Następnego dnia mam problem ze wstaniem z łóżka. Do tej pory niewiele spałam, więc w końcu musiałam zaspać. Ale i tak nie czuję się wypoczęta, choć kilka godzin snu nigdy nikomu nie zaszkodziło.
Brnę przez poranną rutynę, która zajmuje mi więcej czasu niż zwykle. Gdy docieram do jadalni, wszyscy są już po śniadaniu. Nakładam sobie jedzenie na talerz i siadam przy stole. Haymitch i Peeta, pogrążeni dotąd w dość prywatnej rozmowie, spoglądają na mnie gdy kładę talerz na stole.
- Dzień dobry – mówi Haymitch z uśmiechem. Wydaje się być w niezwykle dobrym humorze.
- Dzień dobry.
- Okej, w końcu się zjawiła. – Misu wskazuje głową na mnie, ale mówi do Haymitcha, a ja już żałuję, że nie zostałam w łóżku. – Więc może powiesz nam co będziemy dzisiaj robić?
- Jak doskonale wiecie, jutro są wywiady, więc dziś upewnimy się, że jesteście do nich odpowiednio przygotowani – mówi do naszych trybutów Haymitch. – Otrzymacie instrukcje od Effie, Katniss i ode mnie na temat tego jak macie się zachowywać podczas wywiadu.
- Nie brzmi to zbyt zabawnie – odpowiada Misu.
- To nie będzie zabawne dla nikogo – mówię. – Uwierz mi.
- Będziemy pracować z wami osobno, w ten sposób poświęcimy wam całą naszą uwagę – wyjaśnia Haymitch. – Misu spędzi poranek z Effie podczas gdy Peeta podzieli swój czas pomiędzy mnie i Katniss.
Podnoszę głowę i spoglądam na Haymitcha. Zwykle razem spędzaliśmy czas z trybutem. Ale ufam Haymitchowi, bo widocznie ma dobry powód. Chciałabym tylko wiedzieć jaki.
- Po lunchu – kontynuuje Haymitch – zamienicie się. Peeta pójdzie do Effie, a Misu do nas.
Patrzę na Misu, a ona na mnie. Na naszych twarzach pojawia się ta sama niezadowolona mina. Spędzanie czasu z nią nie jest rzeczą, którą chciałabym robić, ale wygląda na to, że nie mam wyboru.
Haymitch wyjaśnia dokładnie nad czym będą pracować z Effie i z nami. Kończę śniadanie, gdy w pomieszczeniu pojawia się Effie by zabrać Misu, która wygląda na równie przerażoną jak ja, gdy byłam na jej miejscu.
Wkładam ostatnią łyżkę jedzenia do ust, a Haymitch klepie Peetę po ramieniu.
- No to widzimy się za dwie godziny.
Niemal krztuszę się jedzeniem. Nie wiedziałam, że będę pierwsza! Nie jestem gotowa! Ale zanim zdążam cokolwiek powiedzieć, Haymitch wychodzi z pokoju. Przełykam głośno i uśmiecham się słabo do Peety.
- Więc chyba zostaliśmy sami.
- Chyba tak – mówi. – Więc od czego zaczynamy?
- Nie mam zielonego pojęcia, nigdy wcześniej tego nie robiłam – przyznaję, a Peeta patrzy na mnie sceptycznie. – Znaczy, nigdy nie robiłam tego sama. Zwykle robiliśmy to razem z Haymitchem.
- Ach.
- Tak – mówię, czując frustrację. – Nie wierzę, że sądził, iż to dobry pomysł. Wie, że nie jestem w tym dobra. Wiesz co mi powiedział, gdy pracował ze mną przed moim wywiadem? Że mam w sobie tyle uroku co dżdżownica.
- To z całą pewnością nie jest prawda – mówi, a ja uśmiecham się z wdzięcznością. – Powinnaś być ekspertem, do tej pory udzieliłaś co najmniej setkę wywiadów.
- Zdecydowanie nie jestem ekspertem, a Haymitch i Effie nie sądzili, że sobie poradzę – mówię. – Narobiłabym bałaganu gdyby nie Cinna. Powiedział, abym odpowiadała na wszystkie pytania tak jakbym mówiła do przyjaciela.
- To była bardzo dobra rada – mówi Peeta. – Pamiętam twój wywiad, myślałem wtedy jak bardzo jesteś niesamowita.
- Och, proszę cię, nie możesz tego pamiętać.
- Pamiętam – kłóci się. – Wyglądałaś ślicznie w tej czerwonej sukni. Mówiłaś jak bardzo lubisz potrawkę z jagnięciny, jak bardzo kochasz Prim i że obiecałaś jej, że wrócisz.
Jestem zdumiona jego pamięcią.
- Jak zapamiętałeś to wszystko?
- Pamiętam mnóstwo rzeczy dotyczących ciebie – mówi cicho ze wzrokiem utkwionym w ścianie nad moją głową.
Wierzę mu, ponieważ dlaczego miałby kłamać? Jednak temat naszej rozmowy jest kłopotliwy i reaguję na jego deklarację zmianą tematu.
- Denerwujesz się przed wywiadem?
- Może trochę – odpowiada. – Boję się, że zrobię z siebie głupka na oczach całego Panem.
- Nie sądzę, abyś musiał się o to martwić – mówię. – Mam przeczucie, że całkiem nieźle sobie poradzisz.
- Dopóki nie zwymiotuję jak ten dzieciak z Dziewiątki kilka lat temu, to sądzę, że będzie dobrze.
Wzdrygam się na samo wspomnienie o tym. Ten biedny chłopiec właśnie podchodził do Caesara, gdy zawartość jego żołądka znalazła się na nim. Ale zasady są zasadami, więc musiał spędzić te trzy obowiązkowe minuty pokryty własnymi wymiocinami. A potem musiał czekać do końca programu by zejść ze sceny.
- Tak, to nie było zbyt miłe – przyznaję. – Ale ludzie z Dwunastego Dystryktu mają silne żołądki, nawet ci z miasta.
- Masz rację – mówi Peeta. – W końcu przez całe życie żywiłem się głównie czerstwym chlebem.
- Czerstwym? – pytam. – Jesteś synem piekarza, więc sądziłam, że macie możliwość jedzenia świeżego chleba.
Peeta śmieje się.
- To nie mogłoby być dalsze od prawdy. Szczerze mówiąc, twoje wiewiórki są prawie jedynym świeżym jedzeniem jakie jadamy… Jedliśmy… zanim wszystko się zmieniło.
Gale i ja zawsze myśleliśmy, że dzieci kupców mają wszystko. Teraz wychodzi na to, że byliśmy w błędzie i to dużym. Chleb, który Peeta dawał mojej siostrze, gdy ja byłam na arenie, zawsze był świeży, tak mówiła Prim. Jego hojność jest jeszcze większa niż myślałam.
- Ja… ja nie wiedziałam – mamroczę, czując się zażenowana moją ignorancją. – Przepraszam.
- Za co? – Peeta patrzy na mnie jakbym była szalona. – Ty chyba ucierpiałaś najbardziej przez to wszystko co się wydarzyło. Nie potrafię sobie wyobrazić jak się czujesz, gdy nie możesz już polować.
- Strasznie – mówię. – Przepraszam za to, że założyłam pewne rzeczy o tobie i twoim życiu, nie zastanawiając się nawet czy to prawda.
Peeta wzrusza ramionami, jakby w ogóle go to nie obchodziło.
- W porządku, Katniss. Ludzie z miasta robią te same rzeczy co ludzie ze Złożyska tylko po to, żeby przetrwać, a może nawet jeszcze gorsze.
- Ty taki nie jesteś – mówię.
- Nie rób ze mnie świętego – błaga, wyglądając na zdenerwowanego – bo nie jestem dobrą osobą.
- Jesteś! – wykrzykuję. – Ocaliłeś moje życie, a ja ci nawet nie podziękowałam. A potem karmiłeś moją siostrę, gdy ja nie mogłam i za to też ci nie podziękowałam!
- Kiedy ocaliłem ci życie?
Garbię się lekko na krześle. Naprawdę chcę to teraz wyciągać? Technicznie rzecz biorąc, to już to zrobiłam, więc mogę dokończyć.
- Gdy mieliśmy po jedenaście lat, a ty rzuciłeś mi chleb, który przypaliłeś.
- To były tylko dwa bochenki – mówi. – Nie zachowuj się tak jakbym zrobił coś bardzo imponującego.
- To było imponujące dla głodnej dziewczynki, która właśnie się poddała – odpowiadam i czuję łzy w oczach. – Prawdopodobnie nigdy tego nie zrozumiesz, ale dałeś mi coś więcej niż chleb, dałeś mi nadzieję!
Widzę, że tego nie rozumie, ale nie oczekuję tego od niego. Nie kłóci się ze mną, zamiast tego mówi:
- Nie musisz mi dziękować.
- Ale ci dziękuję, bo jestem twoją dłużniczką. – Niemal krzyczę na niego i pierwsze słone łzy zaczynają spływać po moich policzkach. Peeta wygląda jakby chciał coś powiedzieć, ale nie daję mu dojść do słowa. – Wierz mi albo nie, ale ocaliłeś moje życie, a teraz ja zamierzam ocalić twoje.
Tym go zaskakuję.
- Katniss…
- Nie! – przerywam mu zanim próbuje wyperswadować mi to, a poza tym to nawet nie chcę tego słuchać. – Zabiorę cię z powrotem do Dwunastego Dystryktu całego i zdrowego, Peeta.
Wygląda na zakłopotanego.
- Doceniam to, że chcesz utrzymać mnie przy życiu, naprawdę. Nie chcę byś się zawiodła, gdy tak się jednak nie stanie. Moje szanse na zwycięstwo w Głodowych Igrzyskach nie są zbyt wysokie, a nie chcę byś się czuła winna czemuś czego nie zrobiłaś, bo to było niemożliwie do zrobienia.
Moje serce na moment przestaje bić.
- Poddajesz się?
- Nie.
Kiwam głową, uspokojona tą odpowiedzią.
- Więc jeśli nie chcesz mnie denerwować, to zrób wszystko co w twojej mocy by wydostać się z tej areny żywym, dobrze? Powiedziałeś, że możesz walczyć dla mnie, więc trzymam cię za słowo.
Peeta wie, że kłótnia ze mną nie ma sensu.
- W porządku. Ale musisz mi obiecać jedno…
- Co takiego?
- Jeśli mi się nie uda…
- Uda ci się!
- Okej, ale jeśli nie – mówi i podnosi dłoń, widząc że znów chcę mu przerwać. – Chcę, żebyś zaakceptowała to, że to nie była twoja wina i że nie masz powodu by czuć się winna. Zrobisz to dla mnie?
W głębi serca wiem, że prosi mnie o niemożliwe, ale kiwam nieznacznie głową.
- Tak, zrobię.
Ciepłe, niebieskie oczy patrzą w moje, pełne łez, szare oczy i Peeta wzdycha ciężko. Wiem, że w moich oczach zobaczył co tak naprawdę czuję, ale to nie ma znaczenia tak długo jak one nie zamierza się poddać. A może wiedząc, że będę zdruzgotana jego śmiercią, postara się jeszcze bardziej. Bo Peeta musi przetrwać, potrzebuję tego.
Wyciąga dłoń i ociera łzę z mojego policzka, a ja czuję jak moja skóra płonie pod jego dotykiem.
- Nie płacz, proszę. Nie jestem wart. Nie lubię patrzeć jak się smucisz.
Cieszę się, że nie powiedział, iż nie jest wart moich łez. Bo to właśnie chciał powiedzieć. Pociągam nosem i mrugam oczami chcąc pozbyć się łez.
- Więc może zabierzemy się za przygotowywanie cię do wywiadu? – pytam, gdy w końcu mam pod kontrolą wszystkie moje emocje.
- Jasne. – Tak samo jak ja, chętnie udaje, że ostatnia część naszej rozmowy nie miała miejsca.
Wciąż jestem lekko roztrzęsiona, więc zaczynam od prostych rzeczy:
- Peeta, jaki jest twój ulubiony kolor?
Uśmiecha się.
- Pomarańczowy.
- Pomarańczowy? – powtarzam z niedowierzaniem. – Taki ja ta okropna suknia Effie, którą miała wczoraj na kolacji?
Grymas pojawia się na jego twarzy.
- Nie tak jaskrawy. Bardziej stonowany, jak kolor zachodzącego słońca.
Zamykam oczy i próbuję to sobie wyobrazić.
- To piękny kolor.
- Jaki jest twój ulubiony kolor?
- Mój? To nie mnie przygotowujemy do wywiadu.
- Wiem, ale jestem ciekaw.
Wzdycham, ale odpowiadam na pytanie:
- Zielony. Ciemnozielony jak liście w lesie.
- Dlaczego nie jestem zaskoczony – mówi. – Naprawdę musisz za tym tęsknić.
- Strasznie – odpowiadam i powracam do zadawania pytań Peecie. – Jak to jest pracować w piekarni?
- To tylko praca, ale nie mam nic przeciwko – mówi. – Czasem nawet uwielbiam, szczególnie gdy dekoruję ciasta.
- Ciasta? – pytam, myśląc o tych pięknie zaprojektowanych deserach w sklepie jego ojca. – Takie ja te w oknie wystawowym? Ty je robiłeś?
- Tak.
- Są cudowne! Prim je uwielbia i zawsze kupuję jej jedno w każdą niedzielę – mówię i nagle to do mnie dociera. Zastanawiam się tylko dlaczego tak długo trwało zanim to poskładałam razem. – Wiedziałeś o tym, prawda? Dlatego zawsze w sklepie było ciasto z lukrowymi prymulkami. Robiłeś je specjalnie dla niej.
Nie zaprzecza.
- Kiedyś mi powiedziała, gdy byłaś na arenie, jak zaciągnęła cię przed okno wystawowe. Więc gdy raz w tygodniu zaczęłaś kupować jedno ciasto, wiedziałem, że jest dla niej. Myślałem, że jej się spodoba.
- Bardzo jej się spodobało – mówię, przypominając sobie jak bardzo była podekscytowana, gdy po raz pierwszy przyniosłam jej ciasto z prymulkami. – Masz do tego talent. Twoje ciasta są piękne.
- Dziękuję.
Zmieniam temat i zaczynam zadawać pytania o szkołę: jakie lubi przedmioty, a jakie nie. Wypytuję o jego rodzinę, przyjaciół i za czym tęskni. Gdy mijają wyznaczone dwie godziny, mam już sporo informacji o Peecie.
Właśnie kończy historię o tym jak Delly Cartwright udawała, że jest własnym bratem, gdy Haymitch wchodzi do pokoju.
- Skończyliście? – pyta.
- Tak – odpowiadamy i mam wrażenie, że wcale nie pomogłam Peecie w przygotowaniu się do wywiadu. Ale jego towarzyska natura i wrodzony urok zapewnią mu sukces.
Wychodzę z pokoju, gdy dobiegają mnie jeszcze słowa Haymitcha:
- Więc może zapomnijmy o wszystkim co ci powiedziała i zacznijmy od początku, dobrze chłopcze?
Skoro był pewien, że okażę się kompletnie bezużyteczna, to dlaczego zdecydował się na oddzielne szkolenie? To nie ma żadnego sensu. Nie powiem, że nie cieszyłam się z tych chwil spędzonych z Peetą, ale sądzę, że pewnie byłby bardziej zadowolony z jakiś bardziej konstruktywnych instrukcji.
Wciąż zastanawiam się dlaczego Haymitch tak podzielił nasze szkolenie, gdy zdaję sobie sprawę, że to już pora lunchu. Wchodzę do jadalni, gdzie Haymitch i Peeta śmieją się w najlepsze.
- Co jest takie zabawne? – pytam, siadając przy stole obok nich.
Peeta wygląda na zakłopotanego tym pytaniem, ale Haymitch mnie tylko zbywa:
- Nic takiego, skarbie, to tylko takie męskie rozmowy.
Przewracam oczami, a przed nami lądują talerze pełne jedzenia.
- Więc, Haymitch, jak poszło?
- Dobrze – mówi pomiędzy kolejnymi kęsami. – Peeta nie powinien mieć problemu z Caesarem jutro wieczorem.
To dobra wiadomość.
- Więc jak będzie jego taktyka?
- Taktyka? – pyta Peeta.
- Czyli jakie będzie twoje podejście do wywiadu – wyjaśnia szybko Haymitch zanim odpowiada na moje pytanie. – Będzie sobą, nie widzisz chyba w tym problemu?
- To chyba sensowny wybór – mówię, spoglądając na Peetę.
- Cieszę się, że tak sądzisz – odpowiada Haymitch i pociąga duży łyk wina ze swojego kieliszka.
Kontynuujemy posiłek, wymieniając od czasu do czasu drobne uwagi, gdy nagle dociera do mnie, że najgorsza część tego dnia dopiero przede mną.
- Wszystko w porządku, Katniss? – Peeta patrzy na mnie z troską.
- Tak, po prostu zastanawiam się jak wytrzymam dwie godziny sam na sam z Misu – mówię z jękiem. – A ty wiedziałeś, że będzie dodatkowo wkurzona po całym przedpołudniu spędzonym z Effie.
- Poradzisz sobie – odpowiada Haymitch. – Nie wierzę, że boisz się spędzić dwóch krótkich godzin z dziewczyną.
- Nie boję się – poprawiam go. – Po prostu się nie dogadujemy i trudno nam przebywać w swoim towarzystwie.
Haymitch tylko potrząsa głową.
- Dwie godziny, skarbie, tylko tyle. Kto wie, może to ty wyciągniesz z niej to, czego nikt inny nie potrafił.
To jest tak samo prawdopodobne jak nasz dystrykt pokryty lukrem, ale zatrzymuję to dla siebie. Gdy kończymy lunch pojawiają się Effie i Misu.
Misu wygląda na chętną do morderstwa, a Effie uśmiecha się sztywno, tak samo jak po moim szkoleniu trzy lata temu. Więc chyba wiem jak poszła ich sesja.
Peeta idzie z Effie, której uśmiech staje się prawdziwszy w jego obecności, a Haymitch zostawia mnie i Misu. Fantastycznie.
Zmuszam się do zachowania spokoju i nie irytowania się.
- Jak poszło z Effie? – Misu spogląda na mnie, ale się nie odzywa, więc zmuszam się do kontynuowania. – Pamiętam jakie to było ciężkie dla mnie.
- Więc dlaczego mnie pytasz?
Spokojnie, Katniss.
- Po prostu rozmawiam z tobą.
- Dlaczego?
- Ponieważ na nasze nieszczęście utknęłam tutaj z tobą na najbliższe dwie godziny, które chcę przeżyć na tyle bezboleśnie o ile to możliwe.
- Nawet nie wiem czemu tak się tym przejmujesz – mówi Misu. – Przecież chcesz, żebym zginęła na arenie.
- To nieprawda!
- Prawda – mówi, ale nie wygląda na zasmuconą. – Chcesz, żeby wygrał Peeta, a żeby to osiągnąć, ja muszę zginąć.
- Masz rację, chcę, żeby Peeta wygrał – mówię, wiedząc że nie ma sensu kłamać. – Nie chcę, żebyś zginęła, Misu, ale zwycięzca może być tylko jeden.
- Dziękuję za szczerość – mówi, uśmiechając się sardonicznie. – Więc wyjaśnij mi dlaczego jesteś teraz tutaj ze mną?
- Ponieważ bez względu na moje uczucia – zaczynam – zasługujesz na to by mieć równe szanse.
- Miło z twojej strony. – Jej głos ocieka sarkazmem. – Póki jesteśmy ze sobą szczere jest parę rzeczy, o których powinnaś wiedzieć.
- Cóż to takiego?
- Nienawidzę cię.
Śmieję się i czuję, że Misu chciała mnie tym wyznaniem zaskoczyć.
- A może to? Nienawidzę cię za to, że nie sprowadziłaś Gale'a do domu – mówi, w końcu widząc zaskoczenie na mojej twarzy. – Kochałam go, a on nie widział świata poza tobą.
- To nieprawda…
- Powiedział mi to. Poszłam do Pałacu Sprawiedliwości, gdy został wylosowany i wyznałam mu swoje uczucia, a on powiedział, że kocha ciebie! Ale tobie na nim nie zależało nawet na tyle by przywieźć go z powrotem w jednej trumnie!
- Nie wiesz o czym mówisz!
- Wiem więcej niż myślisz – mówi, obniżając niebezpiecznie głos. – Kochasz Peetę, może nie tak bardzo jak ja Gale'a – mówi, patrząc na mnie z obrzydzeniem. – Ale zrobię wszystko co w mojej mocy by Peeta zginął na arenie.
