ROZDZIAŁ 47

Mężczyźni

Solem

– Solem, witaj. – Byłam zaskoczona, gdy w progu zamiast Narcyzy powitał mnie Lucjusz.

– Dzień dobry.

– Wybacz, ale Narcyza się nieco spóźni – usprawiedliwiał żonę. – Poleciła mi jednak, żebym się tobą zajął – dodał z niezwykłą uprzejmością.

– Może w takim razie wpadnę kiedy indziej – odparłam pospiesznie. – Nie chcę przeszkadzać.

– Nawet tak nie żartuj. – Malfoy udał groźne spojrzenie. – Byłbym bardzo niepocieszony, gdybym nie mógł napić się kawy w tak uroczym towarzystwie, a od Narcyzy dostałbym solidną burę za nie zatrzymanie cię. – Posłałam mu pogodny uśmiech i podałam płaszcz jednemu ze skrzatów. – O ile zdążyłem cię poznać, nie będziesz miała mi za złe, jeśli zaproponuję kawę w bibliotece?

– Najwyraźniej znasz mnie całkiem dobrze. – Starałam się ukryć podniecenie na samą myśl o wejściu do biblioteki Malfoyów, ale moje oczy bezlitośnie zdradzały moją fascynację i Lucjusz uśmiechnął się pod nosem.

– Narcyza wspominała, że chciałabyś przyjrzeć się bliżej portretowi Morgan. – Lucjusz spojrzał pytająco, oczekując wyjaśnień i otworzył wielkie, zdobione wrota.

– Przygotowuję serię o Merlinie i Morganie chciałabym poświęcić tam troszkę miejsca, a niewiele o niej wiem – wyjaśniłam.

– Sama się tym zajmujesz? – dociekał.

– Nie – zaśmiałam się. – Znalazłam człowieka, który wie o Merlinie więcej niż sam Merlin. Był dziennikarzem, pisał do Proroka, ale jak się okazuje ma też niezwykły dar do dziecięcych opowieści.

– Nie piszesz sama? – spytał nieco zwiedzionym tonem.

– Dla dzieci jedynie ilustruję.

– Morgan to dość tajemnicza postać. – Lucjusz wskazał ogromny portret kobiety. – Raz jest wrogiem i zaciętą przeciwniczką Merlina innym razem jego uczennicą, a zdarzyło jej się też być jego kochanką.

– Możliwe, że dopiero po jakimś czasie zwróciła się przeciwko niemu, a o kochance nie słyszałam.

Podeszłam nieco bliżej i z zainteresowaniem chłonęłam każdy element płótna. Morgan tam przedstawiona wyraźnie była w trakcie odprawiania czarów, jednak nigdzie nie było widać ani jej, ani Merlina różdżki. Jej zgrabna dłoń unosiła się nad sporej średnicy misą, podzieloną na dziesięć trójkątów. Każdy zdobił jakiś obrazek i jak mi się zdawało, kompletnie do siebie nie pasowały. Kusiło mnie, żeby poprosić o wypożyczenie obrazu albo chociaż możliwość skopiowania go, ale nie chciałam wzbudzać zbyt dużych podejrzeń. Nie było to dzieło jakiegoś znanego mistrza ani nie przedstawiało zbyt dużej wartości, ale było na nim coś, co nie dawało mi spokoju. Misa. Wyglądała, jakby ktoś namalował ją dużo później, jakby była zupełnie z innej epoki, doklejona do gotowego już dzieła. Zbliżyłam się jeszcze troszkę i starałam się zapamiętać każdy jej fragment, żeby móc później jak najwięcej odtworzyć.

– Czyj to portret? – Oderwałam się w końcu od Morgan i spojrzała na owalny obraz przedstawiający kobietę o znajomej twarzy.

– Nie poznajesz? – zdziwił się Lucjusz. – To nasza praprababka.

– Nasza? – Popatrzyłam na niego z rozbawieniem i zaskoczeniem.

– Matka mojej i twojej prababki – wyjaśnił.

– Czyli ja i ty, jesteśmy …

– Tak jest, kuzyneczko – zaśmiał się i rozsiadł wygodniej w fotelu, popijając kawę.

– To wszystko przez to, że mój ojciec wyjechał stąd dawno temu. Nie mam zielonego pojęcia o swoich przodkach – odparłam jakby na usprawiedliwienie.

– A tego na końcu poznajesz? – Malfoy przyglądał mi się z przekornym uśmieszkiem.

– Merlinie, masz portret Jamesa Pottera? – Podeszłam do niewielkiego portretu wiszącego na końcu ściany.

– Salazarze, broń – wykrzyknął, udając oburzenie. – To jedynie nasz wspólny dziadek.

– Jedna wielka rodzina – sarknęłam i powolnym krokiem przechadzałam się po ogromnym pomieszczeniu. Księgozbiór tam zgromadzony był jednym z wspanialszych, jakie widziałam w prywatnej bibliotece i z trudem hamowałam się przed tęsknym spojrzeniem na skórzane grzbiety.

– Nie dziwię się, że Severus jest o ciebie zazdrosny. – Lucjusz wyrwał mnie z zamyślenia.

– Słucham? – zdziwiłam się.

– Zawsze z rezygnacją mówi o twojej wielkiej miłości – tłumaczył z uśmiechem – i jak widać ma powody do zazdrości. Wśród książek zdajesz się nie dostrzegać niczego innego.

– Och – jęknęłam. – Przepraszam, Lucjuszu. Istotnie, książki potrafią odciągnąć mnie od całego świata.

– To podobnie jak z Morgan. – Malfoy chwycił moją filiżankę i podszedł, podając mi jeszcze parujący napój. – Jestem świadom wspaniałości tego księgozbioru, ale wiedz, droga Solem, że możesz z niego korzystać zawsze, gdy najdzie cię ochota. Jesteś tu zawsze mile widziana.

– Dziękuję – odparłam grzecznie i przyjęłam naczynie z kawą.

– Oczywiście, że jest – wykrzyknęła od progu Narcyza. – Powtarzam jej to za każdym razem, gdy nas odwiedza, a ona i tak wciąż nie znajduje czasu dla przyjaciółki.

– Witaj, Narcyzo. – Uśmiechnęłam się wdzięcznie. – Możesz sobie wyobrazić, jak ciężko wyrwać się z domu przy trójce dzieci, wydawnictwie i księgarni na głowie.

– Nie mam pojęcia, jak ty to ogarniasz – odparła z podziwem pani Malfoy. – I do tego wszystkiego wyglądasz prześlicznie.

– Mam na szczęście sporo pomocy. – Pozwoliłam się uściskać znajomej i przysiadłam na kanapie.

Po krótkiej pogawędce, Lucjusz się pożegnał i wymawiając pracą zostawił nas same.

– Ostatnio Draco skarżył mi się na Severusa – zaśmiała się pani Malfoy. – Podobno zaczął coraz więcej od nich wymagać.

– Pewnie uznał, że czas beztroski dla pierwszaków minął – odparłam. – Mam nadzieję, że jest w stosunku do niego sprawiedliwy, bo z tym u niego różnie.

– Nawet jeśli wymaga więcej, to tylko z korzyścią dla Draco. – Narcyza westchnęła. – Musi w końcu się nauczyć, że nic nie spada z nieba, zwłaszcza dobre stopnie.

– To prawda, ale z tego co słyszałam, wasz syn radzi sobie bardzo dobrze – zapewniłam. – Jest inteligentny i nauka nie sprawia mu trudności.

– Solem, jaki on jest? – spytała nagle. Posłałam jej zaskoczone spojrzenie. – Harry Potter – wyjaśniła.

– Potter? – zdziwiłam się.

– Draco widział was kiedyś razem w bibliotece – wyjaśniła Narcyza.

– Zaprzyjaźnili się z Leen. – Głośno westchnęłam. – Mówiłam ci, jakie co roku mamy problemy z uczniami. Ktoś jej dokuczał, a Potter stanął w jej obronie.

– To zupełnie odwrotnie niż postąpiłby James – prychnęła z niechęcią.

– Narcyzo, nie mieszam moich córek w sprawy polityki. – Posłałam znajomej nieśmiały uśmiech. – Same dobierają sobie przyjaciół i mam nadzieję, z czasem same będą potrafiły dokonać słusznych wyborów. Nie chcę im niczego narzucać. To tylko dzieci.

– Oczywiście, moja droga. – Malfoy machnęła ręką. – Też staram się trzymać Draco z dala od tego, chociaż on jest taki ciekawy – westchnęła. – Czasem się o niego boję, ale liczę, że okaże się być mądry, mądrzejszy od nas – wyznała. – Pytam o Pottera, bo … chyba … Solem, nie szpiegujesz, prawda? Chodzą słuchy o powrocie Czarnego Pana. Lucjusz … nie mów nikomu, dobrze? – Pokiwałam głową na zgodę. – Widziałam kilka razy, jak łapał się za przedramię i wyglądało to tak, jakby bardzo go bolało.

– Potter jest bardzo dobrze strzeżony – odpowiedziałam dyplomatycznie. – Zarówno w zamku, jak i poza nim. Ma na sobie tyle zabezpieczeń, że Gringott przy nim to zwykła sakiewka. Nie potrzeba rzucać zaklęć sprawdzających, by je dostrzec. Po tym co stało się w sylwestra … myślę, że …

– Merlinie – jęknęła zrozpaczona Malfoy. – Myślisz, że on wróci?

– Myślę, że niebawem – wyznałam.

– Skąd wówczas wiedzieliście, że coś się dzieje? – wypytywała Narcyza.

– System zabezpieczeń zadziałał, a poza tym Severus poczuł coś przez swój znak – tłumaczyłam. – Niewielu uczniów było w zamku, a jedynie Pottera brakowało w dormitorium. Rzuciłam zaklęcie naprowadzające i jak się już tam dostaliśmy, razem z nami pojawił się też Flitwick i Minerwa. – Modliłam się w duchu, żeby moje kłamstwo chociaż raz miało nieco dłuższe nogi. Już wcześniej przyjęliśmy taką właśnie wersję w porozumieniu z dyrektorem, ale kto wie, czego dowiedział się Lucjusz.

– Całe szczęście temu chłopcu nic się nie stało – odetchnęła z wyraźną ulgą Narcyza. Wydało mi się nieprawdopodobne, by ktoś mógł tak dobrze grać. Kusiło mnie, by spróbować legilimencji, ale byłam w tym kiepska i spodziewałam się, że mój atak dość szybko zostałby dostrzeżony.

– To grzeczny, skrzywdzony przez życie dzieciak, Narcyzo – zaryzykowałam. – Dzieciak – podkreśliłam.

– Draco wspominał, że ostatnio Potter przeszedł jakąś przemianę – kontynuowała Malfoy. – Wiesz jaki on jest. Zwraca uwagę na wszystko co drogie i w najlepszym gatunku. – Kobieta wywróciła oczami. – Niczym jego ojciec. Zauważył, że od kilku tygodni Potter ubiera się lepiej i jego ciuchy wyglądają na nowe. Myślisz, że ma to coś wspólnego z tym, że ten … jak mu tam … Lupin wyjechał?

– Możliwe. – Wzruszyłam ramionami. – Evans jest raczej osobą, która dba o dobry wizerunek, przynajmniej zewnętrzny. Jakoś nie pasuje mi do niej ubieranie dzieciaka w stare ciuchy po ojczymie.

– Myślisz, że on, Lupin, że działa dla Czarnego Pana? – Z trudem powstrzymałam zdziwienie. Nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy, chociaż wiedziałam kto zdradził Jamesa. Dotychczas zakładałam, że Remus mścił się na mnie za to, że go odrzuciłam i zerwałam przyjaźń, ale nie przyszło mi do głowy, że mógł odgrywać się za upadek Voldemorta.

– Szczerze mówiąc, nie pomyślałam o tym – odparłam z zamyśleniem.

Od pierwszego spotkania z Malfoyami, tuż po tym, jak Severus przyjął mroczny znak, nie mogłam rozgryźć Narcyzy. Za każdym razem ubolewała nad służbą męża, oczekiwaniami Czarny Pan wobec niego i tego w jaki sposób wymuszał swoje posłuszeństwo. Nie trąbiła o tym głośno na lewo i prawo, wręcz przeciwnie. Podczas spotkań w szerszym gronie odgrywała przykładną i oddaną sprawie żonę, ale gdy widziałyśmy się jedynie we dwie, zachowywała się, jakby jej maska opadała. Bardzo chciałam jej wierzyć, ale nie mogłam mieć pewności, a i Severus specjalnie ich nie rozwiewał, dlatego odgrywałam troskliwą żonkę jednocześnie w umiarkowany sposób sprzyjającą Voldemortowi. Wbrew pozorom wcale nie było to łatwe. Narcyza była jedyną osobą, która podczas panowania Czarnego Lorda mogła czuć się dokładnie tak samo jak ja. Zapewne i ona nie raz opatrywała rany męża i przeżywała katusze, gdy wychodził na spotkania. Za każdym razem kusiło mnie, by głośno wylać swoje żale, nawet po jego upadku, ale jakiś wewnętrzny głos nakazywał ostrożność.

.: :.

– Pomóż mi się tego pozbyć. – Podskoczyłam przestraszona, gdy przed bramą wejściową do domu poczułam mocny uścisk na ramieniu. – Proszę – dodał mężczyzna z błaganiem w oczach.

– To boli, Emil – wyjęczałam, spoglądając na jego palce zaciskane na mojej ręce.

– Na Slazara, przepraszam. Solem, przepraszam. – Mulicber puścił mnie natychmiast.

– Kogo mam ci pomóc się pozbyć? – spytałam zaskoczona.

– Nie kogo tylko czego – szepnął, wskazując swoje przedramię. – Proszę, Solem.

Zamarłam, słysząc jego prośbę. Domyślałam się, że musiał widzieć czyste ramię Severusa, ale nie miałam pojęcia skąd wiedział, że to ja ukryłam znak męża. Nie bardzo wiedziałam, co zrobić. Nie mogłam rozmawiać z nim na ulicy, a w domu był Teodor. Liczyłam, że może Severus dostrzeże mnie przez okno, ale nic z tego. Od frontu wszystkie światła były pogaszone i nie zanosiło się, by mąż zamierzał wyglądać mojego powrotu.

– Amelia ostrzegała mnie, że mają mnie na oku, a dziś dostałem wezwanie do Biura Aurorów, na jutro – wyjaśnił. – Solem, proszę. Wiesz, że nikogo nie krzywdzę. Salazarze, modlę się, żeby ten … żeby on nigdy nie wrócił. Przysięgam, jeśli odzyska swoją moc, nie wrócę do niego. Mogę nawet strzec Pottera przed nim – szeptał błagalnie. – Przysięgam, mogę złożyć ci przysięgę wieczystą. Błagam, nie wytrzymam w więzieniu.

– Emil, nie chcę żeby dziewczynki widziały cię w takim stanie – odparłam po chwili. – Przyjdź za dziesięć minut, dobrze? Wyślę je do babci. – Kompletnie zbiła mnie z tropu prośba przyjaciela. Nie miałam pojęcia, co zrobić i musiałam szybko porozmawiać z mężem. Mogłam ukryć znak Mulcibera, mogłam to zrobić jednym dyskretnym ruchem różdżki, ale nie znałam go na tyle dobrze, żeby mu teraz zaufać. Emil nigdy nie wykazał się nadmierną błyskotliwością, ale nie przypuszczałam, że był tak lekkomyślny, by świecić znakiem przy innych. Amelia znała go od dawna. Być może przyjaźń to zbyt wielkie słowo w tym przypadku, ale zawsze wydawało się, że pałali do siebie sympatią. Domyślałam się, że zauważyła mroczny znak podczas ich miłosnych igraszek, ale mimo wszystko zaskoczyło mnie, że go ostrzegła. Była osobą raczej powściągliwą w swoich osądach i rzadko zdarzało jej się kogoś obdarować takim zaufaniem, by narażać się na nieprzyjemności w pracy, a prawdopodobnie i jej utratę. Amelia była członkiem Wizengamotu i do jej obowiązków należało doprowadzać do sprawiedliwych procesów podejrzanych o śmierciożerstwo, a już na pewno nie powinna wyjawiać nikomu tajemnicy o toczącym się przeciwko niemu dochodzeniu.

Tysiące sprzecznych myśli kołatało się mojej w głowie. Nie zdążyłam jeszcze dobrze ochłonąć po spotkaniu z Narcyzą, a już miałam na głowie kolejne problemy. Prawie biegiem pokonała drogę przez gościniec i omal nie wpadłam na Severus bawiącego się z dziećmi w chowanego.

– Odeślij dzieci do babci, dobrze? – poprosiłam. – Emil tu jest – dodałam pospiesznie, widząc jego pytające spojrzenie.

O nic nie pytał. Odetchnął głęboko i wykonał polecenie.

Cała czwórka nie była zachwycona pomysłem, zwłaszcza, że byli w połowie świetnej zabawy, ale po obietnicy, że przyłączę się do nich, gdy gość już pójdzie i będą mogli też przyprowadzić dziadków, bez marudzenia przefiuukały w inną część Doliny Godryka.

– Wiesz, że nigdy bym cię nie zdradził, przyjacielu – zapewnił Mulciber już po złożeniu przysięgi Severusowi.

– Wiem, ale w przeciwieństwie do ciebie, ja nadmiarem zaufania narażam także rodzinę – odparł. – Jest wiele sposobów na złamanie człowieka. Jestem przekonany, że z tobą nie poszłoby im łatwo, ale wybacz, wolę nie ryzykować życia moich żony i dzieci.

– Daj spokój. – Mężczyzna machnął ręką. – Sam dzięki tej przysiędze czuję się spokojniejszy.

– Jak się o tobie dowiedzieli? – spytałam.

– Nie mam pojęcia, może któryś z kumpli, a może jakaś panna albo nie panna, zazdrosny mąż? – Emil spojrzał na mnie wymownie.

– Powinieneś porządnie oberwać po gębie od TEGO zazdrosnego męża – mruknęłam z niezadowoleniem.

– Może to najpierw on powinien oberwać po gębie ode mnie? – odparł z przekąsem Mulciber. – Przeleciał moją panienkę, gdy jeszcze była moją panienką – wyjaśnił, widząc moje pytające spojrzenie.

– Merlinie, to chore – jęknęłam z odrazą.

– Niewiele jest takich chodzących doskonałości, jak ty, Sol. Normalni ludzie czasem błądzą. – Mężczyzna posłał mi ironiczny uśmieszek.

– Och, nie szlajam się po cudzych łóżkach i od razu jestem nienormalna? – warknęłam ze złością.

– Nie to powiedziałem – zaperzył się.

– Oczywiście – prychnęłam. – Uznając za normę ilość twoich partnerek, to faktycznie, daleko mi do normalności.

– Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli – tłumaczył się Emil. – Solem, przepraszam, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu nie powinnaś oceniać Amelii zbyt pochopnie.

– Amelia jest moją przyjaciółką – odparłam. – Nie oceniam jej. To nie moja sprawa z kim sypia. Chore jest to, że zamiast po ludzku dać po pysku Syriuszowi, ty zaciągnąłeś jego żonę do łóżka.

– Znam trochę inna wersję tego zaciągania – sarknął.

– Wykorzystałeś jej chwilę słabości, Emil – westchnęłam.

– Przyznaję, mam słabość do pięknych kobiet. – Mężczyzna rozłożył ręce ze zrezygnowaniem. – No dobra, niech wam będzie – dodał, gdy Severus zaniósł się śmiechem – kobiet w ogóle. Ok, powinienem wówczas odesłać Amelię do domu, ale nie mogłem się powstrzymać. Jest całkiem ponętna, a do tego mogłem utrzeć nosa temu dupkowi. Zawsze mnie denerwował. Co ty byś zrobił na moim miejscu? – zwrócił się do Severusa, a ten w odpowiedzi posłał mu tak mordercze spojrzenie, że przez moment wydawało mi się, że nasz znajomy nieco się skurczył. – Dobra, nie było pytania.

– Nie mam pojęcia dlaczego w ogóle o tym rozmawiamy – westchnęłam. – Bzykajcie się skoro musicie, ale na Merlina, ja wcale nie chcę znać szczegółów. Skąd u was to poczucie, że musicie się przede mną spowiadać ze swoich łóżkowych grzeszków. Najpierw Amelia, później Syriusz, teraz ty. Nie chcę już słuchać o pieprzeniu się z moją przyjaciółką, jej mężem, jego kochankami i w ogóle o … o … no wiesz o czym. Dawaj tę rękę i módl się, żebym jej przez pomyłkę nie odcięła. Zaklęcia są bardzo podobne. – Mulciber natychmiast cofnął wyciągnięte ramię. Przewróciłam oczami i od niechcenia machnęłam różdżką w jego kierunku.

– Co mi zrobiłaś? – spytał, gdy nagle zaczęły oplatać go błękitne promienie.

– Wykastrowałam – prychnęłam i głową wskazałam na jego przedramię.

– Już? – zdziwił się, przyglądając dokładnie swojej jasnej skórze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą widniał mroczny znak.

– Nie, jeszcze nie koniec. Teraz musisz się walnąć porządnie w łeb tą ręką, a później obiecać, że nie będziesz popełniał samobójstwa, gdy Czarny Pan znowu pojawi się na naszym wspaniałym, doskonałym świecie – odparłam z nutką troski.

– Co masz na myśli? – Mężczyzna spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Jeśli tak, jak mi obiecałeś przed wejściem nie wrócisz do niego, gdy odzyska moc, długo nie pożyjesz – odpowiedziałam z powagą. – Słuchaj się Severusa – dodałam, widząc jego pytające spojrzenie – i trzymaj się przysięgi.

– Nie mam wyjścia, przysięga sama mnie teraz trzyma – odparł – przy was – dodał po chwili i uśmiechnął się zalotnie.

– Jak się tak głębiej na tym zastanowię – mruknął pod nosem Severus – to teraz jesteś niczym nasz skrzat – sarknął, a przyjaciel spojrzał na niego z niezadowoleniem, gdy zaczął sobie przypominać słowa wypowiadanej przysięgi.

– Specjalnie tak ułożyłaś przysięgę. – Popatrzył na mnie z wyrzutem.

– Brakuje mi kogoś do pomocy w księgarni – zaśmiałam się. – Wolontariat to świetna sprawa.

– Jestem tym złym – odparł, udając groźną minę. – Chcesz, żebym bawił się z dziećmi?

– Od razu za przyjemności chcesz się zabierać. W księgarni jest dużo do sprzątania, ciągle jakieś książki trzeba układać na półkach. Dobry pracownik to droga sprawa … Emil, ja żartuję – dodałam, widząc jego nietęgą minę. – Nie zamierzamy cię wykorzystywać. Wystarczy, że nikt się nie dowie, kto zamaskował ci ten znak.

– Mów za siebie – wtrącił Severus ze zjadliwą miną. – Mówiłeś poważnie o Czarnym Panu? O tym, że nie chcesz do niego wracać?

– Daj spokój, Sev – odpowiedział Emil – całe to gadanie o czystości krwi jest dobre dla dzieci. Wyrosłem z tego. W łóżku mugolskie dziewczyny są tak samo gorące jak czarownice.

– Myślisz czasem o czymś innym? – spytałam z niesmakiem.

– Nie – odparł krótko i zrobił rozmarzoną minę.

– Kochanie? – Severus z czułością pocałował mnie w czoło. – Pomagamy śmierciożercy – westchnął.

– Pomagamy przyjacielowi – odparłam. – Wiem, że zasłużył, żeby go zamknęli. Z tego co mówiłeś … myślę, że Emil się zmienił.

– Nie wiem, Sol – westchnął. – Myślę, że i on, i Lucjusz żałowali swojej decyzji krótką chwilę po tym, jak przystąpili do śmierciożerców. Czerpali przyjemność z tortur i gnębienia mugoli, bo musieli. Możliwe, że większość tak ma.

– Myślisz, że Narcyza była ze mną szczera?

– Tak – odpowiedział. – Kocha Lucjusza, tego jestem pewien.

– Boję się jej zaufać – jęknęłam.

– I dobrze – odrzekł. – Nie ufaj nikomu w tej kwestii, Sol. – Przytulił mnie z całej siły, widząc moją zafrasowaną minę. – Potrzebujesz o tym z kimś porozmawiać? – spytał łagodnie.

– Nie, Sev. – Uśmiechnęłam się. – Przynajmniej na razie nie. – Odetchnęłam głęboko i pociągnęłam męża w stronę kominka. Zostały nam dwa ostatnie dni ferii wiosennych i zamierzałam w pełni poświęcić je dzieciom, zwłaszcza temu najstarszemu. Przymknęłam jeszcze na chwilę powieki, spoglądając na stos książek o Merlinie i w ramionach Severusa udałam się do domu jego rodziców.

.: :.

Teodor

– Obrazisz się, jak cię zostawię samego i sprawdzę dlaczego Lee tak ciągle na mnie zerka? – Leen popatrzyła na mnie z uśmiechem. – Masz chyba zresztą inne towarzystwo. – Dziewczynka skinęła w stronę ścieżki, którą szło trzech braci Weasley.

– Idź, bo Jordanowi urwie się głowa – zaśmiałem się i wróciłem do swojego zadania domowego.

Na dworze zrobiło się już całkiem ciepło i korzystając ze słonecznej pogody, uczniowie wychodzili na błonia. Ja i Leen także korzystaliśmy z okazji i w oddalonej części, niedaleko jeziora rozkoszowaliśmy się urokami miejsca i swoim towarzystwem. Miejsce pod tym konkretnym drzewem pokazała nam mama. Sami nie byliśmy widoczni z zamku, ale mieliśmy dokładny podgląd na ścieżkę dzięki czemu nie było możliwości, byśmy zostali nakryci bądź podsłuchani.

– Mhm … nowe buty – powitał mnie Fred, a jego brat bliźniak gwizdnął z uznaniem.

– Elegancik z naszej gwiazdy – dodał z przekąsem George.

– Buty jak buty – burknąłem. – I nie jestem żądną gwiazdą.

– Dajcie mu spokój – mruknął z niezadowoleniem Ron. – To chyba nic dziwnego, że człowiek kupuje sobie nowe buty, nie?

– Nic dziwnego, braciszku – odparli jednocześnie. – Ale wnioskujemy, że ferie były udane.

– Nawet – mruknąłem pod nosem. – Matka kupiła mi nowe buty, to chyba nie tak źle – dodałem z uśmiechem.

– Twojego ojczyma wciąż nie ma? – spytał z troską Ron.

– Nie, na szczęście, a co u was? – spytałem grzecznie. – Co u waszych rodziców?

– W porządku – odpowiedzieli jednogłośnie. – Mieliśmy dziwnego gościa – szepnął George, siadając obok. Obejrzałem się dyskretnie na Leen, która pochłonięta była rozmową z przyjacielem, ale nie zwracała na nas uwagi.

– Dumbledore był u nas – wyjaśnił Fred.

– Gadał z Billem na osobności – dopowiedział drugi z bliźniaków, a Ron przytaknął.

– Mama nie była zadowolona, ale nie miała wyjścia – wzruszył ramionami najmłodszy z Weasleyów.

– Domyślam się, że dokładnie znacie treść tej poufnej rozmowy – zaśmiałem się, a trójka moich przyjaciół przytaknęła z przebiegłymi minami.

– Wypytywał Billa o zabezpieczenia starych skrytek u Gringotta – opowiadał jeden z chłopców. – Chciał wiedzieć, czy jest możliwość dostania się do skrytki bez klucza i co zrobić, gdy odziedziczyło się klucz, ale nie można wejść do środka.

– Bill starał się mu to wyperswadować, bo jeśli skrytka należy w całości do niego to bez trudu się otworzy, jeśli są inni spadkobiercy, to muszą być obecni wszyscy – kontynuował drugi. – Ostrzegł go, że jeśli ktoś będzie próbował wejść do środka bez upoważnienia, to mogą go w środku spotkać przykre niespodzianki, a z dużym prawdopodobieństwem już stamtąd nie wyjdzie.

– Dumbledore prosił Billa, żeby sprawdził mu jedną z takich starych skrytek. – Ron spojrzał na mnie uważnie. – Chciał wiedzieć ile czasu minęło od ostatniej wizyty jej właścicieli w środku.

– I teraz najlepsze. – Fred uśmiechnął się z triumfem. – Nie zgadniesz o czyją skrytkę pytał.

– No pewnie nie – mruknąłem. – Mam nadzieję, że nie o tę, którą mam po tacie.

– Nie, a twoja jest w najstarszej części? – zdziwił się George.

– Nie. – Wzruszyłem ramionami. – Ale kto go tam wie, czego szuka.

– My wiemy. – Bliźniacy poruszyli wymownie brwiami.

– No powiedzcie wreszcie – poprosiłem.

– Snape'ów – odpowiedzieli jednocześnie, zniżając głos.

– Profesora Snape'a? – zdziwiłem się.

– Chce się dostać do skrytki, którą odziedziczyła żona profesora po swoich rodzicach – tłumaczył Ron. – Podobno nie może do niej wejść.

– Dumbledore jest zdania, że jest tam ukryte coś ważnego, coś dzięki czemu będzie można pozbyć się na zawsze Sam-Wiesz-Kogo, gdyby wrócił – dopowiedział Fred.

– Żalił się Billowi, że żona profesora za mało się stara, żeby otworzyć skrytkę – dodał George. – Podobno była tam raz, czy dwa i dała sobie spokój.

– Dumbledore prosił też Billa, żeby spróbował ją trochę nastraszyć i żeby przy okazji powiedział jej, że zawartość skrytki może przepaść. – Ron zrobił krzywą minę.

– Słyszałem, że jeśli skrytka nie jest otwierana przez sto lat to wówczas jej zawartość mogą przywłaszczyć gobliny – wtrąciłem. – Bill się na to zgodził? To trochę nie w porządku pakować się w sprawy prywatne kogokolwiek. – Próbowałem przybrać jak najbardziej obojętny ton.

– No, nie w porządku – poparł mnie ku zdumieniu wszystkich Ronald. – No co się tak gapicie? Snape nie Snape to chyba nie jest uczciwe, że ktoś tam próbuje włazić bez zaproszenia.

– Bill powiedział, że jeśli profesor Snape trzyma tam coś, co mogłoby zabić Sam-Wiesz-Kogo, to na pewno, by się podzielił. – George ponownie zerknął w stronę, gdzie siedziała Leen. – Niezbyt był zadowolony z tej rozmowy, bo Dumbledore go w końcu zmusił, żeby porozmawiał z panią Snape. Nawet powiedział w jakie dni pracuje w księgarni i podkreślił, że wtedy jest sama, bez męża.

– Bill później żalił się mamie – dodał Fred ze współczuciem. – Mówił, że nie chce pakować się w kłopoty, że nie chce włazić z buciorami w życie prywatne pani Snape.

– A mama – wtrącił George – mu przytaknęła. Powiedziała, że to bardzo nieładnie i że jest przekonana, że profesor podzieliłby się, gdyby znalazł coś o czym mówił dyrektor. Opowiadała też Billowi o rodzicach pani Snape i prosiła, żeby był bardzo delikatny, gdy będzie z nią rozmawiał o tej skrytce.

– Wspominała, że znała jej ojca ze szkoły, podobno był Gryfonem – wtrącił Ronald z miną wielkiego odkrywcy. – Chyba go lubiła. Podobno zaraz po szkole wyjechał do Włoch i tam się ożenił z dużo młodszą od siebie kobietą.

– Jeśli była chociaż w połowie tak ładna jak jej córka, to wcale mu się nie dziwię. – Fred posłał rozmarzone spojrzenie w kierunku Solem, która przechadzała się z młodszymi córkami brzegiem jeziora i po chwili, gdy dostrzegł zbliżającego się do nich mężczyznę w czerni, odwrócił wzrok. W pierwszej chwili wykonał ruch, jakby chciał się gdzieś schować, ale gdy uświadomił sobie, że profesor był jeszcze daleko i z całą pewnością zmierza do żony, nie do nas, odetchnął.

Przyglądaliśmy się przez chwilę w ciszy, jak profesor wita się z żoną i córkami. Bardzo spodobał mi się ten obrazek i chyba mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem. Byłem nieco zaskoczony postawą Weasleyów w stosunku do moich rodziców. Nie spodziewałem się, że któreś z nich, oprócz bliźniaków, będzie broniło mojej mamy. Byłem przekonany, że cała rodzina Rona była ślepo oddana dyrektorowi i nigdy żadne ani mu się nie sprzeciwiło, ani nie sprzeciwi. Byłem tak zadowolony z ich postawy, że przymknąłem oko na uwagi Freda odnośnie urody mamy i babci.

– Nie wiem co ona w nim widzi – burknął Ron.

– Przeszedłeś na jasną stronę, braciszku? – zaśmiał się Fred.

– Nie jest taka zła – wymruczał pod nosem.

– Nie sądzisz chyba, że dla niej jest taki wredny jak dla nas – odpowiedział zamyślony George.

– Chociaż pewnie dostała od niego niejeden szlaban – zarechotał Fred.

– Leen wspominała, że w domu jego kary są bardziej wymyślne niż szlaban – wtrącił drugi bliźniak.

– Powinniśmy powiedzieć pani Snape o tym co usłyszeliście w święta? – spytałem nagle z powagą.

– Jak chcesz to zrobić? – spytał zaskoczony Ron. – Podejdziesz i powiesz, że podsłuchiwaliśmy? Wyśmieje nas.

– Obiecała nam pomóc z mapą huncwotów i kilka razy wyciągnęła nas ze szlabanów u Filcha – westchnął George.

– I nigdy nie ma pretensji, jak wciągamy w coś Leen – dodał Fred. – Ja bym spróbował. Może Leen powiemy? – Popatrzyliśmy po sobie i po chwili spoglądaliśmy w stronę Jordana plotkującego z przyjaciółką.

Eileen

– Odnoszę wrażenie, że czegoś ode mnie chcesz. – Z uśmiechem usiadłam obok kolegi. – Szyja cię nie boli? – zakpiłam.

– Myślałem, że szybciej się nie domyślisz, że chcę pogadać na osobności – mruknął, wywracając oczami.

– Może trzeba było podejść – zaśmiałam się. – Coś się stało? – spytałam łagodnie.

– Chciałem cię o coś prosić. – Lee spojrzał na mnie, przygryzając wargę.

– Korzystaj z mojego dobrego nastroju – zachęciłam. – Mogę ci pomóc, ale zadań domowych nie zrobię za ciebie – dodałam poważnym tonem. – Ojciec by mnie przeklął.

– Nie o to chodzi – odparł lekko zawstydzony.

– No to co się dzieje?

Jordan był zwykle dość wygadany i otwarty. Rzadko zdarzało się, że chłopiec miał problemy z wyrażeniem myśli i zaczynałam się niepokoić o przyjaciela. Nie miałam pojęcia, o co chciał mnie prosić i co było tak krępujące, że wpatrywał się we mnie przez dobrą minutę, nie mogąc wydusić słowa.

– Lee? – Zamachałam mu przed nosem, widząc, że się zamyślił.

– Nie, nic już – mruknął. – Nieważne. – Posłał mi miły uśmiech i wyciągnął w moim kierunku czekoladową żabę.

– Nie zwiedziesz mnie. – Spojrzałam na niego spod zmrużonych powiek. – Mów, co chciałeś.

– Leen, myślisz że … – zawahał się. – Nie wiesz, czy twoja mama nie szuka jakiegoś pracownika na wakacje? – wypalił w końcu.

– Mama? Nie wiem. – Wzruszyłam ramionami. – Szukasz pracy?

– Chciałbym coś znaleźć – odparł. – Chciałbym znaleźć coś w Dolinie, żeby mieć blisko.

– Sam spytaj. – Wstałam i wyciągnęłam do niego rękę. Jordan niewiele myśląc, chwycił mnie i pozwolił się poprowadzić do mamy.

– Eeee, tam jest twoja mama i … Leen – próbował protestować, ale było już za późno.

Solem

– Cześć Lee. – Uśmiechnęłam się do dzieciaków. – Chcieliście nam coś powiedzieć? – Z rozbawieniem spojrzałam na ich splecione dłonie.

– Ja … nie, pani Snape, to nie tak. – Chłopiec pospiesznie puścił rękę Leen, a widząc piorunujące spojrzenie jej ojca niebezpiecznie pobladł.

– Mamo, mam dziesięć lat – burknęła Eileen, wywracając oczami. – Co ty, babcia jesteś? – zakpiła.

– Och, bo to takie … – Nie dokończyłam uciszona groźnym spojrzeniem męża. Zrobiłam niewinną minę i po chwili spoważniałam. – Coś się stało, gwiazdeczko?

– Lee chciał o coś spytać – oznajmiła i popchnęła nieco kolegę, a Severus poderwał się z koca, wpatrując się z zainteresowaniem w swojego ucznia. Wyglądał na bardzo zaniepokojonego tym, o co też pan Jordan chciał zapytać. – No spytaj – zachęcała dziewczynka. – Nic ci nie zrobią, serio – zapewniła. – Żyję już z nimi trochę i mam się całkiem nieźle.

– Co się stało, Lee? – Spojrzałam łagodnie na chłopca.

– Chciałem spytać, czy nie potrzebuje pani pracownika na wakacje, pani Snape? – wydukał w końcu. – Ale skoro nie, to nieważne. Przepraszam, że przeszkodziłem w sobotnim relaksie. Do wiedzenia.

– Lee – zatrzymałam go. – Jaka konkretnie praca cię interesuje i w jakim wymiarze? – spytałam i wyciągnęłam do niego pudełko z owocami, do którego dosiadł się Severus. Posłał chłopakowi mordercze spojrzenie i ten szybko cofnął rękę, nie częstując się.

– Wezmę wszystko, pani Snape – odpowiedział. – Mogę nawet na całe dnie, przez dwa miesiące.

– Nie planujesz żadnych wakacji? – zdziwiłam się. – Konsultowałeś to z tatą?

– Siostra jedzie na całe wakacje do babci, a tata wspominał, że ma dużo pracy – odparł. – Ja wiem, że jeszcze mam dużo czasu, ale chciałbym po szkole studiować dwa kursy, a to dość drogie i myślałem, że jak będę mógł pracować chociaż w wakacje to uda mi się odłożyć na jeden semestr. – Posłałam mu przyjacielski uśmiech i ponownie zachęciłam do zjedzenia owoców.

– Pracę w księgarni obiecałam już Weasleyom. – Zamyśliłam się. – Nie znajdę tam pracy dla waszej trójki. Na pewno będziemy potrzebowali kogoś na zastępstwa w wydawnictwie, ale to w zależności od tego jak ułożą się urlopy – westchnęłam. – Pozwolisz, że się zastanowię? Dam ci odpowiedź w poniedziałek.

– Jeden z moich asystentów bierze wolne na całe wakacje – wtrącił od niechcenia Severus. – Mogę pana zatrudnić w wytwórni przy sklepie w Dolinie do pomocy przy ingrediencjach. Osiem godzin dziennie wyciskania czyrakobulw, siekania ziół, krojenia, dłubania, ucierania i miażdżenia. Jako premię dodaję swoje towarzystwo – uśmiechnął się zjadliwie. – Jeśli dobrze się będziesz spisywał być może będę mógł zaproponować ci jeszcze pracę później w ciągu roku szkolnego. Cztery, pięć godzin tygodniowo. Zainteresowany?

– Ja? – Jordan spojrzał na swojego profesora, jak na wariata.

– A kto? – prychnął. – Potrzebuję kogoś na dwa miesiące, a jak się pan domyśla, panie Jordan, niewielu uczniów pyta o pracę w moim sklepie. – Severus uśmiechnął się mimo woli.

– Panie profesorze, naprawdę mógłbym później pracować dla pana w ciągu roku szkolnego? – Chłopiec nie dowierzał.

– Tylko jeśli się dobrze spiszesz podczas wakacji i jeśli twój ojciec i opiekunka domu wyrażą zgodę – wyjaśnił mu. – Myślę, że mógłby pan odłożyć nawet na więcej niż jeden semestr. – Severus spojrzał na mnie z ukosa i kątem ust odwzajemnił mój uśmiech.

– Dziękuję, profesorze. Zrobię wszystko, by pana nie zawieść – odparł Lee, kłaniając się przed nauczycielem.

– Co chciałbyś studiować? – spytałam.

– Dziennikarstwo i pisarstwo, proszę pani – odpowiedział grzecznie.

– Zakochana para, zakochana para – wykrzyknęły chórem bliźniaczki, skacząc wokół siostry i jej przyjaciela. – Leen ma chłopaka i będzie go całować – wyśpiewywały, a ich siostra momentalnie poczerwieniała.

– Zamorduję was, wy małe …

– Hej, hej, hej – uspokoiłam je szybko. – Bez rękoczynów – pogroziłam starszej córce. – A wy, przeproście, natychmiast. Lee i Leen.

– Ale to jest jej chłopak – odburknęła Asteria z niezadowoleniem.

– To nie jest mój chłopak – warknęła Eileen.

– Jest, widziałam jak szliście sobie za rękę. – Selene uniosła znacząco brwi.

– Leen, jest moją koleżanką – tłumaczył się pospiesznie chłopiec, widząc, jak nozdrza jego profesora zaczęły niebezpiecznie drgać, a dłoń zacisnęła się na różdżce.

– Wiemy, Lee – zaśmiałam się. – Przeproście, natychmiast. – Spojrzałam groźnie na młodsze córki.

– Ale on wciąż wypisuje jej imię w notatniku – tłumaczyły się dziewczynki, a chłopiec poczerwieniał jeszcze mocniej.

– Słucham? – Przykucnęłam przed dziewczynkami. – Zaglądałyście do notatnika Lee?

– Nie – odpowiedziały pospiesznie. – My się tam bawiłyśmy, a Lee coś sobie tam pisał i pisał, i zajrzałyśmy, bo on się gapił, to znaczy patrzył na Leen i to nas zainteresowało, co on tak patrzy – tłumaczyły się bliźniaczki. – Wcale nie podglądałyśmy. Przepraszamy Lee – powiedziały na koniec ze skruchą. – My tylko żartowałyśmy. Ciebie też – mruknęły w stronę siostry.

– Jeszcze mnie popamiętacie – warknęła cicho Eileen.

Wywróciłam oczami i rozłożyłam ręce z bezsilności. Moje córki nie kłóciły się zbyt często, a jak już do tego dochodziło, to na szczęście szybko zakopywały topór wojenny. Eileen zwykle się odgrażała i zapewniała, że wypróbuje na bliźniaczkach nowe zaklęcia jakich nauczyła się od profesora Davisa, a bliźniaczki natychmiast przepraszały. Nie bały się starszej siostry, ale zwykle dość szybko pojmowały, że niektórymi uwagami nie należy się dzielić na głos, a już na pewno nie w złośliwy sposób. Z trudem ukryłam zaskoczenie, gdy dowiedziałam się o notatniku Jordana. Próbowałam się nie roześmiać, ale przychodziło mi to z trudem do chwili, gdy spojrzałam na męża. Mord w jego oczach na wieść, że jego córunia może podobać się jakiemuś chłopcu sprowadził mnie na ziemię. Dyskretnie chwyciłam go za rękę i lekko pogładziła jej wierzch.

– Na kiedy może mieć pan zgodę ojca na pracę u mnie? – zwrócił się po chwili do ucznia.

– Już rozmawiałem z tatą o pracy i jestem pewien, że do poniedziałku wieczorem powinien mi ją przysłać – zapewnił Jordan.

– W takim razie oczekuję cię w poniedziałek przed kolacją w moim gabinecie – oznajmił Severus.

Leen spojrzała na nas niepewnie i gdy jej kolega grzecznie się pożegnał ruszyła za nim. Severus otwierał już usta, by zaprotestować, ale mój mocny uścisk skutecznie go od tego odwiódł.

– Myślisz, że idą się całować? – spytała dość głośno Selene, zwracając się do siostry.

– Chodź, sprawdzimy. – Asteria posłała jej wyzywające spojrzenie, ale obydwie natychmiast zostały zatrzymane.

– Przestańcie dokuczać siostrze – poprosiłam łagodnie.

– Ale ona naprawdę mu się podoba – odparła z niezadowoleniem Selene.

– To nie powód, by im dokuczać – tłumaczyłam.

– Jesteś zły tatku? – Asteria wskoczyła Severusowi na kolana.

– Nie jestem – burknął pod nosem.

– Widzę – nie dawała za wygraną dziewczynka.

– Nie jestem zły – powtórzył. – Nie podoba mi się, że dokuczacie siostrze.

– Już nie będziemy – zapewniła. – Myślałam, że się złościsz, bo poszli się całować za drzewo – mruknęła od niechcenia Asteria.

– Co? – Mężczyzna poderwał się z koca i zaczął rozglądać się na boki w poszukiwaniu Leen.

– Żartowałam – krzyknęła i po chwili wszystkie trzy zaczęłyśmy chichotać.

– Jakież wy zabawne – prychnął i z groźną miną chwycił jedną z bliźniaczek. – Wracamy do domu – oznajmił i posadził sobie na barana Asterię. Selene wskoczyła mi na rękę i objęci ruszyliśmy w stronę zamku.

.: :.

Severus

– Tatku? – Leen nieśmiało wetknęła głowę do salonu, w którym siedzieliśmy z Solem.

– Słucham? – Spojrzałem zapraszająco na córkę.

– Od kiedy masz asystenta? – spytała cicho, siadając na kanapie obok.

– Od zawsze – mruknąłem od niechcenia i udawałem pochłoniętego ważną lekturą.

– Nieprawda – zaoponowała dziewczynka.

– Prawda – syknąłem.

– Pani Vance przygotowuje ingrediencje w sklepie – kłóciła się dziewczynka.

– Owszem, czyli pracuje jako moja asystentka – wyjaśniłem.

– Ale pani Vance nie wyjeżdża na wakacje. – Leen nie dawała za wygraną. – Widziałam się z Cleo, jej córką i ona powiedziała, że mama zabiera ich tylko na dwa tygodnie do Francji, a resztę czasu będą w Anglii, bo jej starszy brat zaczyna studia i muszą się przygotować i podobno nawet pani Vance liczy na więcej pracy, bo jej syn chce studiować transmutację, a to dość drogie studia – paplała.

– Czy czegoś ode mnie potrzebujesz, Leen? – Posłałem jej piorunujące spojrzenie znad książki.

– Chciałam tylko spytać, dlaczego chcesz zatrudnić Lee? – Kątem oka dostrzegłem, jak Sol dyskretnie kręci głową, ale nie zdążyła powstrzymać córki i pytanie już padło.

– Bo potrzebuję asystenta – warknąłem. – I nie sądzę, bym musiał się przed tobą tłumaczyć, młoda damo.

– Nie, tato, oczywiście – odparła ze skruchą. – Tylko … dziękuję, tato – wyszeptała i mocno się przytuliła. – Lubię Lee i myślę, że on nie potrzebuje tej pracy, żeby móc samemu zapłacić za studia – szeptała wtulona w moją pierś. – On chyba nie chce siedzieć sam w domu podczas wakacji. Pytał mnie nawet, czy nie wiem, czy nie mógłby zostać w Hogwarcie.

– Nie mógłby – mruknąłem.

– Jego mamusia zmarła w tym domu, w zeszłe wakacje. – Mocniej przytuliłem córkę.

– Wiem – szepnąłem. – Pan Jordan to porządny chłopak i dobry uczeń, a ja dzięki jego pomocy będę miał więcej czasu dla was – dodałem łagodnym tonem.

– Nie gniewasz się na niego? – spytała niepewnie.

– Nie, dlaczego miałbym? – Uniosłem brew.

– My się wcale nie całowaliśmy, tato – tłumaczyła się.

– Wyobraź sobie, moja panno, że jeszcze jestem w stanie odróżnić żarty twoich sióstr od prawdy. Gdybyś zrobiła coś złego, zapewne nigdy by cię nie wkopały.

– Wyglądałeś, jakbyś uwierzył – zachichotała.

– Pan Jordan dobrze wie, co się z nim stanie, jeśli chociaż spróbuje cię pocałować.

– No, ale kto go przerobi na ingrediencje skoro to on się tym będzie zajmował? – zaśmiała się Leen. Nie wytrzymałem i sam zacząłem się śmiać. – Bądź spokojny, ja się nie całuję. – Cmoknęła mnie w policzek i uciekła do swojego pokoju.

– Urosłeś do rangi supermegabohatera w jej oczach. – Solem usiadła obok mnie i oplotła się moim ramieniem.

– Zawsze byłem – mruknąłem zarozumiałym tonem.

– Będziesz dla niego miły, prawda? – poprosiła.

– Tego nie było w umowie – prychnąłem.

– Sev – jęknęła – chyba nie zatrudniłeś go, żeby się nad nim pastwić.

– Nie, oczywiście, że nie – odparłem z ironią. – Zatrudniłem go, bo gdybym tego nie zrobił, ty byś go zatrudniła, pewnie troszkę na siłę – wytłumaczyłem – a później okazałoby się, że nie ma co robić i całe dnie spędza z Leen, która zapewne znalazłaby milion powodów, by odwiedzać wydawnictwo w tym samym czasie, w którym on zbija bąki po kątach.

– Myślisz, że ona naprawdę mu się podoba? – spytała niepewnie.

– Przestań się już ze mną drażnić – syknąłem wprost do jej ucha.

– Pytałam poważnie.

– Sol, ona ma niecałe jedenaście lat – odparłem, uważnie się jej przyglądając.

– A on prawie czternaście. – Popatrzyła zmartwiona.

– Hej, słonko. – Chwyciłem ją za podbródek. – To jeszcze dzieciaki, a Leen jest rozsądna. Jordan raczej też. Nie masz o co się martwić.

– Nie martwię się o to, no wiesz … są chyba jeszcze za młodzi …

– Nie chyba, tylko na pewno – przerwałem jej twardo. – Nie wierzę, że to mówię, Solem, ale przestań wygadywać głupoty, to jeszcze dzieciaki, rozsądne dzieciaki. I tak, myślę, że Leen podoba się panu Jordanowi. Jest ładna, mądra i bystra. Wiem, że często mu pomaga z pracami domowymi. On na pewno to docenia, ale nie sądzę, żeby posunął się dalej niż jakieś nic nieznaczące trzymanie za rękę. Zresztą myślę, że i z tym trzymaniem nie masz się co martwić.

– Ja się nie martwię, Sev, ja się jedynie zastanawiam – prychnęła. – Nie chcę, żeby Leen cierpiała. W tym wieku bardzo ciężko znosi się zawody miłosne.

– Jeśli któreś z nich kiedyś będzie cierpiało, to z całą pewnością nie będzie to Leen – zapewniłem. – A nawet jeśli, Sol, nie ustrzeżesz jej przed dziecięcym zauroczeniem. Merlinie, ja to mówię? Nie powinienem się złościć na samą myśl?

– Przyznaj się, że lubisz Lee – zaśmiała się.

– Już powiedziałem, że to porządny chłopak. Nie będę się powtarzał – warknąłem. – Powiedz mi lepiej co tak pochłonęło cię wcześniej. Wyglądałaś na bardzo zapracowaną z tymi książkami.

– To książki, które dała mi Amelia – wyjaśniła niezbyt zadowolona ze zmiany tematu. – Są dziwne – tłumacząc, wstała z kanapy i zebrała ze stołu trzy grube tomy. – Na początku myślałam, że to trzy tomy jednej książki, ale okazało się, że jedna o trzech różnych okładkach.

– I co w tym dziwnego? – zdziwiłem się. – Często jak wznawiacie jakąś książkę to zmieniacie okładkę.

– No tak, ale nigdy nie wydajemy czegoś z różnym ilustracjami i okładkami w tym samy wydaniu – wyjaśniała. – A tutaj w każdej książce jest ta sama data wydania. Zresztą nie różnią się niczym oprócz niektórych rycin. Zobacz tutaj – otworzyła wszystkie na jednej z nich – w dwóch jest Merlin z laską, a w trzeciej brakuje laski. Tutaj jest Morgan nad kociołkiem. W pierwszej i trzeciej ma na głowie diadem, w drugiej nie. I praktycznie każdy rysunek się czymś różni w jednej z książek. Myślę, że to jakiś klucz.

– Skąd Amelia je wzięła?

– Z domu Syriusza. Robili tam porządki czy coś – odparła. – Jest dziesięć obrazków, na każdym czegoś brakuje. Ta misa na portrecie Morgan u Malfoyów, też była podzielona na dziesięć części. Myślisz, że to coś znaczy?

– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Dziesięć to dość naturalny podział. Odtworzyłaś tę misę?

– Tylko częściowo – jęknęła. – Nie miałam zbyt wiele czasu, ale w tym tygodniu postaram się znaleźć gdzieś zdjęcie tego obrazu. Poszukam w bibliotece, a jak nie będzie to spróbuję porozmawiać z moim byłym profesorem od historii malarstwa nieożywionego. Wiem, że miał niezłego bzika na punkcie zbierania albumów, w których nic się nie rusza, jak to podkreślał.

– Przepraszam, że niewiele ci pomagam – westchnąłem ze skruchą.

– Przestań, pomagasz przecież. – Przytuliła się do mnie, odsyłając książki na stolik.

– Wyglądasz na zmęczoną, kochanie. – Spojrzałem na nią z troską i delikatnie pogładziłem po policzku. – Coś cię martwi? I błagam nie mów, że związek naszej córki z Lee.

– Trochę – mruknęła. – To znaczy nie martwi, nie to – wyjaśniła, gdy zrobiłem zaskoczoną minę. – Martwię się o to, że Leen tak bardzo się o niego martwi. On jest strasznie zagubiony. Jego ojciec skupił się na córce, a Lee … sam słyszałeś, nawet nie ma chęci wracać do domu. To dobry człowiek, ale śmierć żony mocno nim wstrząsnęła. Podejrzewam, że Lee odgrywa przed ojcem twardziela, a w głębi mocno go potrzebuje.

– Rozmawiałaś z nim? – spytałem, przyglądając się jej uważnie.

– Nie, to nie moje sprawy, Sev – jęknęła. – Nie mogę dorosłego mężczyzny wciągać w zwierzenia. Aurora wspominała, że widzi Lee często na wieży astronomicznej, zwykle po ciszy nocnej.

– Wiem – mruknąłem pod nosem. – Spotkałem go tam kilka razy podczas obchodu. – Posłała mi zmartwione spojrzenie. – Nie wchodzę tam, gdy widzę, że jest sam – dodałem pospiesznie. – Rozumiem, dlaczego tam chodzi. Naprawdę, Sol nie jestem zwierzęciem bez serca.

– Nie jesteś, kochanie – odparła, przepraszającym tonem. – Aurora też go stamtąd nie przegania. Chciała porozmawiać z Minerwą, ale odradziłam jej to na razie. Poprosiłam, żeby dała mu jeszcze trochę czasu.

– Minerwa by mu zabroniła tam chodzić.

– Taka już jest – mruknęła z rezygnacją. – Pewnie starałby się mu pomóc, ale regulamin ponad wszystko. Będziesz dla niego miły w pracy?

– Postaram się – odpowiedziałem, a Sol uśmiechnęła się do mnie promiennie. – Ja zawsze jestem miły.

– Yhy.

– Pamiętasz jak w zeszłym roku Rick Hadge, ten Krukon z czwartego wylądował w skrzydle szpitalnym z językiem do pasa?

– Pamiętam – przytaknęła. – Pamiętam też, że nie bardzo chciałeś mi powiedzieć co się stało, a była przy tym Leen i się martwiłam.

– Hadge naśmiewał się niej, a jak mu odpyskowała próbował rzucić na nią jakiś urok, ale Lee w porę go od niej odbił – opowiadałem. – A po chwili sam rzucił w niego tym wielkim językiem.

– Żartujesz. – Solem spojrzała z nie dowierzaniem.

– Nie – odparłem z powagą. – Obiecałem Leen, że będę pamiętał o tym, że to jej przyjaciel. I pamiętam, Sol.

– To takie romantyczne – pisnęła.

– Śmieszne – prychnąłem, wywracając oczami. – Muszę ci się jednak do czegoś przyznać.

– Brzmi groźnie.

– Początkowo myślałem, że on i bliźniacy, przyjaźnią się z nią z czystego wyrachowania …

– Nie jestem pewna, czy chcę byś kończył – westchnęła z rezygnacją. – Sprawdzałeś ich.

– Niestety, taki już ze mnie drań – odparłem. – Zaznaczam jednak, że to było przed tym incydentem z językiem. Wówczas jeszcze Leen nic nie obiecywałem.

– I to cię usprawiedliwia? – Solem pokręciła z niezadowoleniem głową.

– Nic im przecież nie zrobiłem – odburknąłem. – No dobra, odpytywałem ich częściej niż innych, zadowolona?

– Nie – odparła krótko.

– Kiedyś podsłuchałem ich rozmowę …

– Pogrążasz się, Sev. – Spojrzała na mnie z politowaniem.

– Nie moją jest winą, że gadali głośno w bibliotece – usprawiedliwiłem się.

– Co takiego podsłuchałeś? – spytała z rozbawieniem.

– Żalili się Leen, że im więcej spędzają czasu z nią, tym ja ich więcej gnębię – odparłem niezrażony jej miną. – Leen powiedziała, że rozumie i chciała odejść, ale jej nie pozwolili. Jeden z bliźniaków powiedział, że to dla nich tylko większe wyzwanie, że nie zamierzają się poddać bez walki. Poza tym wmówili jej, że potrzebują czwartego do gry w qudditcha, a ona jest najlepsza.

– Odpuściłeś im? – Solem uniosła brwi.

– Nie. – Uśmiechnąłem się zjadliwie. – Z każdym tygodniem gnębię ich coraz bardziej. To sowa? – zdziwiłem się, przyglądając uważnie trzepoczącemu za oknem zwierzęciu. Zaskoczony podszedłem do okna, a ptak natychmiast podleciał do Solem. Odwiązała zwinięty pergamin i puściła sowę. – To szkolna sowa. – Przyjrzałem się jej z zaskoczeniem. – Od kogo to?

– Nie wiem, jeszcze nie rozwinęłam – Wywróciła oczami.

– Pokaż. – Wyciągnąłem do niej rękę w oczekiwaniu.

– To do mnie, Sev – mruknęła, przeleciała szybko po tekście i zaskoczona podała mi list.

Kolejny rozdział: „Stary znowu knuje"