Rozdział I

Gdy przechodziłam obok Szpitala Św. Munga, niebo zasłoniły ciemne chmury. Powietrze stawało się parne. To chyba zwiastowało burzę. Podeszłam do dwóch smętnych manekinów stojących w oknach domu handlowego "Purge & Dowse Ltd". Na jego drzwiach widniał napis "Zamknięte z powodu remontu". Nie weszłam jednak do środka. To wszystko nadal było dla mnie dziwne. Moment, w którym dowiedziałam się, że jestem czarodziejem. Moment, w którym okazało się, że być może mogę mieć normalny dom.

Moja rodzina była bardzo duża. Miałam pięć sióstr i pięciu braci oraz wielu, wielu kuzynów. Z całego rodzeństwa ja, wraz z moim bratem bliźniakiem byliśmy najstarsi. Mimo, że wyglądaliśmy identycznie, z charakteru bardzo się różniliśmy. Wychowywał nas ojciec wraz z babcią. Mieszkaliśmy w starym, dużym domu, a ponieważ ojciec miał w swoim życiu wiele kobiet, co kilka lat na świat przychodziło nowe dziecko. Nasza matka zdążyła urodzić mnie, mojego brata i Susan, moją młodszą siostrę, zanim odeszła. Nie dziwiłam jej się, że nie chciała utrzymywać z nami ani z ojcem kontaktu. Nic a nic.

Od kiedy pamiętam, w naszym domu działy się dziwne rzeczy. W dzieciństwie doświadczyłam wiele strachu. Ojciec był... porywczy. Jak już wspomniałam miał wiele kochanek, bo był bardzo przystojnym i namiętnym mężczyzną. Ale lubił mieć wszystko pod kontrolą. Był świadom, że babcia nie jest w stanie mu zaszkodzić. Robił więc wiele niewybaczalnych rzeczy, szczególnie, gdy się zdenerwował. Jego następne żony w końcu odkrywały jego prawdziwą naturę i odchodziły. Ale dla nas, dla dzieci które spłodził pozostawało jedynie bardzo na niego uważać. To nie tak, że był złym człowiekiem. Nadal pamiętam, jak sadzał mnie na kolanach i opowiadał wiersze. Uwielbiałam uczyć się ich na pamięć licząc, że spędzi ze mną trochę czasu i mnie posłucha. Ale z naszego rodzeństwa, jako jedna z niewielu miałam z nim jakikolwiek kontakt. A nawet i to pozostawało jedynie dawnym wspomnieniem. Ponieważ to się już skończyło. Paul Monahan, spoczywający w budynku, przed którym stanęłam, zapadł w głęboki sen. A ja wiedziałam, że już się nie wybudzi. Są rzeczy, których magia widocznie nie potrafi naprawić. Takie jak podwyższone ciśnienie i słabe serce.


Usiadłam na ławce. Ulica była prawie pusta, mimo, że znajdowałam się w Londynie. Na rogu stał bezdomny mężczyzna żebrzący o drobne, a niedaleko stara kobieta karmiła gołębie. Było względnie cicho. Z domu handlowego nikt nie wyszedł, nikt też nie próbował się tam dostać. Prawdopodobnie powinnam zadzwonić do rodzeństwa. Przebywało teraz w rodzinnym domu w Hampshire, niecierpliwie oczekując wiadomości. Chciałabym powiedzieć, że martwili się o zdrowie ojca, ale przecież kompletnie nie o to chodziło. Czy dostaną list? Czy mogą stamtąd uciec?

Byłam wściekła na tą "Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie". Kompletnie nawalili. Nie dowiedziałam się, że jestem czarodziejką do 16 roku życia. Powinnam kończyć 6 rok! Potem mogłabym dostać jakąś dobrze płatną pracę i opłacić studia Archie'mu. Nie przyjmowałam wymówek. Jeżeli wiedzieli, że mam predyspozycje, powinni zrobić wszystko, abym otrzymała list. Oczywiście, byłam pewna, że mój ojciec wiedział. Byłam również pewna, że wywoził listy tonami, gdy tylko nie patrzyłam. Gdyby teraz żył, nazwałby to pewnie ojcowską troską, ale ja wiedziałam lepiej. Chciał mnie uwięzić w domu. Zrobić ze mnie bezpłatną gosposię, a potem wyrzucić, nie przygotowaną na życie, żebym sobie radziła sama. Czyny mojego ojca nie usprawiedliwiały jednak tego, że nie przekazali mi tej informacji. Posługiwali się w końcu MAGIĄ. Gdybym im zależało... Ale nie zamierzałam obrażać się na cały świat. Ważne, że otrzymałam list. Ale to nie oznaczało, że nagle mogę zmienić całe swoje życie, rzucić wszystko w cholerę. Miałam swoje obowiązki. Moja rodzina mnie potrzebowała. Babcia była już starszą kobietą, zawsze ciepłą i życzliwą, ale trzeba było o nią zadbać. Natomiast moje rodzeństwo... powiedzmy, że rozpiętość wiekowa była od 16 do 3 roku życia. Mały Rupert był rozkosznym berbeciem, ale jednak potrzebował opieki. To nie powinna być moja rola. Ale była.

Tylko ja i Callum dostaliśmy listy. Callum przez długi czas myślał, że to żart. Ale ja przeczuwałam, że tak nie jest. Od kiedy pamiętam, wokół mnie działy się dziwne rzeczy. Szczególnie kiedy byłam przestraszona lub zła. Potrafiłam krzywdzić ludzi. Pamiętam jak raz pani Pollard, moja znienawidzona wychowawczyni w liceum, postanowiła moim kosztem zwrócić na nią uwagę uczniów. Mówiła o mnie okropne rzeczy. Następnego dnia moja metalowa wpinka do włosów znalazła się wbita idealnie w miejscu gdzie zwykła siadać. Tego krzyku nie dało się opisać. Oczywiście wyszło, że to moja spinka i Callum musiał przytrzymywać tatę, by się na mnie nie rzucił, gdy się dowiedział. Mój brat był zupełnie inny ode mnie. Spokojny, opanowany. Potrafił wzbudzić czyjś szacunek samym spojrzeniem przenikliwych niebieskich oczu.

Oboje mieliśmy świdrujące, niebieskie oczy po ojcu. Był ode mnie trochę wyższy, ale mnie też ciężko by nazwać osobą niską. Nosiłam krótkie włosy, tak samo jak on, dla zabawy. Czasami ludzie mieli problem z odróżnieniem nas. Zazwyczaj jednak w moje lekko kręcone włosy wplątywałam piórko. Czułam się jak Indianin, bo mimo, że byłam rodowitą Brytyjką, miałam niezwykle ciemną karnację. Nie mogę powiedzieć że byłam drobna albo specjalnie szczupła, po prostu nigdy nie zwracałam na to uwagi. Za to rysy mojej twarzy na pewno były dosyć ostre i wyraźne. Moja mina wydawała się dość buntownicza przez wyjątkowo ciężkie powieki i szerokie usta. Nie przywiązywałam też nigdy zbytniej wagi, do tego, co ludzie o mnie myślą. Przyjaciele nie byli mi potrzebni. Zajęcie się ośmiorgiem rodzeństwa zajmowało większość swojego czasu, a tą część, która mi pozostała, też wykorzystywałam w sensowny sposób. Fascynowała mnie muzyka. Grałam na gitarze i na starym fortepianie, który stał na strychu w szkole. Wymyślałam piosenki, śpiewałam. Kochałam wszystko, co pozwalało mi się oderwać od rzeczywistości. Ale teraz wszystko miało się zmienić, prawda?


Są rzeczy, które trzeba zrobić. Trzeba przełożyć rodzinę nad edukację. Po śmierci ojca musieliśmy opuścić dom. Ani Archie, ani Susan ani nawet Rupert nie byli smutni z tego powodu. Nie wiązało się z nim wiele miłych wspomnień. Babcia oczywiście nas zaadoptowała, ale dobrze wiedziałam, że niedługo ten obowiązek spadnie na mnie, albo na Calluma. Prędzej na Calluma. Wynajęliśmy o wiele skromniejsze miejsce, niedaleko Londynu. Wakacje zbliżały się ku końcowi. Dwa tygodnie temu dostałam list. Dwa dni później odkryłam, że mój ojciec był czarodziejem. Ale dlaczego nigdy nie korzystał ze swojej magii? Dlaczego nic nam nie powiedział? Wiedziałam, że zrobił wiele złego, ale teraz czułam się przede wszystkim zagubiona. Czy powinnam zostawić całe moje rodzeństwo w rękach o rok młodszej Susan i Kyle'a, żeby zapewnić sobie przyszłość? Czy może zostać i opiekować się rodziną? Ta cała sytuacja była jak nie z tej ziemi. Żeby dziecko w moim wieku musiało dokonywać takich wyborów. Ale nie chcieliśmy trafić do sierocińca. Wszystko tylko nie to. Jedno było pewne. I Callum i ja nie możemy jechać.

"Betty", mawiała moja babcia "jesteś takim dobrym dzieckiem. Pamiętaj, że czasami trzeba zaufać innym i dać im wolną rękę". Mój brat chciał tam być, zawsze pragnął zdobywać wiedzę. Z drugiej strony jego instynkt "macierzyński" kazał mu upierać się, że to ja powinnam pojechać, a on zadba o rodzinę. Nie chciałam mu tego robić. Ale miał swoje sposoby... by być przekonywujący.


W końcu, po bardzo długiej naradzie, wielu łzach i pożegnaniach, wyjechałam z domu. Zamieszkałam na kilka dni w małym hostelu na Finchley Road, ponieważ miałam zamiar szybko zakupić przybory i książki... i bóg wie jeszcze co. Okazało się, że o pieniądze nie było co się martwić. Ojciec miał w banku Gringotta małą sumkę, którą postanowiłam teraz wykorzystać. Wszystko zapowiadało się dość niesamowicie, te wszystkie sklepy z magicznymi przedmiotami i czarodzieje, a potem wyjazd do szkoły, w której uczą czarów... Ale zapomniałam o jednej rzeczy. Jak właściwie dostać się na ulicę Pokątną?!

Krążyłam po centrum Londynu, nie bardzo wiedząc, co robić. Czułam się mocno zdezorientowana. Oczywiście, nie pomyślałam o czymś tak trywialnym. Gdyby żaden z moich rodziców nie był czarodziejem, prawdopodobnie wysłano by do mnie któregoś z opiekunów, żeby pokazał mi co i jak. Ale jako, że mój ojciec używał magii... Zaczęło się ściemniać. W sumie nic się nie stało. Poszukam następnego dnia. To nie może być aż takie trudne. Zostało mi przecież jeszcze trochę czasu...

Mimo, że dostałam list, nikt tak naprawdę nie wyjaśnił mi co to wszystko znaczy. Jak funkcjonuje magiczny świat. Organizacja tej szkoły to było chyba jakieś nieporozumienie.


Przez kilka dni zdążyłam zwiedzić w Londynie takie miejsca, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Byłoby to na pewno fascynujące, gdybym nie była tak zdenerwowana. Wreszcie byłam sama. Chyba po raz pierwszy w życiu byłam zdana na siebie. I jak widać nie szło mi to najlepiej. Chciałam napisać do kogoś, kogokolwiek, kto mógłby mi pomóc. Ale po pierwsze nie wiedziałam do kogo, a po drugie nie wiedziałam jak. Nie miałam przecież własnej sowy i nie znałam jej instrukcji obsługi. Zaczęło się robić groźnie. Zostało mi tylko kilka dni, aby zdobyć wszystkie niezbędne rzeczy. Gdybym musiała wrócić do domu, nie mogłabym spojrzeć mojemu rodzeństwu w oczy. Może, gdybym wcześniej podjęła decyzję, miałabym więcej czasu na rozejrzenie się za jakimiś "magicznymi" instrukcjami.

Teraz znajdowałam się w jakiejś hałaśliwej alejce na West Endzie. Prawie jak spełnienie marzeń. Gdybym mogła posłuchać tych musicali, już nie mówiąc, gdybym mogła... zaśpiewać. Ale teraz to nie mogło mnie rozpraszać. Spostrzegłam niedaleko czerwoną obsmarowaną budkę telefoniczną.

- Londyn... Mruknęłam. Postanowiłam zadzwonić do Calluma. Nie chciałam go na razie martwić, zamierzałam tylko powiedzieć, że niebawem do nich napiszę z Hogwartu. Rozmowa dla zwykłej osoby brzmiałaby jak bełkot. Ale tak się akurat złożyło, że w pobliżu miejsca, w którym stałam przechodziła zdecydowanie najbardziej NADZWYCZAJNA osobistość, jaką miałam kiedykolwiek możność poznać. Nie potrafię powiedzieć, czy było to szczęście czy pech, ale usłyszał moją rozmowę z bratem. Poczekał aż skończę, a gdy odwróciłam się, stanął przede mną uśmiechnięty. Jego uśmiech mnie przestraszył.

- Więc wybierasz się do Hogwartu? Nigdy cię nie widziałem... Jesteś z wymiany? - Zrozumiałam, że los dał mi szansę. Mogłam rozwiać wszystkie wątpliwości! Ale nadal wydawał mi się jakiś... przerażający. Niby uśmiechnięty, a jednak...

- Tak, ale nie jestem z wymiany. Właściwie nikt nie poinstruował mnie gdzie mogę zakupić przybory do szkoły, ani... czy naprawdę istnieje peron 9 i 3/4?

Chłopak spojrzał się na mnie przenikliwymi oczami.

- Hmmm... Chyba muszę zacząć od początku. Ale to dziwne. Twoi rodzice są Mugolami?

- Kim? - Zamrugałam szybko. Czułam, jakby się mną bawił.

- Chyba rzeczywiście nie za dużo wiesz. Chodzi mi o zwykłych ludzi, nie korzystających z magii.

- Ahhh, nie, mój ojciec był czarodziejem. Mama może też... tego w sumie nie wiem. Dziękuję, że chcesz mi pomóc. - Miałam wrażenie, że wyraz jego twarzy trochę się zmienił, gdy powiedziałam mu o rodzicach. Oczy złagodniały.

- Jak sądzę, tak będzie najlepiej. Jak masz na imię?

- Bethany Monahan. - Jego twarz nie wyrażała niczego. - A ty? - Teraz pojawił się na niej wyraźnie złośliwy uśmieszek.

- Draco Malfoy. Do usług.