sytuacji i tak było nieuniknione, więc daliśmy sobie spokój z profesorką astronomii i biegliśmy do mieszkania.

Kolejny z uzdrowicieli badający naszego syna już nawet nie spoglądał w kierunku Solem, która mocno ściskała jego dłoń i na każdą prośbę o wyjście z sali rzucała zawistne spojrzenie. Jej magia wirowała wokół sali i z każdym głębszym oddechem wybuchała niewielkim snopem iskier. Najwyraźniej większość z nich wciąż pamiętała, jak kobieta potraktowała jedną z uzdrowicielek kilka lat temu i teraz jedynie przytakiwali, gdy zapowiedziała, że ruszy się z sali jedynie z chłopcem.

– Wyhodowanie nowej wątroby z jego tkanek potrwa zbyt długo, Eileen. – Starszy magomedyk zwrócił się do matki. – Na samych eliksirach nie damy rady utrzymywać go przy życiu dłużej niż dobę. Gdybyśmy mogli pobrać płat z wątroby jednego z rodziców, doszedłby do siebie w kilka godzin. – Solem poderwała się na te słowa.

– Zostań przy nim, Sol. – Matka uspokoiła jej zapędy. – Jeśli wytniemy chociaż skrawek z TWOJEJ wątroby, najpóźniej jutro twoje dzieci zostaną bez matki. – Nie bawiła się w delikatność, wiedząc, że tylko tak mogła powstrzymać synową. – Severus, musisz zażyć eliksir. – Nie musiała mi dwa razy powtarzać. Stałem gotowy. – Ralph się tobą zajmie. Jest najlepszy w całej Anglii. – Szef szpitala spojrzał zaskoczony na swoją podwładną.

– Eileen, musimy zbadać zgodność. – Podszedł bliżej i położył jej dłoń na ramieniu. – Ja rozumiem, że z jakiegoś powodu ten chłopiec jest dla was ważny, ale jeśli tkanka nie będzie zgodna z dużym prawdopodobieństwem przeszczep się nie uda, a to na pewno go zabije. Mamy bazę, możemy poczekać jeszcze na matkę.

– Ralph – przerwała mu kobieta – zaufaj mi, tkanka będzie zgodna.

– Łamię wszelkie zasady i regulamin, zdajesz sobie sprawę z tego, że będę oczekiwał wyjaśnień? – spytał uważnie.

– Wpisz mnie w protokole jako operującą i nie wymieniaj dawcy – poprosiła. – Ralph, przyjaźnimy się od trzydziestu lat …

– I cenię sobie tę przyjaźń. – Mężczyzna odetchnął głęboko i przeniósł spojrzenie na Solem i ściskanego przez nią chłopca. – Prędzej dam się zabić niż narażę na niebezpieczeństwo moich przyjaciół albo pacjentów. Będzie pan Gwarantem, panie Snape? – zwrócił się do mnie. Pokiwałem głową i podszedłem do matki i jej przełożonego. Rzuciłem zaklęcie na ich splecione dłonie i po chwili obydwie oplotła złocista wstęga. W skupieniu i z rozwagą wypowiadałem kolejne słowa przysięgi, a gdy miałem pewność, że mężczyzna nie wyjawi naszej tajemnicy, przerwałem zaklęcie.

– Harry to nasz syn – wyjaśniłem widząc, że matce z trudem słowa przechodzą przez gardło. – Porwano go jedenaście lat temu, ale dopiero z chwilą, gdy mojej żonie zaczęła powracać pamięć zaczęliśmy nabierać przekonania, że przeżył zaklęcie zniszczenia.

– To mi wystarczy. – Uzdrowiciel przerwał mi i gestem wskazał pomieszczenie, w którym mogłem przygotować się do zabiegu. Przed wyjściem ucałowałem syna w czoło i z całej siły przytuliłem żonę.

– Nic mi nie będzie, słoneczko – zapewniłem, tuląc ją do piersi. – Chyba nie możemy już czekać do wakacji.

– Chyba nie. – Starała się uśmiechnąć, ale gromadzące się pod powiekami łzy skutecznie powstrzymały grymas. – Kocham cię – wyszeptała.

– I nigdy nie przestawaj – poprosiłem.

– Nie ma mowy. – Wspięła się na palce i z czułością ucałowała mnie w usta.

Solem

– Dziecinko, twoja wątroba rozleciałaby się na kawałki, gdybyśmy tylko próbowali jej dotknąć. – Usprawiedliwiła się teściowa, widząc wyrzuty w moich oczach. – Severus i tak, by się na to nie zgodził, a nie mieliśmy czasu na kłótnie i spory. Jest silnym mężczyzną, a jego wątroba zregeneruje się, gdy tylko wypije eliksir.

– Powiedziała mi mama, że jestem już całkowicie zdrowa – mruknęłam pod nosem, gładząc Teodora po włosach.

– Jesteś, ale Severus jest zdrowszy – odparła z ironicznym uśmiechem.

– Boję się – jęknęłam cichutko.

– Ralph to naprawdę najlepszy uzdrowiciel, jakiego znam – zapewniła Eileen. – A Teo, to silny chłopczyk. Wyjdzie z tego, jak tylko przeszczepią mu wątrobę Severusa. Zobaczysz, najpóźniej za tydzień wróci do szkoły.

– Dużo łatwiej byłoby być teraz na jego miejscu. – Westchnęłam głęboko i ucałowałam synka w czoło, gdy medycy zabierali go na salę operacyjną.

Nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca, czekając na jakieś wieści. Eileen uspokajała mnie zapewniając, że to żadna poważna operacja. Mieli pobrać Severusowi kawałek wątroby i przeszczepić ją Teodorowi, a po kilku dniach przy pomocy eliksirów miała całkowicie się zregenerować. Teściowa zapewniała, że jeszcze w całej jej karierze medycznej nie zdarzył się przypadek, by organizm jakiegoś pacjenta odrzucił albo nie zregenerował narządu otrzymanego od rodzica. Słowa Eileen uspokajały mnie jedynie na moment, siadałam, a po chwili znowu krążyłam zdenerwowana po korytarzu. Dopiero teraz dotarło do mnie, co mój mąż przeżywał, gdy ja pozostawałam nieprzytomna przez kilka dni i nabrałam do niego jeszcze większego szacunku. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko, by umilić mu rekonwalescencję.

– Severus – wykrzyknęłam, gdy przywieźli go nieprzytomnego z sali.

– Wszystko jest dobrze, pani Snape – poinformował mnie młody uzdrowiciel. – Szef operuje teraz chłopca, a pani mąż pośpi jeszcze kilka godzin.

– Czy przywieziecie go do tej samej sali? – spytałam, na co mężczyzna przytaknął z uśmiechem.

– Takie mamy polecenia – odparł.

Przysunęłam sobie krzesło i mocno chwyciłam dłoń męża. Miałam nadzieję, że łóżko Teodora postawią na tyle blisko, bym mogła mieć ich obydwu na oku przez cały czas. A jeśli nie, sama je przestawię tak, by było dobrze.

– Skarbeńku, oni pośpią jeszcze kilka ładnych godzin. – Teściowa nieśmiało położyła dłoń na moim ramieniu. – Pewnie nie pójdziesz teraz do domu, ale może chociaż położysz się w moim gabinecie?

Moja teściowa była bardzo mądrą czarownicą, ale czasami brakowało jej zdrowego rozsądku. Jak mogłam spać, kiedy ani mój mąż, ani syn nie obudzili się jeszcze po operacji. Spojrzałam na nią, jakby ta postradała rozum i delikatnie poprawiłam poduszkę pod głową Teodora.

– Mogłaby mama zafiuukać do ojca i spytać co z dziewczynkami? – poprosiłam.

– Właśnie skończyłam z nim rozmawiać. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Były zachwycone, że zostały same z dziaduniem i wujciem profesorciem.

– Małe diablice – zaśmiałam się.

– Co ty tu robisz? – Od drzwi usłyszałam głos wyraźnie zdenerwowanej kobiety.

– Evans – syknęłam z nienawiścią. Szybkim ruchem zablokowałam i wyciszyłam drzwi, osłoniłam parawanem męża i syna, i z wyciągniętą różdżką, ku przerażeniu teściowej podeszłam do pani Lupin.

*Per fidem in sanguine, ex adversis sanguine – zaklęcie krwi dające ochronę przed złymi mocami poprzez przelanie własnej za kogoś, w kogo żyłach płynie jej część.

Kolejny rozdział: „Rekonwalescencja serca, wątroby i reszty ciała"