Z rozpędu i w ramach zadośćuczynienia piszę następny rozdział. Miłego czytania! :)
W przedziale siedziało pięć osób. Ja, Neville, Ginny, Luna i Harry. Neville Longbottom okazał się być wysokim, ciemnowłosym chłopakiem o brązowych oczach i lekko rozkojarzonym spojrzeniu. Nie odzywał się zbytnio, a jeżeli już to głównie po to, aby ogłosić, że zapomniał wziąć czegoś z domu. Patrzył się na mnie dość niepewnie i czuł się chyba tak niezręcznie jak ja. Ginny Wesley, o płomiennych włosach jak tamten chłopak, Ronald, jej brat. To ona sprawiła, że poczułam się bardziej komfortowo. Starała się nawiązać rozmowę i wyjaśniła mi kilka rzeczy. Była oburzona, że nie dostarczono do mnie listu. Gdy co jakiś czas przechodzili koło naszego przedziału inni uczniowie, wodzili za nią wzrokiem, jak urzeczeni. Luna Lovegood była blondynką, o wielkich, wodnistych, szarych oczach. Właściwie nie rozmawiałam z nią za dużo, może oprócz zapytania się, co ma w uszach. Podała mi jakąś niezrozumiałą nazwę, na coś, co bardzo przypominało zwyczajną rzodkiewkę. Przez całą drogę czytała czasopismo (zdjęcia oczywiście się ruszały, żeby było jeszcze mniej normalnie) o nazwie "Żongler". Co jakiś czas odwracała je do góry nogami i w coś uparcie się wpatrywała. Oprócz tego często mruczała pod nosem rzeczy w stylu "ostatnio coraz więcej o Chrapakach Krętorogich...", albo "Gnębiwstryki są dziś wyjątkowo aktywne...". Harry milczał przez całą drogę. Zapatrzony był w szybę i miałam wrażenie, że to nie było dla niego typowe. Jego mina zmieniała się tylko, gdy do przedziału wpadali Ron i Hermiona. Przybierał twarz szczęśliwego człowieka, ale widać było, że jego przyjaciele widzą co się z nim dzieje. Znikali jednak oni szybko, bo jako prefekci, musieli robić obchody po pociągu.
Krajobraz zmieniał się co chwilę. Pogoda była słoneczna. Dzień ten wydał mi się niesamowicie radosny. Poznałam wielu miłych ludzi. Znalazłam z Ginny wspólny język. Wybaczyłam Harry'emu. Nie wierzyłam, że zależało mu tylko na informacjach. Na pewno w jakimś stopniu chciał mi pomóc. Miałam jednak wrażenie, że stało się z nim coś złego, a może nadal się dzieje. Dowiedziałam się wielu rzeczy o rodzinie Wesleyów, babci Neville'a, tacie Luny. Nie usłyszałam jednak zdania o Harrym. Jakby jego życie było jakimś tabu, którego nikt wolał nie poruszać. Byłam ciekawa, ale postanowiłam nie naciskać. Na odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas. Dowiedziałam się natomiast, że cała grupka jest z Gryffindoru, domu o którym pewien arystokratyczny jasnowłosy typ wyrażał się bardzo nieprzychylnie. To sprawiło, że zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, gdzie zostanę przydzielona. Ginny powiedziała, że tak naprawdę samemu można podjąć tą decyzję, a potem przekazać ją tiarze przydziału. Ale ja nie byłam zdecydowana. Postanowiłam dostosować się do decyzji tiary. Zauważyłam nagle, że słońce zaczęło zachodzić. Wyglądało wspaniale. Już postanowiłam zwrócić na to uwagę Wesołej Kompani, ale przerwał mi dźwięk cichych kroków, zbliżających się do naszego przedziału. W drzwiach stanął nie kto inny jak Draco Malfoy. Za jego plecami pojawili się dwaj chłopcy, o budowie goryli. Wyraz ich twarzy świadczył o tym, że inteligencją im jednak ustępują.
Reakcja całej grupy była natychmiastowa. Wzrok wszystkich zwrócił się w stronę jasnowłosego arystokraty. Harry zerwał się z miejsca, w jego oczach dostrzegłam niepokojący błysk.
Draco omiótł przedział wzrokiem. Miałam wrażenie, że jego spojrzenie zatrzymało się na mnie na chwilę. Gwałtowna reakcja Harry'ego także nie była chyba czymś częstym, ponieważ chłopak cofnął się o krok.
- W tym roku... trzymaj się zasad, Potter.
Wszystkim opadła szczęka, łącznie z dwoma dryblasami, lecz im po lekkim opóźnieniu. To nie były chyba słowa, które zazwyczaj wypowiadają do siebie wrogowie, którymi Harry i Draco niewątpliwie byli. Zresztą po minie czarnowłosego gryfona, byłam w stanie wywnioskować, iż był zszokowany na równi z resztą. Do tego ta mina. Bardzo starannie ukryta, głęboko schowana nienawiść. Odraza. Ale było coś jeszcze... co nie kojarzyło mi się z Draco w zupełności... Pokora.
- Bethany. - Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że Malfoy zwraca się do mnie. Wszyscy byli jeszcze zbyt oszołomieni, by jakoś zareagować. A może zbyt ciekawi rozwoju wydarzeń.
- Taaak? - Zapytałam z malejącą pewnością.
- Dlaczego tu jesteś? Przecież zaprosiłem cię do naszego przedziału. - Wyraz jego twarzy wyrażał niezadowolenie prawdopodobnie tym, że ktoś śmiał się go nie posłuchać.
- Nie prawda... - Zająknęłam się. - Nic takiego nie pamiętam.
Zirytowany przeczesał dłonią po swoich lśniących włosach.
- To dlatego, że wciąż bujasz w obłokach, Bethany.
"Ciągle". Rzeczywiście, bo znaliśmy się tak długo. A poza tym byłam pewna, że nie składał mi takiej propozycji. Co miał na myśli?
Spojrzał w bok.
- Nie ważne. - Odwrócił się do dwóch goryli. - Crabbe, Goyle, idziemy.
Jego wyjściu towarzyszyła całkowita cisza. Po chwili jego Minionki udały się za nim.
Nikt się nie odezwał. Cała sytuacja była jakaś nadzwyczajna, nie na miejscu. Uśmiechnęłam się do siebie. Może i Draco był wyniosły, oschły i dumny, ale na pewno nie wydawał mi się tak paskudny, jak go określili gryfoni.
- Coś jest nie w porządku. Nigdy nie pomyślałabym, że Malfoy potrafi powstrzymać się od skomentowania moich rudych włosów. - Powiedziała zdezorientowana Ginny.
- Albo mojej niezdarności. - Neville też wydawał się zaskoczony. Luna tego nie skomentowała, prawdopodobnie całe zajście nie wydało jej się dziwne.
- Tak... - Wymamrotał Harry. Dzieje się coś bardzo dziwnego. Malfoy coś knuje. I jeszcze to u Borgina & Burkesa...
Zapadła chwilowa cisza. Pociąg sunął przez pola i lasy, a krajobraz zmieniał się na coraz bardziej dziki. Słońce zeszło już całkowicie z horyzontu i zapaliły się lampy gazowe.
- To jest dobry moment, żeby przebrać się w szaty. - Oświadczyła wyjątkowo przytomnie Luna.
Harry wstał.
- Świetnie. W takim razie za chwilę wrócę. - I nie czekając na odpowiedź szybko wyszedł z przedziału.
- Mam wrażanie, że zaraz zrobi coś głupiego. - Westchnęła zaniepokojona i trochę poirytowana Ginny.
Moja nowa, a raczej pierwsza koleżanka pomogła mi się przebrać w szatę w łazience, i razem udałyśmy się z powrotem na miejsce. Miła starsza pani, która przechodziła wcześniej z wózkiem ze słodyczami, oznajmiła, iż dojedziemy na stację za około 15 minut. To tylko przypomniało mi, jak głodna byłam po zjedzeniu jedynie suchego prowiantu z hostelu. Harry'ego nadal nie było, za to pojawili się już przebrani w szaty Ron i Hermiona. Stwierdzili, że mogą robić co chcą do przyjazdu na peron.
Usiedliśmy więc i rozmawialiśmy o błahostkach. Chyba wszyscy (może oprócz Luny) zauważyli, jak bardzo zdenerwowana jestem. Ale nawet ona próbowała mnie rozweselić. Oświadczyli, że są gryfonami (oraz krukonką) i nikogo nie zostawią w potrzebie, i że mogę się zawsze do nich zwrócić. Byłam taka szczęśliwa.
W pewnym momencie usłyszałam, jak pociąg zwalnia. Uśmiechnęłam się nerwowo, ale poczułam rękę Ginny na ramieniu. Chyba miałam szczęście, że na nich trafiłam, naprawdę. Oczywiście, nie należałam do ich "paczki", ale poczułam dobroć. Dodali mi wiary i otuchy. Nie wstydziłam się tego. Nie wstydziłam się, że moim największym lękiem jest samotność. Nawet gdybym miała być piątym kołem u wozu... odsuwanym na bok... Potrzebowałam bliskości innych ludzi. Dlatego naprawdę, naprawdę się cieszyłam.
Pociąg stanął. Wiele rąk zaczęło wyciągać swoje walizki. Skierowaliśmy się do wyjścia, jedynie Luna powiedziała, że sprawdzić czy w przedziałach nie ma... Gnębiwtraków? Gnębików? Czegoś w ten deseń. A Harry nadal nie wrócił. Hermiona była wyraźnie zaniepokojona, a stwierdzenie Rona, że na pewno wszystko jest w porządku, zdenerwowało ją jeszcze bardziej. W każdym bądź razie wzięli jego walizkę i wytoczyliśmy się na peron.
Było głośno i ciasno. Wszędzie tłoczyli się uczniowie. Nagle, niedaleko latarni coś ogromnego wyrosło w samym środku tłumu. Osoby, które tam stały zaczęły cofać się w popłochu.
Gdy przyjrzałam się uważniej, dostrzegłam, że coś, było wyjątkowo ogromnym kimś.
Mężczyzna ten był chyba dwa razy wyższy ode mnie, o burzy włosów i długiej, splątanej brodzie. Ubrany był w coś, co przypominało futro, które nosiły kobiety mojego ojca, tylko może hmmm... mniej urodziwe. Przyłożył rękę większą od mojej głowy do ust, i zawołał na cały głos: "Pierwszaki, za mną!".
Spojrzałam przerażona na Lunę i Ginny, które stały obok mnie. Uśmiechnęły się do mnie zachęcająco.
- To Hagrid, gajowy Hogwartu. Jest naprawdę super, tylko tak wygląda... - Tak, rzeczywiście, wyglądał jakby był w stanie złamać komuś kręgosłup wesołym klepnięciem po plecach.
- Więc pewnie... powinnam tam iść, prawda? - Powiedziałam zrezygnowana.
- Aha. - Powiedziała rezentuzjazmowana Ginny. - Samo dotarcie do szkoły może nie będzie zbyt przyjemne, ale za to czeka cię dziś przecież wybieranie do domu, prawda? Będzie super!
Skinęłam głową, poważnie w to wątpiąc i udałam się w stronę brodatego, ubranego w futro nieznanych mi zwierząt olbrzyma.
Podeszłam niepewnie. Niewątpliwie wyróżniałam się pośród tej grupki, ponieważ, co by nie mówić... oni wszyscy mieli po jedenaście lat.
Hagrid odwrócił się w moją stronę. Wesoły uśmiech wstąpił na jego twarz.
- A ty musisz być Bethany, nie mylę się?
Skinęłam głową. Odwzajemniłam uśmiech.
- Nie martw się. Może być ci tak trochę dziwnie, ale niedługo Psor wszystko ci powie.
- Cholibka! Musimy się spieszyć, bo wszyscy są głodni. Dobra, pierwszaki za mną!
Szłam w milczeniu. Zauważyłam interesującą rzecz. Jedenastolatki, które wychowywały się w rodzinach czarodziejskich, były o wiele bardziej rozluźnione i wesołe, nawet wtedy, gdy wsiedliśmy do samo sterujących się łódek, albo gdy z jeziora wyskoczyło coś, o czego istnieniu wolałabym nie wiedzieć. Co mogę powiedzieć o tej przeprawie - było mokro. Łódki kołysały się tak mocno, że co jakiś czas nabierały wody, poza tym fale musnęły też kilka razy moją szatę.
Gdy dopłynęliśmy drżałam z zimna, a może z podekscytowania, sama nie wiem. Zamek był piękny. Jak już może zauważyliście, architektura mnie pociągała. A ta budowla była naprawdę wspaniała. Szary kamień, strzeliste wierzyczki, gotyckie okna... Na jeziorze odbijały się światła sączące się z ogromnego pomieszczenia.
Zostaliśmy skierowani w stronę bramy, w której stał jakiś mężczyzna z miotłą i mamrotał coś, co wzięłabym za przekleństwa. Obok niego przysiadła duża, czerwonooka kotka o wyjątkowo ciekawej sierści. Wzrok tej dwójki mógłby zabić z równą łatwością, jak wzrok bazyliszka.
Weszliśmy do zamku. Na ścianach paliły się pochodnie. W końcu zatrzymaliśmy się przed drzwiami, jak sądziłam po głośności, tej ogromnej sali.
W tym momencie tuż koło tego niskiego chłopca, Ravisha, czy jakoś tak, wyrosła wysoka postać chudej kobiety. Miała siwe włosy i nosiła okulary, ale wystarczyło na nią spojrzeć, by widzieć, że należy się trzymać na baczności. Chodziło o oczy; stalowo szare, świdrujące. Nagle się odezwała.
- Uczniowie. - Zrobiła krótką przerwę. - Witamy was w Hogwarcie. Za chwilę przystąpicie do testu, który wskaże, do którego domu zostaniecie przydzieleni. Są cztery domy; Revenclaw, Hufflepuff, Gryffindor i Slytherin. Każdy z tych domów ma własną, chwalebną historię. To honor należeć do jednego z nich, nie ważne którego. Każdy z domów ma swojego opiekuna oraz prefektów. Musicie się ich słuchać. Od teraz, za każde wasze przewinienie, czy to na tle naukowym, czy na społecznym, odejmowane będą waszemu domu punkty. Za każdą zasługę zaś dodawane. Pod koniec każdego roku szkolnego podliczana jest liczba punktów każdego z domów i ten, który ma ich najwięcej, wygrywa Puchar Domów.
Omiotła nas wszystkich wzrokiem, skinęła głową i dała znak ręką, aby otworzyć drzwi.
- Aha! - Zatrzymała wszystkich na chwilę. - Bethany Monahan, proszę wystąp!
Krew odeszła mi z twarzy. Cóż za żenująca sytuacja! Podeszłam szybkim krokiem, ze świadomością, że wszyscy się na mnie patrzą.
- Po zakończeniu uczty, przyjdź pod gabinet dyrektora, moja droga. Prefekci powiedzą ci jak się tam dostać.
Spojrzała na mnie łagodniejszym wzrokiem, niż się tego spodziewałam. Potem odwróciła się w stronę tej wielkiej sali.
- Otwierać drzwi!
