Notka od autorki:
Przybywam z trzecim rozdziałem. Przepraszam za tak długą przerwę. Obozy, te sprawy ;) dziękuję obserwującym i za wszystkie komentarze.
Następne dni mijały nader przyjemnie. Uzupełniałam braki w przyborach, kupiłam używane szaty i nacieszyłam się cudownym widokiem czarodziejskich mioteł. Przypuszczałam, że prawdopodobnie są niewygodne, ale wyglądały baśniowo. Ostatniego dnia przed odjazdem pociągu do Hogwartu, zapuściłam się w trochę inną stronę w poszukiwaniu interesujących sklepów. Prawie od razu natrafiłam na bardzo osobliwy budynek. W porównaniu do tych obok, z zaklejonymi szarą gazetą oknami, ten świecił się jak neon. Na górze sterczała ogromna głowa rudego chłopaka, która co chwila zostawała pozbawiana kapelusza przez ręce wystające z okien. Na głowie raz pojawiał się królik, a raz znikał. Napis głosił "Magiczne Dowcipy Weasleyów".
W środku było tłoczno, głośno i duszno. Natychmiast dostałam kręćka, ponieważ wszystko wokół mnie było kolorowe i skrzeczało lub wybuchało, do wyboru. Tuż koło wejścia znajdowała się półka z, jak głosił napis, Q-Py-Blokiem. Tuż obok znajdowały się Jadalne Mroczne Znaki. Dzieciaki zjadały małe cukierki w kształcie czaszki połykającej węża, podsuwały sobie samoczyszczący się kubełek i do niego wymiotowały. Dalej, na podwyższeniu znajdowała się seria tajemniczych kosmetyków i innych specyfików o wdzięcznej nazwie Cud-Miód Czarownica. Część sklepu przedzielona była kotarą, a znajdowały się za nią "artykuły służące obronie osobistej". Na schodach stało dwóch identycznych rudzielców, łudząco podobnych do tego z kapeluszem. Wyglądali na niewiele starszych ode mnie, może ze trzy lata. Rozmawiali z trójką osób; posiadającą burzę kasztanowych loków dziewczyną i dwoma chłopakami. Jeden miał dokładnie taki sam odcień włosów jak oni, w ogóle był podobny, natomiast drugi był dość niski, nosił okrągłe okulary, a jego włosy były całkowicie czarne. Wydawało mi się, że skądś go kojarzę.
Postanowiłam podejść. Mimo, że na ulicy Pokątnej było mnóstwo ludzi, mało zauważyłam osób w moim wieku. Ciekawe czemu. Ci sprawiali wrażenie przyjaznych. Obawiałam się tylko trochę, że będą zachowywać się jak Pan Jestem-czystej-krwi-mów-do-ręki Draco Malfoy. Przełknęłam głośno ślinę i ruszyłam w stronę schodów. Jak to jednak bywa w takich przypadkach, nagle zmieniłam tor, ponieważ wpadł na mnie jakiś mały brzdąc, trzymający w rękach "Zębate frysbi". Wyłożyłam się jak długa, cudem tylko omijając klatki Pufków Pigmejskich. Uderzyłam się w nadgarstek, na którym ukazał się kolejny nabrzmiały fioletowy siniak do kolekcji. Zamiast wstać postanowiłam kontemplować nad moją niezdarnością i pechem. Hałas, jaki zrobiłam rzucając się całym ogromnym cielskiem na podłogę, usłyszały chyba wszystkie osoby znajdujące się w sklepie. W moją stronę wyciągnęła się pomocna dłoń, a ja chwyciłam ją z wdzięcznością. Gdy w końcu udało mi się zwlec z podłogi i szepty w stylu "co za niezdara", "mogła na kogoś wpaść" ucichły, dostrzegłam, że osobą, która pomogła mi wstać był ten ciemnowłosy chłopak ze schodów.
- Nie było to może wejście smoka, ale i tak planowałam do was podejść. - Mruknęłam zażenowana.
- Rozumiem. - Uśmiechnął się do mnie. - Nic ci się nie stało?
Chciałam powiedzieć, że nie, ale jego spojrzenie już powędrowało do mojego stłuczonego nadgarstka.
- Podaj mi swoją rękę. - Zrobiłam to, co mi kazał trochę niepewnie. Czy zaraz mój siniak zacznie się świecić żółtym światłem i zniknie? Czy może chłopak na niego pochucha? Trochę z ciekawością, a trochę z przerażeniem przyglądałam się jak wyjmuje swoją różdżkę z kieszeni i przykłada do mojego nadgarstka.
- Volnera Sanantu. - Ledwo wypowiedział te słowa, a mój siniak zaczął znikać. Niesamowite! Zamierzałam podzielić się moim podekscytowaniem z tym chłopakiem, ale przypomniałam sobie, że w ogóle go nie znam.
- Dziękuję. - Powiedziałam więc tylko. - Nazywam się Bethany Monahan.
- Miło mi cię poznać, Bethany. Uczęszczasz do Hogwartu? Który rocznik?
Mógłby się przedstawić... Nie wiedziałam, w jakim roczniku będę się uczyć. Miałam 16 lat, ale to chyba nie oznacza, że będę uczęszczała do szóstej klasy.
- Udaję się do Hogwartu... ale nie mam bladego pojęcia w której będę klasie.
Zielone oczy chłopaka rozszerzyły się gwałtownie.
- Czekaj... Czy to oznacza, że będziesz pierwszy raz w Hogwarcie? Dopiero teraz dostałaś list?
No tak. Powszechne zdziwienie.
Znów musiałam tłumaczyć całą sytuację. Dodałam jeszcze, że poznałam pewnego blond-włosego arystokratę i nawet nie musiałam kończyć zdania, bo chłopak już wiedział o kogo chodzi. Przedstawił się jako Harry Potter. Wydało mi się, że oczekiwał jakiejś energicznej reakcji, ale oczywiście nie wiedziałam o co chodzi. Przypomniałam sobie, gdzie widziałam tą twarz. W Dziurawym Kotle kilku czarodziejów czytało gazety z ruchomymi zdjęciami, a na okładce był Harry, podpierany przez jakiegoś staruszka z długą brodą. Chciałam się o to zapytać, ale uznałam, że być może nie byłoby to do końca na miejscu. Postanowiłam zamiast tego dowiedzieć się czegoś więcej o tym czarodzieju, Lordzie Voldemorcie. Gdy wymówiłam jego imię Harry wydał się dość zdziwiony, a potem spochmurniał.
- To nie jest rozmowa na ten moment. Za dużo to nieprzyjaznych uszu. - Przyjrzał mi się uważnie. - Malfoy powiedział ci, jak dostać się na peron 9 i 3/4?
Pokiwałam tylko głową.
- W takim razie usiądź z nami w przedziale. Zapoznam cię z moimi przyjaciółmi, dowiesz się czegoś. Też wychowywałem się w nie-czarodziejskiej rodzinie. - Skrzywił się nie znacznie. Nie powiedział "moi rodzice nie byli magiczni".
Skinął mi głową, pożegnał się i odszedł do swoich przyjaciół. Był trochę oschły, jakby starał się mnie trzymać na dystans, ale wydawał się być dobrym człowiekiem. Promieniał energią i siłą. Mimo, że był drobny, czułam respekt, gdy na niego patrzyłam. Chyba był kimś ważnym.
Zadzwoniłam do mojego rodzeństwa. Spytałam się, jak sobie radzą, jak się czuje babcia etc. Okazało się, że Callum zaczął dorabiać w sklepie ze sprzętem elektronicznym. Uśmiechnęłam się do siebie. Chciałabym być tak silna jak on. Wszyscy byli już zapisani do szkół i przedszkola, w dodatku jedna z wielu żon mojego ojca przyjechała zająć się dziećmi na trochę. Chyba nigdy nie zrozumiem, czemu je zostawiały. Co z instynktem macierzyńskim? To była dla mnie zagadka. Pozdrowiłam każdego z osobna i zamknęłam ostatnie drzwi mojego wcześniejszego życia.
Spakowałam się. Nie było tego dużo, na wiele rzeczy mogłam sobie pozwolić jedynie używanych. Nie zakupiłam też zwierzęcia. Został mi marny galeon i pięć sykli. Wymeldowałam się i ruszyłam linią Piccadily w stronę King's Cross.
Perony były zatłoczone. Ludzie w ogóle nie zwracali uwagi na samotną nastolatkę ciągnącą ciężką, starożytną walizkę bez kółek. Nie żeby była to jakakolwiek nowość. Gdy dotarłam wreszcie, z niemałym wysiłkiem do peronu numer 9, zaczęłam zastanawiać się, czy nie napić się czegoś na odwagę. Czyli jeszcze raz; miałam wpaść prosto na ceglaną ścianę? Zaczęłam żałować, że jednak nie dopytałam się Harry'ego w jaki dokładnie sposób mam się dostać do pociągu. Ale jak dotąd porady Draco Malfoya nie sprowadziły mnie na manowce. Więc na razie im zaufam. Ustawiłam się centralnie do murowanej ściany. Wolałam się nie zastanawiać, co pomyślą sobie przechodnie, gdy zobaczą nastolatkę znikającą nagle z ciężką walizką między peronami. Lub, co bardziej prawdopodobne, rozbijającą się na twardej ceglanej ścianie.
Raz kozie śmierć. Rozpędziłam się, jak potrafiłam, trzymając ciężki bagaż i zamknęłam oczy. Już myślałam o bolesnym zetknięciu z murem, ale nic takiego nie nastąpiło. Poczułam zapach dymu. Znalazłam się na peronie 9 i 3/4.
Słyszałam łkanie jedenastolatków, którzy żegnali się ze swoimi rodzinami. Starsi przychodzili sami lub odchodzili w milczeniu. Dało się odczuć napięcie. Czyżby rodzice bali się posyłać swoje dzieci do Hogwartu? Czy było to z powodu Lorda Voldemorta?
Ja się nie bałam. Nie wiedziałam jeszcze czego. Pożegnałam Londyn i wsiadłam do czerwono-czarnego parowozu. Wyjrzałam przez okno. Wymówiłam cicho imię każdego z mojego rodzeństwa. Potem pożegnałam na głos Calluma. Myśląc o nim, obiecałam coś sobie. W przyszłym roku będzie jechał tym pociągiem ze mną. Jakoś to załatwię. Gdy tylko znajdę się w Hogwarcie, wszystko się wyjaśni. A potem, z pomocą magii lub bez, zapewnię całej mojej rodzinie lepszą przyszłość.
Gdy szukałam przedziału, w głowie miałam świecący neonowo cel. Nie mogę zmarnować szansy, którą otrzymałam. Muszę dać z siebie wszystko.
Po przejściu z grubsza połowy pociągu, zauważyłam rudzielca, który stał obok Harry'ego w sklepie. Podeszłam trochę niepewnie.
- Cześć... Mam na imię Bethany Monahan. Czy w tym przedziale siedzi może Harry Potter?
Chłopak pokiwał głową i wskazał ręką kierunek, jakby to nie była żadna nowość. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chłopak chodzący w wytartych podkoszulkach jest dość popularny. Teraz, gdy o tym myślę, stwierdzam, że może dlatego odważyłam się podejść. Ci ludzie wydawali się tacy... normalni, tacy, którzy nie chcieliby mną pomiatać.
Poszłam w stronę, którą mi pokazał. Przedział był otwarty na oścież. Siedział tam jedynie Harry, wpatrzony w szybę. Na pewno zauważył moje odbicie, ale nie odwrócił się w moją stronę.
- Hej... - Powiedziałam dość niepewnie. W sumie czemu się tak denerwowałam?! - Jestem. - Powiedziałam głośniej.
- Jesteś. - Odwrócił się i uśmiechnął dość przyjaźnie. Chyba wyrwałam go z głębokiego zamyślenia.
Wstał, wziął moją ogromną walizkę i umiejscowił w schowku. Potem odwrócił się i wskazał mi miejsce naprzeciwko niego.
- Bethany, posłuchaj mnie uważnie, dopóki nikogo tu nie ma. - Wyraz jego twarzy był śmiertelnie poważny. Rozejrzał się dokładnie, jakby bał się podsłuchu. - Powiedziałaś, że rozmawiałaś z Draconem Malfoyem. Muszę się dowiedzieć, czy mówił coś na pewien temat. To bardzo ważne.
Położył akcent na słowo "bardzo", jakbym była przygłupia. A więc dlatego chciał ze mną rozmawiać. No tak. Jak mogłam się spodziewać, że chce po prostu mi pomóc. Czy w ogóle istnieją dobrzy ludzie? Czy wszyscy muszą być pochrzanieni, jak mój ojciec?
Zapiekły mnie policzki. Spojrzałam mu w oczy.
- Sądzisz, że jaką osobą jestem? Jak dotąd Draco Malfoy okazał mi najwięcej dobroci. Powinnam przekazać ci, to, co powiedział do mnie w zaufaniu, ponieważ ty tak chcesz? Jakim człowiekiem musiałabym być, żeby ci to ujawnić?
Odwróciłam się, aby wyjść. Poczułam się parszywie. Już chciałam zdjąć mój bagaż, gdy chwycił mnie za nadgarstek. Uścisk bardzo mocny, jego ręka drżała. Przestraszyłam się, że wpadł w szał i chce mi coś zrobić. Puścił mnie jednak prawie tak szybko, jak dotknął.
- Przepraszam. - Mruknął. Był rozdygotany, jakby sam się nie spodziewał swojej reakcji. Bardzo wolno podniósł ręce w górę, zapewniając mnie, że nie chce mnie zranić. - Zostań. Zacznijmy od początku, dobrze? Nie byłem sobą. - Głęboko westchnął i przejechał dłonią po włosach. Widać było, że coś go dręczy.
Nadal mu nie ufałam. Zależało mu przecież przede wszystkim na uzyskaniu ode mnie informacji. Ale postanowiłam zostać. I tak nikogo nie znałam, równie dobrze mogłam usiąść tutaj. Wyszłam jednak z przedziału. Nie czułam się już bezpiecznie z tym chłopakiem sam na sam.
- W porządku. - Odrzekłam. Odwróciłam się do okna po przeciwnej stronie. Czekałam, aż ktoś nadejdzie, może ta dziewczyna o burzy włosów. Tak się po chwili stało. Zastała nas po przeciwnych stronach ściany, zwróconych do siebie plecami. Na jej widok odwróciłam się.
Chyba była lekko zdziwiona, ale nie dała tego po sobie poznać. Przybrała miły uśmiech na twarz.
- Miło mi cię poznać. Nazywam się Hermiona Granger.
Podałam jej dłoń i uśmiechnęłam się serdecznie. Wydawała się być naprawdę miła.
- Bethany Monahan. Mam nadzieję, że nie robię problemu siadając z wami w przedziale.
- No coś ty. Zawsze miło poznać jeszcze jedną czarodziejkę. Jesteś z wymiany? Nie przypominam sobie twojej twarzy. Ale mówisz perfekcyjną angielszczyzną...
Nie zastanowiłam się nawet, skąd wiedziała, że chcę usiąść właśnie tutaj. Mój umysł zaprzątnęła myśl, ile jeszcze razy będę musiała tłumaczyć moją sytuację.
Po krótce wyjaśniłam błąd w dostarczeniu listu. Hermiona wydawała się zdziwiona. Nie mogłam nie zauważyć krótkich spojrzeń, które posyłała w stronę siedzącego cicho Harry'ego. Gdy skończyłam poklepała mnie pocieszająco po ramieniu i zapewniła, że pomoże mi, gdybym miała jakikolwiek problem. Dodała, że jest prefektem i niestety tylko czasem będzie tu zaglądać. Dokładnie w tym momencie pociąg ruszył. Poprzez pisk kół zdążyłam dosłyszeć, jak dziewczyna, patrząc z wyrzutem na czarnowłosego chłopaka szepce "Harry...".
