Peeta Mellark! Dlaczego z wszystkich chłopców z Dwunastego Dystryktu to właśnie on został wylosowany? Głodowe Igrzyska nigdy nie były sprawiedliwe, ale to?
Patrzę jak Peeta wychodzi z tłumu i wspina się na scenę, a jego twarz wyraża szok, który go ogarnął. Zajmuje miejsce obok Misu i patrzy na tłum. Kiedy Effie znów zadaje pytanie o ochotnika, nikt się nie zgłasza, a ja wiem, że Peeta ma starszych braci, którzy mogli… nie, powinni zająć jego miejsce.
Burmistrz staje na podium i zaczyna czytać Traktat o Zdradzie, ale nie dociera do mnie ani jedno słowo. Patrzę na chłopca z popielato-blond włosami i szerokimi ramionami, który stoi przede mną. Chciałabym zobaczyć jego twarz i jego zbyt niebieskie oczy, ale widok jego umięśnionych pleców musi mi wystarczyć. Stoi wyprostowany, ale widzę też jego dłonie zaciśnięte w pięści.
Czuję łzy w oczach, ale nie mogę pozwolić im spłynąć. Mrugam szybko, próbując przywołać moją maskę stoickiej obojętności na wszelki wypadek, gdyby kamera filmowała moją twarz. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebuję, to Kapitol widzący mnie w chwili słabości. Patrzę na Haymitcha kątem oka, chcąc się zorientować, czy coś zauważył, ale widzę, że Haymitch uważnie mi się przygląda.
Świetnie, pewnie pogadamy o tym później.
Po odczytaniu Traktatu o Zdradzie, burmistrz Undersee potrząsa dłońmi obu trybutów i przez sekundę moje spojrzenie i spojrzenie Peety spotykają się. Czuję, że jestem bliska płaczu, ale zostaję uratowana przez hymn Panem.
Gdy hymn dobiega końca, patrzę jak Peetę i Misu otaczają Strażnicy Pokoju i prowadzą ich do Pałacu Sprawiedliwości, gdzie będą mieli kilka chwil na pożegnanie się z bliskimi. Tłum zaczyna się rozchodzić i ludzie wracają do normalnego życia, ale ja wciąż siedzę na scenie, nie wiedząc co ze sobą zrobić.
- Więc powiesz mi, co się właśnie, do cholery, wydarzyło, skarbie? – Najwyraźniej Haymitch także postanowił tutaj zostać.
- O co ci chodzi?
- Kim jest ten chłopiec?
- Nie zauważyłeś, że jest naszym trybutem? – Staram się obojętnie wzruszyć ramionami. Ale wystarcza jedno spojrzenie na niego, by wiedzieć, że tego nie kupił.
- Widziałem twoją twarz, gdy zostało wyczytane jego nazwisko. Miałaś minę podobną do tej w zeszłym roku, gdy Gale został wylosowany.
Nie chcę myśleć o Gale'u, nie teraz.
- Chodziliśmy razem do szkoły. Dopóki nie zostałam wylosowana, oczywiście.
- To wszystko? – Patrzę Haymitchowi w oczy i potrząsam głową. Jego podejrzliwe spojrzenie łagodnieje. – Nie sądzę. Wiesz, że możesz ze mną porozmawiać, prawda?
- Wiem, Haymitch – wzdycham. Powinien wiedzieć o wszystkim, jeśli chcę mieć jakiekolwiek szanse na utrzymanie Peety przy życiu na arenie. – Dał mi chleb.
- Czyż nie jest synem piekarza? – Haymitch unosi brwi.
- Tak.
- Może trudno ci to zrozumieć, ale jestem prawie pewien, że dużo ludzi otrzymuje od niego chleb.
- Chcesz wiedzieć, czy nie? – Patrzę na Haymitcha ze złością.
- Przepraszam, kontynuuj.
Więc mówię mu. Mój tata zginął w eksplozji w kopalni kiedy miałam jedenaście lat. Dostaliśmy mało pieniędzy, które miały nas wyżywić przez miesiąc dopóki nie odbędziemy żałoby i dopóki mama nie znajdzie sposobu by nas utrzymać. Ale nie znalazła, pieniądze się skończyły, czyli jedzenie także się skończyło. Mama opłakiwała ojca i ignorowała mnie i Prim, a my zaczynałyśmy głodować.
Wiedząc, że zostało nam niewiele czasu, zanim umrzemy z głodu, zdecydowałam się sprzedać dziecinne ubranka Prim, ale to nie był dobry pomysł. Padał deszcz, a ja umierałam z głodu i nie byłam pewna, czy uda mi się przetrzymać noc. Moją ostatnią nadzieją były kosze na śmieci kupców mieszkających przy placu, jednak i one okazały się puste. Kosz rzeźnika, handlarza artykułami spożywczymi, a nawet piekarza były kompletnie wyczyszczone. Zaglądałam akurat do kosza przy piekarni, gdy zobaczyła mnie ta wiedźma, żona piekarza.
Zwyzywała mnie i zagroziła, że wezwie Strażników Pokoju. Jej podłe, raniące słowa wywołały u mnie łzy po raz pierwszy od długiego czasu. Zaczęłam się powoli wycofywać, gdy go zobaczyłam. Obserwował mnie zza pleców matki i zorientowałam się, że chodzimy do tej samej klasy w szkole. Ale on był z miasta, a ja ze Złożyska i z tego powodu nie mieliśmy ze sobą kontaktu.
Gdy odeszłam wystarczająco daleko, żona piekarza wróciła do środka. Gdy dotarłam do jabłoni niedaleko ich zagrody dla świń, zdałam sobie sprawę, że wrócę do domu z pustymi rękami. Usłyszałam dźwięki z wnętrza piekarni i zanim zdałam sobie sprawę, co się dzieje, zauważyłam jak chłopiec wychodzi z piekarni, a matka za nim krzyczy.
Widziałam przypalone bochenki chleba w jego rękach i czerwony ślad na jego policzku. Najwyraźniej ta wiedźma złościła się nie tylko na mieszkańców Złożyska, którzy grzebali w jej śmieciach. Widziałam jak znika w środku po powiedzeniu kilku podłych słów do syna.
Obejrzał się w kierunku piekarni i ruszył w stronę zagrody dla świń. A potem zrobił coś, czego się nie spodziewałam – rzucił pierwszy bochenek chleba w moim kierunku. Najpierw pomyślałam, że się pomylił, ale potem rzucił drugi bochenek w moim kierunku. Nawet nie spojrzał na mnie, odwrócił się i wszedł do piekarni.
Wzięłam chleb i wróciłam do domu, gdzie Prim, mama i ja napełniłyśmy nasze puste brzuchy i po raz pierwszy od tygodni poszłam do łóżka bez tego uczucia pustki, do którego niemal już przywykłam.
Haymitch siedzi cicho, gdy opowiadam mu tę historię.
- Więc mówisz mi, że uratował ci życie.
Kiwam twierdząco głową.
- Tak, można tak powiedzieć. Ale jego życzliwość na tym się nie kończy.
- Oczywiście, że nie.
- Najwyraźniej, gdy zostałam wylosowana, Peeta robił wszystko, co mógł, by Prim nie chodziła głodna. Nie wiedziałam o tym, bo Prim obiecała milczeć na ten temat, ale wiem, że Peeta dawał Prim mały bochenek chleba codziennie, gdy mnie nie było. Nawet mu nie podziękowałam, gdy pierwszy raz zajął się nami i za to, że zaopiekował się moją siostrą. I teraz to on pójdzie na arenę, a ja nigdy nie będę mogła mu tego wynagrodzić.
- Zrobisz to.
- Jak? – Płaczę.
- Upewnisz się, że wróci do domu.
- Mówisz to tak, jakby to było takie proste. Mam ci przypomnieć czterech trybutów, których zawiodłam i nie sprowadziłam do domu? Albo tych czterdziestu pięciu, których ty zawiodłeś?
- Spokojnie, skarbie, nie ma potrzeby byś była złośliwa.
- Nie potrafiłam nawet Gale'a sprowadzić do domu mimo tego, że były na to duże szanse.
- Wiesz tak samo jak ja, że nie było sposobu na uratowanie Gale'a. Nie mieliśmy na to szans. – Haymitch marszczy brwi.
To prawda. Osobiście podpisałam na niego wyrok śmierci, gdy nie pojawiłam się na przyjęciu urodzinowym Snowa. W przypływie urazy do zmuszania mnie do pobytu w Kapitolu i ominięcia urodzin Gale'a, zdecydowałam się po prostu nie pójść na przyjęcie. Byłby z tego skandal gdyby Finnick i Haymitch, a nawet Johanna mnie nie kryli. Ale Snow widział to jako mój osobisty atak na niego.
Odpływam daleko myślami, ale Haymitch wytrąca mnie z zamyślenia i zmusza mnie bym na niego spojrzała.
- Chłopiec…
- Peeta – poprawiam go. – Ma na imię Peeta.
- Masz rację – przyznaje. Łapie mnie za ramię i podnosi z krzesła. Mówi dalej, schodząc ze mną ze sceny. – Wylosowanie Peety to nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ale to tylko to, pech. Z tym możemy sobie poradzić.
- Masz rację. – Zauważam dziwny wyraz twarzy mojego mentora. – Coś nie tak, Haymitch?
Zatrzymuje się i spogląda na mnie ze smutkiem.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz, decydując się na uratowanie jego. Nie zapominaj, że dano nam w opiekę dwójkę ludzi.
Och, to o to chodzi.
- Wiem. Rok temu to było straszne, gdy zdałam sobie sprawę, że muszę zrobić wszystko by uratować Gale'a.
- W zeszłym roku mieliśmy przerażoną dziewczynkę i oboje wiedzieliśmy, że ona nie da rady nikogo zabić – przypomina mi. To prawda, dziewczynka miała czternaście lat i była niska jak na swój wiek, bez żadnych umiejętności i bez jakichkolwiek szans. – Ale tegoroczna trybutka, Misu, jest inna. Jest waleczna.
Unoszę brwi.
- Szybko zapamiętałeś jej imię.
- Nie musiałem, znałem je. Jej ojciec, zanim umarł… znaliśmy się.
- Przepraszam. – Odwracam wzrok, zawstydzona.
- Przypomina mi ciebie. Obie miałyście młodsze rodzeństwo, którym musiałyście się zająć i zrobić wszystko by wykarmić rodzinę. Ale ty miałaś szczęście, umiałaś polować. Misu musiała sobie radzić inaczej.
Stoję cicho, czekając na ciąg dalszy, by Haymitch wyjaśnił mi co miał na myśli, ale nie robi tego.
- Opowiedz mi.
- Pamiętasz poprzedniego Głównego Strażnika Pokoju?
- Masz na myśli tego, który pewnego dnia zniknął i zostawił nas z Threadem? Tak, pamiętam go. Cray, prawda?
Haymitch potakuje głową i instynktownie czuję, że jest coś, co powinnam pamiętać o poprzednim Głównym Strażniku Pokoju. Zobaczmy… Miał już swoje lata. Miał krótkie siwe włosy, lubił pić. Pił prawie tyle samo co Haymitch. Był znacznie milszy od Threada, ale i tak niezbyt go lubiłam. Stary Cray zawsze przyprawiał mnie o dreszcze odkąd dowiedziałam się o jego nawyku do przekonywania głodujących dziewcząt do oddawania mu się w zamian za pieniądze…
Przez chwilę boję się, że zwrócę bułkę serową, którą zjadłam rano, ale przełykam z powrotem zawartość mojego żołądka.
- Sprzedawała mu się?
- Robiła to, co sądziła, że musi robić.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Mówię ci, bo chcę, żebyś znała dziewczynę, którą skazałaś na śmierć, wybierając syna piekarza. Chcę się upewnić, że zapłacisz za to odpowiednią cenę, bo, bądźmy szczerzy, będziesz musiała ją zapłacić, chcąc jemu zapewnić zwycięstwo, skarbie.
- Wiem jaka jest cena i zapłacę ją.
- Jesteś pewna? Wiesz przecież, czego od ciebie oczekują w tym roku. Zaledwie kilka sekund temu osądzałaś czyny zdesperowanej dziewczyny, a przecież Cray był niemal miłym facetem.
Znów czuję serową bułkę w gardle. Tym razem już nie daję rady tego zatrzymać. Odwracam się od bałaganu, który narobiłam i wzruszam ramionami. Posmak wymiocin jest obrzydliwy, ale dziwnie pasuje do tej rozmowy.
- Jestem pewna.
Haymitch otacza mnie ramionami i delikatnie przytula. Miło z jego strony, ale potrzebuję od niego czegoś więcej. Wiedzie mnie z dala od zawartości mojego żołądka.
- Więc do roboty. Mamy pociąg do złapania.
Jakiś czas później, w pociągu pędzącym do Kapitolu, przyłapuję się na tym, że myślę o chłopcu z chlebem. Przed tym strasznym deszczowym dniem zaledwie go zauważałam. Znaczy, widywałam go w szkole, ale nie wywarł na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.
Nie powiedziałabym, że po tym dniu ten stan rzeczy jakoś szczególnie się zmienił. Z całą pewnością byłam bardziej świadoma obecności Peety, ale nie szukałam jej. Bardziej to polegało na tym, że za każdym razem gdy go widziałam, starałam się zebrać na odwagę i podziękować mu za chleb, ale nigdy nie znajdowałam właściwym słów, które przekonałyby go o mojej wdzięczności, więc nawet nie próbowałam z nim rozmawiać.
Tak było dopóki nie wróciłam z Igrzysk, które zmieniły wszystko, a przynajmniej zmieniły mnie. Poczułam względem niego przyciąganie kierowane potrzebą podziękowania mu. Nie tylko za ten przypalony chleb, ale także za posiadanie oczu takiego samego koloru jak dzikie kwiaty, które zaprowadziły mnie do źródła czystej wody, gdy umierałam z pragnienia na arenie. Ale jak miałam mu wyjaśnić ogrom mojej wdzięczności? Ja, która nienawidzę dłużnych ludzi, mam u niego dług, którego nigdy nie spłacę.
Gdy Prim z końcu się złamała i powiedziała mi o pomocy Peety podczas mojej nieobecności, byłam całkowicie rozbita. Moje uczucie wdzięczności rozrosło się i zmieniło w coś, czego nie potrafię zrozumieć. Nie pomogło to, że byłam zwyciężczynią i nie musiałam już chodzić do szkoły. Nagle, moja jedyna szansa na zobaczenie go, to wizyta w piekarni, albo przypadkowe spotkanie na placu, gdy wraca do domu.
Nikt nigdy nie zastanawiał się, dlaczego zwykle czekam do popołudnia, by iść po zakupy do piekarni.
Słyszę ciche pukanie do drzwi mojego pokoju – to Effie mówiąca, że czas na kolację. Dziękuję jej, a ona kieruje się w stronę pokojów trybutów. Idę do wagonu restauracyjnego i jestem w szoku, gdy widzę siedzącego przy stole Peetę. Mrugam z zaskoczeniem, nie spodziewałam się być sama z Peetą. Przynajmniej nie tak szybko i bez żadnej szansy na przygotowanie się do tego spotkania.
- Cześć – wita się grzecznie. Spuszcza wzrok na swoje dłonie bawiące się serwetką, która pewnie kosztuje więcej niż jego rodzina zarobi przez miesiąc.
- Cześć – powtarzam, bo nie jestem pewna, czy jestem w stanie wypowiedzieć cokolwiek innego. Siadam naprzeciw niego, wiedząc że nie potrafiłabym spokojnie usiąść obok niego.
Siedzimy w ciszy dopóki nie pojawia się Effie z Misu u boku. Dziewczyna opada na krzesło obok Peety i patrzy ponuro na Effie, która zajmuje miejsce obok niej.
- Gdzie Haymitch? – pyta Misu, lustrując pomieszczenie.
- Ucina sobie drzemkę – odpowiada Effie, ale obie wiemy, że to nieprawda. Obie brałyśmy udział w tych wyprawach wystarczającą ilość razy, by wiedzieć, że dziś upije się do nieprzytomności. To tradycja, powiedział mi kiedyś, picie na cześć tych, którzy nas zostawili, o potem picie by o nich zapomnieć.
Dobrze. Trybuci w tym roku są bystrzy, bo natychmiast zauważam, że żadne z nich nie wierzy Effie. Misu potrząsa głową i przewraca oczami, a Peeta posyła Effie podejrzliwe spojrzenie, ale nic nie mówi.
Podają pierwsze danie, kremową zupę z ziemniaków z odrobiną bekonu i sera. Misu zapomina o użyciu sztućców i po prostu łapie miskę i wysiorbuje zupę w kilka sekund.
Effie opada szczęka gdy patrzy na Misu. Hmm, teraz nie ma szans na to, by te dwie zostały przyjaciółkami. Tłumię śmiech, wiedząc, że to jeszcze bardziej rozzłości Effie.
- Misu - mówię, zwracają jej uwagę na siebie. Ociera usta wierzchem dłoni, zarabiając przy tym westchnięcie od Effie. – Wiem jak dobre jest to jedzenie, ale jest naprawdę ciężkie, więc spokojnie.
- Dzięki, ale sądzę, że jakoś to zniosę – mówi.
- Ona tylko nie chce, żebyś się rozchorowała – mówi cicho Peeta, nie podnosząc wzroku znad swojej miski. – Może to nie jest zły pomysł, żeby jej słuchać. Przecież w końcu jest twoim mentorem.
To przyciąga spojrzenie Misu.
- Jeśli tak bardzo ją lubisz, to dlaczego sam nie weźmiesz jej sobie za mentora, a je wezmę Haymitcha? On przynajmniej jest w stanie sprowadzić kogoś z powrotem do domu. Ona nawet nie potrafiła ocalić swojego chłopaka.
Widzę jak Peeta ciężka przełyka ślinę, a ja czuję, że muszę coś wyprostować.
- Gale nie był moim chłopakiem!
Peeta spogląda na mnie, ale nie potrafię odczytać jego spojrzenia. Natomiast Misu kpi:
- Prawda. To bardzo wiarygodne.
- Powinno być. Między mną i Galem nigdy nic nie było. Byliśmy przyjaciółmi, nic więcej.
- W porządku. Więc to jej przyjaciela rozerwali na kawałki w zeszłym roku. Słyszałam, że musieli go przesyłać na raty, bo tak długo szukali jego szczątków. Kilku wciąż podobno brakuje.
- Wystarczy! – Peeta podnosi się, wskazując na Misu. – Nieważne kim był dla niej, najwyraźniej zależało jej na nim, a ty mówisz te rzeczy tylko po to, żeby ją zranić, więc przestań, dobra?
Misu i Peeta patrzą na siebie zanim Misu odchyla się do tyłu.
- W porządku. Nie powiem już słowa na ten temat. Wiesz co jest zabawne? Myślałam, że to ona ma chronić ciebie, a nie na odwrót.
Peeta rozchyla usta, ale nie odpowiada jej. Patrzę jak siada z powrotem i wraca do jedzenia zupy, a ja zdaję sobie sprawę, że to wcale nie wypadło dobrze. Nie jestem pewna, czy którekolwiek z nich weźmie mnie pod uwagę jako swojego mentora, zwłaszcza po tym.
Jemy posiłek w ciszy, a Misu ignoruje moją radę na temat jedzenia. Ale gdy opróżnia swój ostatni talerz, czuję delikatną satysfakcję, widząc, że zbiera ją na mdłości.
Effie klaszcze w dłonie.
- Więc idziemy?
- Gdzie? – pyta Peeta, nie wykazując żadnych oznak mdłości ani przejedzenia. Zauważam, że nie zjadł tak dużo jak Misu.
- Idziemy obejrzeć podsumowanie przebiegu dożynek - mówię mu, zdeterminowana by pokazać się jako dobry mentor.
- A dlaczego mielibyśmy chcieć to oglądać? – Oczywiście Misu musi się przeciwstawić. Czuję to teraz jako obraźliwe, gdy Haymitch powiedział, że Misu przypomina mu mnie. Upewnię się, że będzie tego świadomy, gdy jutro wyleję mu na głowę wiadro lodowatej wody.
- Ale to jest… Znaczy się… Myślę… - Effie jąka się, jakby nie wiedziała co odpowiedzieć. Przerywam jej:
- To dobra okazja by spojrzeć na waszych rywali.
Misu wzrusza ramionami i zauważam, że lekko zzieleniała na twarzy.
- Okej, myślę, że spasuję. Jeśli wydarzy się cokolwiek interesującego jestem pewna, że opowiecie mi rano.
Nie protestuję, bo cały czas działa mi na nerwy. Poza tym to i tak będzie problem Haymitcha.
We trójkę idziemy do wagonu, gdzie znajduje się telewizor. Peeta siada obok mnie i posyła mi cień uśmiechu zanim skupia całą swoją uwagę na ekranie. Pamiętam jak byłam na jego miejscu, oglądając te wszystkie dzieciaki, które będą chciały mnie zabić, gdy tylko trafię na arenę. To było okropne uczucie i nie myśląc, łapię Peetę za rękę. Uśmiecha się szerzej, ale nie patrzy na mnie. Jednak ściska moją dłoń, a ja zgaduję, że z wdzięcznością.
Zwracam uwagę na trybutów, obserwując tegorocznych rywali. Kilkoro z nich od razu przykuwa moją uwagę. Piękna blondwłosa dziewczyna z Pierwszego Dystryktu, ogromny chłopak z Dwójki i drobna dziewczynka z Jedenastki, która ledwie wygląda na taką, która może brać udział w Dożynkach. Tak bardzo przypomina mi Prim, że niemal czuję ból w sercu, ale mówię sobie, że nie mogę się do niej przywiązać, nie jeśli mam zamiar ocalić Peetę.
Na zakończenie programu godło Panem zastępują twarze dwudziestu czterech uczestników Głodowych Igrzysk. Czuję, jak Peeta zapada się głębiej w fotelu i zdaję sobie sprawę, że wciąż trzymamy się za ręce.
- Wszystko w porządku?
Nawet nie spogląda w moją stronę. Zamiast tego spuszcza wzrok i jakby dopiero zauważając nasze splecione palce, puszcza moją dłoń.
- Po prostu nie wiem jak ja mam to zrobić.
Nie musi wyjaśniać o co mu chodzi, bo wiem dokładnie co ma na myśli.
- Czułam się tak samo, gdy byłam na twoim miejscu.
- Naprawdę? – pyta, a ja kiwam głową. – Więc… jak…?
- To nie było łatwe. Ale w końcu pomyślałam o mamie, Prim i postanowiłam, że muszę walczyć dla nich. I zrobiłam wszystko, co mogłam, by być tą, która wydostanie się z tej areny.
- A co, jeśli ja nie mam nikogo dla kogo mógłbym walczyć?
Peeta, chłopiec z chlebem, który mnie uratował, brzmi tak smutno, że łamie moje serce.
- Więc walcz dla mnie. Zrób wszystko, bym nie musiała pochować kolejnego trybuta.
- Walczyć dla ciebie… - mówi, jakby rozważając to. Nagle patrzy mi w oczy, a ja niemal gubię się w niebieskim zapomnieniu. Jednak wyciąga mnie z niego jednym prostym zdaniem. – Tak, to mogę zrobić.
