Haymitch próbuje odesłać mnie do łóżka, ale odmawiam. Nie jestem zmęczona... a przynajmniej nie jestem zmęczona na tyle by musieć odpocząć. Peeta wychyla się, gdy rozbrzmiewa armatni wystrzał, ale po chwili znów znika w zaroślach. Godzinę później w końcu wychodzi i pakuje śpiwór do plecaka. Wypija do końca wodę z butelki i idzie znów ją napełnić.
W strumieniu pływa ryba i Peeta wpada na genialny pomysł by ją złapać. Po kilku nieudanych próbach w końcu się nad nim lituję i wysyłam mu trochę jedzenia.
Peeta posyła mi buziaka z wdzięczności, a ja czuję jak moje policzki płoną, ale udaję, że tego nie widziałam. Pochylam głowę nad komputerem by zakryć zarumienione policzki.
Haymitch nic nie mówi, ale czuję na sobie jego wzrok. W końcu odwracam się do niego i przyjmuje obronną postawę.
- Co?
- Nic nie mówiłem.
- Ale sobie pomyślałeś!
- Przepraszam, skarbie - mówi, a każde wypowiedziane przez niego słowo ocieka sarkazmem. - Nie wiedziałem, że nie wolno mi myśleć.
- Wolno ci myśleć - mówię. - Ale nie wolno ci myśleć o tym, o czym teraz myślisz.
- A o czym teraz myślę? - pyta Haymitch z cieniem uśmiechu na ustach. Bawi go to, czyż nie?
- Wiesz o czym! Więc przestań - rozkazuję.
- Może powinnaś iść do łóżka - radzi. - Sądzę, że jesteś odrobinę przemęczona.
- Nie jestem. Prześpię się trochę - obiecuję. - Ale nie teraz. Dzień dopiero się zaczął, a ja nie chcę nic przegapić.
- Ale wieczorem pójdziesz spać?
- Tak, prześpię się wieczorem, okej?
Wygląda na to, że to uspokaja Haymitcha, bo nie drąży dalej. Jemy śniadanie, patrząc jak Misu i jej grupa wracają do Rogu Obfitości, gdzie rozbili swój obóz.
Chyba jednak powinnam posłuchać rady Haymitcha i iść spać. Dzień okazuje się niezwykle nudny. Szczerze muszę powiedzieć, że podsumowanie dnia było tak krótkie jak mój prysznic. Zawodowcy rozdzielili się, szukając więcej ofiar i zostawiając kogoś do pilnowania obozu. Arena w tym roku jest ogromna i reszta trybutów rozbiegła się w różne kierunki, więc zawodowcy mają problem ze znalezieniem kogokolwiek. Późnym popołudniem, Misu i jej grupa są zniechęceni i (w przypadku Cato) sfrustrowani tym, że nikt dziś nie zginął.
Dzień Peety też nie był zbyt ciekawy. Większość czasu spędził na wędrowaniu wzdłuż strumienia i zatrzymywał się od czasu do czasu by odpocząć i uzupełniać wodę w butelce. Największą rozrywką były ponowne próby Peety złapania ryby w strumieniu. Tym razem zabroniono mi mu pomóc, więc bałam się, że Peeta zostanie bez obiadu. Po czterech próbach, podczas których raz skończył siedząc w strumieniu, w końcu złapał jedną rybę, a potem drugą. W miarę sprawnie poradził sobie z oczyszczaniem ich.
Okazał się także mistrzem w rozpalaniu ogniska.
Na szczęście, jak tylko piecze rybę i ją zjada, dusi ogień i szybko odchodzi.
Nawet wizyta Johanna nie przerywa nudy dzisiejszego dnia. Teraz, gdy skończyły się jej mentorskie obowiązki, może robić co tylko chce. Wpada do nas, przez godzinę narzeka na nudę, a Haymitch odpowiada jej, że jej obecność wcale nie czyni sytuacji ciekawszą. Rozsierdzona, idzie do mentorskiego stanowiska Czwartego Dystryktu. Najwyraźniej, Finnick i Mags są dużo ciekawszym towarzystwem niż ja i Haymitch.
Niebo robi się coraz bardziej pomarańczowe i spędzam kilka dobrych chwil na podziwianiu ulubionego koloru Peety, zastanawiając się czy on myśli o mnie w tej chwili. Powoli zapada zmrok i niedługo zacznie się obowiązkowe podsumowanie dnia. Jestem ciekawa w jaki sposób ubarwią dzisiejszy, jakże nudny dzień. Stwierdzam, że to najlepszy czas na drzemkę. Jestem na nogach od ponad trzydziestu sześciu godzin i brak snu powoli zaczyna mnie dobijać.
Zanim wychodzę, każę Haymitchowi przyrzec, że obudzi mnie, gdy będzie się działo coś interesującego. Kładę się na łóżku i niemal od razu zasypiam.
Budzę się, gdy ktoś szarpie mnie za ramię. Przez chwilę nie wiem co się dzieje. Nade mną stoi Johanna. Mrugam oczami, próbując pozbyć się resztek snu.
- W końcu się obudziłaś - mówi, z ponurą miną. - Lepiej chodź, teraz.
Moje serce przestaje na chwilę bić.
- Czy Peeta...
- Był cały i zdrowy, gdy Haymitch wysyłał mnie po ciebie - mówi. - Ale Trzeci Dystrykt stracił dziewczynę.
- Jak? – pytam, idąc za Johanną.
- Ogień – odpowiada i siada, skupiając swoją uwagę na ekranie.
- Organizatorzy wywołali ogień – spieszy z wyjaśnieniem Haymitch. – Chyba chcieli rozwinąć akcję przed obowiązkowymi godzinami oglądania.
Czuję jak przenika mnie zimno, gdy siadam obok Haymitcha i spoglądam na ekrany. Ogromna ściana ognia wydaje się gonić większość trybutów. Jedynymi bezpiecznymi trybutami są Marvel, który pilnuje obozu i Thresh, ukryty w zbożu.
Peeta i zawodowcy uciekają przed ogniem, ale dym i gorąc widocznie ich spowalnia. Ściana ognia zatrzymuje się, więc trybuci biorą to za znak, że mogą się zatrzymać i odpocząć. Ale to niemożliwe – w ich kierunku lecą kule ognia, a ja czuję, że jest mi jeszcze zimniej.
Moi trybuci wydają się być bezpieczni, zwłaszcza Peeta, w kierunku którego wystrzeliły tylko dwie kule ognia, a żadna z nich nie była nawet blisko niego. Ale Peeta coraz bardziej zbliża się do Rogu Obfitości.
Misu i zawodowcy nie mają tyle szczęścia – są bombardowani przez kule ognia, przed którymi jednak skutecznie uciekają. Misu potyka się o wystający korzeń i upada. Szybko wstaje, ale nie zdąża się uchylić przed lecącą kulą ognia. Krzyczy z bólu. Ale muszę przyznać, że nie zatrzymuje się, by ugasić ogień.
- Och – mówi Johanna bez jakiegokolwiek śladu sympatii. – Pewnie bym jej współczuła gdyby nie była taką nienawistną małą kreaturą.
Spoglądam na Johannę i uśmiecham się delikatnie, słysząc jej brutalną szczerość.
- Wiem dokładnie, o co ci chodzi.
- To chyba koniec – mówi Haymitch, przykuwając moją uwagę. Wygląda na to, że ma rację, ale trybuci dopiero po chwili zwalniają bieg.
W końcu zatrzymują się i kładą się na ziemi, kaszląc i przysłowiowo wypluwając sobie niemal płuca. Cato szybko do siebie dochodzi, ale reszta nie ma tyle szczęścia.
Cato jest wściekły, krzyczy na Glimmer, dziewczynę z Czwórki i Misu by wstały i szły dalej. Dziewczyny robią co tylko mogą, ale mają problem z nadążeniem za Cato, zwłaszcza, że wciąż męczy je kaszel. Niecierpliwość Cato wcale nie pomaga i Glimmer mu to wytyka.
Niestety, ogień oddzielił Peetę od strumienia i wygnał go głęboko w las. Jego twarz i pomarańczowy plecak pociemniały od dymu, ale wygląda na całego. Siada na płaskim kamieniu i wyciąga butelkę z wodą. Wypija tylko odrobinę, próbując oszczędzać wodę, co jest teraz dla niego niezwykle ważne. Mimo że Peeta uniknął bezpośredniego zagrożenia, moje dziwne przeczucie nie znika.
Gdy mija podekscytowanie związane z ogniem, program pokazuje urywki z dzisiejszego dnia. Szybko jednak przechodzą do scen z ostatnich chwil. Pokazują śmierć dziewczyny z Trójki – całą swoją uwagę skupiła na ogniu i nie zauważyła drzewa, które się na nią przewróciło. Przygniotło ją do ziemi i nie miała szansy uciec przed ogniem.
Gdy zaczyna grać hymn, wciąż słyszę okrzyki bólu tej dziewczyny. Dziś zginęły dwie osoby – dziewczyna z Trójki i dziewczyna z Ósemki. W obu przypadkach ogień przyczynił się do ich śmierci.
Organizatorzy lubią się wtrącać w grę. W Igrzyskach Johanny były rośliny, które wysysały tlen z powietrza. Biedna Annie pływała po zalanej wodą arenie, dopóki wszyscy inni nie utonęli. Arena, na której ja byłam, zbudowana była z ogromnych gór i zdradzieckich zboczy, które zabrały ze sobą tego kanibala Tytusa i innych, grzebiąc ich pod gruzami. Teraz, wszystko pochłaniająca fala ognia mogła odebrać życie mojemu Peecie. Sama myśl o tym sprawia, że drżę.
- Cofam wszystko co powiedziałam o tym nudnym dniu - mówi Johanna. - Desperacko musieli potrzebować rozrywki. Rzadko kiedy wtrącają się tak wcześnie podczas Igrzysk.
- Musieli być pod ogromną presją by zrobić coś takiego - mówi Haymitch, ale jestem pewna, że się nie myli. - I zadziałało. Mamy na arenie tylko dziesięciu trybutów, a to wciąż jeszcze drugi dzień.
- Kto został? - pyta Johanna, spoglądając na obiadowe menu.
Zaczynam wyliczać:
- Peeta, Misu, Cato, Glimmer, Marvel i dziewczyna z Czwórki...
- Dwoje z Jedenastki - podpowiada Haymitch. Oczywiście, że śledzi losy trybutów swojego przyjaciela.
- Dwoje z Jedenastki - powtarzam, kiwając głową. Muszę się zastanowić. - Kulawy chłopak z Dziesiątki i... Liszka!
- Liszka? - Johanna mruga oczami.
- Dziewczyna z Piątki - wyjaśniam i wyświetlam jej zdjęcie na komputerze. - Nie mów, że nie przypomina ci lisa.
- Może trochę - mówi. - Jeśli zrobię zeza i przechylę głowę w lewo.
Spoglądam na nią, ale Johanna śmieje się, a Haymitch próbuje się nie uśmiechnąć. Prycham.
- Najwidoczniej żadne z was nie wie jak wygląda lis. Jakbyście wiedzieli, to byście się ze mną zgodzili.
- Jeśli tak twierdzisz - mówi okropnie protekcjonalnym tonem. - Tak w ogóle to jestem głodna. Haymitch obiecał mi obiad, ale ten głupi ogień nam przeszkodził.
We trójkę jemy późny obiad w ciszy, bo ja i Haymitch skupiamy się na poczynaniach naszych trybutów. Po obiedzie Johanna przeciąga się i mówi, że jest zmęczona.
- Możesz przespać się w moim łóżku – mówię, patrząc jak Peeta szuka wody.
- A ty, Katniss? - pyta Haymitch. - Zamierzasz iść spać?
- Nie chcę spać - mówię. - Zdrzemnęłam się wcześniej, pamiętasz?
- Spałaś zaledwie godzinę - kłóci się Haymitch.
- I zobacz, co się wtedy wydarzyło! - krzyczę. Przygryzam usta, żałując swojego wybuchu. Dociera do mnie, że to uczucie, które zżera mnie od środka, to wina.
Wiem, że Haymitch i Johanna zdają sobie sprawę z tego samego, bo widzę litość w ich oczach. To jeszcze bardziej mnie denerwuje, bo wiedzą, jak bardzo nienawidzę litości.
- Wiesz, że to był tylko przypadek, prawda? - pyta Haymitch, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Naprawdę? - Opadam na krzesło. - Mówisz, że to nie jest coś, co zrobiłby Snow?
Widzę jak Johanna i Haymitch wymieniają spojrzenia, których nie rozumiem, ale tę dwójkę zawsze łączyła głęboka nić porozumienia.
- Nie powiedziałabym, że nie zrobiły czegoś takiego - mówi Johanna. - Ale sądzę, że to naprawdę był tylko przypadek.
- Nie wiem czy w to wierzę - mówię. - To była odpowiednia chwila by zrobić coś celowo.
- Nie wiem dlaczego tak to wyolbrzymiasz. Peeta nawet nie został ranny - wytyka Haymitch. - Ze wszystkich trybutów, to on wyszedł z tego cały i zdrowy.
- I nie dziwi cię to, że poszło mu tak łatwo? - pytam. - To miało być dla mnie ostrzeżenie, nic więcej.
- Myślę, że zwariowałaś - mówi Johanna. - Albo to, albo masz tak wielkie ego, że Finnick poczułby się zazdrosny.
- Mam dość tego, że ludzie lekceważą moje obawy - mówię. - Może masz rację i to był tylko przypadek, ale wolę nie sprawdzać mojej teorii, by później odbiło się to na Peecie.
Haymitch wzrusza ramionami z frustrację, zmuszony do trzeźwości ma mniej cierpliwości do mnie.
- To nie była twoja wina, skarbie! - mówi. - Nikomu nie pomagasz swoją postawą.
- Idź do łóżka, Haymitch - mówię lekceważąco. - Robisz się zrzędliwy.
Johanna jęczy i przewraca oczami.
- Idź, Haymitch. Spróbuj trochę odpocząć. Zostanę tutaj i spróbuję ją zirytować na tyle, by bez szemrania poszła spać, gdy przyjdzie jej kolej.
Haymitch kiwa głową i posyła mi jeszcze ponure spojrzenie zanim wychodzi z pomieszczenia. Opadam na krzesło, starając się wyglądać jakby było mi wygodnie. Johanna siada na krześle Haymitcha i patrzy na mnie surowo.
- Wiesz, że jesteś prawdziwym wrzodem na tyłku?
Nie odrywam wzroku od Peety, który wciąż szuka wody.
- I kto to mówi - ironizuję.
- Ale to dlatego, że nie jestem normalna - mówi.
- A kto powiedział, że ja jestem normalna? - pytam, w duchu marząc by skorzystała z oferty drzemki w moim łóżku.
- Ja. - Podbródkiem wskazuje na Peetę. - Nie patrzyłabyś tak na tego chłopca, gdybyś nie była.
Moje poczucie winy zostaje przytłoczone przez inne uczucie - strach. Dopiero gdy czuję łzy na policzkach, zdaję sobie sprawę, że płaczę.
- Boję się, że go stracę.
- Wiem, że się boisz, mała wiewiórko. - Johanna przytula mnie niezręcznie. Poklepuje mnie jeszcze po plecach, odsuwa się i marszczy brwi, patrząc na mnie. - Lepiej się już czujesz?
Pociągam nosem, zażenowana tym, że to właśnie przed Johanną się załamałam.
- Tak, dzięki.
- Dobrze - mówi, wracając na miejsce Haymitcha. - Wyświadcz mi przysługę i następnym razem, gdy zachce się płakać, upewnij się, że Finnick jest w pokoju. On jest dużo lepszy w tych sprawach niż ja.
Nie mogę się powstrzymać i chichoczę. Myślę, że Johanna ma rację, ale zatrzymuję to dla siebie. W końcu przecież próbowała mnie pocieszyć i to wiele mówi o jej charakterze. Nie wiem, czy będę potrafiła spojrzeć na nią tak jak wcześniej.
- Och, spójrz! - mówi Johanna, wyrywając mnie z zamyślania. Wskazuje na Peetę na ekranie. - Znalazł małe źródełko.
- Na całe szczęście - mówię, czując jak ogarnia mnie ulga. Patrzę jak Peeta wypija resztę wody i ponownie napełnia butelkę. Myje jeszcze twarz i ręce zanim rusza dalej.
- Czego teraz szuka? - pyta mnie Johanna, patrząc jak Peeta sprawdza każdy centymetr swojego otoczenia.
Przypominam sobie poczynania Peety z zeszłej nocy.
- Myślę, że szuka bezpiecznego miejsca, by się przespać. Co jest śmieszne, bo naliczyłam przynajmniej sześć drzew, na które mógłby się wspiąć.
- A dlaczego miałby to robić?
Patrzę na nią z rozbawieniem.
- Ponieważ wtedy nikt nawet nie próbowałby go zaatakować.
- A co jeśli zetną drzewo? - pyta Johanna i uświadamiam sobie, że dla kogoś takiego jak Johanna, w której dystrykcie zajmują się drewnem, to byłoby całkiem logiczne wyjście.
- Sadzę, że pnie tych drzew są tak grube, że nie powinniśmy się o to martwić - mówię.
Johanna parska śmiechem.
- Proszę cię, z dobrą siekierą ścięłabym dowolne z tych drzew w kilka minut.
- Martwiłabym się o to, gdybyś to ty była z Peetą na arenie, ale nie jesteś - przypominam jej. - Nie każdy potrafi obchodzić się z siekierą tak dobrze jak ty.
- I nie każdy potrafi się wspiąć na drzewo tak dobrze jak ty, mała wiewiórko - wytyka mi. - Wygląda na to, że twój chłopak woli spać na ziemi.
- Nie jest moim chłopakiem. - Patrzę jak Peeta w końcu znajduje bujny krzew i przegotowuje się do snu
- Zboczona - mówi z uśmieszkiem. - Wciąż pozwalasz mu na takie rzeczy? Może nie jesteś wcale taka niewinna jak wszyscy myślą.
- O czym ty mówisz?
Johanna śmieje się.
- Krąży plotka o tym, jak żegnałaś się ze swoim trybutem. Ze wszystkimi szczegółami. Powiem ci tylko, że powinnaś się wstydzić.
- Chyba w to nie wierzysz? - pytam, pewna, że się tylko ze mną droczy.
- Oczywiście, że nie - odpowiada. - Nawet nie wysłuchałabyś tej plotki bez zarumienienia się i wybiegnięcia z pokoju. Ale ludzi, którzy nie wierzą w tę plotkę mogłabym policzyć na palcach jednej dłoni. Więc dla dobra swojej reputacji, lepiej zacznij nazywać go swoim chłopakiem.
- Zapamiętam - mówię, patrząc jak Peeta w końcu znika w zaroślach. Jest bezpieczny, więc skupiam uwagę na Misu. Powrót do Rogu Obfitości powinien być krótki i łatwy, ale poparzonym i otumanionym od dymu zawodowcom zabiera kilka godzin. Obserwuję ich i zauważam, że dym wcale nie znika, tylko wciąż wisi w powietrzy i utrudnia oddychanie trybutom.
Marvel wstaje, gdy czworo trybutów w końcu dociera do obozowiska. Cato, najwyraźniej w złym humorze, mija go i bez słowa znika w namiocie.
- Co się, do cholery, stało? - pyta Marvel, gdy trzy dziewczyny do niego podchodzą. - Dym jest wszędzie!
- Naprawdę? Nie zauważyłam - mówi z sarkazmem dziewczyna z Czwórki. - Idę spać.
Marvel patrzy jak dziewczyna odchodzi i zwraca się od Misu i Glimmer, wciąż czekając na wyjaśnienia.
Gdy w końcu Glimmer przestaje kaszleć, odpowiada:
- Organizatorzy nasłali na nas ogień,
- Nie zapomnij o kulach ognia, które na nas leciały - mówi Misu i siada na ziemi. Ogląda poparzoną nogę i po raz pierwszy mogę zobaczyć jej obrażenia. Nie jest to najgorsza rana jaką kiedykolwiek widziałam, ale jest na tyle źle, że odwracam wzrok od ekranu.
- Wciąż jesteś tak bardzo wrażliwa? - pyta Johanna, zauważając, że odwróciłam wzrok. - Jak ty w ogóle polujesz?
- To co innego - mówię, ale jakoś nie potrafię stwierdzić na czym polega różnica.
Z powrotem spoglądam na ekran i cieszę się, że kamery nie pokazują już poparzeń Misu. Dziewczyna próbuje zmienić swoje na wpół spalone spodnie w szorty, a Marvel pochyla się, patrzy na jej nogę i gwiżdże.
- Wygląda paskudnie - mówi. - Boli?
- A jak myślisz? - warczy Misu, a w jej oczach błyszczą łzy. Nie pozwala sobie na płacz, za co minimalnie ją podziwiam,
- Więc dlaczego nie poprosisz swojego mentora o jakieś lekarstwo? - pyta Glimmer. - Po to są w końcu mentorzy.
- Masz rację - mówi Misu, uśmiechając się delikatnie. Potem mówi nieco głośniej. - Haymitch, Katniss, wyślijcie mi coś na to, dobrze?
- Dlaczego nie lubisz tego jakże czarującego dziewczęcia? - pyta mnie Johanna, przewracając oczami. Patrzy na mnie z zaskoczeniem, gdy włączam komputer. - Chyba nie zamierzasz jej niczego wysyłać?
- Nie chcę, ale wygląda na to, że muszę - mówię i zaczynam przeglądać spis prezentów. - W końcu poprosiła mnie i ma na koncie wystarczająco dużo pieniędzy.
- Ledwie wystarczająco - mówi Johanna, patrząc na ceny lekarstw.
- I dobrze - mówię, finalizując kupno lekarstwa. - Będę miała wymówkę, by nie wysyłać jej niczego więcej.
Patrzymy jak srebrny spadochron ląduje obok Misu, która natychmiast smaruje sobie maścią nogę i wzdycha z ulgą.
Glimmer wyciąga rękę po lekarstwo.
- Daj. Poparzyłam sobie dłonie.
- Nie! Zdobądź sobie własne - odpowiada Misu
- Dobra - mówi wściekła Glimmer, ale krótkie potrząśniecie głową Marvela uspokaja ją. - Więc zgadnij kto obejmuje pierwszą wartę. Chodź, Marvel.
Trybuci z Jedynki bez słowa znikają w swoich namiotach. Misu marudzi, ale zajmuje miejsce tak by widzieć cały obóz. Patrzę na ekran, ale czuję jak moje powieki robią się coraz cięższe. Wiem, że nie powinnam zasypiać, ale tak mi wygodnie.
Gdy się budzę, obok mnie siedzi Haymitch, a nie Johanna. Przecieram oczy, próbując się rozbudzić.
Haymitch spogląda na mnie
- Miło się spało?
- Jak długo spałam? - pytam, widząc, że na arenie jest już jasno.
- Prawie dwanaście godzin.
- Dwanaście? - jęczę. - Dlaczego pozwoliłeś mi spać tak długo? Czy coś się stało?
- Potrzebowałaś snu, skarbie - mówi. - A gdyby stało się coś złego, to bym cię obudził.
- Więc nic się nie działo?
- Zawodowcy ciągle się kłócą - mówi. - Wygląda na to, że ten dym w powietrzu wprawił ich w złe nastroje.
- Ale nie jest już tak gęsty jak ostatniej nocy - mówię, patrząc na ekran. – Musiał się trochę rozwiać.
- Ale wciąż ma na nich wystarczająco zły wpływ - mówi Haymitch i widzę, że wcale nie przesadza, bo każdy z trybutów ma problem z oddychaniem i poruszaniem się.
Haymitch opowiada jak zawodowcy zdecydowali się zapolować, a ranną Misu zostawili na straży w obozie. Nie była z tego zadowolona, ale nie sprzeciwiała się.
Peeta spędził cały dzień na poszukiwaniu wody. Niczego nie znalazł, więc Haymitch złamał się i wysłał mu butelkę wody.
Rozglądam się po pokoju, ale nigdzie nie widzę Johanny.
- Gdzie poszła Jo?
- Gdy wstałem, odesłałem ją by poszła odpocząć - mówi. – Najwyraźniej spędziła całą noc, pilnując Peety, Misu i ciebie.
- Muszę jej podziękować, gdy wstanie - odpowiadam.
I pierwszą rzeczą jaką robię, gdy Johanna pojawia się kilka godzin później, jest podziękowanie jej. Jest zażenowana i zbywa mnie, mówiąc, żebym nie robiła z tego wielkiej sprawy i że tak naprawdę, to nic nie zrobiła.
Kolejny nudny dzień mija na arenie i boję się, że Organizatorzy w końcu wezmą sprawy w swoje ręce, by uczynić Igrzyska ciekawszymi. Nagle patrzę jak Peeta niemal wpada do jeziora. Zbyt późno dociera do nas, że jest to jezioro przy Rogu Obfitości. Peeta jest po tej samej stronie jeziora co obóz zawodowców. Misu drzemie, więc go jeszcze nie zauważyła.
Peeta dostrzega ją i dociera do niego jego położenie. Na szczęście widać, że pamięta niektóre moje rady. Nie wie co zrobić, ale w końcu decyduje się napełnić butelkę wodą. Wlewa jodynę do butelki, gdy za jego plecami słychać kroki.
Wskakuje między najbliższe krzaki, a ja czuję jak moje serce zamiera, gdy słyszę głos Cato:
- Tutaj jesteś! Znalazłem cię!
