ROZDZIAŁ 40
Odwiedziny kłamstwem przeplatane
Severus
– Słonko? – Mocno objąłem żonę, gdy tylko przekroczyliśmy próg gabinetu Eileen. Pozwoliła, by długo wstrzymywane łzy żalu w końcu popłynęły po jej policzkach i z całej siły utonęła w moich ramionach.
Chwilę po tym, jak Teodor zasnął wtulony w mój bok, Solem wróciła z górą jedzenia i trzema młodszymi siostrami chłopca. Chyba po raz pierwszy obserwowałem, jak moja żona rzuca zaklęcie w kierunku córek, które z impetem, nie zwracając uwagi na protesty matki, rzuciły się w kierunku łóżka, na którym spaliśmy. Wszystkie trzy spojrzały na nią z oburzeniem, gdy nagle zamarły w biegu i z gestów jakie wykonywały, każda próbowała głośno protestować, ale szybkie zaklęcie uciszające pozbawiło je i tego przywileju.
Po nerwowym wyczekiwaniu, chrząkaniu, strojeniu min i rzucaniu wymownych gestów, Teodor ku uciesze dziewczynek w końcu się obudził. Zostawiliśmy dzieci pod opieką babci i dziadka, a sami skorzystaliśmy z uprzejmości matki i zamknęliśmy się w jej gabinecie.
– Był moim przyjacielem – zaszlochała. – Moi rodzice … bawił się w naszym domu … mama piekła dla niego ciastka, wykorzystywała rabat jaki jej przysługiwał w sklepie, żeby przynieść mu wywar tojadowy. Tata latami przetrząsał biblioteki, pisał do bibliotekarzy na całym świecie, żeby mu pomóc, żeby go wyleczyć. – Leciutko gładziłem jej plecy i pozwoliłem, by wyrzuciła z siebie cały żal. – Zanim ich zabijemy, chcę by umierali ze świadomością, że nie zniszczyli mi życia, że jestem szczęśliwa, ja i Teodor. – Nie zamierzałem pozwolić żonie zabić kogokolwiek. Nie tylko dlatego, że złamałaby przysięgę, ale przede wszystkim dlatego, że nie byłaby zdolna sobie z tym poradzić. Wiedziałem, że gdyby zrobiła coś podobnego, już nigdy nie byłaby szczęśliwa. Nie, gdyby zabiła z powodu zemsty. Nic jednak nie mówiłem. Pozwoliłem, by w myślach układała plan i wymyślała zaklęcia torturujące wymierzane w każdego, kto ośmielił się skrzywdzić naszą rodzinę. – Nie mogą się na razie dowiedzieć – powiedziała po chwili. – Jestem pewna, że Evans jakoś załatwi sprawę z Lupinem, ale Dumbledore … musimy udawać przed nim idiotów.
– Wiem, kochanie – mruknąłem jej do ucha. – Dumbledore może nam zaszkodzić jeśli się czegoś domyśli, a nie ma szans, żeby oskarżyć go o cokolwiek przed Wizengamotem.
– Powiesz mi? – spytała po chwili nieco uspokojona. Odsunąłem ją lekko od siebie i delikatnie skinąłem, przymykając powieki.
– Nie pozwolę ci nikogo zabić, słoneczko – odparłem.
– Wiem – wyszeptała cichutko. – Chciałabym, żeby cierpieli, żeby żałowali tego co zrobili.
– Będą, obiecuję ci – odpowiedziałem, głośno wzdychając. – Jesteś pewna co do Evans?
– Tak. – Solem odetchnęła głęboko i podeszła do okna. – Nigdy jej nie lubiłam i nigdy nie polubię, ale wierzę jej.
– Tak po prostu? – zdziwiłem się.
– Sam jesteś po prostu – mruknęła, wywracając oczami. – Słabo podsłuchiwałeś.
– Zaklęcie prawdomówności? – zdziwiłem się, a Sol lekko przytaknęła. – Ciężko usłyszeć niewerbalne zaklęcie – prychnąłem.
– Powinieneś dostrzec zmianę w głosie, gdy zaczęła opowiadać – odpowiedziała i lekko się uśmiechnęła. – Nie chcę teraz o nich myśleć. Nacieszmy się Teodorem, póki możemy.
– Boję się, że mnie nie polubi, że jest miły bardziej ze strachu przede mną i utratą ciebie niż dlatego, że mnie lubi. – Spoważniałem i spojrzałem na żonę zmartwionym wzrokiem.
– Bzdury gadasz. – Zmarszczyła nos i pogładziła mnie po policzku.
– Sol, nie jestem miłym facetem – jęknąłem.
– Och, oczywiście. Jesteś groźnym panem profesorem – zaśmiała się. – Severus, przestań. Jesteś wspaniałym ojcem i on to dostrzeże. Chyba nawet już dostrzegł – dodała po chwili zamyślenia. – Przez cały posiłek starał się ciebie naśladować. Nawet pulpeciki nadziewał na widelec w ten sam sposób i maczał ziemniaki w sosie tak samo, jak ty to robisz. A jak weszłam do sali, to spał wtulony w ciebie tak mocno. Zazdrościłam ci przez chwilę.
– Zrobisz coś dla mnie?
– Wszystko co tyko zechcesz – odparła.
– Pamiętasz moją starą skrytkę na słodycze? – spytałem z niewinną miną.
– Yhy – przytaknęła z uśmiechem.
– Potrzebuję ją zapełnić twoimi ciastkami, głównie reniferki, trochę gwiazdek, karmelki i o, te bezikowe bałwanki – poprosiłem.
– Męska, cukiernicza solidarność? – spytała z lekkim uśmiechem.
– Coś w tym stylu – odparłem, całując ją w usta.
– Dorzucę troszkę duszków ze święta duchów – zapewniła. – Tylko błagam, nie chowaj tam tym razem pierogów. Zaklęcie świeżości nie działa zbyt dobrze na produkty mięsne.
– Jakbym nie wiedział – prychnąłem, udając obrażonego.
– Wiesz, że gdybyś ich tam nie schował cztery lata temu, to w życiu nie znalazłabym twojej skrytki? – Pokiwała głową z krzywą miną. – Merlinie, śmierdziało w całym zamku.
– Jakbyś robiła te głupie pierogi częściej niż na święta, nie musiałbym nic chować – mruknąłem pod nosem.
– Nie mam pojęcia co ci przyszło do głowy, żeby w ogóle chomikować sobie słodycze, jak dziecko – odrzekła z lekkim oburzeniem.
– Nigdy nie będziesz w stanie zrozumieć mężczyzn, więc się nie wysilaj – odparłem z wyższością.
– Nawet nie będę próbowała – odparła i po chwili szczerze się roześmiała. – Ale wyciąganie zielonego reniferka w czerwcu i jedzenie go ostentacyjnie na oczach Leen, to był cios poniżej pasa.
– Mogła mi wówczas nie dokuczać – zaperzyłem się. – Wrzuciła mi do szuflady swoje różowe skarpety. Myślałem, że coś się stało z moimi, że …
– Że są chore? – Solem nie mogła się powstrzymać przed żartami.
– Sama jesteś chora – burknąłem. – Bałem się, że będę musiał w takich iść do pracy, że wszystkie takie są.
– I na złość dziecku zjadłeś sobie ciastko.
– Nie na złość, tylko potrzebowałem odreagować – warknąłem.
– Obiecuję, że nikt się nie dowie o waszej skrytce – odezwała się po chwili z uśmiechem. – Wypełnię ją po brzegi. Jak się czujesz? – spytała zmartwionym głosem.
– Dobrze, tylko … – zawahałem się przez chwilę – trochę boli. Chyba potrzebuję bardziej troskliwej opieki – zajęczałem i ciężko opadłem na krzesło.
– Mam ci wynająć pielęgniarza? – spytała zaskoczonym tonem.
– Doprawdy nic lepszego nie przyszło ci do głowy? – Popatrzyłem na nią z oburzeniem.
– Chcesz uzdrowiciela na własność? Severus, aż tak chory nie jesteś. – Zmierzyła mnie krytycznym spojrzeniem.
– Chodź tu bliżej niedomyślna kobieto – syknąłem, patrząc na nią lubieżnym wzrokiem. Solem ze śmiechem usiadła na podłokietniku fotela i ucałowała mnie w usta. Sprawnym ruchem pociągnąłem ją na swoje kolana i z pasją pogłębiłem pocałunek.
– Sev, jesteś po operacji – wyszeptała, gdy delikatnie wsunąłem dłonie w dekolt jej sukni.
– Przecież ja tylko siedzę – mruknąłem zmysłowo do jej ucha. – Podobno seks jest najlepszym lekarstwem – dodałem i ponowiłem pocałunek.
– Kochanie. – Solem oderwała się ode mnie i przywarła czołem do mojego chłodnego czoła. – Jak stąd wyjdziesz to przygotuję dla ciebie specjalny program rehabilitacyjny. Słyszałam, że po wyjściu stąd masz mieć tydzień zwolnienia.
– Mhm – jęknąłem z niezadowoleniem. – W takim razie wychodzę już dziś. – Uśmiechnąłem się zjadliwie. Delikatnie zassałem jej dolną wargę i powoli wsuwałem palce pod stanik. Solem jęknęła cichutko, gdy zacząłem masować nabrzmiały sutek i z trudem oderwała się ode mnie. – Wracaj tu wstrętna kobieto – warknąłem, gdy ponownie podeszła do okna. – Jak stąd wyjdę, będziemy mieli na głowie czwórkę dzieci. Kiedy mam się z tobą kochać, jeśli nie teraz?
– Tak jakby ci dzieci dotychczas specjalnie w tym przeszkadzały. – Popatrzyła na mnie z politowaniem.
– Pocałuj mnie chociaż – mruknąłem zrezygnowany i podszedłem do niej. Objąłem jej twarz dłońmi i z czułością muskałem usta. Solem wtuliła się w moją pierś i cichutko westchnęła. – Jak dziewczynki zniosły rewelacje? – spytałem po chwili.
– Były wniebowzięte. Opowiedziałam bliźniaczkom ogólnie, bez szczegółów co się stało, że ich brat zaginął jak był malutki i teraz się odnalazł. Słuchały grzecznie i przytakiwały, a Asteria nawet sama się zaniepokoiła o to, czy zdoła utrzymać to w tajemnicy i spytała o zaklęcie. Wszystko było dobrze i spokojnie do chwili, gdy doszłam do momentu, że to Harry jest ich bratem, nie zdążyłam powiedzieć Potter, a one już stały ubrane pod kominkiem. Pierwszy raz im się zdarzyło ubrać bez ponaglania. – Zaśmiałem się i z cichym jęknięciem oparłem się o parapet. – Wszystko dobrze? – spytała zaniepokojona.
– Tak, słonko – odparłem i przyciągnąłem ją do siebie. Spojrzała na mnie zmartwiona. – Nic mi nie jest, ten cały Ralph mnie dziś badał.
– Powiedziałeś mu, że cię boli? – zapytała sceptycznie.
– Powiedziałbym, gdyby bolało – odpowiedziałem, wywracając oczami.
– Nie oszukuj, dobrze? – poprosiła z powagą, a ja lekko skinąłem. – Musisz porządnie wydobrzeć.
– Nic mi nie jest, kochanie – zapewniłem po raz kolejny, a na dowód przytuliłem ją jeszcze bardziej.
– Nasz syn, Severus – wyszeptała i uśmiechnęła się promiennie. – Straciliśmy tak wiele z jego życia – posmutniała po chwili.
– Nie ma sensu się nad tym zastanawiać, kochanie. – Pogładziłem jej plecy i zanurzyłem nos w jej włosach. – Solem, musimy dostać się do tej skrytki – rzekłem po chwili.
– Wiem. Tylko nie wiem, jak my go tam zaprowadzimy. Przecież nie możemy sobie spacerować z Harrym Potterem po Pokątnej.
– Jeśli użycie peleryny niewidki uważasz za bardzo niewychowawcze, to chyba musimy poprosić o pomoc Evans. – Uniosłem brew i posłałem jej krzywy uśmieszek.
– Nie mam pojęcia dlaczego Syriusz mu ją dał – prychnęła pod nosem. – Po co dziecku peleryna niewidka?
– A po co była Jamesowi, gdy chodził do szkoły?
– Black to taki kretyn – mruknęła z niezadowoleniem. – Mam wrażenie, że zależało mu, żeby odzyskać kumpla, a wcale nie troszczył się o Teo czy Harry'ego.
– Niemniej musimy z niej skorzystać. – Oparłem się o parapet i wyjrzałem zamyślony przez okno. – I tak teraz nie możemy jej oddać.
– Pójdziemy tam z Teodorem, jak tylko was wypiszą. – Owinęła się moim ramieniem i oparła głowę na mojej piersi.
– Ja wychodzę dziś – mruknąłem.
– Zapomnij. – Solem posłała mi ironiczny uśmieszek.
– Wych...
– Sev, nie ma mowy – przerwała mi, zanim zdołałem cokolwiek powiedzieć. – Musisz porządnie wyzdrowieć.
– Wyzdrowieję w domu – burknąłem pod nosem.
– Kochanie – jęknęła. – Jeśli zabiorę cię do domu będę musiała ciągle latać między domem a szpitalem. Chcesz żeby Teo został tutaj sam? – Spojrzała na mnie nieco zawiedziona.
– Nie chcę – opowiedziałem ze skruchą. – Ale chociaż przynieś mi moje normalne ubrania – poprosiłem.
– Przyniosę czarną piżamę – uśmiechnęła się nieznacznie – i różowe skarpetki. – Pokazała mi język i pociągnęła za rękę do wyjścia.
Objąłem żonę, stając w progu szpitalnej sali, w której leżał nasz syn. Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu na widok moich trzech córek przepychających się, by być bliżej chłopca. Prześcigały się w opowieściach i paplały jedna przez drugą, a biedny Teo nie miał pojęcia, na której skupić swój wzrok. O dziwo uśmiechał się przez cały czas i wyglądał na naprawdę szczęśliwego. Solem spojrzała na mnie ze łzami w oczach i jednocześnie rozpromieniła się na twarzy jeszcze bardziej.
– Żądam przeniesienia mojego syna do innej sali – usłyszeliśmy za sobą głos Evans. – Nie rozumiem dlaczego Harry musi leżeć z tym … tym … pożal się Merlinie, profesorkiem – krzyczała.
Wybuch Lily mocno mnie zaskoczył i w pierwszej chwili chciałem ruszyć do kobiety i porządnie nią potrząsnąć, ale na szczęście dość szybko zrozumiałem co chciała nam przekazać. Wymieniłem z Solem porozumiewawcze spojrzenia i z ciężkim westchnieniem ruszyłem do swojego łóżka.
Solem
– Dumbledore – Severus szepnął do wciąż rozbawionej rodziny i lekkim skinieniem starał się dodać otuchy Teodorowi, który momentalnie pobladł.
– Oczywiście siedzą tutaj całą bandą i nawet nie pomyślą, że mój syn potrzebuje odpoczynku – narzekała wchodząca do sali Evans.
– Dzień dobry, Lily – sarknęłam, a Eileen rozstawiła parawan między łóżkami.
– Dzień dobereczek. – Leen wystawiła głowę do kobiety i po chwili, nie zważając na moje protesty postawiła sobie krzesło po drugiej stronie łóżka brata. – Tatuńcio ma dużo gości, a do Harry'ego nikt nie przyszedł to sobie pomyślałam, że dotrzymam mu towarzystwa – paplała do zaskoczonej pani Lupin. – Przyjaźnimy się z Harrym – dodała po chwili. – Znamy się ze szkoły. Ja się jeszcze nie uczę, ale mieszkam tam z rodzicami i siostrami i często spotykam się z Harrym w bibliotece, a kiedyś lataliśmy razem na miotłach. Ups – pisnęła – może mama nie słyszała – szepnęła cicho. – Pani to jego mama? – spytała z rozbrajającym uśmiechem.
– Tak – mruknęła pod nosem Lily.
– Ale fajnie, ja jestem Leen, Eileen Liwia Snape – przedstawiła się.
Odetchnęłam głęboko i przymknęłam powieki, zbierając siły, by przerwać córce pasjonującą rozmowę. Miałam właśnie przenieść się na drugą stronę parawanu, gdy do sali wszedł zmartwiony Dumbledore.
– Wujcio dyrektorcio – wykrzyknęła Leen.
– Witaj, dziecko – odparł z uśmiechem starzec.
– Dobrze, że już jesteś. – Dziewczynka podeszła do osłupiałego mężczyzny i pociągnęła go za rękę. – Mama mnie dziś przyprowadziła do tatusia, ale Harry leżał sam, to się nim trochę zaopiekowałam. Szkoda, żeby tak sam leżał. – Leen podsunęła Dumbledore'owi krzesło, na którym sama przed chwilą siedziała. – Zwłaszcza, że tatuś nie bardzo go chyba zabawiał rozmową – mruknęła niezadowolona, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, jak kłamstwa gładko przechodzą przez gardło mojej córki. Wytrzeszczyłam oczy na męża, ale ten był równie zdziwiony. – Pewnie męczył go o jakiś esej – zachichotała. – Harry nawet jak zasnął to mamrotał coś o oczach salamandry. Ja się nie znam wujciu, ale mi się wydaje, że po tej dawce tatusia, to Harry powinien mieć jakieś dłuższe zwolnienie z eliksirów.
– Dzień dobry, profesorze. – Z uśmiechem przywitałam przełożonego męża. – Leen, zostaw już Harry'ego i pana dyrektora w spokoju. Twój kolega musi odpoczywać.
– Teraz nasza kolej, żeby poznać Harry'ego Pottera. – Zza moich pleców wyłoniły się bliźniaczki i z założonymi na piersi rączkami stanęły naprzeciwko siostry. Wykonałam taki sam gest, ale w stronę młodszych córek i ze srogą miną wskazałam parawan, za którym leżał ich ojciec.
– Harry musi odpoczywać – syknęłam i zrobiłam wymowny gest.
– Małolaty – prychnęła z wyższością Leen i złapała stojące w kącie krzesło, które próbowała postawić obok krzesła, na którym siedział dyrektor. Musiałam się odwrócić, by nikt nie dostrzegł mojego szerokiego uśmiechu, kiedy dostrzegłam, jak starzec próbuje ukryć irytację. Domyślałam się, że chciał zostać sam na sam z chłopcem i byłam pewna, że nie spodziewał się ataku małej dziewczynki. Teodor wyglądał na zadowolonego obrotem spraw. Raczej nie paliło mu się do szczerej rozmowy z dyrektorem, ale ta była nieunikniona i czym prędzej się z tym upora tym lepiej. W prawdziwe rozbawienie wprawiała mnie mina Lily Evans. Kobieta siedziała kompletnie zdezorientowana i z niepokojem wodziła wzrokiem od dyrektora do małej panny Snape.
– Myślę, moja droga, że Harry będzie jednak musiał sobie poradzić z profesorem Snape'em. – Dumbledore uśmiechnął się dobrodusznie do Leen. – Może mógłbym ewentualnie poprosić Severusa, żeby nieco skrócił pracę domową Harry'ego.
– Ja to załatwię – zapewniła dziewczynka i uśmiechnęła się do wciąż mocno bladego chłopca.
– Leen – ponagliłam ją, gdy ta rozsiadała się na krześle jeszcze wygodniej. Popatrzyła na mnie, udając niezrozumienie, ale groźna mina i wymowne spojrzenie szybko przypomniały jej, że jeśli za chwilę nie zmieni miejsca to pożegna się na długi czas ze słodyczami.
W głębi serca byłam bardzo wdzięczna córce. Pomogła nie tylko zdekoncentrować dyrektora i rozluźnić Teodora, ale też na tyle skutecznie skupiła na sobie uwagę, że bez trudu mogłam rzucić na tę część sali zaklęcie podsłuchujące.
Wróciłam za parawan do Severusa i cichutko wzdychając, udałam się pod okno, by w spokoju wysłuchać co pilnego miał do powiedzenia Dumbledore mojemu synowi i Evans. Nie podobało mi się, że córki były świadkiem tego przestawienia. Uczyłam je szczerości i prawdomówności, a teraz sama nakłaniałam do kłamstw. Gra jednak toczyła się o życie mojego najstarszego dziecka i miałam tylko nadzieję, że dziewczynki zrozumieją wyjątkowość tej sytuacji.
W środku cała chodziłam i z wielkim trudem przywdziałam na twarz uśmiech, gdy Dumbledore pojawił się w szpitalu. Domyślałam się, że mężczyzna ma w nosie stan zdrowia Severusa i Teodora, a jedynie sprawdza, czy przypadkiem badania krwi nie ujawniły jego mistyfikacji. Wydawał się być usatysfakcjonowany i chyba głośno odetchnął, gdy Ralph Jackson, który pojawił się w sali, by spotkać z matką swojego małego pacjenta, opowiadał im o zawiłościach przeszczepu wątroby i wspomniał, że nie było czasu na szczegółowe badanie krwi, a dawcę oparli jedynie na zaklęciach wskazujących. Zapewnił, że narząd zaczął już funkcjonować i Harry powoli wraca do zdrowia, ale jeśli Lily wyrazi taką potrzebę, mogą przeprowadzić szczegółowe badania i ewentualnie zastąpić wątrobę Severusa jej.
Odwróciłam się w stronę okna i z trudem powstrzymywałam łzy. Nie pojmowałam, jak Evans wytrzymywała przez lata życie w kłamstwie. Miałam już tego serdecznie dość i czułam potrzebę wyjawienia prawdy, a świadomość, że to dopiero początek bardzo mnie dołowała. Czym innym było utrzymywanie sekretów, a czym innym kłamstwo. Dotarło do mnie, że będę musiała oszukiwać nie tylko dyrektora i obcych, ale także najbliższych przyjaciół. Ludzi, którzy wspierali mnie przez lata i dodawali sił w walce z chorobą, pomagali w opiece nad dziećmi i w rozwoju naszego sklepu i wydawnictwa. Nie chodziło o to, że im nie ufałam. Byłam pewna, że nawet Minerwa poparłaby mnie w staraniach o odzyskanie syna, ale nie chciałam zmuszać przyjaciół do utrzymywania i ochrony naszej tajemnic. Tak było bezpieczniej i dla nich, i dla mojej rodziny.
– Jak ty się czujesz, Severusie? – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Dumbledore'a, który pojawił się przy łóżku mojego męża.
– Niestety muszę tu jeszcze kilka dni poleżeć, nie mam pojęcia dlaczego – odparł, spoglądając krzywo w stronę łóżka Pottera.
– Wszystko dla twojego dobra, chłopcze. – Albus uśmiechnął się do niego dobrodusznie. – Ale nie zostawiamy cię samego – zaśmiał się. – Wierzę, że przy Harrym nie będziesz się nudził.
– Jeszcze dziś mam w planach przenieść się do prywatnej sali. – Severus posłał dyrektorowi mordercze spojrzenie i z niesmakiem zmierzył chłopca leżącego na łóżku obok.
– Severusie, odprowadzisz mnie do wyjścia? – Dumbledore spytał po krótkiej wymianie uprzejmości z rodzicami.
– Oczywiście, dyrektorze – odparł Severus. – Mam nadzieję, że moje córki nie mają nic przeciwko temu, że je na chwilę zostawię? – zwrócił się z uśmiechem do dziewczynek, które przytaknęły, nie kryjąc niezadowolenia.
– Solem? – Usłyszałam przy uchu głos teścia. – Chcesz, żebym zabrał dziewczynki do domu? – spytał z troską.
– A mógłby tata jeszcze chwilę z nimi posiedzieć tutaj? – Spojrzałam z uśmiechem na swoje pociechy, które patrzyły teraz na mnie z nadzieją i błaganiem.
– Oczywiście – zapewnił Tobias. Dziewczynki z trudem powstrzymały głośne okrzyki radości i po chwili cała trójka, nie zwracając uwagi na panią Lupin rozsiadła się obok Teodora.
– Dziękuję – wyszeptałam do zmieszanej całym zajściem Lily.
– Nie masz za co – odparła, unosząc brodę. – Teraz gramy w tej samej drużynie.
Przytaknęłam i zaśmiałam się gorzko.
– Chcesz z nim porozmawiać na osobności? – skinęłam na Teodora.
– I co mam mu powiedzieć; jak bardzo przykro mi jest, że został w to wciągnięty czy może udawać, że bardzo chciałam być lepszą matką dla niego? – sarknęła. – To dobry dzieciak, nie chcę zmuszać go do udawania, że i jemu jest przykro z naszego rozstania.
– Dlaczego mnie nie lubisz? – spytałam po chwili, opierając się z nonszalancją o parapet.
– Bo bez trudu owinęłaś ich sobie wokół palca – mruknęła.
– Ich? O czym ty mówisz?
– O Huncwotach – wyjaśniła. – James mi się podobał – zaczęła niepewnie. – Wszystkie ładniejsze dziewczyny jakie z nim były szybko mu ulegały, a on i Syriusz lecieli do kolejnej. Miałam nadzieję, że w końcu znudzi mu się ta gra i zostanie ze mną. Ty jednak musiałaś stawiać opór. Jakbyś nie mogła iść na jedną głupią randkę i … no dobra, niech ci będzie to było idiotyczne myślenie, ale przez to, że nie chciałaś z nim pójść, miał na twoim punkcie prawdziwą obsesję. Wciąż tylko Solem i Solem, knuli z chłopakami po kątach. Wcale mu się specjalnie nie podobałaś, ale James zawsze musiał wszystko mieć. Ciebie też chciał. – Odetchnęła głęboko i zmęczona opadła na parapet. – Przez to wszystko opuściłam się w nauce i rodzice zaczęli kręcić nosem. Chciałam wrócić do Severusa, żeby mi pomógł się podciągnąć, ale znowu na drodze stanęłaś mi ty. Nawet na mnie nie spojrzał, gdy … chciałam go uwieść, żeby mi pomógł.
– Lupin ci pomógł na egzaminach, prawda? – spytałam ze śmiechem.
– Ta – burknęła. – James nic nie wiedział. Myślał, że się razem uczymy. Wiesz czemu James się ze mną związał? Żeby zrobić na złość ojcu. – Spojrzałam na nią zaskoczona. – Solem, nie chciałam krzywdzić twoich rodziców. Tego … Dumbledore nie powiedział mi, że ma takie plany. On i Remus mieli rzucić na nich Obliviate, ja miałam na ciebie.
– Rzucałaś na mnie zaklęcie? – Spytałam z nadzieją.
– Tak.
– Schrzaniłaś, przez ciebie straciłam wzrok – westchnęłam z wyrzutem, a Lily zamarła. – Pamięć mi wraca, a ja … z każdym nowo odkrytym fragmentem czuję się tak, jakby to wszystko było wczoraj. Wiem, jak bardzo naiwnie zabrzmię, ale … – zrobiłam skwaszoną minę i ze świstem wypuściłam powietrze – masz może tę różdżkę, którą rzuciłaś zaklęcie? – Evans pokręciła głową.
– Dumbledore dał nam jakieś różdżki. Nie używaliśmy swoich – odparła, rozwiewając nadzieje. – Pewnie je gdzieś ukrył – westchnęła. – Naprawdę żałuję, że nie posłuchałam Jamesa. Pewnie oboje już byśmy nie żyli, ale … – kobieta urwała i machnęła jedynie ręką. – Pójdę już. Poprosiłam dyrektora, by pozwolił mi zabrać Harry'ego na kilka dni do domu. Nagadałam mu coś o tym, że Syriusz chce go zobaczyć i takie tam brednie. Zgodził się. Remus wyjechał, pracuje znowu w Holandii, więc możecie go zabrać na dłużej – dodała i spojrzała smutno na pogrążonego w rozmowie z siostrami i dziadkami Teodora.
– Dziękuję – szepnęłam.
.: :.
– Wszystko w porządku, mamo? – Eileen usiadła na piasku obok mnie. Z ociąganiem odwróciłam głowę w stronę córki.
– Tak, kwiatuszku. – Posłałam jej wymuszony uśmiech.
– Dziewczyny już śpią.
– Ty też powinnaś się już położyć.
– A ty nie? – sarknęła. – Mamo, jesteś na mnie zła?
– Nie wiem, córeczko – wyznałam. – Nie, chyba nie. Jestem zła na to co się dzieje. Nie chcę, żebyś jeszcze kiedykolwiek robiła coś takiego jak dziś z dyrektorem. – Spojrzałam na dziecko zmartwionym wzrokiem.
– Chciałam pomóc, mamusiu. – Eileen pochyliła głowę ze skruchą.
– Wiem, skarbie. – Uśmiechnęłam się nieśmiało do córki i objęłam ją ramieniem.
– To wujek dyrektor nam zabrał Teodorka, prawda? – Z westchnieniem przymknęłam powieki. – Mamo, wiem, żeby nikomu o tym nie mówić, w ogóle nie będę z nikim o tym rozmawiać i mogę udawać przed dyrektorem, że wciąż go lubię, chociaż już od dawna go nie lubię, bo się ciągle mnie o coś wypytuje. O tatusia i o ciebie. Mogę udawać głupiutką, tak jak wtedy w szpitalu.
– Wypytuje? – zdziwiłam się.
– Nie będziesz zła? – Dziewczynka zrobiła skruszoną minę.
– Zależy – odparłam. – Mogę ci obiecać, że jeśli wyznasz mi prawdę, to cię nie ukarzę, ale nie mogę obiecać, że nie będę zła – zaśmiałam się.
– Bo dyrektor zaprosił mnie kilka razy na słodycze i ja poszłam, chociaż miałam zakaz jedzenia słodkiego – wyznała cichym głosem.
– Tak przeczuwałam, że ten bolący brzuch to nie z powodu brokułów. – Zrobiłam krzywą minę. – Rozumiem, że słodycze nie były za darmo.
– Chyba nie – odparła. – Gdybym wiedziała to ja wcale bym nie poszła mamusiu, ale ja już nie jestem mała i nie jestem głupia. Dużo wiem i pomyślałam, że skoro on mnie o was pyta, a nie was, to znaczy, że wy nie chcecie, żeby on coś wiedział o was i gadałam mu jakieś bzdury.
– Nie jesteś głupia, kochanie. – Z trudem pohamowałam złość na Dumbledore'a i z miłym uśmiechem zaprosiłam córkę na spacer brzegiem morza. – Możesz mi powiedzieć dokładnie o czym rozmawialiście?
– Gadał mi jakieś historyjki o goblinach, a później zaczął coś o banku Gringotta i zabezpieczeniach skrytek – zaczęła powoli. – Powiedziałam mu, że byłam kilka razy z tobą w banku i jechałam kawałek wagonikiem, ale że nie lubię, bo się boję karuzeli i tych wagoników też, to już mnie więcej nie zabierałaś. Powiedziałam mu, że na całe szczęście nasza skrytka jest wysoko, bo jakby była tam nisko to chyba bym umarła zanim dojechała do niej. – Dziewczynka zatrzymała się i spojrzała na mnie uważnie. – Mamo, nie powiedziałam mu, że kiedyś zabraliście mnie tam nisko. Kiedyś podsłuchałam … – urwała, niepewnie spoglądając na mnie. – Profesorek uczył mnie takiego zaklęcia łamiącego i … – ponownie się zatrzymała, a ja głęboko odetchnęłam, hamując złość.
– Złamałaś nasze zaklęcia? – spytałam, widząc, że córka nie bardzo ma ochotę się sama przyznać.
– Przepraszam – odparła w odpowiedzi.
– Leen, naprawdę musimy z tatą zakładać najbardziej silne blokady przed tobą? – Spojrzała zawiedzionym wzrokiem. – Nawet jeśli nie byłoby żadnych zaklęć, nie powinnaś podsłuchiwać.
– Wiem, mamo, ale to było dawno, a ja byłam mała i głupiutka jeszcze, ale przysięgam to było tylko dwa razy. Przepraszam – jęknęła. – Nie bądź smutna, mamusiu. Ja już tak nie będę. Profesorek też na mnie nakrzyczał wtedy, bo mu powiedziałam, jak działa to zaklęcie.
– Co słyszałaś o tej skrytce?
– Tylko, że tam może być coś, co powinniście ukryć i że nie chcesz, żebym tam szła – odpowiedziała pospiesznie.
– Co powiedziałaś dyrektorowi? – Pogładziłam córkę po włosach i lekko je przeczesałam palcami.
– Nic mamusiu, udawałam że nie wiem nic o tych skrytkach starych i udawałam, że jestem bardzo zainteresowana skąd taką wziąć i do kogo mogą należeć te najstarsze – wyznała.
– Koniecznie chcesz trafić do Slytherinu, co?
– Tatuś mówi, że ty też świetnie się tam nadawałaś – odparowała.
– Tylko najwidoczniej byłam mądrzejsza niż sprytniejsza – zażartowałam.
– Nie jesteś zła ani smutna? – spytała nieco zmartwiona.
– Jestem trochę zła, bo zrobiłaś źle, dobrze wiedząc, że tak nie powinnaś. – Ukłułam córkę palcem w ramię. – Jednak przyznałaś się i zachowałaś bardzo dojrzale. Skarbuś, obiecuję, że będziemy ci mówili tyle, ile możemy. Jeśli coś chcemy zachować z tatą w tajemnicy, to nie dlatego, że nie chcemy się dzielić z tobą sekretem, ale dlatego, że to może być coś niebezpiecznego. Rozumiesz? – Dziewczynka przytaknęła. – Wiem, że dużo rozumiesz, ale wciąż jesteś dzieckiem i obawiam się, że takich przesłuchań z dyrektorem może być więcej.
– Im mniej wiem, tym bezpieczniej? – spytała Leen.
– W tym przypadku tak.
– Wiem, że jestem paplą, mamo, ale wiem też, kiedy trzymać jęzor za zębami i jestem całkiem niezła w opowiadaniu bajek i kręceniu. – Dziewczynka dumnie uniosła głowę. – Ale przysięgam, że nigdy nie kłamię, jak o coś pytasz ty, albo tatuś. Nigdy. No dobra, czasem trochę kręcę, ale nie kłamię – dodała pospiesznie.
Próbowałam zachować poważną minę podczas gorliwych zapewnień córki, ale uśmiech sam cisnął mi się na usta. W istocie, Eileen nigdy nie kłamała. Nie od razu przyznawała się do psot i nieposłuszeństwa, starając się nas zwieść. Kręciła i w niezwykle umiejętny sposób potrafiła zmieniać temat i odwracać uwagę, ale była szczera w stosunku do nas i złapana na przestępstwie zwykle z pokorą poddawała się karze. Westchnęłam w duchu, uświadamiając sobie, jak moja córka szybko dorasta. Nie była już głupiutką, naiwną dziewczynką, a mądrą i spostrzegawczą panienką.
Wiedziałam, że Eileen była przebiegła, ale mimo wszystko nie spodziewałam się, że tak dobrze może poradzić sobie z dyrektorem. Zachowanie starca nie bardzo mnie zdziwiło. Po wyznaniu Evans, wiedziałam, że po tym człowieku mogłam spodziewać się wszystkiego. Próba omamienia przez niego dziecka, nie była czymś zaskakującym. Smutno mi było, bo Leen naprawdę lubiła Dumbledore'a, a ten przez lata zachowywał się, jakby ta sympatia była odwzajemniona. Traktował ją, jakby był jej prawdziwym wujkiem, ulegał i rozpieszczał, częstował słodyczami i zabierał na spacery po błoniach. W tej chwili, Albus Dumbledore w moich oczach nie różnił się niczym od Lorda Voldemorta.
– Tatuś go zabije, prawda? – Spojrzałam przerażona na córkę. – Sama–Wiesz–Kogo – dodała, widząc moją minę.
– Skąd ten pomysł?
– Teoś mi powiedział o tym, jak trafił do szpitala – wyznała dziewczynka. – Ja mu powiedziałam, żeby się nie martwił. Tatuś załatwi tego drania.
– Tatuś nie pozwoli, żeby któremuś z was stała się krzywda – odparłam, chwytając córkę za ramiona.
– Wiem, mamo. – Eileen uśmiechnęła się wdzięcznie.
– Leen, bardzo cię proszę …
– Mamuś – przerwała. – Ja dobrze wiem na co mnie stać. Przysięgam ci na wszystko co kocham, że nie będę się do tego mieszała. Chyba, że już będę bardzo duża i skończę te wszystkie kursy z profesorkiem, wtedy może pomogę tacie, ale do tego czasu już dawno będzie po nim. – Stanęłam naprzeciwko niej i mocno chwyciłam ją w swoje ramiona. – Mamuś, ty też mi coś obiecaj – poprosiła. – Obiecaj, że będziesz bardzo, ale to bardzo ostrożna i nie pozwolisz, żeby tatuś … no wiesz, jaki on jest. Obiecaj, że dopilnujesz, żeby robił wszystko rozważnie.
– Obiecuję – wyszeptałam i przytuliłam ją jeszcze mocniej.
– A teraz cichutko, mamusiu – powiedziała mi wprost do ucha. – Profesorek znowu węszy, nastraszymy go?
Z trudem powstrzymałam głośny wybuch śmiechu, widząc Davisa macającego niewidzialne granice naszej wakacyjnej posiadłości. Wyciągnęłam różdżkę i najciszej jak potrafiłam uformowała z morskiej wody sporej wielkości kulę. Spojrzałam wymownie na córkę i z impetem rzuciłam wodą w zamyślonego profesora.
– Kur... cze, co ty sobie do cholery, Stanley, myślisz, co? – warknął oburzony. – Czy ja ci wyglądam jakbym potrzebował kąpieli morskiej?
– Morskiej, jak morskiej, ale kąpiel by nie zaszkodziła – sarknęłam z szerokim uśmiechem.
– Uważaj co mówisz, gówniaro – bąknął.
– O, już się boję – udałam przestraszoną.
– I tak nie ma pan szans z mamusią – prychnęła Leen.
– I ty przeciwko mnie? – Davis spojrzał na nią groźnie. – Poczekaj, będziesz chciała, żebym dał ci polatać na miotle, jak do mnie przyjdziesz.
– Miał pan nic nie mówić – jęknęła dziewczynka, a ja posłałam jej wymowne spojrzenie.
– Przecież nie powiedziałem. – Mężczyzna wzruszył ramionami.
– To profesorek mnie namawiał do ścigania się po dziedzińcu uniwersytetu, jak u niego byłam – skarżyła Eileen.
– Biedactwo, na pewno musiał cię bardzo długo namawiać – westchnęłam z teatralnym współczuciem, a Owidiusz uśmiechnął się do niej zjadliwie. – Mogę wiedzieć, panie profesorze, czego pan tu szuka?
– A jak ci się wydaje, Stanley? – odburknął.
– Chce pan przejść na drugą stronę? – udałam niewiedzę. – Przejście jest nad domem – wyjaśniłam.
– Nie dowcipkuj, Stanley, słabo ci to wychodzi – mruknął.
– Czyżby chciał pan stworzyć dla siebie takie cudeńko?
– Teraz zaczynasz poprawnie rozumować. – Uśmiechnął się krzywo.
– Może notatnik babci, by się przydał albo kilka książek dziadka? – Wybuchnęłyśmy z Leen śmiechem, widząc zaskoczoną minę staruszka.
– I dopiero mi o tym mówisz? – wykrzyknął po chwili.
– Nie pytał pan.
– Czyś ty … – Davis zrobił zawziętą minę. – Upadłaś na głowę. Muszę się pytać? Sama nie wiesz?
– Zapraszałam pana w wakacje do naszego nowego domu, ale pan wciąż wymyślał nowe wymówki – odrzekłam, unosząc brwi.
– Po co … o cholera, ten dom, o którym Leen wciąż trąbi, jest po TYCH dziadkach? Jutro zjemy obiad u was w domu, znudziło mi się tutaj – oznajmił.
– Spokojnie, profesorze – pohamowałam jego zapędy. – Ten dom potrzebuje naprawdę gruntownego przeszukania. Badałyśmy go z Leen przez całe wakacje, ale wciąż odkrywamy coś nowego. To jak magiczny park rozrywki.
– Są książki? – spytał z nadzieją.
– Cały strychunio – przytaknęła dziewczynka. – Mówiłam profesorciowi, jak z tauśkiem utknęliśmy na górze.
– Głupie dziewczę – prychnął z naganą. – Cały strych?
– Sporo tego, profesorze, ale nie mogę się do nich dostać – wyjaśniłam. – Widzę, a nie mogę dotknąć – jęknęłam. – Znalazłam notatnik dziadka, ale on wskazuje jedynie na notatnik babci, którego znaleźć nie mogę.
– Pokażesz mi go? – spytał niepewnie.
– Oczywiście, ale musi go pan oglądać w domu – odparłam z uśmiechem. – No i … nic za darmo.
– Wiedziałem, chciwa wiedźmo – mruknął pod nosem, a Eileen zachichotała.
– Mam syna, profesorze i muszę zabezpieczyć jego przyszłość. – Wymownie uniosłam brwi. – Teo, ma spore braki w wiedzy magicznej. Nie wiem też, czy będę chciała, żeby już po wszystkim kontynuował edukację w Hogwarcie.
– Doprawdy, myślisz że pozwolę, żeby twoje dzieciaki były ograniczone przez tę głupią szkołę? – Spojrzał na mnie, nie dowierzając.
– Nie jestem pewna siły magicznej Teodora – westchnęłam. – Sam–Wiesz–Kto …
– Voldek wyparował dzięki twojemu zaklęciu, Solem, nie przez siłę twojego syna czy tego jego niby ojca – przerwał mi Davis. – Twoje albo raczej twojej matki zaklęcie wciąż na niego działało, a Potter, czy jak mu tam, uaktywnił je, rzucając tarczę. Przecież nie ochroniłby go zaklęciem krwi, chyba że nie mówisz czegoś swojemu mężowi – dodał, widząc moje zaskoczenie. – Tak, twoja mama powaliła czarnoksiężnika – zwrócił się do Leen, która wpatrywała się we mnie z otwartymi ustami. – Gdyby była pilniejszą uczennicą i trafiła do mnie wcześniej o jakieś dziesięć, piętnaście lat, powaliłaby tego pożal się Merlinie czarnoksiężnika na amen. Bez różdżki, z daleka. Na amen. Schrzaniłaś.
– Doprawdy – wywróciłam oczami – czasem mam wrażenie, że z pana większy żartowniś niż z Leen i jej rudych kumpli razem wziętych.
– No może faktycznie troszkę przesadziłem – zaśmiał się. – Mhm – zamyślił się – gdyby twój synalek, odziedziczył talent po ojcu … mielibyśmy całkiem mocną mieszankę wybuchową.
– Teoś jest kiepski z eliksirów – mruknęła Eileen.
– Nie mówię o eliksirach – odparł i chciał kontynuować, ale moje poważne spojrzenie skutecznie go uciszyło. – Tata ma też talent do zaklęć ofensywnych – dodał pospiesznie.
Severus
Na nasze szczęście, Dumbledore wrócił do swoich obowiązków i nie zaszczycił nas już więcej swoimi odwiedzinami. Bez wielkiego oporu zgodził się na dodatkowy tydzień ferii i z tego co przekazał nam Syriusz wyjechał gdzieś w sprawach Zakonu. Domyślałem się, że starzec wiedział coś więcej na temat horkrusków, ale póki co i ja, i Solem udawaliśmy, że nic na ten temat nie wiemy.
Teodor wracał do zdrowia w zawrotnym tempie i podejrzewałem, że dostawał jakieś ulepszone eliksiry. Mnie wciąż trudno było się poruszać, a chłopiec skakał i biegał, jakby w życiu nie przeszedł dość poważnej operacji. Szef szpitala niezbyt chętnie zgodził się, bym opuścił Munga wraz z synem i początkowo nalegał, by Eileen zajmowała się mną przez kolejny tydzień, ale w końcu uległa zapewnieniom Solem, że i ona potrafi zająć się odpowiednio mężem. Mieliśmy jeszcze kilka dni wolnego i ten czas postanowiliśmy spędzić wszyscy razem w domku w Szkocji.
Kolejny rozdział: „Pająki wracają, tajemnice się odkrywają"
