Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie, że Cato nie mówi do Peety. Niechętnie przenoszę całą swoją uwagę na środkowy ekran, gdzie czterech zawodowców stoi pod ogromnym drzewem i spogląda w górę.

- Schodź, Jedenaście! – krzyczy Marvel. – Ułatw to nam, a obiecuję, że nie będzie bolało… za bardzo.

Kamera podjeżdża w górę i widzę Rue siedzącą prawie na czubku drzewa. Nie wygląda na ani trochę zainteresowaną propozycją Marvela.

Cato kopie pień, ale drzewo nie rusza się nawet na minimetr.

- Ona nie zejdzie?

- Może nie potrafi - mówi dziewczyna z Czwórki. - Niektóre głupie zwierzaki są czasami tak przerażone, że wspinają się wysoko, ale nie potrafią później zejść.

- Więc właź na to drzewo i dopadnij ją! - rozkazuje Cato.

- Teraz? - Dziewczyna potrząsa głową. - Jest za ciemno. Nie będę widziała co robię.

- Więc ty idź, Glimmer - mówi Cato, zwracając się do drugiej dziewczyny.

- Nie ma mowy. Jeśli chcesz ją dopaść, to sam tam właź - odpowiada Glimmer, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.

Cato aż kipi z wściekłości.

- Więc co? Tak po prostu ją zostawimy i wrócimy do obozu, bo tobie nie chce się wspiąć na drzewo?

Marvel odpowiada:

- Nie. Noc spędzimy tutaj. Upewnimy się, że nigdzie nie ucieknie, a rano jedna z dziewczyn wejdzie na drzewo i wykończy tę małą.

Nawet Cato musi przyznać, że plan Marvela nie jest głupi. Cała czwórka rozkłada się na ziemi, a dziewczyna z Czwórki bierze pierwszą wartę.

Jestem tak pochłonięta położeniem biednej Rue, że niemal przegapiam moment, w którym Peeta wychyla się ze swojej kryjówki.

Po jego minie widać, że jest świadom całej sytuacji. Spogląda w górę, szukając dziewczynki. Nie wiem czy ją widzi, ale na środkowym ekranie widzę, że Rue dostrzega jego, a uśmiech, który pojawia się na jej twarzy, niemal łamie mi serce. W tym momencie tak bardzo przypomina Prim, że to aż mnie fizycznie boli. Muszę sobie przypomnieć, że ta mała dziewczynka na drzewie, to nie moja siostra, że Prim jest bezpieczna w domu z mamą. Ale wcale nie czuję się lepiej.

- Ona myśli, że Peeta zamierza ją uratować - mówię do Haymitcha.

Haymitch wzdycha.

- I sądząc po jego minie, ma rację.

Spoglądam na Haymitcha.

- Nie, Peeta nie jest głupi. Raz to zrobił, ale wtedy miał okazję. Jakakolwiek próba uratowania jej teraz to niemal samobójstwo.

- Katniss - przerywa mi i niemal widzę jak obracają się trybiki w jego głowie. - On nie zamierza uciekać. Sama zobacz, on tam idzie.

- Dlaczego? - pytam i nienawidzę siebie za to, że mój głos załamał się w środku tego słowa. - Dlaczego on to robi?

- Bo jest dobrym facetem, skarbie - mówi, a w jego głosie pojawia się coś, czego nie potrafię zinterpretować. - I w jakiś sposób zdołał zachować tę część siebie w tej piekielnej dziurze.

- Powiedział mi, że nie chce zmieniać siebie tylko po to by przeżyć - przypominam sobie, a moje gardło niemal płonie, gdy mówię dalej. - Powiedział mi, że jeśli ma umrzeć, to umrze jako on.

- Wiem, że nie chcesz tego słyszeć - mówi Haymitch. - Ale to godne podziwu

- Nie chcę go podziwiać! - krzyczę, wyładowując moją złość na Peetę na Haymitchu. - Chcę, żeby przeżył! Powiedział mi, że mnie kocha, więc dlaczego nie stara się by do mnie wrócić?

- Nie wiem, skarbie.

Milczymy przez chwilę, groza tej sytuacji sprawia, że ciężko nam w ogóle o tym rozmawiać. Dziś nie pokazują podsumowania ostatniej doby. Obietnica śmierci Rue najwyraźniej wystarcza by uniknąć ingerencji Organizatorów.

Johanna znów do nas przychodzi i widzę po jej minie, że się o mnie martwi. Nie mogę znieść tych zaniepokojonych spojrzeń w moim kierunku, zarówno Johanny jak i Haymitcha.

- Idę do łóżka - mówię, bo już nie mogę z nimi wytrzymać ani chwili dłużej w jednym pomieszczeniu.

Wchodzę do pokoju i wspinam się na łóżko. Jestem bardziej zrozpaczona niż zaniepokojona wydarzeniami, które mają jutro nastąpić. Wiem, że Peeta narazi się na niebezpieczeństwo, mając w głowie jakiś szalony plan uratowania Rue i jestem przekonana, że to nie skończy się zbyt dobrze dla niego.

Nie spodziewam się zasnąć, ale w jakiś sposób moje emocjonalne wyczerpanie wygrywa i zasypiam.

Budzę się z łomotaniem serca i potem pokrywającym moje czoło. Przełykam głośno gulę, która urosła mi w gardle. Ten koszmar był szczególnie okropny i wiem, że to nie ostatni raz gdy mi się przyśnił. Patrzyłam w nim jak Peeta umiera setki razy i na setki różnych sposobów. Za każdym razem patrzył na mnie (jeśli wciąż miał oczy) i pytał mnie, dlaczego go nie ocaliłam. A ja jedynie mogłam ofiarować mu swoje przeprosiny.

Pościel jest wilgotna od mojego potu i nieprzyjemnie ciepła, więc szybko wstaję. Wychodzę z pokoju i widzę jak Johanna i Haymitch w milczeniu obserwują ekrany.

Nawet nie pytam czy coś przegapiłam, bo wiem, że obudziliby mnie, gdyby był jakiś problem. Siadam na krześle zwolnionym przez Johannę i spoglądam na ekran po lewej stronie, marząc by Peeta wyszedł z ukrycia, żebym mogła spojrzeć na jego piękną twarz zanim on poświęci się dla dziewczyny, która i tak prawdopodobnie zginie.

- Nie spał całą noc - informuje mnie Johanna. - Za każdym razem gdy już miał zasnąć, przytomniał i sprawdzał czy sytuacja się nie zmieniła.

Nawet nie daję jakiegokolwiek znaku, że usłyszałam jej słowa. Johanna naprawdę musi się o mnie martwić, skoro siedzi tu z nami zamiast zająć się swoimi sprawami.

Na szczęście oboje, zarówno Haymitch jak i Johanna rozumieją moją aluzję i siedzimy w ciszy dopóki słońce nie wschodzi nad areną. Wtedy Cato wstaje i budzi swoich kompanów.

- Wstawajcie - szepcze ostro. - No dalej, pobudka!

- Co się dzieje? - pyta Glimmer, przecierając oczy.

- Cicho - ucisza ją Cato. - Nie chcemy jej teraz obudzić.

Tak, myślę, bądźcie cicho. Może jeśli zawodowcy nie narobią hałasu, to Peeta nie zorientuje się, że coś się dzieje.

Cato podchodzi do dziewczyny z Czwórki i popycha ją w kierunku drzewa.

- Wspinaj się - rozkazuje.

- Dlaczego ja muszę to robić? - Nie wygląda na zachwyconą perspektywą dopadnięcia Rue.

- Bo ja tak powiedziałem - odpowiada Cato.

- Ale ja nie chcę - mówi dziewczyna. - Poza tym, sądzę, że wspinanie się na to drzewo jest złym pomysłem.

- Och, przestań jęczeć - mówi wkurzona Glimmer i podchodzi do drzewa. - Ja to zrobię.

Widać, że Glimmer nie ma tego doświadczenia we wspinaniu się na drzewa co ja. Jest ostrożna i potrzebuje czasu. Wspina się prawie do połowy, gdy łamie się pod nią pierwsza gałęź.

- Nie wiem czy dam radę wyżej - woła wystarczająco głośno by reszta zawodowców ją usłyszała.

Jednak nie tylko zawodowcy ją słyszą, bo Rue porusza się nieco na swojej gałęzi. W świetle poranka wyraźnie widzę jej twarz. Spogląda w dół i widzę panikę w jej oczach.

- Nie zatrzymuj się! Już jesteś blisko niej - krzyczy Marvel do trybutki ze swojego dystryktu, Jest podniecony, oczywiście, bo Glimmer nie brakuje już zbyt dużo by dopaść Rue.

Glimmer spogląda w górę na Rue i odpowiada lekko trzęsącym się głosem:

- Nie wiem czy dam radę. Chyba jestem za ciężka.

- Nie jesteś - mówi dziewczyna z Czwórki. - Więc przestań jęczeć i wspinaj się dalej.

- Nie, chyba zejdę na dół - odpowiada Glimmer.

- Jeżeli zejdziesz na dół bez dziewczynki, to cię zabiję - ostrzega Cato.

Nie ma żadnych wątpliwości, że Cato nie żartuje i jednak strach Glimmer przed Cato jest większy niż strach przed wspinaniem się wyżej. Zauważam, że Peeta wychodzi z krzaków i patrzy w górę na Rue. Mała dziewczynka spogląda na niego i delikatnie potrząsa głową.

- Posłuchaj jej, Peeta - mówię, nie mogąc się powstrzymać. - Nie możesz zrobić nic by ją uratować i ona o tym wie.

Kiedy ramiona Peety opadają, jestem, przekonana, że być może dziewczynka w jakiś sposób do niego dotarła. Ale Peeta wyciąga nóż i podchodzi do zawodowców, którzy stoją do niego tyłem.

Oczy Rue rozszerzają się ze strachu.

- Nie! Czekaj! - krzyczy nagle Rue. - Nie ruszaj się!

Peeta zamiera, ale szybkie spojrzenie na Rue upewnia go, że Rue krzyczała do Glimmer. Kamera pokazuje gniazdo os wiszące na końcu gałęzi niedaleko głowy Glimmer i już wiem dlaczego Rue wygląda na tak spanikowaną.

- Nie sądzicie, że to są osy gończe, prawda? - pytam, próbując utrzymać spokojny ton. - Czy mogą mieć aż takiego pecha?

- To arena - przypomina mi Johanna. - Jestem prawie pewna, że to nie są zwykłe osy

- Nie mogą być - mówię z desperacją. - Osy gończe są bardzo agresywne. Jeśli to są one to zaatakowałyby do tej pory.

- Są pewnie oszołomione dymem. - Haymitch pokazuje na ekran, na którym widać kilka os latających wokół gniazda. Natychmiast rozpoznaję ogromne złote ciała. To z całą pewnością są osy gończe. Czuję jak ściska mnie w dołku na samą myśl o nich.

Nieszczęśliwie, tylko Peeta i Rue zauważają to gniazdo. Glimmer ignoruje Rue i chwyta się gałęzi, na której wisi gniazdo i próbuje się podciągnąć. Gałęź lekko pęka, a ruch wywabia więcej os z gniazda.

Rue znów spogląda na Peetę i krzyczy:

- Uciekaj!

Na szczęście, Peeta jej słucha. Zaraz po tym jak wraca do swojej kryjówki, gałęź łamie się i spada na ziemie, tak samo jak Glimmer.

Wszystko dzieje się tak szybko, że mam problem by nadążyć. Glimmer i gałąź lądują na dziewczynie z Czwórki. Marvel i Cato wyglądają jakby chcieli im pomóc, ale osy gończe zauważają ich.

Większość os jest bardziej zainteresowana dwoma dziewczynami leżącymi u stóp drzewa, ale niektóre ruszają w kierunku Marvela i Cato. Chłopcy zauważają je i zaczynają uciekać.

I wtedy osy zaczynają żądlić. Dziewczyny krzyczą tak głośno, że słyszy ich nawet Misu po drugiej stronie jeziora. Podchodzi bliżej brzegu i zwęża oczy, próbując zobaczyć co się dzieje. Cato i Marvel biegną przez krzaki, w których ukrył się Peeta. Oboje krzyczą z każdym użądleniem. Wskakują do jeziora i przez chwilę zostają pod powierzchnią. Osy latają złowieszczo nad miejscem gdzie zniknęli, a po chwili odlatują.

Dziewczyny nie mają tyle szczęścia i krzyczą nieprzerwanie. Rozlega się wystrzał armaty, który trudno usłyszeć poprzez szloch Glimmer. Ale w końcu i ona cichnie. Drugi armatni wystrzał oznajmia śmierć ślicznej dziewczyny z Pierwszego Dystryktu.

Misu staje nad brzegiem jeziora i pomaga Cato i Marvelowi wyjść z wody. Przepłynięcie jeziora i użądlenia dały im się bardzo we znaki.

- Co się stało? - pyta Misu, gdy chłopcy siadają na ziemi, próbując złapać oddech. - Gdzie dziewczyny?

- Nie słyszałaś armat? - warczy Cato, dotykając miejsca za uchem, gdzie użądliła go osa i które szybko puchnie.

- Nie żyją? - pyta Misu z niedowierzaniem. - Jak?

- Osy gończe - odpowiada Marvel, kładąc się na ziemi. - Ile wystrzałów słyszałaś?

- Dwa - mówi.

- To znaczy, że ona nadal żyje - mówi Cato z widoczną furią.

- Kto?

- Ta mała dziewczynka z Jedenastki - wyjaśnia Marvel, zamykając oczy.

Misu śmieje się, a chłopcy dziwnie na nią patrzą.

- Czekajcie. Chcecie mi powiedzieć, że to dziecko to wszystko spowodowało?

- Zamknij się - rozkazuje Cato i próbuje się podnieść. Okazuje się, że coś jest nie tak z jego nogą i musi czołgać się do obozu. Marvel podąża za nim, również nie mogąc iść samodzielnie.

Misu patrzy na nich ponuro.

- Chwileczkę, czy to znaczy, że wciąż jestem na warcie? - Nikt jej nie odpowiada, więc siada na ziemi z jeszcze bardziej ponurą miną. - Świetnie, po prostu wspaniale.

W tym czasie Peeta wychodzi z krzaków i podchodzi do drzewa, na które wspięła się Rue. Osy gończe odleciały i Peeta przez moment ocenia straty. Jego twarz lekko zielenieje na widok zwłok dwóch dziewczyn.

- Rue? - woła Peeta, spoglądając w górę. - Jesteś tam?

- Peeta? - odpowiada Rue i zaczyna schodzić z drzewa. - Jesteś cały? Nie użądliły cię?

- Nie, wszystko w porządku - mówi. - A ty?

- Mnie też nie użądliły - mówi, potrząsając głową i schodząc w dół. Jej umiejętności wspinaczkowe są dużo większe niż moje. Jednak zadowolenie Rue jest przedwczesne. Jest mniej więcej cztery stopy nad głową Peety, gdy samotna osa gończa wylatuje spomiędzy liści i żądli Rue w łydkę. Ból powoduje, że Rue zwalnia uchwyt i spada. Peeta łapie ją, delikatnie siada z nią na ziemi i zaczyna ją badać.

- Użądliła się? - pyta Peeta i Rue pokazuje Peecie użądlenie. Twarz Peety wyraża pełną koncentrację.

- Muszę wyciągnąć żądło

Rue kiwa słabo głową i odpowiada:

- Wiem.

- Przepraszam jeśli zaboli - mówi, a Rue zamyka oczy. Peeta bierze to za sygnał i wyciąga żądło z nogi Rue. Zielona maź zaczyna wypływać z rany. Peeta spogląda szybko na Rue, a potem rozgląda się po okolicy. Niepokoi się coraz bardziej z każdym kolejnym jękiem bólu Rue.

- Mądry chłopiec - mówi cicho Haymitch i spoglądam na niego przelotnie, ale wystarczająco długo, by zauważyć dumę w jego oczach.

- Okej, myślę, to najlepsze co mogę w tej chwili zrobić - mówi Peeta, podnosi Rue i rusza truchtem z dziewczynką w ramionach.

- Peeta... - z ust dziewczynki wydobywa się zaledwie szept. Peeta przyciska Rue mocniej do siebie.

- Cicho... - mówi, nadal biegnąc. - Najpierw wydostańmy się stąd, dobrze?

- Dobrze - mówi cicho Rue.

Patrzymy jak Peeta biegnie przez las z Rue w ramionach. Imponuje mi jego siła i wytrzymałość. Sądząc po zmieszaniu na koncie Peety, nie tylko mi.

- Nie mogło się ułożyć lepiej - mówi Haymitch, rozpościerając się na krześle.

- Prawda - zgadza się Johanna. - Wydostał się stamtąd bez ani jednego użądlenia podczas gdy zawodowcy stracili dwójkę swoich ludzi.

- Nie wierzę, że nic mu się nie stało - wyduszam z siebie. Byłam taka pewna, że Peeta dzisiaj zginie i nie potrafię przyjąć do wiadomości, że na razie nie grozi mu niebezpieczeństwo. Ostatkiem sił powstrzymuje się przed wybuchnięciem płaczem. Biorę głębokie wdechy, starając się odzyskać panowanie nad sobą.

Johanna przygląda mi się uważnie, a po chwili zwraca się do Haymitcha i mówi:

- Wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze?

- Że być może mamy godzinę spokoju zanim Katniss znów będzie miała kryzys emocjonalny? - zgaduje Haymitch.

- Nie, ale to też dobre - przyznaje. - Miałam na myśli to, że Finnick właśnie stracił swoją trybutkę, więc następnym razem gdy Katniss rozpadnie się na kawałki, pozwolimy mu się nią zająć.

- Dobry plan - mówi Haymitch.

- Tak sądziłam.

- Bardzo śmieszne. Po prostu zamknijcie się ,oboje - mówię, marszcząc brwi. Śmieją się, a ja wiem, że będzie jeszcze gorzej, gdy dołączy do nas Finnick.

- Skoro Finnick wypadł z gry, czy to oznacza, że poświęcisz nam cały swój czas? - pyta Haymitch Johanny.

- A co mam lepszego do roboty? - odpowiada Johanna. - Jestem głodna. Możemy teraz zamówić śniadanie?

- Śmiało - mówię, ponownie skupiając się na Peecie. Wciąż biegnie jak wariat. Rue skuliła się w jego ramionach, przez co wygląda na jeszcze drobniejszą niż jest w rzeczywistości.

Nietrudno zauważyć, że zaczęły się halucynacje, bo Rue bełkocze i szarpie się w ramionach Peety. Chłopak uspokaja ją i zaczyna biec jeszcze szybciej.

Przygryzam usta.

- Myślicie, że ona umrze?

- Nie wiem - odpowiada Haymitch, spoglądając na mnie. - Ale wątpię, tylko raz została użądlona.

- Ale jest taka drobna - mówię.

- Ty też taka byłaś jak trafiłaś na arenę - przypomina mi Johanna. - Ale to nie powstrzymało cię przed byciem bardzo twardym małym czymś.

- Poza tym, Peta wyjął żądło i wycisnął trochę jadu z jej rany - mówi Haymitch. - Będzie okropnie cierpiała, ale przeżyje.

Robi mi się niedobrze na myśl o samej sobie, bo wieść o przetrwaniu Rue przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Nie mogę się powstrzymać i myślę, że Peecie byłoby łatwiej gdyby Rue umarła. Ale wiem, że to okropne z mojej strony i Peeta pewnie by mnie znienawidził gdyby o tym wiedział.

Peeta zatrzymuje się dopiero po kilku godzinach nieustannego biegu. Kładzie Rue na ziemi i sprawdza jej nogę. Użądlenie spuchło tak, że kształtem przypomina ogromną śliwkę. Peeta ściska znów miejsce użądlenia i pojawia się kilka kropel zielonego płynu.

Wyciąga butelkę wody i próbuje napoić Rue, ale w jej stanie jest to strata czasu. Chowa butelkę do plecaka i wyciąga paczkę krakersów, w których nie miałam zielonego pojęcia. Próbuje nakarmić Rue, ale bez powodzenia. Zjada sam, zostawiając trzy krakersy, które chowa do plecaka.

Znów zaczyna biec z Rue w ramionach, jednak już nieco wolniej. Nie wiem w jaki sposób jest w stanie biec dalej, w dodatku niosąc inną osobę. Robi mało postojów, za każdym razem próbuje napoić i nakarmić Rue. Kilka razy udało mu się wmusić w Rue trochę wody wtedy gdy mijała jedna halucynacja a zaczynała się następna i w ten sposób po południu jego butelka jest pusta.

Na szczęście, w niecałą godzinę znajduje strumień. Ulżyło mu tak jak mi, gdy patrzę na ten strumień. Kładzie Rue na ziemi, a sam idzie oczyścić wodę i napełnia nią butelkę.

Podczas gdy Peeta próbuje złapać rybę, drzwi do naszego mentorskiego stanowiska otwierają się i wchodzi Finnick, odświeżony i w dobrym humorze.

- Więc wypadłem z gdy - mówi. Siada na kanapie obok Johanny i opiera głowę o jej ramię, ale Johanna go odpycha. - Jestem zrozpaczony, pocieszycie mnie?

- Mamy pełne ręce roboty z Małą Panną, Która Ma Huśtawki Nastrojów - mówi Johanna. - Miałam nadzieję, że ty się nią zajmiesz.

- Och, mała wiewiórko - mówi Finnick, spoglądając na mnie. - Co cię tak nakręciło? Twój chłopak jest bezpieczny i jakby tego było mało, ja jestem tutaj. Powinnaś tryskać radością.

Postanawiam ignorować większość jego komentarza.

- Przecież wiesz, że to nieprawda.

- Co jest nieprawdą? - pyta mnie Finnick.

- Powiedziałeś, że Peeta jest bezpieczny, a to jest kłamstwo. Pozostaje w niebezpieczeństwie tak długo jak jest na arenie - mówię, patrząc na ekran, gdzie Peeta niesie złapane ryby do Rue.

- Tu masz rację - przyznaje Finnick, kiwając głową. - Ale jest w lepszej sytuacji niż zeszłej nocy, więc może powinnaś się z tego cieszyć.

- Myślę, że będę się cieszyć, jak Peeta wyjdzie stamtąd żywy - mówię. Nie rozumiem go, ze wszystkich ludzi to on powinien wiedzieć, przez co teraz przechodzę.

- Ale jesteś marudna - mówi, wydymając usta. - Myślałem, że będziesz w lepszym nastroju po całej nocy upojnego seksu z tym chłopakiem .

Johanna i Haymitch chichoczą, a ja chowam twarz w dłoniach.

- Nie mów tak! Zwłaszcza, że wiesz, że to nieprawda.

- Jeśli jest to totalne kłamstwo, to dlaczego tak wściekle się rumienisz? - pyta mnie Finnick. - Najwyraźniej coś musiało się wydarzyć, że tak reagujesz i to musiało być coś naprawdę sprośnego...

- Finnick! - wykrzykuję, a moje policzki płoną.

- Jedynym sposobem, abym uwierzył, że te plotki to tylko plotki, jest powiedzenie mi, co tak naprawdę się wydarzyło pomiędzy wami wtedy na dachu.

- Nic się nie wydarzyło - mówię, a Finnick parska ironicznie śmiechem. - Nic czym byś był zainteresowany. Tylko się pocałowaliśmy.

- To musiał być niezły pocałunek skoro tak się uśmiechasz - mówi Johanna.

- Możemy o tym nie rozmawiać?

- A przestaniesz nam uprzykrzać życie? - Nienawidzę gdy Finnick odpowiada pytaniami na moje pytania.

- Będę bardziej radosna, gdy Peeta przetrwa ten horror na arenie - mówię z sarkazmem.

- Utrzymaj to nastawienie, a dołączę do drużyny Gloss i Cashmere - ostrzega mnie Finnick. Wiem, że to pusta groźna, bo Finnick często narzeka na dziwne deszcze, które zawsze przechodzą go w towarzystwie rodzeństwa.

- Nie, zostań - mówię, bo to prawda. W jakiś sposób zdołał mnie rozweselić, nawet jeśli tylko odrobinkę.

- Więc chyba zostanę - mówi uśmiechając się do mnie. - Ale tylko dlatego, że tak ładnie prosisz.

- Hej! - wykrzykuje nagle Johanna. - Zbliżamy się do finałowej ósemki!

Szybko liczę w głowie pozostałych trybutów.

- Masz rację. Więc pewnie jutro zaczną robić wywiady.

Cała trójka odwraca się w moim kierunku i widocznie oczekują jakiejś mojej reakcji.

- Co? - pytam w końcu, zdenerwowana ich spojrzeniami.

- Chyba czekaliśmy na to, kiedy zdasz sobie sprawę, że do ciebie pierwszej przyjdą jeśli chodzi o wywiad o Peecie - mówi Johanna.

Och. O tym nie pomyślałam.