Na prośbę Peety, Rue opowiada mu wszystko co pamięta o obozie zawodowców nad brzegiem jeziora. Wygląda na to, że Rue spędziła dużo czasu, ukrywając się w koronach drzew rosnących przy jeziorze i zgromadziła dużo informacji o zawodowcach. Peeta słucha jej uważnie i odzywa się jedynie gdy chce o coś zapytać lub potrzebuje bardziej szczegółowego opisu.

Kiedy Rue kończy mówić, Peeta kiwa głową.

- Myślę, że powinniśmy już ruszać, jeśli chcemy dotrzeć do jeziora i nie chcemy iść w nocy.

- Dobrze - mówi Rue i oboje pakują do swoich plecaków trochę jagód i napełniają butelki wodą zanim wyruszają.

Sądząc, że ich najbliższe chwile nie będą zbyt ciekawe, postanawiam zdrzemnąć się chwilę. Wiem, że później będę się za bardzo martwiła bezpieczeństwem Peety by spać, więc korzystam z faktu, że nadal jestem jeszcze w miarę spokojna.

W jakiś sposób przesypiam całe cztery godziny. Nie spałam tak dobrze od dożynek i wiem, że to uczucie nie potrwa długo.

Wchodzę do pokoju, oczekując na mentorskim stanowisku trójki ludzi, jednak dołączyła do nich jeszcze jedna osoba. To ona zauważa mnie pierwsza i uśmiecha się do mnie zanim przenosi swoją uwagę na ekran.

- Cześć Mags - mówię, ujawniając swoją obecność, jednak nawet nie zwracają na mnie uwagi. – Co się dzieje?

- Zastanawialiśmy się, kto ma iść ciebie obudzić - mówi Johanna. - Misu i chłopacy znaleźli chłopaka z Dziesiątego Dystryktu.

Siadam na wolnym krześle i próbuję sobie przypomnieć tego chłopaka.

- To ten, który kuleje, tak?

- Tak - mówi Finnick. - Misu, Cato i Marvel kłócili się ponad pół godziny, kto go zabije.

- Misu zakończyła swój udział w kłótni - mówi Haymitch - mówiąc, że nieważne kto kogo zabije pod warunkiem, że ona dostanie Peetę.

- Oczywiście, że tak - mówię. - Jeśli chodzi o Peetę, to tylko jedno ma na myśli, prawda?

Mags mamrocze coś pod nosem, ale nie jestem w stanie jej zrozumieć, więc patrzę na Finnicka by mi przetłumaczył.

- Mówi, że Misu jest zbyt ładną dziewczyną by być tak brzydką w środku - mówi. - I myślę, że masz rację, Mags.

- Ja nie uważam, że jest ładna - mówię. Na nieszczęście moja opinia spotyka się z wymianą rozbawionych spojrzeń pozostałych. - Okej, w porządku. Jest ładna, ale nie aż tak jak ona sama sądzi.

Nikt nie komentuje moich słów, wiec w milczeniu obserwujemy jak Cato i Marvel nadal kłócą się o prawo do morderstwa. Misu wygląda na znudzoną, więc sądzę, że jeszcze trochę i sama zabije tego chłopca.

- Wystarczy - mówi, sycząc na kłócących się chłopaków. - Dlaczego oboje go nie zabijecie?

- I co? Podzielimy się jego zabójstwem po równo? - pyta Marvel i razem z Cato śmieją się.

- Cóż, jeśli nie zrobicie tego szybko, to jeszcze wstanie i ucieknie, a my znowu będziemy musieli go szukać - szepcze gorzko Misu.

- Widziałaś jego stopę? - przypomina Cato. - Zastanawiam się jakim cudem przetrwał tak długo.

- Ale mogłoby być zabawnie patrzeć jak próbuje uciec - mówi Marvel ze złośliwym uśmieszkiem. Cato natychmiast się do niego odwraca.

- Możesz mieć rację. Po prostu zobaczymy, kto wtedy go zabije.

Marvel i Cato robią mnóstwo hałasu, a chłopiec z Dziesiątego Dystryktu wstaje i rozgląda się wokół, przerażony. Gdy tylko zdaje sobie sprawę, z której strony dochodzi hałas, próbuje uciekać w przeciwnym kierunku. Jego zniekształcona stopa jest niemałym utrudnieniem i tak samo jak Cato, zastanawiam się, jakim cudem ten chłopak tak długo przeżył

Nic zaskakującego, że chłopak nie uciekł daleko, kiedy Cato i Marvel zaczynają go gonić. Cato jest nieco szybszy od Marvela, ale Marvel rzuca w chłopaka oszczepem, który przeszywa go na wylot. Chłopak z Dziesiątki upada, a Cato zatrzymuje się, rozeźlony.

- Oszukiwałeś! - oskarża Marvela.

- Nie oszukiwałem. Przepraszam, że zapomniałeś, że jestem dobry w rzucaniu szczepem - mówi Marvel, podchodząc do umierającego chłopca. Opiera stopę na plecach chłopaka i wyciąga z niego oszczep. Potem znowu wbija oszczep w chłopaka.

- To już trzecie na moim koncie.

Cato uśmiecha się.

- Ja mam już cztery.

- Nie masz - zaprzecza Marvel. - Kogo?

- Chłopak z Piątki, dziewczyna z Dziesiątki i oboje z Ósemki - mówi Cato, wyliczając swoje ofiary na placach.

- Dziewczyna z Ósemki nie liczy się jako twoja - mówi Marvel, gdy rozlega się armatni wystrzał oznaczający śmierć chłopaka z Dziesiątki. Kuca i wyciera zakrwawiony oszczep o koszulkę martwego chłopaka. - To Misu ją wykończyła, wiec to poszło na jej konto. Między nami jest remis.

Cato parska, ale Misu uśmiecha się.

- To znaczy, że ja też mam trzy. Ale tylko ja, jak do tej pory, zdołałam zabić zawodowca.

Mags mamrocze pod nosem coś o Misu i jej zadowoleniu z siebie. Bełkocze też, że jeśli Misu nie będzie zbyt ostrożna, to wpakuje się w kłopoty.

Cato nie wygląda na zbyt zadowolonego komentarzem Misu, ale Marvel uśmiecha się.

- Jak tak naprawdę się zastanowisz, to prowadzi Glimmer z czterema zabójstwami, a połowa z nich to zawodowcy.

- Sama się zabiła - protestuje Misu. - To się nie liczy!

- Liczy się - mówi Cato i wygląda na bardziej uspokojonego niż na myśl o Misu na prowadzeniu. - Wyczyściłeś już swój oszczep? Musimy wracać do obozu zanim się ściemni.

- Tak, tak - mówi i wstaje. - Chodźmy.

We trójkę kierują się do swojego obozu, a ja przenoszę swoją uwagę na Rue i Peetę. Są już niedaleko obozu zawodowców. Peeta stoi u podnóża drzewa, a Rue najwyraźniej wspina się do góry. Widzę jak porusza się po drzewie. Po chwili, ostrożnie schodzi w dół.

- Coś się zmieniło? - pyta Peeta i pomaga jej zejść.

Dziewczyna potrząsa głową, gdy tylko jej stopy dotykają ziemi.

- Nie, ale wygląda na to, że nikogo nie ma w obozie. Nie widziałam żadnego poruszenia, nawet gdy zabrzmiał armatni wystrzał.

- To dobrze - mówi Peeta, kiwając głową. - To znaczy, że zostawili obóz bez opieki.

Rue milczy przez chwilę, po czym pyta:

- Jak myślisz, dla kogo był ten armatni wystrzał?

Peeta wzdycha.

- Nie wiem, ale raczej dla nikogo z paczki zawodowców.

- Nie jesteśmy tego pewni - mówi Rue.

- Dokładnie - odpowiada, uśmiechając się. - Zostaliśmy z Dziewczyną z Piątki, chłopakiem z Dziesiątki i twoim partnerem z Dystryktu.

Rue poważnieje.

- Mam nadzieję, że to nie Thresh zginął.

Peeta przyklęka na jedno kolano i przytula Rue.

- Ja też. Byliście ze sobą blisko, gdy byliście jeszcze w Jedenastce?

Rue potrząsa przecząco głową.

- Nie znałam go dopóki nie zostaliśmy wylosowani. Jestem pewna, że mieszkał w innej sekcji niż ja. Ale nie był dla mnie niemiły na treningach i jest dobrym człowiekiem. Myślę, że ty i Thresh zostalibyście przyjaciółmi w innym miejscu i o innym czasie.

- Nie ma sensu teraz o tym myśleć - mówi Peeta i spogląda na nocne niebo. - Niedługo rozbrzmi hymn, przekonamy się, kto zginął.

Rue kiwa głową i siada na ziemi przed Peetą.

- Cieszę się, że ze mną jesteś, Peeta.

Peeta wygląda na zaskoczonego i przytula ją do siebie jeszcze raz.

- Cieszę się, że ze mną jesteś, Rue.

Kilka minut później hymn dobiega końca i na niebie pojawia się zdjęcie chłopaka z Dziesiątego Dystryktu, a Rue wybucha płaczem.

Peeta patrzy na nią z troską.

- Wszystko w porządku?

- Tak. Czuję się okropnie, bo cieszę się, że to nie był Thresh - szlocha Rue. - Nie powinnam się tak czuć. Ten chłopak, który zginął, też był człowiekiem, miał rodzinę, przyjaciół, którzy go kochają i tęsknią za nim, a mi nie zależało na nim wystarczająco by życzyć mu bezpieczeństwa. Jestem okropną osobą.

- Cicho... nie myśl tak - mówi Peeta i przytula ją do siebie. - Nie jesteś okropną osobą, Rue. Spójrz na siebie, płaczesz nad jego stratą.

- Na to wygląda - mówi, pociągając nosem. - Nie lubię tego miejsca. Nie lubię tego, co mi robią.

- Wiem, co masz na myśli.

- Chciałabym, żebyś nie wiedział - mówi Rue i zaczyna ziewać. To zamyka ten temat. - Jestem zmęczona.

- Nie jestem zaskoczony - mówi i wyciąga rzeczy z plecaka. - To był długi dzień i dużo chodziliśmy.

- Weź - mówi Rue, gdy Peeta podaje jej śpiwór. - Ja spałam w nim wczoraj. Poza tym, nie zabiorę go ze sobą na drzewo.

- Dobra - mówi, ale ściąga kurtkę i podaje Rue. - Weź chociaż to. Noce są coraz chłodniejsze i zmarzniesz.

- A ty? - pyta Rue i z wahaniem bierze od Peety kurtkę. Marszczy brwi na widok cienkiej koszulki, którą Peeta ma na sobie. - Nie chcę, żebyś zmarzł.

- Nie martw się o mnie. Zaraz wejdę do śpiwora, więc będzie dobrze - mówi.

- Okej.

Johanna chichocze radośnie.

- Och, och, wiewiórko. Twój chłopak właśnie dał swoją kurtkę innej dziewczynie.

- Masz rację, Jo! - Finnick podskakuje. - Wygląda na to, że nasz mały Peeta ma coś w sobie z łamacza serc.

Przewracam oczami, co sprawia, że oboje się śmieją.

- Zamknijcie się. Upewnia się, że Rue nie zmarznie na tym drzewie. To słodkie, że tak o nią dba.

Haymitch kryje uśmiech.

- Może powinnaś wysłać mu coś, co przypomni mu, że tkwisz tutaj i na niego czekasz?

- Nawet nie zaczynaj - mówię. - Wystarczy już, że ta dwójka mi dokucza. Nie wyskakuj i nie podsuwaj im pomysłów.

Mags posyła mi bezzębny uśmiech i mówi, że droczą się ze mną tylko dlatego, że mnie tak bardzo kochają.

- Wiem - mówię. - Ale to nie zmienia faktu, że chcę, aby przestali to robić.

Magd odwraca się do nich, mamrocze coś, czego nie jestem w stanie zrozumieć, ale sądząc po ich minach, nie jest to zbyt miłe.

- Mags, daj spokój, nie sądzę... - zaczyna Finnick, ale przerywa, gdy Mags posyła mu wymowne spojrzenie. Wzdycha i spuszcza głowę jak dziecko, które dostało kazanie od rodzica. - Przepraszam za drażnienie się z tobą, Katniss.

- W porządku - mówię, próbując zachować neutralny wyraz twarzy. Jeśli Finnick przyłapie mnie na cieszeniu się z jego niedoli, to nie skończy się dla mnie dobrze.

Johanna mamrocze szybkie przeprosiny, które ledwie słyszę, ale Haymitch milczy. Gdy Mas na niego patrzy, on wzrusza ramionami.

- Może jesteś w stanie przestraszyć młodych - mówię. - Ale minęło już dużo czasu odkąd ktokolwiek był w stanie mnie zastraszyć

Mags dalej na niego patrzy, a Haymitch próbuje ją ignorować. Nie wychodzi mu to, bo zaczyna się wiercić pod wpływem spojrzenia Mags.

- Dobra, dobra... Przepraszam, skarbie - mówi, nawet na mnie nie patrząc. - Jesteś teraz zadowolona, Mags?

Sądząc po wyrazie jej twarzy, jest bardzo zadowolona. Wstaje i całuje każdego z nas w czoło i mamrocze, że musimy bardziej o siebie dbać. Obiecujemy, że będziemy i Mags kiwa głową, a potem wychodzi.

Milczymy, patrząc jak Peeta i Rue przygotowują się do nocy. Schowali się w swoich kryjówkach, wiec skupiam swoją uwagę na moim drugim trybucie. Razem ze swoimi dwoma towarzyszami wraca do obozu, którego nikt nie ruszał.

Cato znów próbuje rozdzielić wartę, ale Marvel próbuje mu to wyperswadować.

- Nie, Cato - mówi. - Wszyscy jesteśmy zmęczeni i wszyscy potrzebujemy odpoczynku jeśli zamierzamy iść jutro na polowanie. Poza tym, każdy z nas ma lekki sen, więc usłyszymy kłopoty z odległości mili.

Cato wciąż wygląda na nieprzekonanego, ale zgadza się, gdy zaczyna ziewać.

- Więc chodźmy spać.

Marvel wchodzi sam do jednego namiotu, a Misu i Cato wchodzą do drugiego. Kamera skupia się na drugim namiocie. Chłopak zaczyna wsuwać się do swojego śpiwora, a Misu usiłuje wejść do niego razem z nim.

- Pomyślałam, że może chciałbyś odreagować część swojej frustracji, że to nie ty zabiłeś tego chłopaka - mruczy i zaczyna podciągać koszulkę Cato.

Chłopak mocno ją od siebie odpycha.

- Co ty wyprawiasz?

Przez milisekundę złość widoczna jest na jej twarzy, ale szybko zastępuje ją uśmiechem.

- Pomyślałam, że rozerwiemy się nieco przed snem. Powinniśmy uczcić fakt, że zostało tylko czterech słabeuszy do wykończenia.

Jednak Cato nie jest w nastroju.

- Jeśli nie umiesz się zachować, to śpij na zewnątrz. Potrzebuję każdej minuty snu, jeśli nie chcę by Marvel zabił kolejnego trybuta i mnie wyprzedził.

Misu wydyma usta, ale wczołguje się do swojego śpiwora.

- Myślałam, że spuszczenie trochę pary spowoduje, że będziesz lepiej spał.

- Czy ty myślisz tylko o seksie? - pyta kpiąco Cato, ale Misu nie odpowiada. - W porządku, może tak? Obiecuję, że dam jedno dobre rżnięcie zanim cię zabiję. Może być?

- Po prostu świetnie - mówi z tak wyraźną groźbą w głosie, że jestem zaskoczona, że Cato jej nie wychwycił.

Gdy moi trybuci zasypiają (a przynajmniej tak mi się wydaje), wysyłam Haymitcha do łóżka. Johanna mówi, że jest wciąż zmęczona pomimo jej wcześniejszej drzemki i znika w drugim pokoju wypoczynkowym.

Milczymy przez chwilę, a na ekranach widać urywki rzezi pod Rogiem Obfitości. Jak zwykle, gdy na arenie nie dzieje się nic ciekawego, Organizatorzy pokazują momenty śmierci zabitych jak dotąd trybutów. Gdy pokazują śmierć trybutki Finnicka, on w końcu przełamuje ciszę.

- Musiało ci ulżyć, kiedy Snow odwołał licytację o twój pierwszy raz, co? - mówi. Nie wierzę, że tak długo zwlekał z tą rozmową. Może dlatego, że nie opowiedziałam mu wszystkich szczegółów mojej rozmowy z prezydentem Snowem.

- Trochę, ale sądzę, że planuje dla mnie coś, co sprawi, że będę żałować, że tej licytacji nie było - mówię.

- Możesz się o to założyć - mówi Finnick, a ja doceniam to, że jest ze mną szczery. - Kosztowało go to sporo pieniędzy, gdy rozeszło się, że straciłaś swoje dziewictwo z Peetą.

- Ja nic nie zrobiłam - kłócę się, chociaż wiem, że to bezcelowe. - Taygen Torrklin po prostu źle zrozumiał moje słowa.

- Wiem - mówi Finnick. - Ale wiem też, tak jak ty powinnaś, że Snow zwali winę na ciebie.

- To niesprawiedliwe - jęczę.

- Oczywiście, że nie - zgadza się ze mną i wzdycha w taki sposób, jak zawsze gdy ma powiedzieć coś, co mi się nie spodoba. - Być może byłoby lepiej dla Peety, gdyby nie przeżył.

- Co?

- Przepraszam, że to mówię, Katniss i uwierz mi, też mi się to nie podoba - mówi ze smutkiem w oczach. - Ale musisz to usłyszeć. Jeśli Peeta zostanie zwycięzcą, jego życie nigdy nie będzie szczęśliwe.

- To nieprawda!

- Wiesz, że tak. Jest przystojny, czarujący i cały Kapitol się w nim kocha. Jego opiekuńczość wobec Rue tylko uczyniła go bardziej pożądanym - mówi Finnick. - Jak myślisz, ile potrwa, zanim Snow sprzeda go za najwyższą cenę?

Gwałtownie potrząsam głową.

- Nie, Snow powiedział, że nie zrobi tego Peecie.

- Naprawdę? - Finnick wygląda na zaskoczonego i być może nieco zazdrosnego. - Powiedział, dlaczego go oszczędzi?

- Nie - mówię. - Powiedział, że jeszcze nie jest gotowy by mi powiedzieć dlaczego. Ale widzisz? Będzie bezpieczny.

- Przecież nawet przez sekundę w to nie wierzyłaś - mówi, a ja odwracam się by nie zobaczył, że ma rację. - Posłuchaj mnie, mała wiewiórko. Wiem, że go kochasz i nie chcesz, żeby zginął. Ale zapytaj sama siebie, czy warto wpychać go w cokolwiek Snow dla niego przygotował?

- Nie mogę pozwolić mu umrzeć!

- Jesteś samolubna.

- Ty zrobiłeś to samo z Annie!

Finnick sztywnieje.

- Zgadza się i przyznaję, że postąpiłem samolubnie, ratując ją. Nieważne przez co przechodzę... warto było, bo mogę z nią być. Ale czasami, gdy jesteśmy sami... mówi mi, że chciałaby bym pozwolił jej umrzeć.

- Peeta i ja nie jesteśmy wami - mówię, ale moje serce zaciska się na samą myśl o tym, że mógłby mi coś takiego powiedzieć.

- Masz rację - mówi zrezygnowanym tonem. - Po prostu chciałem, żebyś pomyślała o tym, co to będzie oznaczało dla Peety, gdy go uratujesz.

- Wiem, co to będzie oznaczało - mówię. - To będzie oznaczało, że go nie stracę, a to jest jedyna rzecz, której potrzebuję by upewnić się, że wygra Igrzyska.

Finnick nie odpowiada i między nami zapada cisza. Nie dbam o to co myśli. Nie jestem samolubna, bo chcę ocalić Peetę. Jest dobrym człowiekiem, a Panem cierpi na brak takich ludzi, więc wyświadczam wszystkim przysługę, ratując go. Jednak słowa Finnicka zostają w mojej głowie. Próbuję je od siebie odepchnąć, żeby nie próbowały mnie gnębić.

Jestem tak pochłonięta własnymi myślami, że niemal nie zauważam jak słońce wschodzi nad areną. Rue budzi się pierwsza, schodzi z drzewa i delikatnie budzi Peetę. Peeta wysyła ją z powrotem na drzewo by trzymała oko na obozie.

Niewiele później Marvel wychodzi ze swojego namiotu i woła pozostałą dwójkę. We trójkę jedzą małe śniadanie i decydują, w którą stronę pójdą by szukać kolejnego trybuta. Jakoś żadne z nich nie kwapi się by szukać Thresha z polu zboża. Niezbyt zaskakująco decydują się wyruszyć za Rue i po rozpaleniu ogniska ruszają w stronę najgęstszej i najwyższej części lasu na arenie.

Rue schodzi na dół, a Peeta wychodzi z krzaków, w których się ukrywał.

- Wiesz, gdzie oni idą? - pyta Rue i podaje Peecie jego kurtkę.

- Nie słyszałem ani słowa z ich rozmowy - mówi. - Ale mam przeczucie, że tak szybko nie wrócą.

- Więc chodźmy - mówi Rue i we dwójkę ostrożnie ruszają w stronę obozu nad jeziorem.

Gdy tam docierają, idą prosto do stosu z zapasami. Peeta uważnie przygląda się stercie i po chwili wyciąga z niej duży plecak i napełnia go jedzeniem.

- Co robisz? - pyta szeptem Rue.

- Nie ma sensu, żeby to się zmarnowało - odpowiada cicho. - Mogłabyś sprawdzić namioty? Przydałby nam się dodatkowy śpiwór, nie musielibyśmy dzielić się tym jednym, który mamy. - Rue wchodzi do jednego z namiotów i wynosi z niego jeden śpiwór, który Peeta wpycha do plecaka. Gdy tak dwójka przygląda się zapasom, zastanawiając się, co zabrać, Finnick w końcu przełamuję ciszę między nami.

- Pójdę obudzić Haymitcha - mówi zachrypniętym głosem. - Jestem pewien, że nie chce tego przegapić.

- Powodzenia i uważaj na jego nóż - ostrzegam.

Haymitch pojawia się po kilku minutach razem z Finnickiem i żaden z nich nie jest wyjątkowo niezadowolony ani mokry. Wygląda na to, że Finnick jest lepszy w budzeniu Haymitcha niż ja. Muszę poprosić go o kilka rad.

Mój mentor siada na krześle, a Rue i Peeta kończą napełniać plecak zapasami i uważnie przyglądają się stercie.

- Możemy podłożyć ogień - mówi Peeta, spoglądając przez ramię na ognisko, które zostawili zawodowcy. - Co o tym sądzisz?

- Myślę, że tak będzie najlepiej - mówi Rue, kiwając głową. - Ale to zajmie trochę czasu, więc lepiej już zaczynajmy.

Gdy Rue i Peeta gromadzą drewno potrzebne do rozpałki, Finnick idzie obudzić Johannę, która pojawia się po kilku minutach, ale bez Finnicka.

- Finnick jest zmęczony - wyjaśnia. - Powiedział, że możemy mu opowiedzieć później, gdy już się wyśpi.

Rue i Peecie zajmuje trochę czasu nazbieranie drewna i rozłożenie go odpowiednio. Gdy kończą, Peeta podchodzi do ogniska zostawionego przez zawodowców i z jednej strony podpala kij, który później wsadza z stos z zapasami. Rue robi to sami i po kilku próbach, sterta zaczyna płonąć. Peeta zwija namioty i wrzuca je do ogniska, upewniając się, że zawodowcom nie zostanie nic oprócz tego, co zabrali ze sobą.

Rue i Peeta przez chwilę podziwiają swoje dzieło, a potem ruszają z powrotem d strumienia.

Ogień pochłaniający zapasy zaczyna mocno dymić i boję się, że zawodowcy to zauważą i wrócą do obozu zanim zapasy spalą się całkowicie. Jednak szczęście nie jest po ich stronie, bo dopiero po kilku godzinach Cato zauważa dym.

- Obóz! - wyjaśnia Cato i puszcza się biegiem w kierunku obozu.

Mija Misu i Marvela, a ta dwójka tylko patrzy się na niego dopóki sami nie zauważają dymu.

- O nie! - wykrzykuje Misu i oboje ruszają za Cato.

Wędrowali przez kilka dobrych godzin ale jednak robili to wolno i ostrożnie. Teraz Cato pędzi przez las z nadzieję, że uda mu się wrócić na czas i przerwać to, cokolwiek się tam dzieje. Jednak gdy wracają do obozu, nie ma już czego ratować. Cato stoi w miejscu, gapiąc się i próbując zapanować nad gniewem, gdy Marvel także dociera do obozu.

- Ty! - mówi Cato, podchodząc do niego. - To ty powiedziałeś, że nikt nie odważy się przyjść do naszego obozu! Powiedziałeś, że ognisko wystarczy!

Marvel nawet nie ma czasu na obronę, bo Cato napada na niego. Łapie go za głowę i następną rzeczą jaką widzę jest Marvel upadający na ziemię ze skręconym karkiem.

Misu dociera na miejsce, gdy rozlega się armatni wystrzał.