ROZDZIAŁ 41
Pająki wracają, tajemnice się odkrywają
Severus
– Kiedy przyszliśmy do tego domu po raz pierwszy, to sam zaczął się meblować według naszych gustów i potrzeb – wyjaśniała Solem, oprowadzając syna. – Prawie wszystkie sypialnie były puste, ale ten jeden pokoik zaczął się na naszych oczach zmieniać w pokój, jaki urządziliśmy dla ciebie zanim się urodziłeś. Niczego w nim nie zmienialiśmy i nie wiem, jak magia na niego teraz zadziała, ale bez względu na magię, możesz sobie wybrać każdy inny i urządzić go tak jak sobie chcesz. – Delikatnie pchnęła drzwi, a Teodor wytrzeszczył oczy w zdumieniu.
– To mój pokój? – zdziwił się. – Jest …
– Dla niemowlaka – dokończyła za niego drżącym głosem. – Skarbie … – położyła dłoń na jego ramieniu, a on rzucił się w jej ramiona.
– To najpiękniejszy pokoik na świecie – wyszeptał i mocno się rozpłakał.
Stałem na progu pokoju, przyglądając się tej scenie. Trochę obawiałem się reakcji syna i żony, gdy oboje uświadomią sobie, jak wiele czasu minęło od dnia, w którym Teodor po raz ostatni spał w tym pokoiku. Solem chyba nie do końca była świadoma tego co pokazuje pokój, ale teraz, gdy na jego środku stał duży chłopiec, a nie niemowlak, zaczęło to do niej docierać.
– Tak bardzo mi przykro, syneczku – szlochała i przycisnęła chłopca z całej siły do siebie.
W ostatniej chwili chwyciłem w pasie wpadającą do pomieszczenia Leen i oboje wycofaliśmy się do hallu.
– Chciałam mu tylko pomóc urządzać pokój – mruknęła z niezadowoleniem.
– Sam jest w stanie to zrobić – odparłem. – Teo zrobi to tak, jak sam chce. Nie potrzebuje twojej pomocy.
– Mama wczoraj siedziała w tym pokoju późno w nocy i chyba płakała – wyszeptała po chwili zmartwionym głosem.
– To trudne dla nas wszystkich, a dla mamy wyjątkowo – odparłem z powagą. – Musisz być dla niej wyrozumiała. Potrzebuje trochę czasu, żeby wszystko wróciło do normy.
– Nie cieszy się, że Teoś wrócił? – dziwiła się.
– Leen. – Odetchnąłem głęboko. – Tam, gdzie był dotychczas Teodor, nie było mu najlepiej. Ci ludzie …
– Ta ruda ze szpitala? – wtrąciła.
– Dokładnie. – Z trudem powstrzymałem uśmiech, widząc zniesmaczoną minę córki. – Ona i jej mąż nie traktowali Teo zbyt dobrze.
– Widać, że to su... niezbyt miła pani – przerwała mi ponownie.
– Mama cieszy się, że twój brat do nas wrócił, ale jednocześnie jest jej bardzo źle z tym, że przez te wszystkie lata nie był szczęśliwy.
– Ale teraz już będzie, prawda? – Leen popatrzyła na mnie z uwagą.
– Postaramy się, żeby tak było i fajnie, jeśli ty też dołożysz starań.
– O to się nie martw, tatku – zapewniła dziewczynka. – Wiesz, ja myślę że Teoś będzie szczęśliwy kiedy dostanie od was …
– Nie dostaniesz kucyka, Leen – prychnąłem. – I nie staraj się wykorzystywać do tego brata. Ani kucyka, ani konika, ani nawet jelonka.
– A mama mi powiedziała, że jak dorosnę, to może konia dostanę – odparła z pretensją.
– Mama powiedziała, że dostaniesz konia, jeśli: po pierwsze, będziesz miała dobre wyniki w nauce, po drugie, będziesz grzeczna, po trzecie, będziesz grzeczna i po czwarte, jak skończysz szkołę. O ile się nie mylę to póki co nie spełniłaś żadnego z wymaganych warunków, czyli mogę zakładać, że konika nie dostaniesz.
– A jelonka? – Leen uśmiechnęła się przekornie.
– Co najwyżej na obiad – sarknąłem. – Jeśli zdołasz upolować.
– Tatku, nie chcę, żeby mamusia płakała. – Dziewczynka spoważniała i spojrzała smutno.
– Ja też, ale już niedługo, uwierz mi – zapewniłem i po chwili niepewnie zapukałem do drzwi pokoju Teodora.
Obydwoje z Leen stanęliśmy jak wryci. Pokój zmienił się nie do poznania.
– Ściany same się przemalowały – wykrzyknął Teodor, gdy zobaczył nas na progu. – Samiutkie. Były blado zielone, a jak ja sobie to wszystko obejrzałem, te zabawki i konik taki fajny parskał, jak go dotknąłem, i to wszystko znikało, jak już to obejrzałem i później ściany się zmieniły, i łóżko, zobacz Leen – opowiadał z entuzjazmem.
Rozglądałem się z uśmiechem. Trzy ściany pozostały zielone, ale zmieniły odcień na bardziej żywy, jedna zrobiła się ciemno granatowa z paskiem złotych gwiazdek pod sufitem. Uśmiechnąłem się do żony na ten widok i ze zdziwieniem spojrzałem na łóżko syna, które z niemowlęcego zmieniło się na duże łóżko z baldachimem w kształcie układu słonecznego. Było dokładnie takie samo, jakie miała Solem jako nastolatka.
– Resztę mebli kupimy albo przerobimy te, które są na strychu, jeśli coś sobie wybierzesz – zakomunikowała Solem.
– A mógłbym ja też się nauczyć robić takie ładne zabawki i meble jak tutaj były? – spytał z nadzieją Teodor.
– Jeśli chcesz? – odparła. – To nic trudnego – dodała po chwili, a ja nie mogłem powstrzymać głośnego prychnięcia.
– Dla mamy wszystkie zaklęcia są dziecinnie proste – Leen wytłumaczyła moją kpiącą minę. – Każde jedno. Kiedyś ja też chciałam się nauczyć robić coś z drewna, ale to trzeba ślęczeć nad takim meblem długie minuty albo i godziny. Serio. Dużo fajniejsze czary zna tata. – Nie zdążyłem w porę powstrzymać córki. – Tata wyczarował te wszystkie papierowe figurki, które tutaj były. Są świetne. Taty czary są do zabawy, mama to wszystko co robi, to mało zabawne jest.
– Konik był świetny – przerwał jej Teodor. – I ten samochód, z którego wychodził oburzony kierowca, gdy gasł silnik. Wyglądało to na bardzo skomplikowane czary.
– Jestem pewna, że szybko nauczysz się, w jaki sposób się tworzy podobne rzeczy – zapewniła Solem. – Severusie, pokaż Teodorowi strych i resztę domu. Ten pokój musi póki co zostać taki, jaki jest. Później mi powiesz, co chciałbyś w nim mieć, a ja postaram się przygotować wszystko tak, żebyśmy do Świąt Wielkanocnych przygotowali razem meble. Chciałbyś? – zwróciła się do chłopca.
– Bardzo – wykrzyknął podniecony. – Niech się pan nie obrazi, tato, ale te drewniane zabawki były takie dokładne, solidne i śliczne. Wszystkie te figurki, które się tutaj unosiły zrobiły na mnie spore wrażenie, ale …
– Teo – przerwałem mu pospiesznie – nie musisz mnie za nic przepraszać. Zdaję sobie sprawę z tego, że papierowe zwierzaki to tylko kawałek pergaminu złożony w odpowiedni sposób przy pomocy magii, nic specjalnego. Są swego rodzaju tradycją naszego małżeństwa – uśmiechnąłem się do żony – towarzyszą nam od pierwszej wspólnej chwili, ale to nic specjalnego, przynajmniej magicznie. Natomiast rzeczy, które tworzy twoja mama, to prawdziwe dzieła sztuki. Tylko prawdziwy idiota z brakiem gustu nie dostrzeże ich piękna i trudności. To zaawansowana magia i nie wierz temu co mówi mama. To wcale nie jest coś prostego, chociaż wiem, że stworzenie czegoś podobnego, komuś, kto nie ma tyle siły magicznej co Solem, daje strasznie dużo satysfakcji, nawet jeśli poświęcił na to wiele godzin. Leen, pomimo swojego dość wyrafinowanego gustu, jest leniwa. Zapewne potrafiłaby stworzyć konia na biegunach z kawałka drewna, ale jej się nie chce – zadrwiłem z córki. Uśmiechnąłem się do niej zjadliwie, widząc, jak oblewa się rumieńcem.
– Sprawdzę co z dziewczynkami. – Solem westchnęła, spoglądając tęsknie na Teodora. – Za cicho jest w ich pokoju, jak na mój gust.
– Przepraszam, tato – wyszeptała Eileen, gdy Sol opuściła pokój. – Nie powinnam tego mówić. Mama naprawdę bardzo się stara, żeby wszystko było perfekcyjne – zwróciła się do brata – a mi zwyczajnie brakuje cierpliwości. Tata robi proste rzeczy i odkąd pamiętam, jego łatwiej mi naśladować niż mamę.
– A ja bym bardzo chciał się nauczyć robić takie rzeczy i malować takie piękne obrazki, jak tutaj były na ścianach – wyznał Teodor.
– Musisz zobaczyć jej szkicowniki, są piękne – odparła Leen. – Jak chcesz to pokażę ci w jaki sposób łamać zaklęcia w jej gabine...
– Leen – warknąłem ze złością. – Oświadczam ci, że jeśli któreś z was jeszcze kiedykolwiek weźmie coś z pracowni mamy bez pozwolenia, oberwie się temu kto złamał zabezpieczenia, i tobie.
– Nigdy bym się nie ośmielił, proszę pana, tato – zapewnił Teodor.
– Severus – wykrzyczała z drugiego końca hallu Solem. – Severus, chodź tu natychmiast.
Zostawiłem dzieci i udałem się pospiesznie za głosem żony. Stanąłem na progu pokoju bliźniaczek i zamurowało mnie.
– Prosiłam cię, żebyś pozbył się tego pająka – powiedziała nieco przestraszonym głosem, tuląc do siebie dziewczynki rozbawione wizytą ogromnego, włochatego gościa. – Zapewniłeś mnie, że tej akromantuli już tutaj nie zobaczę.
– Słonko, wyniosłem ją do swojej pracowni na Pokątnej – zdziwiłem się. – Nie bój się, kochanie, ona nie jest groźna – zapewniłem. – Zbadałem ją dość dokładnie. To jeden z najrzadszych gatunków, a jednocześnie jeden z najłagodniejszych. Ich jad nie zrobi krzywdy człowiekowi, chociaż może być wykorzystywany tak samo, jak każdej innej. Jest …
– Po prostu ją zabierz, dobrze? – poprosiła.
– Leen, przynieś proszę jakieś pudełko albo słoik – krzyknąłem do córki.
Solem nie zdążyła zaprotestować, gdy Teodor nagle zjawił się obok pająka i chwycił go na ręce.
– Teo … – krzyknęła.
– Jeśli mama się boi, a pajączek jest niegroźny, to przecież nie potrzeba pudełka. – Chłopiec uśmiechnął się do przerażonej matki. – Mój kolega Ron też bardzo boi się pająków, nawet tych zwykłych. – Podszedłem do syna i delikatnie zabrałem od niego stworzenie. Rozszerzyłem oczy ze zdumienia, a bliźniaczki jęknęły, kiedy pająk podreptał na mojej dłoni i ułożył się smacznie do snu. Solem popatrzyła z odrazą i wyglądała, jakby zamierzała wystawić mi zakaz zbliżania do siebie na bezpieczną odległość.
– Przepraszam, Teo. – Nieco zmieszana spojrzała na syna. – Pająki śnią mi się w koszmarach i po prostu ich bardzo nie lubię. Pokaż mi ją – krzyknęła nagle, gdy unosiłem akromatnulę do góry. Ceniłem sobie podobne stworzenia, ale jako składniki do eliksirów i sam nie bardzo lubiłem, kiedy się ze mną spoufalały. Zamarłem z ręką nad pudełkiem, kiedy Solem zupełnie zapominając o swojej fobii, stanęła obok i z zainteresowaniem oglądała jej brzuch. – Ona jest kluczem – roześmiała się. – Zobacz tutaj – wskazała palcem na dziwnie wygolony fragment odwłoka.
– I co niby otwiera? – prychnąłem.
– Oj, najprawdziwsze bogactwo tego domu. – Sol wywróciła oczami. – Dostęp do książek na strychu, kochanie. – Jej oczy niebezpiecznie się zaświeciły, a po chwili jej ramiona opadły ze zrezygnowaniem. – Doprawdy twoi dziadkowie mieli bardzo dziwne poczucie humoru – mruknęła z niezadowoleniem.
– Będziesz mogła studiować te książki, ale tylko wówczas, gdy to JA włożę klucz do dziurki – zaśmiałem się zjadliwie.
– Teo się nie boi. – Solem pokazała mi język i uśmiechnęła się niewinnie do syna.
– Ja … nie wiem … – Teodor spojrzał na nas nieco zmieszany, nie wiedząc po czyjej stronie stanąć.
– Synku, żartujemy sobie – uspokoiła go pospiesznie. – Według notatnika dziadka, wszystkie wskazówki do otwarcia księgozbioru na strychu znajdują się w notatniku babci, który jak mi się wydaje zamknięty jest w takiej dużej skrytce w bibliotece na dole. Nie mogłam jej w żaden sposób otworzyć. Zamek składa się z takich maleńkich otworków ułożonych w dokładnie taki kształt, jaki ma ten pająk na brzuchu. Wystarczy, że tata otworzy mi tę skrytkę i może sobie zabrać to śliczne – wzdrygnęła się – stworzenie.
– Jak ci ją otworzę, to stracimy cię na kilka dobrych tygodni – mruknąłem pod nosem.
– Obiecuję się nie zapomnieć, przysięgam – obiecywała.
Westchnąłem głośno i ku uciesze żony ruszyłem z pająkiem do salonu.
Solem szeroko otworzyła oczy, gdy zamknięcie schowka puściło i wieczko samo uniosło się do góry. W środku leżał gruby, oprawiony w skórę zeszyt.
– Cholerny pająk – warknęła, gdy odnóża stworzenia zaczęły się dziwnie wyginać jakby broniąc skarbu ukrytego wewnątrz. Wywróciłem oczami i obojętnie sięgnąłem po notatnik babci. Wyciągnąłem go w jej kierunku, ale po chwili cofnąłem rękę.
– Obiecujesz, że zajmiesz się tym dopiero, gdy wrócimy do szkoły? – Spojrzałem na nią uważnie.
– Obiecuję, dziś tylko zerknę. – Solem zrobiła niewinną minę.
Teodor wraz z siostrami ze śmiechem obserwowali scenę rozgrywającą się między nami i po chwili starsze rodzeństwo pomogło mi schować pająka.
– Chyba nie zerknę – jęknęła po chwili i z trudem odszukała kanapę.
– Leen, Teo pobawicie się z siostrami? – poprosiłem starsze dzieci. – Macie czas do obiadu. Mama trochę odpocznie, a ja później do was zajrzę.
– Czy wszystko w porządku? – Teodor zawahał się, widząc łzy w oczach matki.
– Tak, synku. Przepraszam – westchnęła, a po chwili jęknęła mocno zaskoczona, kiedy chłopiec przytulił ją z całej siły.
– Jakby mamusia mnie potrzebowała, to proszę wołać – wyszeptał i po chwili pobiegł za siostrami.
– Dlaczego zawsze w najmniej odpowiednim momencie? – szepnęła z goryczą, gdy zostaliśmy sami.
– Odpocznij, maleńka. – Usiadłem obok niej i delikatnie pogładziłem ją po ramieniu.
– To ty powinieneś jeszcze odpoczywać – odparła skruszonym głosem.
– A co ty na to, żebyśmy razem odpoczęli? – zaśmiałem się i pociągnąłem ją za rękę do sypialni.
– Babcia wciąż powtarza, że oni są tacy romantyczni – Leen nieudolnie naśladowała głos Eileen. Stanąłem w progu salonu i nasłuchiwałem co takiego ciekawego miała córka do powiedzenia na temat naszego romantyzmu. – Tata się oczywiście wścieka, ale wiesz jaki on jest. Teraz pewnie też uprawiają seks. – Na twarzy dziewczynki wykwitł uśmiech zadowolenia, a ja tylko dzięki nieprzeciętnemu refleksowi nie straciłem równowagi i w ostatniej chwili chwyciłem się framugi.
– Skąd wiesz? – zdziwił się Teodor, wybałuszając oczy na siostrę.
– Ja ich nigdy nie nakryłam, ale babcia wciąż powtarza, że rodzice są pod tym względem bardzo dobrze dopasowani. Nie wiem dokładnie co ma na myśli, ale kiedyś, pokazywała mi książki, w których jest wszystko wyjaśnione i są obrazki. Bardzo dokładne obrazki – dodała, poruszając znacząco brwią. – Babcia kończyła kilka kursów medycznych i między innymi taki o położnictwie i seksie. To ma jakąś nazwę, ale nie pamiętam. Wiesz skąd się biorą dzieci, nie? – Teodor nieśmiało przytaknął. Nie miałem pojęcia, czy się cieszyć, czy wręcz przeciwnie z faktu, że moja córka odwala za mnie męską rozmowę z synem. – No to ona ma dużo takich książek i kiedyś u niej w gabinecie podejrzałam sobie jedną czy dwie, a może to trzy nawet były, w których były obrazki, jak to można robić. Kiedyś zabiorę cię do babci to ci pokażę. No i babcia też mi kiedyś wspominała, że nigdy nie poznała pary, która tak dobrze radziłaby sobie z tymi sprawami, jak rodzice. Mówiła, że po tylu wspólnych latach u większości par to już rutyna, a rodzice wciąż się przyciągają. Wiesz o co chodzi, nie?
– Nie jestem pewien – wybąkał cicho Teodor. – W szkole chodzę na takie zajęcia dla chłopców i tam trochę już mówili na te tematy, ale niewiele. Ale rodzice chyba się kochają. Tak to wygląda. Pan tata jest dobry dla mamy, a mama tak bardzo troszczy się o tatę i o was, o nas.
– Pewnie, że się kochają. Bardzo – zapewniła go Leen. – I nas też kochają. – Uśmiechnęła się ciepło do brata. – Ciekawe, czy zawsze jak mnie nie ma w domu to oni to robią całe wieczory. Babcia się kiedyś z nich podśmiewała do dziadka – zachichotała. – Opowiadała mu coś o tym, że oni to mogą robić … – Chociaż bardzo byłem ciekawy co też Leen ma do powiedzenia w sprawie tego, co mogą jej rodzice i gdzie, to wolałem jednak przerwać w porę tę rozmowę.
– Co niby mogę, jeśli wolno spytać? – Uśmiechnąłem się zjadliwie.
– My … ja … – Teo poderwał się natychmiast z dywanu i zaczął nerwowo przygryzać wargę, spoglądając ze skruchą na podłogę.
– Jutro, zaraz po tym, jak wrócimy od Grigotta wracamy do domku w Szkocji – zacząłem, spoglądając na córkę z krzywym uśmieszkiem. – Tak się zastanawiam, czy skoro tak bardzo lubisz spędzać czas z babcią, nie zechcesz z nią zostać na te kilka dni.
– Z Teodorkiem? – spytała wesoło.
– Oczywiście, że nie – prychnąłem. – Teodora da się jeszcze uratować od zepsucia i nie zamierzam go zostawiać na stracenie w szponach twojej babci.
– Tato, żartujesz, prawda? – Leen spojrzała błagalnie.
– Ten pomysł coraz bardziej zaczyna mi się podobać – zaśmiałem się złowrogo i przy pomocy zaklęcia ułożyłem wieże z klocków bawiącym się na dywanie bliźniaczkom. – Teodorze – zwróciłem się łagodnie do nieco zmieszanego syna – wiem, że chodzisz na te kursy dla chłopców w Hogwarcie, wiem też, jak bardzo niewyczerpujące są, dlatego chciałbym cię prosić, żebyś ze wszystkimi pytaniami przychodził do mnie albo do mamy. Myślę, że trochę więcej w tym temacie mam do powiedzenia niż Leen, a babcia nie zna umiaru. Osobiście nie polecam rozmów intymnych z babcią. Niewątpliwie jest ekspertem, ale jak już cię dorwie w swoje szpony to przy każdej okazji będzie pytała o dziewczyny. Możesz być pewien, że nie omieszka pytać o te sprawy w towarzystwie. – Podszedłem do chłopca i w przyjacielskim geście położyłem mu dłoń na ramieniu. – Ktoś chętny do pomocy z obiadem? Mama zasnęła, a ostatnio niewiele sypiała, dlatego nie chcę jej teraz budzić. Powinna odpocząć.
– Ja chętnie pomogę – odparł z entuzjazmem Teodor.
– W takim razie Leen pobawisz się z siostrami. – Z uśmiechem podszedłem do bawiących się córek i ucałowałem każdą w czoło. – Co zjecie?
– Tato, umiesz tylko kurczaka – westchnęła Eileen, a młodsze siostry zachichotały.
Teodor
Po tygodniu jako Teodor Snape wciąż byłem mocno oszołomiony. Budziłem się rano i nie miałem pewności, czy to co się wydarzyło nie było jedynie snem, ale zwykle, gdy tylko unosiłem do góry powieki w pobliżu byli mama albo tata. Tata. Z jednej strony, czułem niesamowitą radość móc kogoś nazywać w taki sposób, z drugiej, moim ojcem okazał się nienawidzący mnie profesor eliksirów, postrach całej szkoły. Nie raz Severus Snape dawał mi do zrozumienia, że byłem dla niego niczym i próbował zniszczyć przy każdej nadarzającej się okazji, ale czy mogło mnie spotkać coś gorszego niż Remus Lupin w roli opiekuna?
Zresztą, Mistrz Eliksirów zyskiwał przy bliższym poznaniu. Kiedy spędzałem z jego rodziną święta, nie wydawał się taki zły. Uśmiechał się do mnie i częstował najlepszymi smakołykami na świątecznym stole. Pozwolił bawić się z Leen i młodszymi córkami, a nawet kilka razy uratował z zabójczych uścisków Syriusza, a przecież jeszcze wówczas nie wiedział, że to ja jestem jego synem. Pani Snape to zupełnie inna historia. Jej nie dało się nie kochać. Od pierwszej chwili, gdy ją poznałem, była dla mnie matką idealną, taką, o której marzy każde dziecko na świecie. Niezwykle mądra, wyrozumiała i utalentowana, a na dodatek była śliczna. Solem była kobietą, o której chciałem od razu wszystkim opowiedzieć i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że zapewne moi przyjaciele, a zwłaszcza przyjaciel, nie przyjmą zbyt dobrze wiadomości na temat mojego prawdziwego pochodzenia.
Ron był tak zawzięty w swej nienawiści do mojego ojca, że jego niechęć przenosiła się także na Leen. Dokuczał jej na każdym kroku, dogadywał i zawsze, gdy znajdowała się w pobliżu głośno wyrażał swoją dezaprobatę dla niej i reszty rodziny Snape'ów. Nie do końca pojmowałem jego tok rozumowania i niechęć do przesympatycznej dziewczynki, ale gdy Ron się na coś uparł, bardzo ciężko było przekonać go, że było inaczej. Nawet jego starsi bracia bardzo lubili moją młodszą siostrę i wiedziałem, że dobra znajomość eliksirów nie jest jedynym tego powodem. Bliźniacy dość często w bardzo przychylny sposób wypowiadali się na temat Leen i za każdym razem bronili jej przed Ronem.
Z Hermioną sprawa była o wiele prostsza. Nie miałem wątpliwości, że przyjaciółka bez problemu zaakceptuje moją nową rodzinę, jeśli ta okaże się choć odrobinę lepsza niż ta poprzednia, a przecież Snape'owie byli naprawdę wspaniali. Nie tylko dbali o moje podstawowe potrzeby, ale zajmowało ich też dobre samopoczucie, wiedza i bezpieczeństwo. Starali się, żeby było mi z nimi dobrze i byłem pewien, że nie było to krótkotrwała troska. Patrzyłem na nich już podczas świąt, to jak odnosili się do siebie, do córek i rodziców. Byli kochającą się i szanującą wzajemnie rodziną. Z przyjemnością obserwowałem sposób w jaki się do siebie odnosili. W ich zachowaniu nie dało się wyczuć fałszu, arogancji i niechęci czy zniecierpliwienia. Byli otwarci i szczerzy wobec siebie, a co szczególnie mi się podobało, po drobnych przekomarzankach potrafili przyznać rację temu, które ją faktycznie miało. Nie upierali się przy swoim zdaniu i z pokorą wysłuchiwali argumentów innych, nawet jeśli ta osoba była o trzydzieści lat młodsza.
Starałem się chwilowo nie myśleć o ludziach, którzy wychowywali mnie przez jedenaście lat. Ludziach, którzy brutalnie odebrali mnie rodzicom, zabili dziadków i próbowali zniszczyć matkę. Ojciec obiecał, że sam zajmie się wszystkim i ufałem mu w tej kwestii całkowicie. Nie chciałem zawieść zaufania rodziców i nie daj Merlinie wpakować siebie i ich w jakieś kłopoty z powodu swojej nadgorliwości. Postanowiłem już zawsze, w miarę możliwości, zwracać się z problemami do nich, a nie próbować rozwiązywać je na własną rękę, tak jak w Sylwestra. Chciałem by byli ze mnie dumni, a wyrywaniem się przed szereg, raczej nie przysporzę sobie ich szacunku.
Myśli o Voldemorcie i czyhających na moje życie śmierciożercach, także starałem się chwilo odpędzać jak najdalej od siebie. Teraz miałem jeszcze tydzień wolnego ze swoją rodziną i chciałem cieszyć się tym czasem. Utrzymywanie mojej tożsamości w tajemnicy nie było prostą rzeczą, ale nie było wyjścia. I ja, i rodzice liczyliśmy, że uda się to do czasu aż zdołają pozbyć się Voldemorta na zawsze. Nie przyjmowałem do wiadomości, że nie uda nam się zabić czarnoksiężnika, a o ile zdołałem już poznać swoją nową rodzinę, stanie się to szybciej niż ten powstanie w pełni sił. Mama i tata byli bardzo silni magicznie, znali czary, których ja nawet nie umiałem sobie wyobrazić i bardzo nas wszystkich kochali, a jak powiedziała mi babcia, to najsilniejsza magia.
– Jak ci się podoba dom? – Z zamyślenia wyrwał mnie głos ojca. – Jest trochę zwariowany i sporo tutaj magii, ale sprawdziłem wszystko dokładnie i nie ma tutaj nic, co mogłoby nam zagrażać – zapewnił.
– To najbardziej niesamowity dom, jaki w życiu widziałem – odparłem. – Wszystko wydaje się zaczarowane.
– Bo takie jest – zaśmiał się.
– Czy mama, czy lepiej się już czuje? – spytałem nieśmiało.
– Zasnęła dość szybko i mam nadzieję, że jak się obudzi to poczuje znacznie lepiej – westchnął. – Ostatni tydzień był dla niej trudny i dość męczący. Gdy my odpoczywaliśmy w szpitalu, ona zajmowała się nami i dziewczynkami.
– Mógłbym coś zrobić, coś żeby poczuła się lepiej, proszę taty? – Spojrzałem na ojca z nadzieją. Bardzo chciałem poczuć się potrzebny w rodzinie, znaleźć pośród nich swoje miejsce. – Może mógłbym ją wyręczyć w jakichś czynnościach, żeby mogła odpocząć? Mogę przez ten tydzień bawić się z Asterią i Selene, jeśli nie ma pan tata nic przeciwko.
– Teo, możesz się bawić z siostrami, kiedy tylko ty i one chcecie, nie musisz pytać o zgodę. – Tata lekko zmarszczył brwi. – A jeśli chodzi o mamę, to myślę, że tydzień w domku w Szkocji z rodziną dobrze jej zrobi. Byłoby miło, gdybyś pomógł mi odciągać ją od pracy, bo zapewne wmówi nam wszystkim i sobie, że ma potworne zaległości w ilustrowaniu i będzie się starała nadrobić ten tydzień. Wolałbym, żeby rysowała jedynie dla przyjemności, nie z poczucia obowiązku.
– Czy ja mógłbym czasem patrzeć, jak rysuje? – spytałem, siekając warzywa.
– Zwykle nie ma nic przeciwko temu, ale to raczej ją musisz zapytać. – Tata z uśmiechem zmierzwił mi włosy. Kiedy pan Lupin robił coś podobnego, to zawsze oznaczało kłopoty. Uśmiechał się wtedy krzywo i mruczał zwodniczym szeptem, a później wybuchał i rzucał mnie do komórki pod schodami. Kiedy tata targał moje włosy, uśmiechał się łagodnie i wydawało się, że robił to na znak aprobaty. Przy tacie się nie bałem. – Teo, jeśli chodzi o tę rozmowę z Leen, którą niechcący słyszałem; chciałbym byś wiedział, że możesz się do mnie zwracać z każdym problemem. Nie jestem może ekspertem w dziedzinie randkowania, ale jestem pewien, że potrafię ci w wielu kwestiach doradzić i w przeciwieństwie do małej i dużej Eileen, zapewniam dyskrecję – zażartował.
– Nie chodzę na randki, proszę taty. – Zaczerwieniłem się po czubki uszu. Przyjaźniłem się z Hermioną, ale ona była mądra i jakoś tak wyszło, że wszystko robiliśmy razem. Była bardziej jak kolega nie dziewczyna.
Severus
– Jeszcze – mruknąłem z przekąsem. – To co mówiłem w salonie, to prawda; jeśli rozpoczniesz TEN temat ze swoją babcią, będziesz stracony – zaśmiałem się. Gdy leżeliśmy razem w szpitalu, wszystko zdawało się iść w dobrym kierunku, jednak z chwilą wypisu i powrotu do domu, odnosiłem wrażenie, że chłopiec nabrał do mnie jeszcze większego dystansu. Starałem się znaleźć tego przyczynę i spróbować go jakoś ośmielić, przekonać do siebie i dać się poznać z lepszej strony. Pragnąłem zdobyć zaufanie syna i byłem gotów na wszystko, by tego dokonać. Szczere i luźne rozmowy, a także odrobina zwierzeń, wydawały mi się dobrym sposobem. – Ja do tej pory odczuwam skutki nieopatrznej wylewności w stosunku do swojej mamy. Z chwilą, gdy wyczuła moje zainteresowanie twoją mamą nie dała mi już spokoju, a co gorsza, nie dawała go też jej – kontynuowałem, widząc zainteresowaną minę chłopca. – Tak jest po dziś dzień. Interesuje ją wszystko co związane z naszym życiem – mruknąłem, wywracając oczami.
– Kiedy pan tata poznał mamę? – spytał nieśmiało.
– Teo, mógłbym cię prosić, żebyś nie tytułował mnie pan? – Spojrzałem z rozpaczą na syna. Nie winiłem go za brak pewności siebie i nawet niechęć do mnie, ale każde pan skierowane do mnie raniło serce maleńkimi szpilkami. – Wiem, że trudno zaakceptować ci mnie, jako ojca …
– Nie, nie, proszę … tato, to wcale nie jest trudne, ja … tylko nie chciałbym taty urazić – odparł pospiesznie. – Proszę, niech się tata nie gniewa.
– Nie gniewam się, Teo – zapewniłem, kładąc rękę na jego ramieniu i uśmiechnąłem się przyjaźnie. – Gdybyś zechciał zwracać się do mnie tato, byłoby to dla mnie czymś miłym i wyjątkowym. Oczywiście, jeśli to zbyt trud...
– Nie, nie, ja naprawdę nie chciałem urazić taty – przekonywał chłopiec. – Chciałem być grzeczny.
– Jesteś grzeczny, Teo. – Pogładziłem syna po włosach. – Bardzo grzeczny. – Chłopiec zarumienił się jeszcze bardziej i nieśmiało uśmiechnął.
– Chciałbym, żebyście byli ze mnie zadowoleni i dumni – wyznał nieśmiało.
– Jesteśmy – zapewniłem. – Może znasz jakieś inne sposoby na kurczaka niż ten duszony z warzywami? Mógłbym chociaż raz zaskoczyć mamę i dziewczynki.
– Może pieczony kurczak z ziołami i boczkiem? – zaproponował. – A warzywa można ugotować.
– W takim razie ty gotujesz, ja pomagam. – Bezradnie rozłożyłem ręce, a mój syn ochoczo zaczął odrywać gałązki ziół, które po kolei wrzucał do dużego moździerza. – Ja i twoja mama poznaliśmy się dopiero na ostatnim roku w szkole. Oczywiście znałem ją z widzenia i nawet całkiem sporo o niej wiedziałem, ale dopiero w siódmej klasie usidliła mnie swoim spojrzeniem – zacząłem opowieść. – Najgorsze jest to, że twoja babcia wiedziała o moim uczuciu do Solem na długo przed tym, niż ja sam się o nim przekonałem.
– Mama jest bardzo ładna – wtrącił nieśmiało.
– Ładna? Jest najpiękniejszą kobietą jaką kiedykolwiek widziałem.
– Leen ma rację. – Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało. – To naprawdę romantyczne.
– W tym nie ma nic romantycznego. – Udałem poirytowanie. – Uważaj, bo zacznę cię pytać o pannę Granger.
– O Hermionę? – zdziwił się. – Ale ona mi się nie podoba. To znaczy jest chyba ładna i mądra, ale …
– Żartowałem – przerwałem mu i roześmiałem się szczerze, widząc jego zmieszaną minę. – Jak długo musi zostać w piekarniku? – spytałem, widząc, że chłopiec natarł już kurczaka ziołową masą.
– Dwie godziny, tato – odpowiedział grzecznie.
– Bez zaklęć, jak mniemam?
– Nie znam żadnych, które mogłyby upiec kurczaka. – Teo rozłożył bezradnie ramiona.
– Musisz koniecznie przeczytać książki mamy. – Machnąłem różdżką i przywołałem właściwe tomy z biblioteczki. – Większość zaklęć z pozoru jest nieprzydatna, ale zapewniam, że każde jedno kiedyś ci się przyda. Łącznie z tymi, dzięki którym umiejętnie przypieczesz kurczaka. Przyznam, że na gotowaniu się nie znam, ale według Solem, najpierw trzeba użyć zaklęcia ustawionego na pieczenie od środka, a później stopniowo przesuwać je ku skórce. O, tak. – Wypowiedziałem cicho inkantację, a następnie zacząłem delikatnie wodzić różdżką wokół mięsa. Po chwili zmieniłem zaklęcie i brytfannę z kurczakiem owiało gorące powietrze. – Teraz na dziesięć minut do piekarnika i o ile nic nie pomyliłem, powinniśmy mieć wyśmienity obiad. – Teodor patrzył osłupiały, jak jego potrawa powoli się zarumieniła, a wokół nas rozniósł się aromat ziół.
– Musiałem dużo gotować dla pana Lupina i pani Lupin, ale nigdy nie używałem do tego magii – wyszeptał cicho.
– W domu gotuje głównie mama i to tylko dlatego, że lubi, naprawdę lubi gotować. – Uśmiechnąłem się pod nosem, obserwując zdumienie na twarzy syna, gdy ten patrzył na piekącego się kurczaka. – Mamy skrzatkę, ale mama raczej rzadko pozwala jej wchodzić do kuchni. Oczywiście, jeśli ty lubisz gotować, nadal możesz to robić, ale jeśli robiłeś to tylko z obowiązku, to zapewniam, że nie musisz dla nas przygotowywać posiłków. Pomoc w kuchni też jest czymś dobrowolnym. Chyba, że spotka cię kara – zaśmiałem się.
– Nie za bardzo lubię gotować – wyznał, wykrzywiając usta. – Ale bardzo bym chciał nauczyć się tych zaklęć.
– Zachęcam więc do przeczytania książek mamy. – Zamruczałem i z zadowoloną miną zaciągnąłem się zapachem wyciąganego z piecyka kurczaka.
– Myśli tata, że będzie smakował mamie?
– Jestem przekonany, zwłaszcza, że uwielbia rozmaryn – zapewniłem i wyłożyłem upieczonego ptaka na półmisek pełen warzyw.
– Proszę taty, czy ja wieczorem, jak przyjdzie pan Syriusz, czy będę musiał udawać i go ściskać przez cały czas? – Teo ze zbolałą miną pochylił głowę.
– Teo, zamierzamy wyznać Syriuszowi i Amelii prawdę, ale bez względu na to, zawsze możesz się nie zgodzić na zbyt mocne uściski jeśli nie masz na nie chęci, obojętnie, kto próbuje cię ściskać. Nikt nie ma prawa cię do tego zmuszać i nikt nie ma prawa obrazić się, jeśli nie masz chęci na przytulanki.
– Czy oni mnie przestaną lubić? – Teodor nerwowo przygryzł wargę.
– Jestem przekonany, że ich uczucia względem ciebie się nie zmienią. Na twoim miejscu obawiałbym się teraz większej wylewności ze strony Amelii, jest twoją matką chrzestną.
– Naprawdę? – zdziwił się.
– Tak. Ona i twoja mama przyjaźnią się od najmłodszych lat. To był dość naturalny wybór – wyjaśniłem. – Zawołamy dziewczyny na obiad?
– Jedną przywiódł tutaj przecudowny zapach. – Solem stanęła na progu i z błogą miną zaciągnęła się zapachem. – To kurczak, niewątpliwie, ale …
– Teo dla nas dziś ugotował – przerwałem, podchodząc do niej i prowadząc do stołu w jadalni.
– Mój żołądek nie może się doczekać tych wspaniałości – mruknęła z zadowoleniem. Ucałowałem żonę w czoło i poszedłem po córki do salonu.
Teo niepewnie zajął miejsce obok matki i ze smutkiem przyglądał się jej przez chwilę. Kobieta powiodła wzdłuż stołu dłonią, szukając ręki syna i z uśmiechem ścisnęła ją, gdy jej się to udało. Odetchnęła, gdy odwzajemnił uścisk i wyraźnie się rozluźniła, czując, że Teo akceptuje ją taką jaka jest.
Niestety Solem nie odzyskała wzroku do wieczora, kiedy to mieliśmy spotkać się z Amelią i Syriuszem. Na szczęście państwo Black przyjęli rewelację z umiarkowanym spokojem. Amelia była wniebowzięta i próbowała wycisnąć z Teodora wszystko co miał w środku, natomiast Syriusz z trudem krył rozczarowanie. Dopiero, gdy Solem poprosiła go do kuchni, jak domyślałem się na rozmowę, a nie w ramach pomocy domowej, mężczyzna nieco przystopował w swoim głośnym wyrażaniu zawodu. Nie musieliśmy obojgu powtarzać dwa razy, by zachowali tożsamość Teo w tajemnicy, a Amelia sama zaproponowała przysięgę.
Wizyta u Gringotta skończyła się tak, jak oboje przywidywaliśmy. Początkowo zamierzaliśmy jedynie otworzyć skrytkę i zbadać ją później, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Gdy tylko wszystkie zamki ustąpiły zarówno oboje sprawdziliśmy, czy pomieszczenie nie było obwarowane jakimiś klątwami, po czym nieśmiało weszliśmy do środka. Nie mogłem się nadziwić dyscyplinie Teodora. Czekał grzecznie na zewnątrz i dopiero, gdy wyszedłem do niego odważył się wejść.
– O, ja – jęknąłem, spoglądając na półki uginające się pod ciężarem słojów z rzadkimi ingrediencjami i różnorodnymi eliksirami. Największą uwagę przykuwał spiżowy nóż do siekania ziół. Już na pierwszy rzut oka wydawało się, że to średniowieczna robota i długo wahałem się, nim chwyciłem go w dłonie. Pomimo upływu lat jego ostrze wciąż mocno lśniło i nie miałem wątpliwości, że nie stępiło się ani odrobinę. W rękojeść wbudowany był kamienny tłuczek i choć sprawiał wrażenie ciężkiego w rzeczywistości był niezwykle lekki i poręczny.
– Może ty powiesz mi co tutaj jest, bo tata jedynie stęknął, jęknął i wydał z siebie jakiś dziwny świst. – Solem chwyciła Teo za ramię. – Nie jestem pewna, czy jeszcze z nami jest, czy coś mu się stało.
– Jest, mamo – zaśmiał się chłopiec. – Tutaj jest bardzo dużo ingrediencji i eliksirów. Nie mam pojęcia czym one są, ale jest ich naprawdę, naprawdę dużo. Tata ogląda jakiś nóż. Wygląda na stary. A jedna cała półka jest pełna starych pergaminów i zwojów. Tato! – krzyknął nagle Teo, gdy szybkim ruchem przeciąłem wnętrze swojej dłoni.
– Co się stało? – spytała przestraszona Solem.
– Przepraszam – zreflektowałem się i podszedłem do przerażonych syna i żony. – Ten nóż za jednym cięciem przepołowił dość gruby, metalowy pręt, ale nie przeciął mojej skóry. Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. – Objąłem mocno syna, który z niedowierzaniem wpatrywał się w moją dłoń.
– Wszystko w porządku? – dopytywała. – Teo, w porządku?
– Tak, to naprawdę niezwykłe – odpowiedział oszołomiony. – Widziałem jak tata rozcina swoją rękę, ale nie ma żadnej rany, nic.
Solem odetchnęła ciężko, gdy wytłumaczyłem co się stało. Przypatrywałem się jej przez chwilę, jak nerwowo przygryzała wargę, delikatnie wodząc dłonią po półkach. Słoje leciutko zadźwięczały, gdy nieco mocniej pchnęła mebel i momentalnie przestraszona cofnęła rękę. Podszedłem do niej i pomagałem dotykać wszystkich zgromadzonych tam przedmiotów. Uśmiechnęła się nieznacznie, gdy położyłem jej rękę na ciepłych zwojach pergaminu.
– Pewnie we wszystkich są przepisy na eliksiry – westchnęła.
– Raczej nie – odparłem i delikatnie pogładziłem ją po włosach.
– Zostawiła coś dla mnie? – spytała z nadzieją i po chwili łzy pociekły po jej policzkach.
– Chodźmy do domu, słonko. Wrócimy tutaj, gdy będziesz gotowa. – Przyciągnąłem ją i mocno przytuliłem.
– Nie, w porządku. Po prostu czuję, że to wszystko zapisała dla ciebie, bo ja nie zrobiłabym z tego żadnego pożytku. – Solem starała się uśmiechnąć.
– Myślę, że zapisała to wszystko mnie, bo nie bardzo miała ochotę bawić się w szczegóły, a faktycznie sporą część zajmują tutaj eliksiry – odrzekłem, gładząc ją po plecach. – Wiedziała, że oddam ci to co faktycznie chciała zostawić tobie, i tobie, młody człowieku – zwróciłem się do rozglądającego się syna.
– Mnie? – zdziwił się chłopiec.
– Ufam twojej babci, ale mimo wszystko chciałbym byś skrzynkę opatrzoną imieniem Teodor otworzył w mojej obecności. – Wskazałem na dość duży kufer.
– To dla mnie? – Teodor niezbyt pewnie ruszył we wskazanym kierunku.
– Dla ciebie, synu, od twojej babci – zapewniłem, ucałowałem żonę w skroń i podszedłem do syna. – Zdecydowanie to dla ciebie – zaśmiałem się, unosząc wieko. – O ile się nie mylę, to słynna, pierwsza sztaluga twojej mamy. Sporo się o niej nasłuchałem swego czasu. Mnie z pewnością się nie przyda. – Zerknąłem na żonę, która teraz szczerze się uśmiechała. – A to chyba miotła dziadka.
– Miotła taty? – zdziwiła się Solem. – Jest stara?
– Wygląda na nieco wyliniałą.
– Merlinie złoty, odszczekaj to natychmiast – oburzyła się. – Ta miotła zawiezie cię w każde miejsce na świecie. Jest magiczna.
– Magiczna miotła, a to ci dopiero – zakpiłem.
– Oj, przestań – warknęła. – Tata dostał ją od mamy na urodziny i wówczas już wyglądała na taką sprzed miliona lat. Podejrzewam, że mama wyciągnęła ją z tej skrytki. Jeśli to TA miotła, to jest naprawdę niezwykła. Zaniesie cię do miejsca, o którym pomyślisz i wcale nie musisz tego sobie wizualizować, jak przy teleportacji ani nawet nazywać, a oprócz tego nigdy nie zrzuci swojego właściciela, ale nie pozwoli latać nikomu innemu. Spróbuj, jeśli to prezent dla Teo, ty nie wsiądziesz. – Spojrzałem pytająco na syna, a ten natychmiast wyciągnął do mnie miotłę.
– Przyznaj się, że teraz ją jakoś zaczarowałaś – burknąłem pod nosem po nieudanej próbie usadowienia się na miotle. Solem roześmiała się, czując irytację w moim głosie.
– Jest twoja synku – zwróciła się do Teo.
– Naprawdę? Jest … fajna – odparł.
– Podaj mi ją – poprosiła. Przymknęła powieki i delikatnie powiodła nad miotłą swą różdżką. W miejscu brakujących witek natychmiast wyrosły nowe, grubsze, kij nabrał lśniącej, ciemnej barwy, a przy siedzisku pojawiły strzemiona. – Mam nadzieję, że teraz już nie wygląda tak obciachowo.
– Jest piękna. Naprawdę moja? – Teodor nie dowierzał.
– Twoja, synku. – Solem podała miotłę chłopcu i uśmiechnęła się ciepło.
– Myślę, że nie ma tutaj nic co zagraża twojemu życiu. – Z uwagą omiotłem pomieszczenie wzrokiem. – Obejrzyj sobie resztę i uszykuj co chcesz zabrać, ja pokażę mamie co dostała.
– Wyciągniesz jakiś eliksir, który ci się do niczego nie przyda? – zażartowała.
– Nie. Mama zostawiła dla ciebie coś specjalnego. Oprócz całej sterty starych książek – opowiadałem – o zaklęciach, jest jedna bardzo stara księga do astronomii, o w mordę – zakląłem, zaglądając do książki. – To … to … Merlinie, Solem ta książka należała do Roweny.
– Jakiej Roweny? Mam ją komuś oddać?
– Wariatka – zaśmiałem się. – Nie musisz jej nikomu oddawać, choćby sam Merlin rościł sobie do niej prawa, należy do ciebie. To książka do astronomii Roweny Ravenclaw. Są tutaj jej odręczne notatki.
– Rowena uczyła się z książek? – Solem była mocno zdezorientowana.
– Nie wiem, czy się z niej uczyła, ale na pewno ją studiowała.
– Jesteś pewien, że należała do Roweny? Tej Roweny?
– Jestem pewien – odpowiedziałem z powagą i podałem tom żonie. – Czujesz? Jestem pewien, że dużo silniej niż ja.
– O, Merlinie – jęknęła. – Skąd moja mama … – Zamrugała szybko, chcąc odgonić łzy i mocno przytuliła do siebie podarek od matki. – Pracowali tak ciężko – wyszeptała cichutko. – A wystarczyło ją sprzedać …
– Chciała zostawić ją dla ciebie. – Przytuliłem żonę i lekko pogładziłem ją po plecach. – Zrobiłabyś to samo. – Solem oderwała się ode mnie i delikatnie skinęła.
– Jest jeszcze coś. – Podprowadziłem żonę do niedużej szkatułki.
– Bransoletki mojej mamy – wykrzyknęła zaskoczona.
– To raczej zdecydowanie nie dla mnie. Teo też chyba się nie ucieszy. – Mrugnąłem do syna wciąż zafascynowanego zawartością kufra.
– Myślę, że podarujemy je dziewczynkom – zaśmiała się Solem, badając dotykiem każdą z bransolet. – Muszę tylko je dokładnie posprawdzać. Są magiczne, a nie chciałabym, żeby Leen zbyt szybko dopadła tę, która zmienia barwę włosów.
– Jeśli nie masz nic przeciwko … – zawahałem się – ten nóż mógłbym pokazać Leen i powiedzieć, że będzie na nią czekał. – Solem przytaknęła z uśmiechem.
– Jest tutaj? – spytała szeptem, gdy Teodor przyglądał się sztaludze i pierwszym rysunkom mamy.
– Chyba tak – odparłem wprost do jej ucha. – Zajmę się tym sam.
– Chcesz coś zabrać? – Solem podeszła do syna.
– A … a … mógłbym? – wyjąkał.
– Zawartość tego kufra jest twoja, możesz zabrać co chcesz, ale na miotle …
– Solem, podobno ta miotła nie zrzuca właściciela – przerwałem jej .
– Och, dobrze, ale obiecaj, że będziesz ostrożny, no i w szkole nie możesz jej mieć – westchnęła.
– Ale może ją zabrać do domku – zaśmiałem się, mrugając porozumiewawczo do syna.
– A mogę … czy to nie będzie za dużo, jeśli … bo jeśli za dużo to ja wolę tę sztalugę – wydukał chłopiec.
– Teo, skarbie, możesz zabrać wszystko co chcesz, nawet cały kufer – zapewniła go matka.
Delikatnie ucałowałem żonę w czubek głowy i z uśmiechem skinąłem na syna.
.: :.
Solem
– Mamo, Teodor zmywa naczynia. – Opatrywałam właśnie ranę Severusa, kiedy Leen podbiegła do mnie z krzykiem.
– To straszne. – Złapałam się z przerażeniem za usta. – Może powinnaś mu pomóc? – Uniosłam brwi i spojrzałam wymownie na córkę.
– Ale on to robi bez magii – oburzyła się dziewczynka.
– Są dwa wyjścia: albo mu pomożesz bez magii, albo go nauczysz zaklęć – odparłam. – Doprawdy, Leen, uważasz, że pomoc mamie jest czymś tak przerażającym? – Wywróciłam oczami, a Severus uśmiechnął się krzywo, widząc, że córka szuka u niego wsparcia.
– To wyzysk – odparowała dziewczynka.
– Oczywiście, kochanie. – Uśmiechnęłam się niewinnie. – Porozmawiamy o wyzysku, gdy będziesz chciała deser.
Pospiesznie zakończyłam rzucanie zaklęć na bliznę Severusa, posmarowałam ją delikatnie maścią i szybkim krokiem ruszyłam do kuchni.
– Nie musisz tego robić, skarbie. – Uśmiechnęłam się promiennie do syna i czystą ściereczką zaczęłam wycierać myte przez Teo naczynia.
– Ale ja bardzo chcę pomóc, mamo – odparł Teodor. – Proszę sobie odpocząć, ja tutaj dokończę.
– Pokazać ci nieco suchszy i szybszy sposób na zmywanie? – spytałam, spoglądając na niego z ukosa.
– Różdżką? – Spojrzał na mnie z błyskiem w oku.
– Zwykle rzucam zaklęcie zaraz po obiedzie, ale teraz chciałam najpierw opatrzyć tatę, a ty najwyraźniej nie przeczytałeś jeszcze mojej książki z zaklęciami.
– Ja już zacząłem, ale musiałem jeszcze dokończyć eseje – odparł, pochylając głowę. – A dużo książek mama napisała?
– Kilka, ale szczerze mówiąc wolę cię uczyć osobiście. Znam kilka zaklęć, których nie ma w żadnej książce. – Chwyciłam różdżkę, nakazując gestem, by i Teo chwycił swoją. – Zaklęcie brzmi Luceant siccare i jednocześnie wykonujesz taki ruch, omiatając blat, na którym stoją brudne naczynia. Wówczas nie musisz ich nawet wkładać do zlewu i zostaną też wyczyszczone szafki. Spróbuj – nakazałam.
– Wooow – wykrzyknął podniecony, gdy talerze jeden po drugim zaczęły wskakiwać do zlewu.
– W ten sposób zyskaliśmy czas na przygotowanie kawy i deseru. – Uśmiechnęłam się szczerze do syna. – Dla ciebie podwójna porcja i coś ekstra.
– Dla mnie? – zdziwił się Teodor.
– Zasłużyłeś sobie, mój mały pomocniku. – Pogładziłam chłopca po włosach i podałam mu duże czerwono serduszko posypane maleńkimi, migoczącymi gwiazdkami. – To na urodziny taty. Mój nowy przepis. Jesteś pierwszym, który próbuje.
– Pierwszym? – Chłopiec spojrzał na mnie, otwierając szeroko usta.
– Jedz, bo nie jestem pewna, czy dobre. Czasem zdarza się, że wychodzi mi kompletna klapa. – Zrobiłam wyczekującą minę, gdy pierwszy kęs ciastka zniknął w ustach Teodora i wyraźnie odetchnęłam, gdy na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech.
– Pycha – wymamrotał z pełnymi ustami. – Proszę mamy, ja … bo ja nie mam żadnego prezentu dla taty – wyszeptał po chwili, przygryzając dolną wargę. – Nie mam pieniędzy, a bardzo bym chciał coś dać.
– Mhm – zamyśliłam się przez chwilę. – Pomyślimy o tym, dobrze? Możesz dołożyć z kieszonkowego do prezentu od Leen i dziewczynek, ale możemy później pomyśleć o czymś tylko od ciebie jeśli chcesz.
– Kieszonkowego? Ale ja...
– Leen dostaje co tydzień cztery galeony, czasem pomaga też w sklepie albo tacie z eliksirami i za to dostaje dodatkowe kieszonkowe – wyjaśniłam. – Ty jesteś trochę starszy, chodzisz już do szkoły i twoje potrzeby są trochę większe, a i możliwości dorobienia mniejsze, dlatego dostaniesz sześć. Skarbie – poprowadziłam chłopca do stołu kuchennego i posadziłam na krześle – kieszonkowe możesz wydawać na swoje zachcianki. Wolałabym, żebyś nie kupił za wszystko słodyczy albo zabawek u Zonka, ale to twoje pieniądze i sam możesz nimi dysponować. Jeśli będziesz chciał jakąś książkę, ubrania, pomoce naukowe, wówczas zwróć się z tym do mnie albo taty, dobrze?
– Ubrania? – Teo spojrzał zaskoczony.
– Nie miałam teraz zbyt wiele czasu, synku i przepraszam, ale jutro wybiorę się na zakupy do Edynburga i kupię wszystko co potrzeba. – Pogładziłam chłopca po policzku. – Szybko rośniesz i twoja garderoba wymaga trochę uzupełnienia. Nie wszystko da się naprawić i powiększyć przy pomocy magii. Większość szat jest szyta tak, że magia mocno niszczy tkaninę, dlatego czasem lepiej kupić nowe niż powiększać. Obawiam się, że nie będę mogła zabrać cię na zakupy. Ktoś mógłby nas rozpoznać. Pomyślę jeszcze nad tym. Może tata będzie miał jakiś pomysł. – Zamyśliłam się przez chwilę. – Byłoby łatwiej, gdybyś mógł wszystko przymierzyć.
– Przymierzyć? – zdziwił się. Westchnęłam cichutko. Nawet nie chciałam się zastanawiać skąd Teo miał dotychczas ubrania. Severus zwrócił mi wcześniej uwagę na szkolną szatę chłopca i obawiałam się, że cała reszta też mogła pochodzić ze starych szaf Remusa.
– Czy chory człowiek mógłby prosić o kawę? – Severus nieśmiało wetknął głowę do kuchni. – Muszę przyznać, że to bardzo zastanawiające, że Leen tak szybko chwyta zaklęcia, a zasad sprzątania w kuchni, pojąć nie może od pół godziny.
– Właśnie się zabieraliśmy za deser i kawę. – Uśmiechnęłam się do męża. – Zastanawialiśmy się też z Teodorem nad wspólnymi zakupami.
– Zakupami? Ciągniesz tego nieszczęśnika na jakieś zakupy? – Spojrzał na mnie podejrzliwie.
– Teo potrzebuje nowych ciuchów – mruknęłam.
– Oczywiście, kochanie. Przyznaj się, szukasz naiwniaka, który zechce porzucić ciepłą plażę i morze na rzecz łażenia z tobą po mrozie – zakpił.
– Jestem pewna, że rodzinne zakupy to bardzo dobry pomysł – wykrzyknęłam, a Severus zrobił zniesmaczoną minę i popatrzył na mnie jak na wariatkę.
– Ja i Teo jesteśmy chorzy, wy sobie idźcie – prychnął i rozsiadł się obok syna, który próbował ukryć chichot.
– Jak twoim zdaniem mam kupić dopasowane ubrania dla Teodora, skoro …
– Och, oczywiście nie znasz zaklęć zdejmujących miarę – sarknął. – Przyznaj, że szukasz sposobu na wyborne towarzystwo. – Posłałam mężowi krzywy uśmiech i ostentacyjnie nałożyłam na jego talerz cieniutki kawałek sernika. – Co to? – mruknął.
– Ciasto – odparłam, wzruszając ramionami.
– Dla kogo niby? – prychnął i wyciągnął nóż z mojej ręki, by ukroić każdemu po wielkim kawałku.
– Widzę, że czujesz się już lepiej, więc kawę i herbatę dla dzieci, zrobisz ty – zakomunikowałam, machnęłam różdżką na tacę z talerzykami i wylewitowałam je do salonu. – Chodź synku, zastanowimy się czego ci trzeba.
Severus
– Solem, przecież rozmawialiśmy na ten temat – jęknąłem, widząc Teodora całkowicie odmienionego. Mój syn był teraz blondynem o niezwykle błękitnych oczach. Jego czoło przykrywała gęsta, długa grzywka, a na nosie brakowało okularów. – Nie powinnaś nakładać na Teo kolejnych czarów modyfikujących.
– Nie nałożyłam – mruknęła, wywracając oczami. – Teo ma bransoletki mamy – wyjaśniła, a chłopiec zatrząsł ręką na dowód. – Mama skorygowała jego wzrok. Nie będzie już musiał nosić okularów, ale te które ma ustawiła tak, żeby mógł je nosić w szkole.
– I jak wyjaśnisz swoje pojawienie się z chłopcem, gdybyś spotkała kogoś znajomego? Minerwa mieszka w Edynburgu – prychnąłem.
– Po pierwsze, Minerwa jest w Hogwarcie, a po drugie, zamierzam wypić eliksir wielosokowy – oznajmiła.
– Mogę ci dać taki o wydłużonym działaniu, do czterech godzin, ale obiecaj, że nie będziesz grubą, wstrętną babą w jaką zmieniłaś się ostatnio – bąknąłem nieco niezadowolony.
– Nie – zaśmiała się. – Mam coś lepszego. – Uniosła znacząco brwi. – Spodoba ci się.
Dziewczynki pękały ze śmiechu, gdy do salonu wkroczyła długonoga blondynka o zbyt ostrym makijażu. Teodor otworzył szeroko oczy i z trudem powstrzymywał chichot, a mnie odjęło mowę. Kobieta z zalotnym uśmiechem zarzuciła włosami i usiadła mi na kolanach.
– Myślałem, że mieliście nie rzucać się w oczy – mruknąłem i niezbyt chętnie objąłem ją w pasie. – Nie pocałuję cię w tej postaci – dodałem pospiesznie, gdy nadstawiła policzek.
– Masz szczęście – odparła wesoło i zeskoczyła z moich kolan. – Merkury, synku, idziemy.
– Merlinie, dałaś naszemu dziecku na imię Merkury? Może od razu Balbian – wyrzuciłem z siebie. Dziewczynki zaczęły śmiać się jeszcze głośniej, a Teodor w końcu nie wytrzymał i także do nich dołączył, zginając się w pół od chichotów. Kiedy Solem zamrugała zalotnie długimi rzęsami, spojrzałem na nią z taką odrazą, jakby była meduzą, a nie seksowną laską i odwróciłem się od niej skrzywiony.
– Twoje kieszonkowe. – Podszedłem do syna i wręczyłem mu małą sakiewkę, w której pobrzękiwały monety.
– Ale ja … ja … dziękuję – wyjąkał mocno zawstydzony.
– Zasłużyłeś – zapewniłem i zmierzwiłem nieco blond czuprynę syna.
Solem
– Ojej, pan tata dał mi za dużo, mamo – Teodor prawie krzyknął, gdy w jednym ze sklepów płacił za piękne orle pióro, które chciał podarować ojcu na urodziny. Obiecałam pomóc mu zakląć je w taki sposób, by samo poprawiało błędy w sprawdzianach.
– Nie sądzę, synku. – Uśmiechnęłam się do niego ciepło. – Tata uznał, że zasłużyłeś na bonus za dobre wyniki w nauce na koniec semestru.
– Ale ja … mi … ja … ja jeszcze nie dostałem wyników egzaminów – tłumaczył się chłopiec.
– Ty nie, ale tata tak – zaśmiałam się. – Zdaje mi się wczoraj wieczorem kończył sprawdzanie. – Objęłam chłopca i poprowadziłam do wyjścia ze sklepu. – Możesz za to kupić co tylko zechcesz. Oczywiście wierzę, że jesteś rozsądnym chłopcem.
– Nie wydam tego na głupoty – obiecał gorliwie. – To moje pierwsze, własne pieniądze. – Ucieszył się szczerze.
– Nie mam nic przeciwko, żebyś od czasu do czasu sobie zaszalał. – Roześmiałam się, widząc minę syna. – Leen większość pieniędzy zostawia u Zonka. Nie pochwalam tego w jakich ilościach to robi, ale jeśli zachowasz umiar, nie będę się złościć.
– A czy to mi wystarczy na szkicownik, taki jak mamy? – spytał z nadzieją.
– Myślę, że wystarczy na całkiem fajny szkicownik, ale żeby był taki jak mój potrzebne będą zaklęcia – wyjaśniłam.
– Och – jęknął nieco zawiedziony.
– I to jakiś problem?
– Ja nie potrafię tak czarować – odparł posępnie.
– Skarbie, to są dość mocno zaawansowane czary – odrzekłam pokrzepiająco. – Uwierz mi, dla kogoś kto nie studiował zaklęć wcale nie takie proste jest stworzenie niekończącego się szkicownika. Kupimy szkicownik, a w domu wybierzesz sobie czary, jakimi chciałbyś go opatrzyć i później razem je rzucimy.
– Dziękuję – wyszeptał i ochoczo przylgnął do mojego boku.
– Znowu chcesz kupić szalik dla Severusa, Lucjuszu? – Zamarłam, słysząc za sobą głos Narcyzy w sklepie z galanterią. Mocno chwyciłam dłoń syna i powoli zaczęłam wycofywać się ze sklepu.
– Oczywiście, co innego miałbym mu kupić? – prychnął Malfoy i robiąc krok w tył, wpadł prosto na mnie. – Przepra... czy ja panią znam? – spytał, lustrując dokładnie moją sylwetkę. Narcyza posłała mi mordercze spojrzenie, a Teodor skulił się za moimi plecami.
– Nie sądzę – odparłam, unosząc wysoko głowę.
– Na pewno? – Lucjusz ponownie prześlizgnął się wzrokiem po moich długich nogach.
– Na pewno – warknęła na niego Narcyza. Uśmiechnęłam się do niej miło, skinęłam delikatnie i pociągnęłam syna do wyjścia.
– Kupiliśmy już wszystko, syneczku? – spytałam dość głośno już w progu sklepu.
– Tak mi się wydaje, mamusiu – odpowiedział cicho.
– W takim razie zanim pójdziemy po szkicownik, napijemy się gorącej czekolady w kawiarni – szepnęłam wprost do ucha syna. – Na wypadek, gdyby Lucjuszowi przyszło do głowy sprawdzać, czy aby na pewno nie jestem jego znajomą.
– A pozwoli mama, że to ja będę stawiał? – spytał z uśmiechem.
– Nie śmiem odmówić tak przystojnemu mężczyźnie – zaśmiałam się i chwyciłam syna pod rękę.
Kolejny rozdział: „Zaskakujące pokrewieństwo"
