ROZDZIAŁ 50

Grecja

Severus

Odniosłem dziwne wrażenie, że coś było nie tak. W jednej chwili czułem na piersi ciężar żony, a już w następnej było mi lekko, jakbym unosił się w powietrzu. Po ciężkiej nocy z Solem, nie bardzo miałem chęć na szybkie zrywanie się z łóżka, a już na pewno nie pierwszego dnia wakacji. Dzieci miały wrócić do domu wieczorem i liczyłem, że przy odrobinie szczęścia uda mi się spędzić całkiem upojne przedpołudnie. Coś jednak wciąż nie dawało mi spokoju. Czułem na sobie czyjś wzrok i nie miałem pojęcia skąd, ale podejrzewałem, że to nie Solem na mnie patrzy. Odetchnąłem głęboko, to zdecydowanie nie był jej zapach. Owszem w moje nozdrza uderzyła ostra woń pergaminu i starych ksiąg, ale to było zbyt intensywne jak na kobietę, która zwykle tuliła się do mnie w czasie snu, chyba, że była po nocy spędzonej w bibliotece, ale przecież zdecydowanie nie spędziła jej poza łóżkiem, czułem to każdym mięśniem. I gdzie były jej włosy? Po raz pierwszy od piętnastu lat nic cholernego nie budziło mnie łaskotaniem w nos. Przeciągnąłem się i z przerażeniem odkryłem, że ani z lewej, ani z prawej strony nic mnie nie otaczało. Jakby ktoś odciął spory kawał naszego łóżka.

– Solem! – krzyknąłem przerażony. Poderwałem się natychmiast i z trudem złapałem równowagę.

Niepewnie rozejrzałem się dookoła i z niedowierzaniem przetarłem oczy. Siedziałem na łóżku, ale to z całą stanowczością nie było moje łóżko. Obok siedziała kobieta, niewątpliwie piękna, ale to zdecydowanie nie była moja żona. Torba. Torba, którą uszykowałem sobie na naszą podróż, chociaż to było, jak przynajmniej mi się zdawało, moje. Tylko, gdzie u licha byłem i kim do jasnej cholery była ta twardo spoglądająca na mnie baba? Wyglądała podejrzanie. Ubrana w jasną zbroję siedziała wygodnie w wielkim, skórzanym fotelu, u którego boku spoczywał miecz i tarcza. Miałem szukać laski, różdżki albo innego magicznego oręża czarodzieja, a nie jakiegoś cholernego miecza. Przymknąłem ponownie powieki z nadzieją, że to tylko jakiś głupi sen, ale to niczego nie zmieniło.

Wysoka blondynka wciąż uparcie się we mnie wpatrywała z lekkim i łagodnym uśmiechem. Dopiero teraz spostrzegłem na jej kolanach bitewny hełm. Miecz, tarcza, hełm. Moje oczy wędrowały po pomieszczeniu od jednego przedmiotu do drugiego, a kobieta z każdą napotkaną przeze mnie wskazówką uśmiechała się coraz szerzej. Oplecione gałązkami oliwnymi półki uginające się od różnego rodzaju ksiąg; stare oprawione w skórę, nowe kolorowe z jakiegoś tłoczonego papieru, ciasno zwinięte pergaminy już na pierwszy rzut oka wyglądały na bardzo zróżnicowane wiekiem, mapy wyglądające na takie tworzone setki lat temu. Nieco dłużej skupiłem uwagę na jednym barwnym rzędzie. Książki ilustrowane przez moją żonę, a obok te, które sama pisała. I moje książki, które Solem pomogła mi napisać. Moje eliksiry wydane w opracowaniu przez nią. Tworzyłem ich wiele, ale w przeciwieństwie do niej nie posiadałem talentu do pisania. Sporo przyrządów, których przeznaczenia nie znałem i sporo, których niekiedy sam używałem. Przeleciało mi przez głowę, że moja żona wiedziałaby do czego służy każdy z nich. Często przeszukiwała zakamarki magicznych i mugolskich antykwariatów w poszukiwaniu maszyn liczących. Niektóre stanowiły jedynie ozdobę jej gabinetu, inne wykorzystywała przy obliczeniach.

Ponownie wróciłem wzrokiem do zajmowanego przez kobietę fotela i tarczy, o którą oparty był miecz. Puklerz z prawdopodobnie koziej skóry, w którego centrum coś się wiło. Węże – jęknąłem w duchu. Kłębowisko węży oplatających twarz z opaską na oczach. Meduza? Egida – podpowiedział jakiś głos w głowie.

– Już wiesz, Severusie? – odezwała się kobieta ciepłym, łagodnym głosem.

– Atena – odpowiedziałem niepewnie. – Śnisz mi się? – spytałem, wstając w końcu z łóżka.

– Z tym do Morfeusza – parsknęła nieco urażona. – Chciałbyś bym była jedynie snem?

– Chciałbym wiedzieć gdzie jestem i gdzie jest moja żona – odparłem, starając się zachować spokój.

– Co pierwsze, Severusie? – Atena ponownie się uśmiechnęła.

– Gdzie jest Solem, nic jej nie jest? – Próbowałem uniknąć desperacji w głosie, ale kobieta nie dała się zwieść. Posłała mi pełne troski spojrzenie.

– Podejrzewam, że nie dzieje się jej krzywda – odparła. – Bardzo chciałam zabrać was oboje, ale Apollo się uparł – prychnęła, zaciskając usta. – Uznał, że skoro przez lata zsyłał na nią natchnienie ma do niej takie samo prawo jak ja. Co najmniej jakby twoja żona miała mniej mądrości niż talentu. No dobrze, niech mu będzie. Jest tu więcej jej ilustracji niż wiedzy, którą starała się przekazać innym, ale to tylko dlatego, że …

– W jej ilustracjach jest więcej mądrości niż pustych obrazków – przerwałem jej z zamyśleniem, przypominając sobie bajki, które ilustrowała. Nigdy specjalnie nie zagłębiałem się w ich treść, ale to co powiedziałem było w istocie prawdą. Książki, które tworzyła były dla wielu pierwszym etapem poznawania świata, a ona jak nikt inny potrafiła zachęcić do tego najmłodsze dzieci. Zatęskniłem za nią i nagle noc, którą spędziliśmy ostatnio wydała mu się niezwykle odległą przeszłością.

– Śmiesz mi przerywać, Severusie? – spytała z lekkim rozbawieniem.

– Przepraszam – odparłem z pokorą. Miałem ochotę potrząsnąć kobietą, by powiedziała gdzie jest Solem, a najlepiej żeby zaprowadziła mnie do niej, ale czuł,em że to nie najlepszy pomysł.

– Osobiście uważam, że masz sporo szczęścia, ty albo twoja żona, albo oboje – odparła. – Apollo to niewątpliwie piękny, przystojny młodzieniec, ale ma przyjacielskie zamiary w stosunku do twej ślicznej żonki. Podejrzewam, że skorzysta jedynie z jej talentu. – Kobieta wstała i przesunęła dłonią po półce Solem. Nie bardzo podobała mi się uwaga o jakimkolwiek korzystaniu z mojej ukochanej, ale przełknąłem kąśliwą uwagę i odetchnąłem głęboko, uspokajając nerwy. – Dużo gorzej by było, gdyby to Posejdonowi, stary dureń, udało się ją wynegocjować. – To nie spodobało mi się jeszcze bardziej. Posejdon miał negocjować o moją kobietę z innymi bogami. To jakaś kpina. Była moją żoną, ślubowała mi wierność i nikt, nikt, nawet jakiś pieprzony bóg mórz czy innych pierdół, nie miał do niej prawa. – Idiota ma słabość do piękności o bujnych włosach. Pewnie jedyne czego by od niej oczekiwał to igraszki w mojej świątyni – wypluła oburzona.

– Solem nigdy nie pozwoliłaby żadnemu innemu mężczyźnie, by ją dotykał – warknąłem ze złością, zaciskając pięści.

– Oczywiście, że nie – krzyknęła, odwracając się do mnie. – Może i Apollo podarował jej nieco talentu, ale przypominam, że ma ją tylko dlatego, że ja już miałam ciebie. Nie moja wina, że zasnąłeś przed nią.

– Czyli to sen? – spytałem z nadzieją.

– Nie – odparła krótko i wróciła na swój fotel.

– Powiesz mi co tu robię? – Mój wzrok padł na kamienną sowę siedzącą na oparciu fotela. – Nie powinna być żywa? – zdziwiłem się.

– A jak myślisz, dlaczego cię tutaj sprowadziłam?

– Nie znam się na ptakach. – Wzruszyłem ramionami.

– Ale pewnie wiesz, jak ją przywrócić – westchnęła z rezygnacją. – Coś ożywiło tę przeklętą gorgonę na mej tarczy, podejrzewam, że ten idiota z trójzębem. Rozpustnik – warknęła ze złością. – Pomóż mi – poprosiła. – Muszę odzyskać mą tarczę i sowę.

– Jesteś boginią mądrości – skomentowałem z ironią.

– I wiem, gdzie ukryta jest część laski Merlina – odparła z przekąsem.

– Sowa i tarcza. – Pokiwałem głową. – Nie zrobię tego jedynie przy pomocy mojej różdżki. Czy ona tu działa? – spytałem nagle.

– Oczywiście – odpowiedziała z łagodnym uśmiechem. – Nie pozbawiłabym cię oręża w tym niepewnym świecie. Jesteś jednym z moich ulubieńców. Zaraz po Solem i Leen. Jest taka mądra. No i po Teodorze oczywiście. Nie, nie, przed tobą są jeszcze Asteria i Selene. Eileen, uwielbiam twoją mamę, a Tobias – westchnęła z rozmarzeniem. – No dobrze, niech ci będzie. Nie jesteś numerem jeden na liście, ale z nich wszystkich w tobie najwięcej rozsądku, a zdecydowanie masz go więcej niż twoja żona.

– Będę potrzebował mandragory i bazyliszka – mruknąłem pod nosem, przyglądając się kamiennej sowie.

– Doprawdy? – zadrwiła Atena. – Sama bym nie wpadła. Przecież jestem tylko boginią mądrości.

Solem

– Severus – mruknęłam zmysłowym głosem. – Kawa? Jesteś kochany. – Uśmiechnęłam się błogo, wciąż nie otwierając oczu.

– Mogę spełniać wszystkie twe pragnienia, gdybyś tylko zechciała przytulić się do mego ramienia – usłyszałam męski głos, który zdecydowanie nie był głosem mojego męża. I na wszystkich bogów, dlaczego ktoś w naszej sypialni, przy Severusie, śmiał rymować, nie wspominając już o zuchwałości tych słów. Zacisnęłam usta ze złością i otworzyłam oczy. Byłam przekonana, że to jakiś żart mojej rodziny i w myślach miała ułożoną już całą tyradę. Ale jedynie głośny krzyk wydobył się z moich ust, gdy oczy natrafiły na właściciela głosu.

– Jesteś goły, nagi, nie masz ubrania i … i nie jesteś moim mężem. I blondynem – prychnęłam i natychmiast zamknęłam oczy.

– Czy nagość ma dla pani przeszkodą? Ubiorę się więc, powiedz tylko słowo – odparł dźwięcznym głosem.

– No, raczej mógłbyś jakieś portki wciągnąć i błagam, nie rymuj – poprosiłam, wciąż zaciskając powieki.

– Czy me rymowanie wprawia cię w zakłopotanie? Czy może fakt, że gdy młoda godzina, mój chiton na oparciu krzesła, zamiast na ramionach się zgina? – Wywróciłam w duchu oczami, słysząc kolejny mierny rym i już sama nie miałam pojęcia co bardziej mnie irytowało.

– Możesz się ubrać i przestać rymować? – poprosiłam ponownie. – Gdybyś mi jeszcze wytłumaczył, gdzie jestem, co tu robię i gdzie jest Severus, byłabym wdzięczna.

– Otwórz oczy, niewiasto, pogromczyni boskiego serca, me szaty zakryły przyczyny twego rumieńca. – Niepewnie uchyliłam najpierw jedno, później już nieco pewniej drugie oko i zaczęłam rozglądać się po tajemniczym pokoju.

– Leen, Teo, profesorze? – krzyknęłam. – Jeśli to jakiś wyrafinowany żarcik, to obiecuję, pożałujecie. Cała trójka. – Odetchnęłam głęboko i czekała na jakąś reakcję, przynajmniej Teodora, ale żadne z moich dzieci się nie odezwało, a na twarzy tajemniczego mężczyzny pojawiło się rozbawienie.

– Twoich dzieci tu nie ma, pani najjaśniejsza. To nie żart, a ja jak najbardziej prawdziwym jest i kawa najzwyklejsza – odrzekł po chwili, wyciągając do mnie filiżankę aromatycznego napoju.

– No dobra, teraz czuję się nieco zaniepokojona. – Nerwowo rozejrzałam się po pomieszczeniu. Wielkie łoże, na którym wciąż siedziałam pościelone było niezwykle przyjemną w dotyku pościelą. W wezgłowiu wyrzeźbione były chyba wszystkie instrumenty świata i dopiero teraz zorientowałam się, że zewsząd otaczała mnie cudowna, delikatna melodia wygrywaną na lirze, ale nigdzie nie mogłam dostrzec źródła dźwięku. Komnata otoczona była jedynie trzema ścianami, a na przeciwko łoża rozciągał się bajeczny widok. Zdecydowanie byłam na jakiejś górze i to wcale nie jakimś niskim pagórku, ale dość wysokim wzniesieniu.

Ulżyło mi, że miałam na sobie swoje szaty i niezbyt pewnie wygramoliłam się spod lejącego prześcieradła. Pod łóżkiem dostrzegłam swoją torbę, którą od jakiegoś czasu szykowałam na wyprawę w poszukiwaniu laski, a obok niej leżał długi, prosty łuk. To nie była broń, której poszukiwałam, ale mocno mnie zastanowiła. Spojrzałam z ukosa na już ubranego mężczyznę. Krótki chiton luźno zwisający z jego ramion oplatał pas z wawrzynu.

– Czy ja jestem na Parnasie? – spytałam nieśmiało, a mężczyzna jedynie przytaknął z szerokim uśmiechem. – Umarłam i za karę muszę słuchać twoich rymów? Merlinie, co ja takiego zrobiłam?

– Gdybyś umarła lub zmieniła w duszka, całunem bym cię nakrył, nie złożył w poduszkach – odparł i skrzywił się, głośno wzdychając. – Masz rację, muszę zaprzestać rymowania. Miałem nadzieję, że mi przejdzie do pory śniadania. Ale rymy moje mierne wciąż pozostają, podejrzewam, że urody twojej piękno je onieśmielają.

– No to co tu robię, skoro nie umarłam? – spytałam, przygryzając wargę.

– Mam problem, a ty moja pani jesteś jedyną, która może mi pomóc – wyjaśnił. – Dionizos robi imprezkę, urodziny chyba. Oczekuje ode mnie jakiegoś dzieła sztuki. Mógłbym mu coś zagrać, ale wszystko już zna, mógłbym coś napisać, ale sama słyszysz moje rymy. Mógłbym kogoś pozbawić nagle życia i mogłaby to być śmierć niezwykle twórcza, ale nie mam nastroju dziś na zbijanie, no i strzały ma siostra zabrała w kołczanie.

– Nie potrafię pisać ani komponować – odparłam z westchnieniem.

– Ależ moja pani, potrafisz malować – wykrzyknął Apollo.

– Mam namalować obraz dla Dionizosa? – zdziwiłam się. – Mogę się już obudzić? – poprosiłam. – Severus, obudź mnie – pisnęłam.

– Nie śpisz, moja droga. – Mężczyzna usiadł obok na łóżku i chwycił mnie za rękę. – Czy tak źle ci ze mną? Stąd twoje wołanie? Przysięgam ci, zostawię na sobie to ciasne ubranie.

– Powiedzmy, że nie śpię. – Odetchnęłam i przymknęłam nico powieki. – Powiedz mi co tutaj robię? Jak się tutaj znalazłam? I Severus? Jest gdzieś tutaj? Nic mu nie jest?

– Na pierwsze swe pytanie odpowiedź już znasz – zaczął łagodnie. – Karmię cię weną, więc przysługę masz. Potrzebuję twojego obrazu. – Przymknął powieki, wzdychając z rozmarzeniem. – Z Posejdonem walczyłem o ciebie młoda damo, sama domyśl się po co chciał cię i to nie dla sztuki. Dużo mu nie brakło, by cię zabrać do świątyni. Atena, by się wściekła, ale ciebie lubi, nie sądzę, by zmieniła cię w coś oślizgłego. Nie mogłem cię jednak jemu oddać. Zbyt cenna jesteś dla mnie, śliczna ma dziewojo. Obiecałem starcowi z trójzębem, że i dla niego prezent przygotujesz. Coś niezwykłego może namalujesz. Ja mam potrzebę, ty masz narzędzie, chociaż obiecuję, bez względu na rezultat, obdaruję cię tym, czego teraz szukasz. Jedna część z klejnotem, dwa obrazy, uczciwe równanie. Zjesz ze mną lekkie śniadanie? – Głośno jęknęłam, gdy bóg wrócił do rymowania. – Już przestaję, obiecuję. Nie mam jej przy sobie, ale dam ci namiar. Siedzę tu na górze, wszystko dobrze widzę, Delfy piękne miasto – westchnął. – A tak, powiem ci, gdzie część skarbu ukryta. Tylko namaluj pięknie. Sama wiesz, jak trudno zadowolić Dionizosa. Z Posejdonem pójdzie łatwo, nie zna się na sztuce. Wystarczy mu twój uśmiech i rozpłynie się w toni. Ale chyba ciebie czas powoli goni.

– A reszta moich pytań? – Spojrzałam błagalnie na mężczyznę. – Czy moja różdżka tutaj działa? Nie mam farb, muszę transmutować kredki – wyjaśniłam.

– Działa, moja pani, działa wyśmienicie – odparł. – Reszta pytań. Jak się tu znalazłaś? Ktoś czar na cię rzucił. Nie powiem ci kto, bo to tajemnica i nie próbuj zgadnąć. Jeśli go zdemaskujesz, więcej czaru nie rzuci. Pozostaniesz z jednym kawałkiem patyka, a potrzebujesz dziesięciu, o ile się nie mylę. Może twój mężuś, coś jeszcze dorzuci. Kwestia tego, jak jemu pójdzie z zadaniem.

– Gdzie on jest? Jest bezpieczny? – Spojrzałam przestraszona na Apolla.

– Spokojnie, moja droga. – Mężczyzna położył mi rękę na ramieniu i zatrzymał na łóżku, gdy próbowałam wstać. – Nic mu nie jest, o ile się orientuję, jedna bogini się nim opiekuje.

– Bogini? – zdziwiłam się. – Która? – spytałam, starając się ukryć zazdrość.

– Pewnie jakaś piękna, nie … na pewno nie Hera. Też nie Artemida, moja siostra nie znosi mężczyzn – prychnął. – Mężem każdym gardzi. Coś pewnie na A. Może Afrodyta? Och, ona wie, jak męskie serca kraść. I nie tylko serca. – Uśmiechnął się lubieżnie pod nosem. – Piękna kobieta. Poznałaś ją? Jeśli twój luby trafił w jej komnaty … Sypialnie ma wielką i łoże olbrzymie. Gwarantuję, że jeśli jest pod jej opieką, przeżywa właśnie szczęśliwe chwile.

– Afrodyta? – jęknęłam. – Severus i … ale on nie lubi blondynek. – Spojrzałam błagalnie na Apolla. – I co ona niby od niego chce? To bogini piękna …

– I miłości, ma pani – dokończył mężczyzna z rozbawieniem.

– I myślisz, że starczyłoby we mnie miłości dla innej?

Odetchnęłam głośno, słysząc od progu głos męża.

– Apollo, jak możesz tak straszyć tę piękną dziewczynę – zganiła go Atena stojąca obok Severusa.

– Wiesz, jak lubię żartować, a ta śliczna dziewczyna tak słodko się rumieni. – Apollo wstał i podszedł do wysokiej bogini.

– Wybacz, że przeszkadzam, ale ten tu oto – wskazała na Severusa, który teraz mocno mnie tulił – zmartwiony był i zaniepokojony. Jego myśli wciąż do ukochanej uciekały, a nieopacznie wspomniałam o tym głupim starcu z morza. Obawiałam się, że sam nic nie wymyśli. Nie masz mi za złe? Oni są tacy romantyczni. – Kobieta spoważniała i otworzyła oczy z przerażenia. – O nie, Afrodyta. Jest gdzieś w pobliżu.

– Nie martw się, tu się nie dostanie – odparł Apollo. – Dość w tej komnacie miłości i nie czas na kochanie. Tych dwoje ma trudne przed sobą zadanie. Może jak skończą co im wyznaczymy, w okowy miłości udać się pozwolimy.

Usiedliśmy do śniadania, na które zaprosił nas bóg sztuki. Początkowo obydwoje nie czuliśmy się zbyt swobodnie, ale rozluźnialiśmy się z każdą chwilą spędzoną z dwójką bogów. Wolałam nie wspominać o swoim niezbyt przyjemnym poranku, ale opowiedziałam mężowi czego Apollo ode mnie chciał. Pomimo malkontenctwa Dionizosa, moje zadanie wydawało się o wiele prostsze niż Severusa.

– Wiem, jak to rozwiązać – odparł, gdy podzieliłam się z nim wątpliwościami. – Mam już w głowie eliksir, ale potrzeba mi mandragory. Nie kwitnie o tej porze roku – westchnął z rezygnacją.

– Dionizos – krzyknęłam. – Dionizos mógłby nam pomóc. Może uda mi się go jakoś zachwycić i … no tak, ale to ma być prezent od Apolla, nie ode mnie.

– Jest ktoś jeszcze od opieki kwiatów – zaśmiał się bóg, słysząc moje słowa.

– Afrodyta – jęknęłam.

– Słuszny tok myślenia – odezwała się łagodnym tonem Atena. – Znam Afrodytę nie od dziś. Jeśli poprosisz obdaruje cię kwiatem – zwróciła się do Severusa. – Jednak jeśli w twej miłości znajdzie choćby małą lukę, wykorzysta to dla siebie. Karmi się miłością nie tylko swoją. Jeśli twoje serce łączy się tylko z twą żoną, ona to doceni, drogi Severusie. Apollo – warknęła nagle ze złością – przestań mi na siłę wciskać w usta rymy. Nie chcę, nie potrafię, wierszować nie będę, więc zabierz to czym prędzej ode mnie. – Bóg mrugnął do mnie i z trudem powstrzymał uśmiech, widząc złość bogini.

– Gdzie ją znajdę? – spytał Severus.

– Kręci się tu, na dole – mruknął Apollo. – Lubi kwiaty, coś co kwitnie wiecznie – podpowiedział ze szczerym uśmiechem.

– Wiem co robić. – Objął mnie i mocno przytulił. – Wygląda na to, że jesteś tu bezpieczna, ale miej różdżkę w pogotowiu – szepnął mi do ucha. – Bądź spokojna. Nie ma żadnych luk.

– Wiem – odparłam z uśmiechem. – Nic mi nie będzie – dodałam. – Zajmę się swoim zadaniem. Chcę już wracać do domu.

– Wrócimy. Obiecuję – odpowiedział i mocno mnie pocałował. – Będę potrzebował twojego patronusa, dasz radę? – spytał jeszcze, zanim wyszedł. Przytaknęłam z uśmiechem.

Odetchnęłam głęboko i z zapałem zabrałam się za prezenty dla bogów. Nie miałam wątpliwości co zadowoli Dionizosa i Posejdona, ale nie byłam pewna, czy któregoś będzie w stanie oczarować ożywiony obraz. Próbowałam sobie przypomnieć wszystko o czym czytałam w mitologii i nagle spłynęło na mnie zrozumienie. Portret Morgan. Na fragmentach misy były namalowane sceny z mitologii między innymi. Nie zdołałam zebrać wszystkich dziesięciu obrazów, ale te, którymi dysponowałam dawały, jak mi się wydawało dostateczne wskazówki. Nie tylko sceny z życia bogów zdobiły naczynie, ale nie chciałam teraz o tym myśleć. Miałam zadanie i całą swoją moc skupiłam teraz na nim.

– Egida? Czy wciąż niewidoma? – Usłyszałam rozbawiony głos Apolla.

– Jeszcze jedno słowo i zmienisz Dawida we Florencji – warknęła ze złością Atena. – Gdybyś się nie wtrącił ze swoim malowaniem, tych dwoje by już dawno przywróciło moje atrybuty. Przez ciebie muszę czekać, aż ta dziewczyna obrazy skończy. W dodatku każesz jej malować dla tego potwora. Więcej części tej laski powinna zażądać. Posejdon i sztuka – wypluła. – Nie jest w stanie docenić prawdziwego piękna.

– Jestem dziwnie spokojny, że mu się spodoba – zaśmiał się mężczyzna. – Ta słoneczna kobieta, jak sama zauważyłaś, jest nie tylko utalentowana, ale i mądra. Zobaczysz, że to co namaluje i ciebie zachwyci. Mam nadzieję tylko, że Posejdon jej żart doceni.

– Myślisz, że możemy zerknąć? – spytała szeptem Atena.

– Ja wciąż patrzę – mruknął Apollo i po chwili dostrzegłam stojącą obok kobietę.

– W istocie piękne są te winorośle – zachwyciła się. – I wiatr w nich wiejący jest taki prawdziwy. A ten słoneczny promień owoc grzejący. Apollo, nie będę rymować. – Bogini wywróciła oczami i uśmiechnęła się do mnie łagodnie. – Jest taki denerwujący – mruknęła, ale raczej z rozbawieniem niż złością.

– Nie lękaj się. – Nad drugim ramieniem usłyszała męski głos. – Wszystko do ładu wróci.

– Łatwo ci mówić – mruknęłam, pokrywając płótno pięknymi malunkami. – To nie ty malujesz dla rozkapryszonego faceta, który ma … ileś tam tysięcy lat.

– Twój dar nie pochodzi tylko ode mnie, śliczna, słoneczna dziewczyno. – Apollo uśmiechnął się. – Atena stoi przy drugim twym boku. Twój mąż swą mądrością i odwagą chronić też cię będzie. Martwisz się o dzieci? Zupełnie niepotrzebnie. Chcesz na nie popatrzeć? Z góry widać wiele. Chodź. – Wyjął pędzel z mojej dłoni i poprowadził w stronę tarasu. – Odpoczynek na kawę dobrze ci zrobi. Chciałbym od trosk cię uwolnić boś miła dziewczyna, ale wyrocznia w twym temacie milczy jak zaklęta. Nie zdradzę ci co będzie, chociaż … zdradzę troszkę. – Bóg wskazał na zbocze, po którym właśnie wspinał się mój mąż obładowany naręczem kwiatów. – Dar Afrodyty niezwykle szczodry. Miłość, moja droga, może nieść potęgę, ale niedaleko niej mieszka zguba – westchnął i zerknął z ukosa na Atenę. – Na szczęście mądrość to także wasz sługa. Spójrz tam, rumiana dziewczyno. Twoje córki i syn. Na dwoje moje dary płyną, ale spójrz na Atenę jak twarz jej się śmieje. Mądrości im nie braknie i odwagi wcale, jedno w ślady ojca, drugie w ślady matki, a co kryją w sobie te śliczne dzierlatki? Sen z twych powiek spędzają. Wyrocznia podpowiada, że to niepotrzebne. Są mądre i sprytne, zaradności im nie brak. Ateno, kogo z naszych bogów widzą twoje oczy?

– Wiesz, że nie mogę zdradzić, ale te dziewczęta urocze … czuję do nich słabość. – Kobieta uśmiechnęła się szczerze i lekko pogładziła mnie po włosach. – Nie martw się, odnajdą swą drogę i pasję. Sporo dumy z nich cię czeka. Możesz być pewna. Och – jęknęła – widzisz, Apollo kto obok nich przemyka?

– Przemyka? Chyba kroczy leniwie, ale obydwie naraz? A nie, na jednej jego wzrok spoczywa dziewczynie. – Poczułam, jak po moich policzkach spływają łzy. Według bogów był dopiero ranek po naszej upojnej nocy, ale patrząc teraz na swoje dzieci, miałam wrażenie, że minęła już cała wieczność, gdy byłam ostatnio z nimi.

– Kochanie, co się stało? – Severus objął mnie mocno.

– Nic – szepnęłam. – Dzieci.

– Są bezpieczne, słonko. – Przycisnął mnie mocniej i pogładził lekko po plecach.

– Zróbmy szybko co mamy zrobić i wracajmy do nich – odparłam, chwytając męża za dłonie. – Ładna jest? – spytałam po chwili niepewnym głosem.

– Kto? – udał zaskoczenie.

– Apollo stwierdził, że to naręcze kwiatów, jakim cię obdarowała, to bardzo hojny dar. – Przygryzłam lekko wargę.

– Zapewniam, że jej hojność nie była podyktowana moim zachwytem nad nią – odpowiedział z powagą. – Jest blondyną – prychnął. Posłałam mu powątpiewające spojrzenie. – Niech ci będzie – jęknął z rezygnacją. – Jest całkiem ładna, ale … nie mogłem na nią spojrzeć. To znaczy za każdym razem, gdy podnosiłem na nią wzrok widziałem ją tylko przez ułamek sekundy. Jej twarz zmieniała się w twoją. Za każdym razem. Jesteś piękna – dodał, z czułością gładząc mnie po policzku. – Dostałem tyle mandragory ile sam wręczyłem jej kwiatów. Na szczęście droga do niej usłana była kwiatami mirty. Była też pełna zachwytu nad naszą rodziną i ubolewała, że to wszystkie nasze dzieci.

– Severus, obiecałeś jej coś? – Popatrzyłam na niego sceptycznie.

– No wiesz? – oburzył się. – Miałbym planować powiększanie rodziny bez twojej akceptacji? Nigdy bym ci tego nie zrobił – prychnął, spoglądając na mnie karcąco.

– Severus. – Zmarszczyłam brwi. – Mów mi prawdę – zażądałam.

– Ok, nic się przed tobą nie ukryje, co? – odparł z niezadowoloną miną. – Jest boginią płodności – zaczął niepewnie. – Nie była zadowolona, gdy powiedziałem, że nie chcesz więcej dzieci.

– Ja nie chcę? A co z tobą? – Zrobiłam zaskoczoną minę. – Sam ciągle powtarzasz, że czas odpocząć.

– Zgadza się i podtrzymuję; to co mamy w zupełności mi wystarczy – odparł z niezadowoleniem. – Obiecałem jej, że nie będę stawał na drodze płodności moich córeczek i nie uszkodzę żadnego z wybranków ich serc – wypluł. – Ale … – dodał z przekąsem – zastrzegłem, że dopiero, gdy będą gotowe na trwały, stabilny związek. Czyli …

– Nigdy? – parsknęłam.

– Nie – mruknął – jak skończą szkoły. Tyle udało mi się wynegocjować.

– Uch – jęknęłam. – Aż się boję co będzie, gdy w końcu nakryjesz Leen z Lee w bibliotece.

– Co? – Severus posłał mi złowrogie spojrzenie.

– Przepraszam, muszę wracać do malowania. Wiesz, Posejdon czeka – odrzekłam z rozbawieniem, a oboje wciąż towarzyszących nam bogów wybuchło gromkim śmiechem.

.: :.

Eileen

– Profesorze, kiedy rodzice wrócą? – spytałam zmartwiona, przechodząc obok drzwi sypialni rodziców.

– Nie wiem – mruknął. – Mam nadzieję, że nie za prędko.

– Dlaczego? – zdziwiłam się.

– Tam, gdzie są teraz, czas płynie szybciej – wyjaśnił. – Twojej mamie może zdawać się, że minęły już wieki. Boję się, że tęsknota nie pozwoli jej dokończyć zadania, a ja … nie mam mocy, by rzucić czar ponownie. Muszą to zrobić za jednym zamachem, za jednym zaklęciem.

– Martwię się o nich.

– Wrócą, głupia dziewucho i przestań się mazać, bo jak matka zobaczy, to na pewno rzuci w diabły zadanie i wróci do ciebie – skarcił mnie, ale mimo ostrego tonu objął mocno ramieniem. – Chodźcie, nie przeszkadzajmy im – dodał już łagodniej.

– Możemy im pomóc? – spytał z nadzieją Teodor.

– Jasne, będą wniebowzięci, jak cię do nich wyślę – prychnął. – Musicie być silni. Obiecałem im, że się wami zajmę. Co prawda mówili jedynie o wczorajszym dniu, ale podejrzewam, że wolą bym miał na was oko i teraz.

– A Asterka i Selenka? – Spojrzałam z troską na swojego profesora.

– Rozmawiałem z waszą babcią i one zostaną na razie u dziadków – wytłumaczył.

– Mamy tutaj siedzieć nie wiadomo jak długo?

– Pewnie, że nie – prychnął starszy czarodziej. – Dziś my tutaj posiedzimy, ale od jutra wasza babka zajmie się rodzicami, a ja was zabieram do siebie.

– Do siebie? – zdziwił się Teo.

– No, na uniwerek – odparł z uśmiechem. – Będę mógł w końcu z tobą trochę poćwiczyć. Te dzienniki są fajne, ale nie ma to jak praktyka, nie młody?

– A mama i tata nie będą się na mnie złościć? – spytał sceptycznie. – Profesorze, ja obiecałem Terry'emu, że go odwiedzę w wakacje. On się trochę boi i profesor McGonagall zapewniła, że jak będzie do niego szła to mnie zabierze.

– McGonagall? – Davisowi zapaliły się iskierki w oczach. – Jutro się z nią skontaktuję w tej sprawie.

– A co z tym starym prykiem w skrytce rodziców? – zapytałam z niewinną minką.

– Z tym, jak mu tam było? – Profesor udał, że się zastanawia. – A Kretynos Dumbledore. Z tego co wiem, wasi starzy chcieli go wypuścić zaraz na początku wakacji, ale skoro śpią, co nas to obchodzi. Czerpcie z cudzych błędów i nie właźcie, gdzie was nie proszą – zaśmiał się złowrogo.

.: :.

Severus

– Solem – wykrzyknąłem z zachwytem – te konie są … są niezwykłe. – Z podziwem przyglądałem się obrazowi, który moja żona namalowała dla Posejdona.

– Myślisz, że Atena mnie nie przeklnie za to, że umieściłam ją na obrazie dla niego? – spytała, lekko przygryzając wargę.

– Atena jak Atena, ale jego żona, jak jej tam było nie pamiętam, jest ponoć nieco zazdrosna – odparłem szeptem. – Słyszałem co nieco, gdy byłem tam na dole. Matka byłaby wniebowzięta, gdyby mogła na dłużej trafić do Afrodyty – zaśmiałem się.

– Nie spodoba mu się – mruknęła. – I te hipokampy są jakieś takie … ja nawet nigdy ich nie widziałam.

– Ten obraz jest prześliczny, kochanie – zapewniłem.

– Mężczyzna ma rację, Posejdon będzie bliski obłędu. Oddałbym wszystko za odrobinę twego talentu – wtrącił się Apollo.

– A jak tobie idzie? – Solem spojrzała na mnie z troską.

– Sowa właśnie wyleciała na łowy – odparłem z triumfem. – Czekam teraz na bazyliszka, ale nie chciałem ci przeszkadzać.

– Mogłeś mówić – wykrzyknęła. – Ale Sev, on nikogo nie skrzywdzi, przecież wiesz.

– Kochanie uwierz we mnie chociaż trochę – poprosiłem. – Skoro mój eliksir może kogoś ożywić z kamienia, bez problemu mogę zrobić eliksir, który będzie miał odwrotne właściwości.

– To po co ci bazyliszek? – Spojrzała na mnie sceptycznie.

– Bo potrzebna mi jego esencja magiczna – wyjaśniłem.

– Masz resztę składników? – spytała po chwili. Przytaknąłem z aroganckim wyrazem twarzy.

Solem odetchnęła głęboko, przymknęła powieki i po chwili z jej różdżki wystrzelił srebrzysty snop światła, który uformował się w wielkiego bazyliszka. Nie zwlekając, zebrałem całą magię w kryształową fiolkę i posyłając żonie wdzięczny uśmiech szczelnie ją zakorkowałem.

– A upierałeś się, żeby iść samemu – mruknęła pod nosem.

– Przyznaję, myliłem się. – Objąłem jej twarz i delikatnie ucałowałem. – Solem, jak my się tutaj znaleźliśmy? Nie rzuciłaś żadnego zaklęcia, prawda? Nie zabrałaś przecież tych starodruków ze skrytki.

– To nie ja, Sev – odparła. – Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym rzucić czarnomagicznego zaklęcia. Wiesz o tym. – Przytaknąłem z westchnieniem.

– Masz jakiś pomysł kto nas tutaj wyprawił?

– Apollo mnie ostrzegł, żeby lepiej nie próbować go zdemaskować – wyznała. – Jeśli zgadniemy i zdradzimy go na głos, nie będzie mógł więcej rzucić na nas czaru. Powiedział, że możemy wrócić do normalnego życia w każdej chwili, ale żeby ponownie móc szukać laski Merlina potrzebne będzie ponowne rzucenie zaklęcia, a czarodziej, który wykonał je za pierwszym razem, drugi raz już nie będzie w stanie go powtórzyć. Nie wiem kto to i staram się nad tym nie zastanawiać.

– Chcesz wrócić po tym, jak otrzymamy nagrodę? – Spojrzałem na żonę niepewnym wzrokiem.

– Chyba nie. – Odetchnęła głęboko. – Apollo powiedział mi i z tego co widziałam tam na dole, u dzieci czas leci nieco wolniej. Dla nich to faktycznie dopiero popołudnie, w którym mieli wrócić do domu. Nie wiem, jak tobie, ale mi się wydaje, że minął już tydzień i zwykle tyle czasu poświęcam obrazom. Tęsknię, ale jeśli uda nam się zdobyć kolejne części laski w takim tempie, jak tutaj, czyli w ciągu doby, wrócimy do domu po tygodniu.

– Słonko, jeśli będziesz chciała wracać, powiedz jedno słowo – poprosiłem.

– Ty też – odparła i cmoknęła mnie w policzek.

– Atena powiedziała, że nie będą nas tutaj zbyt długo trzymali – odrzekłem po chwili, przytulając ją mocno. – Wyjaśniła, że jeśli będziemy chcieli wyślą nas w podróż po resztę tego co potrzebujemy albo do domu.

– W takim razie postanowione. – Solem uśmiechnęła się szczerze. – Wracaj do swojej pracy. Ja muszę jeszcze dokończyć ten obraz i modlić się, by Posejdon mnie nie przeklął za tę Atenę na rydwanie, a Atena za to, że tam w ogóle jest.

– Jestem dziwnie spokojny o ich reakcję. – Z zamyśleniem przyglądałem dziełu żony.

– Ja na wszelki wypadek raczej postaram się unikać kąpieli w morzu przez jakiś czas – zaśmiała się i pchnęła mnie w stronę wciąż gorącego kociołka.

Solem

– Ostrzegam cię, Severusie, ty pierwszy spojrzysz w oczy tej gorgonie. – Atena popatrzyła twardo na mojego męża.

– Nie mam czego się obawiać – odburknął. – Moje eliksiry zawsze były i są doskonałe. Nie sądzisz chyba, że teraz mógłbym się pomylić, a jeśli … przypominam, że to ty jesteś boginią mądrości, rzekomo odpowiedzialną za największy mój dar.

– Zapewniam, że gdyby był wśród bogów ten, który odpowiedzialny jest za pyskaczy i cyników, ty Severusie byłbyś winien mu niezliczone ofiary – odparła z przekornym uśmiechem i wręczyła mu przepasaną szalem tarczę.

Wywrócił oczami i powoli zaczął polewać Egidę sporządzoną wcześniej miksturą. Byłam pewna umiejętności męża, ale i tak nie mogłam się powstrzymać przed zaciśnięciem pięści z nerwów.

– Trójzębny jest wniebowzięty. – Dość niespodziewanie pojawił się przy nas Apollo. – Zachwytem nad twym dziełem jest wciąż ogarnięty. Uznał, że Atena wygląda pokornie, podziwiając obraz ubawił się wybornie. Jego żona co prawda kwaśną minę zrobiła, ale jego jednym spojrzeniem się szybko uciszyła.

– Błagam, Apollo – jęknęłam. – Za chwilę będziesz mógł sobie rymować ile chcesz – dodałam szeptem. – Ale teraz, proszę … – gestem wskazałam na leczoną przez Severusa tarczę.

– Wybacz, moja dziewojo słoneczna. – Bóg schylił się do mojego ucha. – Świadom nie byłem, że to chwila tak niebezpieczna. Co on robi? – powiedział przerażony. – Spogląda jej w oczy? Toć to … o nic mu nie jest, wciąż żywy kroczy. – Odetchnęłam, widząc, że eliksir Severusa udał się znakomicie i mój mąż z zarozumiałym uśmieszkiem spoglądał w centrum tarczy Ateny.

Zarówno bóg sztuki, jaki i bogini mądrości uśmiechnęli się do siebie, a po chwili z uznaniem spojrzeli na nas. Apollo gestem nakazał nam udać się do sypialni i wskazał na swoje wielkie łoże. Popatrzyliśmy na siebie niepewnie i z lekkim zawodem zwróciliśmy wzrok na bogów.

– Nie martwcie się – odrzekła Atena, uciszając Apolla. – Jak obiecaliśmy czeka was nagroda. Posejdon się cieszy, Dionizos dostanie przepiękny podarek. Ja odzyskałam swoje atrybuty. Ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że ci się powiedzie, Severusie, chociaż bez małżonki się nie obyło. Nie żałuję swojego wyboru. Solem, moja droga, urocza istoto, jesteś mądrą kobietą i nawet mnie brak słów by zachwyt wyrazić, ale chyba rozumiesz dlaczego to jego wybrałam do tego zadania. – Przytaknęłam z uśmiechem.

– Korzystam z obu talentów jakimi zostałam obdarzona, pani Ateno, tak, jak tylko potrafię – odparłam. – Szczerze przyznam darem od Apolla dużo prościej mi się posługiwać, chociaż częściej wystawiany jest na krytyczną ocenę.

– To nieprawda – zaoponowała Atena. – Jesteś równie mądra, uwierz mi. Podejrzewam, że twa inteligencja jest dla ciebie czymś tak normalnym, a ty jesteś tak skromną kobietką, że nie dostrzegasz swego wybicia ponad przeciętną. Sporo głupoty oglądam w waszym świecie, sporo tam krąży …

– Idiotów – podpowiedział jej Severus.

– Bogini nie wypada tak mówić. – Kobieta z trudem utrzymała powagę. – Ale masz rację. Cieszę się, że was poznałam. Być może spotkamy się jeszcze, taką mam nadzieję. Severusie, część laski, którą chcę cię nagrodzić znajdziesz na końcu waszej drogi, tam gdzie zima z latem ma spotkanie. Wołajcie, gdybyście nas potrzebowali – dodała Atena. – Zjawimy się, choć może pod inną postacią.

– Czy wiesz już moja piękna, słoneczna dziewczyno, gdzie i swojej szukać z klejnotem nagrody? – Apollo spojrzał na mnie z uśmiechem. Skinęłam delikatnie. – Nie słuchaj, gdy ktoś wmawiać ci będzie, że swój talent marnujesz. Mądrość, piękno i morał niosą ilustracje, które wykonujesz. Sam z przyjemnością wciąż chcę je oglądać, a Atena żadnej z twych książek nie chce mi oddać.

Zarumieniłam się lekko i niepewnie wyciągnęłam do boga przewiązany wstążką instrument.

– O słodkości wszelkie, to jest piękne, Apollo, zagraj coś natychmiast – jęknęła z zachwytu Atena.

Apollo zdumiony przyjął lirę, którą czekając na ukończenie zadania przez Severusa ozdobiłam malowanymi liśćmi wawrzynu.

– Moja Mądrości, do snu ich ukołyszę, najpiękniejszą melodię grając tym wspaniałym instrumentem – odpowiedział bóg. – Na szczęście, by bez trudu znaleźli to czego szukają i dzielili się z każdym niezwykłym talentem. Na pewno moja luba ze mną na Parnasie nie zostaniesz? – Spojrzał na mnie błagalnie. – Rozpłynę się w zachwycie nad tobą i dam ci wszystko czego zapragniesz. – Severus zacisnął palce na różdżce, słysząc słowa boga, ale leciutko chwyciłam go w uspokajającym geście i uśmiechnęłam się promiennie do Apolla.

– Dobrze wiesz, że choć wdzięczna ci jestem za dar jakim mnie obdarzasz, moje serce należy w całości do mojego męża – odparłam i uścisnęłam mężczyznę, a po chwili pożegnałam się także z Ateną. Severus skinął obojgu z uznaniem i mocno chwytając mnie za rękę poprowadził na wielkie łoże.

– Dziwnie się czuję – mruknęłam, wtulając się w ramiona męża i po chwili spałam słodkim snem.

– Wyspałaś się, słoneczko?

Przeciągnęłam się z uśmiechem i mocniej wtuliłam w ramiona męża.

– Miałam dziwaczny sen – mruknęłam.

– Doprawdy? – udał zdziwienie. – Piękny obraz namalowałaś dla Posejdona – dodał po chwili nieco rozbawiony i ze śmiechem obserwował moją zaskoczoną minę.

– Gdzie my znowu jesteśmy? – zdziwiłam się, rozglądając po wielkiej komnacie. Obydwoje leżeliśmy na ogromnym łożu, w swoich ubraniach. Było nienaturalnie cicho i zdawało się, jakby nawet ptaki na dworze zasnęły.

– Obawiam się, chociaż może i mam nadzieję, że Apollo i Atena nie byli snem. – Odetchnął i wstał z łóżka.

– Czyli mamy dwie części laski? – Uśmiechnęłam się mimo woli.

– Trzy – mruknął pod nosem.

– Jak trzy? Atena dała ci dwie? – zdziwiłam się.

– Nie – odparł, podchodząc do okna. – Afrodyta miała mały problem.

– Och, wiedziałam – jęknęłam.

– Odrobina zaufania, by nie zaszkodziła – prychnął nieco urażony. – Po tym, jak Afrodyta puściła się z Aresem, Hefajstos założył na nich pułapkę. – Przytaknęłam. – Ale to nie wszystko. Po tym wszystkim tak ją przeklął, że może rodzić jedynie jego dzieci.

– Jakoś mu się nie dziwię – prychnęłam. – Urodziła chyba piątkę dzieci samemu Aresowi, a kto wie co tam jeszcze nawywijała. Rozpustnica.

– Pomogłem jej … i nie na Merlina, Solem. Nic z tych rzeczy, uwarzyłem jedynie eliksir – wyjaśnił, gdy posłałam mu groźne spojrzenie.

– No wiesz? – Byłam oburzona. – Jak się Hefajstos dowie …

– Spokojnie, on wie – mruknął z krzywą miną. – Nie mogłem powiedzieć ci wcześniej, bo utrzymują to w tajemnicy przed innymi bogami. Hefajstos się nieco pomylił, rzucając klątwę i Afrodyta w ogóle nie mogła zajść w ciążę, z nim też. – Uśmiechnęłam się mimo woli.

– Bogini płodności bezpłodna – sarknęłam bez odrobiny żalu dla nieszczęścia kobiety. Może byłam nienowoczesna, ale nie zamierzałam zmieniać swoich poglądów na zdradę. W każdym opracowaniu mitologii, jakie wpadło mi w ręce Afrodyta uchodziła za tę, która nie miała oporów przed wskakiwaniem do łóżka każdemu mężczyźnie. Jawiła się jako bogini małżeństwa, a jednak rozbiła jedno, w dodatku wywołując wojnę trojańską i to tylko dlatego, by uzyskać tytuł najpiękniejszej bogini. Wywróciłam oczami na myśl o próżności bogini i podziękowałam w duchu Apollinowi i Atenie za patronat nade mną. – Dziwnie tu – odezwałam się, stając obok męża. – Cicho, jakbyśmy byli sami na całym świecie.

– Kusząca koncepcja – mruknął zmysłowym głosem i odwrócił się, całując mnie w czubek głowy. – Spokój i cisza przerywana jedynie twoimi jękami – dodał z rozmarzoną miną.

– Doprawdy, Severus – prychnęłam z udawaną odrazą. – Już nigdy nie spotkasz się z Afrodytą – dodałam, robiąc groźną minę. – Poprzewracała ci w głowie.

– Ty mi przewracasz w głowie – szepnął mi do ucha i po chwili skamieniał, gdy dobiegł nas cichy płacz.

Spojrzeliśmy na siebie niepewnie i powoli skierowaliśmy się w stronę wielkich drewnianych drzwi. Z zaskoczeniem przyglądaliśmy się kolejnej śpiącej postaci. Nie ulegało wątpliwości, że znaleźliśmy się w ogromnym zamku, a stroje w jakie odziani byli jego mieszkańcy jasno wskazywały na odległe czasy. Ani ja, ani Severus jednak nie mogliśmy rozpoznać herbu na zamarłych w bezruchu proporcach.

– Nawet wiatr usnął – jęknęłam cichutko i pociągnęłam męża do komnaty, z której dochodził dziewczęcy płacz.

Severus delikatnie pchnął ciężkie drzwi. Chwyciłam się za usta i podbiegłam do szlochającego dziecka. Malutka dziewczynka jednak nie zwracała na nas uwagi.

– Nie widzi nas – stwierdził Severus, rozglądając się po pomieszczeniu.

Kolejny rozdział: „Poprawiam ilustracje"