Nie wiem jak długo tak siedzimy, patrząc sobie w oczy, ale cofam się lekko, gdy Effie chrząka. Odwracam wzrok od Peety, zażenowana tym, że zostałam przyłapana w tym jakże intymnym dla mnie momencie.

Spoglądam na Effie, która czeka aż oboje zwrócimy na nią naszą uwagę i mówi:

- Myślę, że powinniśmy iść już do łóżek. Wiesz, Peeta, jutro czeka nas wielki, wielki dzień, więc powinieneś się wyspać. Nie chcesz chyba być zmęczony i marudny, gdy dotrzemy do Kapitolu?

- Nie, oczywiście, że nie – zgadza się, ale widzę, że chce po prostu ją udobruchać. – Dobranoc Effie.

- Och, jakie dobre maniery! Nie tak jak tamta. – Twarz Effie, która aż rozjaśniła się na grzeczność i uprzejmość Peety, teraz tężeje na samo wspomnienie Misu. Nie jestem zaskoczona tym, że Effie nie jest fanką naszej dziewczyny, ale to dziwne uczucie, że dopiero po tylu latach znajomości z Effie mamy ze sobą coś wspólnego. Jej podły humor nie trwa jednak długo, bo Effie uśmiecha się i macha nam na pożegnanie. – Więc dobranoc wam obojgu. Nie siedźcie zbyt długo.

Nagle zapada cisza po wyjściu Effie, a ja wlepiam wzrok w telewizor by ukryć moje zażenowanie i niemal natychmiast tego żałuję. Gdy podsumowanie dobiega końca, pokazują segment z ostatnim zwycięzcą. Przeprowadzany jest wywiad z Bererem Lectem na temat nadchodzących Głodowych Igrzysk – co sądzi na temat trybutów, kto jego zdaniem wygra, a kto nawet nie spróbuje zabić i tak dalej.

Robią tak co roku by przypomnieć, że jedne Głodowe Igrzyska nie dobiegają końca, a już zaczynają się następne. I to jest ostatnia okazja dla Berera Lecta by skupić na sobie uwagę. Nie jest tak zachwycający jak Cashmere, ani tak czarujący jak Finnick, czy też zapadający w pamięć jak Johanna. Tak naprawdę to raczej nie zwraca na siebie uwagi. I dlatego jutro już będzie jednym z tych zapomnianych zwycięzców, którzy nawet nie są wystarczająco ważni by zostać mentorami.

Nie mogłabym być o to bardziej zazdrosna.

- Przepraszam – mówi cicho Peeta, przywracając mnie do rzeczywistości. Widzę, że trzyma pilot w ręce i zamierza wyłączyć telewizor. Pilot jest pewnie dużo bardziej rozbudowany niż te, do których Peeta przywykł i dlatego naciska prawie każdy przycisk po kolei zanim znajduje ten prawidłowy. – Wiem, że musi ci być ciężko go oglądać. Z powodu Gale'a…

- Jest ciężko, ale przecież nie zabił Gale'a osobiście. Choć jednak cieszę się, że nie spotkam go na Igrzyskach – mówię, dobierając ostrożnie słowa. Ciężko mi myśleć o Gale'u w obecności Peety. Nie mogę nic na to poradzić, ale czuję się z tym źle i nielojalnie.

- Co to znaczy, że nie spotkasz go na Igrzyskach? Nie będzie go tam? Jako mentora?

Potrząsam głową.

- Pewnie by był, gdyby był z innego dystryktu. Ale jest z Dwójki, a mentorowanie chłopcom z tego Dystryktu przypada Brutusowi. A on nie chce się pozbawiać tego zaszczytu.

Peeta wydaje z siebie dźwięk, którego nie potrafię odszyfrować. Ale gdy spoglądam na niego, jego twarz nie wyraża żadnych emocji.

- Więc Brutus musi uwielbiać Kapitol.

- Albo to, albo po prostu lubi się spotykać z innymi zwycięzcami – mówię, wiedząc, że to kłamstwo. Wątpię czy Brutusowi zależy na czymkolwiek oprócz krwi i brutalności Igrzysk.

Peeta spogląda na mnie z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.

- Więc to prawda? Że niektórzy z was się przyjaźnią? Zawsze myślałem, że robicie to tylko na pokaz przed kamerami.

- Nie, to prawda. Właściwie to łatwo nawiązać przyjaźń z innymi zwycięzcami, ponieważ tylko oni tak naprawdę rozumieją przez co przeszedłeś. Nie musimy się tłumaczyć i znajdować wymówek. Nie zrozum mnie źle, są też takie osoby, z którymi nawet nie potrafię wytrzymać w jednym pokoju, ale mimo to z nimi również łączy mnie pewna nić porozumienia. Wszyscy byliśmy na arenie, musieliśmy walczyć i zrobiliśmy to, co było trzeba, by przetrwać.

Peeta milczy przez chwilę, przez jego twarz przewijają się różne emocje. Spuszcza wzrok i spogląda na swoje dłonie.

- To brzmi… okropnie.

- Bo tak jest – przyznaję, zastanawiając się, czy oby na pewno powinnam być z nim aż tak szczera. Ale uświadamiam sobie, że za rok ma być w tej samej sytuacji, więc lepiej by znał prawdę. – Ale wierz mi, są gorsze rzeczy.

- Przykro mi, Katniss. – Jego głos jest tak delikatny, że przez moment zastanawiam się czy aby sobie tego nie wyobraziłam.

Chcąc przełamać napięcie, cierpko chichoczę.

- Jest ci przykro za dużo rzeczy, które nie są twoją winą, wiesz?

Wzrusza ramionami, ale nie odrywa wzroku od swoich dużych dłoni piekarza.

- Może i masz rację, ale nic nie poradzę, że czuję… - Przerywa i na kilka sekund zalega cisza. – Po prostu chciałbym ci to jakoś wynagrodzić.

Jego słowa poruszają mnie w sposób, którego już dawno nie czułam, a przynajmniej nie od śmierci taty. Nieznane mi ciepło rozprzestrzenia się po mojej klatce piersiowej i mimowolnie na mojej twarzy pojawia się uśmiech.

- Już to zrobiłeś.

Spogląda na mnie i w moich oczach szuka, sama nie wiem, czegoś. Widocznie to znalazł, bo uśmiecha się.

- Jest coś, co chciałbym ci powiedzieć…

- Tak? – zachęcam go.

Ale zanim odpowiada, podskakujemy, słysząc głośny hałas z sąsiedniego przedziału. Służąca wychyla się, przeprasza za hałas i znowu zostawia nas samych, ale to już nieważne. Nastrój został zepsuty. Chichoczę nerwowo.

- Więc o czym mówiłeś?

Peeta potrząsa głową i nawet nie patrzy w moją stronę.

- Chciałem powiedzieć, że ci ufam i nie miałbym nic przeciwko, żebyś została moim mentorem.

Czuję, że nie to chciał powiedzieć, ale nie naciskam.

- Dziękuję. I jeśli mam być szczera, to wolę spędzać czas z tobą niż z Misu.

Peeta śmieje się.

- Wydaje się… trudna. Ale jestem pewien, że się tak zachowuje, bo się boi.

- Może i masz rację, ale jeśli chce dostać to, co pragnie, to musi się przestać tak zachowywać i to szybko.

- To był długi dzień – mówi Peeta i podnosi się z kanapy. – I wygląda na to, że jeszcze dłuższy czeka mnie jutro, więc chyba powinienem iść się położyć i trochę przespać.

- To nie taki zły pomysł – mówię, ale tak naprawdę, to nie chcę by sobie poszedł. Jestem ciekawa co chciał mi wcześniej powiedzieć zanim nam przeszkodzono. Mam wrażenie, że to było coś ważnego. Miałam nadzieję, że gdybyśmy jeszcze tutaj posiedzieli, to może w końcu by to z siebie wyrzucił.

Ale Peeta odchodzi. Mam nadzieję, że zmienił zdanie, gdy zatrzymuje się w drzwiach i odwraca się jeszcze.

- Też powinnaś się przespać. Wyglądasz na zmęczoną.

Dotykam mojej twarzy pokrytej toną makijażu, w który zadbała moja ekipa przygotowawcza.

- Zabawne. Te wszystkie rzeczy na mojej twarzy miały to ukryć.

- Nie mogli schować twoich oczu – mówi i odwraca się ode mnie. – Dobranoc, Katniss.

- Dobranoc, Peeta – mówię już do jego pleców. Kiwa głową i odchodzi, zostawiając mnie samą z moimi myślami. Ten czas spędzony z nim tylko wzmocnił moje postanowienie. Teraz jestem bardzo zdeterminowana by upewnić się, że to Peeta przetrwa na arenie. Zrobię wszystko, co będzie trzeba by tak się stało.


Następnego ranka, gdy wchodzę do pustej jadalni, jestem gorzej niż tylko przybita. Koszmar, z którego przed chwilą się wybudziłam, nie był niczym nowym, ale w połączeniu z widokiem na wpół zmasakrowanych zwłok Peety i z ludźmi oskarżającymi mnie o jego śmierć, był jednym z gorszych. Miałam nadzieję, że czyjeś towarzystwo odciągnie moją uwagę od tego snu.

Zazwyczaj byłabym już na nogach od kilku godzin by przygotować odpowiednią fryzurę i makijaż, ale nie dziś. Jest to jeden z nielicznych dni w roku, gdy to nie mnie prezentują przed kamerami. Teraz to Peeta i Misu są gwiazdami, więc przez jeden dzień jestem po prostu zwykłą Katniss. Jest to dzień, na który czekam z niecierpliwością, ale teraz rozpaczliwie potrzebuję rozmowy (nawet jeśli miałaby być to Venia czy Flavius) by pozbyć się z głowy resztek snu.

Opadam na to samo krzesło, które zajmowałam wczoraj i nagle przede mną pojawia się talerz pełen jedzenia, a drugi kelner stawia przede mną kubek gorącej czekolady, który natychmiast obejmuję lodowatymi dłońmi. Sny o śmierci wydają się zawsze obniżać temperaturę mojego ciała.

Haymitch wtacza się do jadalni, jeszcze na tyle pijany by nie mieć kaca, ale na tyle trzeźwy by funkcjonować – to stan, który ma opanowany do perfekcji. Potyka się po drodze do stołu, ale na szczęście utrzymuje równowagę.

- Brakowało nam ciebie wczoraj – mówię, patrząc jak siada. – Twoja mała Misu to niezłe wyzwanie.

Haymitch się śmieje.

- Taka podobna do ciebie.

Patrzę na niego ponuro.

- Prawie. Jest uparta, podła, ma zbyt wysokie mniemanie o sobie i potrafi doprowadzić człowieka do szału.

- Czyli jest taka sama jak ty, prawda? – Haymitch śmieje się głośno. Wydaje się być zbyt mocno rozbawiony tą sytuacją, jak na mój gust.

- Tak, tak. Bardzo zabawne – mówię. – Wiesz, co jeszcze jest zabawne? Wczoraj przy kolacji dała dość jasno do zrozumienia, że nie chce bym była jej mentorem. Najwyraźniej nie ufa mi zbytnio po tym, co przytrafiło się Gale'owi.

Haymitch nagle przestaje się śmiać i poważnieje, przyglądając mi się uważnie.

- Powiedziała ci to?

- Tak, ale w porządku.

Kładzie dłoń na moim ramieniu i ściska mnie delikatnie zanim wraca do swojego drinka.

- Przykro mi, dziecko. Porozmawiam z nią o tym.

- Nie. To tylko pogorszy sytuację. Poza tym, nie mam nic przeciwko oddaniu ci Misu i wzięcia Peety pod opiekę.

- Czyżby? Tak mało ją lubisz?

- To nie o to chodzi. Po prostu Peeta i ja spędziliśmy wczoraj ze sobą trochę czasu – mówię. Haymitch unosi brwi i nagle zdaję sobie sprawę dokąd zawędrowały jego myśli. Uderzam go w ramię. – Nie! Nie to miałam na myśli! Jesteś okropny.

- Więc oświeć mnie. Co miałaś na myśli? – Uśmiecha się.

- Rozmawialiśmy, okej? Tylko to. – Nie mam zamiaru wdawać się w szczegóły, ponieważ to, co się stało wczoraj pomiędzy Peetą i mną jest tylko naszą sprawą. A Haymitch nie musi znać wszystkich szczegółów.

- Wciąż jest wart ratunku?

- Jest naprawdę dobrym człowiekiem – odpowiadam, a Haymitch kiwa głową, usatysfakcjonowany. – I przyznam ci się do czegoś.

- Do czego?

- Mam zamiar z radością obserwować jak będziesz sobie radził z Misu. – Uśmiecham się najsłodziej jak umiem.

- Z tobą sobie poradziłem, prawda? – Haymitch uśmiecha się. – Więc sądzę, że z Misu też dam sobie radę.

Warczę na niego, a Haymitch uśmiecha się jeszcze szerzej. Jednak zanim zdążam mu odpowiedzieć, do jadalni wchodzi Peeta. Spogląda na mnie, to na Haymitcha i widzi, że wszedł akurat w nieodpowiednim momencie, więc zaczyna się wycofywać.

- Och, przepraszam. Nie chciałem przeszkadzać, wrócę później.

- Nie, chłopcze – mówi Haymitch. – Zostań, usiądź, zjedz. Tylko rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy o strategii.

Peeta kiwa głową i siada obok mnie, uśmiechając się do mnie.

- Dzień dobry, Katniss.

- Dzień dobry. Jak się spało? – pytam, delektując się uczuciem jego bliskości.

- Dobrze. Łóżko było bardzo wygodne i chyba byłem bardzo zmęczony – mówi, a kelner stawia przed śniadanie i gorącą czekoladę.

- Dziękuję – mówi Peeta.

Haymitch spogląda na mnie i wiem, o co mu chodzi, bo ja myślę o tym samym. Peeta jest miły, nawet zbyt miły. Jest to pozytywna cecha charakteru, która jednocześnie może sprowadzić na niego śmierć na arenie. Ale przypominam sobie, że gdyby nie był tak współczujący, to ja prawdopodobnie nawet nie miałabym okazji by trafić na arenę.

- To jest naprawdę dobre – mówi Peeta. Patrzę na niego i widzę, że wskazuje na swój napój.

- To gorąca czekolada. Uwielbiam ją odkąd ją spróbowałam po raz pierwszy. – Patrzę jak chłopak zanurza kawałek chleba w czekoladzie i go zjada. – Wiesz, nigdy nie próbowałam tego z chlebem.

- Powinnaś, to naprawdę dobre.

Próbuję i okazuje się, że Peeta ma rację – to naprawdę dobre. Wzdycham z przyjemnością i nie mogę uwierzyć, że wydałam z siebie taki dźwięk w obecności Peety. Czuję, że moje policzki oblewają się rumieńcem wstydu.

Dostrzegam, że Haymitch nas obserwuje, a gdy nasze spojrzenia się spotykają, on uśmiecha się do mnie, a mój rumieniec jeszcze bardziej się pogłębia.

- Mówią, że zawsze możesz zawierzyć piekarzowi w kwestii chleba.

- Och, dobrze – mówi Misu, wchodząc do pokoju z Effie podążającą za nią. – Jest Haymitch. Bałam się, że sama będę cierpieć przez cały posiłek z tymi ludźmi.

Rzucam Haymitchowi znaczące spojrzenie, a on wzdycha.

- Wystarczy, Misu. Siadaj i zjedz śniadanie, dobrze?

I ku memu zdziwieniu, Misu właśnie to robi. Może Haymitch ma taki dar, że potrafi sobie radzić z buntowniczkami takimi jak Misu. I chyba takimi jak ja, ale nie mam zamiaru tego przyznawać przed kimkolwiek. Wciąż sądzę, że nie był zbyt sprawiedliwy, gdy mówił, że ja i Misu jesteśmy do siebie podobne. Znaczy się, oczywiście nigdy nie dostanę nagrody za najmilszą osobowość, ale w porównaniu z Misu wypadam całkiem nieźle.

Nikt więcej się nie odzywa i spożywamy posiłek w ciszy. Podczas jedzenia zauważam, że Misu wzięła sobie do serca moją radę i powoli je śniadanie. Kusi mnie by zapytać ją, jak minęła jej noc, ale dochodzę do wniosku, że lepiej tego nie robić. Nie jest konieczne bym znowu ją rozzłościła. Przyłapuje mnie na przypatrywaniu się jej i rzuca mi zabójcze spojrzenie.

Och tak, to dopiero początek.

Po posiłku Effie wychodzi by sprawdzić końcowe przygotowania, a pociąg wjeżdża do tunelu, co oznacza, że jesteśmy już blisko Kapitolu. Haymitch rozpościera się na krześle i przygląda się uważnie naszym trybutom.

- W porządku. Wstańcie i podejdźcie tutaj – mówi i wskazuje na środek pokoju. Peeta wstaje i niepewnie staje w wyznaczonym miejscu, ale Misu ignoruje polecenie, czym nie zaskakuje nikogo. Haymitch posyła jej ostre spojrzenie, a Misu wstaje i zajmuje miejsce obok Peety.

- Dobrze. Żadne z was nie jest głuche i jesteście w stanie wykonywać moje polecenia. – Posyła Misu kolejne spojrzenie. – Cóż, przynajmniej większość.

Haymitch wstaje i podchodzi do trybutów. Okrąża ich dookoła, przyglądając im się uważnie i zatrzymuje się przed nimi. Spogląda na mnie.

- Co myślisz? Całkiem nieźle w tym roku, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Oboje wyglądają zdrowo. Przynajmniej na tyle, na ile można w Dwunastym Dystrykcie.

Ma rację. Misu, pomimo jej nieprzyjemnego zachowania, jest całkiem atrakcyjna, zwłaszcza w tych chwilach gdy nie ma tej swojej ponurej miny. Jest wysoka i szczupła, ale kobieco zaokrąglona w odpowiednich miejscach. Dorastając w Złożysku, widziałam mnóstwo głodujących ludzi i to oczywiste, że Misu do nich nie należy. Co zmusza mnie do zastanowienia się, czyje łóżko ogrzewała po zniknięciu Cray'a.

Peeta, ze swoimi blond włosami i niebieskimi oczami, z całą pewnością będzie ulubieńcem Kapitolu. Jest wysoki i pomimo tego, że ma zaledwie szesnaście lat, jest zbudowany jak prawdziwy mężczyzna. Lata pracy w piekarni ojca wyrobiły jego silne ramiona i ręce. Peeta wierci się pod spojrzeniem Haymitcha, ale uśmiecha się, dostrzegając, że mu się przypatruję.

Ten uśmiech może nam zdobyć wielu sponsorów.

- Portia i Cinna radzili sobie z gorszymi – zgadzam się w końcu, odrywając wzrok od Peety i starając się ukryć rumieniec, który wkradł się na moje policzki.

Misu wydaje z siebie dziwny dźwięk i Haymitch odwraca się w jej kierunku z kamiennym wyrazem twarzy.

- Masz nam coś do powiedzenia?

- Nie – mówi, krzyżując ramiona. Nie mogłaby być mniej przekonująca, ale przynajmniej próbowała.

- Ale ja mam. Katniss i ja jesteśmy waszymi mentorami czy wam się to podoba czy nie. I może ciężko wam w to uwierzyć, ale robimy wszystko co możemy byście przeżyli. Więc jeśli nie zamierzacie podać siebie na talerzu na arenie, to może warto by nas było wysłuchać.

- W porządku – odpowiada Peeta, ale jestem pewna, że jest świadomy, że słowa Haymitcha nie były skierowane do niego.

Haymitch kiwa głową.

- Cieszę się, że się zgadzamy. A ty, Misu?

- Okej.

- Teraz, gdy już to ustaliliśmy, za chwilę dojedziemy do Kapitolu, a wy zostaniecie zabrani na prezentację – informuje ich Haymitch. Wymieniamy krótkie spojrzenia i kiwam głową, by kontynuował. – Nie będę kłamał. To wydarzenie nie należy do najprzyjemniejszych, ale musicie zacisnąć zęby i przecierpieć to.

- Myślę, że dam radę – mówi Misu, a ja tłumię śmiech. Ona nie ma zielonego pojęcia, co ją czeka. Depilacja będzie tak bolesna, że jestem zadowolona, że ja nie muszę przez to przechodzić.

- Też tak sądzę - mówi Haymitch, ale widzę, że też ukrywa uśmiech, zapewne myśląc o tym samym co ja. – Ale poważnie, nie chcę słyszeć żadnych narzekań. Zrobicie to, co każą wam styliści, bez względu na wszystko. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebujecie to złość stylistów i ubranie was w worek. Macie być mili i posłuszni, jasne?

Misu i Peeta kiwają twierdząco głowami i czujemy, że pociąg zaczyna zwalniać. Wyjeżdżamy z tunelu.

- Oto przed wami… Kapitol – mówi Haymitch i gestem wskazuje okno.

Peeta i Misu podchodzą do okna, a na ich twarzach widnieją te same miny, którą miałam ja, gdy po raz pierwszy ujrzałam Kapitol.

- Jest taki kolorowy – mówi Peeta, ale mówi to tak, jakby to nie było nic dobrego.

Wiem dokładnie, o co mu chodzi. Wszystko w Kapitolu jest zbyt żywe, jasne i nienaturalne, że aż tego nienawidzę. Zamiast tego mówię:

- Całkowicie inaczej niż w domu, prawda?

- Och! Ludzie na nas patrzą i wytykają nas palcami – mówi Misu i odsuwa się od okna. Peeta jednak nie rusza się z miejsca, uśmiecha się i macha do tłumu. Misu patrzy na niego. – Co robisz?

Odwraca się do niej, zaskoczony złością w jej głosie.

- Pomyślałem, że mądrze byłoby zrobić dobre pierwsze wrażenie. Ci ludzie mogą mieć pieniądze, co znaczy, że są naszymi potencjalnymi sponsorami.

Haymitch otwiera usta i czuję, że ja też gapię się na Peetę, który odwraca wzrok, wyglądając na zażenowanego.

- Przepraszam. Nie chciałem.

- Nie przepraszaj, chłopacze. To było mądre – mówi Haymitch, przerywając Peecie, który wzdycha z ulgą.

- Dobrze, bo przez moment bałem się, że coś popsułem.

- Nie, dobrze zrobiłeś – przyznaje Haymitch, a ja kiwam twierdząco głową. Peeta uśmiecha się i rozluźnia.

Haymitch otacza mnie ramieniem i oddalamy się od Misu i Peety. Nachyla się do mnie i szepcze mi do ucha?

- Wygląda na to, skarbie, że faktycznie może uda nam się go uratować.