Następnego ranka czuję się obolała i zmęczona. Z powodu tych pytań bez odpowiedzi, które zajmowały moje myśli, nie mogłam spać. Ale to także oznaczało, że nie miałam żadnych koszmarów, więc przynajmniej to jest pocieszające.
Wchodzę pod prysznic i ustawiam go tak, jak lubię. Metodą prób i błędów (i kilku porad od Cinny) poznałam ustawienia prysznica na tyle dobrze, by w końcu nie pachnieć cytrynami. Tylko w stolicy tak trudno się po prostu umyć.
Po prysznicu czuję się nieco bardziej ożywiona. Wracam do pokoju, gdzie czeka już na mnie moja ekipa przygotowawcza. Skoro Misu ma dzisiaj trening, to mają czas by skupić się na mnie. Wyglądają na zaskoczonych tym, że już zdążyłam stać i wziąć prysznic. Zazwyczaj jeszcze śpię, gdy przychodzą. Ale zaskoczenie szybko zostaje zastąpione przez radość i we trójkę ruszają do mnie, mówiąc jeden przez drugiego.
- Tak bardzo za tobą tęskniliśmy! – wykrzykuje Flavius, a jego pomarańczowe loki podskakują, gdy mnie obejmuje.
Octavia przyciąga mnie do siebie swymi ramionami pomalowanymi kolorem zielonego groszku.
- To była dla nas istna tortura wczoraj! W ogóle jej nie lubimy.
Venia wyciska szybki buziak na moim policzku i wzdycha dramatycznie.
- Tak właściwie, to się nawet rozpłakała, wyobrażasz to sobie?
Misu płakała? Ta wiadomość zdecydowanie powinna mi pomóc, jeśli Misu będzie mi dziś sprawiać kłopoty. A już na pewno będzie to użyteczne, jeśli spróbuje wspomnieć cokolwiek na temat wczorajszego wieczoru.
- Jest okropna – nadyma się Octavia. – Nie wierzę, że mamy ją przygotowywać jeszcze na wywiad.
- Uwierzysz, że przez cały czas patrzyła na nas jakbyśmy robili jej coś złego? – kpi Flavius.
- Uwierzę – mówię, a moja ekipa zabiera się do pracy nad moimi włosami i twarzą. – Więc nie powiedzielibyście, że ona przypomina mnie, prawda?
- Oczywiście, że nie! – wykrzykuje Venia. – Dlaczego w ogóle o to pytasz?
- Słyszałam, że ludzie nas porównują – mówię, nie wdając się w szczegóły.
- Więc ci ludzie są po prostu okropni. W ogóle jej nie przypominasz!
Uśmiecham się z satysfakcją. Zazwyczaj opinie mojej ekipy przygotowawczej nie są dla mnie zbyt wiele warte, ale tym razem mam zamiar zrobić wyjątek. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, bo cały czas powtarzają, że to ja wyglądałabym o wiele lepiej w ognistym stroju i pelerynie, stojąc obok Peety w rydwanie objeżdżającym Rynek. Pozwalam pracować mojej wyobraźni i dochodzę do wniosku, że się z nimi zgadzam.
Gdy moja fryzura i makijaż są zrobione, Venia pokazuje mi strój, który mam dzisiaj nosić. Tkanina koloru burgundu wydaje się lśnić, a sam materiał jest lekki niczym powietrze. Ekipa pomaga mi założyć sukienkę, tak abym przy tym nie zniszczyła ich ciężkiej pracy. Mimo że jest oczywiste, że to dzieło Cinny, dostrzegam rękę Snowa w tym projekcie. Gdy przeglądam się w lustrze, przypominam sobie wczorajszy komentarz Finnicka na temat tego, że ubiegły rok był dla mnie dobry, a teraz również zauważy to całe Panem.
Podciągam sukienkę do góry, próbując zakryć biust by pokazać choć odrobinę skromności, ale Octavia z powrotem obciąga sukienkę w dół.
- Och nie, kochanie, to tak ma być – mówi.
- Widać, że czekanie aż dorośniesz okazało się dobrym pomysłem – mówi Venia, wskazując na moją klatkę piersiową. – Jeszcze trochę, a sukienka będzie na tobie wyglądać jeszcze lepiej.
Muszę wyglądać na przerażoną, bo Flavius głaszcze mnie uspokajająco po ramieniu.
- Nie martw się. Jeśli natura nie da ci w przyszłym roku, to są pewne procedury, które mogą w tym pomóc.
- Fantastycznie – mówię i mam nadzieję, że cała trójka nie usłyszała sarkazmu. Następnym razem, gdy będę sama z Cinną, muszę wymusić na nim obietnicę, że pogada z moją ekipą przygotowawczą na temat zmuszania mnie do operacji.
- Proszę – mówi Venia, podając mi żakiet. – Nie sądzę, byś go dzisiaj potrzebowała, że Cinna nalegał bym co go dała.
Dziękuję, Cinna. Zakładam żakiet i jestem zadowolona z końcowego rezultatu. Nagle strój nie jest tak bardzo prowokacyjny, bo nadmiar mojego ciała wystawionego na widok publiczny został zakryty przez żakiet. Jednak wiem, że będę musiała go zdjąć. Snow chce mojego ciała, więc mu je dzisiaj pokażę.
Burczy mi w brzuchu po wyjściu mojej ekipy przygotowawczej. Jestem głodna, bo nie najadłam się wczoraj wieczorem. Jednak planuję to nadrobić, gdy tylko dotrę do jadalni. Mój brzuch znów się odzywa gdy dociera do mnie zapach jedzenia i przyspieszam kroku.
Jest jeszcze wcześnie, więc raczej będę pierwsza w jadalni. Oczywiście, jestem w błędzie, bo Peeta już siedzi przy stole i moczy kromkę chleba w gorącej czekoladzie. Sądząc po prawie pustym talerzu przed nim, jest tu już od jakiego czasu. Ma na sobie strój treningowy łudząco podobny do tego, którego ja używałam na moich treningach. Zastanawiam się dlaczego Cinna drugi raz wykorzystuje ten sam pomysł, zwykle tak nie robi, więc teraz musi mieć dobry powód. Tak jak musi być dobry powód by moja sukienka miała ten sam odcień burgundu, co bluza Peety.
- Dzień dobry – odzywam się, napełniając swój talerz.
Peeta podskakuje.
- Och, dzień dobry. Przepraszam, zamyśliłem się i nie słyszałem jak wchodzisz.
- Nie chciałam cię przestraszyć – mówię. Biorę mój pełny talerz i siadam przy stole. – Wcześnie wstałeś.
Potrząsa głową.
- Nie mogłem spać w nocy.
- Ja też.
Nasze spojrzenia się spotykają i mam wrażenie, że Peeta nie mógł spać w nocy z tego samego powodu co ja. Nie wiem, co powiedzieć, więc po prostu skupiam się na jedzeniu. Po kilku chwilach ciszy Peeta spogląda na mnie znad swojego kubka i mówi:
- Ładnie wyglądasz.
Właśnie wepchnęłam sobie do ust całe nadziewane jajko, więc raczej nie czuję się zbyt ładnie. Przełykam szybko jedzenie, chcąc podziękować i czuję, jak zatrzymuje się w moim gardle. Zaczynam kaszleć, a Peeta wygląda na zaniepokojonego.
- Wszystko w porządku?
Kaszlę, wciąż kaszlę. Nie jestem w stanie nic powiedzieć, więc gestem pokazuję, że chcę pić.
- Wody? – pyta Peeta, a ja kiwam twierdząco głową. Obraca się w kierunku awoksy, który stoi obok stołu z jedzeniem. – Poproszę trochę wody.
Najwyraźniej jego uprzejmość nie zna granic. Na szczęście szklanka z wodą szybko znajduje się przede mną, a ja jeszcze szybciej zaczynam ją pić. W końcu mi przechodzi.
- Dziękuję – mówię ochrypłym głosem.
- Nie dziękuj – mówi, wyglądają na lekko zdenerwowanego. – Ja tylko poprosiłem o trochę wody.
Potrząsam głową.
- Nie to miałam na myśli. Ale za wodę też dziękuję. – Odchrząkuję jeszcze raz. – Miałam na myśli to, że powiedziałeś, że ładnie wyglądam. Powiedziałeś mi komplement, a ja ci podziękowałam. Znaczy, miałam to zrobić.
- Chyba tak – mówi Peeta, tłumiąc śmiech. – Po prostu nie sądziłem, że maniery będą dla ciebie ważniejsze niż udławienie się.
- Tylko trochę się zakrztusiłam – odpowiadam, rumieniąc się. – A poza tym, według Effie, maniery zawsze są ważne.
- Skoro Effie tak mówi, to kimże ja jestem, by się z nią nie zgadzać – mówi z uśmiechem. – Ale, poważnie, wszystko w porządku?
- W porządku – odpowiadam, próbując stłumić kaszel.
Peeta nie jest ślepy i zaczyna mi się przyglądać, a jego spojrzenie ląduje na mojej klatce piersiowej, gdzie mój żakiet nieco się rozchylił. Peeta natychmiast podnosi wzrok na moją twarz i widzę, że jest zażenowany. Szybko poprawiam żakiet, co tylko świadczy o tym, że zauważyłam jak Peeta mi się przygląda.
Teraz już nawet na mnie nie patrzy i czuję się źle, bo wiem, że nie zrobił tego celowo. Skoro już zakłada się strój, który pokazuje tyle biustu, to trzeba się pogodzić z tym, że ludzie będą się gapić. Co prawda, nie chciałam zakładać tej sukienki, ale nie o to teraz chodzi.
- Peeta?
- Hmm? – Wciąż na mnie nie patrzy.
- Nie jestem na ciebie zła – mówię. – Wiem, że nie chciałeś… To był tylko przypadek.
Wzdycha z wyraźnie słyszalną ulgą w głosie.
- Ale i tak przepraszam. Nie zdawałem sobie sprawy, że… Cóż, na co dzień się tak nie ubierasz.
- Kapitolińska moda – wyjaśniam.
- Oczywiście – mówi i wraca do swojej czekolady. Jego uszy wciąż są lekko zaróżowione i zastanawiam się, co myśli o moim stroju. Ale dla dobra wszystkich, wolę go nie pytać.
Resztę czasu spędzamy w ciszy. Sytuacja wydaje się ciągnąć w nieskończoność, ale do jadalni w końcu wchodzi Misu. Wygląda na to, że jest w okropnym humorze, bo zaczyna sprawiać kłopoty zanim jeszcze sięga po talerz:
- Ależ to wszystko obrzydliwie śmierdzi – mówi. Zwraca się potem do awoksy. – Celowo postanowiłeś znaleźć nam najgorsze jedzenie czy to tylko przypadek?
- Przestań Misu – odzywam się. – To nie jego wina, że masz kaca. Nie musisz tak do niego mówić.
- Przestań krzyczeć. Jestem tuż obok – mówi, choć ja nawet nie podniosłam głosu. Łapie się za głowę jakby ją bolała. – Zresztą, nieważne. Nawet mi nie odpowiedział.
Wstaję i odciągam Misu od mężczyzny. Zmuszam ją by usiadła obok mnie i powstrzymuje się, by naprawdę nie zacząć krzyczeć.
- On jest awoksą. To znaczy, że nie może mówić.
- Kto to jest awoksa? – pyta Peeta.
- To człowiek, który był podejrzany o popełnienie przestępstwa i jako karę ucięli mu język – wyjaśniam, kontrolując ton głosu. Czuję się podle, prowadząc tę rozmowę przy awoksie.
- To okropne – oburza się Peeta, wyglądając na zmartwionego.
- Więc co ten gość zrobił? – pyta Misu, przechylając głową i przyglądając się służącemu. – Musiał coś nieźle przeskrobać, skoro na to zasłużył.
Bo przecież Kapitol słynie ze sprawiedliwości.
Nie wiem co odpowiedzieć na taki brak współczucia ze strony Misu, ale na szczęście Peeta zmienia temat.
- Ciekawe, kiedy Haymitch się pojawi.
Misu wzrusza ramionami.
- A co cię to obchodzi? Twój mentor już tu jest.
- Wczoraj Haymitch powiedział Peecie, że dzisiaj poinformuje was o tym jak, jego zdaniem, powinniście zachowywać się na treningu – mówię nieco głośniej niż to potrzebne. – Wiedziałabyś o tym, gdybyś nie była zajęta robieniem z siebie idiotki.
- Uważaj.
Misu powinna wiedzieć, że nie lubię jak ktoś mi grozi. Właśnie wpakowała się…
- Dzień dobry, Haymitch – wita się Peeta, wyrywając mnie z zamyślenia. Misu łapię się za głowę, jęcząc głośno i uznaję, że to jest odpowiednia kara dla niej.
Mój były mentor mruży oczy i patrzy na Peetę.
- Chłopcze, jesteś zbyt radosny jak na tak wczesną godzinę.
- Przepraszam – odpowiada Peeta.
Wstaję i mówię do Misu, która wciąż trzyma się za głowę:
- Zostań tutaj, dobra? Przyniosę ci coś do jedzenia.
Łapię talerz pełen owoców i stawiam przed Misu. Jestem z siebie dumna, bo nie rzucam nim tak jak mam na to ochotę. Misu mnie nie zna, ale to mi odpowiada, bo nic więcej od niej nie oczekuję.
Gdy tylko Haymitch siada, Misu zaczyna:
- Więc jaki jest plan?
Haymitch unosi dłoń.
- Jem.
- Widzę, ale podobno miałeś nam coś powiedzieć o dzisiejszym treningu. Więc mów – domaga się Misu.
- Powiem – odpowiada Haymitch, wzdychając. – Ale dopiero po śniadaniu. Ty także powinnaś zjeść.
- Nie jestem głodna – mówi. – Po prostu chcę znać naszą strategię.
- Obecnie nasza jedyna strategia jest taka, że zamierzam w spokoju zjeść śniadanie, a ty skończysz te owoce, które są na twoim talerzu. A potem powiem, co dalej – dodaje Haymitch, wkładając do ust kawałek pączka. – Czy ci to odpowiada?
Misu wpycha sobie do ust melona, ale nie wygląda na zadowoloną. Jednak posłusznie je owoce i cierpliwie czeka aż Haymitch skończy jeść.
W końcu Haymitch odpycha swój talerz i wzdycha.
- Okej, słyszałem, że Misu nie jest zbyt zadowolona z pomysłu, jakoby Katniss miałaby być jej mentorką. Jednak, na nieszczęście Misu, Katniss i ja będziemy mentorować wam obu. Oraz każde z was z osobna otrzyma od nas kilka wskazówek.
Spoglądam na Haymitcha z zaskoczeniem. Po raz pierwszy o tym słyszę. Myślałam, że mamy opracowany system – ja opiekuję się jednym trybutem, a on drugim. Wiem jednak jak bardzo przebiegły jest mój mentor, nie zamierzam więc kwestionować jego pomysłu.
- To nie podlega dyskusji – mówi Haymitch, patrząc prostu na Misu. – Teraz, jakie macie umiejętności?
Misu oblizuje usta i posyła Haymitchowi lubieżny uśmiech.
- Nie wiem czy to odpowiednie by mówić o moich umiejętnościach w obecności tych dzieci. Nie chcę być odpowiedzialna za ich demoralizowanie.
Peeta i ja wymieniamy pełne niezręczności spojrzenia, ale Haymitch całkowicie ignoruje komentarz Misu.
- To prawda, Misu. Wiem, że potrafisz posługiwać się nożem. A ty, Peeta? Coś specjalnego, czym chciałbyś się z nami podzielić?
Peeta chichocze bez przekonania.
- Umiem piec chleb. O ile arena nie będzie ogromną piekarnią, to moje umiejętności na nic się nie przydadzą.
- Ale nie tylko to potrafisz robić – wtrącam się, nie mogąc zrozumieć dlaczego Peeta tak siebie nie docenia. – Widziałam na targu z jaką łatwością podnosisz stufuntowe worki z mąką.
- Co mi to pomoże? – pyta, wyglądając na zmieszanego. – Myślałem, że Haymitch pytał o przydatne umiejętności.
Mówię dalej, bojąc się, że Haymitch zmieni zdanie i zdecyduje się pomóc Misu:
- Jest dobrym zapaśnikiem. Niemal wygrał konkurs szkolny w zeszłym roku. W ostatniej rundzie przegrał tylko z własnym bratem, który był od niego dużo cięższy.
- Jak często dochodzi na arenie do zapasów? Bardziej użyteczne jest posługiwanie się jakąś bronią – mówi.
- Nie lekceważ siły fizycznej – mówi Haymitch. – Będziesz zaskoczony jak często się przydaje na arenie. Umiesz biegać?
- Całkiem szybko – odpowiada szczerze. To prawda, w naszej szkole zawsze był pierwszy na mecie podczas wyścigów.
- Misu? – pyta Haymitch, a ona wzrusza ramionami i odpowiada:
- Słyszałam, że jestem szybka. I łatwa także.
- A jak z waszą wytrzymałością?
Peeta uśmiecha się, słysząc pytanie.
- Mówiono, że tego mi nie brakuje.
- Zabawne, mi mówiono to samo – odpowiada Misu sugestywnie.
- Cóż, dobrze – mówi Haymitch, ignorując ton głosu Misu. – Oto czego od was oczekuję. Misu, trzymaj się z dala od noży, a ty Peeta nawet nie myśl o tym by pokazać ile masz w sobie siły. Zatrzymajcie swoje umiejętności tylko dla siebie aż do indywidualnego pokazu z organizatorami.
- Więc co mamy robić? – pyta Misu, w końcu porzucając ten udawany zmysłowy ton i powracając do bycia wkurzającą.
- Uczcie się czegoś nowego – mówię. – Nauczcie się jak zastawiać sidła. Umiejętność zastawiania pułapek będzie wam potrzebna. Zatrzymajcie się przy stanowisku rozpoznawania roślin, to dobry sposób by dowiedzieć się w jakie środowisko zostaniecie wysłani.
- Szkoda że nie możesz nauczyć nas strzelać z łuku – mówi Peeta, patrząc na mnie z podziwem. – Jeśli któreś z nas byłoby choć w połowie tak dobre jak ty, wygraną mielibyśmy w kieszeni.
- Katniss nie po to tu jest – odpowiada Haymitch. – Ale to nie jest zły pomysł by zatrzymać się przy stanowisku łucznictwa i zapoznać się z bronią. W ogóle zapoznajcie się z każdą bronią jaką tylko spotkacie. Nigdy nie wiedzie, co podłego spotka was ze strony organizatorów.
- Coś jeszcze? – pyta Misu, próbując wyglądać na znudzoną, ale widzę, że właśnie dotarła do niej powaga sytuacji i jest przerażona.
- Trzymajcie się razem – mówię, a Haymitch potakuje twierdząco głową. – Chcecie stworzyć zjednoczony front. Pozostali trybuci pomyślą, że zostaniecie sojusznikami na arenie, co może ich trochę zniechęcić.
- To ma sens – mówi Peeta, a Misu przewraca oczami.
- Nie, właśnie, że nie ma – kłóci się. – Wszyscy wiedzą, że zawodowcy zawsze są sojusznikami i to niebezpiecznymi. Nikt nie przejmie się tym, czy zamierzamy z Peetą stworzyć sojusz czy nie!
- Może i nie – przyznaje jej rację Peeta. – Ale może gdy zawodowcy zobaczą, że rozmawiamy z innymi trybutami zaczną się bać, że werbujemy ich do naszego sojuszu. To może ich lekko zaniepokoić.
Haymitch śmieje się głośno.
- To bardzo sprytne, chłopcze. O tak! Zaczną trząść portkami ze strachu!
Peeta spuszcza głowę, zażenowany. Ale czuję, że jest zadowolony pochwałą Haymitcha. Misu nie wygląda na przekonaną, ale nic nie mówi.
- Teraz już wiecie, czego od was oczekuję – mówi Haymitch. – Spotkacie się z Effie przy windzie przed dziesiątą. Nie spóźnijcie się, dobra? Tylko to chciałem wam powiedzieć. Możecie iść.
- Dlaczego mam wrażenie, że przez „możecie iść" miałeś na myśli „idźcie stąd w cholerę"? – pyta Peeta.
- Ponieważ jesteś bystry – odpowiada opryskliwie Haymitch.
Peeta i Misu wychodzą z jadalni, zostawiając mnie i Haymitcha samych. Haymitch wstaje od stołu i ponownie napełnia talerz, a ja proszę awoksę o dolewkę gorącej czekolady. Z pełnym talerzem, Haymitch wraca na swoje miejsce przy stole.
- Ma pewne braki fizyczne – mówi i zaczyna jeść mięso.
- Jest wysoki i silny!
- Ale w porównaniu z chłopcami z Dwójki czy Jedenastki wypada słabo – odpowiada. – Nawet ty to musisz przyznać.
Krzywię się.
- Co tylko oznacza, że jest od nich szybszy. Słyszałeś go, jest też wytrzymały.
- Tak, wiem. To dobrze, ale nie wiemy, jak dobry jest naprawdę. – wzdycha, widząc moje ponure spojrzenie. – Wiem, że ciężko ci to słyszeć, ale nie ma żadnych nadzwyczajnych umiejętności, a to zmniejsza jego szansę.
- Jest sprytny.
Haymitch uśmiecha się.
- To może być coś co przechyli szalę zwycięstwa na jego stronę. Nigdy nie brakuje silnych, szybkich i wytrzymałych trybutów. A jeśli dodasz do tego jeszcze trochę rozumu, to może to być trudna przeszkoda do pokonania.
- Myślisz, że to wystarczy?
- Wystarczyłoby, jeśli to by było wszystko co ma – zaczyna i wskazuje na mnie. – Ale ma także ciebie, co może być jego największym atutem.
Kiwam głową i natychmiast podejmuję decyzję. Zdejmuję żakiet. W końcu rozumiem dlaczego Finnick i Johanna porzucili skromność tak dawno temu. To nie przyciąga uwagi. A uwaga jest potrzeba by zdobyć sponsorów. Jeśli to tylko pomoże uratować Peetę, to z chęcią będę paradować w tej ledwo co zakrywającej sukience i komplementować idiotów z Kapitolu, którzy są nie do wytrzymania, ale mają więcej pieniędzy niż rozumu. I zrobię to z uśmiechem na twarzy.
Bo Peeta jest tego wart.
