ROZDZIAŁ 42
Zaskakujące pokrewieństwo
Teodor
Niechętnie wracałem do bycia Harrym Potterem. Tydzień nad morzem spędzony z rodziną był bardzo wyjątkowy. Rodzice i dziadkowie dbali o mnie, kupili mi bardzo dużo porządnych ubrań, butów i całe mnóstwo przyborów do malowania, a mama podarowała mi swój stary teleskop, którego ona używała podczas nauki w Hogwarcie. Jednak nie nowe rzeczy były najważniejsze, ale ludzie, którzy mnie otaczali. Profesor Snape z każdym dniem stawał się coraz wspanialszym ojcem i dzień przed końcem zwolnienia, gdy tata musiał wyjechać wcześniej, by pozałatwiać jakieś ważne sprawy z panem Davisem, miałem pewność, że to człowiek, któremu ufam bezgranicznie. Bałem się zmian w naszych relacjach po powrocie do Hogwartu, ale tata wciąż ze mną rozmawiał, zapewniając, że bez względu na to jak srogim będzie nauczycielem, jego uczucia nie ulegną zmianie.
– Synku, przykro mi, ale dla bezpieczeństwa nas wszystkich musimy jeszcze ciągle uczestniczyć w tej farsie. – Tata usiadł na piasku obok mnie. – Wiem, że mnie nie lubisz …
– To nieprawda – zaperzyłem się. – Ja …
– Nie lubisz mnie jako nauczyciela – dokończył. – Przyznaję, nie jestem w tym dobry, ale to nie tak, że się nie staram.
– Tato, ja wiem, że eliksiry wymagają dyscypliny na zajęciach. Tata wcale nie jest złym nauczycielem – odparłem pospiesznie. – Teraz, jak już mi tata i Leen pokazaliście tyle różnych eliksirów i co może się stać przez nieuwagę, dużo więcej rozumiem. Wiem dlaczego tata musi być surowy dla Neville'a. Przyznaję, że on dość często popełnia błędy przez swoje gapiostwo i roztargnienie.
– A co gorsza, pan Longbottom nawet nie stara się nad tym panować – westchnął. – Co cię najbardziej irytuje na moich zajęciach? To, że jestem surowy?
– Chyba na początku tak było – mruknąłem. – Zanim trafiłem do szkoły nie miałem zbyt wielkiego pojęcia o eliksirach. Raz dostałem eliksir pieprzowy, gdy się mocno rozchorowałem i ciągle słuchałem jaki to eliksir tojadowy jest drogi, to cała moja wiedza. A tata wymagał, żebym od razu znał odpowiedzi na wszystkie pytania już na pierwszych zajęciach.
– Pytania, które zadaję na zajęciach nie wykraczają poza materiał, który zawarty jest w podręczniku – wyjaśniał. – Nigdy nie spytałem o coś, co byłoby dalej niż jeden rozdział na przód. Większość uczniów dość szybko łapie ten system, a mimo to przychodzą na zajęcia nieprzygotowani. Być może karanie cię za brak prawidłowej odpowiedzi podczas pierwszych zajęć nie było sprawiedliwe, jednak na kolejne także przyszedłeś nieprzygotowany.
– Ale …
– Panna Granger zna odpowiedź na każde pytanie, mimo tego, że o magii dowiedziała się na dwa miesiące przed rozpoczęciem nauki. – Delikatnie objął mnie ramieniem, dając znać, że nie oczekuje tego, że będę wkuwał jak Hermiona. – Możesz z czystym sumieniem powiedzieć, że ty, pan Weasley, pan Longbottom przychodzicie na zajęcia przygotowani?
– Nie – mruknąłem.
– Przyznałem już i przeprosiłem, za to, że próbowałem karać cię za to jaki był James. – Tata odetchnął głęboko. – Byłem niesprawiedliwy dla ciebie, ale tylko dla ciebie, nie dla reszty Gryfonów. Nie jestem uprzedzony, jak myśli większość uczniów. Twoi obydwaj dziadkowie to Gryfoni.
– Naprawdę? – zdziwiłem. – Ale … czasami faworyzuje tata Ślizgonów – upierałem się.
– Owszem, tylko podczas zajęć – przytaknął. – W pokoju wspólnym zwykle obrywa im się podwójnie. Jestem ich wychowawcą i opiekunem, czy profesor McGonagall nie jest bardziej pobłażliwa dla was?
– Jest – mruknąłem, lekko się krzywiąc.
– Jutro z samego rana będę musiał wyjechać – westchnął tata. – Być może uda mi się wrócić tutaj jeszcze na noc, ale z dużym prawdopodobieństwem spotkamy się dopiero w szkole. – Posmutniałem i cichutko westchnąłem. To był najlepszy tydzień w moim życiu i pragnąłem z całego serca, żeby trwał. Przed świętami cieszyłem się, że nie muszę wracać do domu, teraz nie chciałem go nigdy opuścić. Z mamą, tatą i siostrami było o niebo lepiej niż w Hogwarcie i nawet za przyjaciółmi nie tęskniłem tak bardzo. Tata położył dłoń na moim ramieniu i mocno zacisnął. – Zaopiekujesz się mamą i siostrami podczas mojej nieobecności?
– Oczywiście – przytaknąłem gorliwie, zdeterminowany, by nie zawieść ojca. – Musi tata wyjechać?
– Niestety – westchnął z udręką. – Chciałbym to wszystko jak najszybciej zakończyć i móc być twoim ojcem w każdej sytuacji, nie chcę tego ukry... – Nie wytrzymałem, odwróciłem się do niego i z całej siły rzuciłem mu się na szyję. Z trudem zapanowałem nad łzami, gdy tato tulił mnie z całej siły. – Kocham cię, synku – wyszeptał drżącym głosem. Coś zacisnęło moje gardło i palące łzy wypłynęły spod moich powiek. – Bardzo cię kocham – zapewnił i mocno przycisnął usta do mojego czoła.
– Ja też, tato – wyszlochałem. Było mi wstyd, że się tak rozkleiłem przed ojcem. Bałem, że mama, babcia i siostry też to zobaczą, ale chyba taktownie nie przerywały pluskania w wodzie i udawały, że nas nie widzą. Później, gdy jeszcze rozmawialiśmy z tatą, kątem oka dostrzegłem, jak mama mocno przytulała babcię i wyglądało to tak, jakby też płakała.
Babcia była bardzo fajna i tak jak ostrzegał ojciec, mocno zainteresowana moim życiem intymnym. No może w moim przypadku intymność, to nie do końca trafne słowo, ale zasadniczo interesowała się sferą życia, o której najchętniej nigdy nikomu, bym nie mówił. Mama kilkakrotnie próbowała mnie uwolnić z pogadanek o seksie, zmianach w wyglądzie dojrzewających chłopców i o zgrozo, dziewcząt, ale jedynie tacie się to czasem udawało. Zwykle brutalnie przerywał babci i zabierał mnie na spacer. Mimo tych rozmów, musiałem przyznać, że z babci była bardzo równa kobieta. Wszystko brała z humorem, nie była tak nadwrażliwa jak mama i często śmiała się z jej nadopiekuńczości.
Z dziadkiem miałem dotychczas niewielki kontakt. Odwiedzał nas każdego wieczoru w Szkocji i często jadał z nami kolacje, ale rzadko się zdarzały sytuacje, gdy mogliśmy sami porozmawiać. Lubiłem słuchać opowieści Tobiasa. Mówił dużo o wydawnictwie, które założył zaraz po studiach, o książkach, które drukowali i w ogóle o literaturze, ale sporo też opowiadał o mamie. Co nieco mnie dziwiło, mówił o niej nawet więcej niż o tacie. Odniosłem wrażenie, że dziadek był człowiekiem, który mało się odzywał, ale sporo wiedział i potrafił uważnie obserwować. Doskonale wyczuwał o czym, chciałem słuchać i jak już babcia kończyła swoje opowieści o dzieciństwie ojca, on dla wyrównania opowiadał o mamie. Można było odnieść wrażenie, że to Solem była jego córką, a Severus zięciem i tylko ogromne podobieństwo obydwu panów przekonywało, że to nieprawda.
Z siostrami rozumiałem się bardzo dobrze. Asteria i Selene były jeszcze małe i wciąż chichotały, ale lubiłem się z nimi bawić. Nigdy nie miałem tak pięknych zabawek, jak one i teraz z przyjemnością nadrabiałem zaległości. Były chyba większymi psotnicami niż Leen. Początkowo nie wiedziałem, jak reagować, kiedy wkładały różowe ubrania do szuflad ojca, a ten udawał wielkie oburzenie, ale teraz zaśmiewałem się razem z nimi i raz się nawet zdarzyło, że stałem dla nich na czatach. Tata miał prawdziwą alergię na różowy kolor i dziewczyny często to wykorzystywały do dobrej zabawy i raczyły go nim w najmniej odpowiednich momentach.
Eileen była prawdziwą przyjaciółką. Co prawda dość często namawiała mnie do psot, które nie spodobałyby się rodzicom, ale tak naprawdę chciała jedynie dobrej zabawy, a nie wpakować mnie w kłopoty. Kusiło mnie, żeby psocić razem z nią, ale strach przed karą skutecznie mnie powstrzymywał do czasu, kiedy przypadkiem, grając w piłkę stłukłem szybę w oknie. Ani mama, ani tata nie gniewali się na mnie, tylko ze śmiechem naprawili szkodę, a później mama ostentacyjnie czarowała kask na swoją głowę, gdy tylko zbliżałem się do piłki. Musiałem zresztą przyznać, że przez pierwsze dni byłem chodzącą katastrofą. Potłuczona szyba, plama z atramentu na dywanie, nadpalona firanka po wybuchu jaki spowodowałem przy warzeniu prostego eliksiru i zalana łazienka to tylko nieliczne z moich przestępstw. Po zepsutym oknie, gdy rozlałem cały inkaust z kałamarza, byłem przekonany, że kara mnie nie minie, ale mama jedynie machnęła różdżką, usunęła zabrudzenia i sprzątnęła ze stolika swoje papiery, tak by było na nim miejsce dla mnie.
– Przepraszam, synku. – Solem spojrzała na mnie zmieszana. – Nie pomyślałam, że potrzebujesz miejsca, żeby skończyć pracę domową. Ja też wiecznie rozlewałam atrament. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale jak byłam w twoim wieku, odrabiałam lekcje na podłodze, nawet wówczas, gdy miałam wolne biurko.
– Dziękuję i to ja przepraszam, nie chciałem rozlać niczego na dywan.
– Nic się nie stało – zaśmiała się. – To tylko dywan. Każdemu się może zdarzyć. Potrzebujesz z czymś pomocy? Może jakąś dodatkową książkę? W razie czego mogę pójść do domu i przynieść.
– Ja … – zacząłem niepewnie – mam mały problem z pracą z zielarstwa. Brakuje mi pół rolki na temat roślin, których strączki można wykorzystywać przy warzeniu eliksirów. Mam już dwie i pół, ale wciąż nie mogę skończyć.
– Pokaż co masz – poprosiła i przysunęła sobie krzesło do biurka.
– Odwalasz pracę domową za syna? – Tata z rozbawieniem stanął na progu pokoju.
– Yhy – mruknęła pod nosem, czytając co dotychczas napisałem. – Wnykopieńki. – Puknąłem się otwartą dłonią w głowę, kiedy mama zwróciła uwagę na dość oczywisty brak.
– Mieliśmy o nich na pierwszych zajęciach, jak mogłem o nich zapomnieć – mruknąłem wściekły na siebie.
– Może wydały ci się zbyt oczywiste. Może z czymś jeszcze ci pomóc, coś sprawdzić? – Spojrzałem niepewnie i lekko się skrzywiłem.
– Eliksiry – wyszeptałem cichutko.
– Który to zwój? – spytała równie cicho, a ja podsunąłem jej jeden z leżących już na kupce prac domowych. – Dopisz kawałek o wnykopieńkach, a ja to sobie przeczytam.
Solem
– Ode mnie dostałbyś co najmniej PO, ale ja nie jestem obiektywna – zaśmiałam się, widząc, z jaką niecierpliwością mój syn czekał na opinię. – Poprawiłabym ten fragment o łączeniu oczu salamandry z innymi ingrediencjami. Wydaje mi się, że przy opisywaniu tych, z którymi kategorycznie łączyć ich nie można pominąłeś dość ważny gadzi narząd. Nie wiem czy o tym słyszałeś, ale oczy salamandry i język pytona pod każdą możliwą postacią tworzą niezwykle toksyczną mieszankę działającą destrukcyjnie na układ moczowy człowieka. Wystarczy jeden wdech oparów i nie wysiusiasz się spokojnie do końca życia.
– Ej – Severus z oburzeniem krzyknął znad czytanej gazety. – Nie ma o tym w podręczniku i za znalezienie tej wiadomości zamierzałem postawić W.
– Mam o tym nie pisać? – Ramiona Teodora opadły z rezygnacją.
– Oczywiście, że masz napisać – zapewniłam. – Przecież już o tym wiesz. Książki to nie jedyne źródło wiedzy. Czasami można się czegoś dowiedzieć od mamy, prawda? – Teo uśmiechnął się i niezbyt pewnie sięgnął po pergamin i pióro.
– Mój syn dostanie W z eliksirów. – Severus zrobił rozmarzoną minę. – Będę musiał poćwiczyć bycie rozwścieczonym i zdegustowanym jednocześnie.
– Och, bo to tak trudno ci do tej pory wychodziło – zakpiłam.
– Za chwilę, moja droga przećwiczę na tobie – warknął i ostentacyjnie odłożył gazetę. Spojrzał na mnie spod zmrużonych powiek, wstał leniwie z fotela i szybkim ruchem chwycił mnie, przerzucając sobie przez ramię i wybiegł na plażę. – Dość tej nauki. Trzeba się nacieszyć ostatnimi dniami wolności – krzyknął jeszcze w progu do syna i po chwili wrzucił mnie do wody.
– Severus – jęknęłam, spoglądając na mokre ubranie. – Mam sukienkę.
– Och, bo tak trudno ci użyć zaklęcia suszącego – zakpił, naśladując mój głos. – Nie robiłbym tego na twoim miejscu – dodał, gdy wyciągnęłam różdżkę. – Jak się wysuszysz to wrzucę cię jeszcze raz – zakomunikował. – Jesteście nam winne rewanż w siatkówkę wodną – zwrócił się do pluskających obok dziewczynek i rodziców.
– Znowu przegracie. – Chwyciłam się pod boki i posłałam mężowi wyzywające spojrzenie.
– Przypominam, że ostatnio graliśmy trzech na pięć – odparł Severus – a i tak o mało nie wygraliśmy.
– Możecie sobie wybrać jedną z dziewczynek, żeby było po równo. – Wskazałam na córki.
– Severusia. – Uśmiechnął się zjadliwie, przywołując jedną z córek.
– Severus – syknęłam ostrzegawczo. – Ona ma na …
– Gra w męskiej drużynie, więc musi nosić męskie imię – przerwał mi. – Zdejmuj tę kieckę i wskakuj w strój kąpielowy, bo mnie teraz za bardzo rozpraszasz – szepnął mi do ucha i spojrzał na moje mocno prześwitujące piersi.
– O Merlinie – jęknęłam i pospiesznie uciekłam do domu.
– A ty jeszcze nie w wodzie? – zdziwiłam się, gdy już przebrana przechodziłam, przez salon, w którym Teo wciąż pisał esej.
– Muszę to jeszcze skończyć – odparł zrezygnowany. – Tata prosił, żeby lekcje były dziś odrobione, żebym nie zostawił tego na ostatnią chwilę.
– Dużo ci jeszcze zostało? – spytałam z troską.
– Eliksiry już skończyłem i tylko to o wnykopieńkach – odpowiedział grzecznie.
– Pół rolki możesz śmiało zostawić na później, chyba że wolisz teraz to odrobić, a pograć później – zachęciłam go delikatnie.
– Mógłbym teraz pograć?
– Pewnie, chwila przerwy dobrze ci zrobi. – Podeszłam do syna i delikatnie ścisnęłam jego ramię.
.: :.
– Sev? – Uchyliłam lekko powiekę. – Późno?
– Dochodzi pierwsza – wyszeptał i wsunął się pod kołdrę obok mnie.
– Jak poszło? – spytałam, przytomniejąc.
– Przeczytaliśmy obydwaj dokładnie te zwoje. Obydwie rolki pasują do siebie i bez trudu połączyły się w jedną. Można się go pozbyć na dwa sposoby. – Usiadłam, opierając się o wezgłowie łóżka, a Severus objął mnie i położył moją głowę na swoim ramieniu. – Trzeba znaleźć i zniszczyć wszystkie horkruksy. Potrzeba do tego czegoś nasiąkniętego magią. Jest też zaklęcie, które je lokalizuje. Biorąc za cząstkę Czarnego Pana mój mroczny znak, Davis wypowiedział zaklęcie lokalizujące od razu, żeby wiedzieć co nas czeka. Na mapie, która była wymalowana na zwoju zaczęły pojawiać się miejsca i szkice horkruksów. Dość dokładne.
– To dobre wieści – rozpromieniłam się.
– Niezbyt. – Głośno przełknął i popatrzył smutnym wzrokiem. – Zanim powiem o horkruksach, musisz wiedzieć, że jest jeszcze jeden sposób na pozbycie się Czarnego Pana.
– Dobrze, chociaż zniszczenie horkruksów nie wydaje mi się specjalnie trudne …
– Teodor został naznaczony przez niego … Teo jest horkruksem – wyszeptał i przytulił mnie jeszcze mocniej.
– O, nie – jęknęłam. – Nie mogło być zbyt łatwo – zaszlochałam. – I tak mieliśmy sporo szczęścia z tymi zwojami. Co musimy zrobić? Pójść do piekła?
– Możliwe – odparł. – Drugim sposobem jest zabicie go przy pomocy laski Merlina.
– Powiedz mi, że można ją kupić u Olivandera. – Spojrzałam na męża błagalnym wzrokiem.
– Pocieszające jest, że wiem, jak ją zdobyć – odparł, gładząc moje nagie ramię. – Laska podzielona jest na kilka części, nie wiem dokładnie ile. Musimy odnaleźć każdą z nich i złożyć w całość. Na mapie jest wskazówka jak dotrzeć do przejścia. Z tego co udało nam się rozszyfrować, przez portal nie przechodzi się w pojedynkę. Z dużym prawdopodobieństwem nie działa tam nasza magia albo działa inaczej.
– Czyli musimy wejść razem. – Spojrzałam z uwagą na męża. – Możemy się rozdzielić i szukać osobno.
– Nie jestem przekonany do tego pomysłu. Davis zaoferował swoją pomoc …
– Owszem, przyda się jako kotwica, ale będzie potrzebny ktoś jeszcze – przerwałam mu.
– Sol, zapomnij – syknął. – Nigdzie nie pójdziesz. Nawet nie zbliżysz się do tego portalu.
– Założymy się? – prychnęłam wyzywająco.
– Solem – warknął i ze złością wstał z łóżka. – Nie wiadomo co nas tam czeka.
– Dokładnie, ale nie zamierzam czekać z założonymi rękoma – odparłam równie rozdrażniona.
– Kochanie, proszę pozwól mi się tym zająć. – Objął dłońmi moje policzki i spojrzał głęboko w oczy.
– Sev, skąd pewność, że to męskie zadanie? – spytałam łagodnie, obejmując go w pasie.
– Słonko – westchnął. – Nie wiemy co nas tam czeka.
– Poszukam wszystkich możliwych wiadomości. – Wtuliłam się w męża i przez chwilę wsłuchiwałam się w bicie jego serca. – Dopiero wówczas podejmiemy decyzję które z nas idzie.
– Dobrze, ale obiecaj mi, że jak już znajdziemy tę laskę, nie dotkniesz tej broni i nie zbliżysz się do Czarnego Pana. – Odsunął mnie od siebie i posłał mi twarde spojrzenie.
– Obiecuję, że jej nie użyję. Pokusa dotknięcia może być zbyt wielka – wyszeptałam. – Chodź do łóżka, jutro czeka nas ciężki dzień.
– Odzyskamy go na zawsze, kochanie. Obiecuję – zapewnił i ucałował mnie w skroń.
– Leen powiedziała mu, że nie będzie kończyła Hogwartu – szepnęłam.
– Niech zgadnę, Teo spytał, czy on musi go ukończyć?
– Nie miałam pojęcia co mu odpowiedzieć – wyznałam. – Powiedział, że chciałby móc być z nami dłużej, ale wróci do szkoły jeśli tak będziemy chcieli.
– Co mu powiedziałaś? – spytał łagodnie.
– Zapewniłam go, że po wszystkim sporo się tam zmieni, że mało prawdopodobne, by Dumbledore nadal był dyrektorem. Zapewniłam, że jeśli nadal nie będzie mu się tam podobało to wymyślimy inny sposób, by przygotował się do owutemów.
– Możemy go uczyć w domu, to nie jest problem. – Severus zamyślił się przez chwilę. – Jest?
– Nie wiem – zaśmiałam się. – Z jednej strony chcę spędzać z nim tyle czasu ile się tylko da, ale z drugiej, szkoła, nieważne czy Hogwart, czy jakaś inna, daje sporo możliwości. Będzie mógł obcować z rówieśnikami.
– A gdyby zdał sumy i po sumach rozpoczął zajęcia z Leen?
– Nie wiem co na to Davis.
– O to bym się nie martwił. – Ułożył się wygodnie i zaklęciem zgasił światło. – Niemniej teraz mamy na głowie inne zmartwienia. Nawywijał dziś coś? – spytał po chwili z lekkim uśmiechem.
– Wydaje się, że ten psychomedyk miał rację. Teo, chyba nieświadomie sprawdza, jak surowymi rodzicami jesteśmy. Dziś ćwiczył zaklęcia lewitacji i jedno troszkę wymknęło mu się spod kontroli.
– Co zdemolował? – Severus nie krył rozbawienia.
– Salon i ukochaną kuchenkę mamy – odparłam i zaczęłam się szczerze śmiać. – Niestety mina mamy nie wskazywała na to, że nic się nie stało, ale w sumie to chyba dobrze. Przeprosił ją grzecznie i spytał o karę. Mama była tak zaskoczona, że o mało nie spadła ze stołka. Powiedziała mu, że przyjmuje przeprosiny i że to normalne, iż w jego wieku nie wszystko się jeszcze kontroluje. Nie muszę chyba dodawać, że jakimś dziwnym trafem przeskoczyła na temat dojrzewania.
– Merlinie złoty, co z tą kobietą – jęknął zdegustowany. – Mam nadzieję, że nie pouczała go o zachowaniu kontroli.
– Urwałam jej w połowie zdania o niekontrolowanym wytrysku.
– Udało się?
– Ledwo, ale posłałam jej takie spojrzenie, że chyba się przestraszyła. Trzeba z nią porozmawiać, Sev. Chyba trochę przesadza. Teo ma dwanaście lat, a ona mu opowiada jak uwodzić kobiety i o sposobach panowania nad sobą w łóżku. Może nie dosłownie, ale do tego się to sprowadza.
– Porozmawiam z nią przy najbliższej okazji – obiecał. – Poproszę, żeby pozwoliła mi z nim porozmawiać na te tematy. Uświadamianie syna należy chyba do obowiązków ojca.
– A ciebie kto uświadamiał? – sarknęłam.
– A żebyś wiedziała, że matka zmusiła ojca – odparł, unosząc brew.
– Serio?
– Ta – mruknął. – Jego pogadanka ograniczyła się do dwóch zdań: „synu, musimy porozmawiać. No więc, kobiety i mężczyźni, tak samo jak chłopcy i dziewczęta różnią się od siebie". Wówczas wkroczyła matka. Później jeszcze wiele razy próbował, aż w końcu udało mu się na krótko przed tym, zanim się oświadczyłem.
– Uświadamiał cię, jak miałeś osiemnaście lat? – zadziwiłam się.
– Nie – skrzywił się. – W czasie przerwy wielkanocnej spytał, czy wiem czego chcę od życia i żebym się zastanowił, czy jestem na to gotowy – wyznał. – Chyba wiedział, że kupiłem dla ciebie pierścionek już wcześniej, ale bałem ci się go dać.
– I czego chciałeś? – spytałam z zaciekawieniem.
– Ciebie – odparł bez namysłu. – Powiedziałem mu, że niczego więcej nie chcę, tylko życia z tobą. Nieważne kim będę i czy skończę studia. Wiedziałem, że z tobą mi się wszystko uda.
– Kocham cię – szepnęłam wzruszona i ucałowałam męża w policzek.
– Ja ciebie też, moja mała, słodka Solem. – Przywarł wargami do moich i przytrzymał je nieco dłużej. – Co z Teo?
– Nie dostał kary, ale powiedziałam mu coś o ponoszeniu konsekwencji swoich czynów, bez względu na to czy są zamierzone, czy było to niechcący. Poprosiłam, żeby mi pomógł posprzątać i nakazałam robić wszystko przy pomocy magii. Pokazałam mu zaklęcia i naprawiał wszystko sam.
– Merlinie, miałaś pracowity dzień. Sama posprzątałabyś jednym machnięciem, prawda?
– Pewnie tak, ale to dobra okazja, żeby nauczyć go kilku zaklęć i panowania nad mocą – wyjaśniłam swoje postępowanie. – Mam nie uczyć niczego dzieci, bo sama mogę zrobić szybciej? Bez sensu. Poza tym Teo musi wiedzieć, że nie ukarzemy go za coś co zrobił niechcący, ale jednocześnie wymagamy, by po sobie posprzątał.
– Moja surowa mamuśka – mruknął mi do ucha i delikatnie przejechał nosem po jego płatku. – Zdaje mi się, że mój tydzień rehabilitacyjny się jeszcze nie skończył – szepnął, całując moją szyję.
– Odprowadzimy cię razem do Eva... do Lily – wyszeptałam drżącym głosem. – Później tata odbierze cię z publicznego kominka w Hogsmeade.
– Będę tam na ciebie czekał – wtrącił Severus. – Dyrektor uznał, że skoro wracamy do szkoły tego samego dnia, mam cię do niej bezpiecznie doprowadzić. Chciał, żebym się z tobą teleportował, ale uznałem to za zbyt wielką poufałość z uczniem.
– Rozumiem – odparł Teodor.
– Teo, oddam ci ją – wskazałam na pelerynę – ale proszę, używaj jej z większą rozwagą, dobrze? – Chłopiec nieśmiało przytaknął. – Jeśli coś cię zaniepokoi przyjdź do mnie albo do taty, albo nawet do profesor McGonagall. Nie próbuj ratować świata w pojedynkę. – Uśmiechnęłam się do syna z czułością.
– Teo – odezwał się po chwili Severus – jeśli będziesz nas potrzebował, jeśli będziesz chciał z nami pobyć czy chociażby się przytulić po prostu przyjdź do mieszkania.
– Ale …
– Bez ale – przerwał mu, gdy chłopiec chciał zaprotestować. – Po prostu przyjdź. Jakoś sobie poradzimy. – Uśmiechnął się do niego i z całej siły przytulił.
– Zwykle, gdy jest ładna pogoda spędzamy czas z dziewczynkami pod naszym drzewem. – Pogładziłam syna po włosach, kiedy wciąż trwał w uścisku ojca. – Często jemy tam we cztery obiad i zwykle zabieramy za dużo jedzenia.
– Nawet zimą? – zdziwił się Teo.
– Zimą jest jeszcze fajniej – zapewniła go Leen. – Mama zna super zaklęcia ogrzewające, a kiedyś nawet zabrała nas tam jak padało. Ulewy były chyba przez tydzień i nie mogłyśmy wychodzić, no i mama się wkurzyła. Poszukała kilku zaklęć i sobie w najlepsze siedziałyśmy suchutkie pod drzewem, pałaszowałyśmy obiad i przyglądałyśmy się jednej parze z ostatniego roku, która próbowała się schować przed deszczem i profesorem Snapem – zaśmiała się dziewczynka. – A tata nic sobie z deszczu nie robił, bo chyba mama wtedy rzuciła na niego zaklęcie i sobie suchy z uśmiechem maszerował. Miałam wrażenie, że chyba nawet słońce nad nim świeciło. Żebyś widział miny tej dwójki, jak ich dopadł poza szkołą w czasie zajęć.
– Mogę sobie wyobrazić swoją – odparł, krzywiąc się Teodor.
– Ufam, panie Snape, że będzie pan przestrzegał wszystkich albo prawie wszystkich punktów regulaminu, a przynajmniej, że wie już pan, których musi pan przestrzegać i w jaki sposób mnie unikać, gdy coś pan próbuje przeskrobać – Severus udał groźny ton i mocno zmarszczył brwi. Teodor początkowo otworzył usta przestraszony, a po chwili ku naszemu zdumieniu głośno się roześmiał. – Niech mi pan tak, panie Snape, zachichocze na lekcji, a dostanie pan taki szlaban … – Mrugnął do syna i po chwili ponownie mocno go przytulił. – Jutro mamy pierwsze zajęcia, a po kolacji w moim gabinecie … uczta z resztek moich urodzinowych serduszek – wyszeptał mu wprost do ucha, a Teo z trudem ukrył uśmiech.
– Pożegnaj się z ciocią, dziadkami i siostrami – poprosiłam.
– A wujek profesorek? – Do domu wpadł zdyszany Davis. – No co? Trzy dni straciłem na uczenie się z tym pędrakiem chodzenia po wzburzonym morzu. Mam chyba prawo się z nim pożegnać i przy okazji namówić, żeby w cholerę rzucił tę popie... idiotyczną szkołę. – Wywróciłam oczami. – Jak już uda mi się przekonać twoich starych, mały – Owidiusz ukucnął przed Teodorem i podał mu małe zawiniątko – to cię tak przygotuję do owutemów, że sam Merlin przy tobie będzie idiotą.
– Co to? – zdziwił się chłopiec.
– Prezent od wujka profesorka. – Nie mogłam wyjść ze zdumienia nad wylewnością mężczyzny. Wydawało mi się, że dobrze go znałam i poznałam już wszystkie jego tajemnice, a on nagle wyskakiwał z czymś takim. Przez ostatnie dwa tygodnie kpił z Teo i jego umiejętności. Wpadał na chwilę, namawiał do robienia z nim jakichś niewykonalnych czarów, jak chodzenie po wodzie czy namawianie ryb do usmażenia się na słońcu, a teraz zachowywał się jak najlepszy wujek na świecie.
– Co to jest? – spytałam groźnie, wskazując na pakunek.
– Odpakuj – nakazał Davis – bo twoja matka uważa, że pewnie daję ci do przemycenia jakąś zmyślną broń na tego starego wiep... Dumbledore'a.
– Co to? – zdziwił się Teo, wyciągając pusty zeszyt.
– Dziennik – wyjaśnił, wzruszając ramionami. – Ja mam drugi. Póki co, twoi starzy uparli się, żeby trzymać cię w tym śmiesznym Hogwarciku, więc muszę się z tobą porozumiewać i uczyć cię w inny sposób, nie? – Teodor wytrzeszczył oczy ze zdumienia i niepewnie spojrzał na nas. Uśmiechnęliśmy się i obydwoje lekko przytaknęliśmy. – Będę ci pisał tutaj wskazówki, co do kontroli umysłu i panowania nad zmysłami, a ty będziesz mi szczerze pisał o postępach z ćwiczeń. Twoja mama jest w tym lepsza ode mnie. Szczerze mówiąc, to ja jestem do kitu, ale w przeciwieństwie do niej, ja potrafię przekazać każdą wiedzę, nawet ze sztuk, których sam opanować nie jestem w stanie. Pisz szczerze, a zobaczymy na ile ciebie stać. W zasadzie nie musisz pisać. Wystarczy, że otworzysz dziennik i pomyślisz co chcesz, żeby się tam ukazało. Samo się napisze.
– Dziękuję – wykrzyknął Teodor i z radością rzucił się na szyję profesora.
– No już, chciałem ci to tylko dać, żartowałem z tym pożegnaniem. Aż tak bardzo cię nie lubię – wybąkał zmieszany i niezdarnie poklepał Teodora po plecach.
Teodor już z nieco mniejszym entuzjazmem podszedł do Amelii, która przez cały czas cichutko chlipała w chusteczkę.
– Obiecaj, że będziesz do nas pisał, obiecaj – poprosiła ze łzami w oczach.
– Obiecuję – zapewnił Teo i pozwolił się wycałować.
– Syriusz kazał cię wyściskać, ale pewnie sam to jeszcze zrobi u tej ru... u Lupin – wypluła Amelia. – Czeka tam na ciebie. Ma przejść z tobą kominkiem i przekazać ojcu w Hogsmeade.
– A tutaj prezent ode mnie i babci. – Tobias ze szczerym uśmiechem wręczył chłopcu książeczkę.
– Ale ja … ja … mama mówiła mi o tym, opowiadała, ja … – Teodor ze zdumieniem oglądał pierwszą wydaną książeczkę z bajeczkami. Posłałam teściowi zaskoczone spojrzenie.
– Pomyliłem się – odparł, wzdychając. – Myślę, że nie pogniewacie się, jeśli prezent, który wybrałem kiedyś dla Teodora przekażę Leen, a jej prezent dam Teodorowi? – Z uśmiechem pokręciliśmy głowami.
– Ale ja … nie wiem co powiedzieć – wydukał chłopiec. – Dziękuję, dziadku – wyrzucił w końcu z siebie i mocno przytulił najpierw jego, a później utonął w ramionach babci.
– Do nas też masz pisać, codziennie albo chociaż raz w tygodniu – poprosiła Eileen.
– A babcia i dziadek nie mogą czasem w piątek, bo wtedy mam wolne zaraz po obiedzie, wpaść do szkoły na piknik pod drzewem? – spytał niepewnie.
– A chciałbyś? – Eileen spojrzała na wnuka ze łzami w oczach.
– Bardzo, oczywiście jeśli mama i dziewczyny nie mają nic przeciwko temu.
– Dobrego towarzystwa nigdy dość – odparłam i zamierzałam jeszcze coś powiedzieć, ale Asteria i Selene wpadły nagle jak burza do salonu i z impetem rzuciły się na brata.
– Masz. – Podały mu pluszowego misia identycznego do tego, którego obydwie przytulały do snu.
– Ale to jest jeden z waszych misiów bliźniaków – zaprotestował Teo, a dziewczynki posłały mu rozbrajające uśmiechy.
– Mama je rozmnożyła – zakomunikowała jedna z błyskiem w oku.
– Teraz to czworaczki – dodała druga.
– Chciałyśmy jeszcze jednego dla ciebie – Asteria tłumaczyła zaciekle.
– Ale Leen się wtrąciła, że ona też chce – dokończyła Selene.
– No i mama zrobiła cztery.
– Dziękuję. – Teo uśmiechnął się do sióstr i mocno przytulił każdą z nich.
– Widzimy się wieczorem w bibliotece? – Lenn podeszła do niego z nonszalanckim, obojętnym uśmiechem.
– Pewnie, mam sporo zaległości z tego tygodnia – odparł, a po chwili oboje mocno się ściskali.
– A powiesz komuś, że się przytulaliśmy to zabiję – mruknęła.
– Nie chcę cię martwić, Leen, ale wszyscy widzimy – sarknęłam.
– Jak ktoś to skomentuje … – Dziewczynka posłała wszystkim groźne spojrzenia i po chwili z płaczem wpadła w moje ramiona.
– Hej, dzieciaku. – Objęłam ją z całej siły. – Zobaczysz się z Teosiem wieczorem.
– I będę mogła iść do biblioteki? – wyszlochała dziewczynka.
– A czy ja ci kiedyś zabroniłam? Razem pójdziemy, bo muszę czegoś poszukać. Jeśli Teo będzie sam, to pokażę wam fajne zaklęcie, którego dawno temu nauczył mnie tata – obiecałam, gładząc córkę po plecach.
– Nie będę musiała w tym czasie bawić się dziewczynami? – Leen spojrzała z nadzieją.
– My zostajemy z babusią i dziadziusiem dzisiaj – zakomunikowały bliźniaczki. – A jutro ciocia Amelcia nas bierze do swojej pracy i tam nas mamusia odbierze – dodały.
– Zostaję jutro sama w domu? – Eileen zaświeciły się oczy.
– Jutro masz zajęcia, panno – ostudził jej zapędy profesor Davis.
Nie przypuszczałam, że to będzie aż tak trudne. Wiedziałam, że spotkam syna jeszcze wieczorem w bibliotece, ale mimo wszystko ciężko było się rozstać. O dziwo, to Syriusz nie Lily przyspieszali pożegnanie pod kominkiem w domu Lupinów. Black wyraźnie męczył się w towarzystwie dawnej przyjaciółki i przez większość pożegnania stał na progu kominka.
– Solem – Evans zatrzymała mnie, gdy po zniknięciu Teodora w zielonych płomieniach sieci fiuu chwyciłam proszek, by wrócić do domu. – Dlaczego to robisz? Wcale mnie nie potrzebujecie. Moglibyście mnie spokojnie zabić, a opiekę nad Harrym, Teodorem, przejąłby przecież Syriusz.
– Uważasz, że to takie proste? Zabić kogoś? – Spojrzałam na nią z oburzeniem.
– Nie, nie jest – wyszeptała cicho. – Ja nie umiałam. Ale wy, ty, Severus, macie powód.
– Masz rację, nie potrzebujemy cię, chociaż nie ukrywam ułatwiasz sprawę – zaczęłam z cichym westchnieniem. – Severus cię nie zabije, bo go o to poprosiłam.
– Nie było łatwo, co? – zaśmiała się gorzko.
– Nie. Ale nie zrobi tego. Nie zemści się na tobie w żaden inny sposób, nie przyłoży ręki do twojej śmierci, możesz mi wierzyć.
– Wierzę, zresztą … nawet gdyby … nie mogę mieć pretensji. – Lily opadła ciężko na kanapę w salonie. – Dlaczego? Jesteś aż tak miłosierna?
– Nie jestem. – Oparłam się o gzyms kominka. – Jestem to winna Jamesowi. Kochał cię. Wbrew temu co myślisz, nie ożenił się z tobą jedynie, by zrobić ojcu na złość, kochał cię. Uratował życie mojemu synowi, starał się, by był szczęśliwy, dbał o niego i wiem, że nie chciał tego co zrobiliście, do czego zostaliście zmuszeni. Robię to dla niego, nie dla ciebie. Wasz syn … obiecaj mi, że jak go odzyskasz, Lupin nie zbliży się do niego.
– Myślisz, że Remus dożyje do tego momentu? – Lily spojrzała na mnie z uniesionymi brwiami.
– Pewnie nie. – Wzruszyłam ramionami.
– I uwierz mi, że z radością zatańczę na jego grobie – prychnęła ze złością Evans.
– Bił cię? – Spojrzałam na nią uważnie. – Bił cię, gdy próbowałaś bronić Teo, prawda?
– Wiesz jaki był silny i jak ciężko szło mu panowanie nad tym … nie musisz mnie żałować – odpowiedziała.
– Nie żałuję. – Założyłam ręce na piersi. – Związałaś się z mordercą, czego się spodziewałaś?
– Myślisz, że tego chciałam? – Evans odparła z pretensją. – Nie miałam wyjścia.
– Zawsze jest jakieś wyjście – odpowiedziałam z odrazą. – Wybrałaś najłatwiejsze. Pozwoliłaś, by tobą sterowano, poddałaś się woli innych, bo nie chciałaś brać odpowiedzialności za swoje życie. Zawsze wykorzystywałaś innych, Lily. Zawsze to inni mieli za ciebie myśleć, robić. Nawet chronić twego syna mieli inni. Nieważne jak, najważniejsze było dojść do celu.
– Jak już zaczęłam … nie mogłam się zatrzymać, rozumiesz? Myślisz, że łatwo sprzeciwić się Dumbledore'owi? No tak, ty mu nie uległaś. Ty zawsze masz plan doskonały – złościła się. – Całkiem sporo na nas miał, na mnie i na Remusa. Wciąż nas szantażował. Groził. Myślisz, że nie żałuję? James … chciał odejść, wyjechać daleko stąd. Chciał podjąć z banku wszystkie pieniądze i zacząć życie gdzieś, gdzie nikt by nas nie znalazł. Wolałam pójść na skróty. Myślałam, że Sama-Wiesz-Kto nas nie znajdzie, że Dumbledore go zabije, że będzie nas chronił tak jak nam obiecywał, ale on nic nie zrobił, żeby go pokonać. Solem – kobieta poderwała nagle głowę – ta przepowiednia, którą wykradłam wtedy, tamtej nocy. Ona mówi o mnie i o tobie. Dumbledore nie znał jej treści. Zniszczyłam ją, powiedziałam mu, że mi wypadła z ręki i potłukła się, gdy dowiedziałam się o Jamesie, ale … ja ją przesłuchałam i zniszczyłam. Zapomniałam o niej.
– Co w niej było?
– Nie pokazałam mu jej, bo mówiła dość jasno, że matka chłopca naznaczonego odda syna matce tego, który naznaczony zostać powinien. Gdy ON zabił Jamesa, a Harry przeżył z blizną, wiedziałam, że chodzi o ciebie. Nie mogłam mu jej pokazać, bo starałby się przeciwdziałać, może ukryłby ich obydwu. Może znowu kazałby kogoś zabić. Nie wiem, ale … chciałam odzyskać swojego synka – wyrzucała z siebie chaotyczne słowa.
– Było w niej coś jeszcze? – Usiadłam na kanapie obok Lupin.
– Nie powiem ci dokładnie, bo nie pamiętam, ale żaden z chłopców, ani naznaczony, ani chłopiec, który się ukrył, nie zgładzi Sama-Wiesz-Kogo – wyjaśniała już nieco spokojniej. – Później było coś dziwnego. Według przepowiedni do jego śmierci przyczyni się dwóch czarodziejów, jednego krew płynie w żyłach obydwu chłopców, a drugiemu pomogą przodkowie, którzy dokonali cudu.
– Proszę cię, nie mów mi, że jesteśmy krewnymi. – Zrobiłam zniesmaczoną minę.
– Merlinie, broń – zaperzyła się Evans.
– Nie znam żadnych żyjących krewnych. – Zamyśliłam się przez chwilę.
– Zapewniam, że nie jest to krew ojca – sarknęła Evans.
– Zabawne, doprawdy.
– Może to ktoś daleki, nie wiem. – Lily wzruszyła ramionami. – Ty i James nie mieliście jakichś wspólnych pradziadków? Moi starzy pochodzili z mugolskich rodzin, oboje.
– Nie wiem. Szczerze mówiąc, nigdy specjalnie nie interesowały mnie korzenie – odparłam. – Byłam ja, mama i tata, to wszystko. Dziadkowie zmarli jak byłam mała, rodzice byli jedynakami. Nie wiem.
– Można to jakoś sprawdzić?
– Pewnie trzeba prześledzić kawał mojego drzewa genealogicznego. – Skrzywiłam się. – Chociaż ja mam szczerą nadzieję, że przekonamy się o tym niebawem nad zwłokami Voldemorta.
– Będziesz miała coś przeciwko temu, że trochę pogrzebię w albumach i księgach rodowych Potterów? Trochę się nudzę ostatnio.
– Nie masz pracy?
– Nie – burknęła pod nosem. – Znam się jedynie na czarach modyfikujących.
– Całkiem nieźle ci wychodzą. Nie mam nic przeciwko. Jeśli coś znajdziesz, dasz znać?
– Skoro chcesz – mruknęła. – W końcu facet ma nas uratować. A ten drugi? Wiesz kto to może być.
– Domyślam się – odparłam, ciężko wzdychając. – Dość udawania przyjaciółek. Jesteśmy w kontakcie. Dam ci znać co z Terrym i wyślę ci jego zdjęcie. Ma twoje oczy – dodałam i podeszłam do kominka.
– Tak samo jak Teodor twoje, nie umiałam ich zmienić. Dziękuję.
Przytaknęłam i po chwili zniknęłam w płomieniach.
.: :.
Severus
– Jesteś, Potter. Black. – Skinąłem w stronę Syriusza i pchnąłem lekko Teodora do wyjścia z pubu.
– Dzień dobry, panie profesorze – odparł grzecznie chłopiec.
– Witaj, Severusie. – Black przyjaźnie klepnął mnie w plecy. – Chodź stary, niech cię uściskam i widzimy się na Wielkanoc.
– Pewnie, wujku. – Teodor podszedł do Syriusza i mocno się przytulił.
– Trzymaj się, Harry – wyszeptał, gdy ten objął go ramionami.
– Ty też, wujku i uważaj na ciocię. – Chłopiec uśmiechnął się do nieco wzruszonego Syriusza. Przebierałem niecierpliwie nogami i z ociąganiem ruszył w moją stronę, ale mężczyzna zatrzymał go jeszcze na chwilę.
– Harry. – Podszedł bliżej i pochylił się nisko do niego. – Przepraszam, jeśli pomyślałeś, że nie cieszę się twoim szczęściem. To nie tak.
– Ja wiem, wuju – przerwał mu. – Terry to bardzo fajny chłopak. Myślę, że go polubisz.
– Ciebie też lubię, bardzo – zapewnił Black.
– Tęsknisz za Jamesem, prawda?
– Bardzo. Przepraszam, przez chwilę chciałem byś był nim – westchnął. – Trochę czasu mi zajęło, zanim zrozumiałem, że mógłbym cię tym skrzywdzić. Nie chciałem tego.
– Wiem. – Teodor uśmiechnął się i poklepał Syriusza po ramieniu.
– Nie daj mu się. – Wykrzywiłem się jeszcze bardziej, kiedy Black wskazał na mnie palcem. – Jak będzie ci dokuczał to napisz, już ja się z nim policzę.
– Na pewno, wujku – zaśmiał się, uścisnął Blacka i podbiegł do mnie.
– Oddałem ci swoją wątrobę – warknąłem groźnie – ale tobie mało. Ty musisz jeszcze zabierać mój wolny czas – syknąłem tuż nad twarzą chłopca i ruszyłem szybkim krokiem w stronę zamku.
Początkowo szliśmy w ciszy. Nie bardzo miałem teraz ochotę na uszczypliwości wobec kogokolwiek, a już najmniej w stosunku do syna. Jeśli nie mogłem z nim odbyć teraz miłej, przyjaznej pogawędki to chciałem chociaż spokoju. Po chwili nie wytrzymałem. Kto zresztą mógłby nas podsłuchać na bezludziu.
– Miałeś jakiś problem z napisaniem eseju? – spytałem od niechcenia.
– Mama mi trochę pomogła, profesorze – odparł.
– Profesorze? – Spytałem lekko zawiedzionym tonem.
– Trochę się boję, że jeśli będę mówił tato to w końcu się zapomnę i zrobię coś co nas zdemaskuje – wyznał skruszony chłopiec. – Profesor pozwala mi zachować czujność – wyjaśnił.
– Słuszne rozumowanie, synku – odparłem łagodnie. – Też nie wyobrażam sobie strofowania ciebie jako Teodora – odparłem żartobliwie, ale na twarzy zachowałem powagę.
– Ale i tak z tym zaklęciem czuję się bezpieczniej. Mogłoby mi się coś wymsknąć, a raczej dziwnie by zabrzmiało, gdybym na lekcji, zamiast profesor powiedział tata.
– Albo ja Teo, zamiast Potter – syknąłem z udawaną przesadą.
– Tato? – Chłopiec starał się nadążyć za mną, kiedy trochę na pokaz stawiałem dwa razy dłuższe kroki niż on.
– Tak?
– Naprawdę mogę się uczyć od profesora Davisa? – spytał niepewnie.
– Naprawdę – odparłem półgębkiem. – Muszę cię jednak ostrzec, że niewiele osób na świecie jest w stanie opanować wiedzę, jaką będzie starał się tobie przekazać. Mama i Leen mają pewne nieprzeciętne umiejętności i talent do starożytnych zaklęć. Oczywiście mama stwierdzi, że to przecież proste i pewnie każdy to potrafi, ale tak nie jest. Uwierz mi. Solem jest w stanie władać zaklęciami, nad którymi nawet Dumbledore nie potrafiłby zapanować. Być może jest tak jak mówi i faktycznie każdy byłby w stanie to opanować, gdyby w odpowiednim wieku pokierowano nim właściwie, ale ja tak nie uważam. Zobaczymy jak będzie z tobą. Jestem pewien, że masz to coś, skoro Davis ci to zaproponował. Przygotuj się jednak na ciężką pracę. Będzie wymagał od ciebie nauki skupienia i koncentracji. Myślę, że Leen będzie mogła ci chociaż trochę z tym pomóc.
– Mama mi trochę mówiła o magii bezróżdżkowej i starożytnych zaklęciach, profesorze. – Teo dość szybko opanował obojętną minę i teraz świetnie korzystał ze swych umiejętności. – Mówiła mi, że ona wcale nie jest specjalnie silna magicznie, że to wcale nie zależy od mocy w nas, ale właśnie od odpowiedniego treningu umysłu, koncentracji i siły woli. Chociaż ja uważam, że mama musi być bardzo potężną czarodziejką.
– Skąd ten osąd?
– Profesor Davis, powiedział mi, że to mamy zaklęcie mnie wtedy ocaliło, nie poświęcenie Jamesa – wyjaśnił, pochylając głowę. – Wytłumaczył mi, że krew mamy, przez przelaną za nią krew babci mnie ocaliła.
Przystanąłem na chwilę.
– To nie jest dobre miejsce na tego typu rozmowy, Teo – odparłem po chwili i ruszyłem ponownie szybkim krokiem.
– Przepraszam, profesorze. – Chłopiec pochylił nisko głowę i skulił się nieco.
– Synku, nie masz za co przepraszać – zapewniłem. – To po prostu zbyt trudne rozmowy, by prowadzić je tu, na widoku. Porozmawiamy o tym w bardziej intymnym miejscu, dobrze?
– Dobrze, tato. – Teo postarał się o najbardziej nachmurzoną z możliwych min, gdy przekroczyliśmy bramę szkoły.
– Widzimy się jutro wieczorem czy może wolisz spędzić ten czas z przyjaciółmi? Pewnie się za nimi stęskniłeś? – spytałem srogim tonem.
– Niech tata nawet tak nie żartuje – odpowiedział skwaszony. – Mam zamienić wieczór z serduszkami marcepanowymi na wieczorny wykład Hermiony?
– Chyba nie jest taka zła, co?
– Może sobie tata wyobrazić ile będzie miała do powiedzenia po mojej tygodniowej nieobecności? – zadrwił, a ja o mało nie parsknąłem śmiechem, widząc powagę na jego twarzy. Musiałem przyznać, że póki co, mój syn całkiem dobrze odgrywał rolę nienawidzącego mnie ucznia. Każde nawet najmilsze słowo ubierał w minę pełną dezaprobaty i odrazy. Wyglądał tak, że każdy kto nas obserwował, musiał dostrzegać między nami jedynie czystą nienawiść. – Może po raz pierwszy uda mi się ją zaskoczyć. Dość dobrze przygotowałem się do lekcji i chyba wszystko nadrobiłem z programu, kiedy mnie nie było. Mama to faktycznie dobra nauczycielka.
– Jest cierpliwa – odparłem i lekko pchnąłem Teodora. – Może zaczniesz przebierać nogami, Potter. Dyrektor życzył sobie ciebie widzieć dzisiaj, a jak dalej tak będziesz się ślimaczył to do jutra nie zajdziesz.
– Harry. – Usłyszeliśmy nagle głos Hermiony i po chwili twarz Teodora zniknęła między kudłatymi włosami panny Granger.
– Później, Granger, będziesz miała czas na czułości – warknąłem. – Teraz Potter ma się udać do dyrektora. Już. – Teo delikatnie odsunął od siebie przyjaciółkę i uśmiechnął się do niej przepraszająco.
– Uszykowałam dla ciebie wszystkie notatki z tego tygodnia, Harry. – Hermiona zaczęła truchtać tuż obok nas. – Jest tego całkiem sporo, ale wszystko pomogę ci nadrobić.
– Dziękuję, nie trzeba. Profesor McGonagall przekazała wszystko mojej mamie i uczyłem się w domu – wyjaśnił jej Teo.
– Uczyłeś się? Harry miałeś odpoczywać, przeszedłeś ciężką operację – strofowała go przyjaciółka.
– Obydwaj ją przeszliśmy, panno Granger, i obydwaj potrzebujemy spokoju – warknąłem na nią. – Więc jeśli pani będzie łaskawa nieco ściszyć głos albo najlepiej przestanie odzywać się w ogóle, przynajmniej do czasu aż nie stracę pani z zasięgu słuchu, będę zobowiązany. – Zmierzyłem ją srogim spojrzeniem.
– Och, przepraszam profesorze – odparła ze skruchą. – Harry, jak się czujesz? – spytała szeptem, cały czas biegnąc obok nas.
– Już w porządku, Hermiona, dzięki. – Teo posłał koleżance uspokajające spojrzenie.
– Bolało? – dopytywała.
– Trochę, ale dawali mi eliksiry przeciwbólowe i na sen – wyjaśnił grzecznie. – A co u ciebie? Jak spędziłaś święta?
– U mnie dobrze. Harry, nie podobało mi się, że sam tam poszedłeś, no wiesz … mogłeś zginąć …
– Harry. – W tym momencie dobiegł do nas Weasley i podobnie jak wcześniej Granger, także on chwycił kolegę w ramiona. – Stary, ale dobrze, że jesteś. Już myślałem, że podali ci jakąś trującą tę wątrobę – wyszeptał. – Wiesz, w końcu to wątroba Snape'a. – Obróciłem się na pięcie i zmierzyłem groźnym spojrzeniem całą trójkę.
– Jakiś problem, panie Weasley? – spytałem z przesadną uprzejmością.
– Nie, profesorze. Ja tylko martwiłem się o przyjaciela. – Ronald głośno przełknął ślinę, gdy nagle zacząłem zbliżać się do nich.
– Potter, najwyraźniej ratowanie ci życia okazuje się być moim największym życiowym błędem i razem ze swoimi przyjaciółmi postanowiliście mnie dobić tym swoim ciągłym świergotaniem – warknąłem. – Gryffindor traci dziesięć punktów, a pan, panie Weasley, odbędzie dziś szlaban z panem Filchem. Panna Granger wyjaśni panu za co. – Odwróciłem się i szybkim krokiem ruszyłem w kierunku gabinetu dyrektora.
Teodor
Nie mogłem już słuchać swoich kłócących się przyjaciół i obelg wykrzykiwanych pod adresem ojca. Zacisnąłem dłonie w pięści i miałem szczerą ochotę przywalić porządnie Ronowi w nos. Profesor Snape był moim tatą, kochał mnie i bardzo się troszczył, ale byłem pewien, że nawet gdybym był dla niego zwykłym uczniem, obcym, z którym nie łączyły go więzy krwi i tak oddałby mi kawałek wątroby, żeby uratować moje życie. Oddałby ją pewnie nawet Ronowi. Był dobrym człowiekiem. Nie afiszował się ze swoimi uczuciami, nie był zbyt wylewny i nie żartował na lekcjach, ale to była maska i wcale nie czyniła go gorszym. Na moje szczęście dotarliśmy w końcu pod gabinet dyrektora i tata wypowiadał już hasło, kompletnie ignorując kłócącą się w pobliżu parę.
Trochę się bałem spotkania z dyrektorem, ale nie miał do powiedzenia nic ponad zwyczajową uprzejmość w stosunku do ludzi, którzy wracali po chorobie i z ulgą opuściłem jego gabinet po ledwie kilku minutach.
– Praca domowa, Potter – tata warknął na mnie, gdy po przywitaniu z Dumbledorem wstawałem z krzesła, by udać się do wyjścia. Wywróciłem oczami i zacząłem ostentacyjnie wyciągać zwoje pergaminów w poszukiwaniu właściwego. – Nie pomyślałeś o zrobieniu porządku? Nie mam całego dnia, Potter? – sarknął i ze złością wyrwał wyciągniętą w jego kierunku rolkę z pracą domową. Pożegnał się z przełożonym i przy pomocy sieci fiuu udał do prywatnych kwater.
.: :.
Solem
– Solem! – Amelia momentalnie przytuliła mnie, kiedy wypadłam przez kominek. Ochoczo przywarłam do niej i rozpłakałam się na cały głos. Black poprowadziła mnie na kanapę i tam delikatnie i cierpliwie gładziła po plecach, wysłuchując żalu i smutku, jaki musiałam z siebie wyrzucić. – Mama Severusa zabrała dziewczynki na obiad. Powiedziała żebyś się nie spieszyła, żebyś zafiuukała po Leen, gdy będziesz gotowa. – Przytaknęłam i mocniej wtuliłam się w przyjaciółkę.
– Nie zdążyłam mu pokazać domu, w którym się urodził – wyszeptałam z żalem – ani wydawnictwa i sklepów.
– Pokażesz następnym razem – zapewniła. – Sol, będzie dobrze. Musisz być silna. Będziesz, prawda?
– Nic mi nie jest, naprawdę. – Oderwałam się od przyjaciółki i uśmiechnęłam, przełykając łzy. – Tylko nawet sobie nie wyobrażasz, jak ciężko mi będzie widywać go i nawet nie móc normalnie porozmawiać, nie zaprosić na kolację albo nie spotkać się w Hogsmeade. Ja często spotykałam się z rodzicami w Hogsmeade.
– On jeszcze nie może wychodzić do Hogsmeade – uświadomiła mnie.
– No tak, ale wiesz o co chodzi.
– Wiem, skarbie, ale to już niedługo. Pomyśl, jeszcze nie tak dawno twój syn …
– Masz rację. – Odetchnęłam głęboko. – To prawdziwe szczęście, że żyje.
– Jest takim uroczym chłopcem – zapiszczała Amelia. – Grzeczny i taki uprzejmy. I mądry.
– Jest – przytaknęłam.
– Jestem zaskoczona, jak bardzo jest zapatrzony w Severusa. – Black usiadła wygodniej na kanapie. – Myślałam, że będzie bardziej zdystansowany. Wiesz, że będzie się go bał. A on wciąż próbował mu się przypodobać i wyglądało na to, że wywiązała się między nimi nić porozumienia, jakby przyjaźń.
– Obawiałam się tego, jak będzie podchodził do ojca. Po tym co spotkało go ze strony Lupina nie spodziewałam się, że będzie w stanie zaufać innemu mężczyźnie. Nie tak szybko. I na początku wyglądało na to, że jest bardzo zdystansowany. W szpitalu miałam wrażenie, że rozluźnia się dopiero, jak ja przychodzę.
– Może badał Severusa?
– Dużo rozmawiali, dużo czasu spędzili tylko w swoim towarzystwie – wyjaśniłam. – Severus mówił, że Teo miał w nocy koszmary i praktycznie każdej nocy spali na jednym łóżku. W Szkocji też często w nocy do niego chodził. Nie jestem pewna, ale myślę, że Sev otworzył się przed nim. Pokazał, że mu ufa.
– To samo doradził mi z Susan. Na samym początku nie układało się nam najlepiej, wiesz zresztą. Susan się złościła na mnie o wszystko, zamykała się przede mną, a ja nie wiedziałam, jak sobie radzić i kiedyś Severus mnie nakrył jak płakałam.
– To musiało być dla ciebie traumatyczne przeżycie – zaśmiałam się.
– Serce mi stanęło, bo pomyślałam, że już do końca życia nie daruje mi tego, że płakałam, ale on mnie przytulił – wyznała. – Wiesz, twój mąż ma spore wyczucie. Zawsze wie, kiedy nie przekraczać granic.
– To prawda. – Poklepałam przyjaciółkę po ramieniu.
– Powiedział mi wtedy, że jeśli chcę, żeby Susan mi zaufała to najpierw muszę pokazać, że ja ufam jej – opowiedziała – więc powoli zaczęłam jej się zwierzać praktycznie ze wszystkiego. No, prawie ze wszystkiego. Wyobrażałam sobie, że gadam z tobą. To znaczy wiesz, nie mówiłam jej o tych sprawach, ale wiesz o uczuciach i ona w końcu pękła.
– Susan to mądra dziewczyna i kocha cię nad życie – zapewniłam. – Była zagubiona, ale kto by nie był w jej sytuacji. Mnie wciąż ciężko pogodzić się ze śmiercią rodziców, wciąż za nimi tęsknię. Czasem … lubię do nich mówić.
– Ja gadam z Ernestem, jak mam problem – wyznała Amelia i obydwie roześmiałyśmy się po chwili.
– Teodor dostarczony w szpony sępa. – Płomienie w kominku zabarwiły się na zielono i po chwili wyskoczył z nich Syriusz. – Przeszkadzam paniom?
– Nie, wchodź – zachęciłam go. – Syriusz? – Poderwałam nagle głowę i spojrzałam uważnie na męża przyjaciółki. – Byłeś jakoś spokrewniony z Jamesem?
– Skąd … skąd … jak się dowiedziałaś? – spytał zaskoczony.
– O czym? – zdziwiłam się. – Pytam, bo poszukuję osoby, który jest spokrewniona z Jamesem i ze mną albo z Severusem. Moja prababcia od strony ojca była kuzynką w pierwszej linii twojego pradziadka, sam tak kiedyś mówiłeś.
– Mówiłem, tak jest napisane w moim drzewie genealogicznym, na którym zresztą widnieje twoja facjata, Snape – odparł niepewnie.
– To musi być wstrząsający widok – sarknęłam.
– Owszem, masz tam jakieś sześć lat i twoje włosy zasłaniają widok reszty rodziny – odparł z przekąsem Black. – Może w sumie powinienem być ci wdzięczny. Ciotka Joana jest blisko ciebie.
– Z twojej reakcji wnioskuję, że James i ty …
– Byliśmy braćmi – wyrzucił z siebie Syriusz, a ja i Amelia głośno się roześmiałyśmy. – Mówię poważnie – uciszył nas.
– Braćmi? Takimi prawdziwymi? – Amelia spojrzała na niego jak na wariata.
– Mieliśmy wspólnego ojca. Moja matka się puściła z jego tatulkiem, gdy jego matka była w trzecim miesiącu ciąży, zadowolone? – spytał obrażony.
– Syriusz. – Amelia podeszła do niego i objęła z całej siły.
– Skąd o tym wiesz? – Spytałam ze współczuciem.
– Ta skrytka, którą zostawił mi James – westchnął – była po naszym ojcu. Zostawił nam list.
– Przykro mi – wyszeptałam.
– Daj spokój – mruknął. – Stary Jamesa w porównaniu z moim starym to anioł. Z dwojga złego i tak mam lepsze geny. Strach pomyśleć, gdybym dziedziczył po Blacku i mateczce.
– Nie wiesz, czy żyją jeszcze jacyś nasi wspólni krewni? Moi i Jamesa? – spytałam nieśmiało. Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować na te rewelacje o bliskości pokrewieństwa kolegów i nie byłam pewna, czy mogłam dalej drążyć ten temat, ale Syriusz zdawał się być z tym pogodzony.
– Nie mam pojęcia. – Wzruszył ramionami. – Jak się nazywała twoja matka?
– Bulleri.
– Moja matka miała prawdziwego hopla na punkcie badań genealogicznych – zaczął Syriusz, rozsiadając się wygodnie na kanapie. – Mogę poszperać w domu, poszukać papierów, metryk. Domyślam się, że sporo tego na strychu w naszym starym domu.
– Mógłbyś to zrobić? – spytała błagalnym tonem.
– Ewentualnie – mruknął z krzywym uśmieszkiem. – Ale musisz być przygotowana na sporo rewelacji tego typu, jak ta o mnie i Jamesie. Rodziny czystej krwi lubiły sobie poużywać we własnym sosie. Nie miej pretensji jeśli okaże się, że twój dziadek i babcia Pottera to kochankowie.
– I twoja matka ma na to papiery – sarknęłam.
– No fakt, o to trochę ciężko, ale nie wykluczone, że ktoś kogoś uznał, ktoś kogoś porzucił z brzuchem, ktoś zaszedł w niewyjaśnionych okolicznościach. Sporo takich rodzinnych opowieści się nasłuchałem – odparł. – Na przykład siostra mojej prababki …
– Syriusz, tak wiemy – przerwała mu Amelia – twoja prababka miała siostrę, która spała z mężem ciotki od strony matki.
– Ojca – poprawił ją mężczyzna.
– Obojętne. Jutro pójdziesz na Grimauld Place i poszukasz czego chce Solem i nie wracaj do domu, dopóki wszystkiego nie przeszukasz – nakazała Amelia.
– No to szybko się nie zobaczymy – zakpił, unosząc brwi.
– Syriusz, Lily powiedziała ci co z Remusem, dlaczego wyjechał? – spytałam.
– Nie powiedziała ci? – zdziwił się.
– No wyobraź sobie. – Wywróciłam oczami. – Chyba zerwę naszą przyjaźń – udałam ubolewanie.
– Powiedziała mi, zanim pojawiłaś się z Teo. – Syriusz spojrzał uważnie najpierw na mnie, a później na Amelię. – Lupin zrobił w Holandii małego Lupinka jednej wilczycy.
– Eee? – Amelia spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
– Ta – przytaknął Black. – Teraz hasają sobie we trójkę po lasach. Podobno dzieciak jest jakiś lewy.
– Lewy? – Zmarszczyłam brwi.
– No urodził się wilkołakiem – odparł obojętnie Syriusz. – Dojrzewa chyba trochę szybciej. Lupin podobno zwierzał się Lily, że nieco za szybko.
– I ona to akceptuje? – Amelia popatrzyła z oburzeniem na męża.
– A ma wyjście? – spytał, posyłając jej wymowne spojrzenie.
– Nie ma?
– Pewnie ma, skoro odprawiła go bez problemów do Holandii. Przynajmniej chwilowo mamy go z głowy – westchnęłam. – Ha – wykrzyknęłam po chwili – to dlatego Dumbledore prosił Severusa o modyfikację wywaru tojadowego.
Kolejny rozdział: „Romantyczny szlaban"
