Śnieg sypał coraz mocniej i mocniej, ale pogrążony w myślach Blaine nie zauważył nawet gdy zaczęło się ściemniać. Parkowe alejki szybko opustoszały, mimo tego nie chciał jeszcze wracać do domu. Kiedy jednak mokre białe płatki zaczęły niemal zupełnie zasłaniać mu pole widzenia nie miał już większego wyboru. Strzepnął śnieg z płaszcza i skierował się do pobliskiej kawiarni. Lubił wstępować tutaj na filiżankę kawy po swoim rytualnym spacerze. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, na dworze rozpętało się piekło. Zadowolony, że w porę znalazł schronienie podszedł do młodziutkiej kelnerki Sugar, która zawsze uroczo rumieniła się na jego widok i poprosił o swój zwykły stolik.

- Dobry wieczór panie Anderson, bardzo mi przykro to mówić, ale pański stolik jest zajęty. Obawiam się, że wszystkie stoliki są zajęte, to przez tę pogodę. Chyba nic nie mogę w tej chwili zrobić... - Sugar odparła rozkładając bezradnie ręce. Blaine skrzywił się nieco, nie miał stanowczo ochoty wracać teraz na zewnątrz i nie byłoby to też specjalnie rozsądne. Nie pozostawiono mu jednak wyboru. Kiedy już odwrócił się na pięcie żeby wyjść, z prawej strony dobiegł go nieznany głos.

- Może pan przysiąść się do mnie. - Właścicielem nadzwyczajnie dźwięcznego głosu był mężczyzna, co zaskoczyło Blaine'a na tyle, że przystanął i nie wiedział jak zareagować. W jego głosie było coś niesamowicie intrygującego. Podobnie jak w wyglądzie, nieznajomy był dosyć ekscentrycznie ubrany, miał niezwykle jasną cerę, a jego fryzura zdawała się nie poddawać prawom grawitacji.

- To żaden problem i nie powinien pan teraz wychodzić, to trochę niebezpieczne. - Odezwał się, po raz kolejny wskazując zapraszającym gestem na miejsce naprzeciwko siebie. Nim Blaine zdążył się zorientować siedział przy stoliku, a Sugar stawiała przed nim ulubioną kawę. Mimowolnie skierował wzrok na swojego sąsiada, natrafiając przy tym na szkicownik leżący po jego stronie stołu. Na bieżącej stronie narysowany był akt, akt przedstawiający nagiego mężczyznę. Blaine głośno przełknął ślinę i mentalnie pacnął się w czoło, to oczywiste, że ten facet był gejem, a on skorzystał z jego zaproszenia i nie wiadomo jak teraz z tego wybrnie. Widząc jego nagłe zmieszanie i rumieniec na policzkach nieznajomy parsknął śmiechem. Blaine pomyślał, że gdyby można było przypisać dźwięk do kryształków cukru wirujących w jego filiżance to brzmiałby on właśnie tak.

- Wiem o czym pomyślałeś, ale bez obaw, to była tylko przyjacielska propozycja od nieznajomego, który nie chciałby żebyś utknął gdzieś w zaspie. Nie czuj się zobligowany, żeby ze mną rozmawiać. - Uśmiechnął się i zaczął rozcierać ołówek na kartce. Przez chwilę panowała między nimi niezręczna cisza, Blaine poczuł się jak dupek. Niewiele myśląc wyciągnął przed siebie dłoń.

- Blaine.

- Słucham? - Mężczyzna uniósł swoje niesamowicie błękitne oczy znad kartki.

- Mam na imię Blaine.

- Kurt. - Uścisnął jego dłoń i uśmiechnął się pod nosem. - Skoro kurtuazję mamy już za sobą, co wygnało cię z domu w taką pogodę, Blaine? - Wymówił jego imię tak jak gdyby chciał poczuć jego smak na swoim języku.

- Straciłem trochę poczucie czasu na spacerze.

- To musiałeś być nieźle zamyślony.

- Mam ostatnio sporo na głowie. A ty? Często tutaj bywasz?

- Lubię to miejsce, mam tutaj wenę do pracy. - Kurt odpowiedział wskazując na szkicownik.

- Ty... tutaj... - Blaine nieco się zmieszał wskazując na leżący wciąż między nimi rysunek z nagim mężczyzną. Kurt wybuchnął śmiechem.

- Nie, tego nie namalowałem tutaj. - Zaczął przerzucać strony i oczom Blaine'a ukazały się inne szkice, niektóre z nich przedstawiały Sugar przy pracy, inne ludzi siedzących przy stolikach, lub same dłonie trzymające filiżanki.

- Siedzisz więc tutaj i rysujesz przypadkowych ludzi? Płacą ci za to?

- Nikt nie jest przypadkowy, Blaine. - Sposób w jaki Kurt wymawiał jego imię sprawiał, że żołądek Blaine'a zawiązywał się na supeł. - Widzisz to miejsce ma to do siebie, że ludzie przychodzą tutaj, gdy potrzebują samotności i chcą coś przemyśleć, uporządkować. Wydaje im się, że kiedy tak siedzą w milczeniu przy stoliku nikt nie widzi tego co mają w głowie. Zdziwiłbyś się jak wiele można się nauczyć patrząc nieco dalej niż na czubek własnego nosa. - Mężczyzna sięgnął do leżącej obok krzesła torby i wyjął kolejny notes, szybko przerzucił kartki, aż znalazł rysunek, który chciał pokazać Blaine'owi.

- Spójrz. - Szkic przedstawiał twarz starszej kobiety, narysowany był z niezwykłą precyzją, jakby każda zmarszczka opowiadała historię targających nią emocji. - Ta kobieta zwykła przychodzić tutaj, bo w domu i tak nikt nie zwracał na nią uwagi. Straciła męża i musiała zamieszkać z rodziną córki. Opiekowali się nią jak mogli, ale nikt tak naprawdę jej nie widział. Patrzyli na jej twarz nie chcąc dopuścić do siebie bólu, którym była naznaczona. To nie prawda, że ludzie noszą maski, a przynajmniej nie zawsze. Zwykle po prostu inni boją się zajrzeć nieco głębiej. Jeżeli chcesz dobrze coś narysować musisz przyjąć do siebie ból tej osoby, uwolnić ją. - Powiedział uśmiechając się lekko. Blaine słuchał w skupieniu, nie chciał, żeby mężczyzna przestał mówić, jego słowa działały w dziwnie kojący sposób. Kurt jednak zaczął zbierać swoje rzeczy i pakować do torby. Nim Blaine otrząsnął się z tego dziwnego letargu jego towarzysz wstawał już od stolika.

- Zaczekaj! - Złapał mężczyznę za przed ramię nie zwracając uwagi na niestosowność tego gestu. - Zobaczę cię jeszcze? - Słowa wydostały się z jego ust zanim zdążył się nad nimi zastanowić. Kurt uśmiechnął się lekko i skinął głową.

- Będę tutaj jutro. Do zobaczenia, Blaine. - I nie oglądając się za siebie wyszedł.