ROZDZIAŁ 39
Rekonwalescencja serca, wątroby i reszty ciała
Solem
– Daj mi jeden powód, dla którego nie powinnam cię teraz zabić – warknęłam przystawiając kobiecie różdżkę do gardła.
– Może taki, że porwałaś mojego syna ze szkoły i …
– Przestań chrzanić, Evans – wycedziłam przez zęby.
– Wiesz. – Lily ze świstem wypuściła wstrzymywane powietrze i opadła na stojące pod ścianą krzesło.
– Wiem – odparłam, nie opuszczając różdżki.
– Opuść to – westchnęła Evans. – Jeśli mnie zabijesz, wszyscy dowiedzą się, że państwo Snape są rodzicami Harry'ego Pottera.
Severus
Początkowo myślałem, że to sen, słysząc stłumione krzyki żony i dawnej przyjaciółki, ale rwący ból w boku i delikatny ruch na łóżku obok uświadomiły mi, że właśnie się obudziłem. Z trudem podniosłem powieki i spojrzałem prosto w zielone tęczówki syna. Chłopiec spoglądał na mnie nieco oszołomiony, a z każdym słowem wypowiadanym przez kobietę, którą uważał za matkę jego oczy i usta otwierały się w coraz większym zdumieniu. Spojrzałem na niego łagodnie i z trudem unosząc dłoń, nakazał milczenie. Ostatnia rzecz, której chciałem, to żeby Teodor dowiedział się o wszystkim w taki sposób, ale było już za późno i wydawało mi się, że najlepszym co teraz mogłem zrobić, to pozwolić mu wysłuchać wszystkiego co Evans i Solem miały do powiedzenia.
– Pomyśl o swoich córkach, przyjaciołach. Co z nimi będzie, gdy śmierciożercy się dowiedzą kto jest tatusiem ich wroga numer jeden? – kontynuowała Lily.
– Dlaczego Lily? Po co? – Solem zrezygnowana opadła na krzesło obok. Kątem oka dostrzegłem, że matka stojąca w pobliżu wciąż mocno zaciska palce na różdżce i chyba hamowała się przed jakąś klątwą.
– Nie domyślasz się? – prychnęła Evans. – Wszystko kręci się wokół tego pieprzonego Zakonu. Wszystko musi być tak, jak tego chce Dumbledore. Od zawsze. Odkąd skończyłam tę popieprzoną szkołę kontroluje moje życie, a może i wcześniej to robił. Nie znam jego dokładnych planów względem was, ale wiem, że coś nie idzie dokładnie po jego myśli i domyślam się tylko, że ma to związek z twoim oporem względem Zakonu – zaśmiała się.
– Dlaczego zabraliście naszego syna? – ponowiła pytanie.
– Urodziłam kilka dni po tobie. – Lily głośno odetchnęła. – Gdy byłam w ciąży, Dumbledore poinformował mnie i Jamesa o przepowiedni. James już wówczas działał w Zakonie i dyrektor wiedział, że Sama-Wiesz-Kto się nim interesuje. Dość szybko domyślił się, że chłopcem z przepowiedni będzie nasz syn, chociaż istniało zagrożenie, że chodzi o chłopaka Alicji. Nie wiem, czy i ich syna chciał chronić w taki sposób jak naszego, nie interesowało mnie nic poza moim dzieckiem. Byłam gotowa na wszystko, by go ratować. Dumbledore chciał ukryć naszego syna w bezpiecznym miejscu, a my mieliśmy opiekować się innym dzieckiem, tak by w razie zagrożenia Harry pozostał bezpieczny, a podejrzenie padło na fałszywego niemowlaka. Bał się, że Sama-Wiesz-Kto może go zabić, a jemu zabraknie dziecka, które będzie miało moc, by go zgładzić. – Kobieta odetchnęła głęboko. – Jamesowi od początku nie podobał się ten plan; uważał, że sami jesteśmy odpowiedzialni za życie naszego syna i powinniśmy go chronić swoim życiem, a nie kosztem życia niewinnego dziecka. Nie mógł nic powiedzieć, bo złożył przysięgę, ale wiem, że już po wszystkim próbował.
– Kto? – Solem zapytała drżącym głosem. – Kto zabił moich rodziców?
– Dumbledore miał zająć się tobą. Wiedział, że będzie ciężko i uwierz mi, było.
Czułem tysiące małych igiełek przeszywających moje ciało, igiełek, które wbijały się w serce mojej żony. Chciałem podejść i wziąć ją w ramiona, a jeszcze bardziej miałem ochotę wypruć flaki z Evans. Sądząc po zawziętej minie matki, ona miała ochotę na to samo. Teodor spoglądał na mnie z błaganiem w oczach, a po jego policzkach spływały łzy. Próbowałem do niego wstać, ale znieczulenie wciąż nie pozwalało mi się ruszyć, a różdżka, która mogłaby pomóc znieść zaklęcia leżała poza moim zasięgiem.
– Kto? – ponowiła pytanie Sol.
– Nie chciałam, żeby ktokolwiek zginął, przysięgam – Lily zapłakała. – Gdybym wiedziała … Powinnam słuchać Jamesa. Remus – wyszeptała w końcu. – Małżeństwo z nim to też pomysł Dumbledore'a. Początkowo mój syn był ukryty u jego przyjaciół. Odwiedzałam go tam każdego dnia, ale po tym, jak śmierciożercy zaczęli na nas polowanie i twój mąż narzekał na moje ciągłe wyjścia z zamku, dyrektor zabrał go gdzieś i nie chce mi do dziś powiedzieć, gdzie on jest. Uważa, że tak jest najbezpieczniej dla niego. Po śmierci Jamesa nie został mi już nikt prócz waszego syna, ale nie potrafiłam go pokochać. Tak bardzo przypominał mi mojego Harry'ego. Był moim wyrzutem sumienia. Nie chciałam go krzywdzić. Wiem, jak to zabrzmi, ale chciałam go spokojnie przechować do czasu, aż pójdzie do Hogwartu. – Solem jęknęła głośno na to stwierdzenie i niemal czułem na swojej piersi łzy żony. – Remus miał jednak zupełnie inne plany wobec Harry'ego.
– Ma na imię Teodor – przerwała jej z sykiem.
– Remus nie mógł na niego patrzeć – kontynuowała po chwili Evans. – Wciąż gadał o tym, jak bardzo cię nienawidzi i nie może patrzeć na twojego dzieciaka. Kiedy próbowałam się wtrącać, groził, że nas zarazi, odnajdzie mojego syna i z niego też zrobi wilkołaka. Poddałam się i udawałam szczęśliwą żonę. Gdy jakiś czas temu pojawił się Syriusz z listem od Jamesa, Remus zaczął obawiać się, że w skrytce znalazł coś jeszcze. Bał się, że ktoś może się dowiedzieć o tym co zrobił, no i nie ukrywam, pieniądze też były odpowiednią motywacją do lepszego traktowania chłopaka. Nie mam pojęcia kogo miał na myśli w liście James; czy naszego syna, czy waszego.
– James nie napisał żadnego listu – wyznała Solem. – Od dłuższego czasu poszukiwaliśmy z Severusem Teodora. Odkąd zaczęłam odzyskiwać pamięć domyślaliśmy się, że żyje. Sprawdzaliśmy każdego chłopca urodzonego w tym samym roku, zdobyliśmy listę tych, którzy otrzymali listy z Hogwartu i staraliśmy się rzucać zaklęcia na każdego. Niełatwo jest dyskretnie rzucać czary sprawdzające modyfikację, ale chcieliśmy mieć chociaż pewność, że nic mu nie jest i staraliśmy się, żeby każdy chłopiec z listy był bezpieczny. Stąd cała ta mistyfikacja z listem, nauką. Chcieliśmy pomóc Syriuszowi, bo bardzo zależało mu losie syna Jamesa, ale po cichu i ja, i Severus staraliśmy się chronić naszego potencjalnego syna i każde dziecko, które było zaniedbane, a uwierz mi, Teodor nie był jedynym.
– Co ze mną zrobisz? – odezwała się po chwili Evans. – Wiesz, gdzie może być mój syn? – spytała z nadzieją.
– Domyślam się – odparła cicho Solem. – Jeden chłopiec, Terry jest urodzony z rodziców czarodziejów, ale wychowywali go mugole. Nie traktowali go zbyt dobrze. Myślę, że mogłabym śmiało porównać ich do ciebie. Mieli też rodzonego syna w tym samym wieku i od razu wydało mi się podejrzane, że adoptowali dziecko, nad którym się znęcają. Przez długi czas myśleliśmy, że to nasz syn, ale nie było możliwości, żeby bezpiecznie sprawdzić, czy ma nałożone jakieś zaklęcia. Mieszkają na przedmieściach Londynu.
– Jak się nazywają? Myślisz, że mogę jakoś do nich trafić? – dopytywała Evans, a w jej głosie czuć było nadzieję.
– Chłopiec mieszka teraz w Hogwarcie, a ci ludzie … – Solem zamyśliła się przez chwilę.
– Dursley – podpowiedziała matka.
– Na Godryka, zabiję tego starego jełopa – warknęła Lily. – Zabrał go do mojej popieprzonej siostry. Solem – Pani Lupin zawahała się przez chwilę – pozwól mi się z nim zobaczyć zanim wydasz mnie aurorom albo zabijesz. Wszystko mi jedno; nie ty to Severus. Co za różnica? Już jestem martwa. Chciałabym tylko go zobaczyć. Proszę.
– Nie zabiję cię, chociaż bardzo to kusząca myśl. Nie ukrywam jednak, że cię potrzebuję – wyszeptała Solem. – Zawrzyjmy układ. – Przymknąłem powieki, słysząc słowa żony. Miałem cały misterny plan tortur, w myślach układałem już kolejne klątwy i mugolskie narzędzia do zadawania bólu, a moja żoneczka w najlepsze zawierała układy. Chciałem warknąć, krzyknąć i sprzeciwić się wszelkim pertraktacjom, ale to pieprzone znieczulenie wciąż mnie trzymało. – Jeśli Teo się zgodzi – kontynuowała po chwili – zabierzemy go. Każde ferie, wakacje i wolne będzie spędzał z nami. Żadne z nas, ani my, ani ty i twój syn, nie możemy zacząć normalnie żyć dopóki istnieje zagrożenie w postaci Voldemorta i dopóki to zagrożenie będzie istniało, będziesz oficjalnie utrzymywać, że Teo to twój syn. Nikt się nie dowie. Ani Remus, ani Dumbledore, ani twój syn, nikt. W zamian pomogę ci odzyskać Harry'ego i nie wydam aurorom, nawet po wojnie, ale postaraj się nie wchodzić mi już wówczas w drogę. Przekonam Severusa, żeby dał ci spokój.
– Masz już cały plan – zaśmiała się Evans. – Masz w dupie ten popieprzony Zakon, bo ich nie potrzebujesz, żeby pozbyć się tego popierdolonego skurwiela.
– Coś w tym jest – mruknęła Solem.
– Pomogę ci – odparła z pewnością w głosie pani Lupin. – Powiedz, co mam zrobić.
– Jeśli nie rozwiążemy naszych problemów do wakacji, musisz pozbyć się Remusa, przynajmniej na czas wolnego – zaczęła Solem, uważnie spoglądając na Lily, która lekko przytaknęła. – Poprosisz Dumbledore'a o dodatkowe zabezpieczenia na domu. Jestem pewna, że rzuci kilka wiążących cię z Teo. Przez cały czas musisz go dokładnie obserwować, a po wszystkim pokażesz Severusowi wspomnienie rzucanych przez niego zaklęć. Obejdziemy je tak, by dyrektor o niczym nie miał pojęcia. Twój syn – westchnęła ciężko – wróci na wakacje do twojej siostry. Wyślemy ich gdzieś na całe dwa miesiące, a ty zamieszkasz z chłopcem w ich domu. Jestem pewna, że dom jest obserwowany, dlatego będziesz zażywać eliksir wielosokowy z jej włosem. To ile powiesz swojemu synowi, zależy już od ciebie. Ufam, że go nie skrzywdzisz.
– Jest moim synem – odparła Lily z pretensją w głosie, na co Solem jedynie westchnęła, leciutko kręcąc głową.
– Po wszystkim rzucimy Obliviate na twoją rodzinkę. Evans, nikt nie może się o tym dowiedzieć, nikt – dodała twardo Snape. – Łącznie z Remusem, Marleną i resztą twoich przyjaciółeczek. Twój syn będzie w niebezpieczeństwie, jeśli piśniesz komuś słówko, a ciebie sama zabiję. I nie licz na szybką śmierć.
– Nikomu nie powiem. Po wszystkim rozejdziemy się; bez pretensji, bez oskarżeń? – dodała z nadzieją w głosie Evans.
– Masz moje słowo. Nie wiem co zdecyduje Teo, ale jeśli się zgodzi, chciałabym, żebyś zdjęła z niego zaklęcia modyfikujące, jak tylko będzie to możliwe.
– Same zanikają powoli, ale zdejmę je, oczywiście – odpowiedziała Lily. – Solem, James był temu przeciwny – dodała po chwili milczenia. – Opiekował się waszym synem lepiej niż niejeden rodzic swoim własnym.
– Wiem.
– Co z nim? – Evans wskazała głową na parawan. – Powinnam wiedzieć co z moim synem. Co mam mówić ludziom?
– Miał całkowicie zniszczoną wątrobę – odparła Solem zmęczonym głosem. – Severus oddał mu część swojej. Uzdrowiciele zapewniają, że z tego wyjdzie. Oficjalnie dowiedzieliśmy się o zagrożeniu przez mroczny znak. Znaleźliśmy go i przynieśliśmy tutaj. Tkanki Severusa są w bazie szpitala i jako że był najbliżej to jego wskazało zaklęcie, jako najbardziej zgodnego i pewnego dawcę.
– Remus będzie coś podejrzewał – mruknęła pod nosem pani Lupin.
– To już twój problem, żeby się nie dowiedział – odparła twardo Solem. – Evans – zatrzymała ją, gdy ta kierowała się już do wyjścia. – Uważaj na Lupina. Nie ufaj mu. James też nie powinien był mu ufać – dodała i spojrzała wymownie prosto w jej oczy. Lily przytaknęła ze zrozumieniem i z cichym westchnieniem wyszła z sali.
Solem opadła ciężko na oparcie krzesła i pozwoliła płynąć łzom. Eileen podeszła do niej i przytuliła z całej siły.
– Nie mogłam inaczej, mamo – zaszlochała. – Najważniejszy jest teraz Teo. Nie zależy mi, żeby się mścić. Chcę tylko by był bezpieczny i on, i dziewczynki. Bezpieczny i szczęśliwy.
– Wiem, dziecinko, wiem. – Teściowa pogładziła delikatnie jej plecy.
– Co mam zrobić? Co zrobić, żeby mój syn mi wybaczył, żeby mnie chciał? – spytała, głośno szlochając.
Odetchnąłem głęboko i zasmucony spojrzałem na chłopca leżącego obok. Z trudem usiadłem na łóżku i ku mojemu zdumieniu Teo zrobił to o wiele sprawniej i szybciej niż ja.
– Mam na imię Teodor? – wyszeptał, siadając obok. Przytaknąłem.
– Teodor Modest, masz trzy siostry i najwspanialszą matkę na świecie – odpowiedziałem. Spojrzałem na syna z nadzieją i odetchnąłem z ulgą, gdy ten nie strącił ręki, którą objąłem jego ramiona. – Fakt, że jestem twoim ojcem zapewne nie napawa optymizmem, ale ona wynagrodzi ci wszystkie niedogodności. Jest najwspanialszą kobietą na świecie i bardzo cię kocha.
– Naprawdę będę mógł z wami zamieszkać? Pan też mnie chce? – spytał, ignorując moje uwagi na temat sympatii do mnie.
– Bardzo – odrzekłem, hamując łzy.
– Bylibyśmy najszczęśliwsi na świecie, gdybyś się zgodził – odpowiedziała Solem, rozsuwając powoli parawan.
– Pani jest moją mamą? – Chłopiec wciąż nie dowierzał. Wodził wzrokiem ode mnie do stojącej nieopodal kobiety.
– Tak – wyszeptała i rozpłakała się. Zrezygnowana opadła na łóżko, które wcześniej zajmował jej syn i schowała twarz w dłoniach. Chciałem wstać i objąć ją, pocieszyć, ale jak na złość nogi wciąż odmawiały posłuszeństwa. Na szczęście z kończynami Teo było wszystko w porządku i ten w mgnieniu oka przeskoczył z jednego łóżka na drugie.
– Naprawdę pani mnie chce? – spytał nieśmiało.
– Bardzo – odpowiedziała i spojrzała z nadzieją na syna. – Tęskniłam za tobą, tak bardzo. Każdego dnia, w każdej minucie. Szukałam cię i wciąż nie mogę sobie darować, że zajęło mi to wszystko tak dużo czasu, ale obiecuję ci, obiecuję, że niczego ci u nas nie zabraknie, a twój tata wcale nie jest taki zły. Lubi dodać sobie nieco grozy, ale Leen i bliźniaczki owinęły go sobie wokół małego palca i jestem pewna, że i ty zrobisz z nim to samo.
– Szybciej niż myślisz – dodałem, siadając po drugiej stronie Teo, gdy moje nogi w końcu zaczęły słuchać poleceń mózgu.
– Ale ja nic nie umiem zrobić dobrze i wciąż coś robię nie tak, jak należy …
– Jesteś wspaniałym chłopcem – przerwała mu Solem. – Nie wierz w ani jedno słowo, które usłyszałeś od Remusa.
– Ale jak Sami-Wiecie-Kto się dowie …
– Nie martw się tym. – Objąłem go i mocno do siebie przyciągnąłem. – Pozwól, że ja się tym zajmę.
Solem
– Mam na imię Teodor? – spytał, wciąż nie dowierzając. – I naprawdę mnie chcecie? Jestem waszym synem?
– Tęskniliśmy za tobą każdego dnia. – Pogładziłam go po policzku. – Przepraszam, że tak dużo czasu zajęło nam znalezienie ciebie. Proszę, daj nam szansę. – Chłopiec spojrzał na mnie z szeroko otwartymi ustami i po chwili utonął w moich ramionach. Nie chciałam go już nigdy z nich wypuścić.
– A pan Lupin, czy on … czy on …
– Nie zbliży się do ciebie, przysięgam ci – zapewnił Severus, obejmując nas swoimi silnymi ramionami.
– A Leen, ona też się zgodzi, żebym z wami zamieszkał? – spytał wciąż wciśnięty między nas.
– Tak samo jak my, nie mogła się ciebie doczekać – wyszeptałam i mocniej przycisnęła chłopca, gdy ten się rozpłakał.
– Bardzo bym chciał mieć na imię Teodor. Nikt by na mnie nie zwracał uwagi, tak jak na Harry'ego Pottera – wyznał, cichutko szlochając.
– Severus – krzyknęłam, gdy silny dotyk zelżał na moim ramieniu, a mój mąż zaczął osuwać się na podłogę. Na prawym boku jego koszuli dostrzegłam sporą plamę krwi i z przerażeniem zerwałam się, by go złapać.
– Nic mi nie jest – mruknął z niezadowoleniem.
– Yhy, ubrudziłeś się sokiem pomidorowym? – Wskazałam głową na jego bok.
– Oczywiście nie słyszałeś, gdy uzdrowiciel mówił, że nie powinieneś wstawać z łóżka przez najbliższą dobę? – prychnęła Eileen, podbiegając do nas. – Ciebie też to się tyczy, młody człowieku – zwróciła się do Teodora.
– Radzę jej posłuchać – mruknął mu do ucha Severus i wsparty na moim ramieniu poczłapał do swojego łóżka. Eileen z niezadowoloną miną zajęła się jego pękniętą blizną i gestem nakazała leżeć, gdy próbował ponownie zbliżyć się do mnie i syna.
– Pani jest moją babcią? – spytał nieśmiało Teo.
– Lepszej nie znajdziesz – odpowiedziałam i z uśmiechem okryłam go szczelniej kołdrą.
– Zapewne masz rację i w swej wspaniałości wspomnę, że już od bardzo dawna sama powinnaś odpocząć. – Eileen spojrzała na mnie wymownie.
– I pani chce być moją babcią? – Chłopiec wciąż nie był pewien tego co usłyszał.
– Jesteś moim pierworodnym wnukiem i ku przerażeniu twoich rodziców zamierzam cię do przesady rozpieszczać, a poczekaj aż poznasz dziadka – zaśmiała się Eileen, chociaż odniosłam wrażenie, że miała ochotę się rozpłakać. – Odpoczywaj póki możesz, dobrze ci radzę.
– Powinieneś jeszcze spać. – Z uśmiechem pogładziłam chłopca po policzku. – Jak się czujesz?
– Nie wiem, proszę pani – odparł szczerze Teo. – Chyba mnie wszystko troszkę boli, ale to nic takiego.
– Boli cię? – Zmartwiałam i chciałam mu jakoś ulżyć, ale nie znałam się na leczeniu.
– Podam ci eliksir słodkiego snu, gdy się obudzisz ból będzie troszkę mniejszy, ale niestety poboli jeszcze kilka dni – uspokoiła mnie teściowa, zwracając się do wnuka.
– Muszę spać? – spytał nieco zawiedziony.
– I to przez kilka kolejnych godzin – odpowiedziałam, udając surowy ton.
– Mogłaby pani poczekać aż zasnę? – spytał nieśmiało.
– Będę też, gdy się obudzisz – zapewniłam. – Nie pozbędziecie się mnie tak łatwo.
– I jak się obudzę, to nadal będzie pani moją mamą?
Severus westchnął cichutko, słysząc po raz kolejny to pytanie.
– Zawsze byłam twoją mamą i zawsze nią będę – odparłam spokojnie. – Zawsze, synku. – Wzięłam od teściowej fiolkę z eliksirem i podałam ją chłopcu. Ten wciąż niepewny tego co będzie, gdy się obudzi, spoglądając mi ufnie w oczy wypił całą zawartość i opadł na poduszki. – Śpij, syneczku – wyszeptałam, pochylając się nim nisko. Z czułością zerknęłam na męża i gładząc Teodora po włosach, zaśpiewałam cichuteńko kołysankę, którą uwielbiał, gdy był jeszcze zupełnie maleńkim chłopczykiem. Otuliłam go szczelniej kołdrą, gdy jego oddech się wyrównał i głośno wzdychając usiadłam bliżej męża.
– Jak się czujesz?
– Lżejszy o kawałek wątroby – próbował zażartować, ale sprowokował jedynie moje łzy. Chciał się podnieść i mnie przytulić, ale nie pozwoliłam mu i sama wtuliłam się w jego klatkę piersiową.
– Powinnam porozmawiać z dziewczynkami – westchnęłam cicho, podnosząc głowę. – Nie mam pojęcia co powiedzieć Asterii i Selene.
– Obawiam się, że w ich przypadku nie obejdzie się bez zaklęcia – wtrąciła Eileen. – Na pewno obiecają, że nikomu nie powiedzą o starszym barcie, ale …
– Mamo, to największe paple pod słońcem – zaśmiałam się. – Nie lubię rzucać zaklęć na swoje dzieci, ale to chyba jedyne bezpieczne rozwiązanie.
– Jest pani tutaj. – Uśmiechnęłam się szeroko, widząc, jak mój syn podnosi powoli powieki.
– Oczywiście, że jestem – odpowiedziałam szeptem i po chwili rzuciłam zaklęcia wyciszające wokół nas. – Severus dopiero przed chwilą zasnął – wyjaśniłam. – Powinien odpocząć.
– Pani też, pani Snape. – Teodor spojrzał na mnie przenikliwie.
– Nie martw się, odpocznę, jak tylko stąd wyjdziesz – zaśmiałam się. – Muszę cię o coś spytać. – Odetchnęłam głęboko i przymknęłam na chwilę powieki. – Słyszałeś całą rozmowę z Lily? – Chłopiec przytaknął. – I wiesz co się stało. Ja i Severus bardzo byśmy chcieli, żebyś został z nami, ale nie możemy zrobić niczego wbrew twojej woli. Jesteś już duży i … – Spojrzałam mu prosto w oczy i z trudem powstrzymałam łzy.
– Pani Snape, ja nigdy nawet nie marzyłem o tym, żeby mieć taką mamę i rodzinę – odezwał się po chwili. – Wujek Syriusz opowiadał mi czasem o tacie, to znaczy o Jamesie i o was, zwłaszcza o pani, chyba bardzo panią lubi. Mógłbym z wami zamieszkać? Ja obiecuję, że będę grzeczny i będę pomagał we wszystkim, przysięgam, że nie będę dużo jadł i postaram się poprawić wszystkie oceny. Nie zajmuję dużo miejsca i wystarczy mi tylko mały kąt do spania. Mogę spać nawet na kanapie albo …
– Synku – przerwała mu z przerażeniem i chwyciłam chłopca w ramiona. – Synku – jęknęłam i po chwili odsunęłam go od siebie, spoglądając mu prosto w oczy. – Zawsze będziemy twoją rodziną, zawsze będziemy cię kochali i zawsze będziemy o ciebie dbać. Bez względu na wszystko, przysięgam ci. Nie pozwolę, by ktokolwiek cię skrzywdził. Jesteś niezwykle miłym i grzecznym chłopcem, ale będziemy cię kochali równie mocno nawet wtedy, gdy coś nabroisz. Uwielbiam gotować i byłoby mi bardzo smutno, gdybyś mało jadł, a ostrzegam jeśli nie będziesz tył z własnej woli, babcia znajdzie na ciebie sposób. – Uśmiechnęłam się do niego i chwyciłam jego twarz w dłonie. – Nad ocenami popracujemy razem, ale poprawisz je jedynie na tyle na ile będziesz w stanie. Z tego co wiem, nie są takie złe.
– Z eliksirów jestem kiepski – wyznał, pochylając głowę.
– Ja byłam kiepska z transmutacji i z magicznych stworzeń – przyznałam się, marszcząc nos. – Muszę jeszcze o coś spytać – zaczęłam poważnie. – Gdy się urodziłeś, daliśmy ci na imię Teodor, ale zaakceptujemy, jeśli wolisz swoje dotychczasowe imię …
– Bardzo bym chciał nosić swoje prawdziwe imię – odpowiedział cichym głosem.
– Dziękuję. – Odetchnęłam z uśmiechem. – Muszę cię jednak poprosić, żebyś przynajmniej przez jeszcze jakiś czas zachował swoją prawdziwą tożsamość w tajemnicy.
– Wiem, proszę pani. – Posmutniałam na chwilę i chociaż bardzo się starałam, nie udało mi się tego ukryć przed synem. Byłam świadoma tego, że zanim Teo w pełni mnie zaakceptuje upłynie sporo czasu, ale z każdym wypowiedzianym pani w moim kierunku, czułam bolesne ukłucie w piersi. Słowo mama, które tak pragnęłam usłyszeć z jego ust, wydawało się teraz mało istotne, ale ja tak długo na nie czekałam. – Powiedziałem coś niewłaściwego? – spojrzał na mnie przestraszony.
– Nie, skarbie, tylko nie mogę się na ciebie napatrzeć – westchnęłam i przywołałam na twarz uśmiech.
– Jak powinienem mówić do pani i profesora? – spytał i po chwili zaczął nerwowo przygryzać wargę. Serce zabiło mi mocniej, gdy zadał pytanie, jakby czytając w moich myślach. Nie miałam pojęcia, jak inaczej mógłby na mnie mówić i co byłoby najwłaściwsze teraz. W myślach zawsze nazywałam się jego mamą i nie wyobrażałam sobie czegoś innego.
– Mamo? – wyszeptałam nieśmiało. – Bardzo bym chciała, jeśli i ty byś chciał, ale jeśli wolisz możesz mi mówić po imieniu, nie obrażę się – dodałam pospiesznie, widząc, jak szeroko otwiera oczy.
– Mógłbym? Pan Lupin zawsze na mnie krzyczał, gdy mówiłem do nich mamo i tato.
– Synku – jęknęłam. Z bólem przyjmowałam kolejne rewelacje związane z wychowywaniem Teodora przez Remusa. Spodziewałam się, że bardzo trudne będzie przekonanie chłopca do bycia normalnym, niesfornym nastolatkiem i nauczenie go, że kochamy go miłością bezwzględną, ale nie przypuszczałam, że tak bardzo został wytresowany przez ojczyma. Działałam na wyczucie i wciąż bardzo się bałam, że powiem coś nie tak i skrzywdzę albo spłoszę chłopca. Bałam się, że zamknie się przed nami i nigdy nie zdołam go do nas przekonać. Nie mogłam też ważyć każdego słowa i analizować odpowiedzi. Musiałam dać ponieść się uczuciom i wierzyć w swój matczyny instynkt. – Teo, bardzo byśmy chcieli, żebyś nie tylko zaakceptował nas jako rodziców, ale też żebyś poczuł, że jesteśmy twoimi mamą i tatą. Wiem, że to wszystko jest trudne, ale będziemy razem z tobą bez względu na wszystko, bez względu na to, jak zechcesz się do nas zwracać. Jesteś naszym synem i tak pozostanie.
– Ja … bardzo bym chciał być częścią waszej rodziny – odparł nieśmiało.
– Jesteś nią, zawsze byłeś – zapewniłam. – Jak tylko uzdrowiciel się zgodzi, to chciałabym cię zabrać do naszego domu. Twój pokój wciąż na ciebie czeka.
– Mam swój pokój? – Teo otworzył usta ze zdumienia.
– Właściwie dwa – odparłam z uśmiechem. – Jeden w starym domu, ale nic w nim nie zmienialiśmy … – urwałam i pogładziłam chłopca po bladych policzkach. – Drugi w naszym nowym domu i ten urządzisz tak, jak tylko będziesz chciał. Możliwe, że ten pokój sam to zrobi, jak tylko tam się zjawisz.
– Zrobiliście dla mnie pokój? – W jego oczach zaszkliły łzy.
– Skarbie, szukaliśmy cię, czekaliśmy na ciebie …
– Dziękuję, mamo – wyszeptał, gdy mocno go do siebie przyciągnęłam.
– Chyba powinnam przestać w końcu płakać – zaśmiałam się, gdy po kilku długich chwilach pozwoliłam mu się od siebie oderwać. – Ale przytulania ciebie nie zamierzam ograniczać – dodałam z uśmiechem. – Mamy sporo do nadrobienia.
– Ja … czy … czy pani, ona … pani Lupin, czy ona mówiła prawdę? – spytał nie bardzo wiedząc, jak nazywać Lily.
– O czym?
– O tym, że pani ma plan, jak zabić Voldemorta, mamo – wyszeptał cichutko.
– Teo, w naszym domu obowiązuje zasada, że jesteśmy ze sobą szczerzy, nie okłamujemy się nawet, jeśli prawda nie do końca jest tym, co chcesz usłyszeć – zaczęłam niepewnie. – Nie zamierzam cię okłamywać ani obiecywać, że jutro zagrożenie w postaci Voldemorta zniknie. Nie do końca wiem w jaki sposób się go pozbyć, ale moja mama mawiała, że matka zawsze znajdzie sposób, żeby ochronić swoje dzieci przed każdym zagrożeniem. Twoja babcia była bardzo mądrą kobietą i ja jej wierzę. Może dziś jeszcze nie wiem dokładnie jak, ale jestem pewna, że uda mi się znaleźć sposób, byście ty i twoje siostry mogli spokojnie dorosnąć. – Spojrzałam uważnie w oczy chłopca i odetchnęłam głęboko, widząc, jak wiele jest w stanie pojąć i zrozumieć. – Nie mogę ci o wszystkim powiedzieć, ale wiem z całą pewnością, że jest sposób na pozbycie się go tak, by już nigdy nam nie zagrażał.
– Czy ja będę musiał go zabić? – spytał przestraszony.
– Nie, nie pozwolę byś się do niego zbliżał – odparłam twardo.
– Ale …
– Żadnego ale – przerwałam mu, posyłając groźne spojrzenie. – Nie zbliżysz się do niego ani on nie zbliży się już do ciebie. – Przymknęłam na chwilę powieki i delikatnie pogładziłam syna po policzku. – Chyba ktoś na łóżku obok bardzo chciałby posłuchać o czym rozmawiamy. – Zerknęłam na męża, który już od dłuższej chwili przyglądał się nam.
– Jak powinienem zwracać się do profesora? – spytał z niepewną miną. – To znaczy wiem, jak muszę mówić w szkole, ale …
– A jak, byś chciał?
– Chciałbym mieć tatę – wyszeptał. – Takiego prawdziwego, żeby mnie nie tylko karał, ale żeby mnie czegoś nauczył i żebym mógł z nim latać na miotle.
– A Severus bardzo by chciał odzyskać syna, z którym mógłby dzielić się swoją wiedzą. Ostrzegam jednak; na miotle lata dość brawurowo i nie jestem pewna, czy zgodzę się, byś z nim latał – odparłam i mocno ścisnęłam jego dłonie, dodając mu otuchy. – To dobry człowiek – szepnęłam i zdjęłam zaklęcie wyciszające.
– Zjadłbym coś – mruknął Severus, spoglądając na mnie wymownie. – Teodor pewnie też – dodał ze skwaszoną miną.
– Pan Ralph zalecił ci dietę – upomniałam go.
– Jasne, bo ty zawsze tak słuchasz uzdrowicieli – prychnął. – Jestem chory i żądam porządnego jedzenia. – Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc zdziwioną minę chłopca.
– Twój tata jest strasznym żarłokiem, Teo. – Spojrzałam na syna i wywróciłam oczami.
– Zatem Teodor? – Severus z uśmiechem zwrócił się do chłopca.
– Bardzo bym chciał, proszę pana … tato – dodał cichutko. Spojrzałam niepewnie na męża, gdy ten przez dłuższą chwilę nic nie odpowiadał. Zdumiałam się, dostrzegając pod jego powiekami łzy i mocniej ścisnęła dłonie syna. – Wiem, że dla innych będę musiał być Harrym – odezwał się po chwili. – I obiecuję, że będę się bardzo pilnował.
– Myślę, że nie będziesz musiał aż tak bardzo – odparł Severus. – Jeśli nie ma na świecie jakiegoś zaklęcia, twoja mama je wymyśli.
– Jak to? – zdziwił się Teo.
– Nudziło mi się, jak spaliście – mruknęłam – i tak sobie pomyślałam, że będzie trudno się ciągle pilnować, nie tylko tobie, ale i nam. No dobra, przyznaję, że ja wcale nie chcę nazywać cię Harrym – wyznałam ze skruchą.
– Przejdź do sedna – ponaglił mnie mąż.
– Rozpisałam zaklęcie i jeśli zgodzisz się, żebym je na nas rzuciła będziemy mogli się do siebie zwracać normalnie, ale inni usłyszą to co chcemy żeby słyszeli – wyjaśniłam.
– To tak można? Wymyślać sobie zaklęcia? – Chłopiec ze zdumienia otworzył szeroko oczy.
– Mama uważa, że to proste, ja muszę się trochę natrudzić, a przed tobą jeszcze długa droga – wyjaśnił mu ojciec.
– Nauczy mnie pani, mamo? – wykrzyknął z nadzieją.
– Wszystkiego.
– Jest całkiem dobrą nauczycielką – powiedział Severus. – Obawiam się, że lepszą niż ja – dodał nieco ciszej. – Jednak na twoim miejscu protestowałbym przed lekcjami lepontyjskiego. – Popatrzył na syna z poważnym wyrazem twarzy.
– Zabawne, doprawdy – prychnęłam.
– Co to jest lepontyjski? – spytał naiwnie Teodor.
– Język, który zna tylko twoja mama i niestety siostra – odpowiedział mu pospiesznie Severus.
– Jaka jest twoja ulubiona potrawa? – Zwróciłam się do syna, ostentacyjnie ignorując męża.
– Nie wiem, proszę pani, mamo – poprawił się szybko, czym wywołał uśmiech na mojej twarzy. – Smakowały mi te małe kuleczki, które jadłem w święta i pieczeń była wspaniała. W święta jedzenie było dużo lepsze niż to, które jem w Hogwarcie. Chociaż i to jest pyszne.
– Postaram się też o ciastka marcepanowe. – Uśmiechnęłam się przekornie, a chłopiec mocno się zaczerwienił.
– Skoro już zbierasz zamówienia na kolację – zaczął donośnym głosem Severus – nie pogardzę porcją pulpecików, koniecznie z ziemniakami i do tego może być kawałek pieczeni, skoro i tak będziesz ją robiła dla Teo, szyneczkę pieczoną ze skórką i do ciastek marcepanowych zielone reniferki, kilka karmelków też się nie zmarnuje. O, i nadziewaną wieprzowinę, wiesz którą.
– A może tak jakieś warzywa byś poprosił? – Posłałam mu karcące spojrzenie.
– Nie wspominałem o ziemniakach? – Severus udał zdziwioną minę. – Podwójna porcja niech będzie.
Severus
Z uśmiechem obserwowałem rozpromienioną małżonkę i coraz częstszy uśmiech syna. Wiedziałem, że czekało nas jeszcze całe mnóstwo poważnych rozmów, ale teraz chciałem się cieszyć z rodziny i pozwolić, by i Teo się nią nacieszył. W przeciwieństwie do żony nie zamierzałem obchodzić się z chłopcem jak z jajkiem, tylko od samego początku, bez względu na to co sobie myśli, dać mu do zrozumienia, że w domu byłem jego ojcem i przyjacielem. Nie panem Snape'em, nie panem, nie profesorem, tylko ojcem, człowiekiem, który o niego dba i troszczy o jego szczęście, rozpieszcza, ale też wymaga. Nie zamierzałem być w stosunku do niego bardziej pobłażliwy niż byłem w stosunku do dziewczynek. Chciałem, by poczuł, że jest traktowany, jak jedno z moich dzieci, a nie gość, który pojawił się w naszym życiu i za chwilę zniknie.
– Teo – Solem zwróciła się do chłopca zmartwionym głosem – będę musiała zostawić was samych na jakiś czas. – Teodor starał się nie pokazać zawiedzionej miny, ale kobieta nie dała się zwieść. – Muszę sprawdzić, jak mają się dziewczynki i poważnie z nimi porozmawiać. One wciąż nie wiedzą o tobie i zapewne martwią się naszą nieobecnością – wyjaśniła pospiesznie. – Potrzebujesz czegoś? Mam ci przynieść coś do czytania? Może chciałbyś jakieś przybory do rysowania?
– Muszę dokończyć lekcje – wyszeptał nieśmiało.
– Esej na temat zastosowania sproszkowanych oczu salamandry – mruknąłem dość głośno.
– Jeszcze nie zacząłem – odparł ledwie dosłyszalnie Teodor, a Solem zaśmiała się, wywracając oczami.
– Tata na pewno ci z nim pomoże. – Uśmiechnęła się. – Lekcjami zajmiemy się później. Teraz masz odpoczywać. – Pogładziła go po policzku. – I jeszcze jedno – dodała poważnym tonem – peleryna niewidka, póki co, wraca do mnie – zakomunikowała, a Teo nawet nie śmiał zaprotestować. – Mam nadzieję, że rozumiesz dlaczego ci ją konfiskuję. – Chłopiec przytaknął z niepewną miną.
– Będę musiał ją zwrócić, prawda? – Teodor spojrzał niepewnie.
– Tak – odparła krótko Solem. – Za jakiś czas, ale nie sądzę, byś w przyszłości jej potrzebował – dodała z uśmiechem.
Odetchnąłem głęboko, gdy moja małżonka zostawiła nas samych i z rozbawieniem spojrzałem na łóżko, na którym syn dość nieudolnie próbował udawać, że śpi.
– No, to teraz sobie porozmawiamy – zwróciłem się do niego zjadliwym tonem, siadając na łóżku. – Jeśli uważasz, że potraktuję cię tak łagodnie, jak twoja mama, to jesteś w błędzie – mruknąłem, posyłając chłopcu niewinny uśmieszek. – Co to do cholery miało być? Coś ty sobie myślał, idą na trzecie piętro? – wykrzyczałem.
– Ja … ja … – chłopiec jąkał się, przykrywając coraz mocniej kołdrą.
– Teodor – warknąłem groźnie. – Dlaczego tam poszedłeś? – spytałem nieco łagodniej.
– Ja … – zawahał się. – Nie chce mnie już pan, prawda?
– Teodor, ostrzegam cię, jeśli myślisz, że ci się upiecze, tylko dlatego, że wróciłeś do nas po tak długim czasie, to jesteś w błędzie – odparłem. – Gdyby mi chociaż przez głowę przeleciało coś równie głupiego, to uwierz mi, nie zaprzątałbym sobie głowy zamartwianiem się o ciebie. Przypominam ci też, że jestem twoim ojcem. Słucham. Mama już ci chyba mówiła, że szczerość jest jedną z podstawowych zasad naszego domu. Nie musisz nam się zwierzać, jeśli nie chcesz i masz prawo do posiadania tajemnic, ale nie okłamuj nas i nie kręć. Całe to zamieszanie z kamieniem filozoficznym to zbyt poważna sprawa i muszę wiedzieć, co skłoniło cię, by tam pójść. Od tego, jak bardzo wyczerpująca będzie twoja odpowiedź zależeć będzie twoja kara.
– Zanim przyszedłem do Hogwartu, Syriusz narzekał na zadanie od profesora Dumbledore'a jakie musi wykonać – zaczął niepewnie Teo. – Gdy zabrał mnie do skrytki ta... pana Pottera, udał się do jeszcze jednej i powiedział, że to coś co musi zabrać do Hogwartu. Przed nocą duchów, ja i … moi przyjaciele przypadkiem trafiliśmy … Malfoy wyzwał mnie na pojedynek o północy i ja poszedłem, ale on się nie zjawił. Byli ze mną przyjaciele, ale przysięgam, żadne z nich nic nie zrobiło.
– Teo, nie interesują mnie teraz pan Weasley i panna Granger. Nie jesteśmy w szkole – przerwałem mu pospiesznie.
– Malfoy nas wystawił i pan Filch prawie nas nakrył – kontynuował po chwili. – Uciekaliśmy i przypadkiem trafiliśmy do tej komnaty z Puszkiem. Byliśmy ciekawi czego pilnuje i jak zapytaliśmy Hagrida o tego psa, to się przypadkiem wygadał, że to sprawa między Dumbledorem a Flamelem. Później jakoś już tak poszło, że wpadliśmy o co chodzi, a wczoraj przypadkiem usłyszałem, jak profesor Quirrell komuś opowiadał o tym, jak się tam dostać i że sylwester to świetny dzień, żeby to zabrać. Chciałem przed nim ukryć kamień, nie chciałem go zabrać.
Nie miałem pojęcia, w którym momencie Teodor znalazł się w moich ramionach, ale wiedziałem, że nie chcę go już z nich wypuszczać.
– Mogłeś zginąć – wyszeptałem, mocno go tuląc. – Nigdy więcej nie rób czegoś tak lekkomyślnego, dobrze? Zawsze, ale to zawsze, jeśli coś podobnego przyjdzie ci do głowy masz przyjść najpierw do mnie albo do mamy, rozumiesz? – Odsunąłem go od siebie i chwytając za ramiona, spojrzałem prosto w oczy. – Rozumiesz, synku?
– Tak … tato – odparł i po chwili ponownie utonął w moich ramionach. – Nie wyrzuci mnie …
– Wyjątkowo uznam, że dostałeś już wystarczającą nauczkę, ale jeśli coś podobnego się powtórzy, kara cię nie minie. – Pospiesznie przerwałem chłopcu. Odetchnąłem głęboko i pogładziłem go po włosach. – Czy jest coś o co chciałbyś mnie zapytać, coś czego chciałbyś się dowiedzieć o mnie, naszej rodzinie? – spytałem po chwili.
– Nie jestem pewien, czy mogę o to zapytać – wyznał po namyśle.
– Możesz pytać o wszystko, Teo, ale musisz liczyć się z tym, że nie zawsze mogę ci odpowiedzieć – odparłem.
– Wtedy, gdy dostałem pelerynę niewidkę – zaczął niepewnie. – Pani mama, ona … nie widziała, prawda? – Spojrzał na mnie uważnie. Przymknąłem na chwilę powieki i lekko skinąłem.
– Twoja mama traci wzrok od czasu, gdy … gdy odebrano jej ciebie – wyznałem po chwili wahania. – Przez długi czas niczego nie pamiętała z tamtego dnia. Wszystko zaplanowano tak, byśmy myśleli, że … że nie żyjesz. Teraz już wiem, że błędem było proszenie dyrektora o pomoc w rzucaniu zaklęć, ale wówczas nie wiedziałem tego co wiem dziś, ufałem mu – westchnąłem zmęczony i lekko pogładziłem syna po włosach. – Nie jestem pewien ile z tego mama chciałaby ci powiedzieć, ale jeśli mogę cię prosić, postaraj się jej na ten temat zbyt wiele nie pytać. – Chłopiec energicznie pokiwał głową. – Przyjdzie taki czas, że opowiemy ci o wszystkim, ale to dla niej wciąż bardzo trudny temat i musisz jej dać czas, żeby mogła się do tego przygotować.
– Rozumiem – wyszeptał.
– Jeśli masz jakieś pytania na temat tamtego dnia i jej utraty wzroku, zwracaj się z nimi do mnie, proszę – dodałem po chwili. – Musisz wiedzieć, że twoja mama zrobiła wszystko, żeby jej ciebie nie odebrano. Badaliśmy jej różdżkę i zapewniam cię, że walczyła bardzo dzielnie o ciebie. – Teo spojrzał smutnym wzrokiem.
– Czy to wtedy zginęli jej rodzice, moi dziadkowie?
– Tak.
– Czy pani mama … czy często traci wzrok? Jak powinienem się wtedy zachować? – dopytywał.
– Niestety różnie – odpowiedziałem. – Czasem nie widzi kilka miesięcy, czasem traci wzrok na kilka minut. Nie wiemy od czego to zależy, ale jest coraz lepiej i jest szansa, że to minie całkowicie. Rzucono na nią Obliviate i ktoś zepsuł zaklęcie. – Teodor przytaknął, dając do zrozumienia, że wie co to za czar. – Wciąż pracuje z uzdrowicielem nad całkowitym odzyskaniem pamięci i jeśli jej się to uda, wówczas będzie możliwe cofnięcie czaru. Twoja mama żyje z tym od jedenastu lat i radzi sobie bardzo dobrze. Staramy się, ja i twoje siostry, zachowywać wówczas normalnie. Nie pomagamy jej na siłę, nie wyręczamy w niczym. Nie lubi tego. Bywa tak, że nie jest w stanie sama czegoś zrobić i wówczas sama prosi o pomoc. Udawaj, że to coś co robisz za nią na co dzień, nie dziw się jej prośbom i nie pytaj co pięć minut jak się czuje, też nie lubi. Jednak zarówno utracie, jak i odzyskaniu wzroku dość często towarzyszy bolesna migrena i mama potrzebuje wtedy spokoju i odpoczynku. Pamiętaj o tym, dobrze?
– Oczywiście – zapewnił chłopiec. – Mogę jakoś pomóc?
– Solem ponad wszystko kocha rodzinę. – Nabrałem powietrza. – Myślę, że pomożesz, dając jej do zrozumienia, że jesteś z nią bez względu na to czy widzi, czy nie.
– Chciałbym zrobić coś, żeby była ze mnie dumna – wyszeptał – żeby mnie chciała.
– Jest. – Uśmiechnąłem się łagodnie. – Bez względu na wszystko, nie wyobrażam sobie, by któreś z nas nie było z ciebie dumne. I nigdy, ale to nigdy nie myśl, że ciebie nie chcemy.
– Nie jestem dobry z eliksirów – mruknął pod nosem.
– To nie ma najmniejszego znaczenia w czym jesteś dobry, a w czym nie. – Wstałem z łóżka i trzymając się za ranę na boku, podszedłem do okna. – Jesteś naszym synem i akceptujemy cię takiego jakim jesteś. Nie musisz nam niczego udowadniać i robić czegoś na siłę. Nie ma znaczenia dla mnie czy lubisz eliksiry, czy nie. Solem, twojej mamie daleko do Mistrza Eliksirów i mi to kompletnie nie przeszkadza, tak samo jak jej mój czy Leen kompletny brak talentu do rysunku.
– Ale ja bardzo lubię eliksiry i lubię też rysować – wyznał cichutko chłopiec.
– Lubisz eliksiry? – zdziwiłem się i dość gwałtownie odwróciłem od okna.
– Tylko niewiele mi z nich wychodzi – dodał ze skruchą. – Rysować nie potrafię najlepiej, po prostu to lubię.
– Jeśli tylko będziesz chciał, i ja, i mama pokażemy ci jak się warzy, rysuje, rzuca zaklęcia. Jestem pewien, że dziadkowie także podzielą się z tobą swoją wiedzą. Babcia jest najlepszym uzdrowicielem jakiego znam, dziadek do spółki z Solem prowadzą wydawnictwo i wie na temat książek więcej niż ktokolwiek inny – opowiadałem z zapałem przysłuchującemu się chłopcu. – Leen kocha psocić i pewnie wciągnie cię w niejeden żarcik. Asteria i Selene próbują ją naśladować, na nasze nieszczęście. Jest też profesor Davis, poznałeś go w święta. Ekspert w dziedzinie starożytnej magii, ale uczy tylko wybranych. Nie mam pojęcia w jaki sposób dokonuje selekcji uczniów, ale jest bardzo wybredny.
– Profesor Flitwick o nim opowiadał i moja przyjaciółka, Hermiona o nim wspominała – wtrącił Teo. – Proszę pana, tato … pan też chce, żebym z wami zamieszkał w wakacje?
– Tato brzmi o wiele prościej. – Westchnąłem cicho. – Nie tylko w wakacje. Chciałbym, żebyś z nami zamieszkał na zawsze. Nasz dom jest twoim domem bez względu na to, gdzie mieszkamy.
– A czy ja … czy mógłby mi pan tata powiedzieć albo zapisać wszystkie zasady, jakie muszę znać i obowiązki, które muszę wykonywać? – spytał po chwili. – Nie chciałbym zrobić czegoś źle.
– Teo – zacząłem powoli – chciałbym, byś zawsze pamiętał o szczerości i szacunku. Różnie to wychodzi, ale każde z nas, ja, mama, twoje siostry i dziadkowie, staramy się o tych dwóch zasadach nie zapominać. Dbamy o siebie, chociaż Leen często się wydaje, że jest traktowana niesprawiedliwie, to uwierz, zawsze kierujemy się jej dobrem. W twoim przypadku jest dokładnie tak samo. Nie jesteśmy idealni i każdemu z nas zdarza się zrobić coś źle. Jeśli tak się stanie w twoim przypadku, ja albo mama zapewne zwrócimy ci uwagę i wyjaśnimy ci co jest nie tak. Czasem pewnie nie obejdzie się bez kary, ale to tylko i wyłącznie, gdy ewidentnie na to zasłużysz. Nikt nie ukarze cię za niewiedzę. Pamiętaj też o tym, że tam gdzie jest kara jest też nagroda. – Uśmiechnąłem się, unosząc brwi. Rozmowa o karach z chłopcem, który niejednokrotni obrywał za zwykłą dziecięcą niezdarność, brak umiejętności albo niewykonanie zadania przerastającego jego możliwości, była wyjątkowo trudna. Nie chciałem zrazić go wizją domu tortur, ale chciałem też, by Teodor wiedział, czego może się po nas spodziewać. – Jestem pewien, że twoje siostry wtajemniczą cię w ten cały zwiły system, bo szczerze mówiąc, dla mnie jest on kompletnie niezrozumiały i dziwnym trafem na końcu okazuje się, że twoje siostry czego, by nie zrobiły dostają to czego chcą. Co do obowiązków; najważniejsza w twoim przypadku jest nauka. Jeśli będziesz się starał, to nam wystarczy. Mamy w domu skrzatkę, ale o porządek w swoim pokoju każdy ma zadbać sam. – Miałem wrażenie, że wszystko co teraz mówiłem, to jakieś mało istotne bzdury, ale czułem, że chłopiec potrzebował zapewnienia, że nie będziemy od niego wymagać rzeczy niemożliwych. – W czasie roku szkolnego jadam z rodziną kolacje i czasem śniadania, ale w twoim przypadku, jako że jesteś uczniem, nie będzie to możliwe. W czasie ferii i wakacji, staramy się jadać wspólnie wszystkie posiłki i chciałbym, żebyś o tym pamiętał. Teo, mamy swoje tradycje i zwyczaje, jak każda rodzina; trudno jest teraz o wszystkim opowiedzieć. Część już poznałeś w święta, a resztę poznasz z czasem i mam nadzieję, większość przypadnie ci do gustu. Chcielibyśmy, żebyś poczuł się u nas dobrze i wiedział, że jesteś częścią naszej rodziny. Żebyś w domu czuł się swobodnie. Jeśli zdarzy ci się zrobić lub powiedzieć coś, co nam się nie spodoba, powiemy ci o tym i tego samego oczekujemy od ciebie. Nie bój się wyrażać na głos swoich opinii albo zwrócić uwagę, gdy coś ci się nie podoba. – Z uśmiechem zmierzwiłem jego włosy. – Muszę cię jeszcze ostrzec. – Przybrałem poważny wyraz twarzy. – Twoja mama nie znosi, jak ktoś jej się wtrąca w gotowanie. Wyjątkiem jest niedzielne śniadanie, ale poza tym radzę trzymać się z daleka od kuchni. Jeśli między posiłkami będziesz chciał coś przekąsić o wiele bezpieczniej jest przerwać jej pracę czy relaks niż samemu próbować robić sobie kanapkę.
– Bezpieczniej? – zdziwił się Teodor. – Potrafię sam zrobić kanapkę.
– Kuchnia to królestwo twojej mamy – wyjaśniłem. – Czasem wpuszcza tam babcię i uczy gotowania dziewczynki, ale ja nie mam wstępu i obawiam się, że podzielisz mój los. Inaczej czekają cię bolesne godziny wykładów na temat tego, że źle trzymasz nóż, a żółty ser o średnich dziurkach nie powinien leżeć w tym samym pudełku co ser bez dziurek. Bardzo niedobrze jest, gdy szynka ze skórką dotyka szynki bez skórki, a sok dyniowy ma stać, a nie leżeć. Butelkę z mlekiem trzeba zamknąć zaklęciem, a nie wystarczy zakorkować. Mąka, nie żebym kiedyś potrzebował jej użyć, musi być w szczelnie zamkniętym słoju, kakao i czekolada do picia, to zupełnie co innego i za nic nie można pomylić miarek, które są w puszkach i tego typu bzdury. – Chłopiec uśmiechnął się nieznacznie. – Jeszcze wszystko przed tobą, ale uwierz mi, nawet z pozoru najbardziej cicha kobieta potrafi zagadać na śmierć, gdy coś jej nie pasuje.
– Hermiona potrafi dużo gadać – odpowiedział nieśmiało Teo.
– Zgadza się, panna Granger jest tego najlepszym przykładem. – Zrobiłem zbolałą minę. – Przyjaźń z nią może cię wiele nauczyć – dodałem, udając nauczycielski ton.
– Tego, że kobiety dużo gadają i rzadko bywa to istotne? – zażartował chłopiec i po chwili z niepokojem obserwował moją minę. Spojrzałem na niego mocno marszcząc brwi, a po chwili wybuchnąłem szczerym śmiechem. Teodor może lubił rysować, ale z całą pewnością miał mój charakter. Trzeba będzie jedynie wydobyć z niego stłamszone cechy.
– Niezwykłe, jak szybko się uczysz – zaśmiewałem się.
– Pani Snape świetnie gotuje – westchnął z rozmarzeniem Teodor.
– Trudno się nie zgodzić – mruknąłem pod nosem. – Teo. – Spojrzałem na syna z uwagą. – Chciałem cię przeprosić – wyznałem po chwili, ciężko wzdychając. – Zdarzyło mi się – kontynuowałem, zanim chłopiec zdołał mi przerwać – potraktować cię niesprawiedliwie. To nie jest coś z czego jestem dumny i obiecuję postarać się być sprawiedliwym dla wszystkich uczniów.
– Często nie uważałem na lekcjach i też nie jestem z tego dumny – wyznał chłopiec.
– Nie mogę już cofnąć szlabanu jaki niesprawiedliwie dostałeś i nie mogę też darować ci kolejnych. – Wymownie uniosłem brwi. – Jak słusznie zauważyłeś twoja mama świetnie gotuje. Większość twoich kolegów zna twoją sytuację rodzinną i byłoby podejrzane, gdybyś teraz nagle zaczął dostawać paczki z żywnością. Nie możesz też zbyt często jej odwiedzać w naszym mieszkaniu. – Chłopiec ze zrozumieniem pokiwał głową. – Jak ją znam, znajdzie sposób, by się z tobą kontaktować, by mogła lepiej cię poznać i ona, i twoje młodsze siostry. Leen chyba już się zdążyła z tobą zaprzyjaźnić. Wychodzi na to, że wbrew pozorom jestem w najtrudniejszej sytuacji – westchnąłem zrezygnowany.
– Bardzo chciałbym poznać pana też, tato – wykrzyczał z przejęciem. – Jak tatę, nie tylko profesora – dodał ciszej i ze skruchą pochylił głowę.
– Wspólne spacery po błoniach raczej odpadają – sarknąłem, a Teo zachichotał.
– Obawiam się, że jeśli pan tata wpadnie do dormitorium na pogawędkę to też wyda się podejrzane. – Ku mojej uciesze, syn rozumował poprawnie moją ironię i rozmowa szła w dobrze obranym kierunku.
– Jestem pewien, że masz już jakiś pomysł – dodałem, ciężko wzdychając.
– Jeśli dałby mi pan tata nie do końca słuszny szlaban, ale ja bym wiedział, że jest on niesłuszny i to tak do końca nie byłby szlaban, to może nikt by nie musiał wiedzieć, że nie szoruję kociołków? – spytał nieśmiało Teodor.
– A zamiast tego mógłbyś objadać się słodyczami upieczonymi przez matkę? – zadrwiłem.
– Przepraszam – szepnął chłopiec, a ja zganiłem się natychmiast w myślach.
– Za co? – spytałem zdziwiony i wzruszyłem z nonszalancją ramionami. – Za to, że powiedziałeś na głos coś co od początku chodziło mi po głowie? – zaśmiałem się i chwyciłem syna za podbródek, tak by ten na mnie spojrzał. – Myślę, że szybko dojdziemy do porozumienia. – Mrugnąłem do chłopca.
– Zielone reniferki są naprawdę pyszne, tak jak pan tata mówił – odezwał się cichutko.
– Chciałbym, byś zwracał się do mnie tato, nie jestem dla ciebie panem. Postarasz się? – poprosiłem.
– Postaram, tato – odparł z uśmiechem.
– Zielone reniferki to niestety jedynie bożonarodzeniowy wyrób – westchnąłem. – Jednak niedługo skosztujesz prawdziwej rozkoszy lukrowanych serc walentynkowych. Później jest Wielkanoc i radzę już zacząć składać modły do Merlina, by mama w tym czasie nie miała dużo pracy, bo od jajek wielkanocnych nie będzie nic aż do wakacji. – Spojrzałem na niego, lekko mrużąc oczy. – Dochowasz sekretu przed tymi czterema wiedźmami, z którymi przyszło nam żyć?
– Zawsze dochowuję sekretów – zapewnił gorliwie.
– W domu mam skrytkę, w mieszkaniu w Hogwarcie też – szeptałem konspiracyjnie.
– Skrytkę? – zdziwił się Teo.
– Na słodycze, ale jeśli mama albo te trzy mniejsze się dowiedzą, to możesz zapomnieć o zielonych reniferkach w maju. Teraz jednak jest nas dwóch, dlatego musisz mi pomagać w gromadzeniu zapasów.
– Jak? – spytał coraz bardziej zaskoczony i pełen zapału.
– Podstawowa zasada to brać dwa razy więcej niż jesteś w stanie zjeść. – Z trudem powstrzymywałem śmiech, widząc, jak na twarzy Teodora maluje się wyraz głębokiego zamyślenia. Byłem pewien, że chłopiec właśnie dokładnie analizuje, w jaki sposób pozyskać zapasy. – Póki tu jesteśmy udawaj bardziej smutnego i chorego niż jesteś. Bardziej chory równa się więcej słodyczy. Smutny, jeszcze więcej, ale nie przesadzaj, bo mama pomyśli, że coś się stało – tłumaczyłem. – Później, jak już uda nam się tutaj trochę zgromadzić, pokażę ci zaklęcie, które utrzyma ciastka świeże przez cały rok. Tracą nieco ze swej wspaniałości, ale nadal są wyborne.
Starałem się sprowadzać rozmowę na pozornie nic nieznaczące tematy jednocześnie opowiadając mu o rodzinie wszystko co tylko się da. Obaj potrzebowaliśmy dużo czasu, by się poznać, dlatego niczego nie przyspieszałem. Nie zadawałem trudnych pytań i starałem się jak najwięcej wyciągnąć w trakcie luźnej rozmowy. Początkowo nie było łatwo i tematy dość szybko się urywały. Wówczas zaczynałem opowiadać o dziadkach, córkach, żonie, a po pewnym czasie odważyłem się nawet na opowieści o Hogwarcie. Otworzyłem się przed chłopcem, bo czułem, że to jedyny sposób, by i on otworzył się przede mną. Liczyłem, że jest to skuteczna recepta na zdobycie zaufania syna. Irytowała mnie niepewność Teodora, a ciągłe zapewnienia, że nie pozwolę, by ktokolwiek go jeszcze skrzywdził i nigdy już od nas nie zabrał, powoli męczyły, ale wiedziałem, że musimy przez to wspólnie przejść, a jedynie cierpliwością i spokojem zapewnimy sobie sukces.
Bolały mnie wszelkie wzmianki na temat tego, jak chłopiec był traktowany i z trudem hamowałem się, by nie wybiec ze szpitala i nie policzyć się z Lupinem i Dumbledorem. Najgorsze było to, że Teodor wiele z zachowań swojego ojczyma uważał za normę. Ścisnęło mnie w gardle, gdy chłopiec oznajmił, że możemy sprzedać lub wypuścić Ropuszkę, bo teraz będziemy mieli jego do pomocy i obawiałem się, że wszelkie moje tłumaczenia nie wypadły zbyt przekonująco. Nie łudziłem się, że będzie łatwo i wiedziałem, że przed nami trudny sprawdzian z rodzicielstwa, ale dziwnie nie bałem się o jego wynik. Teodor był cudownym dzieckiem i byłem pewien, że bycie jego ojcem będzie prawdziwą przyjemnością. Z każdą chwilą dostrzegałem w nim coraz więcej podobieństw do Solem i szybko nabrałem przekonania, że i ten dzieciak, tak samo jak córki owinie mnie sobie wokół palca.
Starałem się nie myśleć o Voldemorcie, mrocznym znaku, który wciąż zdobił moje przedramię i zadaniu, jakie w najbliższej przyszłości nas czeka. Teraz byłem dla syna i jemu przede wszystkim chciałem poświęcić czas i swoje myśli. Teodor był dla mnie uprzejmy i zwracał się niezwykle grzecznie, wciąż próbując kontrolować słowa, ale nieco obawiałem się o to, jak faktycznie postrzegał mnie syn. Starałem się tego nie okazywać, ale bałem się, że zachowanie chłopca podyktowane było tylko i wyłącznie przez sympatię do mojej żony i córek, i pragnienie posiadania rodziny, a nie szczerym uczuciem do mnie. Przez lata nie zapomniałem ciepła, które wypalało moje serce, gdy trzymałem małego chłopca w ramionach, bardzo tęskniłem za synem i teraz z każdą chwilą coraz bardziej narastało we mnie uczucie niepokoju, że zostanę odrzucony. Zaśmiałem się w duchu, uświadamiając sobie, że Teodor czuje prawdopodobnie to samo co ja.
– Powinieneś troszkę odpocząć zanim odwiedzi nas znowu mama i pewnie twoje siostry. – Odetchnąłem głęboko i ułożyłem się wygodnie, opierając o wezgłowie łóżka Teodora. Objąłem go i bez słów przytuliłem do boku. – Śpij synku. Bardzo cię kocham – dodałem cichutko.
Kolejny rozdział: „Odwiedziny kłamstwem przeplatane"
