ROZDZIAŁ 58

Wyrok

Solem

Początkowo chcieliśmy zaprosić wszystkich kolegów Teodora, ale po namyśle i długiej dyskusji, doszliśmy do wniosku, że zaprosimy jedynie tych najbliższych. Tych, z którymi Teodor wymieniał korespondencję podczas wakacji i na których przyjaźni mu zależało. Wydawało nam się, że to zbyt intymne chwile, by dzielić je z ludźmi, z którymi nas nic nie łączyło. Profesor McGonagall starała się protestować, nie doceniając tego, jak ważną osobą stała się w życiu naszej rodziny. Już dawno zapomniałam o wszystkim nieprzyjemnościach, jakie spotkały mnie ze strony nauczycielki. Wyjaśniłyśmy sobie wszystko lata temu i nigdy nie wracałyśmy do zdarzeń z przeszłości. Była dla mnie prawdziwym oparciem w trudnych chwilach i zdecydowanie mogłam nazywać ją przyjaciółką.

Także Filius nie zdawał sobie sprawy z wagi jaką miała dla nas jego przyjaźń. Nie miał jeszcze okazji zostać super wujkiem z super mocą, jak nazywały go bliźniaczki, dla Teodora, ale był kimś więcej niż zwykłym kolegą z pracy Severusa i moim byłym wychowawcą. Był jednym z pierwszych, który poznał nasz sekret i bardzo pomagał w poszukiwaniach chłopca. Nie mogliśmy go pominąć podczas pierwszego przyjęcia urodzinowego naszego syna.

Amelia z Syriuszem i wciąż chichoczącą Susan byli pierwszymi, których zaprosiłam. Cieszyłam się, że w końcu udało im się dojść do porozumienia i stworzyć coś co wyglądało, jak normalna, szczęśliwa rodzina. Black spoważniał, wydoroślał i na każdym kroku adorował swoją żonę co ku mej uciesze, wprawiało przyjaciółkę w zakłopotanie. Przez lata podśmiewała się ze mnie i Severusa, wtórując teściowej podczas rozwodzenia się jacy to byliśmy romantyczni, a teraz sama padła ofiarą zakochanego faceta. Czasem te próby Syriusza wydawały się trochę nieudolne, czasem może nawet zbyt dziecinne, jak na jego wiek i trudno było się nie zgodzić z Severusem, gdy prychał i podśmiewał się z kolegi. Oficjalnie wciąż pozostawali zaciętymi wrogami, ale dobrze wiedziałam, że pomimo rozpadu Zakonu, ci dwaj nadal kontynuowali swoje cotygodniowe spotkania na zapleczu sklepu na Pokątnej i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że niektóre z zachowań Syriusza względem Amelii są głupimi żartami Severusa. Byłam pewna, że jako doświadczony romantyczny małżonek, często doradza znajomemu, a ten naiwnie przyjmował jego dobre rady. Niemniej jego słodkie zachowanie względem Amelii było nieszkodliwe, a wciąż adorowana kobieta zdawała się czerpać z tego przyjemność.

W sobotę przyfiuukali do nas trzej panowie Weasley, a chwilę po nich dołączył Jordan. Trochę obawiałam się, że dzieciaki nie będą czuły swobody w towarzystwie swoich nauczycieli, ale przyjazne nastawienie całej trójki szybko rozluźniło atmosferę. Minerwa i Filius pomogli z resztą dekoracji w ogrodzie i wesoło zachęcali do pomocy dziewczyny i Rona, który wciąż nieco bał się ojca swojego przyjaciela, a Severus ku mojemu przerażeniu zabrał resztę chłopców do domu. Nie miałam pojęcia czego mógł od nich chcieć i przeleciało mi przez myśl, że może widział naszą córkę razem z Jordanem za rękę. Przeprosiłam towarzystwo i udałam się za nimi. Nie mogłam uwierzyć, gdy groźny pan profesor zaprosił uczniów do swojego królestwa w piwnicy i pokazywał swoje skarby. Rzadkie kociołki, unikatowe ingrediencje, kilka antycznych sprzętów. Cała trójka podziwiała początkowo z daleka, ale po chwili zachęceni przez Severusa dotykali, macali i sprawdzali.

– Mówił pan poważnie, profesorze? – spytał nagle jeden z bliźniaków.

– Ja zawsze mówię poważnie, panie Weasley – odparł. Zmarszczyłam brwi i przysłuchiwałam się rozmowie, stojąc w progu. Uśmiechnęłam się do męża, gdy ten puścił do mnie oczko, ale nie zwracał uwagi chłopców na moją obecność. – Zaprosiłbym też pana, panie Jordan, ale wiem, że ma pan nieco inne plany na przyszłość. Jeśli kiedyś jednak zmieni pan zainteresowania, moja propozycja będzie aktualna – dodał oficjalnym tonem.

– Bardzo dziękuję, profesorze. To bardzo kuszące, a po tym co pan mi tutaj pokazał, chyba zacznę dość poważnie zastanawiać się nad zmianą planów – odparł chłopiec. – Kurcze, ten moździerz to najfajniejsza rzecz, jaką w życiu widziałem. Widziałeś Fred? Cholera, to cholernie kuszące …

– Język, panie Jordan – syknął Severus.

– Przepraszam – mruknął Lee i mocno się zaczerwienił. – Pan i pana żona naprawdę wiecie, jak omotać zagubionego człowieka.

– Moja żona? – zdziwił się Severus.

– Widział pan kiedyś wydawnictwo i pracownię mojego taty? – Chłopak popatrzył na niego z krzywą miną. – Proszę wybaczyć, ale to prawdziwa konkurencja dla tego co pan tutaj posiada. Pani Solem obiecała mi praktyki, jak już skończę kursy pisarstwa. Chyba przy tym zostanę. Uwielbiam eliksiry, pan wie, ale to tylko hobby. – Severus westchnął i ku mej rozpaczy uśmiechnął się do chłopaka.

– Ma pan jeszcze kilka lat na podjęcie decyzji – odparł, wciąż szeroko się uśmiechając. – Moja propozycja będzie aktualna.

Uśmiechnęłam się, widząc jak bliźniacy przypatrują się poszczególnym eliksirom coś do siebie szepcząc i ponownie pochwyciłam spojrzenie męża. Cieszyło mnie, że w taki sposób okazywał swoją wdzięczność przyjaciołom córki. Dobrze pamiętałam wieczór, kiedy z narażeniem na nieprzyjemności starali się nas ostrzec przed wścibskim dyrektorem i gotowi byli pomóc nam zawsze. Nie zapomniałam, gdy w specyficzny sposób pocieszali Leen, gdy któryś z uczniów jej dokuczał i pewnie nie raz każdy z nich stanie w jej obronie. Żadnego z nich nie mogło zabraknąć w dniu tak ważnym dla mojej rodziny. Byli nie tylko przyjaciółmi Leen i Teodora, byli przyjaciółmi całej rodziny.

– Musielibyśmy podjąć kurs na uniwersytecie, profesorze – odezwał się Fred, a mnie zdawało się, że jeszcze nigdy nie widziałam go tak bardzo przygnębionego. – Pan wie, jaka jest nasza sytuacja. Rodzice mogliby się zarżnąć, a i tak nie znajdą kasy na nasze studia, a stypendium …

– Zdaję sobie sprawę z tego, jakie osiągacie wyniki na innych zajęciach – przerwał mu Severus. – Jestem też świadom, że gdybyście nieco lepiej spożytkowali wasze umiejętności z eliksirów, każdy z was mógłby osiągnąć Wybitny bez dużego wysiłku. Znam panów możliwości w tej dziedzinie i muszę przyznać, że od dawna nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Nie chodzi tylko o talent do samego warzenia, chodzi o wyobraźnię i lekkość z jaką potraficie zmieszać odpowiednie składniki. Byłbym prawdziwym ignorantem, gdybym nie zastanawiał się nad waszą sytuacją. Znam panów rodziców i wiem, że trudno byłoby im zapewnić należyte wykształcenie każdemu z dzieci. Nie powiem, że pochwalam tak niskie ambicje w dążeniu do zdobycia stypendium, ale ufam, że każdemu należy dać szansę, by rozwijał swoje pasje. Obawiam się, że nie mogę pomóc finansowo wszystkim młodym ludziom, którzy nie mogą rozwijać swoich, ale staram się pomagać na tyle, na ile mogę. W swojej warzelni zatrudniam nie tylko doświadczonych Mistrzów, ale także takich, którzy do tego miana dopiero pretendują. Dotychczas miałem jednego ucznia, ale to tylko i wyłącznie z braku czasu. Przez kolejne trzy lata tego czasu mi nie przybędzie – spojrzał na mnie z uśmiechem – ale później, gdy skończycie już szkołę nie będę miał z tym raczej problemów i z przyjemnością przyjmę waszą dwójkę na prywatną praktykę. – Zarówno Fred, jak i George zaniemówili, a Jordan zachichotał, dostrzegając w końcu mnie na progu.

– Mielibyśmy uczyć się od pana, osobiście od pana, na prywatnej praktyce? U pana? W pana pracowni? W tej pracowni? W tej najwspanialszej pracowni na świecie? W tej pełnej niezwykłych składników, ingrediencji, ślicznych robaków i …

– Nie lubię się powtarzać, panowie – przerwał im pospiesznie Snape. – Zaproponowałem wam już praktykę, więc możecie sobie darować te pochwały. Jestem świadom, jak dobrze wyposażona jest ta pracownia i nie potrzebuję, żebyście mi tu za każdym razem piali z zachwytu. Zwłaszcza, jeśli jest on tak mocno przesadzony. – Chłopcy się nieco zaczerwienili.

– Stoi – krzyknął Fred.

– Wchodzimy w to już dziś – dodał George.

– Spokojnie – przystopował ich Severus. – Macie jeszcze czas na podjęcie decyzji, a ja nie chcę was już dziś wiązać umową. Daję wam jednak słowo, że praktyka ta czekać będzie na was, jak tylko zdacie swoje owutemy. Tymczasem poproszę panów, byście zabrali wszystkie fiolki z eliksirami wybuchowymi. Kładę na was sporą odpowiedzialność, ale ufam, że poradzicie sobie z fajerwerkami?

– Nie znajdzie pan lepszych, panie profesorze – przytaknęli zgodnie.

– Uszczypnij mnie – zwróciłam się do męża, gdy chłopcy z ciężkimi skrzynkami weszli już na górę. – To nie kolejny zwariowany sen, prawda?

– Nie – odparł, przyciskając mnie mocno do swojej piersi. – Nasz syn kończy dziś dwanaście lat. Cokolwiek ściska cię tam w środku, wyrzuć to z siebie teraz. Później chcę cię już widzieć tylko uśmiechniętą.

– Wiesz, że płaczę ze szczęścia, prawda? – spytałam, gdy łzy popłynęły mi po policzkach.

– Obawiam się, że sporo w tym żalu i zmęczenia – odparł.

– Nie dziś – wyszeptałam i mocno objęłam go w pasie.

– Dobrze mi to słyszeć, słoneczko – odparł. – Chyba zasłużyliśmy w końcu na troszkę spokoju i beztroski?

– Chyba troszkę tak – zaśmiałam się i pociągnęłam męża do reszty przyjaciół.

Żadne z nas nie spostrzegło, że ciągnął się za nami sznur czerwonych serduszek. Dopiero przestraszone miny bliźniaków i śmiech reszty gości uświadomił nam, co przywlekło się za nami do ogrodu.

– Weasley? – warknął Severus.

– Profesorze – jęknął przestraszony Fred – to … nie tak.

– To naprawdę nie tak – tłumaczył się George.

– Nie pana chcieliśmy schwytać w tę sieć miłości – dodał skwaszony Fred.

– Sieć miłości? – zdziwił się Flitwick. – Ona szuka zakochanej pary – zaśmiał się i rozejrzał po reszcie gości. – Nie potrzeba zaklęć, żeby wiedzieć, że to …

– Najbardziej romantyczna para na świecie – dokończyły ze śmiechem Leen i Minerwa.

– Proszę się liczyć z rewanżem, panowie. – Severus zmierzył złowrogim spojrzeniem dwóch swoich uczniów. – Nie znacie dnia ani godziny. A jeśli sądziliście, że zdenerwujecie mnie łącząc tymi słodkimi serduszkami moją córkę z panem Jordanem, pomyliliście się. Doceniam dobry żart, a pan, panie Jordan, jest dziś bezpieczny. – Lee mocno się zaczerwienił i spuścił głowę. – Dopóki będzie się pan trzymał w bezpiecznej odległości od Eileen i nie mam tu na myśli mojej matki – dodał z przekąsem. Leen głośno prychnęła i rzuciła w bliźniaków jakąś klątwą. Nie dosłyszałam zaklęcia, ale sądząc po minie było to coś w jej mniemaniu paskudnego. Wszyscy byli przekonani, że poszło coś nie tak, ale gdy chłopcy zachichotali dziewczęcymi głosami, a z ich ust wydobyły się różowe obłoki, panna Snape posłała wszystkim zarozumiałe spojrzenie.

– Ze mną się nie zadziera, dziewczyny – zaśmiała się złowieszczo do bliźniaków.

Teodor

Byłem skołowany i już sam nie wiedziałem, czy cieszył mnie powrót do domu, czy wręcz przeciwnie. Z jednej strony, tęskniłem za rodzicami i Leen, z drugiej, jeśli oni mnie nie chcieli i zapomnieli o mnie, to nie chciałem się im narzucać. Dziadkowie sprawiali wrażenie, jakby moje towarzystwo dawało im sporo radości. Przez głowę przeleciała mi myśl, że może mógłbym zamieszkać z nimi i chociaż od czasu do czasu widywać się ze swoją rodziną; mamą, tatą i siostrami. Zdawałem sobie sprawę z tego, jak duże koszta będę musieli ponosić rodzice w związku z utrzymaniem czwórki dzieci. Wiedziałem ile kosztuje jedzenie i ubrania. Lupinowie nie dawali mi o tym zapomnieć. Sporo się nasłuchałem o cenach za każdym razem, gdy tylko poprosiłem o jakąś rzecz. Później, jak byłem już starszy nauczyłem się tłumić wszystkie swoje zachcianki i ograniczałem się do tego co mi dali z własnej woli. Czasem, gdy byłem z panią Lupin sam, pozwalałem sobie na trochę więcej podczas posiłków. Nigdy nie protestowała, tylko często sama zachęcała bym zjadł jeszcze trochę. Rozumiałem powody, dla których rodzice to mnie oddaliby, nie siostry. Byłem nowy, a poza tym byłem chłopakiem. Wiadomo, że zjadałem dużo więcej. Miałem tylko nadzieję, że wciąż będę mógł ich widywać. Byli naprawdę fajni i miło wspominałem każdą spędzoną z nimi chwilę.

Tak szybko jak te myśli pojawiły się w mojej głowie, tak szybko starałem się je odgonić. W końcu mama i tata wciąż zapewniali mnie o miłości, podarowali najpiękniejszy pokój w cudownym domu, nowe ciuchy i mnóstwo zabawek i pomocy naukowych, a biblioteczka w moich komnatach w szybkim tempie zapełniła się ulubionymi gatunkami książek. Nie przypominałem też sobie, by kiedykolwiek moi rodzice narzekali na finanse, ale może o takich rzeczach nie wspominali w obecności dzieci. Odrzuciłem wszystkie myśli o tym, że Snape'owie mnie nie chcieli. Wyjechali ledwie cztery dni temu i to, że zapomnieli o moich urodzinach nic nie znaczyło. Może postanowili, że będę je obchodził tego dnia, którego obchodziłem dotychczas.

– Twoja babcia nazywała go Posejdon bez Trójzębu. – Z rozmyślania wyrwał mnie głos profesora Davisa. Dopiero teraz zorientowałem się, że bezwiednie głaskałem łebek małego karakena.

– Dlaczego? – zdziwiłem się.

– Nie wiem na pewno – westchnął. – To morskie stworzenie, a ta forma jest jedynie formą przejściową. Powinien w niej dotrzeć do wody i tam przemienić się w dorosłego samca. Niestety utknął. Nie mam pojęcia dlaczego. Próbowaliśmy sami zanieść go do morza, ale uciekał z wody, jakby się jej bał. Sądząc po tym, że przetrwał tak długo, możliwe, że już wówczas, gdy go znaleźliśmy był starym osobnikiem. Może za starym, by zmienić formę. Nie jestem w stanie odpowiedzieć ci na to pytanie. Tak samo, jak nie do końca znam pochodzenie jego imienia.

– Będę musiał poszukać czegoś w bibliotece na ich temat – odparłem.

– Możesz skorzystać z tej na uniwersytecie – zapewnił Davis, uśmiechając się przebiegle.

– Ale nie będzie pana przez resztę wakacji – zmartwiłem się.

– Odwiozę was do domu i wracam tutaj, to prawda – przyznał. – Ale chyba wytrzymasz bez biblioteki przez miesiąc? I bez mojego uroczego towarzystwa.

– Za miesiąc zaczynam szkołę i może, jak rodzice mi pozwolą wrócić do domu na ferie, to wówczas, może mógłbym? – spytałem nieśmiało.

– Nie, ferie świąteczne spędzam poza uniwersytetem – prychnął stary czarodziej. – Nie zamierzam tam ślęczeć, podczas gdy twoi starzy będą leniuchować na plaży. Nie znoszę zimy.

– To pewnie nie będę mógł skorzystać z tej biblioteki jeszcze przez długi czas – mruknąłem zawiedzionym głosem, a profesor wywrócił oczami.

– Powiedziałem, że za miesiąc, to za miesiąc – prychnął i rozsiadł się na kanapie w oczekiwaniu, aż babcia wyśle nasze kufry do Doliny Godryka.

– Ale jak, proszę pana? – Z zamyśleniem przygryzałem wargę, a babcia cicho zachichotała.

– Razem ze swoją niesforną siostrą będziecie do mnie przychodzili w każdą pierwszą sobotę miesiąca – odparł nonszalanckim tonem. – Przekonałem Minerwę, że to świetny pomysł. Będzie was do mnie przyprowadzała. – Spojrzałem z zaciekawieniem na babcię, która teraz szeroko się uśmiechała. – Jestem pewien, że dość szybko uda mi się ją przekonać, że to koniecznie musi być każda sobota, nie tylko jedna w miesiącu. Chyba, że nie chcesz. Do niczego nie zmuszam.

– Pan na serio chce mnie uczyć? – nie dowierzałem. – A mama i tata się zgodzili?

– Kręcili nosem, zwłaszcza mama – prychnął, kręcąc głową. – Uważa, że soboty powinieneś mieć wolne od nauki. Przekonałem ją, że nie będę was nadwyrężał. No chyba, że nie chcecie mi pomóc z moim nowym wynalazkiem. Do niczego nie zmuszam.

– Żartuje pan? – wykrzyknąłem. – Naprawdę mama się zgodziła? I tata? I profesor McGonagall?

– Pozostawili decyzję tobie i Leen. Matka miała z tobą porozmawiać po powrocie, ale pomyślałem, że ją wyręczę – odparł i z obojętną miną rozłożył się na kanapie.

– Ja mam sam zdecydować, czy chcę się u pana uczyć? I będę mógł pomagać panu z tymi wszystkimi przyrządami? – Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia.

– Nie zamierzam powtarzać dwa razy, nie chcesz to …

– Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję – wykrzyknąłem i o mały włos nie rzuciłbym się na szyję profesora. Groźne spojrzenie i mina mówiąca trzymaj łapy przy sobie powstrzymały mnie i ograniczyłem się do uściskania babci, która nigdy nie stroniła od tego typu czułości.

Powinienem od razu domyślić się, że coś było nie tak, gdy tylko bliźniaczki przekroczyły próg salonu. Miały miny, które powinny mnie zaalarmować, że coś się święciło. Chichotały i szturchały się przez cały czas, wskazując na mnie. Babcia musiała użyć zaklęcia mocującego, żeby mocno trzymały świstolkika. Nawet dziadek i profesor Davis wciąż dziwnie na siebie spoglądali. Byłem skończonym idiotą. Teraz wiedziałem to na pewno. Nie miałem pojęcia, jak mogło przyjść mi do głowy coś tak absurdalnego, że rodzice mnie nie chcieli.

Babcia i dziadek zostawili mnie przed wejściem do domu i oznajmili, że zabierają bliźniaczki do siebie na noc, a przywitać się z rodzicami wpadną później. Davis w ogóle bez słów poszedł w swoją stronę i nie pozostało mu nic innego, jak samotnie wrócić do domu. Nie miałem pojęcia czego się spodziewałem, orszaku powitalnego, mamy płaczącej, jak to bardzo za mną tęskniła? Byłem idiotą, nie ulegało wątpliwości. Gdy w hallu przywitała mnie profesor McGonagall, przestraszyłem się, że coś się stało i prawie z płaczem udałem się za nią do ogrodu. Początkowo niczego nie dostrzegłem i byłem przekonany, że zaraz zabierze mnie jakimś świstoklikiem do Lily Lupin albo do Hogwartu. Łzy już prawie płynęły po moich policzkach, gdy niespodziewanie utonąłem w ramionach rodziców.

Przez dłuższą chwilę nie docierały do mnie żadne słowa i tylko po bannerze jaki tworzyły kolorowe balony domyślałem się, że wszyscy składają mi teraz życzenia. Zaniemówiłem. No dobra, wcale nie zaniemówiłem, ale po prostu łzy, które zebrały mi się pod powiekami nie pozwalały wydobyć głosu. Bardzo nie chciałem się rozpłakać. Powstrzymywałem je z całych swoich sił. Mało istotne były piękne dekoracje, śliczne fajerwerki, które co chwila błyszczały moim imieniem. Stos prezentów w ogóle mnie nie zajmował ani nawet stoły uginające się od jedzenia. Byli tam wszyscy, których kochałem. Wszyscy, na których mi zależało i teraz wiedziałem, że im także zależało na mnie. Rodzice i siostry, dziadkowie i nawet profesor Davis. Nauczyciele, których ceniłem i przyjaciele, w których przyjaźń zwątpiłem. Byli tam nie tylko dlatego, żeby zabawić się na imprezie urodzinowej. Byli tam, żeby pokazać mi, że nieważne jak mam na imię, oni nadal pozostali moimi przyjaciółmi. I będą nimi bez względu na to, że moja blizna stała się niewidoczna, nos był teraz ogromny, a włosy jeszcze bardziej czarne i roztrzepane. Nie istotne było dla nich, że mój ojciec odejmuje im niezliczoną ilość punktów i wlepia szlabany, a siostra siedzi całe dnie w bibliotece i ma wiedzę o wiele bardziej obszerną od nich wszystkich razem wziętych. Zaakceptowali mnie. Mnie, Teodora. Zaakceptowali mnie tak samo, jak akceptowali Harry'ego. Wybaczyli oszustwa i tajemnice. Rozumieli. Byli przyjaciółmi.

Było mi wstyd, że chociaż przez chwilę wątpiłem w rodziców. Tak bardzo starali się dać mi normalne, beztroskie życie, jakie powinien wieść każdy chłopak w moim wieku. Kochali mnie, bez względu na wszystko. Nie odrzucili, tylko zabiegali jeszcze bardziej, gdy dowiedzieli się kim był ich syn. Byli gotowi oddać życie, byśmy ja, moje siostry i przyjaciele mogli dorastać w normalnym świecie. Bez czarnoksiężników, blizn na czole i podstępnych przyjaciół.

– Wszystkiego najlepszego, synku – wyszeptał tata, biorąc mnie w ramiona. – Wszystkiego najlepszego – powtórzył i tyle było z powstrzymywania łez. Wtuliłem się w ojca z całą mocą i rozpłakałem jak małe dziecko. Byłem już duży, nie powinienem tak się mazać, ale nie umiałem tego zatrzymać. Czułem, że żadne z moich przyjaciół nigdy o tym nie wspomni i płakałem dalej, wtulony w silne ramiona taty.

– Jestem najszczęśliwszym chłopcem na świecie, tatusiu – powiedziałem cichutko i poczułem, jak policzek ojca, który przytulony był do mojej skroni dość szybko wilgotnieje.

– A ja najszczęśliwszym tatą – odparł równie cicho.

Solem

Nie będę płakać, nie będę płakać – powtarzałam sobie w myślach, dostrzegając wzruszenie na twarzy męża. Byłam zaskoczona, że pozwolił sobie na łzy w obecności tylu ludzi, ale żadne z gości zdawało się tego nie dostrzegać i każde jedno miało ochotę zrobić dokładnie to samo. Mama szlochała w chusteczkę, a Tobias ukradkiem ocierał łzy. Nawet profesor Davis jakoś tak po cichu się oddalił i zaglądał w pobliskie klomby. Postanowiłam, że się nie rozpłaczę. W myślach przywoływałam najbardziej wesołe rzeczy, jakie mi się w życiu przydarzyły i starałam się odlecieć chociaż na chwilę gdzieś daleko. Obiecałam i nie będę płakać.

Severus uwolnił syna z uścisku i spojrzał na niego, kładąc mu dłonie na ramionach. Uśmiechnął się jedynie i oddał go w moje ramiona. I tyle było z postanowienia. Dziękowałam bogom, że nie splątałam włosów i teraz spokojnie mogłam ukryć w nich twarz przed mężem. Oczywiście nie dane mi było przytulać syna, tyle ile bym sobie życzyła, chociaż to życzenie, gdyby było spełnione trwałoby pewnie w nieskończoność. Leen po krótkiej chwili dołączyła do życzeń i uśmiechnęłam się z triumfem, że udało mi się nie ulec córce i wciąż trzymałam go w swych ramionach. Musiałam co prawda poszerzyć uścisk na tę dwójkę, ale wciąż miałam swojego małego syneczek blisko, a po chwili już zupełnie blisko, bo pozostałe siostrzyczki postanowiły nie być gorsze i nie zamierzały czekać na swoją kolej. Z trudem utrzymywałam równowagę z dwójką dzieci, ale kolejna dwójka, chociaż niewielkiego wzrostu, przechyliła szalę na korzyść grawitacji i dość boleśnie runęłam na ziemię. Nie byłam jakoś specjalnie zdziwiona, że to ja byłam na spodzie przygnieciona ciężarem czwórki małych Snape'ów. Ze śmiechem spojrzałam na męża, ale ten ku mojej uldze tylko udawał, że zamierza do nas dołączyć. Wyplątał dzieciaki z moich ramion i sam mocno mnie przytulił, pozwalając, by reszta gości porwała naszego syna.

Tobias

Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze. Mój syn był szczęśliwy. Mogłem śmiało powiedzieć, że sprawiał wrażenie najszczęśliwszego człowieka na świecie, ale patrząc na twarze reszty swojej rodziny, mógłbym tak chyba powiedzieć o wszystkich. Nigdy nie należałem do zbyt wylewnych ludzi. Uważałem, że wystarczy troska i gotowość, by być przy bliskich w każdej sytuacji, by wiedzieli, jak bardzo ich kocham. Z wiekiem jednak zacząłem weryfikować swój pogląd i uznałem, że potrzeba czegoś więcej. Nie przytulałem żony tylko dlatego, że ona tego potrzebowała, przytulałem ją i całowałem, bo sam odkryłem w tym przyjemność. Potrzebowałem ich wszystkich i bez nich byłbym nikim, zwykłym czarodziejem, bez większych umiejętności. Nigdy nie byłem specjalnie czuły ani romantyczny. Szanowałem i kochałem swoją małżonkę, ale przez te wszystkie lata byłem w stosunku do niej powściągliwy. Zbyt powściągliwy.

Za szczęście swojej rodziny oddałbym życie i duszę. Byłem gotów do poświęceń i zrobiłbym dla nich wszystko. Za uśmiech syna poszedłbym do piekła i przeszedł je całe wzdłuż i wszerz. Dużo czasu zajęło mi, zanim nauczyłem się okazywać uczucia. Możliwe, że zbyt dużo i wciąż jeszcze się tego uczyłem. Co najdziwniejsze uczyłem się od własnego dziecka. To on pokazał mi, że nie ma niczego śmiesznego w całowaniu żony nie tylko na powitanie, kochaniu się z nią nie tylko nocą w ciemnej sypialni, obejmowaniu jej i sprawianiu drobnych przyjemności. Nie było niczego wstydliwego w otwartym okazywaniu uczuć, mówieniu o nich i obronie przed innymi. Mój syn kochał swą żonę szczerą, bezwarunkową miłością. Wiedziałem to już z chwilą, gdy po raz pierwszy ujrzałem tę dziewczynę nieśmiało przytulającą się do mojego syna na ścieżce przed naszym domem.

Przez siedemnaście lat zdążyłem dość dobrze poznać tę nieśmiałą, skromną dziewczynę. Nie trudno było ją pokochać jak rodzoną córkę, a zapał z jakim oddawała swe uczucia najbardziej kochanej przeze mnie osobie, wzbudzał podziw. Zawsze razem. Zawsze trzymając się za ręce, stawiali czoło wszelkim przeciwnościom, jakie rzucał im los. Zdawało się, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Teraz, kiedy na nich spoglądałem, szczęśliwych i uśmiechniętych, w końcu beztroskich, sam czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Byłem gotów oddać za nich życie i byłem tego bardzo bliski kilka tygodni temu. Nie rozmyślałem o tym dotychczas i starałem się nie rozpamiętywać wewnętrznej walki jaką stoczyłem z czarnoksiężnikiem o swoją duszę. Nie miałem do końca pewności co stałoby się ze mną gdybym przegrał, ale jednego byłem pewien; gdybym odszedł, cholernie brakowałoby mi uśmiechniętej twarzy Teodora, rumianych policzków wnuczek, krzywej miny Severusa i loków Solem. Nie umiałem wyobrazić sobie świata bez mojej kochanej Eileen. Zbyt dużo gadającej, zbyt wiele narzekającej i marudzącej, ale mojej. Tylko mojej. Wciąż pięknej i mądrej. Popatrzyłem na swoją synową ściskającą moje wnuki, uśmiechniętą, szczęśliwą i nie mogłem nie pomyśleć o jej rodzicach. O ludziach, którzy zasłużyli, by tu z nami być. Poświęcali całe życie, by ich jedyna córka była szczęśliwa, by mogła spełniać swoje marzenia i gnać drogą do gwiazd, i byłem pewien, że dziś, gdziekolwiek byli, byli z niej szczerze dumni.

Nie miałem pojęcia, kiedy moja dłoń mocno splotła się z dłonią żony. Spojrzałem w jej oczy pełne łez i wiedziałem już, że nigdy nie zamieniłbym swojego życia na inne, a jej na inną kobietę.

– Kocham cię, moja Sówko Płomykówko – szepnąłem, obejmując jej twarz dłońmi. Zmarszczyła nieco czoło i z czułością pogładziła mnie po nieogolonym policzku.

– Kocham cię, mój Puszczyku – odparła, a ja poczułem jak moje serce drży. Poczułem się dokładnie tak, jak trzydzieści pięć lat temu. Gdy po raz pierwszy mnie pocałowała. Pełna uporu, zawzięta Ślizgonka i ja, nieśmiały Gryfon.

– Żałuję, że tak rzadko ci to okazywałem – wyznałem.

– Nic czego nie mógłbyś nadrobić – zaśmiała się i pozwoliła, bym pociągnął ją za rękę do wnuka.

– Teo – pochyliłem się do chłopca – mógłbym ci życzyć szczęścia, ale to masz. Mógłbym powiedzieć, że chcę byś był mądry, ale mądrości też ci nie brakuje. Spełnianie marzeń daje często niepożądane efekty. Wszystkiego czego ci życzę, to żebyś spotkał na swojej drodze kobietę, tak mądrą, piękną i dobrą, jaką ja spotkałem. Taką, jaką spotkał twój ojciec. Mam nadzieję, że jeszcze jedna taka się trafi. Gdy ją znajdziesz, kochaj ją i nie bój się jej o tym mówić każdego dnia. To recepta na tak udanego wnuka, jaki nam się trafił. – Teodor niewiele myśląc, mocno nas przytulił. Babcia wyraźnie chciała coś powiedzieć, ale szybkie mruganie i dziwny grymas dawał jasno do zrozumienia, że kobieta była mocno wzruszona.

– To będzie bardzo trudne, dziadku – wyszeptał mi wprost do ucha. – Kobieta podobna do babci i mamy?

– A kto mówi, że ma być łatwo? – zaśmiałem się i przytuliłem Eileen, która najwyraźniej potrzebowała w końcu dać upust swoim łzom.

Leen

– Mamo? – Usiadłam na ławce obok mamy, która z dziwnym wyrazem twarzy przyglądała się bawiącym dzieciakom. Widok był o tyle niespotykany, że nastolatki zgromadziły się wokół taty, który rzucał jakieś dziwne zaklęcia na duże słoiki z jakimś eliksirem.

– Tak? – dała mi znać, że słucha, chociaż nie odrywała wzroku od męża.

– Tata pokazuje im świetlne eliksiry – wyjaśniłam. – Serio – dodałam, widząc sceptyczną minę matki. – Nic im nie zrobi. Wczoraj razem z Hermioną łapałyśmy świetliki i tata przygotował dla każdego eliksir. Coś tam mówił, że trochę go zmodyfikował i teraz przy pomocy zaklęcia można ustalić kolor, jaki się chce, a słoik nawet z eliksirem przybierze też jakiś fajny kształt. Pokazuje im teraz. Zobacz minę Rona – zaśmiałam się. – Głupek. Myślał, że tata chce go wysadzić, a teraz zobacz, jak macha tą różdżką.

– Leen – upomniała mnie – to przyjaciel twojego brata i postaraj się być miła.

– Staram się, ale nic nie poradzę na jego głupotę – mruknęłam. – Mam zapomnieć, jak mi dokuczał? – spytałam z pretensją.

– Nie musisz, ale postaraj się go chociaż nie obrażać – poprosiła.

– No dobra, przeprosił mnie i jestem gotowa mu zapomnieć – westchnęłam. – Ale to wcale nie umniejsza jego głu...

– Leen – warknęła mama.

Posłałam jej niewinny uśmieszek.

– Dobra, już dobra, przecież żartuję tylko. Nie moja wina, że z niego akurat tak łatwo żartować. – Mama westchnęła głęboko ze zrezygnowaniem, no ale chyba nie liczyła, że zaprzyjaźnię się z tym idiotą.

– Coś cię martwi? – spytała po chwili, zerkając na moje wyłamywane palce.

– Nie – mruknęłam cicho.

– Czyli?

– Czyli ja już nie wytrzymam – jęknęłam.

– Z czym nie wytrzymasz? Też będziesz miała niebawem urodziny – zdziwiła się.

– Ale babcia wciąż nie wie o Severusku – zapiszczałam.

– I myślisz, że nie dożyje do jutra bez tej wiedzy? – zakpiła.

– Nie, ale ja nie wytrzymam, nie dzieląc się tą wiedzą – westchnęłam. – Mogę? Błagam i tak impreza się kończy.

– Dobrze, ale masz powstrzymać babcię przed wszelkimi badaniami – odparła twardo. – Jeśli zrobi to przy tych wszystkich ludziach, to marny będzie twój los.

Uścisnęłam matkę i pobiegłam z błogą miną do siedzącej samotnie babci.

Babcia

– Babciu, jak można się dowiedzieć, będąc w ciąży, czy to chłopiec, czy dziewczynka? – spytała od niechcenia Leen.

– Jest specjalne zaklęcie – wyjaśniłam, nie odrywając wzroku od Teodora. – Niezbyt trudne i często kobiety, które już przez to przechodziły, nie potrzebują uzdrowiciela, by je rzucić.

– A kiedy kobieta jest za stara, żeby urodzić dziecko? – wypytywała wciąż obojętnym tonem.

– To zależy, dziecinko. – Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na nią z uwagą. – Znam czarownice, które rodziły jeszcze koło sześćdziesiątki.

– Aha, czyli mama nie jest za stara?

– Absolutnie – prychnęłam. – Jest w najlepszym wieku na rodzenie dzieci.

– Aha. – Zamyśliła się. – A ta dolna granica?

– Do czego zmierzasz? – zaniepokoiłam się.

– Do niczego. W jakim wieku mogłaby zajść czarownica w ciążę? Czy ja bym mogła? – spytała, ku mojemu przerażeniu.

– Nie, nie mogłabyś – warknęłam ze złością i nieco zatrwożona spojrzałam najpierw na syna, a później na synową. Przez tyle lat wciąż otwarcie rozmawiałam z wnuczką na temat seksu, że teraz nie na żarty przestraszyłam się, że ta zrobiła coś głupiego albo gotowa zrobić to lada chwila. Przełknęłam głośno, gdy mój wzrok zatrzymał się na Lee Jordanie i tysiące strasznych myśli pojawiło się w mojej głowie, gdy uświadomiłam sobie, że to już nie dziecko, ale dojrzewający młodzieniec. – Czarownica może zajść w ciążę, gdy skończy studia – odpaliłam.

– A ty? – prychnęła z rozbawieniem Leen.

– Mi trafiła się miłość życia już w Hogwarcie …

– Czyli mama i tata nie kochali się, gdy chodzili do szkoły? – Dziewczynka posmutniała i wyglądała na bardzo zmartwioną.

– Kochali, ale mieli bardziej rozsądne matki niż ja. – Po raz pierwszy w życiu chciałam z własnej woli zakończyć rozmowę na tematy intymne. Czułam, że ta rozmowa do czegoś prowadzi i bałam się co też zrodziło się w główce mojej małej wnuczki. – Moja matka ani babka nie zajęły sobie trudu, by mnie uświadomić w kwestii antykoncepcji. Ty, jak mniemam wiesz na ten temat już całkiem sporo.

– Aha, ale nie żałujesz, że urodziłaś tatę tak szybko? – Leen spojrzała uważnie na ojca.

– Nie, nie żałuję ani trochę – odparłam dużo bardziej łagodnym tonem niżbym sobie życzyła.

– Aha, a żałujesz, że nie urodziłaś więcej dzieci? – dopytywała.

– Czasami, ale twój tata, dał mi czworo cudownych wnucząt i jestem niezmiernie szczęśliwa. – Uśmiechnęłam się do dziewczynki i delikatnie oplotłam ją ramieniem. – Gdybym miała więcej dzieci to równałoby się z większą ilością wnuków i wówczas możliwe, że nie miałabym dla każdego tyle czasu, ile bym sobie życzyła.

– Czyli nie chcesz więcej wnuków? – zmartwiła się.

– Szóstka wnuków w jednym domu to nie to samo co szóstka wnuków w dwóch domach. Gdybym miała jeszcze jedno dziecko, musiałabym dzielić czas między dwa domy, a tutaj mogę odwiedzać za jednym zamachem nawet dziesiątkę – wyjaśniłam.

– A jak kobieta jest w ciąży, to może jakoś sama sprawdzić, czy dzidziuś jest zdrowy? – Panna Snape nie zamierzała zbyt szybko dać mi odetchnąć.

– Są proste zaklęcia – tłumaczyłam. – Może na przykład posłuchać, czy serduszko bije równym rytmem.

– A jak brzmi takie serduszko? – Spojrzała na mnie wyczekująco.

– Bum bum bum, bum … nabijasz się ze mnie, młoda damo? – Zmarszczyłam brwi.

– Nie, tylko ja ostatnio słyszałam takie bum bum z sypialni rodziców.

– Co? – Aż poderwałam się z miejsca, ale dziewczynka w porę usadziła mnie z powrotem.

– No, to brzmiało dokładnie tak bum bum bum, bum … – zaczęła tłumaczyć z coraz większym uśmiechem – i tata coś ostatnio mruczał do brzucha mamy. Tylko mówił do brzucha Severus, to w sumie nie wiem o co mu chodziło. Może mama zjadła coś co miał zjeść tata, a może mama jest w ciąży i urodzi małego Severusa? Nie wiem, masz jakiś pomysł, babciu? Mówili też o jakiejś tajemnicy, którą mają wyjawić jutro na kolacji.

Złapałam się za usta i ciężko opadłam na oparcie ławeczki. Schowałam twarz w dłoniach i rozpłakałam się jak wariatka.

– To najszczęśliwszy dzień mojego życia – wyszeptałam przez łzy. – Severus? Chcą mu dać na imię Severus?

– Chyba się trochę wygłupiają z tym Severusem – zaśmiała się Leen. – Ale to chłopczyk babciu i pozwolili, żebym ci wyjawiła tajemnicę. Ja niechcący się dowiedziałam. – Objęła mnie i mocno przytuliła. – Cieszysz się? Bo ja bardzo.

– Bardzo, dziecinko. Tak bardzo, że już bardziej nie można – wyszlochałam w ramiona wnuczki. – Jestem najszczęśliwszą babcią na świecie – zaświergotałam.

– Mogę cię zapewnić babciu, że mały Severusek będzie najszczęśliwszym dzieckiem na świecie – wyznała dziewczynka. – Będzie miał najwspanialszych rodziców i dziadków.

– I siostrę – dodałam z uśmiechem i spojrzałam na swoją zamyśloną synową. – Och, twoja mama tak bardzo chciała skończyć ten kurs astronomiczny – westchnęłam.

– Więc chyba będziemy musiały jej jakoś w tym pomóc, co? – Brwi Leen powędrowały do góry.

– Cóż, w końcu jestem najwspanialszą babcią na świecie, czemuż nie miałabym być też najwspanialszą teściową? – Wzruszyłam ramionami i pociągnęłam wnuczkę w stronę Solem. Wiedząc, że moje dzieci chcą utrzymać nowinę w tajemnicy jeszcze jeden dzień i domyślając się powodów, uścisnęłam jedynie synową i pogładziłam z czułością po włosach. – Dziękuję – wyszeptałam.

.: :.

Solem

– Synku? – Nieśmiało wetknęłam głowę do sypialni Teodora. – Nie śpisz jeszcze? – spytałam i weszłam, widząc, jak pospiesznie siada na łóżku.

– Jak się czujesz, mamo? – spytał, spoglądając znacząco na mój brzuch.

– Dobrze.

– Czy ja już mówiłem, jak bardzo się cieszę? – Teodor uśmiechnął się szeroko.

– Kilka razy – odpowiedziałam, kiwając głową.

– Tata powiedział, że będę go mógł uczyć latać na miotle i łapać znicza – opowiadał podnieconym głosem. – Mówił też, że będę odpowiedzialny za nauczenie go wszystkich chłopięcych zabaw. Bo tata mówi, że jest już za stary na zbyt duży wysiłek, ale chyba się trochę nabijał.

– Chyba troszkę – zaśmiałam się. – Chociaż musisz wiedzieć, że twój tata bywa czasem leniwy, jeśli chodzi o wszelkie czynności wymagające ruchu innego niż mieszanie w kociołku.

– Zauważyłem – przytaknął. – Dobrze, że lubi latać na miotle.

– Teo, mam dla ciebie zadanie – zaczęłam z powagą. – Gdy byłam w ciąży z bliźniaczkami przywilej wybierania imienia spadł na twojego ojca i Leen. Co prawda wybrała za nich magia, ale sami poniekąd byli sobie winni i nie oponowali przy żadnym. Tym razem, chciałabym, żebyś to ty wybrał imię dla brata.

– Ja? – zdziwił się.

– Będziesz jego starszym bratem – wyjaśniałam. – To do ciebie będzie biegał z problemami, ty będziesz jego najlepszym przyjacielem i kompanem do psot. Myślę, że będziesz dla niego jednym z najważniejszych ludzi na świecie i wydaje mi się właściwe, żebyś to ty wybrał imię.

– To duża odpowiedzialność – westchnął, ale dostrzegłam w jego oczach dumę. – A czy Severus jest złe? – spytał po chwili.

– Severus? – zdziwiłam się. – Wiesz, że twój tata wszystkie swoje dzieci nazywał Severusem jeszcze przed urodzeniem, a w przypadku Selene nawet po urodzeniu?

– To może niech tym razem zostanie do końca Severusem? – Teodor uśmiechnął się serdecznie. – Zdaję sobie sprawę, jaką odpowiedzialność zwalam na tego malca. To nie łatwe być Severusem, ale chyba sprawi to tacie przyjemność i może być mama pewna, że gdyby to była dziewczynka i nadal mógłbym wybierać imię, to dałbym jej najpiękniejsze. – Spojrzałam pytająco. – Solem – odparł, wzruszając ramionami i pozwolił się mocno uściskać.

– Jesteś pewien, że wytrzymamy w domu z dwoma Severusami? – Teo przytaknął pewnie. – I zdajesz sobie sprawę z tego, jak tata będzie się zachowywał przez najbliższe kilka miesięcy?

– Wyrośnie mu ogon? – zaśmiał się.

– I to całkiem spory ogon – przytaknęłam ze śmiechem. – Czy Severus Tobias, brzmi dobrze, by obydwaj panowie Snape pękali z dumy?

– Zdecydowanie, mamo – przytaknął. – Może być mama pewna, że cała trójka pęka z dumy. Ten najmłodszy też. – Teodor dumnie wypiął swoją pierś i zrobił nieco zarozumiałą minę, próbując upodobnić się do ojca.

.: :.

Nie byłam pewna, czy chciałam tam być. Czy chciałam spoglądać na człowieka, który zabił moich rodziców, a z życia syna uczynił piekło na wiele lat. Proces nie trwał długo. Czarodziej nie przyznał się do winy, a swoje czyny usprawiedliwiał dobrem wojny, ale dowody jasno przemawiały przeciwko niemu. Nie przypominał dawnego, pewnego siebie dyrektora Hogwartu. Co najbardziej mnie zabolało, nie wykazał za grosz skruchy, a pytany o Teodora zdawał się nie mieć pojęcia o kim mowa. Severus wyjaśnił mi, że to najprawdopodobniej wciąż jego eliksir dodawany przez kilka miesięcy do dropsów wciąż działał, ale wcale mnie to nie pocieszało. Nie czułam satysfakcji z wariactwa, do jakiego go doprowadziliśmy, ani zadowolenia, z tego, że cały czarodziejski świat potępił jego i jego metody w walce z Voldemortem. Nic już nie wróci życia rodzicom, a synowi utraconego dzieciństwa. Miałam ochotę napluć mu w twarz i wyjść z sali rozpraw bez słowa, odwracając się do niego tyłem. Pokazać mu, że byłam ponad tym wszystkim, ale nie mogłam.

Amelia nic mi nie wyjaśniła, ale nakazała siedzieć do ogłoszenia wyroku, więc siedziałam. Niewiele do mnie docierało i nie starałam się nawet słuchać tego co mieli do powiedzenia świadkowie i oskarżyciele. Severus ścisnął mnie mocno za rękę, gdy przewodniczący zaczął przeprowadzać jakieś głosowanie. Nie miałam zielonego pojęcia o co chodziło. Jego słowa nie docierały do mnie i gdy wszyscy członkowie Wizengamotu oprócz Amelii unieśli swoje dłonie na znak zgody, a po chwili oczy wszystkich zwróciły się na mnie, zadygotałam. Czego jeszcze ode mnie chcieli? Miałam znowu o wszystkim opowiadać? Znowu chcieli zobaczyć, jak płaczę?

– Na mocy magicznego prawa, które stoi ponad każdym innym prawem – usłyszałam donośny głos przewodniczącego – prawa do zemsty, śmierć za śmierć, zostajesz oddany w ręce najbliższej krewnej ofiar, do których śmierci w sposób czynny się przyłożyłeś. – Zawirowało mi w głowie. Przestraszona spojrzałam w oczy swojej przyjaciółki, która teraz starała się dodać mi sił. Już wiedziałam dlaczego Amelia jako jedyna nie podniosła ręki na zgodę. Okrucieństwem było to prawo, nie dla winowajcy, ale dla ofiary. – Pani Solem Snape – zwrócono się teraz do mnie w oczekiwaniu – na mocy danego pani prawa, może pani przy pomocy swej różdżki wymierzyć sprawiedliwość, na jaką Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore w pani mniemaniu zasługuje. Przysługuje pani prawo do użycia zabijającego zaklęcia niewybaczalnego, może go pani ułaskawić albo wymierzenie kary oddać w ręce wymiaru sprawiedliwości. Zostanie on wówczas skazany na pocałunek dementora, a jego ciało umieszczone zostanie w Azkabanie, gdzie będzie przebywało do końca jego dni.

Spojrzałam na starego czarodzieja zakutego w kajdany, po czym przeniosłam wzrok na męża. Patrzył na mnie zmartwionym wzrokiem i mocno ściskał za rękę. Przytaknął lekko na zgodę, wiedząc dokładnie co uczynię i lekko pogładził mnie po włosach. Kątem oka, dostrzegłam ulgę malującą się na twarzy przyjaciółki i ponownie odwróciłam wzrok na Dumbledore'a. Odetchnęłam i z błogim uśmiechem poprosiłam sąd o pocałunek dla mężczyzny.

Chciałam wrócić jak najszybciej do domu i móc już zapomnieć o tym przykrym obowiązku, jaki złożono na moje barki, ale Wizengamot miał dla mnie jeszcze jedną niespodziankę. Po wyprowadzeniu dyrektora, do krzesła została przykuta Lily Lupin i mocno zmartwiałam. Kilka dni wcześniej widziałam się z Harrym, prawdziwym Harrym, w księgarni i ten zdawał się tak bardzo szczęśliwy. Wciąż opowiadał o mamie, ich domu, do którego mogli się wprowadzić razem i wakacjach na jakie mieli wspólnie wyjechać. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kobieta była troszkę nieudolna w byciu matką, ale się starała, a z pomocą Minerwy, która często ją odwiedzała była na najlepszej drodze do szczęścia swego syna. Sama była trochę, jak małe dziecko, ale była jego matką i kochała go. Zrobiło mi się żal chłopca. Cierpiał przez tyle lat u ludzi, którzy chociaż byli jego rodziną, traktowali go jak coś gorszego, a teraz, gdy mógł cieszyć się normalnym domem, ktoś chciał odebrać mu matkę. Przez głowę zaczęły przelatywać mi wspomnienia Jamesa. Jego nieudolne próby umówienia się ze mną w szkole i później, gdy z zawziętą miną niszczył moje mapy nieba. Przypomniałam też sobie, jak chronił mnie przed Remusem, jak troskliwie zajmował się moim synem i martwił, gdy straciłam wzrok. Nie mogłam przestać myśleć, że zasłonił mojego syna własną piersią przed zabójczym zaklęciem. Nie mógł wiedzieć, że go ochroni, ale był gotów oddać swe życie. Za mojego syna.

– Pani Snape? – ponaglił mnie mężczyzna, a ja miałam nadzieję, że nie proszą, bym znowu wymierzyła komuś śmierć. – Pani Lupin została udowodniona wina, a ona sama się do niej przyznała, o użycie zaklęcie Obliviate względem pani osoby, na skutek czego straciła pani nie tylko pamięć, ale i wzrok. Pani Lupin grozi kara pozbawienia wolności na lat pięć. Czy chce pani coś dodać zanim zostanie ogłoszony wyrok?

– Proszę jedynie o ułaskawienie pani Lupin – wydusiłam ze ściśniętym gardłem i opadłam ciężko na swoje krzesło. Nie dotarło do mnie nic więcej. Przymknęłam powieki i błagałam wszystkich bogów, by to się w końcu skończyło. Chciałam wrócić do domu i cieszyć się ostatnimi dniami wakacji. Nie miałam pojęcia, co się działo dalej. Jak bardzo zostanie ukarana Lily i czym uzasadniono jej wyrok. Utonęłam w ramionach męża i powoli kierowałam się do wyjścia.

– Już po wszystkim, słoneczko – szepnął. – Jesteś wolna. – Objął mnie i przytulił z całej siły, nie bacząc na błyskające flesze i pytania dziennikarzy.

Już tylko epilog