ROZDZIAŁ 45

Szlaban na pamięć

Severus

Wszystko powoli zaczynało stawać się normalne. Teo przynajmniej raz w tygodniu narażał się na szlaban, Leen jak zawsze knuła z kolegami w bibliotece, przy okazji wciągając w ich zabawy brata, a Solem wzięła trochę wolnego w wydawnictwie i całymi dniami przesiadywała w bibliotece, gromadząc wszystko co możliwe na temat oręża Merlina. Nie udało się utrzymać jej zabiegu w tajemnicy przed matką i ta, jak zresztą przewidywała Sol, skakała wokół niej w każdej wolnej chwili. Nie bardzo mogłem, a i nie bardzo chciałem temu zaradzić. Moja żona w istocie powinna teraz dużo wypoczywać i nie zaprzątać sobie głowy nowymi projektami tylko ćwiczyć pamięć.

– Opowieści o Merlinie towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo – tłumaczyła się, gdy nakazałem jej odpoczynek i wspominanie przyjemnych chwil.

– Oczywiście, kochanie – sarknąłem – twoja mama wzywała go za każdym razem, gdy wygrzebywała cię spod biurka taty przywaloną książkami, a tata, gdy nocą zaciągał do łóżka i siłą wyrywał teleskop.

– Śmieszne, naprawdę – prychnęła i z obrażoną miną zaczęła pakować lunch dla siebie i córek.

– Dokąd? – spytałem od niechcenia.

– Obiadek na świeżym powietrzu – wyjaśniła. – Nie zapraszam, bo masz, zdaje mi się, zajęcia.

– Zabierz trochę mango – poleciłem. – Teo je lubi.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się do mnie i wcisnęła mi w usta kawałek jabłka, po czym z czułością musnęła mój policzek.

– Solem – zatrzymałem ją, zanim jeszcze poszła po dziewczynki. Pociągnąłem za nadgarstek i namiętnie wpiłem się w jej usta. – Kocham cię – wyszeptałem.

– Szkoda, że na urodziny nie kupiłam ci różowej czapki; pasowałaby ci teraz – parsknęła śmiechem Leen, która właśnie pojawiła się na progu kuchni. – Nie mówiono wam, że takich rzeczy nie powinno się robić przy dzieciach?

– Nie mędrkuj, dziecko – odparłem z kpiną i ponownie pocałowałem żonę.

– Obrzydzasz mi lunch, tata – żartowała dziewczynka i chciała przemknąć obok nas, ale chwyciłem ją w mocnym uścisku i łaskocząc, wyniosłem z kuchni.

– Skoro nie masz apetytu, to po co chcesz siedzieć w kuchni? – sarknąłem. Pożegnałem się z rodziną i wróciłem do pracy.

Solem

– Jak to jest się tak całować, mamo?

Spojrzałam zdezorientowana na córkę.

– Miło – odparłam krótko.

– Masz teraz taką minę, jakby było bardzo miło – zachichotała. – Muszę tego spróbować – dodała beztrosko.

– Yhy, poczekaj aż się tata o tym dowie. Chyba, że z premedytacją chcesz pozbawić wszystkich narządów wybrańca swych ust.

– Byłby niezły eliksir – zaśmiała się, pomagając mi pakować obiad do torby. – Mamo? – odezwała się po chwili. – A ile miałaś lat, jak się pierwszy raz całowałaś?

– Siedemnaście – odparłam szczerze i cichutko westchnęłam.

– Z kim? – nie dawała za wygraną.

– Z chłopakiem. – Pokazałam jej język.

– Tata go zna? – Eileen niezrażona drążyła temat. – Choć może powinnam użyć czasu przeszłego, bo jeśli znał, to pewnie już biedaczek nikogo od dawna nie całuje.

– Spotyka się z nim codziennie. – Z przekorą uniosłam jedną brew. – W lustrze.

– Z tatą się całowałaś, serio? – Dziewczynka zdawała się być zniesmaczona tym wyznaniem. – To nie miałaś innego chłopaka przed tatą?

– Nie. Rozczarowana?

– To takie romantyczne – westchnęła i obydwie głośno się roześmiałyśmy. – Pocałowałam kiedyś Lee w policzek – wyznała nagle. – Ale miał urodziny i chciałam mu złożyć życzenia, i tak odruchowo go cmoknęłam – wytłumaczyła się pospiesznie.

– To nic złego, skarbie – zaśmiałam się. – Całowanie w policzek ludzi, których lubimy jest czymś naturalnym.

– Tata zawsze się wścieka, jak na powitanie wujek Syrcio cię całuje. Ja się nie całuję z Lee na powitanie. Tylko z Susan, jak jej długo nie widzę.

– Lubisz go? Lee? – spytałam łagodnie.

– No, jest fajny. – Eileen wzruszyła ramionami. – Kiedyś go przytuliłam. – Spojrzałam zaskoczona. Ta rozmowa działa się zdecydowanie za szybko o kilka lat. – Kiedyś wieczorem poszłam na wieżę astronomiczną i on tam siedział sam, i płakał, ale jak mnie zobaczył to szybko chciał przestać i udawał, że nic się nie stało. Ale ja wiedziałam, że mu brakuje mamy i po prostu go przytuliłam, i już nie próbował przestać. On czasem jest smutny, chociaż udaje przed chłopakami. Chciałabym mu jakoś pomóc, ale nie wiem jak. – Podeszłam do córki i mocno ją do siebie przytuliłam.

– Lee tęskni za swoją mamą – szepnęłam. – Chyba nie bardzo możesz mu pomóc. Nikt nie może, kotku.

– Też tęskniłaś za swoją mamą? – spytała cichutko.

– Bardzo. Wciąż tęsknię.

– I co ci pomaga, żeby nie płakać i się nie smucić? – Dziewczynka uniosła nieco głowę, żeby spojrzeć mi w oczy.

– Wy. Ty, tata, bliźniaczki, Teo – odparłam ze smutnym uśmiechem. – Przytulanie pomaga. Zwłaszcza, jak przytula ktoś, kogo lubimy.

– A myślisz, że Lee ucieszy się, jak dam mu walentynkowe serduszka, które upiekłaś? – Skrzywiła się, spoglądając niepewnie.

– Myślę, że będzie zachwycony, chociaż możesz go nieco zawstydzić – zaśmiałam się.

– No, jeszcze sobie pomyśli, że chcę z nim chodzić i się całować – odparła, potakując.

– To może upieczemy wieczorem kilka ciastek w innym kształcie? – zaproponowałam.

– Mogłybyśmy? – Rozpromieniła się i z zachwytu zatarła ręce.

Zmęczona dość długim czytaniem bajek na dobranoc w końcu ułożyłam się wygodnie obok męża. Mocno wtuliłam się w jego plecy i zmysłowo zamruczałam do ucha. Odwrócił się do mnie z uśmiechem i objął ramieniem, pozwalając, bym przytuliła się do jego ramienia.

– Myślałam, że jeszcze czytasz. – Wskazałam na zapalone świece.

– Przed chwilą skończyłem.

– Podczas lunchu przysiadł się do nas na chwilę Dumbledore.

– Czego chciał?

– Zobaczył Teo idącego w tamtym kierunku i chciał z nim o czymś porozmawiać, ale dziwnym trafem zapomniał o czym – zaśmiałam się.

– Czyli nasze dropsy działają jak należy? – Severus nie krył rozbawienia.

– Teo staje się dla niego zwykłym uczniem, jak każdy inny. – Ucałowałam go w ramię i leciutko trąciłam nosem. – Jesteś genialnym mistrzem eliksirów, kochanie.

– Wiem – prychnął zarozumiale.

– Trochę tego eliksiru dodałam też do ciastek, które tak lubi. Mam nadzieję, że go nie otrułam. – Spojrzałam pytająco na męża.

– Nie, co najwyżej przestanie zwracać uwagę na każdego innego ucznia, a może i nauczycieli – odparł. – W ostateczności postrada zmysły, ale niestety eliksir, nawet w nadmiarze nie spowoduje jego zgonu.

– To dobrze – mruknęłam.

– Dobrze?

– Chcę, żeby cierpiał i miał długą powolną śmierć – odpowiedziałam cichutko.

– Możesz mi wierzyć, kochanie, że te dropsy sprawią mu sporo bólu – zapewnił.

– Co masz na myśli? – zdziwiłam się. – Myślałam, że działają jedynie na postrzeganie Teodora i Terry'ego.

– Głównie, ale spożywanie eliksiru przez długi czas stopniowo będzie zmieniać jego postrzeganie świata. Zacznie się od koszmarów, które powoli będą wdzierać się do jego codzienności. Świat stanie się dla niego senną zjawą. Najgorsze jest to, że nie będzie mógł zwariować. Jego umysł wciąż pozostanie sprawny, chociaż nieświadomy tego, że otaczające go koszmary to jedynie sny na jawie. Nie będzie to nic strasznego, nic co mogłoby zaniepokoić innych, ale podejrzewam, że nawet dla silnego człowieka przeżywanie drobnych koszmarów każdego dnia jest męczące – tłumaczył. – Z czasem nie będzie pewien kto jest jego wrogiem, a kto przyjacielem, czy lubi słodycze czy nie.

– Będzie łatwym celem – stwierdziłam.

– A chcemy, żeby było inaczej? – sarknął.

– Sev? – odezwałam się po chwili zadumy. – Czy on nikogo nie skrzywdzi?

– Nie, kochanie. Możesz spać spokojnie – zapewnił. – Nie skrzywdzi nikogo niewinnego. Na pewno nie z powodu tego eliksiru.

Severus

Już od dawna układałem w głowie plan zemsty. Z jednej strony, kusiło mnie, by załatwić sprawę szybko, z drugiej, podzielałem zdanie żony. Szybka śmierć dla obydwu, byłaby jedynie wybawieniem. Potrzebowałem czegoś więcej. Chciałem, by cierpieli, by błagali o łaskę i umierali w pełni świadomi, komu zawdzięczają swój los. Nie ukrywałem, że podobnie jak Solem, potrzebowałem pokazać Lupinowi, że nie był w stanie nas załamać, że jego plan zemsty się nie powiódł i byliśmy szczęśliwą rodziną, a Teodor pomimo jego usilnych starań pozostał wesołym, mądrym chłopcem. Początkowo chciałem wykorzystać syna wilkołaka, ale szybko się pohamowałem, uświadamiając sobie, że wówczas zniżyłbym się poziomu Lupina. Nie chciałem krzywdzić dziecka, zwłaszcza, że z tego co zdążyłem się dowiedzieć, chłopiec został poczęty w dość brutalny dla matki sposób.

Kobieta – wilczyca, którą bez trudu udało mi się odnaleźć, była jedynie bezbronną, żyjącą na uboczu dziewczyną. Z tego co zdążyłem się zorientować miała niewiele ponad dwadzieścia lat i samotnie wychowywała siedmioletniego chłopca. Wiedziałem, że Lupin pojawiał się w ich życiu od czasu do czasu, ale ona wcale nie wyglądała na zadowoloną z tego faktu. Długo wahałem się, czy powiedzieć Solem prawdę i tak jak się tego spodziewałem, żona od razu chciała udać się do Holandii, by pomóc biednej dziewczynie. Na szczęście zdołałem ją przekonać, że w tej chwili nie bardzo mogliśmy pomóc. Nie sprawdzałem w jaki sposób kobieta została zarażona, ale starała się, by wilcza natura jej nie zdominowała i za wszelką cenę próbowała pozostać człowiekiem. Nie przyjmowała wywaru tojadowego; nie miałem pojęcia, czy go nie znała, czy może nie miała dostawcy, ale w noc pełni i ona, i jej syn przyjmowali spore ilości mugolskich środków na uspokojenie, a w piwnicy, dostępu do której chroniły pancerne drzwi, znalazłem grube łańcuchy i kajdany. Dziewczyna i jej syn, nie zagrażali nikomu, dlatego postanowiłem chwilowo nie zajmować się tą sprawą. Obiecałem Solem, że już po wszystkim nie zabraknie im wywaru tojadowego i jak tylko będę miał trochę wolnego spróbuję go nieco zmodyfikować dla dziecka.

Nie zaprzątałem sobie tym chwilowo głowy. Czekało nas trudne zadanie. Musieliśmy odnaleźć laskę Merlina, wskrzesić, a później pozbyć się Czarnego Pana. Zbieraliśmy informacje, uczyliśmy się przydatnych zaklęć i analizowaliśmy życie Voldermorta. W tej sprawie nie zamierzaliśmy pozostawić niczego przypadkowi. Gra toczyła się o zbyt wysoką stawkę i nie było miejsca na fuszerkę.

Teraz skupiliśmy się na odzyskaniu zdrowia przez Solem. Spojrzałem na nią. Spała spokojnie wtulona w mój bok i leciutko się uśmiechała. Wiedziałem, że z czymkolwiek przyjdzie nam się zmagać w najbliższym czasie, poradzimy sobie. Byłem przekonany, że bez względu na wszystko pozostaniemy szczęśliwi. Moja żona zasługiwała na spokojną, szczęśliwą rodzinę, której zawsze pragnęła i byłem zdeterminowany, by spełnić jej marzenia.

.: :.

– Potter, do cholery – wrzasnąłem na chłopca, łapiąc go w ostatniej chwili za nadgarstek. – Jeśli chcesz się wysadzić, droga wolna. Z przyjemnością dostarczę ci nawet potrzebne ingrediencje – wysyczałem tuż przy jego twarzy. – Ale zrób to łaskawie poza moją pracownią. Tutaj jedyne co możesz wskórać to szlaban do końca tygodnia i minus dziesięć punktów.

Zmarszczyłem brwi, powoli puszczając rękę syna. Zaniepokoiło mnie zachowanie Teodora. Od początku zajęć obserwowałem jego poczynania i wydał mi się wyjątkowo rozkojarzony. Delikatne ingrediencje siekał z gracją hipopotama, nasiona jałowca ucierał, jakby mieszał w kotle smoły, a na koniec co chwilę mylił kolejność dodawania składników i kierunki mieszania. Starałem się dyskretnie zwrócić mu uwagę, ale na nic się to zdało. Teo w końcu przekroczył granicę i chociaż nie byliśmy umówieni na szlaban, musiałem go ukarać tak, jak ukarałbym każdego innego ucznia.

– Przepraszam, panie profesorze – wydukał przestraszony.

– Z dzisiejszych zajęć otrzymujesz O, a teraz sprzątnij swoje stanowisko – nakazałem surowym tonem – i przygotuj się do poprawy oceny z tego eliksiru na szlabanie – dodałem już nieco łagodniej, gdy w oczach chłopca dostrzegłem strach. Skinął jedynie w odpowiedzi i posłusznie zaczął porządkować miejsce pracy, ale i to nie do końca mu wychodziło jak należy. W kociołku ponownie niebezpiecznie zawrzało, gdy Teo próbował usunąć resztki nieudanego eliksiru i tylko moja szybka interwencja uchroniła go przed kolejną katastrofą. Na szczęście, jak mi się wydawało, żaden z uczniów tego nie dostrzegł i mogłem darować sobie strofowanie syna przed całą klasą.

– Siadaj, Teo. – Wskazałem stojące w gabinecie krzesło i głośno odetchnąłem. – Co się dzieje? Coś się stało? Pokłóciłeś się z przyjaciółmi? Źle się czujesz? Teo, jeśli coś ci dolega, wolałbym, żebyś przyszedł do mnie albo do Madame Pomfrey przed zajęciami i się usprawiedliwił, niż doprowadził do tragedii – kontynuowałem, nie czekając na odpowiedź. – Na pierwszych zajęciach wspominałem, że przy odpowiedniej argumentacji zawsze można odrobić warzenie eliksiru w innym terminie.

– Przepraszam, tato – wydukał ze łzami w oczach.

– Powiesz mi co się stało? – spytałem łagodnie. – Byłeś dziś wyjątkowo nieostrożny i rozkojarzony. Wiem od profesora Flitwicka, że nie tylko na moich zajęciach tak się zachowywałeś. – Wyraźnie hamował łzy i nie mógł wydusić z siebie słowa. – Teo – ukucnąłem przed jego krzesłem – co się stało, synku?

– Martwię się o mamę – wyszeptał, przełykając łzy. – Wczoraj z Leen w bibliotece czytaliśmy książkę o tych zaklęciach, które ten uzdrowiciel ma rzucać na mamę i się przestraszyłem. Tam było napisane wszystko co się może stać i wystarczy jeden maleńki błąd. Mama może już na zawsze przestać widzieć albo o wszystkim może zapomnieć i o mnie, i o Leen i nawet nie będzie wiedziała jak się nazywa. Wszystko. A ja nie chcę, żeby mnie zapomniała albo żeby cierpiała. Bardzo chcę, żeby mama wyzdrowiała – wyrzucał z siebie, szlochając. – Chcieliśmy nawet wczoraj w nocy razem z Leen zabrać mamę ze szpitala, żeby ten uzdrowiciel nic na nią nie rzucał, ale nie mogliśmy się wydostać i babcia w końcu zabrała Leen, i ja nie wiedziałem co robić. Babcia mówiła, że nic mamie nie będzie, że jest bezpieczna, ale ja … – Mocno chwyciłem syna w ramiona i leciutko zacząłem gładzić jego plecy.

– Teo – zacząłem łagodnie – nie wiem dokładnie, którą książkę czytaliście, ale proszę, byś następnym razem, zanim wyciągniesz pochopne wnioski, przyszedł do mnie. – Odsunąłem go delikatnie i spojrzałem prosto w oczy. – Myślisz, że pozwoliłbym na te zabiegi, gdyby mamie coś groziło? – Teo pokręcił leciutko głową.

– Ale tam napisali, że …

– Wiem, co napisali o tych zaklęciach, ale gdybyś przyszedł z tym do mnie – wyjaśniałem – wiedziałbyś, że uwarzyłem eliksir, który zapobiega większości potencjalnych dolegliwości. Najgorszym co może się mamie stać, to że nie odzyska wzroku. Uzdrowiciel ostrzegł, że tylko raz może rzucić to zaklęcie. Każda kolejna próba może być już niebezpieczna dla jej życia i zdrowia, i zapewniam, że bez względu na wynik, nie pozwolę jej na kolejną próbę. Chodź tutaj. – Wyciągnąłem do niego ramiona i mocno przytuliłem. Uspokajał się powoli, chociaż czułem, że wciąż nie był przekonany. – Nieco zaryzykujemy, ale trudno. Mam nadzieję, że to cię uspokoi na tyle, by nie wysadzić zamku i nie przekląć kogoś kogo lubisz. Chodź. – Objąłem go i poprowadziłem w stronę mieszkania. – Masz pelerynę? – spytałem, gdy staliśmy w salonie. W odpowiedzi Teo wyciągnął z torby lejący, srebrzysty materiał.

Chwyciłem puszkę z proszkiem fiuu i pchnąłem lekko syna, wchodząc razem z nim w płomienie.

– Gabinet Eileen Snape w świętym Mungu – wypowiedziałem adres i po chwili razem wypadliśmy przed biurkiem matki. W pomieszczeniu nikogo nie było, ale wcześniej zapowiedziałem swoje odwiedziny, więc teraz bez trudu mogliśmy dostać się tutaj kominkiem.

– Ubierz pelerynę i nie zdejmuj dopóki nie powiem, że możesz – nakazałem, a Teo gorliwie przytaknął.

Było już dość późno i godziny odwiedzin dawno minęły, dlatego teraz bez większych trudności dostaliśmy się do sali, w której wypoczywała Solem. Przy jej łóżku czuwała Eileen i domyślałem się, że dziewczynki, które babcia zabrała wczoraj wieczorem spędzały teraz czas z dziadkiem. Poderwała się na mój widok i gestem nakazała milczenie. Rozejrzałem się jeszcze dla pewności, rzuciłem zaklęcie blokujące na drzwi i poprosiłem Teodora, by zdjął pelerynę.

– Mamusia. – Chłopiec z trudem powstrzymał krzyk i podbiegł do łóżka Solem.

– Teo? – Kobieta powoli uniosła powieki. – Teo? – powtórzyła zaskoczona. – Severus? – Podniosła się na łokciach i rozejrzała po sali. Momentalnie znalazłem się przy żonie.

– Jak się czujesz? – spytałem z troską.

– Severus, przychodzisz tutaj co dwie godziny – zaśmiała się. – Od ostatniego razu nic się nie zmieniło – zapewniła i pogładziła wyraźnie zmartwionego syna po policzku. – Możecie mi wyjaśnić dlaczego Teo tutaj jest o tej porze? Nie powinien odrabiać teraz pracy domowej?

– Pan Snape ma właśnie swój szlaban – zakomunikowałem z powagą. – Uznałem, że wyjątkowo pozwolę mu na małą wycieczkę – dodałem już normalnym tonem, uśmiechając się lekko do syna.

– Nie przesadzasz z tymi szlabanami, Sev?

– Dziś naprawdę zasłużyłem i to na dużo większy szlaban – odparł ze skruchą chłopiec.

– Teo się martwił – wyjaśniłem pospiesznie, nie chcąc narażać żony na niepotrzebne stresy, a zapowiadało się, że chłopiec zamierzał jej dokładnie wyjawić za co dostał szlaban. – Uznałem, że skoro będziesz przez kolejny tydzień musiała leżeć w łóżku odwiedziny syna dobrze ci zrobią.

– Co ty gadasz? – zdziwiła się Solem. – Przecież jutro rano mogę stąd wyjść.

– Pod warunkiem, że będziesz odpoczywać w łóżku – wtrąciła Eileen z surową miną. – I ja zamierzam tego dopilnować.

– Jak się czujesz, mamo? – Teodor chwycił Solem za rękę.

– Dobrze synku, tylko trochę skołowana – wyznała.

Solem

Póki co na efekty czarów uzdrawiających trzeba było jeszcze zaczekać jakiś czas. Z całą pewnością powiodło się zaklęcie, dzięki któremu odzyskałam pamięć, ale w żaden sposób nie dało się sprawdzić, czy będę widziała już zawsze. Magomedyk zapewnił, że wszystko poszło po jego myśli, ale mimo to wciąż pozostawało zagrożenie, że nie odzyskałam w pełni wzroku. Pan Philips rzucił na mnie zaklęcia z samego rana i od tamtej pory luki w pamięci stopniowo się wypełniały zamazanymi dotychczas obrazami. Całkowity powrót wspomnień miał trwać około tygodnia i powinnam przez ten czas odpoczywać. Severus odwiedzał mnie na każdej przerwie i starałam się być przed nim twardą, ale czułam się niezwykle wyczerpana. Nie tylko psychicznie, także moje ciało sprawiało wrażenie bardzo obolałego i specjalnie nie miałam nawet ochoty protestować przed tygodniowym leniuchowaniem. Obawiałam się jedynie, że przez bezczynne leżenie w łóżku będę przez cały czas rozpamiętywać wydarzenia z przeszłości, a te wraz z każdym odzyskanym fragmentem były bardziej bolesne.

Ganiłam Severusa, gdy zjawiał się u mnie w odstępach dwóch godzin, ale wewnątrz czułam do niego ogromną wdzięczność. Potrzebowałam jego wsparcia i zdawał się to bardzo dobrze wyczuwać. Po wyrazie twarzy Teodora, domyśliłam się, że jego kara nie była tak jak zwykle naciąganym szlabanem, ale faktycznie musiał przeskrobać coś poważnego. Severus za szybko i nieco zbyt gorliwie wtrącił się w wypowiedź syna. Miałam tylko nadzieję, że nie stało się nic poważnego, ale skoro obydwaj tutaj byli bez widocznych urazów, chwilowo musiało mi to wystarczyć. Reszty dowiem się, gdy wyjdę na wolność. Mimo okoliczności, cieszyłam się, że Teo będzie mógł mnie odwiedzać przez kilka kolejnych dni. Dziewczynki na czas mojej rekonwalescencji miały pozostać u dziadków i pokrzepiała mnie perspektywa spędzenia z synem czasu na osobności. Nie mieliśmy ku temu okazji od świąt i bardzo mi tego brakowało.

– Skołowana? – zaniepokoił się Teodor. – Ale pamięta mama, jak ma na imię?

– Jeśli Solem, to chyba tak – uśmiechnęłam się, a Eileen z trudem pohamowała wybuch śmiechu.

– I jak ja mam na imię? – dopytywał chłopiec.

– Jesteś moim ukochanym syneczkiem, Teodorem. – Usiadłam na łóżku i mocno go przytuliłam. – Jest wszystko w porządku, syneczku. Jeszcze nie wiemy, czy mój wzrok został wyleczony, ale z moją pamięcią jest lepiej niż przed zabiegiem. Przypomniało mi się nawet – popatrzyłam na męża, unosząc brwi – że tata musi ubrać na zajęcia granatową szatę.

– Doprawdy? – Severus udał zdziwionego. – Ja sobie nie przypominam bym musiał cokolwiek ubierać.

– Przegrałeś zakład, kochanie. – Posłałam mu krzywy uśmiech.

– To może być wstrząs dla uczniów. – Teo pokręcił głową i westchnął ze współczuciem.

– Solem – wtrąciła Eileen – odpuść mu, bo jeszcze w Mungu zabraknie miejsc dla biedaczków z Hogwartu.

– Masz czas do Świąt Wielkanocnych. – Nie dawałam za wygraną. – Inaczej twoje szaty same zmienią się na różowe.

– Nie wiem co złego w różowym – burknął Severus i po chwili wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

– Naprawdę wszystko jest dobrze? – Teo spojrzał na mnie, przygryzając wargę.

– Wszystko, kotku i jutro wieczorem oczekuję twojej wizyty, o ile tata oczywiście nie zmusi cię do czyszczenia …

– Teo musi jedynie odrobić dzisiejszy eliksir – przerwał mi Severus. – I jeśli będzie chciał resztę szlabanu może spędzić z tobą.

– Mógłbym? Naprawdę? – dopytywał chłopiec. – Ja obiecuję, że jak już mamusia wyzdrowieje, to ja wyczyszczę kociołki i stoliki w klasie pomyję, i wszystko zrobię.

– Nic nie musisz robić – zapewnił Severus. – Chciałbym jedynie, żebyś wykonał poprawnie ten eliksir. Powinniśmy się już zbierać – rzekł po chwili, widząc moje opadające powieki. – Mama powinna odpoczywać.

– Oczywiście. – Teo przytulił się i przez dłuższy moment tulił mnie niczym największy skarb. – Do jutra? – spytał jeszcze dla pewności.

– Do jutra, syneczku. – Ucałowałam go w obydwa policzki i pozwoliłam pożegnać się z babcią.

– Wpadnę, gdy Teo wróci do dormitorium – szepnął mi do ucha Severus.

– Jeśli jesteś zmęczony …

– Nie jestem – przerwał mi. – I tak nie zasnę, gdy ciebie nie ma obok. – Pochylił się i z czułością ucałował mnie w usta.

Teodor

– Dziękuję, tato – wyszeptałem chwilę po tym, jak wyskoczyliśmy z kominka w salonie Snape'ów.

– Lepiej się czujesz?

– Tak, tylko nie jestem pewien, czy mama się dobrze czuje – westchnąłem.

– Obawiam się, że nie najlepiej. – Tata gestem nakazał, bym usiadł na kanapie. – Wracają do niej wspomnienia najgorszych w życiu chwil. Jesteś zbyt spostrzegawczy i inteligentny, by cokolwiek przed tobą ukrywać. To co teraz przeżywa mama jest bardzo trudne. To tak, jakby dziś rano twoi dziadkowie zginęli, a ciebie siłą zabrano z jej ramion. Widziałeś ulgę w jej oczach, gdy cię zobaczyła? Nie planowałem dziś cię do niej zabierać, ale teraz myślę, że to nie był najgorszy pomysł.

– Mogę coś zrobić? – spytałem z nadzieją.

– Pamięć mamy wraca stopniowo od kilku lat – tłumaczył. – Z każdym nowym fragmentem wypełniającym lukę w jej umyśle przeżywała to samo, co przeżywa teraz. Może nawet gorzej, bo przecież teraz wiedziała dokładnie co się wówczas wydarzyło. Jest z tym już oswojona, pogodzona, przygotowana w jakimś stopniu. Na pewno nie jest jej łatwo, ale niestety sama musi się z tym uporać. Jestem przekonany, że fakt iż odzyskaliśmy ciebie czyni ten koszmar łatwiejszym. Wszystko co możemy zrobić to przy niej być.

– Ja będę, zawsze – odparłem gorliwie.

– Wiem. – Tata objął mnie lekko. – Jeśli jesteś zmęczony, możesz już iść, ale możesz też dzisiaj wykonać eliksir – zaproponował.

– Chciałbym móc go dziś poprawić – odparłem zdenerwowany. – Przepraszam za to co się stało na lekcji. Obiecuję, że już będę uważał.

– Na szczęście nic się nie stało, ale następnym razem nie będę tak pobłażliwy. – Tata spojrzał na mnie z uniesioną brwią.

– Nie będzie następnego razu. – Popatrzyłem pewnie na ojca.

– To dobrze, że tak zakładasz. – Tata uśmiechnął się łagodnie. – Chodź, pokażę ci sposób na szybkie utarcie jałowca.

Ulżyło mi, gdy zobaczyłem mamę całą i zdrową. Strasznie się martwiłem przez cały dzień i nie umiałem na niczym skupić. Na zajęciach z eliksirów o mały włos nie wysadziłem w powietrze kociołka, a z tego co mówił tata mogło się skończyć o wiele gorzej niż tylko zepsuty sprzęt. Na zaklęciach tak się zamyśliłem, że posłałem zaklęcie wznoszące w stronę Neville'a, zamiast na kowadełko i gdyby nie szybka reakcja profesora Flitwicka kolega skończyłby w skrzydle szpitalnym. Na szczęście tata był dla mnie niezwykle wyrozumiały i jeśli miałbym być sam ze sobą szczery zasłużyłem na dużo większą karę. Wiedziałem, że powinienem zrobić tak, jak radził tata; zgłosić się do niego przed zajęciami i spróbować jakoś wytłumaczyć, nawet narażając na porcję drwin z jego i Ślizgonów strony, ale chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę ze swojego stanu.

Nie przypuszczałem, że będę mógł zobaczyć się z mamą w najbliższym czasie, a tu spadły na mnie trzy kolejne wieczory i w dodatku tata odpuścił mi szlaban. Byłem tak szczęśliwy, że nie potrafiłem powstrzymać swoich ust przed uśmiechem. Ojciec, chyba to zauważył, bo sam podśmiewał się ze mnie pod nosem, gdy pokazywał mi łatwiejsze sposoby na przygotowanie ingrediencji do eliksiru. Nie miałem pojęcia, że przy odpowiednim ruchu nadgarstka można utrzeć składniki dużo szybciej i lepiej niż tak, jak robiłem to dotychczas. Tata upierał się, że mówił o tym na jednej z pierwszych lekcji i posłał mi przy tym takie spojrzenie, że wolałem się już nie kłócić. I tak nie wyglądałbym zbyt przekonująco z tak szerokim uśmiechem.

Budząc się rano nie dowierzałem, że mam tak cudowną rodzinę. Mamę, najpiękniejszą, niezwykle mądrą, sprawiedliwą i utalentowaną istotę na ziemi. Ojca, który dbał o bezpieczeństwo całej rodziny, był zaradny, bystry i nieprzeciętnie inteligentny. Trzy siostry; z jednej strony, niebywale do siebie podobne, a jednak każda inna. Leen, z którą dotychczas miałem najwięcej kontaktu z racji zbliżonego wieku, była uprzejma i miła, ale kiedy zachodziła potrzeba potrafiła pokazać pazurki. Łączyła w sobie zdolności zarówno mamy, jak i ojca, chociaż wrażliwa i czuła po Solem, miłość do eliksirów i łatwość łączenia składników odziedziczyła po Severusie. Asteria i Selene wyglądały jak dwie krople wody, ale charakterem różniły się całkowicie. Psociły i dokuczały rodzicom po równo, chociaż miałem wrażenie, że to Selene była mózgiem wszelkich działań. Zwykle ich figle dość szybko wychodziły na jaw, ale nigdy nie zdarzyło się, by jedna próbowała wkopać drugą. Zawsze stawały za sobą murem, nawet wówczas, gdy któraś z nich nie miała nic wspólnego z przestępstwem.

Raz o mało im nie podpałem, chichocząc, kiedy jedna przez drugą zapewniały, że to na pewno żadna z nich nie próbowała gotować dla lalek w kociołkach taty. Pomagaliśmy z Selene mamie przy obiedzie, a Asteria bawiła się wówczas w swoim pokoju. Solem zaniepokoiło głośne dudnienie rozbrzmiewające po całym domu i pospiesznie poleciała do córki.

– Możesz mi wyjaśnić, moja panno, co tutaj robią kociołki taty? – spytała, otwierając drzwi, które powinny być uchylone przez cały czas.

– Nie mam pojęcia, mamusiu – oświadczyła Asteria, rozkładając beztrosko laki na poduszkach.

– To nie ona – zapewniła gorliwie Selene.

– Mamy ducha – wykrzyknęła z udawaną trwogą mama.

– Ducha? – zdziwiły się dziewczynki.

– To pewnie poltergeist skoro potrafił przynieść tutaj kociołki. – Mama z rozpaczą pokręciła głową. – I co my teraz zrobimy? Będzie trzeba sprzedać ten dom. A tak go lubiłam – biadoliła, a ja z trudem powstrzymywał śmiech. – Nie wiem co zrobimy. Trzeba będzie wrócić do Londynu. Ale nie martwicie się, jakoś się pomieścimy. Rozdamy wasze zabawki, bo zajmują za dużo miejsca i jakoś to będzie.

– Nie możemy się stąd wyprowadzić – krzyknęły przestraszone dziewczynki.

– To pewnie tata chciał coś ugotować laleczkom – Selene dodała z zamyśleniem. – To na pewno nie Asteria – zapewniała. Nie byłem w stanie dłużej tłumić śmiechu i parsknąłem. Dziewczynki posłały mi wówczas spojrzenie, z którego tata byłby zapewne bardzo dumny. Przez moment bałem się nawet, że zaczną zwalać na mnie, ale na szczęście siostry nie próbowały mnie w nic wkopać. Nie byłem pewien, czy mama by im nie uwierzyła. Byłem z nimi od niedawna i wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby to bliźniaczkom zaufała bardziej niż mnie. Byłbym wówczas w nie lada kłopocie. Nie mógłbym przecież zwalać na siostry, bo to by tylko pogłębiło gniew mamy i pewnie taty też, bo to jego kociołki. Z drugiej strony, nie mógłbym się też przyznać do czegoś, czego nie zrobiłem, bo to byłoby kłamstwo i mama mogłaby ukarać mnie jeszcze bardziej. Zamarłem, słysząc słowa matki.

– A może mi wmówicie, że to Teo chciał uwarzyć eliksir dla lalek? – spytała z drwiną i położyła mi dłoń na ramieniu. Przełknąłem głośno i przestraszony spojrzałem na matkę. – Chociaż aż tak naiwne nie jesteście i dobrze wiecie, że w taką bzdurę nie uwierzę – dodała, a ja odetchnąłem z ulgą.

– Jestem pewna, że to tatuś coś tutaj warzył – broniła siostry Selene.

– A skąd wiesz skoro przez cały czas byłaś ze mną w kuchni? – Solem posłała jej mordercze spojrzenie.

– Dzięki naszemu super połączeniu mózgowemu, którego nikt nie jest w stanie dostrzec – odparła dziewczynka i obydwie zgodnie pokiwały główkami.

– Cóż – westchnęła matka – trzeba będzie jakoś zerwać to połączenie. To musi być bardzo niewygodne tak czuć, jak siostra nic nie psoci. – Pociągnęła obydwie za uszy i udała, że przecina niewidoczną nitkę. – A żeby to połączenie nie odrosło, przez resztę dnia będziecie się bawiły osobno – zakomunikowała. Dziewczynki próbowały protestować, ale Solem była nieugięta. Poczułem, że powinienem jakoś wesprzeć siostry. Nie chciałem się podlizywać, ale były jeszcze małe i faktycznie czasem można było odnieść wrażenie, że łączy je magiczne połączenie.

– Może ja pomogę to posprzątać i wszyscy później pomożemy mamie w kuchni? – zaproponowałem, wskazując na rozrzucone kociołki i chochelki taty.

– Nie zamierzam donosić tacie – Solem zwróciła się do Asterii. – Więc jeśli winny tego bałaganu zgodzi się na pomoc rodzeństwa, i tata go przyłapie z przyrządami w rękach, ja nie stanę w niczyjej obronie, a on zapewne zostanie ukarany.

– Dzięki – dziewczynka wymruczała w moją stronę. – Sama posprzątam – dodała z niezadowoleniem, ale i tak całą trójką zabraliśmy się po chwili za porządki.

Oczywiście do przewidzenia było, że zostaniemy nakryci. Obydwaj wciąż byliśmy na zwolnieniu i tata miał sporo spraw w sklepie, ale z racji tego, że mama wciąż suszyła mu głowę, żeby odpoczywał po operacji, wrócił do domu dużo wcześniej niż przewidywały dziewczyny. Asteria co chwilę próbowała przerywać ojcu i przyznać się do winy, ale mężczyzna nie pozwolił jej zabrać głosu dopóki nie skończył.

– Nie interesuje mnie, moja panno, które z was wyniosło, a które jedynie pomagało – zakomunikował na koniec. – Wszyscy poniesiecie karę. Skoro tak bardzo palicie się do warzenia, posprzątajcie wszystko i zapraszam do mojego laboratorium, powarzymy sobie razem.

Obawiałem tej kary. Nie byłem przygotowany na to, co może się stać. Początkowo podejrzewałem, że tak, jak w szkole będę musiał czyścić kociołki albo stół do krojenia ingrediencji, ale tutaj wszystko lśniło i chyba tata musiałby poświęcić dużo czasu, żeby było co sprzątać. Zdziwiłem się, gdy tata rozsiadł się wygodnie w fotelu i znużonym tonem wydawał nam polecenia. Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia, gdy polecił dziewczynkom ustawić duży, szklany kociołek, a mnie nakazał przygotowanie poszczególnych składników. Po kolei każde z nas miało wrzucać jedną z ingrediencji i mieszać, gdy tata dał sygnał. Po dodaniu wszystkiego, co wcześniej przygotowałem, nakazał byśmy się nieco odsunęli i usiedli na wysokich stołkach, cały czas obserwując wywar. Eliksir zaczął mocno bulgotać, a po kilkunastu sekundach zgniłozielona ciecz zgęstniała, zmieniła barwę na turkusową i stała się nieco przezroczysta. Tata machnął różdżką i w laboratorium zapanowała ciemność. Dopiero po chwili dostrzegłem świecący błękitnym blaskiem kociołek, a w eliksirze, który uwarzyliśmy zaczęły pływać kolorowe fosforyzujące kulki. To była najlepsza kara, jaką w życiu dostałem.

– Koniec kary – zakomunikował, gdy kulki nieco przybladły. – Chciałbym jednak prosić, żeby Teo przeczytał wam dziś wieczorem o tym eliksirze i jutro sprawdzę każde z was co wie na jego temat.

Przytaknęliśmy. Sam byłem ciekaw, co to za eliksir i czemu tak świecił, a także do czego mógł się przydać. Od razu pobiegliśmy do biblioteki i szukaliśmy wskazanej przez ojca książki. Dopiero później, gdy leżałem już w łóżku i analizowałem zdobyte informacje, dotarło do mnie, że mama musiała szepnąć ojcu co się stało z jego kociołkami. Kiedy tata nas nakrył, był wyjątkowo łagodny, a nawet nieco rozbawiony. Zastanawiałem się wówczas, na ile to co robiliśmy w laboratorium było faktycznie karą, a na ile próbą zapewnienia dzieciom edukacyjnej rozrywki. Nie miałem jednak za złe ani rodzicom, ani siostrom za to, że zostałem ukarany. Skoro sam zaproponowałem, że pomogę Asterii w odbyciu pokuty musiałem później ponieść wszystkie tego konsekwencje. Westchnąłem cichutko, uświadamiając sobie, że gdyby wszystkie moje kary wyglądały w ten sposób, byłbym najmądrzejszym czarodziejem na świecie.

Teraz, gdy wieczorem wychodziłem ze szkolnego gabinetu taty i próbowałem się nie uśmiechać, kusiło mnie, by częściej narażać się rodzicom. Oczywiście wiedziałem, że za szkolne przestępstwa obowiązywały szkolne kary i tym razem też powinienem czyścić kociołki albo nawet pomagać panu Filchowi, ale gdyby chociaż raz na dziesięć kar, tata pokazał mi różne ułatwienia związane z eliksirami, a mama prosiła o pomoc przy rzucaniu zaklęć, mógłbym wówczas dużo mniej czasu poświęcać na naukę, a dużo więcej dowiedziałbym się od rodziców. Z drugiej jednak strony, rodzice w końcu zaczęliby się mocno niepokoić albo dawaliby dużo surowsze kary, gdybym przesadził. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie, jeśli sam poproszę o trochę korepetycji. Do tej pory nie chciałem zawracać im głowy, ale skoro i tak razem spędzaliśmy czas i rodzice często zachęcali do zadawania pytań, to dlaczego nie pytać? Może za jakiś czas będę tak mądry jak Hermiona albo nawet Leen.

Przed wejściem do pokoju wspólnego Gryffindoru z trudem przywdziewałem na twarz zbolałą minę. Mina taty, gdy mama przypomniała mu o zakładzie, który przegrał w ferie wciąż mocno mnie bawiła. Rodzice dla zabawy założyli się, które z nich było w stanie szybciej przygotować ziołową marynatę do mięsa. Początkowo tata chciał dać mamie fory i siekać wszystko lewą ręką, ale nie przewidział, że mama załatwi sprawę jednym machnięciem różdżki. Tata z zarozumiałą miną rozkładał każde zioło, które miało znaleźć się w sosie, a mama szybko wrzuciła wszystko do miski i przy pomocy czarów zmieliła na gładką masę. Sam był sobie winien. Przez cały wieczór dokuczał mamie i śmiał się, że gdyby tak jak jej radził skończyła kurs eliksirów na studiach, teraz dużo szybciej potrafiłaby uporać się z kolacją. Nie kwestionował zwycięstwa żony, ale Solem przewidziała, że będzie próbował odwlekać wykonanie kary i z premedytacją nałożyła ramy czasowe. Początkowo upierała się, że szaty mają być jaskrawo czerwone albo w innym wyróżniającym się kolorze, ostatecznie zgodziła się na granat.

Odetchnąłem głęboko i przeszedłem przez dziurę za obrazem Grubej Damy. Opadłem zmęczony na kanapę przed kominkiem i natychmiast dosiedli się do mnie przyjaciele. Było mi trochę wstyd, słuchając ich pocieszeń. Chciałbym móc wyjawić im prawdę i miałem nadzieję, że nawet Ron byłby w stanie się cieszyć moim szczęściem. Niestety wyjawienie im prawdy było bardzo niebezpieczne dla wszystkich. Wątpiłem, czy moi przyjaciel potrafiłby zachować się dyskretnie, słysząc takie wieści. Może, gdyby miał czas do namysłu i złożył przysięgę stłumiłby w sobie gniew i chęć głośnego złorzeczenia. Jednak nie miałem co do tego stuprocentowej pewności, a ostatnim czego pragnąłem to narażać bliskich na poważne konsekwencje, nawet jeśli ceną była przyjaźń z Ronaldem. Co do Hermiony byłem dziwnie spokojny. Pewnie zareagowałaby w pierwszej chwili z przerażeniem i gniewem, ale wiedziałem, że nie zajęłoby mi zbyt wiele czasu, by przekonać przyjaciółkę do szczęścia, którym byłem przepełniony i o wielkiej ojcowskiej trosce profesora Snape'a. Koleżanka wybaczyłaby mi te oszustwa, byłem tego pewien.

.: :.

Solem

Z utęsknieniem czekałam na wieczór. Wspomnienia tamtego popołudnia nieustannie zalewały mój umysł. Próbowałam spać przez większość dnia, ale gdy tylko zamykałam oczy na dłużej, koszmary natychmiast wyrywały mnie z objęć Morfeusza. W nocy był przy mnie Severus i to pomagało spokojnie zasnąć, ale w ciągu dnia musiał być w pracy. Uzdrowiciel podkreślał, że bez względu na wyczerpanie psychiczne, mój umysł powinien sam uporać się z powracającą pamięcią i zabronił zażywania jakichkolwiek eliksirów blokujących sny i uspokajających. Leżałam więc w łóżku, nie mogąc skupić się na żadnym zajęciu i z trudem składałam wspomnienia w całość. Wróciło wszystko; kolor sukienki jaką miałam na sobie tamtego dnia, kwiaty, jakie mama włożyła do wazonu, ostatni uśmiech jaki mi posłała i rozradowana mina ojca, gdy tulił do siebie Teodora na powitanie. Co mocno mnie zaskoczyło, we wspomnieniach widziałam także twarz teścia, gdy pochylał się nade mną i krzyczał. Zdziwiło mnie, że nie byłam wówczas nieprzytomna, ale możliwe, że to przez jakieś zaklęcie ocucające. Tobias płakał i błagał, bym z nim została. Uścisk jego dłoni był tak silny, że niemal jeszcze teraz czułam go na swojej ręce. Pamiętałam wszystko i czułam się coraz bardziej rozbita, zagubiona. Wiedziałam, że to co widziałam, to jedynie wspomnienia chwil sprzed wielu lat, ale całe moje ciało reagowało, jakby działo się to przed chwilą.

– Spokojnie, skarbeńku – wyszeptała Eileen, kładąc na moim czole chłodny okład. – Spokojnie – powtórzyła, gdy kolejny krzyk wyrwał się z mojego gardła. Znowu zasnęłam.

– Przepraszam, mamo – wyjęczałam zachrypłym od krzyku głosem.

– Nie masz za co, dziecinko. – Teściowa pochylała się nade mnę i uspokajająco gładziła po policzku.

– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, by Teo tu dziś przychodził. – Usiadłam na łóżku i z troską spojrzałam na Eileen.

– Udało ci się przespać tym razem trzy godziny, skarbie. – Starsza kobieta lekko się uśmiechnęła. – Nie panikujesz i nie reagujesz zbyt dramatycznie, kiedy nie śpisz, więc jestem pewna, że odwiedzin syna nic nie zakłóci, a dobrze zrobi to wam obojgu. Wczoraj, gdy Severus przyszedł do szpitala z Teodorem, byłam przerażona. Był taki blady i przestraszony. Myślałam, że coś się stało, a później Severus powiedział mi, jak bardzo Teo się martwił. Jeśli się czymś dziś wykręcisz będzie się martwił jeszcze bardziej.

– Ma mama rację – westchnęłam. – Sev nie chciał mi powiedzieć co się wczoraj stało i jedynie mnie zbył, ale jestem pewna, że Teo musiał naprawdę zrobić coś poważnego skoro, tak mocno zaryzykował i zabrał go z zamku. Gdyby ktoś ich szukał i nie znalazł w gabinecie … – odetchnęłam i przymknęłam powieki. – Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo za nimi tęsknię – wyszeptałam i z trudem stłumiłam łzy.

– Byli cudownymi ludźmi. – Eileen ścisnęła moją dłoń. – Nie znałam ich długo, a też mi ich brakuje, skarbeńku. Wciąż pamiętam z jaką radością Liwia kupowała wyprawkę dla Teodora albo jak razem pomagałyśmy ci wybrać suknię ślubną. Merlinie, jak odbierałaś dyplomy na uniwersytecie, była taka dumna z ciebie. Była mądrą kobietą i zawsze odnosiłam wrażenie, że wie więcej niż inni.

– Bo wiedziała – odparłam. – Mama czasem przewidywała różne rzeczy. Nigdy o tym nie mówiła, ale niekiedy zdarzało jej się coś napomknąć i później tak się działo. Nie, nie miała daru widzenia – dodałam, widząc zdumioną minę teściowej. – Podejrzewam, że były to bardziej przeczucia niż wizje. Myślę, że to co się stało też przewidziała. Od narodzin Teo zachowywała się dziwnie i te zaklęcia, które rzucała. Sądzę, że się przygotowała. Mamo – spojrzałam na teściową ze łzami w oczach – gdyby nie ona, gdyby nie to zaklęcie, które rzuciła, nie sądzę, by moja moc uratowała Teodora, gdy Voldemort go zaatakował. Na pewno ofiara Jamesa też miała znaczenie, ale moje zaklęcie krwi było przedłużeniem jej zaklęcia – wyznałam.

– Była bardzo odważną kobietą. – Eileen mocniej ścisnęła moje dłonie i pozwoliła sobie na kilka łez. Byłam jej wdzięczna za czuwanie przy mnie i pomoc w zakończeniu odnowionej żałoby po rodzicach. Nie byłabym w stanie przeżyć tego sama. Czułam wielki żal po stracie, a z każdą wylaną łzą potęgowała we mnie potrzeba zemsty. Miałam chęć rzucić się z różdżką na Dumbledore'a i Lupina, miotać w nimi najgorszymi klątwami i bić do nieprzytomności. W śmierci rodziców nie widziałam żadnego sensu. Nawet jeśli chcieli porwać Teodora mogli zrobić to w inny sposób, a starodruki ukryte w skrytkach, tata i tak pokazałby prędzej czy później dyrektorowi. Bolało mnie to tym bardziej, że zostali zabici z ręki przyjaciela, z zimną krwią, bez możliwości obrony, bez ostrzeżenia.

– Mamo, czy on ich zabił z nienawiści do mnie? – Spojrzałam z błaganiem w oczach.

– Nie sądzę, dziecinko. – Eileen pokręciła głową ze smutkiem. – Myślę, że Dumbledore kazał zabić ich ze strachu. Może wiedział o horkruksach i chciał pozyskać w jakiś sposób te starodruki. Podejrzewam, że był pewien, że je znajdziesz i podzielisz się nimi z nim. Przecież nawet z Leen próbował wyciągać coś na temat tej skrytki. Nie myśl o tym w ten sposób. Nie mogłaś ich ocalić. – Spuściłam głowę i leciutko przytaknęłam. Słowa teściowej nie do końca mnie uspokoiły, ale czułam w nich szczerość. Eileen miała rację, nie było większego sensu w zastanawianiu się dlaczego. Nie mogłam teraz iść do Lupina albo Dumbledore'a i spytać. Możliwe też, że nigdy nie dowiem się prawdy.

– Tato, mogę sam powiedzieć mamie? Myślisz, że mi pozwoli? – Usłyszałam wchodzących do mieszkania syna i męża. Teściowa uścisnęła mnie jeszcze mocno, żeby dodać mi otuchy i wyszła przygotować kolację.

– Dziś gotuje babcia – oznajmiła wnukowi. – Masz coś przeciwko?

– Nie, proszę babci, oczywiście, że nie. Czy ja mam pomóc? – Westchnęłam, słysząc syna.

– Oczywiście, syneczku – odparła Eileen. – W jedzeniu mi pomożesz. Teraz leć do mamy. – Roześmiała się i wpuściła chłopca i Severusem do sypialni.

– Jak się mamusia czuje? – Teodor nieśmiało podszedł do łóżka.

– Boli mnie już wszystko od tego leżenia – jęknęłam. – Idź do salonu. Ja się przebiorę i za chwilę dołączę, dobrze?

– Jeśli mama się źle czuje, to ja może nie będę przeszkadzał. – Chłopiec wyraźnie posmutniał.

– Jeśli mnie teraz zostawisz to poczuję się znacznie gorzej – zapewniłam. – Czuję się dobrze, Teo, a twoja wizyta sprawiła, że teraz jeszcze lepiej.

– To ja zaczekam w salonie, bo bardzo chciałem mamie coś powiedzieć, tylko nie wiem czy to mamy nie zdenerwuje – wypalił jednym tchem i szybko uciekł do drugiego pokoju.

– Zdenerwuje mnie? – Spojrzałam na męża. Severus objął mnie w pasie i delikatnie ucałował w usta.

– Troszkę, ale proszę, zgódź się. – Chwycił mnie za podbródek i leciutko pogładził. – Bardzo mu zależy, a ja obiecuję mieć go cały czas na oku.

– Aleś ty się tajemniczy zrobił – mruknęłam z krzywą miną.

– Teo sam chciał ci powiedzieć – odparł z uśmiechem. – A na poważnie; jak się czujesz?

– Spałam trzy godziny – odpowiedziałam i mocno się do niego przytuliłam.

– Będzie lepiej, kochanie, obiecuję. – Przycisnął mnie do siebie z całej siły i ucałował w czubek głowy.

– Co takiego ma mnie nie zdenerwować? – Z uśmiechem usiadłam na kanapie obok syna.

– To chyba nie jest najlepszy pomysł. – Teodorowi nieco osłabł entuzjazm.

– Co nie jest najlepszym pomysłem? Nie denerwowanie mnie?

– Bo ja, bo … bo nasz kapitan poprosił mnie, żebym zagrał w następnym meczu i profesor McGonagall się już zgodziła, ale jeśli mama nie chce to ja nie muszę grać. – Chłopiec spuścił głowę i zaczął wyłamywać sobie palce.

– Naprawdę poprosili cię, żebyś zagrał? – zdziwiłam się, a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Pierwszoroczny? Dlaczego nie chcesz zagrać?

– Chcę, ale wiem, że mama nie lubi, a ja nie chcę żeby mama się denerwowała …

– Teo, syneczku, nie lubię latać, bo kiedyś nie uważałam i spadłam z miotły, co trochę bolało. Przyznaję, że nieco dramatyzuję i przesadzam. Leen wie, że to żarty z tą moją paniką, chociaż nie ukrywam, że chciałabym byś mi obiecał, że będziesz ostrożny. – Delikatnie objęłam syna. – Jeśli zagrasz w tym meczu, to będzie pierwszy raz, kiedy z przyjemnością zasiądę na trybunach.

– Naprawdę mama przyjdzie?

– Oczywiście, że przyjdę – zapewniłam. – Jak mogłabym sobie odmówić. Mój syn w drużynie quidditcha. – Z radością uściskałam chłopca. – Jestem pewna, że wygracie.

– Wątpię – Severus mruknął z udawanym niezadowoleniem.

– Dlaczego? – Spojrzałam na męża zaskoczona.

– Slytherin ma w tym sezonie jedną z najlepszych drużyn od lat – oznajmił i posłał synowi krzywy uśmieszek.

– Co roku to mówisz – sarknęłam. – Będziesz grał przeciw Ślizgonom?

– Tak, ale oni naprawdę mają bardzo mocną drużynę – przytaknął Teo. – Ich szukający jest z szóstego roku i jest niesamowity. W poprzednim sezonie złapał znicz w każdym meczu, a przeciwko Gryffonom ledwie po dziesięciu minutach gry.

– Pamiętam – westchnęłam. – Słuchałam o tym przez blisko miesiąc. Jestem jednak pewna, że ty jesteś co najmniej równie dobrym szukającym.

– Ja jeszcze nigdy nie grałem w meczu – wyznał.

– Zawsze musi być ten pierwszy raz – zaśmiał się Severus.

– A jak zawalę? – Teodor nagle pobladł. – Cały dom będzie miał do mnie pretensje.

– Skarbie, po pierwsze to sport i ktoś przegrać musi, a po drugie – uniosłam głowę syna, łapiąc go za podbródek – to sport drużynowy i odpowiedzialność za porażki spada na całą drużynę. Jestem pewna, że ty dasz z siebie wszystko i nawet jeśli nie złapiesz znicza, to i tak nikt nie będzie miał do ciebie pretensji.

– I mama nie ma nic przeciwko, żebym zagrał?

– Przecież się zgodziliśmy, żebyś trenował – westchnęłam. – Nie mam – dodałam z pokrzepiającym uśmiechem. – Jestem z ciebie naprawdę bardzo dumna i już się nie mogę doczekać, kiedy cię zobaczę. Może zaprosisz też dziadków? – zaproponowałam.

– A mogę? – Teo wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.

– Dziadek zwykle wpada na mecze Gryffindoru ze Slytherinem. Jestem pewna, że i tym razem sobie nie odmówi. Chociaż uprzedzam, że jeśli chodzi o kibicowanie to jesteśmy nieco podzieleni.

– Podzieleni? Mama kibicuje Slytherinowi, prawda? – spytał niepewnie.

– Kibicuję Krukonom, od zawsze i przykro mi, ale to się nie zmieni. No dobra, może trochę się jednak zmieni, gdy będziesz grał przeciwko nim. Tata i babcia są bezwzględnie za Ślizgonami. Babcia – pochyliłam się do chłopca i szeptałam mu na ucho – była przez dwa sezony ścigającym w ich drużynie.

– Naprawdę? – Teodor spojrzał zaskoczony na ojca.

– Naprawdę – przytaknął Severus. – Jak będziemy ich odwiedzali, to poproś, żeby babcia pokazała ci zdjęcia. Zresztą zdaje mi się możesz je zobaczyć też w roczniku szkoły. To będzie jakiś tysiąc siedemset dwudziesty drugi – dodał z diabelskim uśmieszkiem, widząc kątem oka, że jego matka wchodzi do salonu.

– Po tym co przeżyłam wychowując ciebie przez dwadzieścia lat, czasem się faktycznie czuję jakbym miała blisko trzysta – wtrąciła z przekąsem Eileen, a Teo zachichotał. – Byłam ścigającym i przyznam ci się, że wciąż chętnie latam.

– Babcia? – Chłopiec nie krył zdumienia.

– Uważasz, że jestem za stara? – Eileen posłała mu wyzywające spojrzenie.

– Nie, nie – zaprotestował. – Jest babcia bardzo młoda i ładna, i mądra, i …

– A ty jesteś bardzo miłym chłopcem i jestem pewna, że nie odziedziczyłeś tego po swoim ojcu – prychnęła do Severusa.

Na chwilę oderwałam się od trosk i z ciężkim sercem żegnałam się wieczorem z synem. Wizyta Teodora naprawdę dobrze mi zrobiła. Sam jego widok bardzo pomagał. Świadomość tego, że on żył, że przetrwał i wciąż był moim kochanym synem, dodawała sił. Czasem przypominał mi Liwię. Fizycznie zupełnie od niej różny, ale tak samo uprzejmy i spostrzegawczy. Dostrzegał szczegóły, których inni nie widzieli. Zadziwiało mnie, gdy zwracał uwagę na pozornie nieistotne kwestie, które okazywały się ważne. Miałam cudowną rodzinę; męża, którego kochałam ponad życie i który odwzajemniał uczucia, dzieci, wspaniałe i mądre, teściów, którzy na każdym kroku podkreślali, jak ważna dla nich byłam, przyjaciół, ale wciąż odczuwałam brak rodziców i powoli docierało do mnie, że już zawsze będę boleśnie czuła tę stratę. Nie było ważnym w jaki sposób odeszli i ile czasu minęło, wiedziałam że nic nie wypełni dziury w sercu jaką zostawili i musiałam się w końcu z tym pogodzić. Mocno przytuliłam syna, przymknęłam powieki i przez chwilę wydawało mi się, że wciąż pachniał tak samo, jak wówczas, gdy trzymałam go w ramionach po raz pierwszy.

– Kocham cię, syneczku – wyszeptałam mu wprost do ucha. – Dziękuję, że mnie odwiedziłeś. Mam nadzieję, że twój profesor od eliksirów odpuści ci jutro trochę – dodałam już nieco głośniej.

– Jestem dobrze przygotowany, mamo – zapewnił z uśmiechem, pozwolił się ucałować w policzek i poszedł z tatą do jego gabinetu.

Kolejny rozdział: „Ona paskudna i paskudny on. Meblujemy"