N/A:Byłam pewna, że nikt już tego opowiadania nie czyta, dlatego nie czułam motywacji do sprawdzenia i wstawienia pozostałych rozdziałów. Zostały cztery i epilog. Postaram się całość wrzucić do końca maja. Pozdrawiam.
ROZDZIAŁ 54
Cztery kudłate na powitanie, a Albus wciąż siedzi
Teodor
– Terry. – Ze zdziwieniem odwzajemniałem mocny uścisk kolegi. Owszem przez ostatnie kilka tygodni sporo rozmawialiśmy i śmiało mogłem nazywać go swoim dobrym kumplem, ale nigdy nie czułem między nimi takiej więzi, by teraz, ledwie po kilku dniach od ostatniego spotkania, ten rzucał mi się w ramiona.
– Harry … znaczy Teo, jak dobrze cię widzieć – wydukał nieco zmieszany swoją wylewnością.
Skinąłem lekko na powitanie do pani Lupin i usiadłem na wskazanym przez nią fotelu. Bardzo starałem się nie rozglądać, ale nie mogłem się za nic powstrzymać. Dom, w którym dorastał prawdziwy Harry Potter był tak bardzo brzydki, że z trudem kryłem na twarzy obrzydzenie. Przeszło mi przez myśl, że tata chybaby zwariował, gdyby musiał w tym salonie spędzać popołudnia. Tapeta w wielkie różowe kwiaty i dopasowana do tego kanapa były zdecydowanie nie w jego guście. Wszędzie porozwieszane były zdjęcia jakiegoś chłopca, którego nie rozpoznawałem i tylko domyślałem się, że to kuzyn Terry'ego. Na półkach porozstawiana była zastawa, oczywiście w kwiatuszki i całe mnóstwo porcelanowych laleczek. Całość tworzyła upiorne wrażenie i na usta cisnęło mi się pytanie: dlaczego Lily nie zabierze swojego syna z tego piekła?
– Wiem, Harry, co sobie myślisz – odezwała się Lupin, próbując ukryć zakłopotanie – ale tylko w tym domu możemy być bezpieczni. – Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Spędziłem z tą kobietą wystarczająco dużo czasu, by dobrze znać jej nienaganny gust. Nie była najlepszą matką, ale na pewno nie mogłem odmówić jej dobrego smaku. Zerknąłem kątem oka na swoją sztywno siedzącą w fotelu nauczycielkę i wiedziałem już, że i ona podziela moje zdanie. – W ogrodzie jest nieco przyjemniej, ale wolałabym nie ryzykować.
– To zrozumiałe Lily – odparła McGonagall. – Tutaj nie jest tak źle. Jak sobie radzicie?
– Dobrze pani profesor – odparł Terry. – Tylko muszę mamie przypominać o eliksirze wielosokowym prawie za każdym razem, gdy wychodzi z domu. – Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc, jak mojemu koledze z łatwością przyszło nazywanie Lily mamą. Ta zarumieniła się lekko, gdy moje spojrzenie padło na nią, ale nie zamierzałem jej potępiać ani obarczać swoimi pretensjami. Gdzieś w głębi duszy czułem do niej okropny żal o to, jak mnie traktowała. O to, że nigdy przez te wszystkie lata nie czułem w niej matki. Teraz jednak to wszystko gdzieś uleciało. Byłem szczęśliwy. Miałem wspaniałą rodzinę, piękny dom i nawet uczyłem się całkiem nieźle, biorąc pod uwagę moje braki w edukacji, zanim poszedłem do szkoły. Chciałem pomóc koledze, który został skrzywdzony przez los równie mocno jak ja. Teraz Harry Potter mógł być ze swoją matką i powinienem ułatwić im relacje tak bardzo, jak tylko to możliwe. A wydawało mi się, że te nie były takie najgorsze.
– Jak się do ciebie teraz zwracać? – Spojrzałem skonsternowany na kolegę. – Wiem, że naprawdę masz na imię Harry, ale …
– Na razie ustaliliśmy z mamą, że zostaniemy przy Terrym, żeby nam się nie myliło – wyjaśnił chłopiec. – Wiem, że twoja mama rzuciła na ciebie i twoją rodzinę zaklęcia, tak żeby nikt nie słyszał, jak naprawdę się do siebie zwracacie, ale z tego co mówiła trzeba to zaklęcie często odnawiać, a ani mama, ani ja nie jesteśmy w tym tak dobrzy i raczej wolimy nie ryzykować. Chcesz zobaczyć mój pokój? – spytał z entuzjazmem i natychmiast obydwaj pobiegliśmy na górę. – Przez te wszystkie lata tutaj, spałem tam – Terry wskazał na komórkę pod schodami, a ja jęknąłem, przypominając sobie swój „pokój". Chciałem powiedzieć koledze, że mnie spotkał dokładnie taki sam los, ale z drugiej strony nie mogłem teraz opowiadać o złej stronie jego matki. Nie teraz, gdy najwyraźniej kobieta starała się o jak najlepsze relacje z synem.
– Cieszę się, że teraz już nie musisz tam mieszkać – odparłem dyplomatycznie.
– Harry, mama mi powiedziała, jak żyliście. Była ze mną całkowicie szczera i myślę, że szczerze teraz żałuje tego, jak cię traktowała. – Chłopiec zawstydzony spuścił głowę. – Jesteś na mnie zły, że ją lubię?
– Dlaczego? – zdziwiłem się. – Hej, to twoja mama i wcale nie była taka zła – zapewniłem z uśmiechem. – Nigdy mnie nie skrzywdziła. Tylko jej mąż … mam nadzieję, że on już nie wróci. Terry, to bardzo zły człowiek i obiecaj, że jeśli tylko się tutaj pojawi, natychmiast dasz mi znać.
– O nim też mi opowiedziała – wyznał. – Chyba więcej niż bym sobie życzył. Jak wróciłem ze szkoły, całą noc żeśmy rozmawiali. Opowiedziała mi o wszystkim co zrobiła. Powiedziała, że musi być ze mną szczera, bo inaczej coś zawsze będzie ciążyło między nami. Bała się, ale wyznała mi całą prawdę. O twojej mamie i o tym, jak dokuczała jej w szkole. O moim ojcu i o tym, jak się zmienił. I żałowała, że ona nie dorosła, tak jak on, w odpowiednim czasie, że tak dużo czasu zajęło jej dojrzewanie. Powiedziała mi też co zrobił Dumbledore i … ona mi powiedziała, że twój tata już się nim zajmie i nie muszę się nim przejmować, że znowu mnie zabierze i ukryje gdzieś. Naprawdę profesor Snape coś z nim zrobił? Wcale by mnie nie zdziwiło i nie zmartwiło, gdyby posłał go do diabła.
– Z tego co wiem, to możesz się nie martwić o dyrektora – wyznałem nieśmiało. – Tata mu nie odpuści. Lupinowi też nie.
– O, tego jestem pewien, że jak ktoś zajdzie profesorowi za skórę to prędzej czy później będzie tego żałował – zaśmiał się Terry. – Jesteś na mnie zły, Harry?
– Zły? Dlaczego? – zdziwiłem się.
– Byli gotowi poświęcić twoje życie, żeby ratować mnie – wyszeptał cicho.
– To nie była twoja wina i nawet gdybyś sam mógł podejmować wówczas decyzje, i gdyby nie różniła się od tej, którą podjął Dumbledore, to nie mógłbym cię winić – odparłem równie cicho.
– Nie mógłbym żyć spokojnie, wiedząc, że ktoś zginął tylko dlatego, żebym ja mógł sobie spokojnie żyć – odpowiedział stanowczo Terry. – Zabrał mnie od rodziców i przysłał tutaj. Przez te wszystkie lata nie interesował się mną. Nic go nie obchodziłem. Wymyślił sobie, że ochroni mnie żebym w odpowiednim czasie mógł wygrać dla niego wojnę. Ale nawet nie sprawdził co u mnie. Nie obchodziło go, że byłem bity, że mieszkałem w schowku, że nie miałem co jeść. Nic go nie obchodziło. Dopiero twoja babcia się zainteresowała moim losem i wiem, że nie pomagała mi tylko dlatego że mogła podejrzewać, że jestem jej wnukiem.
– Babcia nie pozwoliłaby, żeby jakiekolwiek dziecko cierpiało – wtrąciłem nieśmiało.
– A on pozwolił. I tobie i mi – dodał z żalem. – Nie odwiedzał mnie, nie wiedział w jakich warunkach mnie wychowują, ale o tobie wiedział doskonale. Wiedział, że ten głupi Lupin cię krzywdzi i pozwalał na to. Pozwolił, żeby twój tata … żeby profesor został jego szpiegiem. Mama mi wszystko powiedziała. Wszystko, Teo. I wiem, co twój tata musiał robić, jak Sam – Wiesz – Kto jeszcze żył. Dumbledore jest gorszy od niego – krzyczał, a ja patrzyłem na niego z przerażeniem.
– Nie martw się, złożyłem przysięgę twojej mamie zanim jeszcze moja mnie zabrała. Ale nawet gdybym nie obiecał, nie mógłbym powiedzieć komukolwiek o twoim ojcu. Dużo więcej rozumiem od czasu, gdy rozmawiam z twoją mamą. Wytłumaczyła mi dlaczego profesor jest taki surowy i chyba ma rację. Gdyby każdy z nas przykładał się do nauki nie musiałby na nas krzyczeć i odbierać punktów. Ale jeśli mam być szczery sam ze sobą, to często jest tak, że zamiast się przygotować to liczymy na szczęście.
– Ja już od jakiegoś czasu nie mam tego komfortu – mruknąłem z krzywym uśmiechem. – Nie tylko tata mnie sprawdza, ale też Leen ciągle mnie męczy żebym się uczył.
– Twoja siostra – zauważył z uśmiechem Harry. – Ta to ma przegwizdane.
– No, a pomyśl co mnie czeka, jak wszyscy się dowiedzą, że nie jestem Harrym Potterem, tylko Teodorem Snape'em? – Zrobiłem zbolałą minę.
– Myślę, że będziesz miał równie przegwizdane co ona – zaśmiał się. – Ale możesz być pewien, że we mnie zawsze będziesz miał przyjaciela.
– Jestem naprawdę szczęśliwy z moją rodziną i jeśli komuś się nie spodoba kto jest moim ojcem, niech lepiej trzyma się z dala ode mnie – odparłem z uśmiechem.
Jeszcze przez jakiś czas rozmawialiśmy tylko we dwóch o swoich rodzinach, o tym co jest i o tym co było. Poczułem się naprawdę dobrze, mogąc z kimś bez skrępowania i tajemnic rozmawiać o swojej rodzinie. Do tej pory musiałem się pilnować nawet przy przyjaciołach, ważyć każde słowo i udawać, że rodzina Snape'ów nic mnie nie obchodzi. Trudno było nieustannie o tym pamiętać. Wciąż bałem się reakcji swoich przyjaciół na wieści o moich rodzicach, ale teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej chciałem móc im w końcu powiedzieć. Chciałem wszystkim wykrzyczeć, że tak, jestem synem Severusa Snape i jest on najlepszym ojcem na świecie. Chciałem każdemu z dokuczających Leen uczniów w szkole powiedzieć, że mogą jej tylko zazdrościć ojca i żaden z ich rodziców nawet się nie umywa do profesora Snape'a.
Ze smutnym uśmiechem żegnałem się ze swoim kolegą i z prawdziwą ulgą przyjąłem zapewnienie Lily Lupin, że jak tylko będę potrzebował, to ona przyfiuuka i zaprowadzi mnie do księgarni mamy. Bardzo chciałem tam w końcu móc się bawić, a dopóki wszyscy myśleli, że byłem jej synem nie bardzo mogłem swobodnie chodzić po Dolinie. Byłoby dziwne, gdyby tak nagle Lily zmieniła swoje zwyczaje, dlatego musieliśmy postępować powoli. Profesor McGonagall także wydawała się być zadowolona z wizyty. Wciąż zachowywała kamienną, surową twarz, ale gdy tylko wylądowaliśmy w kominku naszego salonu jej maska opadła i kobieta odetchnęła głośno z ulgą.
.: :.
Severus
– Severus coś się stało z moimi oczami? – Solem niepewnie chwyciła mnie za rękę, gdy już w salonie w domu czekaliśmy na kolację przygotowywaną przez matkę.
– Obawiam się, że to nie z naszymi oczami jest coś nie tak, ale reszcie naszej rodziny rzuciło się na mózgi. – Nie mogłem się powstrzymać przed coraz głośniejszym krzykiem. – Powiecie mi co te cztery kundle robią w naszym salonie? Cztery? Może mi to tata wyjaśnić? – Spojrzałem ze złością na Tobiasa.
Wróciliśmy do domu niecałą godzinę temu. Byliśmy zmęczeni i obydwoje z Solem myśleliśmy tylko o szybkim powitaniu i powrocie do łóżka. Kiedy jednak zobaczyliśmy uradowane twarze dzieci, a z kuchni doszedł do nas cudowny zapach kolacji, ulegliśmy emocjom i obwieszeni potomstwem opowiadaliśmy o swoich przygodach. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że wszyscy odetchnęli z ulgą na nasz widok. Każdy zapewniał, że oczywiście był pewien, że nic nam nie było i byliśmy bezpieczni, ale tak naprawdę żadne, łącznie z profesorem Davisem nie mogło znać prawdy. Teraz sam z prawdziwą ulgą przytulałem swoje dwie córki, które po chwili zamieniły się z rodzeństwem przyklejonym do Solem.
O mało nie spadłem z kanapy, gdy dzieci zakomunikowały, że mają niespodziankę i jak gdyby nigdy nic wprowadziły do salonu cztery kudłate szczeniaki wielkości dorosłego demimoza.
– Tato, to nie żadne kundle – zaoponowała Leen. – To rasowe wodołazy. Teo je wymyślił.
– Żądam wyjaśnień – rzuciłem uwagę córki mimo uszu i ponownie zmierzyłem Tobiasa zawistnym spojrzeniem.
– No … przecież się zgodziliście – wydukał, szukając wzrokiem zrozumienia u Solem. Ta jednak podzielała moje zdanie i nie oszczędziła mu gromiącego spojrzenia.
– Na jednego, tato – odpowiedziała. – Na jednego – powtórzyła dobitnie.
– Mama – zaczął spoglądając na drzwi, czy przypadkiem Eileen się w nich nie pokazuje – uznała, że jeden na czwórkę dzieci to za mało, a te szczeniaczki to rodzeństwo i tak ciężko było je rozdzielić. No sama pomyśl – rzucił spojrzenie pełne nadziei – nie wolno rozdzielać rodzeństwa.
– To są psy, tato … psy – krzyknęła oburzona niewypowiedzianym porównaniem zwierząt do dzieci.
– Leen i Teo dostali swoje od profesora – oznajmił nagle Tobias. – W nagrodę – dodał nieco zjadliwym tonem.
– Nagroda od profesora – westchnęła. – Aż się boję zapytać za co – mruknęła pod nosem.
– I lepiej nie pytaj. – Starszy pan Snape pokręcił z niezadowoleniem głową.
– Dziadku. – Najstarsza z dziewczynek wykrzyknęła z pretensją.
– Zatrzymamy je, nie tatuś? – Asteria objęła mnie za szyję i wydęła usteczka z rozpaczą. – One się bardzo kochają, wszystkie.
Westchnąłem głęboko i z politowaniem popatrzyłem na cztery biegające po pokoju szczeniaki.
– Jednego – odparłem, starając się zachować spokój, gdy mała, kudłata bestia nasikała na dywan. – I to tylko pod warunkiem, że sami będziecie po nim sprzątać i nauczycie go załatwiać się na zewnątrz.
– Tatuś – jęczała dziewczynka. – Ale tamte będą tęsknić i …
– A co będzie z pieskami, jak Teo i Leen pójdą do szkoły? – przerwałem jej twardo.
– My z Selene będziemy się zajmować czwórką i babunia nam pomoże, obiecała – zapewniała dziewczynka. – A dziadzio już nawet wymyślił dla nich domek w ogródku i tam mogą sobie przecież mieszkać i same wychodzić na zewnątrz żeby się załatwić.
– A kto będzie sprzątał ogródek z ich odchodów? – nie dawałem za wygraną. – Będziesz sprzątała po psie brata i siostry?
– Oczywiście, tatku, przecież nie będę wiedziała, które zrobiło kupę – zapewniała gorliwie.
– Będziemy razem sprzątali, tato – Leen dołączyła się do próśb siostry, podczas gdy Solem wciąż kłóciła się z teściem.
Jedynie Teo siedział nieco zasmucony na dywanie i z rezygnacją pozwalał, żeby młody, kudłaty szczeniak obgryzał jego rękę. Od początku podejrzewałem, że razem z Solem byliśmy skazani na porażkę, ale teraz wiedziałem, że przepadłem bez reszty i cała czwórka sikających po kątach, gryzących i siejących niszczenie potworów zostanie z nami.
– Zdajecie sobie sprawę z tego, że to są cztery ogromne psy? Jedne z największych? Ogromne i kudłate – tłumaczyła Solem. – Wyprowadzanie ich to najmniejszy kłopot, chociaż kupa jednego z nich będzie większa niż wasze razem wzięte – dodała z obrzydzeniem. – Oprócz pilnowania, żeby porządnie się wybiegały i załatwiały na dworze, trzeba je szczotkować i prowadzać do mugolskiego uzdrowiciela od zwierząt. Jak wyobrażacie sobie opiekę nad nimi, kiedy we wrześniu wszyscy wrócimy do Hogwartu? Kto się nimi zajmie? Nie możemy ich ze sobą zabrać. Na pewno nie cztery.
– Już o tym myśleliśmy z mamą – wtrącił Tobias. – Jak będziecie w szkole, to my zajmiemy się psami.
– Czterema olbrzymimi psami? – Solem westchnęła.
– Mamy skrzata, który i tak nic nie robi – odparł z nadzieją w głosie mężczyzna.
– Mają jakoś na imię? – Usiadłem obok syna i wziąłem jednego ze szczeniąt na kolana.
– Auseklis, Wenus, Hesperos i Lucifer – odpowiedział smutnym głosem Teodor.
– Faktycznie włosy mają podobne do mamy – szepnąłem, mrugając do chłopca. – Który jest twój?
– Auseklis – odparł Teo i mocno przytulił swojego pieska.
– Mój jest Lucifer – wtrąciła z dumą w głosie Asteria.
– Wiecie ile czasu dziennie zajmie wam szczotkowanie ich? – Solem z rezygnacją usiadła obok mnie i pozwoliła, żeby otoczyła ją gromadka czarnych czworonogów.
– Kupimy im ładne spineczki – zarechotała Selene.
– Jeśli zobaczę, że któraś męczy swojego psiaka bawiąc się we fryzjera to od razu zabiorę. Zrozumiano? – spojrzała groźnie na najmłodsze pociechy. – Macie o nie dbać, wszyscy. Do waszych obowiązków należy sprzątanie po nich i pilnowanie, żeby dostały jedzenie. Poprosicie Ropuszkę, żeby dla nich gotowała. Ja nawet nie wiem co one jedzą – westchnęła. – Wy dwoje – zwróciła się do starszych dzieci – jeśli ciocia Minerwa nie będzie miała nic przeciwko i żaden z nich nie będzie jej dokuczał, a wy pomożecie stawiać dla nich zagrody i będziecie codziennie odwiedzać, możecie zabrać je do naszego mieszkania w Hogwarcie. Ale jeśli ogród okaże się dla nich za mały, będą musiały wrócić tutaj. Możecie porozmawiać z Hagridem, żeby codziennie zabierał je na długi spacer.
– A nasze? – Asteria i Selene spojrzały na matkę z nadzieją.
– Wy i tak codziennie będziecie tutaj je mogły odwiedzać – wyjaśniła. – Cztery psy w naszym mieszkaniu w zamku, to zdecydowanie za dużo.
– A co jeśli tata nie będzie już musiał pracować w Hogwarcie od września? – wyrwało się Leen.
– Tata będzie pracował w Hogwarcie jeszcze co najmniej ten semestr. Później będziemy się martwili co dalej – wytłumaczyła Solem.
– To znaczy, że mogę zatrzymać Auseklisa? – Teo spojrzał na nas z nadzieją.
Solem uśmiechnęła się do niego i pokiwała lekko głową. Cała czwórka rzuciła się jej na szyję przewracając ją na dywan, a po chwili cztery małe wodołazy dołączyły do kotłowiska w salonie.
– Chyba mogę już wejść – Eileen niepewnie wetknęła głowę do salonu i zaprosiła całą rodzinę na uroczystą kolację.
– Dowiem się w końcu? – Solem spojrzała na Teodora, który właśnie kończył drugą porcję deseru.
– Co, mamusiu? – spytał niewinnie.
– Dobrze wiecie co. – Kobieta posłała dwójce swoich starszych dzieci wymowne spojrzenie. – Nagroda? Za co?
– A, to nic mamo – Leen machnęła ręką i chciała sięgnąć po kolejny kawałek ciasta, ale Solem zatrzymała jej rękę, dając znać, że łatwo nie odpuści. – No mówię, że to nic takiego. W takie podchody się bawiliśmy z profesorem. Mieliśmy coś znaleźć i za to dostaliśmy nagrodę.
– Rozumiem – Solem nie odrywała wzroku od córki. – Czego szukaliście? – zwróciła się tym razem do syna.
– Jednego pokoju – wyjaśnił zbyt pospiesznie Teodor.
– Pokoju – zastanowiła się głośno. – Jakiego pokoju? – krzyknęła nagle, spoglądając na teściową.
– Ja nie miałam z tym nic wspólnego – zaprotestowała, widząc karcące spojrzenie synowej.
– Powiedzcie mi, że to była nagroda pocieszenia za nie znalezienie tego pokoju – poprosiła Solem.
– No co ty, mama – prychnęła Leen. – Oczywiście, że znaleźliśmy. Profesorciu dał nam wskazówki i w pięć minut było po zabawie. Pokój jest super.
– Trzymaj mnie, Severus – jęknęła, opierając głowę na moim ramieniu. – Wiedziała mama? – spojrzała na teściową.
– Było już za późno, gdy się dowiedziałam. – Eileen posłała synowej przepraszające spojrzenie.
– Jeśli złapię cię w tym pokoju, moja panno – postanowiłem się wtrącić – wylatujesz do Beauxbatons.
– Ale tato – jęknęła dziewczynka. – Dlaczego tak wam zależy, żebym tam nie chodziła? I co z Teodorem? On może?
– Jego też wyślę do Beauxbatons – odparłem zjadliwie.
– Wyjaśnij mi dlaczego nie możemy sobie tam chodzić – kłóciła się dziewczynka.
– No właśnie, synku – wtrąciła się Eileen – wyjaśnij córce.
– Macie swoje pokoje w naszym mieszkaniu w Hogwarcie – odparłem twardo. – Jeśli będziecie sobie chcieli posiedzieć w samotności to możecie z nich korzystać. I nie wydaje mi się, młoda damo, bym musiał się przed tobą tłumaczyć.
– Ty i mama tam chodziliście, jak się jeszcze uczyliście w szkole – Leen nie dawała za wygraną.
– A ty nie możesz. – Posłałem córce zjadliwy uśmieszek. – Beauxbatons – przypomniałem – i nikt ma się o tym pokoju nie dowiedzieć. Zrozumiano? – Dzieci zgodnie pokiwały głowami.
Odetchnąłem, widząc, że najmłodsze z pociech były przez cały czas zajęte zabawą ze szczeniakami i żadna z nich nie zwróciła uwagi na kłótnię i kuszący pokój.
– Nie zrobiłbyś mi tego – mruknęła jeszcze pod nosem Leen, ale dała już za wygraną.
– Co tam znaleźliście? – Solem przez chwilę przyglądała się z uwagą dzieciakom.
– Nic ciekawego – mruknęła Leen.
– To skoro nic ciekawego, to po co chcecie tam wracać? – spytała przekornie.
Teodor w końcu skapitulował i wyznał rodzicom czego sobie życzyli przed wejściem do Pokoju Życzeń. Podkreślił przy tym, że oglądali jedynie obrazy, a nie szkicowniki i niczego nie zniszczyli. Mimo szczerości, Solem nie zgodziła się, by dzieci korzystały z tej komnaty i oboje z obiecaliśmy, że rozpatrzymy tę sprawę ponownie za rok.
– Jak długo nas nie było? – Solem przytuliła się do mnie.
– Wystarczająco długo, żeby wzbogacić się o cztery kudłate pyski do wykarmienia – westchnąłem.
– Na minutę ich nie można zostawić, a ty na cały tydzień chciałeś sobie wyjechać tylko we dwoje – mruknęła pod nosem.
– I nadal mam to w planach, kochanie – odparłem. – Tylko tym razem, po powrocie nie zamierzam nawet pytać co się tutaj działo, a wszystko co oddycha i nie będzie naszymi dziećmi wystawię od razu za drzwi – oznajmiłem.
– Cholera – zaklęła z zakłopotaniem. – Obiecałam bliźniakom, Teodorowi i Lee, że pomogę im zrobić mapę Hogwartu. Zdaje mi się mamy zacząć już w poniedziałek – westchnęła.
– W takim razie postaraj się, żeby nie byli w stanie jej zrobić – prychnąłem z gniewem. – Co ci przyszło do głowy, żeby im coś takiego obiecać?
– Studiowali tę mapę w bibliotece – wyjaśniła. – Bałam się, że odkryją kim naprawdę jest Teo i zabrałam im ją. Obiecali, że na ich egzemplarzach nie będzie Snape'a, a Teo przytomnie poprosił, żeby i jego wykreślić.
– To po co im ta mapa skoro nie będą wiedzieli gdzie jestem? – zadrwiłem.
– Też się nad tym zastanawiam – odparła z uśmiechem. Ucałowała mnie w usta i wtuliła się we mnie z całą mocą.
– Sol? – odezwałem się po chwili. – Gdzie znajdziemy miejsce wolne od magii?
– Na Uniwersytecie na przykład – mruknęła zaspanym głosem. – Znowu nie uważałeś na zajęciach?
– Na to wygląda – prychnąłem. – Co to za miejsce?
– Sala do tworzenia magicznych artefaktów ma wydzieloną część, w której można oczyścić przedmiot z niechcianych uroków. Wokół tego miejsca są ustawione silne bariery, które blokują magię – wyjaśniła.
– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć – odparłem z zadowoleniem.
– Nie mam tam dostępu – dodała, lekko ziewając. – Davis też nie, odkąd wysadził całą salę w powietrze … i pół uniwersytetu.
– Ale znasz wszystkich tam ważnych, nie? – Spojrzałem na nią z nadzieją.
– I co im powiem? Że wałek do ciasta chcę sobie oduroczyć? – sarknęła.
– Wymyślisz coś – szepnąłem, muskając lekko jej ucho.
– Davisa poproś – odrzekła. – To, że nie ma tam dostępu, to nie znaczy, że nie korzysta z tej sali – zaśmiała się.
.: :.
Z obojętną miną wkroczyłem do skrytki w banku. Posłałem żonie miły uśmiech i zacząłem wyciągać z jej torebki kilka bibelotów, które chcieliśmy schować. Dobrze wiedzieliśmy kto od dłuższego czasu zamieszkuje nasz bankowy schowek, ale staraliśmy się nie dać po sobie znać, że znamy tajemnicę dyrektora. Z trudem pohamowałem uśmieszek triumfu, wyczuwając w powietrzu wibracje zaklęcia kameleona. Spodziewałem się, że dyrektor będzie bardzo mocno osłabiony i nie przypuszczałem, by był w stanie rzucać na siebie silne zaklęcia, ale najwyraźniej stary czarodziej znalazł sposób, by zachować swoją moc.
– Leen dziś pomaga w twoim sklepie? – spytała od niechcenia Solem.
– Tak i wolałbym, żebyśmy się pospieszyli – mruknąłem z niezadowoleniem. – Jest tam też pan Jordan.
– Przecież nie zrobi jej krzywdy. – Solem wywróciła oczami.
– Dobrze wiesz o co mi chodzi – warknąłem.
– Jakby się mieli całować to uwierz …
– Wypluj te słowa. – Posłałem żonie pełne oburzenia spojrzenie.
– Jestem pewna, że Lee nigdy by się nie odważył, żeby choćby dotykać …
– Solem – ostrzegłem, marszcząc brwi.
– Daj spokój, Severus. Są w twoim sklepie i pod opieką mamy – odparła rozdrażniona.
– No właśnie – prychnąłem. – Pod opieką mamy.
– Pospiesz się z tymi pierdołami – ponagliła mnie nagle.
– Chciałbym jeszcze raz spróbować otworzyć tę zalakowaną tubę – spojrzałem wymownie na żonę.
– Ale szybko, do... – urwała nagle, spoglądając na jedną z półek. – Nie ma jej – jęknęła.
Głośno zakląłem i podszedłem do regału, w który z przerażeniem wpatrywała się moja żona.
– Kto? – warknąłem, zaciskając wargi.
– Severus, tylko my możemy tutaj wchodzić. Nawet dzieci … Jak Lupin mógł się dowiedzieć o testamencie? – Solem z rezygnacją opadła na jedną ze skrzyń. – Moi rodzice byli tacy … – Spojrzałem na żonę zmartwiony. Dobrze wiedziałem, że nawet dla lepszego efektu przed dyrektorem, ciężko jej będzie mówić źle o rodzicach. – … nieodpowiedzialni – dokończyła ze łzami w oczach. – Co oni sobie myśleli? Lupin, jako strażnik spadku? Przecież wiedzieli, że nie utrzymywałam z nim kontaktów? I w jaki sposób on to stąd wyniósł? – załkała.
– Nie mam pojęcia, ale najwyraźniej znalazł sposób. – Podszedłem do żony i delikatnie ją przytuliłem.
– Nie wiem co tam było – łkała. – A jeśli to coś złego, coś co on wykorzysta przeciwko nam? Tata nie bez powodu schował to tutaj.
– Nie martw się, słonko. – Niezdarnie poklepałem ją po plecach. – Jestem pewien, że to nic niebezpiecznego.
Solem
Pozwoliłam sobie utonąć na dłuższą chwilę w ramionach męża. Czułam na sobie spojrzenie starego czarodzieja i wiedziałam, że nie zwiodę go byle łzawą sceną. Chociaż wspominanie rodziców w takim kontekście nie przyszło mi łatwo, zmusiłam się by to zrobić i jak mi się wydawało wypadłam całkiem przekonująco.
– Musimy się z nim jakoś skontaktować. – Popatrzyłam na męża z nadzieją.
– Skontaktujemy się, jak wróci na Wyspy – zapewnił i położył palec na moich ustach, gdy próbowałam protestować. – Jak wróci, Sol. Słyszałaś co mówił Black. Lupin lata gdzieś po lasach Holandii. Nie sądzę, by jakieś stare zwoje były warte marnowania czasu na szukanie go. Dzieci oczekują od nas wakacji. – Chwycił moją twarz w dłonie i delikatnie ucałował w usta. Leciutko skinęłam i uśmiechnęłam się do męża pomimo spływających łez.
Wciąż jeszcze cichutko szlochałam, gdy goblin wiózł nas wagonikiem na górę. Przytuliłam się do męża i pozwoliłam sobie na tę udawaną chwilę słabości. Wiedziałam, że wciąż nie byliśmy sami i na nasze szczęście goblin zdawał się nie zauważać obecności starego czarodzieja pod zaklęciem kameleona. Nie miałam pojęcia w jaki sposób Dumbledore zdołał ominąć wszelkie zabezpieczenia, ale też możliwe było, że działały one tylko w jedną stronę. Odetchnęłam głęboko i gdy wyszliśmy w końcu na świeże powietrze z uśmiechem pociągnęłam męża do lodziarni.
– Prawie ci uwierzyłem, podstępna kobieto – zaśmiał się Severus i mocno mnie obejmując w pasie, poprowadził do stolika.
.: :.
Nie byłam zadowolona, gdy mąż w rzucaniu czarów na laskę Merlina poprosił nie mnie, ale profesora Davisa. Nie, żebym specjalnie paliła się do Czarnej Magii, ale wolałam mieć wówczas Severusa na oku. Ufałam profesorowi i jemu jedynemu spoza rodziny powierzałam dzieci pod opieką. Nawet Amelia w ostatnim czasie nie cieszyła się u mnie tak wielkim zaufaniem. Jednak nad wszystkim co miało pomóc nam w walce z Voldemortem wolałam czuwać sama. Severus za wszelką cenę próbował trzymać mnie od tego z daleka i przytaczał coraz poważniejsze argumenty. Wciąż próbował mi tłumaczyć, że tylko ja byłam zdolna do trzymania dzieci z dala od naszego zadania i z przykrością musiałam przyznać mu rację. Zarówno Teodor, jak i Leen byli bardzo mocno zainteresowani wyprawą po laskę i zadawali bardzo dużo trudnych pytań. Gdybyśmy ponownie obydwoje zniknęli, by wykonać tajemnicze zadanie, dzieci tak łatwo by nie odpuściły.
W końcu uległam prośbom męża i teściowej i usunęłam się w cień, czekając aż przyjdzie czas na ponowne połączenie lasek.
– Mamo, naprawdę będę mógł się tutaj uczyć razem z Leen już po sumach? – spytał Teo, gdy spacerowaliśmy po dziedzińcu uniwersyteckim.
– Jeśli nadal będziesz chciał. – Uśmiechnęłam się do chłopca. – Ale przemyśl to dobrze. Możesz się tutaj dużo nauczyć od profesora, ale nauka w Hogwarcie ma swoje zalety. Profesor obiecał zadbać o waszą edukację nie tylko w dziedzinie zaklęć, ale wasze lekcje z nauczycielami będą odbywały się indywidualnie. Nie będziesz miał kolegów w ławce obok i sam będziesz musiał wykonywać swoje zadania domowe. To bardzo poważna decyzja i ja bardzo cię proszę, żebyś się dobrze nad tym zastanowił.
– Tak zrobię, mamo – odparł z uśmiechem.
– A właściwie to dlaczego profesorkowi tak zależy, żeby nas uczyć? – wtrąciła Leen.
– Odpowiedź, że jest miłym człowiekiem nie przejdzie raczej, co? – zaśmiałam się, obejmując ramionami swoje starsze dzieci.
– No raczej nie uwierzę – parsknęła dziewczynka.
– Myślę, że mu na nas zależy – wyznałam. – Traktujemy go jak członka rodziny i on nas traktuje w taki sam sposób. Zależy wam na tym, żeby wasi najbliżsi byli dobrze wyedukowani i mieli wszystko co najlepsze, prawda? – Dzieci pokiwały głowami. – Jemu też na tym zależy.
– Jak to się stało, że profesor jest dla mamy taki ważny i mama dla profesora? – Teo spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
– Trafiłam na jego zajęcia na pierwszym roku studiów – zaczęłam. – Wiecie jak trudno się do niego dostać i dla mnie było to jak gwiazdka z nieba. Wymagał bardzo dużo, ale też bardzo dużo dawał. Nie do końca wiedziałam czym kierował się podczas swojego wyboru. Jestem dobra z zaklęć, zawsze byłam, ale nie spodziewałam się takiego wyróżnienia. Później okazało się, że profesor był zainteresowany mną już od dawna. Profesor Flitwick, mój opiekun domu, był jego uczniem, a z czasem stał się też przyjacielem. Już w pierwszej klasie dostrzegł we mnie spory potencjał w dziedzinie zaklęć i podejrzewał zdolności w starożytnej magii. Zwierzył się z tego profesorowi Davisowi i z tego co dowiedziałam się już po latach, jego wybór na pierwszym roku moich studiów nie był przypadkowy ani oparty jedynie o obserwacje podczas pierwszych zajęć, ale przyglądał mi się przez lata, jakie uczyłam się w Hogwarcie. Żeby móc w pełni posiąść wiedzę, jaką chciał mi przekazać musiałam mu całkowicie zaufać, ale i on musiał zaufać też mnie. Na początku uczył mnie panowania nad umysłem i uczuciami, przepływem magi przez moje ciało i uwalniania jej, a do tego często musiał zagłębiać się w mój umysł, a czasem dawać dostęp do swojego. Przez ponad dwa lata takich praktyk zdążyliśmy się dość dobrze poznać. Po studiach utrzymywaliśmy sporadyczne kontakty. Ja miałam pracę i byłam w ciąży, a on nigdy specjalnie się nie narzucał. Coś się przełamało w naszych kontaktach, gdy jakiś czas temu zwróciliśmy się do niego z prośbą o pomoc w otwarciu skrytki. Pozostał sobą i nadal denerwował i mnie, i tatę swoim zachowaniem, ale pomimo tych uszczypliwości czułam od niego troskę o mnie i moją rodzinę. Ufałam mu, powierzając Leen pod opiekę i nie miałam żadnych wątpliwości, gdy zwierzałam się z moich przypuszczeń odnośnie tego, że Teodor żyje i nie pomyliłam się. Profesor bardzo nam pomógł. To on pierwszy domyślił się kim jesteś. Być może dlatego, że widział coś, czego my baliśmy się dostrzec, nie wiem, ale to on powiedział mi co zrobić i to on powstrzymał mnie wówczas przed zgubną euforią. – Mocniej przytuliłam syna. – Wtedy, tamtego wieczoru, gdy odkryłam, że jesteś moim synem coś między nami pękło. Chyba po raz pierwszy okazał mi uczucia i odniosłam wrażenie, że był z tego zadowolony. Kiedyś powiedział, że przypominam mu jego siostrę, ale myślę, że to nie tylko dlatego jest z nami przez cały czas. Być może połączył nas wspólny cel, ale chyba i bez tego potrafilibyśmy się zaprzyjaźnić.
– Uważasz go za swojego przyjaciela? – Leen spojrzała na mnie zaskoczona.
– Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że jest znacznie więcej niż tylko przyjacielem. Jest przyjacielem, mentorem, rodziną. I bardzo bym chciała, żeby i on traktował nas podobnie.
– Myślę, że jesteśmy dla niego równie ważni, jak on dla nas – odparł z zamyśleniem Teodor.
Severus
– Jesteś pewny, że zdołasz temu podołać? – Davis zwrócił się do mnie z zamyśleniem, przyglądając się swojej byłej uczennicy przez okno. – Ona nigdy sobie nie wybaczy, jeśli coś ci się stanie. Severusie – odetchnął głęboko, odwracając się w moim kierunku – ona cię potrzebuje.
– Od tego czy mi się uda zależy życie mojej rodziny – odparłem twardo. – Nie mam wyboru. Muszę go zabić i muszę tego dokonać sam.
– Dobrze wiesz co mówiła przepowiednia …
– Przepowiednia nie musi się spełnić – przerwałem mu. – Pomoże mi pan, czy mam sam rzucać te zaklęcia? – Spojrzałem na starszego mężczyznę, marszcząc brwi.
– Ostrzegam tylko, że wchodzimy do tej sali nielegalnie – prychnął i poprowadził mnie do wielkiej komnaty podzielonej przez magiczne bariery na mniejsze pokoiki. – Tam – wskazał gestem na jedną z falujących, przezroczystych ścian. – Zajmij się rzucaniem zaklęć na tę laskę, a ja utrzymam Czarną Magię z dala od ciebie. Ostrzegam jednak, że to bardzo zaawansowana Czarna Magia i jeśli coś się nie uda będę zmuszony cię unieszkodliwić. – Uśmiechnął się zjadliwie i zajął miejsce na jednym z krzeseł.
Ułożyłem przed sobą długą, gładką różdżkę Merlina i odetchnąłem głęboko, oczyszczając umysł. Kątem oka zerknąłem na starszego czarodzieja i gdy ten był gotowy, by rozpocząć swoją inkantację ochronną, zabrałem się za swoją część zadania. Czubkami palców przejechałem po równej powierzchni drewna, przymknąłem powieki i próbowałem odnaleźć w sobie magię największego z czarodziejów, magię Merlina. Starałem się robić wszystko tak, jak uczyła mnie Solem. Mój umysł był zupełnie otwarty i pusty, gdy zimne dłonie prześlizgiwały się wzdłuż czarodziejskiej laski. Oddychałem głęboko i nawet przez moment nie uległem emocjom towarzyszącym ukazywaniu się w mojej głowie obrazów z życia Merlina. Widziałem jego dzieciństwo i pierwsze czary, chwile, gdy tworzyłem swą różdżkę i pierwsze jej użycie. Wstrzymałem oddech, gdy ukazał mi się moment, gdy magia zaczęła przepływać przez rdzeń różdżki i po chwili poczułem, jak ta sama magia przepływa przez moje palce, wiruje gdzieś wewnątrz ciała i spływa powoli do serca.
Dopiero teraz zrozumiałem to, co moja żona próbowała mi tłumaczyć na temat magii przez lata, to z czego nigdy nie kpił Davis i to co ocaliło moją żonę i syna. Gdzieś w głębi umysłu dostrzegłem uśmiechniętą twarz teściowej, jak wpatrując się w moje oczy, oddawała mi swoją córkę w opiekę. Nigdy do końca nie byłem pewien uczuć tej kobiety względem mnie, ale teraz wiedziałem, że ufała mi bezgranicznie. Powierzyła mi swój najcenniejszy skarb i nie mogłem jej zawieść. Bałem się otworzyć oczy, gdy na ramieniu poczułem niewielki uścisk Liwii. Bałem się, że to złudzenie zniknie, a teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebowałem dodatkowego wsparcia, by bronić swojej rodziny, by ich ocalić. Nabrałem głęboko powietrze i po chwili usłyszałem, jak teściowa szepcze mi do ucha słowa trudnej czarnomagicznej inkantacji. Byłem chroniony czarami Davisa, ale dopiero jej obecność dodała mi sił.
Z nieznaną sobie dotąd mocą powtarzałem słowa zaklęcia. Czułem w swym sercu starcie dobra ze złem, ale ani przez chwilę nie czułem lęku. Prowadziła mnie miłość. Miłość, jaką Liwia darzyła swą córkę i wnuka, miłość, jaką obdarzyła mnie. Zatęskniłem za nią, tak, jak jeszcze nigdy przedtem, zatęskniłem za radością z jaką nas zawsze witała, za wesołymi iskierkami w oczach żony na widok matki i przez jedną krótką chwilę zawahałem się. Poczułem pokusę tak silną jak jeszcze nigdy dotąd. Miałem na wyciągnięcie ręki potęgę, która potrafiłaby przywrócić do życia bliskich sercu mojej żony. Mojej ukochanej Solem. Dłoń na moim ramieniu zacisnęła się mocniej, a uśmiech Liwii, który wciąż mi towarzyszył w umyśle poszerzył się. Posłałem jej smutne spojrzenie i po chwili czułem, jak niekontrolowane łzy spływają po moich policzkach.
Zacisnąłem dłonie w pięści, kończąc wypowiadać czar nad różdżką Merlina i wciąż z zamkniętymi powiekami pozwoliłem sobie na chwilę słabości. Mentor mojej żony chyba po raz pierwszy taktownie się nie odzywał, tylko czekał cierpliwie. Nabrałem powietrza w płuca i spojrzałem na mężczyznę zmęczonym wzrokiem. Ten jedynie pokiwał do mnie z uznaniem i gestem nakazał zawinąć laskę w jedwabny materiał.
– Pomóc ci z ich połączeniem, czy pozwolisz na to Solem? – spytał po chwili męczącej ciszy.
– Myślę, że nic jej nie grozi – odparłem.
– Też tak myślę. – Davis uśmiechnął się zachęcająco.
– Widział ją pan? – Zatrzymałem się przy wyjściu z sali i spojrzałem uważnie na profesora. Ten z cichym westchnieniem pokręcił głową.
– Nie widziałem, ale wiem, że ktoś był tam obecny – wyznał po chwili namysłu. – Zanim jeszcze zacząłeś wypowiadać zaklęcie dołączyła do nas trzecia moc, ale nie sądzę, by był to Merlin. Nie był to ktoś szczególnie silny magicznie, ale ktoś kto zna istotę magii. Czy to był ktoś dla ciebie bliski?
– Ktoś, kogo serce biło w tym samym rytmie co moje – odpowiedziałem zamyślony.
– Matka Solem? – spytał z powagą. – Przekazała ci jej ochronę, prawda? – Przytaknąłem. – Mądra dziewczyna – mruknął i po chwili z całej siły walną mnie w plecy. – Dobrze ci poszło, chłopcze – zaśmiał się i popchnął mnie do wyjścia. – Chodź, bo przypominam, że jesteśmy tu nielegalnie, w dodatku uprawiamy Czarną Magię. Jeśli dowie się o tym ktoś z władz uczelni, będę musiał ich zabić – roześmiał się złowrogo.
.: :.
Teodor
– To najfajniejsze miejsce na świecie – wykrzykiwałem rozentuzjazmowany. – Zaraz po naszym domu … i domu babci, i domu w Londynie, i … tam jest super, mamo. Kolorowo i ładnie, i tyle fajnych obrazków na ścianach. Naprawdę namalowały to inne dzieci? I mój obrazek tam wisiał. Widziałem. A ten pokoik, w którym mama mieszała herbaty. Tam pachniało najpiękniej, naprawdę. Nawet w domu tak ładnie nie pachnie. Chyba, że wtedy, gdy mama gotuje albo jak tata warzy jakiś fajny eliksir. Będę mógł tam jeszcze pójść? A książki? Nigdy nie widziałem tylu książek dla dzieci. Nawet w wydawnictwie, jak mnie ostatnio dziadek zabrał. Widziałem też mugolskie książki. Nie wiedziałem, że można je sprzedawać w mamy księgarni. – Mama z uśmiechem wysłuchiwała moich pochwał na temat sklepu. Roześmiała się głośno i nie przerywając mi, wezwała Ropuszkę, by podała podwieczorek. – A kukiełki w teatrzyku? Widziała je mama? Naprawdę ja i chłopaki możemy zrobić przedstawienia dla dzieci? Nawet Ronowi się chyba podobało, a jemu rzadko coś się podoba. Szkoda, że Hermiona nie może tego zobaczyć.
– Może – wtrąciła.
– Moglibyśmy ją zaprosić? – Spojrzałem na matkę szeroko otwartymi oczami. – Byłaby zachwycona. Ona kocha książki. Ale jak? Przecież ona nie wie …
– Możemy spróbować zorganizować coś dla dzieci z mugolskich rodzin. – Zamyśliła się przez chwilę. – Może profesor McGonagall mogłaby pomóc. Nie mam pojęcia jak można zorganizować transport dla tylu osób. Pomyślimy o tym, obiecuję. Na razie nie możemy jej zaprosić do nas. To zbyt niebezpieczne.
– Wiem, mamo – odparłem z westchnieniem.
– Teo, przepraszam za tatę. – Mama objęła mnie, kiedy usiadłem obok niej, chwytając jedną z kanapek.
– Nie musi mama – odparłem z przepraszającym uśmiechem. – Ja rozumiem, naprawdę. I tata przecież prosił mnie, żebym tam nie wchodził. Powinien być na mnie zły.
– Miałam wrażenie, że nieco przesadził ze złością.
– Nie, naprawdę – upierałem się. – Był tam ten pan i Lee. Warzyli jakieś eliksiry i ja nie powinienem się tak zakradać.
– To dlaczego nie usłuchałeś? – Mama spojrzała na mnie z troską.
– Bardzo chciałem zobaczyć sklep taty – wyznałem cichym głosem. – Laboratorium pod sklepem jest ogromne i ja … przepraszam. Nie powinienem się tam zakradać.
– Skąd wiedziałeś o przejściu z jednego sklepu do drugiego?
– Odkryłem … Mama wie, prawda? – Spuściłem wzrok i zmieszany przygryzłem wargę.
– Domyślam się – odparła. – Nie chcesz kłamać, ale nie chcesz też donosić na siostrę.
– Ona nie zrobiła nic złego – odpowiedziałem z wyrzutem.
– Nie – westchnęła. – Powiedziała ci o przejściu, ale wie o nim cała rodzina. Teo, synku – zaczęła zmęczonym głosem – bardzo byśmy chcieli skończyć z tymi wszystkimi ograniczeniami, ale to jeszcze troszkę potrwa. Wiem, że czujesz się pokrzywdzony. – Chciałem zaprotestować, ale mama nie dopuściła mnie do głosu. – Bardzo mi przykro z tego powodu i uwierz, że nikt tak bardzo jak ja i tata nie pragnie byś mógł żyć w końcu normalnie. Kochamy cię bardzo i twoje bezpieczeństwo jest dla nas najważniejsze. Ważniejsze niż cokolwiek innego.
– Wiem, mamo – wyszeptałem. – Przepraszam, że sprawiłem kłopot. Proszę, niech mama za karę nie zabrania mi chodzić do księgarni. Teraz kiedy wujek Syriusz może mnie tam zaprowadzać …
– Synku – przerwała mi pospiesznie – nie zamierzam cię karać. Wydaje mi się, że tata był wystarczająco surowy dla ciebie.
– On tylko nakrzyczał trochę – tłumaczyłem. – I za karę powiedział, że … że porozmawia sobie z moją matką i oczekuje, że przez kolejny tydzień zamiast zbijać bąki w domu będę sprzątał jego pracownię. – Spojrzałem z uśmiechem na matkę, gdy dotarł do mnie sens słów ojca.
Gdy zakradłem się do laboratorium pod sklepem z eliksirami nie spodziewałem się, że tak szybko zostanę odkryty. Leen bardzo dużo mi o nim opowiadała i chciałem jedynie zerknąć. Nie przewidziałem, że założono tam zaklęcia alarmujące, ale tata warzył tam czasem niebezpieczne mikstury i musiał być przygotowany na niezapowiedziane wizyty od strony księgarni, tak by mógł szybko zamknąć przejście. Przestraszyłem się, gdy ojciec wydarł się na mnie i z trudem powstrzymałem łzy. Na co dzień nie miałem problemu z obowiązującymi ograniczeniami. Cieszyłem się, że mogę spędzać czas z rodziną, a rodzice starali się wynagrodzić mi niedogodności, ale gdy zobaczyłem Lee Jordana, jak sieka sobie w najlepsze zioła w pracowni mojego taty, coś we mnie pękło. Poczułem ukłucie zazdrości. Pomyślałem, że to bardzo niesprawiedliwe, że nie mogę tam nawet wejść.
Tata, kiedy mnie dostrzegł czającego się za drzwiami był tak zły, jak nigdy przedtem. Nie pamiętałem, by nawet zanim dowiedział się o tym, że jestem jego synem użył taką ilość słowa idiota pod moim adresem jak dzisiejszego ranka. Krzyczał tak głośno, że mama, która zajmowała się swoimi sprawami w księgarni przybiegła tam natychmiast, a wszystkie dzieciaki, które bawiły się na górze podobno zamarły. Każdy później patrzył na mnie ze współczuciem. Neville posłał mi takie spojrzenie, jakby to miało być nasze ostatnie spotkanie, a bliźniacy gratulowali odwagi chociaż widać było, że nie wierzą w moje długie pożycie.
Dopiero teraz dotarły do mnie słowa ojca. Okraszone sporą ilością epitetów groźby, były tak naprawdę niczym innym, jak zapowiedzią wspólnie spędzanego czasu w laboratorium. I byłem pewien, że to będzie bardzo miło spędzany czas. Na moje szczęście, obecny tam Syriusz, pod którego opieką oficjalnie wówczas przebywałem, po marudzeniu i kłótni z Severusem zgodził się, że należała mi się kara.
Tata jasno i wyraźnie zabronił mi przychodzenia do jego sklepu i warzelni w czasie godzin pracy i nakazał zawsze najpierw spytać mamę, gdybym musiał z jakiegoś powodu tam pójść. Zakaz był podyktowany głównie ze względu na moje bezpieczeństwo i groźbę wydania naszej tajemnicy, ale podejrzewałem, że i moje siostry nie mogły zakradać się cichcem do laboratorium. Zastanowiłem się przez chwilę, jaka kara spotkałaby Leen i musiałem przyznać, że zostałem potraktowany bardzo łagodnie.
– Powinienem zostać ukarany, mamo – odrzekłem zasmucony.
Solem
Jęknęłam, słysząc głęboką skruchę w słowach syna. W rzeczywistości chłopiec nie zrobił nic strasznego. Niebezpieczne i niestabilne mikstury Severus warzył po godzinach otwarcia sklepów. Nigdy, gdy na górze przebywał ktokolwiek. Owszem, mogło się zdarzyć, że zniszczyłby jakiś eliksir, gdyby ktoś go nagle zaskoczył, co zresztą zdarzało się już w przeszłości, i stąd te wszystkie alarmy i zabezpieczenia w przejściu, ale nigdy nie ukarałby dziewczynek za chęć pobycia z nim w laboratorium.
– Dlaczego tak sądzisz? – spytałam z powagą.
– Gdyby Leen tam się zakradła tata ukarałby ją bardzo dotkliwie – odparł poważnie.
– Leen spotkała dokładnie taka sama kara jak ciebie, gdy pierwszy raz bez pozwolenia zakradła się do pracowni taty – wyjaśniłam mu. – Chociaż w twoim przypadku dostrzegam okoliczności łagodzące. Nigdy wcześniej nie byłeś w laboratorium taty i chęć podpatrzenia go tam musiała być silna. Ja to rozumiem, chociaż jemu wydaje się, że to niezbyt ciekawy widok. Nie możesz tam chodzić bez pozwolenia z innych powodów, niż nie mogła Leen. Była jeszcze mała i nie powinna w ogóle wychodzić z księgarni sama. Prawdę powiedziawszy, gdybyśmy nie musieli ukrywać twojej tożsamości nie byłoby niczym złym, gdybyś odwiedził tatę w pracy. Teo, skarbie – odetchnęłam – nie traktujemy cię z większą pobłażliwością niż dziewczynki. Kara sprzątania laboratorium jest zwykle najgorszą w ich mniemaniu i pewnie po tygodniu będziesz myślał podobnie.
– Mama sobie żartuje? – Teodor spojrzał z rozbawieniem. – To najfajniejsza kara na świecie. Będę mógł być w taty laboratorium i sklepie. I tata będzie ze mną przez cały czas. Sam.
– Teo, mam nadzieję, że nie kombinujesz teraz w jaki sposób przedłużyć tę karę. – Posłałam mu ostrzegawcze spojrzenie.
– Nie – odpowiedział zbyt pospiesznie.
– Skarbie – sięgnęłam po dzbanek z herbatą i rozlałam napój do filiżanek – jeśli czujesz potrzebę spędzania większej ilości czasu z tatą w jego laboratorium, w domu czy gdziekolwiek, musisz nam o takich potrzebach mówić. Oboje z tatą pracujemy i nie zawsze mamy czas na zabawę, chociaż wolelibyśmy być z wami, uwierz mi. Nie ma jednak takiej możliwości, by praca była ważniejsza od ciebie, czy dziewczynek i zawsze możemy coś wymyślić.
– Ale Lee może tam być całe dnie, chociaż wcale nie potrzebuje tej pracy tak jak bliźniacy. Jego tata dużo zarabia i … przepraszam. – Teo zwiesił głowę ze skruchą.
– Teo, myślisz, że gdyby Lee nie pracował u taty, ty mógłbyś tam pracować, zwłaszcza, gdy Mike weźmie urlop, tak? – Spojrzałam uważnie na syna, a ten nieśmiało przytknął. – Synku, chociaż powody, dla których tata zatrudnił Lee są nieco inne niż bliźniaków, on potrzebuje tej pracy bardziej niż oni. Powiedz mi, chciałbyś spędzać więcej czasu z tatą czy po prostu dorobić do kieszonkowego? – Nie bardzo rozumiałam powody zazdrości syna.
– Chyba … chyba jedno i drugie – wydukał. – Tyle, że chciałbym też być z mamą, dziewczynami i … jestem zbyt zachłanny prawda? Chciałbym cały czas być z wami wszystkimi – wyjaśnił.
– Nie jesteś zachłanny, syneczku – uśmiechnęłam się do syna. – Uwierz mi, że my wszyscy chcielibyśmy cały czas spędzać z tobą, ze sobą razem. Nie możemy jednak zapominać o obowiązkach. Myślę, że znajdziemy jakieś rozwiązanie tego problemu. W sierpniu planujemy z tatą wspólny wyjazd, wszyscy razem nad morze na dwa tygodnie. Myśleliśmy o wyjeździe gdzieś, gdzie żadne z nas nie musiałoby się ukrywać, ale to na razie tajemnica. Do tego czasu, gdybyś chciał każdy tydzień mógłbyś spędzać z kim innym. Teraz czekają cię popołudnia z tatą w jego sklepie, ale później mógłbyś pomóc mi i dziadkowi w wydawnictwie w ciągu dnia. Jestem pewna, że uda się to jakoś zorganizować, by nie narażać twojego bezpieczeństwa. Wieczorami razem z babcią mamy w planach zająć się do końca tym domem. Wciąż jest tutaj mnóstwo pomieszczeń i ścian do sprawdzenia i nie ukrywam, że po cichu liczyłam na pomoc całej rodziny …
– Mógłbym? Naprawdę? – Teo spojrzał z nadzieją i radością. – Ten tydzień, kiedy nie mogłem wychodzić … trochę się nudziłem. Babcia była ze mną przez cały czas, chociaż wiem, że była zajęta. Wciąż ktoś do niej fiuukał ze szpitala i o coś prosił. Była zła, że nawet po tym jak się zwolniła ciągle czegoś od niej chcą, ale zawsze pomagała im i ja … ja się trochę nudziłem.
– To dlaczego za każdym razem, gdy do ciebie fiuukałam mówiłeś, że się świetnie bawisz z dziewczynami i babcią? – spytałam przekornie.
– Nie chciałem mamie zawracać głowy – wyszeptał.
– Tacie mówiłeś to samo, prawda? – Westchnęłam, gdy chłopiec przytaknął. – Syneczku, musisz mówić nam o takich sprawach. Ja wiem, że to wszystko jest wciąż dla ciebie nowe i ciężko jest się w tym odnaleźć. Wciąż się jeszcze poznajemy i nie jest łatwo odgadywać twoje wszystkie potrzeby. Musisz nam w tym pomagać. Powiemy ci, jeśli żadne z nas nie będzie mogło z tobą pobyć. Zawsze możemy pomóc ci znaleźć sobie jakieś zajęcie. Przepraszam, syneczku. Powinieneś móc normalnie stąd wychodzić, bawić się z kolegami, odwiedzić Hermionę i Weasleyów albo zaprosić ich do nas. Chciałabym ci obiecać, że to się niedługo skończy, że spędzimy normalne wakacje, ale nie mogę.
– Wiem, mamo. – Teo uśmiechnął się smutno.
Z cichym westchnieniem przycisnęłam mocniej syna do swego ramienia. Chciałam, by mógł w końcu zachowywać się jak nasz syn w każdej sytuacji. Chciałam, by był normalnym nastolatkiem, ale widmo Voldemorta wciąż nad nami wisiało. Na wolności przebywało spore grono śmierciożerców czekających na powrót swojego pana. Gdyby któryś z nich dowiedział się o prawdziwej tożsamości Teodora, gdyby dowiedzieli się o miejscu jego pobytu zesłałoby to na nas poważne niebezpieczeństwo. W ostatnich dniach Severus nie informował mnie o swoich planach. Pomogłam mu połączyć obydwie laski w domku w Szkocji, ale od tamtego dnia milczał na ten temat jak grób. Powiedział, że reszta należy do niego i zabronił mieszać się w cokolwiek. Był przy tym tak stanowczy, że wierzyłam, iż był zdolny mnie uziemić wszelkimi możliwymi środkami, gdybym mu się sprzeciwiła.
Przed próbami pomocy powstrzymywały mnie także dzieci, które od naszego powrotu z krainy baśni zdawały się śledzić każdy nasz krok. Gdybyśmy obydwoje ponownie zajęli się tą sprawą z dużym prawdopodobieństwem Leen i Teo poszliby za nami.
– Lubisz Susan? – spytałam nagle.
– Susan? – zdziwił się.
– Susan.
– Jest miła – Teo wzruszył ramionami. – Tylko jakoś tak nigdy nie mieliśmy zbyt wiele okazji, by porozmawiać. Czasem, gdy siedziałem z Leen w bibliotece to się dosiadała i na zajęciach z zielarstwa kiedyś mi pomogła, ale tak jakoś nigdy nie miałem okazji jej bliżej poznać.
– A chciałbyś? – Przygryzłam wargę w zamyśleniu.
– Pewnie – odparł wesoło. – Ale …
– Co ty na to byśmy sprawdzili, jak zareaguje, gdy dowie się o twoim pochodzeniu? – Spojrzałam na syna z błyskiem w oku. Już jakiś czas temu rozmawiałam na ten temat ze swoją przyjaciółką i mężem i obydwoje zgodzili się, że Susan była na tyle rozsądną dziewczynką, że nie wpadnie w panikę na te wieści. To mógł być dobry sprawdzian, zanim nasza tajemnica ujrzy światło dzienne i wszyscy przyjaciele Teodora dowiedzą się, że nie jest Harrym Potterem.
Severus nie pisnął ani słówkiem, jak idą postępy w próbie zabicia Czarnego Pana, ale jego zamyślenie, ciągłe znikanie i nerwowość dawały jasno do zrozumienia, że to nie potrwa zbyt długo. Jeśli się nie myliłam potrzebowaliśmy naprawdę niewiele, by Voldemort odzyskał siłę. Nie mogłam nie myśleć na ten temat. Wiedziałam, że Severus będzie musiał wtajemniczyć przynajmniej dwóch ze swoich kolegów – śmierciożerców w swoje plany. Jego mroczny znak zniknął zupełnie pod wpływem magii, jaka spłynęła na nas z laski Morgan, ale moc, która była w nim zaklęta została pochłonięta przez różdżkę Merlina. Nie została zwrócona Voldemortowi i teraz potrzebowaliśmy kogoś, kto zgodzi się ten znak usunąć na zawsze i kogoś, kto będzie gotów odpowiedzieć na wezwanie Czarnego Pana i zabrać ze sobą Severusa. Miałam pewne podejrzenia, ale nie wypytywałam o nic męża. Nie chciałam dostarczać mu dodatkowych zmartwień i dawać do zrozumienia, że wiedziałam więcej niż on by sobie życzył.
– Chyba ktoś chciałby, żebyś zabrał go na spacer. – Uśmiechnęłam się, wskazując na małego, czarnego szczeniaka, a za nim ciągnące się jeszcze trzy.
– Wezmę całą czwór... – Teo nie zdążył dokończyć zdania, gdy u naszych stóp pojawił się ledwo przytomny mężczyzna.
– Tato. – Przerażona upadłam na kolana.
Kolejny rozdział: „Miłość, której się nie spodziewał"
