Notka od autorki:

Mimo, że nikt nie skomentował, nie zrażam się. Początki nigdy nie są łatwe. W każdym razie, póki mam wenę, piszę następny rozdział!


Rozdział II

Następny dzień spędziłam w najmniej przewidywany sposób. Ten chłopak o przerażających oczach, Draco, powiedział mi jak dostać się na ulicę Pokątną, a nawet zaoferował krótkie spotkanie na którym wyjaśni podstawowe sprawy. Nie wydawało mi się jednak, że robi to z dobroci serca. Gdy się go spytałam, dlaczego chce mi pomóc, nawet się z tym nie krył. "Jesteś ciekawym przypadkiem" powiedział. Może miał rację.

Jakimś cudem udało mi się dostać do tego pubu, Dziurawego Kotła. Ludzie, których tam ujrzałam, byli dziwni. Szeptali o czymś z przejęciem. Nie brzmiało to przyjemnie, a co jakiś czas któryś z nich milknął, jakby nie był w stanie wymówić jakiegoś słowa. Wywnioskowałam, że dzieje się coś złego.

- Mogę w czymś pani pomóc? - Zapytał bezzębny i łysy barman, który przedstawił się jako Tom. Odpowiedziałam szybko, że nie, dziękuję i udałam się na podwórko za budynkiem. Byłam zbyt skołowana by rozmawiać teraz z obcymi, przypominającymi pająki ludźmi. Wyjęłam karteczkę, którą pozostawił mi chłopak poprzedniego dnia. Żadnego numeru telefonu, brak godziny spotkania... Może on tylko żartował? Co prawda i tak nie miałam telefonu, nigdy nie był mi potrzebny, ale jak zamierzał mnie odszukać?

- No dobrze. - Mruknęłam. Przyłożyłam dłoń do cegły z małym pęknięciem w kształcie rombu. - Trzy do góry... Dwie w bok... - Musiałam wyglądać jak wariatka, ale przestało mi to przeszkadzać w momencie, gdy z murem zaczęło dziać się coś dziwnego. Cegły zaczęły się składać jak w kostce rubika i znikać. Przede mną ukazała się ulica Pokątna.


Na chwilę oniemiałam. To miejsce było tak różne od metalu i szkła panującego w centrum Londynu. Małe ceglane kamienice były wykrzywione i wyglądały, jakby za chwilę mogły się przewrócić. Było ciepło i tłoczno. Ludzie ubrani byli w dziwne stroje prosto z "Ucznia Czarnoksiężnika". Długie płaszcze, przeważnie czarne i spiczaste kapelusze czarownicy. Trochę kiczowato. Witryny sklepowe pełne były przedmiotów, których nigdy nie widziałam. Czy to była... latająca miotła?!

Przed pójściem na zakupy musiałam wziąć trochę pieniędzy z konta ojca. Zostawił mi kluczyk i podał nazwę: Bank Gringotta. Zapytałam się kilku przechodniów o drogę i skierowałam w stronę białego lekko krzywego budynku. Wnętrze bardzo mi się podobało i prawdopodobnie mogłabym stać i je podziwiać, ale moją uwagę przykuły małe stworzonka siedzące przy ławach, mierzące i warzące różne cenne kamienie. Nie były ładne. W większości łyse o sępim nosie i bulwiastej posturze. Podeszłam do jednej z istot siedzących na podwyższeniu.

- Przepraszam... - Lekko się zająknęłam. - Chciałabym skorzystać z pieniędzy znajdujących się na moim koncie.

Goblin przyjrzał mi się uważnie. Miał nieprzyjemny wyraz twarzy i okulary połówki.

- Poproszę potwierdzenie. - Przez chwilę stałam zdezorientowana, nie wiedząc o co chodzi. A! Kluczyk! Wyjęłam go z małej, starej torby, którą posiadałam od dziecka. Stworzenie wzięło ode mnie kluczyk i skierowało się w stronę wielkich drzwi za nim.

- Gryfek! - Krzyknęło. - Skrytka numer 6789!

Przede mną pokazała się następna mała istota. Spojrzała na mnie wyczekująco i otworzyła drzwi. Udałam się za nią.


Nie chcę opisywać całej przeprawy przez tunele, szybkości wagonika albo faktu, że "sumka", którą posiadał mój ojciec, ledwo starczała na wyposażenie, które było mi potrzebne. Są jakieś prace dorywcze dla czarodziejów? Bo jak tak dalej pójdzie, to w przyszłym roku nie będę nawet w stanie zakupić podręczników. Po wyjściu z banku nadal było mi niedobrze, więc przysiadłam na ławce. Sklep naprzeciwko nosił nazwę "Różdżki Olivandera". Pomyślałam, że zakupy mogę zacząć właśnie tutaj.

Sklep był ciemny i duszny, pachniał starością. Pośrodku stał starszy, wychudły mężczyzna o srebrnych połyskujących włosach. Wyglądał na znudzonego.

- Jak wyglądała pani poprzednia różdżka? Oszczędźmy sobie mocowania się z modelami, które nie będą pasować.

Nie do końca zrozumiałam co miał na myśli. Chyba jednak byłam specjalnym przypadkiem, który kupował swoją pierwszą różdżkę w wielu szesnastu lat.

- Nie... To będzie moja pierwsza różdżka. - Powiedziałam niepewnie. - Co miał pan na myśli przez "mocowanie się z różdżką"? - Nagle się wybudził.

- Hmmm... To dość niesamowite. Ciekawe, ciekawe. Czy to oznacza, że dopiero rozpoczynasz naukę? Ciekawy przypadek...

Chciałam coś odpowiedzieć, ale wszedł mi w słowo.

- W takim razie zaczniemy od początku.

Następne pół godziny spędziłam machając drewnianymi patykami o magicznej mocy, w których skład wchodziły takie rzeczy, jak włosy jednorożca. Czasami coś wybuchało, czasami różdżka waliła mnie iskrami po nosie. W końcu coś mi się chyba udało, ponieważ poczułam gorąco w opuszkach palców, a różdżka umościła się wygodnie w mojej dłoni.

- Tak, to chyba ta... - Wymruczał, jak mniemam, Olivander. Wziął ode mnie różdżkę i się jej przyjrzał. - Orzech włoski, 14 cali, hmmm... długa, szpon hipogryfa, niezbyt giętka. Ta różdżka... może być dość specyficzna. Cechą szponu hipogryfa jest to, że nie zawsze robi dokładnie to, o co się ją prosi... Ale wybrała cię. Może okazać się bardzo potężna. Miej się na baczności i nie używaj jej do złych celów, moja droga.

Pokiwałam głową, nie za bardzo wiedząc co odpowiedzieć. Zapłaciłam 10 galeonów i wyszłam. Teraz zaczęłam zastanawiać się nad tym, co ten człowiek powiedział. Nazwał mnie ciekawym przypadkiem, tak samo jak tamten blondyn. Do jakiej klasy trafię? Będę się uczyła z jedenastolatkami? A gdy już ukończę 17 lat, co wtedy? Moje myśli przerwał czyjś głos.

- Witam. - Draco Malfoy uniósł lekko kąciki ust. Wyglądał jak arystokrata. Miał bardzo jasne włosy, chociaż nie wyglądały na tlenione. Jego oczy były niebieskie, podobne do moich tylko jaśniejsze. Był szczupły, dość żylasty i wysoki. Twarz może i byłaby przystojna, ale z jakiegoś powodu wydawała mi się złośliwa i okrutna, jak zastygła maska.

- Cześć. - Odpowiedziałam szybko. Czułam się speszona. Nigdy wcześniej nie miałam większego kontaktu z ludźmi oprócz mojego rodzeństwa, głównie dlatego, że nie posiadałam i nie potrzebowałam przyjaciół. Nie wiedziałam więc jak powinnam się zachowywać. Nie planowałam oczywiście zawierać z kimś głębszej znajomości, a już na pewno nie z tą osobą. Po raz setny pomyślałam o Callumie. O tym, że on na pewno by sobie poradził. O tym, że odebrałam mu taką szansę. Nie było dnia, żebym nie czuła się winna, mimo, że obiecałam mu o tym nie myśleć. Tak, Callum na pewno wiedział by co teraz zrobić.

- Mógłbyś mi opowiedzieć o świecie magii?

Moja twarz przybrała wojowniczy wyraz (i chyba barwę buraka). Ścisnęłam usta w cienką linię. Teraz ewidentnie się uśmiechnął, jakbym go rozbawiła.

- Powiem ci wszystko, co musisz teraz wiedzieć. Ale najpierw chciałbym się czegoś dowiedzieć o tobie. Na przykład, dlaczego dopiero teraz zaczynasz naukę w Hogwarcie. - Zdrętwiałam. Opowiadać historię mojego niezbyt wesołego życia prawie obcej osobie? Wolałam o tym nie rozmawiać nawet z moim rodzeństwem.

- Może gdzieś usiądźmy. - Wskazał dłonią na budynek z napisem "Lodziarnia Floriana Fortescue". Poczułam się jeszcze gorzej.

- Nie jestem głodna. - Wymamrotałam. Nie miałam najmniejszego zamiaru mówić, że pieniędzy chyba ledwo mi starczy na sprzęt z drugiej ręki.

Przechylił lekko głowę.

- Ale ja jestem. - I skierował się w stronę kawiarni. Drań... Nawet jeżeli wiedział o wiele więcej niż ja, nie powinien mnie tak traktować. Przełknęłam gorycz i udałam się za nim w stronę lodziarni.


Nie mogłam jednak całkowicie odciąć się od wspaniałego zapachu, jaki unosił się z lodów Floriana. Coś niesamowitego! A jaki wspaniały musiał być ich smak... Dopiero po chwili zauważyłam, że przypatruje mi się para błękitnych oczu. Draco miał lekko przekrzywioną głowę i wyglądał jakby podziwiał niezwykły okaz w zoo. Zrozumiałam, że powinnam rozpocząć moją opowieść. W większości powiedziałam prawdę z ominięciem kilku boleśniejszych szczegółów. Nie powiedziałam, co robił mój ojciec, ani w jakiej sytuacji materialnej się znajdowaliśmy. Ale to wszystko i tak brzmiało żałośnie. Mimo to, poczułam lekką ulgę. Jeszcze nigdy nie powiedziałam komuś, jakie warunki panują w moim domu.

Przez cały czas Draco milczał, przerwano mi dopiero, gdy przyszedł kelner niosący dwa puchary ogromnych czekoladowo-miętowych lodów. Byłam tym mile zaskoczona. Gdy skończyłam, mój rozmówca pokiwał głową.

- Teraz rozumiem. - Mruknął. - W takim razie podstawowa wiedza na temat naszego świata ci się przyda.

Pokiwałam energicznie głową. Delikatnie się uśmiechnął.

- Może zacznijmy od początku.

Opowiedział mi historię szkoły, w jaki sposób funkcjonuje, podział na Domy etc. Nie potrafił ukryć swojej nienawiści do Gryffindoru. "Mogą sobie być odważni, ale są przy tym potwornie głupi, może oprócz tej szl... Hermiony Granger. Gdy ktoś im rozkaże położyć się na drutach dla dobra innych, niewątpliwie to zrobią."

- Można je po prostu przeciąć. - Powiedziałam do siebie.

- Otóż to.

Następnie opowiadał mi o świecie magii. Dowiedziałam się, że te istoty, które poznałam w Banku Gringotta to gobliny. Zrobiłam wielkie AAAA. To wszystko brzmiało tak dziwacznie. Nie czułam się na to do końca gotowa. Jednak rozmowa była ciekawa, a ja musiałam to zepsuć.

- Gdy próbowałam dziś dostać się na Ulicę Pokątną, wydawało mi się, że ludzie są wyjątkowo przygnębieni. - Wyraźnie spochmurniał. Bałam się, że po prostu wstanie i odejdzie. Ale po długiej chwili milczenia odezwał się.

- Musisz zrozumieć..., że mimo, iż wszyscy posiadamy magię, jedni są lepsi, a drudzy gorsi. Prawdziwym czarodziejem można nazwać tylko kogoś, kogo krew nie jest w żadnym stopniu zmieszana z krwią Mugola. Taki ktoś ma prawo czuć się jako lepszy czarodziej, bo po prostu taki jest. Nie ma nic wspólnego ze światem Mugolaków.

Powiedział to takim tonem, że miałam ochotę go uderzyć. Jakby normalni ludzie byli czymś gorszym, ba, nawet czarodzieje z ich krwią. Obrażał prawdopodobnie mnie i moje rodzeństwo.

- Jak rozumiem, ty jesteś czystej krwi? Taki czarodziejski arystokrata? - Włożyłam w te słowa tyle jadu, ile tylko potrafiłam. Pokiwał głową a w jego oczach odmalował się... smutek? rozczarowanie? Jeżeli tak, to było odbicie moich oczu.

- Kontynuuj proszę. - Nie skomentowałam tego, co powiedział, ale nabrałam trochę pewności siebie.

- W naszym świecie - Zaczął. - panują pewne problemy dotyczące rządu, Ministerstwa Magii. Jest ono dość... niekonsekwentne. Lecz okazało się, że osoba panująca przed Korneliuszem Knotem, Ministrem Magii, znów może dążyć do władzy. Jest on raczej... radykalnym człowiekiem. Wie dokładnie, czego chce. Zdaje sobie sprawę z różnicy między czarodziejami czystej krwi i tych z domieszką ludzkiej. Ale, jak już wspominałem, jest radykalny. Jego metody zachęcania ludzi do poparcia jego władzy nie należą do przyjemnych. - Rozejrzał się uważnie, jakby obawiał się, że ktoś go usłyszy. - Nazywa się Lord Voldemort. - Nie mógł opanować dreszczu.

Dla mojego ucha nie brzmiało to zbyt przyjaźnie. Wydawało mi się, że Draco próbował usprawiedliwić kogoś, kto robił straszne rzeczy. Tylko dlaczego? Czyżby jako arystokracja był z nim jakoś związany?

- Więc dlaczego się ze mną zadajesz? Skoro prawdopodobnie nie jestem czystej krwi i wychowywałam się ze zwykłymi ludźmi.

Postanowił uniknąć odpowiedzi, patrząc na zegarek.

- Wybacz, ale mam pewne sprawy niecierpiące zwłoki. - Pokiwałam tylko głową i uśmiechnęłam się lekko (być może był to bardziej grymas). Na odchodnym powiedział "mam nadzieję, że spotkamy się w Slytherinie. Zazwyczaj trafiają tam czarodzieje czystej krwi.". Machnął ręką i zniknął w tłumie.

- Tak się właśnie ucieka przed odpowiedzią... - Mruknęłam.


To tyle. Chyba ten fanfik nie będzie taki lekki, jakim zamierzałam go uczynić.