ROZDZIAŁ 55

Miłość, której się nie spodziewał

Severus

– Peter – Lucjusz uśmiechnął się przymilnie do niskiego, krępego czarodzieja – masz niepowtarzalną okazję, by przysłużyć się naszemu Panu, tak jak żaden z nas. Staniesz się nie tylko ulubieńcem Czarnego Pana, będziesz tym, który ostatecznie da mu nowe życie. – Z trudem powstrzymywałem ironiczny uśmieszek, widząc, jak Pettigrew prostuje się z dumy na samą myśl.

Nie wahałem się zbyt długo z wyjawieniem swoich tajemnic przyjaciołom. Nie ufałem w stu procentach ani Lucjuszowi, ani Emilowi, ale jeśli moja rodzina miała w końcu zaznać spokoju musiałem to zrobić. Musiałem uporać się z problemami jak najszybciej. Byłem świadom, że same się nie rozwiążą, a czym dłużej trwała ta sytuacja tym dłużej cierpiał Teodor.

Było mi bardzo przykro, krzycząc rankiem na syna tylko za to, że ten chciał popatrzeć na mnie przy pracy. Nie robiłem niczego niebezpiecznego, nawet nie wysiliłem się z postawieniem dodatkowych zabezpieczeń i gdyby to była któraś z dziewczynek z uśmiechem zaprosiłbym ją do pomocy. Mogłem zaufać Mike'owi, wiedziałem, że ten nie zdradziłby mojej rodziny, jednak Lee Jordan był jedynie młodym chłopcem i przed nim, póki co, musieliśmy ukrywać prawdę. Chwilę po awanturze z Teodorem, którego na całe szczęście wspierała Solem, zafiuukałem do swoich przyjaciół, przedstawiając im plan w całości.

Zarówno Malfoy, jak i Mulciber byli mocno zszokowani, gdy podczas jednego ze wspólnych spotkań na whiskey powiedziałem im bez ogródek, że zamierza wskrzesić Czarnego Pana. Z trudem powstrzymywałem głośny śmiech, gdy jeden przez drugiego przedstawiali mi argumenty przeciw. Obydwaj byli świadomi rychłego powrotu Voldemorta, ale najwyraźniej żadnemu z nich się do tego nie spieszyło.

– Narcyza chciała kolejnego dziecka – westchnął zrezygnowany Lucjusz, gdy w końcu powiedziałem w jakim celu chcę wskrzesić ich Pana. – Mogłoby się udać, gdyby nie ten przeklęty tatuaż – warknął ze złością, podwijając rękaw. – Mam szczerze dość jej lamentów po kątach i spoglądania tęsknie na noworodki koleżanek, i to ciągłe, a Severus i Solem … Gdyby nie to – wskazał na swoje przedramię – nawet bym się nie zastanawiał. Drconowi przyda się rodzeństwo. – Z trudem powstrzymałem się przed uwagą, że dziedzic Malfoya jest ostatnim, którego jakiekolwiek dziecko chciałoby za brata.

– No, mógłbym się wreszcie ustatkować – westchnął z rozmarzeniem Mulciber. Posłaliśmy mu z Lucjuszem rozbawione spojrzenia. – Jest taka jedna …

– Trzymaj się z daleka od Amelii – warknąłem. – Jeszcze mi rozgorączkowanej żony potrzeba.

Emil posłał mi niewinny uśmieszek.

– Przyjacielu, znam twoją żonkę i uwierz moje klejnoty są mi zbyt drogie, by po raz drugi zbliżać się do jej przyjaciółek. Od jakiegoś czasu zawsze najpierw pytam, czy przypadkiem panna nie zna Solem.

– Panna? Ty w ogóle zbliżasz się do takich bez obrączek? – Malfoy nie mógł się powstrzymać przed ironiczną uwagą. – Wyobrażasz sobie, drogi Severusie, że ten idiota, kilka lat temu próbował startować do mojej drogiej szwagiereczki?

– Bolało? – parsknąłem.

– Blizny po spotkaniach wewnętrznego kręgu to przy tym lekkie zadrapania – mruknął z niezadowoleniem.

– Rudolf był mu wdzięczny za poskromienie Belli na jedną noc – zaśmiewał się Lucjusz.

– Uwierz, przez lata zmądrzałem – wyznał Mulciber. – Teraz tylko spokojne mężatki i ciche panienki. Za stary jestem na kogoś pokroju Belli.

– Chyba wszyscy nieco zmądrzeliśmy? – Lucjusz popatrzył na nas poważnie. – Na litość Merlina, co mnie obchodzą jakieś szlamy, mugole i inne pokręty. Nie dość, że Ministerstwo i Biuro Aurorów wciąż mnie obserwuje to jeszcze widmo tego co się stanie, gdy on powróci wciąż mnie prześladuje. Znowu być niewolnikiem? Uganiać się za rodzinami mugolaków? Jakbym nie miał nic lepszego do roboty.

– Zdajecie sobie sprawę z tego, że sporo naszych kolegów z radością go powita? – Spojrzałem z powagą na mężczyzn.

– Obawiam się, drogi przyjacielu, że znaczna większość odpowie na pierwsze wezwanie w podskokach, ale raczej ze strachu niż radości – odparł Lucjusz, unosząc do ust szklaneczkę z bursztynowym płynem. – Jestem gotów zaryzykować.

– Wolałbym raczej nikogo więcej nie wtajemniczać w nasze sprawy – odrzekłem z zamyśleniem, a mężczyźni przytaknęli.

– Rozumiem, że zajmiesz się Czarnym Panem – zaczął powoli analizować Emil. – My, ja i Lucjusz weźmiemy na siebie resztę śmierciożerców. Nie zamierzam pytać kto jest po naszej stronie, a kto nie. Musimy zakładać, że każdy, który się tam zjawi będzie do odstrzału.

– Spodziewam się, że większość wewnętrznego kręgu odpowie – dodał Malfoy. – Trochę nas mało – westchnął.

– Mam jeszcze jednego – wtrąciłem.

– Jeśli twoja żoneczka, to jestem spokojny – odetchnął głęboko Emil.

– Solem o niczym ma się nie dowiedzieć – warknąłem z irytacją. – Black z nami pójdzie. Nie jest zbyt bystry, ale się przyda. Tylko ani słowa w jego kierunku, Mulciber – dodałem pospiesznie, widząc, że mój szkolny przyjaciel już zamierza wspomnieć o Amelii.

– To wciąż mało, Severusie – westchnął Lucjusz.

– Liczę, że część się wycofa, jak zacznie się walka – odparłem.

– A ludzie od Dumbledore'a? – spytał z nadzieją Malfoy.

– Zapomnij. Nie zamierzam nikogo więcej wtajemniczać – prychnąłem. – Narobią dużo zamieszania, ktoś coś chlapnie, któryś się przestraszy i nawet się nie obejrzysz, a będziesz miał na głowie aurorów, zanim jeszcze cokolwiek zrobimy. Musimy znaleźć sposób, by przekazać im wiadomość o miejscu pobytu Czarnego Pana, gdy już się wszystko zacznie. Nie jestem pewien, czy zdołam wysłać Patronusa do Solem. Ona będzie wiedziała co robić. Tu nieco ryzykujemy, że ostatecznie zostaniemy w czterech przeciw reszcie.

– Pozostaje sprawa nowego ciała – zamyślił się Lucjusz.

– Mam już kandydata. – Uśmiechnąłem się pod nosem.

Pierwszy, który przyszedł mi wówczas do głowy siedział teraz przed nami i z trudem powstrzymywałem się przed rzuceniem na niego Imperiusa, gdy udawał, że mocno zastanawia się nad naszą, jakże korzystną, propozycją. Peter nigdy nie grzeszył nadmiarem bystrości, ale nie był skończonym idiotą, za jakiego uważała go większość. Był czarodziejem, który bez względu na wszystko wybierał stronę, która mogła zapewnić mu zwycięstwo. I w tym przypadku liczyliśmy, że Pettigrew da się ponieść surowej kalkulacji.

– Teraz jest na to najlepszy czas – tłumaczyłem mu. – Teraz, kiedy Dumbledore został mocno osłabiony, nic nie zagraża powrotowi naszego Pana do pełni władzy.

– Czarny Pan zawsze uważał cię za … nieco słabszego od reszty – wtrącił Mulciber. – Pomyśl tylko co zyskasz, przywołując go do życia. – Peter wyraźnie się zamyślił, a mnie zdawało się, że zaraz rozpadnie się na kawałki.

– A co wy z tego będziecie mieli? – spytał po dłuższej chwili. – Dlaczego tak łatwo chcecie mi oddać wszystkie zaszczyty?

– Mamy rodziny, Pettigrew – prychnął Malfoy. – Chyba nie sądzisz, że możemy obarczać Czarnego Pana takimi obowiązkami.

– On nie ma rodziny. – Peter spojrzał zjadliwie na Emila.

– Ale ma wszystkie możliwe choroby weneryczne – burknąłem poirytowany. – Nasz Pan potrzebuje silnego, zdrowego ciała. Mężczyzny bez zobowiązań. – O mało nie przełknąłem własnego języka po tych słowach i kątem oka dostrzegłem, jak Lucjusz odwraca się, tłumiąc śmiech. Ja wręcz przeciwnie, wcale nie uważałem za zabawne nadskakiwanie temu idiocie.

Dalej wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Wciąż byłem zdeterminowany, by nie wtajemniczać w nic żony i o usunięcie mrocznego znaku Malfoya poprosiłem Davisa.

– Nie możesz go zabić, dopóki w pełni nie odzyska ludzkiej formy – tłumaczył. – Wiem, że pokusa będzie ogromna, ale musisz być cierpliwy, Severusie.

– Skąd będę wiedział? – spytałem z powagą.

– Nie wiem tego na pewno – westchnął. – Podejrzewam jednak, że będzie to moment, w którym po raz pierwszy po odrodzeniu uniesie swą różdżkę. Niczego w tym wypadku nie jestem pewien. Działamy po omacku, na wyczucie. Nie wiem, co się stanie, gdy wypowiesz zaklęcie wiążące duszę i niczego nie mogę ci zagwarantować, ale zamierzam być tam z tobą – powiedział twardo.

– Nie zgadzam się – warknąłem. – Solem będzie potrzebowała …

– Solem sobie poradzi – przerwał mi. – Nikt, nikt nie będzie wiedział i nic jej nie grozi. Ty będziesz potrzebował wsparcia. – Z rezygnacją opuściłem ramiona. – Z moich studiów wynika – kontynuował Davis – że dla lepszego efektu przelania duszy do ciała, dobrze jest wykorzystać szczątki przodków.

– Nie mam pojęcia …

– Ty nie, ale ja trochę poszperałem – przerwał mi ponownie. – Teraz, gdy Dumbledore gnije w holenderskim szpitalu dla obłąkanych, władzę w Hogwarcie przejęła Minerwa.

– Serio? – sarknąłem, nie mogąc ukryć uśmieszku triumfu na wspomnienie dyrektora.

– Pozwoliła mi przejrzeć archiwa szkoły – tłumaczył dalej niezrażony ironicznymi uwagami. – Wiem, gdzie pochowany jest ojciec Voldemorta. – Spoważniałem na tę wiadomość. Miałem tylko nadzieję, że nasz plan zadziała bez zarzutu, tak samo jak udało się to w przypadku dyrektora.

Dumbledore tuż po wydostaniu się ze skarbca udał się na poszukiwanie Lupina. Kilka dni później do naszego kominka wpadła rozentuzjazmowana Lily i nie bardzo zważając na obecność dzieci, wykrzykiwała z radością nowiny o śmierci męża. Czułem taką ulgę na te wieści, że nawet nie próbowałem przypominać kobiecie, że nie byliśmy jej przyjaciółmi i cierpliwie znosiłem jej wylewność w stosunku do Solem. Na szczęście do mnie nawet nie próbowała się zbliżać z uściskami. Z dużym prawdopodobieństwem dość szybko podzieliłaby los męża.

Z tego co nam powiedziała, Anne, dziewczyna, która była matką dziecka Lupina, przysłała jej sowę opisującą tragiczne wydarzenia. Ciało Remusa zostało znalezione w lesie nieopodal wioski, którą zamieszkiwała wraz z innymi wilkołakami. Nie było jej żal mężczyzny, który zniszczył jej życie, ale pozostawał on ojcem jej dziecka i nie miała nic przeciwko zemście. Zwłaszcza, że Dumbledore poszedł dalej i bez ogródek wtargnął do jej domostwa, wykrzykując na nią i jej syna, by oddali mu co nie należy do nich. Nie miała pojęcia o co chodziło i była pewna, że Albus Dumbledore nie zawaha się zabić i jej. Na szczęście nie trzeba było długo czekać na reakcje pobratymców. Każdy stanął w obronie Anne i stary czarodziej nie miał najmniejszych szans ustrzec się przed atakiem hordy rozeźlonych wilkołaków.

Z tego co później dowiedziała się Minerwa, dyrektor został pokąsany przez na wpół przemienione wilkołaki i trwał w stanie niekompletnej przemiany na tyle długo, że jego umysł odmówił posłuszeństwa. Został też oskarżony przez tamtejsze władze o napaść i morderstwo. Nie byłem w pełni usatysfakcjonowany, ale to musiało wystarczyć, na razie. Solem nie podzielała entuzjazmu Evans. Była przerażona, że chęć zemsty przysłoniła nam niebezpieczeństwo, jakie zesłaliśmy na tę biedną dziewczynę. Prawdopodobnie, gdyby nie przyłączyła się do wilczego plemienia, ona i jej syn podzieliliby los Lupina. Była roztrzęsiona i nie pomagały moje tłumaczenia, że znałem jej obecne miejscu zamieszkania i zwyczaje wilkołaków na tyle, by wiedzieć, że nie pozwolą skrzywdzić jednego ze swoich. Dopiero, gdy pozwoliłem jej napisać do Anne i obiecałem, że nie zabraknie im nigdy wywaru tojadowego, a w najbliższym czasie zamierzałem też dopracować eliksir dla jej syna, który hamował jego zbyt szybki wzrost, uspokoiła się. Kobieta nie czuła urazy do Solem. Nawet w dość żartobliwy sposób przedstawiła paradoks sytuacji. Za jej sprawą zabito człowieka, który zabił mężczyznę, na którym sama przez lata chciała się zemścić i koniec końców, ona także powinna czuć wdzięczność do nas. Miałem tylko nadzieję, że moja żona nie wpadnie na jakiś wspaniały pomysł próby zaprzyjaźnienia się z holenderką. Nie potrzebowałem w swym życiu więcej wilkołaków. Zamierzałem dotrzymać słowa i odnalazłem w Niemczech Mistrza Eliksirów, który za odpowiednią opłatą zgodził się co miesiąc dostarczać wywar, a prace nad wywarem dla młodego wilkołaka stanowiły dla mnie swego rodzaju wyzwanie.

Najwyraźniej los zaczynał nam sprzyjać i zamierzałem to teraz wykorzystać.

Laska Merlina boleśnie wbijała się w mój bok, gdy razem z przyjaciółmi stałem na cmentarzu w Little Hangelton. Dłonie lekko drżały, a reszta ciała zesztywniała w oczekiwaniu. Kątem oka dostrzegłem, że Malfoy i Mulciber byli równie niespokojni, ale to nie dziwiło mnie absolutnie; porywaliśmy się na nieznane. Davis, który odprawił już rytuały na obydwu czarodziejach stał teraz z boku i z dziwnym błyskiem przyglądał się poczynaniom Pettigrew. Stary czarodziej zachowywał się dziwnie nawet jak na niego i dręczyła mnie myśl, że coś tutaj nie grało. Coś było nie tak, ale kompletnie nie mogłem dostrzec co. Czułem obecność kogoś jeszcze i nie wydawało mi się, by chodziło o Blacka, ukrytego pod peleryną niewidką. To było coś znacznie bliższego memu sercu, ale bałem się choćby o tym pomyśleć. Było za późno na jakiekolwiek działania i teraz mogłem jedynie stać i czekać.

Peter tymczasem rozpoczął śpiewanie inkantacji nad grobem Toma Riddle'a. Według wskazówek profesora, naciął swą rękę w miejscu mrocznego znaku i z zawziętą miną skierował strumień krwi na stary grób, w którym spoczywały szczątki ojca Lorda Voldemorta. Przełknąłem głośno, gdy biała mgła zaczęła oplatać ciało krępego czarodzieja, a jakiś obcy głos powtarzał jego zaklęcie. Całą swą wolą starałem się nie odwrócić wzroku. Oczy mnie piekły, a gardło szczypało, ale bałem się przegapić odpowiedni moment. Jeśli zadziałałbym odpowiednio szybko, być może udałoby się uniknąć walki z resztą śmierciożerców. Na nasze nieszczęście, Peter przygotował kilku z nich na to co ma się niebawem wydarzyć i nie miałem złudzeń, że w krótkim czasie cmentarz zaroi się od niechcianych gości.

Stałem jak sparaliżowany, gdy biały wirujący obłok zaczął oplatać ciało Pettigrew, a nieznany głos przybrał na sile. Teraz rozpoznawałem go doskonale. To sam Czarny Pan powtarzał zaklęcie, przyjmując ciało Petera za swoje. Co prawda zapewnialiśmy go, że Lord Voldemort nie zawładnie nim całkowicie, ale nie miałem złudzeń, że szkolny kolega nie ma szans na przeżycie. Tak się też stało. Czarny Pan, gdy tylko poczuł się bardziej materialny, całkowicie stłamsił swojego wiernego sługę i bez wahania odesłał niechcianą duszę w niebyt. Było jeszcze wcześnie, ale niebo w nienaturalny sposób spowiła czerń i przez moment musiałem naprawdę mocno wytężyć wzrok, by długo wyczekiwany moment nie umknął mojej uwadze.

Lucjusz i Emil stali z gotowymi różdżkami, podobnie jak zresztą Davis, i zamierzałem właśnie zacisnąć palce na lasce Merlina, gdy jakaś nieznana siła mocno wyszarpnęła mi ją spod szaty. Zaniemówiłem, gdy tuż przy mym boku, odrzucając pelerynę niewidkę pojawił się ojciec.

– Tato – jęknąłem przestraszony, ale trzeźwo chwyciłem swoją własną różdżkę.

– Jesteś moim synem – wyszeptał. – Nie mogę pozwolić, byś zaryzykował swe życie, swą duszę.

– Tato. – Spojrzałem w oczy ojca i wiedziałem, że byłem bez szans, by odwieść go od tego co zamierzał. Davis ostrzegał mnie niejednokrotnie przed walką z Voldemortem. Byłem pewien, że moja dusza tak łatwo się nie podda i nawet pod ochroną laski Morgan czekała mnie ciężka bitwa. Przygotowywałem się na to od kilku tygodni i jak mi się wydawało, byłem gotów. Teraz, zerkając w przepraszające oczy Davisa, nabrałem wątpliwości. Stary czarodziej przy każdej możliwej okazji przypominał mi, że jeśli moja jaźń nie zdoła odeprzeć Voldemorta i nie zamknie go w lasce Merlina, moje ciało umrze, a dusza już na zawsze będzie połączona z tą czarnoksiężnika.

Z trudem to przyznawałem, ale nie dopuszczałem do siebie takiego rozwiązania. Kochałem swoją rodzinę i ponad wszystko pragnąłem być z nimi, ale bardziej zależało mi na ich szczęścia, nawet za cenę własnego życia i oddałbym je, gdyby była taka konieczność. Gdzieś w głębi, byłem na to przygotowany, choć świadom, jak bardzo zraniłoby to moją żonę.

Najwyraźniej i mój ojciec był gotów na wiele, by zapewnić bezpieczeństwo swym bliskim. Nigdy nie podejrzewałem go o tak głębokie uczucia względem mnie. Jako dziecko byłem otoczony troską ze strony rodziców i zawsze starali się zapewnić wszystko czego potrzebowałem, ale pomimo bliskich relacji z matką, gdzieś w środku czegoś mi brakowało. Ojciec nigdy nie miał dla mnie czasu i zwykle zbywał, gdy prosiłem o chwilę uwagi. Nie zabierał na wycieczki, nie lataliśmy razem na miotłach i nigdy, ani razu, nie odwiedził mnie w moim małym laboratorium. Cała jego rola do spełniania marzeń swojego syna o byciu Mistrzem Eliksirów, sprowadzała się do materialnej części tego pragnienia, chociaż jako dziecko, o wiele bardziej pragnąłem jego obecności niż nowych ingrediencji. Z czasem, jak mi się wydawało wyrosłem z potrzeby bliskości z ojcem, ale nawet jako dorosły mężczyzna łapałem się na pragnieniu pochwał, chciałem być doceniany przez niego i poczucia, że był ze mnie dumny. Przez jakiś czas byłem nawet zazdrosny, że to Solem, a nie mnie ojciec okazywał większe względy, ale teraz zrozumiałem, że w ten sposób dawał mi do zrozumienia, że pragnął mojego szczęścia. Zaakceptował i pokochał moją żonę, jak własną córkę, walczył o jej życie, gdy umierała spisana na straty przez aurorów, przekazał jej część wydawnictwa i robił wszystko, by była szczęśliwa. Ale to bez jej uśmiechu czułem się, jak pozbawiony życia i jej uśmiech był wszystkim czego potrzebowałem. Uszczęśliwiając ją, ojciec okazywał mi swoje uczucia. Mówił kocham przez każdy uśmiech mojej żony, do którego się przyczynił, przez przekazywanie wiedzy Leen, radość bliźniaczek i głośny śmiech Teodora. Przez lata podziwiałem Liwię, która oddała swoje życie w imię miłości do córki, a teraz mój ojciec próbował zrobić dokładnie to samo, chronił mnie i chronił szczęście mojej rodziny. Stał zdeterminowany w oczekiwaniu na nieuniknione i w duchu postanowiłem, że do tego nie dopuszczę. Nie mogłem stracić teraz ojca. Nie teraz, gdy w końcu poczułem to czego szukałem u niego przez lata, nie, gdy moje serce dotknęło wreszcie to czego tak bardzo pragnąłem. Przymknąłem na chwilę powieki i jeszcze mocniej zacisnąłem palce na chłodnym drewnie różdżki. Odetchnąłem głęboko i stanąłem gotów wspomóc ojca tak bardzo, jak teraz już tylko mogłem.

Tak jak przewidziałem, sługom Lorda Voldemorta nie zajęło dużo czasu, by pojawiać się w miejscu, gdzie odrodził się ich pan. Kątem oka dostrzegłem ojca wymawiającego inkantację, z laską skierowaną na czarnoksiężnika. Nie mogłem jednak przyglądać się zbyt długo. Lucjusz i Emil nie tracili czasu, tylko z zaciętością pozbywali się swoich starych kolegów, na szczęście w większości tak mocno zaskoczonych, że nie zdążyli nawet stawić oporu. Odetchnąłem z ulgą, widząc Davisa rzucającego zaklęcia ochronne na Tobiasa i już całkowicie skupiony rzuciłem się w wir walki. Śmierciożercy pojawiali się teraz jeden po drugim, a im więcej ich było, tym słabiej działał element zaskoczenia. Starałem się nie spoglądać na ojca, ufając, że ten dokładnie wiedział co robił, ale gdy złowroga siła zaczęła wydobywać się z ciała Petera Pettigrew, wirując czarnym dymem i kierując się w stronę wyciągniętej laski Merlina nie oparłem się pokusie patrzenia. Dopiero bolesne zaklęcie, rozcinające ramię przywróciło mnie do rzeczywistości.

Tobias otoczony jakimś nieznanym czarem ochronnym, zmagał się z ujarzmieniem potężnej siły, próbując całkowicie zamknąć ją w merlinowej różdżce. Ciężko było nie dostrzec grymasu bólu i nie słuchać pełnych cierpienia krzyków ojca, ale nie mogłem mu teraz w żaden sposób pomóc. Najwyraźniej i profesor Davis zrobił wszystko co w jego mocy, i zabrał się za poskramianie śmierciożerców. Tobias Snape, był teraz zdany tylko na siebie. Tak nagle, jak ta myśl pojawiła się w mojej głowie, pojawiła się też kolejna, że może jednak jest ktoś, kto mógł mu jeszcze pomóc. Ze złością odbiłem promień lecącego w moim kierunku zaklęcia i podbiegłem do leżącego i z trudem łapiącego oddech ojca.

– Synu – wyszeptał rzężącym głosem. – Zabij … musisz …

– Nie, tato – odpowiedziałem z determinacją.

– Nie dam rady – wyszeptał z trudem.

– Dasz – powiedziałem twardo. – Musisz, bym mógł powiedzieć ci, jak bardzo cię kocham. – Z tymi słowami wcisnąłem w jego wolną dłoń jedną z onyksowych spinek do mankietów, które dawno temu podarowała mi Solem.

.: :.

Solem

– Tato – krzyknęłam przerażona, dostrzegając ściskaną przez teścia laskę Merlina, która teraz emanowała bardzo nieprzyjemną mocą. – Co tata zrobił? Severus … – W pierwszym momencie przestraszyłam się, że mężowi coś się stało i to Tobias dokończył jego zadanie, ale spinka od mankietów, która wypadła z dłoni mężczyzny i moc, którą poczułam, chwytając ją w swoje drżące palce dała mi pewność, że Severus był cały. Przesunęłam dłoń nad różdżką Merlina i syknęłam z bólu, gdy złowroga siła odrzuciła mnie z dużą mocą. Tysiące myśli przelatywały przez moja głowę. Tobias właśnie toczył walkę o uwięzienie duszy Voldemorta w lasce i gorączkowo szukałam w głowie czegoś co mogło mu pomóc.

Trochę czasu zajęło mi ogarnięcie sytuacji i w ostatniej chwili odciągnęłam zszokowanego syna, który teraz z dziwnym wyrazem twarzy, trzymając się za bliznę na czole pochylał się nad dziadkiem.

– Walcz z tym – warknęłam z mocą na chłopca. – Teo – potrząsnęłam go za ramiona – cokolwiek czujesz przez znamię, spróbuj odepchnąć to do różdżki, którą trzyma dziadek – dodałam wciąż twardym głosem i odetchnęłam, widząc, że mój syn wykonuje polecenie. Dotychczas nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale Teodor musiał być naprawdę silnym magicznie czarodziejem skoro tak łatwo odrzucił potęgę, którą jak się domyślałam, obiecywał mu właśnie Voldemort. Chłopiec usiadł obok, ciężko oddychając.

– On chce zabrać dziadka – wyszeptał przestraszony. – Mamo, musimy coś zrobić.

– Teo – zaczęłam, odzyskując spokój – na strychu znajdziesz pająka, pamiętasz go? – Chłopiec przytaknął. – Przynieś go i otwórz skrytkę. Pamiętasz, jak tata to robił? – Teo ponownie przytknął. – Słuchaj mnie teraz uważnie. Rozpocznę inkantację i będę potrzebowała skupienia, a ty musisz o nie zadbać.

– Jak? – wyszeptał.

– Po pierwsze zablokuj kominki – nakazałam. – W skrytce znajdziesz białą chusteczkę z wyhaftowanym imieniem Eileen. Weźmiesz ją i pójdziesz ponownie na strych. Staniesz przed tym dużym regałem na książki i przyniesiesz mi tę grubą, oprawioną w czarną skórę, przetykaną srebrną nicią. Nie ma tytułu, ale będziesz wiedział. Położysz ją obok mnie, tak bym mogła sięgnąć do niej ręką. Cokolwiek zobaczysz, postaraj się nie reagować. Pobiegniesz na górę, do mojej sypialni i z tamtego kominka przefiuukasz się do księgarni. Znajdź babcię i poproś, żeby bez zbędnych pytań zamknęła sklepy, a was przefiuukała do Amelii. Zostaniecie tam, dopóki ktoś po was nie przyjdzie. Nie mów nic dziewczynkom. – Teodor ponownie przytaknął. – Powiedz babci, żeby zabrała wszystkie lecznicze eliksiry, jakie znajdzie w sklepie. Przekaż jej, żeby tu przyszła, ale nie starała się mi pomagać i czekała aż skończę. Niech się teleportuje pod dom, nie bezpośrednio tutaj.

– Czy dziadek …

– Idź – przerwałam mu.

Spojrzałam w pozbawione życia oczy Tobiasa i sięgając do ich głębi, starałam się przekazać mu całą swą moc. Przez umysł przelatywały mi wszystkie szczęśliwe chwile, jakich doznałam dzięki niemu. Zdjęcia małego, uśmiechniętego Severusa, nasze pierwsze spotkanie w świąteczny ranek, radość, gdy spoglądał na nas oboje kończących studia. Toast jaki wznosił podczas wesela i pełne dumy spojrzenia w stronę Severusa, gdy ściskał nowo narodzonego Teodora. Łzy wzruszenia po narodzinach Eileen i takie same, kiedy przeglądał album z portretami mamy. Wdzięczność, gdy po wstępnych rozmowach przyjęto mnie na studia dzięki jego stypendium i szczęście w jakie wprawiło mnie pierwsze wydanie książki z moimi ilustracjami. Słowa uznania, gdy pokazywałam mu swoją teorię tworzenia zaklęć i głośny śmiech, kiedy bawił się z bliźniaczkami. Pocałunki Severusa i troska jaką mnie otaczał, a której nauczył się od ojca.

Mój oddech stał się cięższy, ale nie oderwałam wzroku od oczu teścia nawet wówczas, gdy Teo położył cichutko ciężką księgę. Na oślep wyciągnęłam dłoń i delikatnie zaczęłam wodzić po miękkiej okładce wiekowego tomu. Starożytna, najczystsza magia, której moc zwykle ignorowali czarnoksiężnicy, spokojną, błękitną smużką dymu przepływała do moich palców. Nie wskazywała mi trudnych zaklęć ani skomplikowanych uroków, które były w niej spisane, ale przypominała o istocie magii, o tym wszystkim, czego przez lata uczył mnie profesor Davis, co próbowała przekazać matka i czego poszukiwał ojciec. Czułam, jak przepełnia mnie szczęście, wdzięczność do mężczyzny, który leżał przede mną i przyjaźń, jaką obdarzyliśmy się nawzajem, a na końcu miłość. Miłość do człowieka, którego i on, i ja kochaliśmy bezgranicznie. Miłość, za którą oboje byliśmy gotowi poświęcić życie. Miłość.

Najdelikatniej, jak potrafiłam przesunęłam jedną rękę nad bezwładnym ciałem Tobiasa i skierowałam ją nad wciąż mocno ściskaną laskę. Zebrałam swoje myśli i jak w transie, jeden palec po drugim zaciskałam na chłodnym drewnie. Zignorowałam całkowicie ciche pyknięcie zwiastujące czyjąś aportację i starałam się nie słuchać szeptów i szlochów dobiegających gdzieś z boku. Przymknęłam powieki i z całą mocą ścisnęłam laskę Merlina. Odetchnęłam, nie czując złej mocy, a moją dłoń oplotła różdżka Morgan, dając wskazówki, których Pani Jezior nie mogła przekazać osobiście. Miałam wrażenie, jakby od pojawienia się Tobiasa w naszym salonie minęła wieczność. Ze spokojem, jaki wciąż odczuwałam po przepływie mocy z księgi cisnęłam różdżkę w ogień kominka i z mieszaniną uczuć przyglądałam się jak płonie zaklęta w niej dusza Voldemorta. Syk tysiąca węży wydobył się z ognia, który nagle zgasł i wokół nastała przenikliwa cisza. W popiele dostrzegła świecący jasnym blaskiem kamień słoneczny, który zdobił laskę Merlina i z ulgą obserwowałam, jak powoli przygasał, by w końcu zblednąć całkowicie. Odskoczyłam, gdy płomienie ponownie rozbłysły pochłaniając kamień i po chwili w kominku dostrzegałam jedynie spokojnie tańczące języki ognia.

– Tato – wyszeptałam i gwałtownie odwróciłam się do pozostawionego przed chwilą teścia. Odetchnęłam, widząc, że Eileen już pracuje nad nim ze swoją różdżką, a Severus instruowany przez nią odkorkowuje kolejne fiolki z eliksirami. Spojrzałam na twarz mężczyzny. Tym razem jego oczy były zamknięte, a oddech chociaż ciężki z każdą chwilą zdawał się uspokajać. Opadłam ciężko na kanapę i zmęczona schowałam twarz w dłoniach, nie mając odwagi patrzeć na walczącego o życie Tobiasa. Odważyłam się spojrzeć dopiero, gdy poczułam, jak silne ramiona męża oplatają moje z niezwykłą siłą.

– Ty stary ośle – wykrzyknęła Eileen ze złością i ulgą jednocześnie. Rzuciła się na szyję męża i pocałowała z namiętnością o jaką nigdy jej nie podejrzewałam. Nawet Severus patrzył na ten obrazek z czułością, po czym z uśmiechem ulgi leciutko musnął moją skroń.

– Już po wszystkim? – spytałam drżącym od emocji głosem, mocno wtulając się w niego.

– Po wszystkim – westchnął, przymykając powieki.

Odwróciłam się do niego i z czułością chwyciłam jego twarz w dłonie.

– Ty stary ośle – powtórzyłam słowa teściowej, ale nie potrafiłam zdobyć się choćby na cień złości.

– Ej, on dostał całusa – protestował Severus, gdy wstałam z kanapy i podeszłam do siedzących wciąż na podłodze teściów, a po chwili do nas dołączył.

– Tato – zaczął niepewnie, ale ojciec nie pozwolił mu skończyć tylko z lekkim grymasem bólu przyciągnął go do siebie i mocno przytulił.

– Zrobię herbatę – mruknęłam, z trudem powstrzymując łzy wzruszenia.

– Pomogę ci – wybąkała Eileen równie drżącym głosem.

Ciężko opadłam na jedno z krzeseł w kuchni i odetchnęłam. Nie docierało do mnie, że już po wszystkim, że byliśmy wolni, a Voldemort nigdy już nie zakłóci naszego spokoju. Potrzebowałam solidnych zapewnień od męża, ale teraz on i jego ojciec potrzebowali chwili dla siebie. Moje wątpliwości mogły poczekać.

– Wiedziałaś? – Teściowa usiadła obok, chwytając mnie za rękę. Rozpłakałam się i jedyne co mogłam zrobić to pokręcić głową. Starsza czarownica przysunęła się bliżej i mocno mnie objęła. – Uratowałaś mu życie – wyszeptała cichutko, pociągając nosem. – Uratowałaś mojego męża przed czymś gorszym niż śmierć. Jak …

– Mamo – z wyrzutem oderwałam się od teściowej – kocham was jak własnych rodziców, tata … nie wiem, jak to się stało, ale obawiam się, że gdyby nie tata, to Severus … Co się do diabła stało?

– Nie wiem. – Eileen nieco uspokojona wzruszyła ramionami i machnęła różdżką, by zagotować wodę. – Rano powiedział mi, że idzie do pracy. Miał być w wydawnictwie i obiecał nawet, że wieczorem zabierze dziewczynki …

– Severus był strasznie zły, gdy Teo wszedł do jego laboratorium dziś rano … zrobili to razem? – zastanawiałam się głośno.

– Poszedłem tam zgodnie z planem z Malfoyem, Mulciberem i Davisem. Black miał się ukryć po niewidką i gdy się zacznie najpierw wezwać aurorów. – W progu kuchni pojawił się Severus, a chwilę za nim Tobias. – Ale może tata wam wszystko wyjaśni, bo najwyraźniej on i profesor mieli inne plany – ostatnie zdanie wykrzyczał z pretensją, odwracając się nagle do ojca. – Jak mogłeś mi to zrobić? Wiesz co czułem?

– A zastanowiłeś się nad tym co ja czułem? – Tobias stanął bliżej syna. – Jak mogłeś tam pójść i nie pomyśleć, że się przydam? Jak mogłem pozwolić własnemu synowi mierzyć się z czymś tak okrutnym? Jesteś moim synem, Severusie. Jedynym i ukochanym. Nie masz pojęcia co on … jego dusza … Synu, nie mogłem ci na to pozwolić. Masz żonę, dzieciaki … oni wszyscy cię potrzebują.

– Tak samo jak potrzebujemy ciebie – krzyknął Severus i głęboko odetchnął.

Kątem oka dostrzegłam, łzy na policzkach teściowej. Z wyrazem głębokiego szoku na twarzy trzymała dłoń nad gorącą parą wydobywającą się ze świszczącego czajnika.

– Mamo – wyszeptałam, delikatnie odciągając ją na bok. Nie zwracając uwagi na kłócących się mężczyzn, położyłam jej zranioną dłoń na stole i przywołałam słoiczek z maścią kojącą. – Mamo? – Spojrzałam w zaszklone oczy teściowej. – Uspokójcie się, proszę – powiedziałam nieco głośniej, zwracając się do męża i teścia. – Mamo? – Pogładziłam delikatnie kobietę po ręku, wcierając kojącą maź.

– Nigdy się tak nie kłócili. – Eileen spojrzała na mnie mocno skonsternowana. – Nigdy. – Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować i co teściowa miała na myśli. – Nawet, gdy był mały, tata na niego nie krzyczał. Jesteś pewna, że to mój mąż? – spytała z lekkim uśmiechem.

– Mama się z nim całowała, mama powinna wiedzieć lepiej – sarknęłam. – I nie wydaje mi się, by kłótnia ojca z synem była powodem do samookaleczenia. – Wskazałam na zranioną dłoń.

– Och, nawet nie poczułam – westchnęła Eileen. – Przepraszam, musiałam cię zdenerwować, ale wciąż nie wiem … co się stało?

– Oparzyła się mama – wyjaśniłam.

– Oparzyłam – powtórzyła głucho kobieta.

– Severus? – Stanowczo przerwałam ponowną sprzeczkę między mężczyznami. – Potrzebuję eliksiru na uspokojenie – poprosiłam. – I … Sev, kochanie ty krwawisz. – Dopiero teraz dostrzegłam plamę na ramieniu męża.

– Przez niego – warknął z pretensją, wskazując na ojca.

– Uspokójcie się – poprosiłam. – Tato, niech tata usiądzie i posmaruje jeszcze raz dłoń mamy – poleciłam. – Ty się rozbierz – nakazałam mężowi i sama poszłam do składzika z eliksirami.

Po powrocie do kuchni zastałam mężczyzn nieco spokojniejszych. Siedzieli w ciszy i co chwilę jeden spoglądał na drugiego. Mama wciąż w lekkim szoku patrzyła przed siebie. Podałam jej fiolkę z eliksirem, a sama zwróciłam się do męża. Syknęłam głośno, widząc głęboką, otwartą raną po klątwie ciętej. Spojrzałam z czułością w oczy Severusa i delikatnie ucisnęłam rozcięcie czystą gazą nasączoną miksturą dezynfekującą.

– Muszę to najpierw oczyścić, Sev – wyjaśniłam, gdy spojrzał na mnie zaskoczony.

– Nie możesz zaklęciem? – zdziwił się.

– Nie – mruknęłam cicho i wróciłam do poprzednich czynności.

– Coś się stało? – Chwycił moją dłoń i odciągnął od rany. Zarumieniłam, gdy nagle oczy wszystkich zwróciły się na mnie w oczekiwaniu.

– Nic się nie stało – syknęłam podenerwowana.

– Zrobisz herbatę dziecinko? – Eileen już uspokojona spojrzała na mnie błagalnie.

– Oczywiście – zapewniłam, przekazując uzdrawianie męża teściowej.

Severus

Razem z rodzicami z niepokojem obserwowaliśmy poczynania Solem. Dopiero teraz dostrzegłem, jak bardzo drżały jej dłonie i zwaliłbym to pewnie na zdenerwowanie, gdyby nie fakt, że drżały coraz bardziej. Dość wyraźnie próbowała używać czarów, wyjmując filiżanki i dzbanek, chociaż nie wyciągnęła swojej różdżki. Wymieniłem pełne obaw spojrzenia z rodzicami, gdy zamiast zaklęciem, przy pomocy łyżeczki odmierzyła odpowiednią ilość mieszanki i podszedłem pospiesznie, gdy zrezygnowana oparła obydwie dłonie o blat i lekko pochyliła głowę. Była świadoma wodzących za nią trzech par oczu i najwyraźniej dotarło do niej, że nie zdoła zbyt długo ukryć przed nami tego co się z nią działo.

– Nie mogę czarować – wyszeptała przerażona. – Przywołałam ten słoiczek z maścią i … poczułam straszny ból głowy. Straszny. Później, przy każdej próbie było coraz gorzej. – Odwróciła się powoli i wtuliła w moją klatkę piersiową.

– Solem – jęknąłem, gładząc jej plecy. – To przemęczenie …

– Sporo cię kosztowały te czary nad Tobiasem – dodała pospiesznie Eileen. – Gdy weszłam do domu, miałam wrażenie, że twoja magia jest obecna w każdym kącie, wszędzie. Z każdym krokiem, który przybliżał mnie do salonu coraz ciężej mi było oddychać i sama przez dłuższą chwilę nie mogłam czarować. Było tak jasno, jakby wpadło tutaj słońce – uśmiechnęła się nad tym porównaniem. – Gdy zobaczyłam Tobiasa, to nawet przez chwilę nie czułam niepokoju. Ty to sprawiłaś. Nie mam pojęcia skąd, ale wiedziałam co się dzieje. Przecież nawet nigdy nie widziałam tej laski, a wiedziałam co zrobił, z czym się mierzycie. Twoja magia była taka spokojna. Powoli oplatała wszystko dookoła i sprawiała, że czułam się … szczęśliwa. Czułam … czułam, jak bardzo nas kochasz, Solem. – Tobias mocno uścisnął dłoń żony.

– Pewnie, że was kocham – prychnęła. – Ale nie mogę nawet herbaty zaparzyć.

– To minie dziecinko – zapewniła z uśmiechem Eileen. – Pamiętasz, jak tłumaczyłaś nam na czym polega starożytna magia? Co mówiłaś o różdżce i konieczności jej użycia, gdy magia jest silna? – Solem niepewnie przytaknęła. – Nie użyłaś różdżki, skarbeńku. Magia z tej starej księgi przepływała przez ciebie bez żadnych zabezpieczeń, katalizatorów, akumulatorów czy czym tam różdżka w tym wypadku jest.

– Nie wypowiadałam zaklęć … – zaczęła niepewnie Solem. – Nie bardzo wiedziałam co robię. Improwizowałam …

– Obdarzyłaś Tobiasa swoją magią. – Eileen uśmiechnęła się serdecznie. – Pomogłaś mu odnaleźć swoją jaźń, pokazując istotę magii.

– Niczego nie musiałam pokazywać tacie – tłumaczyła się. – Tata sam by z tego wyszedł, bo bardzo dobrze wiedział co jest jej istotą. Teo – wyszeptała nagle, a do mnie dopiero dotarła cisza, jaka panowała w całym domu.

– Jest bezpieczny, z Amelią – wtrąciła pospiesznie Eileen.

– Nie, nie o to chodzi. – Solem uśmiechnęła się. – To Teo go odepchnął. – Z cichym westchnieniem usiadła na krześle i pozwalając mi zaparzyć do końca napój, opowiedziała co dokładnie stało się od chwili, gdy ojciec pojawił się w salonie. – Teraz wasza kolej. – Mrużąc oczy spojrzała na mnie. Opowiedziałem dokładnie swoją wersję i podobnie, jak wcześniej Solem spojrzałem na ojca z wyczekiwaniem.

– Wiedziałem, że muszę tam być od chwili, gdy usłyszałem o tej przepowiedni – zaczął, wzdychając. – Od dawna śniła mi się moja ciotka, siostra mojego ojca i to mnie utwierdzało w tym przekonaniu. Była bardzo dobrą osobą i świetną czarownicą, ale jak to w życiu bywa, dobrym ludziom nie zawsze sprzyja szczęście. Zakochała się w mugolu, a musicie wiedzieć, że moi dziadkowie byli dość przeczuleni na punkcie magiczności. Nie potępiali mugoli ani mugolaków, na pewno nie tak, jak Voldemort, ale raczej nie zamierzali zgodzić się na ten związek. Arya, była zrozpaczona. Byłem mały, ale pamiętam dokładnie strapienie ojca, gdy razem z matką martwili się o nią. Był rozdarty między siostrą a rodzicami, chodził nieszczęśliwy i wciąż powtarzał, że nie wie co zrobić. Chciał, by jego siostra była szczęśliwa i nie miał nic przeciwko temu mugolowi, ale chciał też pozostać w zgodzie z rodzicami. Wtedy moja matka i jej szwagierka zaczęły znikać wieczorami. Nie miałem pojęcia dokąd chodziły ani co robiły, a ojciec sprawiał wrażenie, jakby go to nie interesowało. – Solem przysłuchując się z zaciekawieniem tej opowieści, od niechcenia wyciągnęła różdżkę i przywołała tacę, na którą wylewitowała dzbanek i filiżanki z herbatą. Mrugnąłem do matki, widząc, co zrobiła moja żona i skierowałem wszystkich do salonu. Podczas tych czarów poczułem nagły przeciąg i dopiero po wejściu do pokoju dostrzegłem, że otworzyły się wszystkie okna. Nie chcąc przerywać ojcu i niepokoić żony, jednym ruchem pozamykałem wszystkie, a z rozchodzących się odgłosów, domyślił się, że nie tylko w salonie okna były otwarte. – Po kilku tygodniach tego ciągłego znikania, wpadły do domu krzycząc z radością, że im się udało.

– Co? – ponagliłem, gdy ojciec zrobił zbyt długą pauzę.

– Przelały część swoich mocy na tego mugola – odparł z uśmiechem Tobias. – Żadna z nich nie była już potężną czarownicą, ale teraz dziadkowie nie mogli się czepiać, że wybranek ich córki nie jest czarodziejem. Byli pod wrażeniem cudu, jakiego dokonały i żadne z nich, widząc poświęcenie córki, nie sprzeciwiło się więcej jej związkowi. Z tego co pamiętam, wuj nawet uczył się od mojej matki czarować.

– Zdołał utrzymać moc obcej czarownicy? Jak długo? – zdziwiła się Solem.

– Zmarli po dziesięciu latach, razem – wyszeptał, a Sol głośno jęknęła. – Umarli młodo, ale byli najbardziej szczęśliwymi ludźmi jakich znałem. – Solem pomimo spływających po policzkach łez uśmiechnęła się do teścia. – W snach, moja ciotka pokazywała mi co mam robić. Od miesięcy uczyła mnie tej inkantacji.

– Powiedziałeś mi tylko, że ci się śniła – wykrzyknęła z pretensją Eileen.

– No bo śniła – tłumaczył się.

– Nie boli już? – Ignorując kłócących się rodziców, spytałem szeptem, gdy Solem zaklęciem uchyliła okno w salonie.

– Chyba wraca powoli, bo nie mogłam go otworzyć bez różdżki – wyznała i wywróciła oczami, wskazując na rodziców.

– Postaraj się nie czarować, jeśli nie musisz, przez jakiś czas – poprosiłem z uśmiechem.

– Powinieneś mi powiedzieć całą prawdę – kłóciła się Eileen.

– Aha, i jeszcze pewnie cię tam zabrać? – krzyknął Tobias.

– Gdybym tam była …

– Mamo, aurorzy przybyli chwilę po śmierciożercach – wyjaśniłem. – Do niczego tam nie byłyście potrzebne. – Solem próbowała zaprotestować, ale uniosłem dłoń, uciszając ją. – Nie było was tam, udało się, koniec i kropka. Niech tata kontynuuje, bo dzieciaki czekają. Skąd aurorzy wiedzieli? Black miał ich zawiadomić spod peleryny.

– I Black ich zawiadomił – wyjaśnił. – Davis dał mu lusterko kierunkowe i widział w nim dokładnie co się dzieje na cmentarzu. Miał powiadomić aurorów i sam się pojawić do pomocy. Nie wiem co tam się dalej wydarzyło.

– Nimfadora Tonks, jego kuzynka jest początkującym aurorem – tłumaczyłem. – Z tego co wiem, to przez nią udało mu się sprowadzić na miejsce tych, którzy byli po stronie Dumbledore'a. Pojawili się praktycznie w chwili, gdy odsyłałem cię do Solem.

– Coś ty sobie myślał? – krzyknął znowu Tobias. – Naraziłeś swoją żonę i syna. Co gdyby on mną zawładnął?

– Nic by się im nie stało – warknąłem zdenerwowany. – W przeciwieństwie do ciebie, nauczyłem się trochę więcej niż samej inkantacji. Wiedziałem w jaki sposób mogę mu się przeciwstawić i …

– Davis uważał, że mogę to być równie dobrze ja – wtrącił Tobias. – Powinieneś mnie tam zostawić. Nawet gdybym sobie nie poradził, nie naraziłbym Solem i Teo.

– Myślisz, że pozwoliłbym ci się tutaj pojawić, gdyby istniało zagrożenie, że możesz ich zranić? – Podniosłem się zdenerwowany z kanapy.

– Owidiusz mówił, że będzie musiał mnie zabić, gdyby …

– Musiałby cię zabić, żeby mógł oddać twoje ciało rodzinie – syknąłem poirytowany. – Gdyby się nie udało zamknąć jego duszy w lasce, opętałby ciebie, a twoje ciało rozpadłoby się na popiół. Zabicie cię, miało jedynie zachować coś, co można by opłakiwać. Ciało, bo dusza na zawsze już związałaby się z duszą Voldemorta – krzyknąłem z rozpaczą i ciężko opadłem na kanapę obok Solem. Oplotła mnie swoimi ramionami i pogładziła po włosach.

– Jesteśmy tu, wszyscy razem, kochanie – wyszeptała. – Udało się wam.

– Severusie, synku – odezwała się Eileen. – Chociaż wizja jaką przedstawiłeś jest dla mnie przerażająca, wszystko skończyło się dobrze, a tata … to twój ojciec, synku. Co ty byś zrobił, gdyby Teo … – jęknęła, gdy tylko te słowa opuściły jej usta.

– Jesteś mi najbliższą osobą na świecie, Severusie. – Tobias usiadł obok Solem i po chwili obejmował swoje dzieci. – I póki co to ja jestem głową tej rodziny.

– Już po wszystkim – wyszeptała Solem.

– Pakujcie się – wykrzyknęła nagle Eileen.

– Co? – Spojrzeliśmy na nią, jak na wariatkę.

– Pakujcie się, szybko – ponagliła.

– Ale …

– Jedziemy na wakacje, wszyscy – wyjaśniła tonem nieprzyjmującym sprzeciwu. – Jestem pewna, że jutro w Proroku Codziennym ukaże się artykuł, że Harry Potter to w rzeczywistości Teodor Snape, a przynajmniej ktoś coś takiego zasugeruje.

– Ale …

– Wpadł do księgarni, gdy rozmawiałam z jednym z dziennikarzy tego szmatławca i wykrzykiwał: babciu, babciu – wytłumaczyła. – Nie musimy się przed nikim tłumaczyć i jak się domyślam, żadne z was nie chce narażać Teodora na stres związany z pytaniami, plotkami i artykulikami. Pojedziemy na wakacje, gdzieś, mam już pomysł. Tutaj się nieco uspokoi, my odpoczniemy …

– Co tak stoisz, Severus? – Solem spojrzała na mnie z uśmiechem. – Pakuj się.

– Moment – krzyknąłem, gdy moja żona pędziła na górę. – Zafiuukaj do Evans, niech za pół godziny zjawi się u Blacków.

– Chcesz ją zabrać na wakacje? – Popatrzyła na mnie z pretensją.

– Zgłupiałaś? – prychnąłem. – Chcę żeby cofnęła te wszystkie czary z Teodora. Niech w końcu będzie do mnie podobny, a nie … włosy jak … no tak włosy ma po tobie … ale nos, ma jak panienka jakaś i te pełne usta … i okulary niech wreszcie wyrzuci … te odstające uszy mógłby jakoś przykryć …

– Teo nie zapuści włosów tylko po to, żeby być bardziej podobnym do ciebie – warknęła z udawaną złością i ze śmiechem podeszła do kominka, by poprosić Lily o cofnięcie czaru.

Solem

– Wiesz, oni się tam całują – Severus mruknął mi do ucha, gdy pakowałam rzeczy w sypialni.

– Są małżeństwem, Sev – odparłam z uśmiechem. – Co w tym …

– Ja też chcę – przerwał mi. – Ciebie. Całą. Teraz. Tutaj – szeptał zmysłowym głosem. – Byłem ranny.

– Później. Na miejscu, gdziekolwiek ono będzie. Sami. Głośno. Powoli. Długo – odszepnęłam, całując go w usta. – Teraz. Dzieci. Rodzice na dole. Evans.

– Skutecznie mi obrzydziłaś … tę Evans mogłaś darować – prychnął, ale przycisnął mnie jeszcze mocniej i z całą mocą pocałował w usta.

Amelia westchnęła cichutko widząc, jak Lily Evans szczerzy się do jej męża. Nie mogłam nie zauważyć, jak ze złością zaciskała zęby, gdy ten odsuwał jej jedno z krzeseł. Chwyciłam przyjaciółkę za rękę i delikatnie ją uścisnęłam, kiedy Syriusz obsłużył gościa herbatą i sam ruszył w kierunku swojej żony. Rozejrzałam się po dużym salonie państwa Black i o mało nie oblałam się gorącym napojem, widząc Severusa wesoło rozmawiającego z Susan. Dziewczynka, odkąd pojawiliśmy się w ich domu przez cały czas chichotała i parskała do Teodora rozbawionym tonem, że nie może uwierzyć, że ze wszystkich ludzi na świecie, to akurat Snape jest jego ojcem. Miałam nadzieję, że większość jego kolegów ze szkoły zareaguje w ten sposób, ale niewielu z nich znało Severusa tak dobrze, jak Susan i znajdą się wśród nich tacy, którzy znienawidzą go tak, jak nienawidzą swojego nauczyciela.

– Czyli już po wszystkim? – odezwała się w końcu Lily.

– Po wszystkim, Evans – mruknęłam.

– Co ze mną zrobicie? – spytała zdenerwowanym głosem.

– Nic. – Wzruszyłam ramionami. – Chcieliśmy tylko, żebyś cofnęła zaklęcia z Teo.

– Lily – wtrącił Syriusz – jakkolwiek Severus i Solem są dla ciebie bardzo wyrozumiali, nawet jak na mój gust, musisz liczyć się z tym, że staniesz przed Wizengamotem. – Evans momentalnie zbladła.

– Aurorzy przeszukali biuro i kwatery Dumbledore – wyjaśniła jej Amelia. – Znaleźli różdżki, którymi posłużyliście się ty i Lupin, tamtego wieczora. Dumbledore był na tyle zarozumiały, że używał swojej własnej. Podczas zeznań użyto veritaserum, zaklęć prawdomówności i zniesiono wszelkie ochronne uroki łącznie z osłabieniem jego umysłowych barier. Praktycznie nie miał możliwości nie przyznać się do wszystkiego, a co za tym idzie wielokrotnie padło twoje nazwisko. Jego proces odbędzie się za miesiąc. Z tego co wiem będą cię wzywali na świadka, ale … z dużym prawdopodobieństwem postawią ci zarzuty.

Lily z rezygnacją pokiwała głową.

Nastała niezbyt wygodna cisza i coś mnie zakuło w piersi. Nie lubiłam tej kobiety. Od zawsze była zmorą mojego życia i często prześladowała mnie w najgorszych koszmarach, ale to nie ona zabiła moich rodziców i nie mogłam jej winić za ich śmierć. Spojrzałam na jej twarz i pod warstwą zaklęć upiększających dostrzegła głębokie zmarszczki, niewielką bliznę na policzku, którą pozostawił po sobie Lupin, siwe kosmyki prześwitujące między rudymi puklami; miała twarz starej zmęczonej kobiety. Sama była odpowiedzialna za swój los, była dorosła i inteligentna, zdolna podejmować własne decyzje, a mimo to stała się marionetką w rękach szaleńca. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dostała już za swoje. W domu czekał na nią chłopiec. Chłopiec tak samo mocno skrzywdzony jak mój syn. Czekał z nadzieją na normalne życie, na dom, którego nigdy nie miał i na matkę, która być może nieudolnie, ale kochała go i byłam pewna, już nigdy nikogo nie skrzywdzi. Dla tego chłopca, dla Harry'ego. Byłam to winna Jamesowi; musiała zrobić wszystko, by jego syn był szczęśliwy.

– Z tego co udało mi się dowiedzieć, postawią ci zarzut za współudział w morderstwie państwa Stanley i porwanie Teodora – kontynuowała po chwili Amelia.

– Co jej grozi? – spytałam spokojnym głosem.

– Wszystko – westchnęła Amelia. – Od dożywocia do ułaskawienia.

– Syriusz? – Lily odetchnęła i spojrzała na swojego dawnego przyjaciela. – Gdybym … ja wiem, że … zaopiekujesz się nim? – Black spojrzał na kobietę z troską i mocno zacisnął wargi.

– Masz moje słowo – odparł z powagą, jakiej jeszcze nigdy u niego nie słyszałam.

Severus

Zerknąłem na żonę i pochwyciłem jej pełne błagania spojrzenie. Popatrzyłem na syna, który teraz nieco przestraszony spoglądał na Lily i głośno wzdychając, przymknął powieki. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Było to ostatnie co chciałem powiedzieć, ale doskonale wiedziałem co czuli Teo i Solem.

– Nie będziemy zeznawać przeciwko tobie – powiedziałem w końcu i usłyszałem, jak moja żona głośno odetchnęła, a syn spojrzał z wdzięcznością. – Obiecaliśmy ci i zamierzamy dotrzymać słowa. Jednak nie możemy ci zagwarantować …

– Wiem, Severusie – przerwała mi Lily.

– Mógłbym się z nim zobaczyć? – wykrzyknął nagle Syriusz. – Jest moim chrześniakiem. Mógłbym go poznać? – Pomimo powagi Evans nie mogła powstrzymać uśmiechu.

– Wciąż o ciebie pyta – odpowiedziała. – O ciebie i Jamesa. Myślę, że mógłbyś mu dużo opowiedzieć o ojcu. – Kobieta przymknęła na chwilę powieki i zwróciła się do wciąż nieco przestraszonego Teodora. – Gotowy, by poznać własną twarz? – Chłopiec lekko skinął i podszedł do kobiety, która wstała ze swojego krzesła. – Ostrzegam, będziesz podobny do niego – wskazała dłonią na mnie, a Teo cicho się zachichotał.

– Niczego bardziej nie pragnę – wyznał cichutko i przymknął oczy, dając znać, że jest gotów na zaklęcia, które zdejmą z niego poprzednie czary.

Wszyscy spoglądaliśmy z przejęciem, gdy Lily wypowiadała swoje inkantacje. Z jej różdżki wystrzeliły kolorowe promienie i powoli, jeden po drugim oplatały Teodora. Kiedy kobieta skończyła, jej magia wciąż wirowała dokoła niego, tworząc kolorowe pierścienie. Mocno chwyciłem żonę za rękę i nie mogłem powstrzymać uśmiechu, widząc, jak mój syn dość znacznie rośnie, a delikatne kształty twarzy nabierają nieco ostrzejszego wyrazu. Spostrzegłem, że i Solem uśmiecha się pod nosem, gdy buzia Teodora zaczęła przypominać buzię młodszego mnie, i tylko zielone oczy, oczy Modesta, którymi patrzyła także moja ukochana, pozostały, ku mojej uldze, takie same.

– Nigdy nie mogłam nic zrobić z jego włosami – mruknęła Lily, nieznacznie się uśmiechając. – To jakaś klątwa, Sol? O, Merlinie – jęknęła po chwili. – James też na to cierpiał. Byliście jakoś …

– Był moim dalekim kuzynem – odpaliła pospiesznie Solem, spoglądając na Syriusza. Nie mogłem powstrzymać się przed parsknięciem, które brzmiało raczej, jak brat niż zwykłe kaszlnięcie.

– No – przytaknął zrezygnowany Syriusz. – W sumie nie tak dalekim, biorąc pod uwagę pokrewieństwo z Blackami. Później ci opowiem, Lily. Chyba powinnaś wiedzieć.

– Ej – wykrzyknęła nagle odkrywczo Amelia – to ty byłaś tym drugim czarodziejem z przepowiedni – zwróciła się do Solem.

– Eee … – zaniemówiła i zrobiła zniesmaczoną minę.

– Potter, Black, Malfoy – Amelia wymieniła czarodziejów spokrewnionych z Solem i Harrym.

– Dzięki ci, Afrodyto za rodzinkę – mruknęła pod nosem.

Kolejny rozdział: „Wakacje"