EPILOG
Severus
– Płaczesz? – Pospiesznie podszedłem do siedzącej na kanapie żony. – Kochanie, co się stało? Słonko? Coś z chłopcami? – dopytywałem, a Solem łkając, nie mogła wydusić ani słowa. Dopiero co wróciła od Teodora i Giny, którzy zostawili u nas swoje bliźniaki na cały dzień i wydawało się wszystko w porządku, gdy do nich wychodziła. Przy pomocy Ropuszki udało mi się ugotować kolację i liczyłem, że w końcu spędzimy romantyczny wieczór, nacieszymy ciszą w domu i pobędziemy tylko we dwoje, oddając w całości swoim od dawna hamowanym fantazjom. – Solem, powiedz mi natychmiast co się stało? Ty płaczesz czy się śmiejesz? – Nie do końca byłem w stanie rozszyfrować minę żony.
– Filius fiuukał do mnie przed chwilą – wydusiła z siebie. – Severus, Sevuś … jest Krukonem – wyszlochała i rzuciła mi się na szyję. – Mój synek.
– Jak to, do cholery, możliwe? – prychnąłem z udawaną złością.
Po tym, jak wyszło na jaw, że Teodor trafił do Gryffindoru tylko i wyłącznie w wyniku manipulacji Dumbledore'a, i po tym, jak moje trzy córki trafiły do Slytherinu, byłem pewien, że i mój najmłodszy syn, chłopiec, z którego byłem dumny, mądry i bystry dzieciak, zdolniejszy od wszystkich naszych dzieci razem wziętych, a do tego przystojny jak jego ojciec, będzie chlubą mojego Domu. Wychowywałem go. Karmiłem, przewijałem i pielęgnowałem, podczas gdy jego matka w najlepsze sobie studiowała, a ten tak mi się odwdzięczał. Dwa lata. Dwa lata poświęciłem całkowicie wychowaniu syna. Przez dwa lata dzień w dzień zabierałem go do warzelni, uczyłem eliksirów od pierwszych miesięcy, a gdy ten tylko mógł trzymać w ręku chochelkę pokazywałem, jak prawidłowo mieszać.
Oczywiście Solem musiała się po tych dwóch latach wtrącić ze swoimi zaklęciami i namieszać malcowi w głowie. Najwyraźniej jej głupie opowieści o prostocie tworzenia nowych czarów i ciągłe ślęczenie z okiem w teleskopie i robienie skomplikowanych obliczeń, przyniosły efekt. Z dużym niepokojem obserwowałem, jak Severus odrywał się często od kociołka i zaczynał zastanawiać nad teoriami tworzenia eliksirów w oparciu o układ gwiazd. Musiałem się nieźle nagimnastykować, udając, że cokolwiek rozumiem z tego, co mój syn do mnie mówił. Nie miałem pojęcia o astronomii i jedynie głupio przytakiwałem, gdy dziesięciolatek zaczynał modyfikować jakąś miksturę, patrząc na mapę nieba. Na szczęście potrafiłem mu jeszcze całkiem sporo wyjaśniać w kwestii doboru ingrediencji i ich łączenia, inaczej wyszedłbym na kompletnego idiotę. Krukon, mały.
Najwyraźniej moja żona wygrała batalię o chłopca i teraz pewnie będzie się przede mną pysznić, a mnie pozostało już tylko uchować przed nią wnuki. Tak, tych dwóch miało potencjał do eliksirów. Wiedziałem to z chwilą, gdy wydali z siebie pierwsze krzyki trzy miesiące temu. Zrobię z nich lepszych Mistrzów Eliksirów i Ślizgonów niż Leen, lepszych niż ja sam. Może nie będą tak dobrzy, jak ich wujek Severus, ale będzie ich dwóch. To nadal sześć do jednego. No i pozostawał jeszcze chłopak, który urodzi się na dniach.
Długo nie mogłem się pogodzić z tym, że ten przeklęty, wyszczekany gówniarz zabrał moją małą córeczkę. Przyszedł jak gdyby nigdy nic z całym zapasem łez feniksa dla mnie i śmiał prosić o rękę mojej małej Leen. Bezczelny typ. A teraz nie dość mu było, zrobił jej dziecko. Trzy lata po ślubie. Ledwie zdążyła ukończyć kursy warzelnictwa i zaklęć. Przeklęty, mały … Krukon, do jasnej cholery. Jak to się mogło stać? W którym momencie nawaliłem? Czy to się stało w chwili poczęcia, czy może już później? Żadnych więcej Kruonków, postanowiłem w myślach i zacząłem układać plan prostowania wnucząt.
Po policzkach mojej żony wciąż spływały łzy. Tak bardzo przeżywała wyjazd każdego z naszych dzieci do Hogwartu i na uniwersytet. Westchnąłem w duchu, przypominając sobie, że płakała za każdym razem, gdy nasze dziecko zostało przydzielone i nieważne było do jakiego domu. Teraz już nie byłem przekonany, czy to na pewno łzy szczęścia płynęły po jej policzkach, czy może żalu, że wyprawiła w dorosłe życie najmłodsze ze swoich dzieci.
– Dadzą nam jeszcze wiele radości – wyszeptałem, przytulając ją mocno do piersi. – Tu zawsze będzie ich dom, słoneczko. I każde z nich o tym wie.
– Wiem, tylko tak bardzo za nimi tęsknię – zaszlochała. – Severus – mruknęła po chwili w mój tors – żartowałam. Severus trafił do Slytherinu.
– I myślisz, że ma to dla mnie znaczenie? – spytałem, odrywając ją od siebie i spojrzałem jej prosto w oczy. – Fakt, iż kazałem Minerwie sprawdzić po raz kolejny Teodora i przyznaję, byłem nieco rozczarowany, gdy nie chciał przenieść się do swojego prawowitego domu, nic nie znaczy. Trochę mnie zaskoczyłaś, ale w końcu bycie Krukonem to nic strasznego, prawda? Znam jedną, całkiem ładną Kruokonkę. Nawet nie wiesz, jak dobrze całuje, jędza.
– Przestraszyłeś się? – spytała i pociągnęła mnie do kuchni, skąd rozchodziły się przyjemne zapachy.
– I to nie na żarty – odparłem, oddychając z ulgą. – Krukon – prychnąłem pod nosem.
– Leen pokłóciła się dziś z Lee – zmieniła temat.
– Mam nadzieję, że dążysz do tego, że nasza córka poszła po rozum do głowy i zostawia tego pacana na dobre – zaciekawiłem się.
– Rozczaruję cię – odparła, obejmując mnie w pasie. – Lee próbuje ją przekonać, że powinna rodzić w szpitalu. Martwi się o nią.
– A co na to mama? – spytałem z zainteresowaniem.
– Jest zdania, że nie ma żadnych przeszkód, by Leen rodziła tam gdzie chce – wyjaśniła.
– A gdzie chce? – Nieco się zaniepokoiłem.
– Spytała mnie, czy Modest może urodzić się w domu – westchnęła. – Leen trochę panikuje. Boi się, że nie będzie umiała się nim zająć zaraz po porodzie i chyba chciała zostać z nim u nas przez kilka dni.
– Domu, masz na myśli ich dom. – Przystanąłem i spojrzałem na żonę coraz bardziej zdenerwowany.
– Miała na myśli swoją sypialnię w naszym domu – odparła spokojnie.
– Solem …
– Przekonałam ją, że najlepszym do tego miejscem jest jej własna sypialnia, w jej własnym domu – przerwała mi, zanim zacząłem ponownie pomstować na niewinnego zięcia. – Leen jest nie do zniesienia i słowo daję, nie mam pojęcia, jak ten biedny chłopak z nią wytrzymuje.
– Mógłbym mu całkiem sporo powiedzieć na temat radzenia sobie z kobietami w ciąży, ale sam tego chciał niech się męczy teraz sam – zaśmiałem się złośliwie. – Mógł się zastanowić zawczasu. Jestem przekonany, że bardzo dobrze pamięta czasy, jak ty byłaś w ciąży z Severusem. Dobrze wiedział, że jego żona jest pod względem humorków podobna do ciebie.
– W którym momencie wszystko stało się moją winą? – Posłała mi rozbawione spojrzenie.
– Zawsze było – prychnąłem i z uśmiechem ucałowałem ją w usta. – Wszystkie nasze dzieci są tylko i wyłącznie twoją winą. Gdybyś mnie nie uwodziła każdej nocy …
– Dobrze, kochanie, już nie będę – obiecała uroczyście i po chwili jej usta zostały porwane przez moje w namiętnym pocałunku.
– Spróbuj tylko, wiedźmo – warknąłem w jej usta. Solem westchnęła i rozsiadła się przy stole w oczekiwaniu na kolację.
– Niemniej, Leen martwi się, że nie będzie dobrą mamą – kontynuowała przerwany wcześniej wątek. – Powiedziałam jej, że nie ma takich szans, by nie była. W końcu uczyła się od najlepszych – dodała z dumną.
– Oczywiście, że będzie dobrą mamą – prychnąłem. – Jedno z nich …
– Severus – warknęła z groźną miną – Lee to wspaniały chłopak. Ja to wiem i ty to wiesz.
– Co nie oznacza, że nie mogę sobie pomarudzić – mruknąłem z krzywym uśmieszkiem. – Przecież nie wypada mi pomstować na tę bezmyślną, rudą …
– Severus – uciszyła mnie po raz kolejny.
– Dobrze wiesz, że tylko się z tobą drażnię. – Spojrzałem na nią spod zmrużonych powiek. – Faktem jest, że zarówno nasz kochany zięć, jak i ta ruda w porównaniu z naszymi dziećmi wypadają blado, ale masz rację, nie są tacy najgorsi. – Solem przewróciła oczami.
– Ma na imię Giny – syknęła ze złością.
– Co nie zmienia faktu, że jest ruda – odgryzłem się. – Na szczęście chłopcy odziedziczyli włosy po Snape'ach i Stanleyach.
– Są łysi – bąknęła z rozbawieniem.
– Łysi nie łysi, na pewno nie będą rudzi – odparłem z przebiegłym uśmieszkiem.
– Sev, żadnych eliksirów. – Posłała mi ostrzegawcze spojrzenie. – Jeśli się dowiem, że poisz czymś nasze wnuki …
– Zapewniam cię, kochanie, że JA im żadnych eliksirów nie podałem – rzekłem z pewnością w głosie.
– Możesz mi zdradzić, jak udało cię się przekonać trójkę z naszych dzieci do eliksirów? – spytała z podziwem.
– Trójkę? – zdziwiłem się.
– Asteria spędziła w wakacje tyle czasu z Leen na uniwersytecie, że jestem pewna, że nic innego studiować nie będzie chciała. Gada wciąż o robalach, roślinkach i obmyśla co by tu komu uciąć i do czego wrzucić. A na profesora nawet nie chciała spojrzeć. Kusił ją starożytnymi księgami, zaklęciami krwi i nic – tłumaczyła. – Mały Severus? Daj spokój, o niczym innym nie gada tylko eliksir taki, eliksir śmaki, a jakby dodać tego do tamtego w czasie nowiu …
– I przystojny jest – dodałem z zamyśleniem.
– Tak, to zdecydowanie cecha porządnego warzyciela – przytaknęła Solem.
– Nasz syn ma więcej z ciebie niżby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka – odrzekłem, spoglądając jej prosto w oczy.
– Na pierwszy rzut oka, mój drogi, to ma po mnie jedynie siano na głowie – mruknęła.
– Na szczęście dziewczynki odziedziczyły włosy po mnie – prychnąłem, nakładając żonie porcję kurczaka.
– Taa, na szczęście – szepnęła z zamyśleniem i po chwili rozpogodziła się, widząc, jak tuż przed jej nosem unosi się papierowa gwiazdka.
– Cieszę się, że twój teleskop się potłukł – wyszeptałem. – To najlepsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w życiu.
.: :.
Wyciągnąłem się na kanapie z książką i kątem oka z zamyśleniem spoglądałem na wiercącą się w fotelu żonę. Miałem dziwne wrażenie, że czymś się denerwowała i miałem tylko nadzieję, że moja najstarsza córka nie była ponownie w ciąży. Po dwoje wnucząt od każdego ze starszych dzieci wydawało mi się liczbą do przyjęcia; więcej oznaczało jeszcze mniej spokoju, więcej nerwów i nieprzerwane kłótnie. Nie miałem pojęcia dlaczego moje dzieci wciąż przyprowadzały do nas wnuki skoro miały zastrzeżenia do moich metod wychowawczych. Nie widziałem nic złego w wyłuskiwaniu oczu żuków i dzieleniu nóżek ważki na równe części z trzylatkiem. Tak samo bawiłem się ze swoimi dziećmi i wyrosły na porządnych ludzi.
Z chwilą, gdy wysłaliśmy Severusa do szkoły, mieliśmy nadzieję na spokój i ciszę w domu. Chcieliśmy podróżować i być tylko we dwoje. Płonne nadzieje. Zarówno Teodor, jak i Leen uznali, że ich rodzicom potrzebna jest codzienna rozrywka w postaci dwójki, trójki, a później czwórki rozwrzeszczanych małych ludzików. Trzech pięcioletnich chłopców było wręcz stworzonych do warzenia eliksirów, ale to wnuczka, była prawdziwym Mistrzem. Miała dopiero półtora roku, ale z całą stanowczością mogłem to już teraz stwierdzić. Żadne z moich dzieci nigdy nie wyrywało skrzydełek muchy, tak jak robiła to mała Solem. Imię co prawda nie do końca pasowało, ale to zawsze można zmienić albo wymyślić jakiś pseudonim.
Moja żona przepłakała cały dzień, gdy Lee oznajmił jej, że tak właśnie nazwą swoją pierwszą córkę (jakbym co najmniej zgodził się na więcej) i przez kilka pierwszych tygodni, mówienie do wnuczki przychodziło jej z prawdziwym trudem. Nie miałem pojęcia dlaczego Solem uważała, że nie zasłużyła na takie wyróżnienie. Byłem odmiennego zdania. Nie wyobrażałem sobie drugiej, takiej kobiety, nawet jeśli to była moja wnuczka, istotka, którą kochałem i bez wahania oddałbym dla niej wszystko, która by potrafiła unieść ciężar tego imienia. Niełatwo jest nosić imię po kobiecie idealnej. Idealnej i pięknej pod każdym jednym względem.
Dlatego w przypływie apollińskiej weny, ku irytacji starszej części rodziny i uciesze młodszej, wymyślałem dla niej wszelkiej maści przezwiska i zdrobnienia. Za Solniczkę oberwało mi się po głowie nawet od ojca, ale Ola przyjęta była ze spokojem. Później wyewoluowała w Solę, a skończyła na Fasoli. Wciąż nie mogłem znaleźć właściwego imienia dla wnuczki, ale czułem, że byłem blisko. W końcu nie mogłem za każdym razem zwracać się do niej inaczej. Prawdziwe imię nie wchodziło w rachubę. Solem była tylko jedna i żaden słodki uśmiech, żadne wtulanie się w ramiona i najsłodsze dziadzio Sevelus daj mi pającka, tego nie zmieni.
Spojrzałem ponownie na swoją ukochaną. Wciąż nerwowo stukała nogą, a jej ręka od dłuższego czasu wisiała bez ruchu nad szkicownikiem. Zamarłem, gdy do salonu wolnym krokiem weszły bliźniaczki. Nie pamiętałem, by kiedykolwiek weszły, nie wbiegły. I były cicho. Zmierzyłem dyskretnie każdą z nich, spojrzałem na Solem i z trudem zachowałem spokój, gdy Asteria z niewinnym uśmiechem spytała, czy chciałbym herbaty, a Selene zaproponowała ciasto. Jeszcze nigdy moje córki nie przygotowały dla mnie podwieczorku. Coś było nie tak, bardzo nie tak i moja żona też to zauważyła, a to oznaczało, że to coś bardzo mi się nie spodoba. Wymieniłem z Solem porozumiewawcze spojrzenia i usiadłem na kanapie, pozwalając, by dziewczynki mnie obsłużyły. Gestem nakazałem, by usiadły na kanapie naprzeciwko i w myślach przygotowywałem się na najgorsze. Na szczęście moja małżonka przesiadła się teraz obok. Zapach jej włosów zawsze działał na mnie kojąco, a czułem, że teraz przyda się wszystko co uspokoi moje nerwy.
– Tatku, pamiętasz dziadka Modesta? – spytała niewinnie Selene.
– Oczywiście, że pamiętam – prychnąłem. Solem zmarszczyła brwi i wyraźnie się spięła, ale nic nie powiedziała.
– Jakim był mężem? – zwróciła się do matki Asteria. – Wiemy, że był dobrym człowiekiem i odważnym.
– I mądrym – wtrąciła Selene.
– Kochał babcię i mnie, i wiem że zrobiłby dla nas wszystko – odparła spokojnie Solem.
– Wy nas też kochacie, prawda? – spytała Asteria i ze zdenerwowaniem przygryzła dolną wargę.
– Bardzo – odparła pani Snape.
– I chcecie, żebyśmy były szczęśliwe, prawda tatku? – Selene nerwowo wyłamywała sobie palce.
– Niczego bardziej nie pragnę – mruknąłem, siląc się na łagodny ton.
– Wiecie, że nie zrobimy nic bez waszej aprobaty, prawda? – Obydwie spojrzały na nas ze strachem.
– Cieszymy się – odparłem z powagą – jednak wolałbym już wiedzieć o co chodzi i co ma z tym wspólnego dziadek – warknąłem nieco za ostro. – Dziewczynki spojrzały na siebie i głośno przełknęły ślinę.
– Spotykamy się z kimś – wykrzyknęły chórem.
– Błagam, powiedzcie, że jest ich dwóch – jęknęła Solem, ale w jej głosie czuć było ulgę.
Mnie nie ulżyło ani na chwilę. Mogłem spokojnie przyjąć fakt, że nasze córeczki mają chłopaków. Skończyły szkołę z wybitnymi wynikami i teraz każda z nich studiowała z powodzeniem na wybranych przez siebie kursach. Selene poszła poniekąd w ślady matki; kończyła właśnie pisarstwo i zostały jej jeszcze dwa semestry sztuk plastycznych, a Asteria wybrała ku zaskoczeniu rodziny zielarstwo i ku mojej uldze eliksiry. Gdyby to nie były moje córeczki, mógłbym śmiało powiedzieć, że były już dorosłe i czas najwyższy się ustatkować. Coś jednak wciąż było nie tak i modliłem się tylko w duchu, żeby przypadkiem nie okazało się, że któraś z tych bezmyślnych pannic była w ciąży albo co gorsza nie spotykają się z …
– Spotykamy się z kimś – powtórzyły, spoglądając tym razem w moim kierunku.
– Mama zadała pytanie – warknąłem ostro.
– Dwóch mamusiu, oczywiście – oprzytomniały nagle.
Początkowo myślałem, że to jakaś gierka z ich strony, ale teraz zacząłem poważnie się zastanawiać, czy przypadkiem moje córki nie denerwowały się bardziej niż ja.
– Dwóch chłopców – dodała Selene.
– Mężczyzn – sprostowała cicho Asteria.
– Męż … co? – krzyknąłem.
– Chłopców – powtórzyła Selene.
– Przecież są dorośli – mruknęła druga i zarobiła kuksańca od siostry.
– Znamy ich? – Solem odetchnęła głęboko, uzbrajając się w cierpliwość.
– Tak – odpowiedziały pospiesznie.
– Po moim trupie – wykrzyknąłem, wstając z kanapy. – Zabiję, zmiażdżę i przerobię na eliksir – odgrażałem się, przeczuwając o kim mówią dziewczynki. – Są dwadzieścia lat od was starsi albo jeszcze bardziej.
– Dziesięć, tatku – wyszeptała Selene ze spuszczoną głową.
– Dziadek Modest był od babci …
– Żaden z nich to dziadek Modest i każdemu daleko do niego – syknąłem zdenerwowany.
– Tatku, ale …
– O kim mówicie? – Solem spojrzała na mnie zaskoczona.
– Nasze córki spotykają się ze starymi mężczyznami – wyjaśniłem jej.
– Tyle się domyśliłam, ale dowiem się o kim mowa? – Przeniosła wzrok na córki.
– Zawsze mówiłeś, że są inteligentni – szeptała Asteria.
– Widać pomyliłem się – warknąłem ze złością. Solem rozsiadła się wygodnie na kanapie, pozostając przy domysłach i z niepewną miną przyglądała się kłótni. – Chcecie spotykać się z dwoma, bezrobotnymi mężczyznami? Już ja się postaram, żeby zostali bezrobotni do końca życia.
– Tatku, nie zrobisz tego – jęknęła Selene.
– Nie zwolnisz ich, chyba – przeraziła się Asteria.
– Chcesz się przekonać? – Uśmiechnąłem się zjadliwie, a Solem przymknęła powieki i wplotła dłoń w moją. Pociągnęła mnie na dół, żebym usiadł i objęła delikatnie ramieniem.
– Afrodyta – szepnęła mi do ucha.
Kurwa – zakląłem w myślach, gdy dotarł do mnie sens wypowiedzianego imienia bogini. Obiecałem jej dawno temu, że nie stanę na drodze miłości naszych dzieci i nie miałem kompletnie pomysłu, jak teraz to ominąć.
– Od dawna się spotykacie? – spytała spokojnie Solem.
– Nie, mamusiu – odpowiedziała grzecznie Asteria.
– Właściwie to dziś zaprosili nas po raz pierwszy – dodała Selene. – Ale …
– Lubimy ich od dawna i oni chyba też od dawna nas lubią – wtrąciła druga.
– Chyba się bali zaprosić nas wcześniej.
Poczułem, że trzy kobiety patrzą na mnie.
– Chcieli najpierw sami spytać się was o pozwolenie, ale …
– Uznałyśmy, że lepiej będzie, jak same najpierw zapytamy – wyjaśniły.
– Są sporo od was starsi – westchnęła Solem.
– Zawsze mówiłaś, że jesteśmy dojrzałe jak na swój wiek. – Asteria wyraźnie nabrała pewności siebie.
– A oni nad wyraz niedojrzali – warknąłem.
– Tatku – jęknęła Selene – wciąż powtarzasz, że są dobrymi pracownikami i całkiem nieźli będą z nich Mistrzowie Eliksirów, biorąc pod uwagę brak odpowiednich genów.
– Już mówiłem, że się pomyliłem – syknąłem, ale w moim głosie czuć było rezygnację. – Za rok będą mogli ubiegać się o egzamin na Mistrzów – zacząłem. Pochyliłem się do żony, delikatnie ucałowałem jej skroń i wstałem z miejsca. Panny Snape usiadły głębiej na kanapie, gdy zacząłem przechadzać się w tę i z powrotem. – Jeśli ich zwolnię, cała ich praca pójdzie na marne. Nigdzie, powiadam nigdzie nie znajdą drugiego Mistrza Eliksirów, który zgodzi się doprowadzić ich praktykę do końca. – Dziewczynki zrobiły przerażone miny. – To co o nich powiedziałyście, to prawda. Cenię ich jako pracowników. Nietrudno też, nie docenić ich odwagi. Wiedzą ile mogą stracić, a mimo to odważyli się zaprosić was na … na randkę – wyplułem. – Nie podoba mi się, że są starsi od was, ale sprytnie rozpoczęłyście rozmowę od wspomnienia dziadka Modesta i wytrąciłyście mi z ręki wszelkie argumenty. Po tym jak skończyłem nauczać w Hogwarcie miałem nadzieję nigdy więcej nie mieć styczności z nazwiskiem Weasley. Jednak w przypływie niepoczytalności zaproponowałem im praktykę, a na dodatek wasz brat ożenił się z tą ich rudą siostrą. Zdaje się jestem na nich skazany już do końca życia. – Odetchnąłem głęboko. – Doceniam waszą szczerość. Niewiele jest na świecie dziewcząt w waszym wieku, które spytałyby o pozwolenie przed pierwszą randką. Wierzę, że jest to podyktowane jedynie szacunkiem do nas, a nie strachem. Chciałbym też wierzyć, że jeśli czujecie do tych dwóch idiotów coś więcej, jest to na tyle silne, by walczyć o to uczucie bez względu na nasz ewentualny sprzeciw. Ani ja, ani, jak mam nadzieję, mama nie zamierzamy ingerować w wasze związki. Słusznie zauważyłyście, że jesteście już dorosłe i same macie prawo decydować w kim się zakochacie. – Solem wstała i objęła mnie w pasie, kiedy stanąłem naprzeciwko córek. – Ostrzegam jednak, że jeśli któraś z was wpadnie na pomysł, że ten związek to coś poważnego i koniecznie będzie chciała zmienić nazwisko na Weasley, ja po raz drugi nie zniosę tej przeklętej, upierdliwej, rudej baby w swoim domu, sklepie i pracowni dzień i noc. Niech sobie wyprawia wesele, niech plotkuje sobie z waszą matką, babcią i resztą rodziny, ale niech da mi święty spokój. Nie będę z nią dyskutował na temat sukienek druhen, kwiatków na stole i koloru moich odświętnych szat. Możecie przysłać do mnie Artura na szklaneczkę whiskey, zniosę tego kretyna Charliego i nawet Bill jest tu mile widziany, ale Molly niech trzyma się z dala ode mnie i moich szat. Przysięgam, że jeśli jeszcze raz zwróci mi uwagę, że na ślub swojego dziecka mógłbym ubrać coś kolorowego, bez żadnych skrupułów pozbawię was teściowej. I jestem pewien, każdy sąd mnie uniewinni.
– To możemy z nimi wyjść? – spytała cichutko Asteria.
– Jeśli któryś z nich skrzywdzi którąś z was … – Dziewczynki nie pozwoliły mi dokończyć, tylko z uśmiechem rzuciły mi się na szyję.
– Kochamy was, tatku – zapewniły z ulgą.
– I o dziesiątej macie być w domu – warknąłem z udawaną groźbą.
– Od dawna wiedziałeś? – Solem z uśmiechem przytuliła się do mnie, gdy już nieco uspokojony usiadłem na kanapie.
– Od … chyba już na ślubie Teodora i rudej – odparłem z zamyśleniem. – Dziwię się tylko, że tak dużo czasu im to zajęło – zaśmiałem się.
– Skąd? – zdziwiła się.
– O mało nie poślizgnąłem się na tych maślanych spojrzeniach, jakie sobie posyłali przez całe to głupie wesele – prychnąłem. – I te promienne uśmiechy, gdy przychodziły do sklepu. I nadgorliwość z jaką podchodziły do pracy w wakacje. Na Salazara, kobieto, stężenie miłości w pomieszczeniu wzrastało do niebezpiecznych rozmiarów, gdy cała czwórka znajdowała się razem. Bałem się o życie, gdy pracowały u mnie w ostatnie wakacje.
– Ciągłe opowieści mamy o romantycznych powieściach, jakie właśnie czyta odniosły skutek – westchnęła teatralnie. – Dostrzegłeś miłość, zanim jeszcze ktokolwiek inny ją dostrzegł.
– Cicho, przebrzydła kobieto – warknąłem. – Mdli mnie na samą myśl.
– A ta mowa? – zaśmiała się. – Dawno ją ułożyłeś?
– Wyobraź sobie, że … ze dwa lata już to noszę w sobie. – Ze śmiechem ucałowałem ją w policzek.
– Nie skrzywdzą ich. – Solem wtuliła się w mój bok.
– Nie – zapewniłem i przyciągnąłem ją do siebie jeszcze mocniej.
.: :.
Solem
Spędziłam nad grobem rodziców dużo więcej czasu niż zwykle i zapewne Severus martwił się o mnie, a reszta rodziny czekała z uroczystą kolacją, na którą wszystkich zaprosiłam, ale potrzebowałam tego czasu, pobyć z nimi, pomyśleć i nabrać słuszności co do powziętej decyzji. Wiedziałam, że to co zamierzam nie było sprawiedliwe w stosunku do młodszych dzieci, ale życie nie było sprawiedliwe, a Teodor był dzieckiem, które w bardzo dotkliwy sposób przekonało się o tym na własnej skórze. Byłam pewna, że dziewczynki i Severus to zrozumieją. Byłam pewna, że każde z nich ucieszy moja decyzja, jeśli tylko ja i Teodor będziemy szczęśliwi. To nie miało być formą zadośćuczynienia za stracone dzieciństwo, ale rozsądny wybór. Pracowałam ciężko przez trzydzieści lat i z wiekiem zaczynałam odczuwać ciężar tej pracy. Nie chciałam całkowicie porzucić wydawnictwa, ale chciałam robić już tylko to co naprawdę kochałam i mieć więcej czasu dla męża i wnuków. Uśmiechnęłam się na myśl, że być może uda mi się jeszcze któreś naprostować i zainteresować czymś innym niż eliksiry, ale spędzały z Severusem tyle czasu, że graniczyło to z cudem. Nawet moje dzieci machnęły już ręką z rezygnacją.
Odetchnęłam głęboko i ze łzami w oczach spojrzałam na szary nagrobek rodziców. Wydało mi się dziwne, że zawsze gdy o nich myślałam byli uśmiechnięci i zastanowiłam się, czy kiedykolwiek byli nieszczęśliwi. Nigdy w swej pamięci nie widziałam ich smutnych albo zatroskanych. Słyszałam w głowie ich śmiech, podśpiewywanie mamy i gwizdanie taty. Minęło ponad trzydzieści lat, a wciąż czułam ich bliskość. Wiedziałam, że nigdy naprawdę mnie nie opuścili i gdzieś tam, czekali na mnie z tymi samymi uśmiechami z jakimi ich zapamiętałam.
Uśmiechnęłam się do siebie, przymknęłam powieki i aportowałam pod domem z pewnością, że postępowałam słusznie. Rzuciłam na siebie zaklęcie kameleona i cichutko stanęłam na progu salonu, w którym zebrali się moi najbliżsi. Z trudem powstrzymała parsknięcie, gdy mój mąż uszczypnął mnie w pośladek i szepnął, żebym się pospieszyła, bo był głodny. Było dla mnie tajemnicą, skąd Severus wiedział, kiedy używam zaklęcia niewidzialności, ale też nigdy specjalnie nie starałam się tego odkryć. Teraz chciałam jedynie popatrzeć na swoją rodzinę w spokoju, z boku. Czułam się spełniona, przyglądając się im, szczęśliwym i uśmiechniętym, dyskutującym i przekomarzającym się, obejmującym i kłócącym. Zawsze starałam się być dobrą matką dla nich wszystkich, kochałam swoje dzieci równie mocno i poświęcałam każdemu tyle samo uwagi. Wyrosły na cudownych ludzi i wciąż dawali mi pewność, że kochali mnie równie mocno jak ja ich. Nie było dnia, by każde z nich nie zafiuukało powiedzieć dzień dobry, a ja i Severus byliśmy pierwszymi, którym powierzali swoje dzieci pod opiekę.
Severus, mały Severus, jak go nazywaliśmy nie był już małym Severusem. Wyższy od ojca, przystojny mężczyzna kilka dni temu zdał egzamin mistrzowski i z radością przejął część obowiązków ojca w sklepie z eliksirami. Uśmiechnęłam się widząc, z jaką czułością całował swoją niską, drobną narzeczoną. Sięgała mu ledwie do ramienia i razem wyglądali niezwykle uroczo. Była chyba jedyną, wchodzącą do naszej rodziny osobą, której mój mąż się nie czepiał. Początkowo bardzo starał się znaleźć w niej jakieś wady, ale poza niskim wzrostem nie mógł się niczego dopatrzeć. Skromna i cicha, ale gdy było potrzeba, potrafiła się odgryźć swojemu przyszłemu teściowi i chyba w ten sposób zyskała sobie jego szacunek.
Bliźniaczki zgodnie z przewidywaniem Severusa wyszły za mąż za Freda i Georga. Na jego szczęście obydwie pary zdecydowały się na skromną uroczystość i obyło się bez zabójstwa Molly Weasley. Kobieta była bardzo niepocieszona, że dzieci nie chciały wielkiego wesela, a my z Severusem z radością zorganizowaliśmy im ślub na plaży, na której sami ślubowaliśmy sobie wzajemnie miłość po wieczność. Musiałam przyznać, że chłopcy bardzo wydorośleli. Z dwóch wiecznie psocących wyrostków stali się troskliwymi, dobrymi mężami, a dzięki praktykom zdobytym u Severusa od jakiegoś czasu mogli poszczycić się tytułami mistrzowskimi w dziedzinie eliksirów.
Zmarszczyłam czoło, widząc psotne iskierki w ich oczach, gdy zawzięcie dyskutowali o czymś z Lee. Ukradkowe spojrzenia jakie wymieniali z moim mężem dały pewność, że ta czwórka szykuje coś naprawdę dużego i niebawem cała rodzina, a na pewno dzieciaki, będą mieli dobrą zabawę.
Ze współczuciem spojrzałam na swoją najstarszą córkę. Leen od dłuższego czasu niezbyt skutecznie próbowała opędzić się od swojej babci, która za wszelką cenę chciała sprawdzić stan zdrowia maluszka, o którym córka dowiedziała się kilka dni temu. Severus oczywiście udawał niezadowolonego, że ponownie zostanie dziadkiem, ale bardzo dobrze widziałam, jak szczęśliwy był z tego powodu. Zaśmiałam się w końcu, gdy Leen udało się schować za Owidiuszem. Staruszek pogroził palcem Eileen i ta dała za wygraną. Moja córka była jego ulubienicą. Zgodnie planami, w Hogwarcie spędziła jedynie dwa lata, a pozostałą edukacją dziewczynki zajął się Davis. Nauczył ją chyba wszystkiego o zaklęciach i starożytnej magii, świetnie przygotował do owutemów i zanim jeszcze jej rówieśnicy rozpoczęli studia, ona zdawała egzamin mistrzowski z zaklęć. Był trochę niepocieszony, że po wszystkim zajęła się jeszcze eliksirami, ale koniec końców dopingował ją w spełnieniu tego marzenia równie mocno jak Severus.
Podczas gdy Giny bawiła się z dzieciakami, Teodor z zapałem przedstawiał dziadkowi projekty modernizacji wydawnictwa. Ponad dziesięć lat temu, Tobias i Eileen podarowali mi resztę udziałów i dziadek zajmował się teraz jedynie pisaniem bajek. Robił to z czego czerpał największą przyjemność, a na co nie miał czasu jako szef i właściciel. Bałam się początkowo, że nie sprostam wyzwaniu, ale wydawnictwo wciąż się rozwijało i powoli stawało jednym z najlepszych w kraju. Duży wkład w jego ciągły rozkwit miał Teodor. Nie ukończył studiów plastycznych, ale ku mojemu zaskoczeniu wybrał kurs z zaklęć i filologii. Początkowo zajmował się głównie edytowaniem tekstów, ale z czasem zaczął przejmować część moich obowiązków.
Z uśmiechem spojrzałam na syna. Dzielił się z dziadkiem swoimi pomysłami i z pokorą wysłuchiwał wszystkich uwag. Wyrósł na dobrego, mądrego mężczyznę. Chociaż w dzieciństwie doświadczył tak wielkiego okrucieństwa, teraz był wspaniałym mężem, ojcem i synem. Nie było śladu po skrzywdzonym dziecku. Sporo pracy i cierpliwości kosztowało nas wychowanie chłopca, ale teraz z dumą patrzyłam na pewnego siebie, dzielnego mężczyznę. Jeśli jeszcze przed godziną miałam jakieś wątpliwości, teraz rozwiały się całkowicie.
– Wiecie, jak bardzo was wszystkich kocham? – W dość nietypowy sposób przywitałam się z rodziną. Severus podszedł do mnie i leciutko ścisnął moją dłoń. – Ciebie najbardziej – zaśmiałam się, patrząc w oczy męża. – Zanim zaproszę was na kolację, chciałabym się z wami czymś podzielić.
– Jesteś w ciąży? – Leen poderwała się z miejsca z szerokim uśmiechem.
– Merlinie. – Wywróciła oczami. – Wczoraj odbyłam z waszym dziadkiem długą rozmowę. Później podobną rozmowę odbyłam z waszym ojcem. Dziś rano rozmawiałam z babcią, a teraz wracam z rozmowy sama ze sobą. Jestem zmęczona – westchnęłam ciężko, a moje dzieci natychmiast znalazły się przy mnie i zaczęły przekrzykiwać jedno przez drugie, czy przypadkiem nie byłam chora. – Nic mi nie jest – uspokoiłam ich. – Jestem tylko zmęczona. Już dawno temu mówiłam waszemu dziadkowi, że kompletnie się do tego nie nadaję i wciąż podtrzymuję to zdanie. Nie nadaję się do prowadzenia wydawnictwa. Wiem, że wciąż się rozwija – uciszyłam protesty rodziny – ale ja wolę ilustrować – westchnęłam. – Szczerze mówiąc brakuje mi już zapału i obawiam się, że za jakiś czas popadniemy w stagnację, a żeby dorównać konkurencji potrzebujemy wciąż nowych pomysłów. Chciałabym robić ilustracje, zająć się księgarnią i uczyć wasze dzieciaki, a na to wszystko brakuje mi czasu odkąd dziadek zajął się jedynie pisaniem.
– Mamo – odezwała się z troską w głosie Leen – zawsze uważałam, że jesteś w tym najlepsza, lepsza od dziadka nawet. Wydawnictwo było i jest moim ulubionym miejscem. Zawsze podziwiałam pracę, jaką tam wykonujesz nie tylko jako ilustrator. Ludzie lubią tam pracować, a Lee nie może się ciebie nachwalić odkąd zaczął zajmować się działem dla młodzieży. Kocham nasze sklepy z eliksirami i warzelnię, ale to wydawnictwo jest sercem naszej rodziny i to twoja zasługa, mamo. Każde z nas miało i ma w nim swój udział. Każde na jakimś etapie o nie zahaczyło. Pisaliśmy, rysowaliśmy i rzucaliśmy swoje czary. To wydawnictwo to kawał życia każdego z nas. Wiem jednak, że kochasz rysować i z żalem patrzyłam przez ostatnie lata, jak brak ci na to czasu. Góry papierów do podpisania i czary, które musiałaś nadzorować stały się ważniejsze i wcale mi się to nie podobało. – Spojrzałam z wdzięcznością na córkę.
– Jeśli się zgodzicie, wszyscy, a przede wszystkim ty, Teo – popatrzyłam na syna, przygryzając wargę – chciałabym podzielić wydawnictwo, a zarząd oddać w ręce Teodora. W tej chwili ja i tata posiadamy dziewięćdziesiąt procent udziałów. Dziadkowie mają pozostałe dziesięć. Chciałabym podzielić osiemdziesiąt procent między was. – Odetchnęłam głęboko, widząc oczekiwanie na twarzach dzieci. – Leen, Asterka, Selene i Severus dostaliby po dziesięć procent, a tobie Teo, chcieliśmy podarować pozostałe czterdzieści.
– Mamo to niesprawiedliwe – jęknął Severus. Ramiona opadły mi z rezygnacją. Wiedziałam, że dzieci się kochają i dbały o siebie nawzajem, ale liczyłam się z tym, że któreś z nich poczuje się urażone, że ich brat dostał większy pakiet akcji. W takim układzie byłam gotowa podzielić całość równo i liczyć, że dzieci zgodnie będą zarządzać wydawnictwem. – To nie w porządku – powtórzył mały Severus, a dziewczynki zgodnie pokiwały głowami. – Teraz Teo, żeby podjąć jakąś decyzję będzie musiał mieć zgodę któregoś z nas. – Poczułam mocny uścisk męża na swej dłoni. – Myślę, że Leen, Asterka i Sel mnie poprą, ale nie możesz tego podzielić inaczej?
– Ja się nie zgadzam – krzyknął Teodor – powinno być po równo, jeśli mama już musi to dzielić. Chociaż dobrze mama wie, że mogę przejąć mamy obowiązki bez tych udziałów.
– Ty siedź cicho, braciszku – przerwał mu mały Sev. – Chcesz nas wkopać w dodatkową pracę i tyle. Ja zaczynam dopiero pracę w warzelni i szczerze mówiąc nie mam głowy do wydawnictwa, Asterka zajmuje się hodowlą roślin dla nas i też ma sporo na głowie, Leen, oprócz tego, że jest w ciąży przejmuje całą produkcję eliksirów leczących, a Selene … sam wiesz, jak oderwiesz ją od pisania to przeklnie cię tak, że cały świat przelecisz dookoła trzy razy.
– Spytaj Freda, jeśli nie wierzysz. – Uśmiechnęła się zgryźliwie Selene, a Fred stojący z tyłu gorliwie przytaknął.
– Możecie dać Teodorowi swoje pełnomocnictwa – wtrącił Severus, przyciągając mnie do boku. – Przynajmniej na sprawy bieżące.
– Uff – westchnęła Asteria. – Są jakieś czary na to, Leen? – zwróciła się do siostry i po chwili rodzeństwo dyskutowało nad tym w jaki sposób najlepiej przerzucić zarządzanie wydawnictwem na najstarsze z nich.
– Wolałabym kucyka, ale dziękuję – Leen z całej siły przytuliła się do nas, a po chwili reszta dzieci dołączyła do uścisku.
– Zastanawialiśmy się z mamą, czy przypadkiem nie kupić Fasolce na urodziny jednego małego kopytnego. – Severus uśmiechnął się zjadliwie do córki.
– Spróbuj tylko – warknęła, spoglądając na niego groźnie. – I tak ją ciągle rozpieszczasz.
– Wprawiłem się na tobie – sarknął i uśmiechnął się krzywo.
– No, co prawda to prawda, tatku – zaśmiała się pani Jordan i przytuliła do ojca.
Cichutko westchnęłam i podeszła do syna, który z zamyśleniem wyglądał przez okno.
– Wszystko w porządku? – spytałam, kładąc dłoń na jego ramieniu.
– Tak, mamo – szepnął, nie spoglądając na nią.
– O co chodzi, synku? – Gestem zmusiłam go, by na mnie spojrzał i zszokowana dostrzegłam łzy w jego oczach. – Syneczku – jęknęłam. – To przez te udziały? Myślałam, że chcesz związać swoją przyszłość z wydawnictwem. Twoje pomysły są niesamowite, a z talentem do zaklęć i pomocą rodzeństwa byłam pewna, że uda ci się wszystkie zrealizować, ale jeśli nie chcesz tego robić, jeśli masz inne plany, to nie szkodzi. Coś wymyślimy.
– Mamo, ja … ja … – Teodor spuścił wzrok i odetchnął głęboko – dziękuję, mamo. To dla mnie wiele znaczy. Nie chodzi o udziały. Wiem, że to była trudna decyzja i ciężko mi się pogodzić z tym, że dostałem więcej niż reszta, ale … dziękuję za zaufanie. Wiem ile to wydawnictwo dla ciebie znaczy, dla ciebie i dziadka. Wiem ile pracy włożyliście, by tak wyglądało i przysięgam ci, że zrobię wszystko, by was nie zawieść.
– Nie zawiedziesz, syneczku. – Uśmiechnęłam się do syna. – I zawsze możesz liczyć na naszą pomoc. Wciąż będę tam pracować i liczę, że nadal będę dostawać do ilustrowania najlepsze książeczki.
– Możesz być pewna – zaśmiał się. – Mamo – odetchnął głęboko – nie wiem, czym będą w przyszłości zajmowały się nasze dzieciaki, chociaż tata ma na ten temat odmienne zdanie, ale chcę byś wiedziała, że kiedyś oddam wydawnictwo w ręce tego z twoich wnucząt, które będzie się do tego najbardziej nadawało. Nieważne, czy będzie to moje dziecko, Leen, czy któregoś z pozostałych. Możesz być pewna, że będę się kierował dobrem tych dzieciaków, ale też dobrem wydawnictwa.
Przytuliłam syna z całej siły i z uśmiechem poprowadziłam do jadalni, gdzie czekała już na nas kolacja. Byłam zaskoczona, widząc papierowe gwiazdy, w których tonął cały pokój. Poruszały się wokół własnej osi i z każdej wydobywał się snop iskier. Całość tworzyła niesamowite wrażenie. Zaniemówiłam i spojrzałam zaskoczona na męża.
– Znowu zapomniałaś – mruknął z krzywym uśmieszkiem. – Na gwiazdkę zamiast spinki dostaniesz kalendarz – dodał, podchodząc do mnie.
– Merlinie, o czym znowu zapomniałam? – Popatrzyłam zmieszanym wzrokiem na męża. – Pamiętam o twoich urodzinach, ale są dopiero w styczniu. Żadne z naszych dzieci też nie obchodzi urodzin dzisiaj ani rodzice. Rocznicę ślubu mieliśmy nie tak dawno, rocznicę sam wiesz czego mamy wiosną, co u licha przegapiłam?
– Podpowiem, że było to dokładnie o tej porze. – Spojrzałam pospiesznie na zegarek, ale nadal nie miałam pojęcia o co chodzi. – Musiałem później dźwigać za ciebie ciężką torbę – dodał, wywracając oczami.
– Moja torba nie jest ciężka – mruknęłam.
– Była, czterdzieści lat temu – zaśmiał się. – Nosiłaś w niej chyba wszystkie swoje książki. – Uśmiechnęłam się pod nosem, domyślając się o co chodziło mężowi. – Tego dnia, to ty zabrałaś mnie do gwiazd, moja mała Solem i tego samego dnia wiedziałem, że nie spocznę dopóki sam cię tam nie zabiorę. – Chwycił moją dłoń i pocałował z czułością. – Wciąż pamiętam smak twych ust i kocham cię o czterdzieści lat bardziej.
– Wciąż czuję się, jakbym była wśród gwiazd – szepnęłam i pocałowałam go z czułością, tak jak czterdzieści lat temu, w bibliotece, po raz pierwszy.
KONIEC
