Rozdział 1) Spotkanie

Powolnymi, dokładnymi ruchami, przeczesywała włosy leżącego na stole sekcyjnym, denata.
Była zła i jak zawsze w takiej sytuacji, nuciła sobie pod nosem.
- Jeśli twój gatunek przetrwa w dłonie klaszcz… - Nie cierpiała, gdy coś jej nie wychodziło, nie umiała się poddać, jakby chciała pokazać całemu światu, że ona się nie myli. Tymczasem, sekcja trwała już ponad połowę doby i nadaj nic nie wskazywało na to, ze denat zmarł na całkiem naturalny zwał serca, podczas milutkiej sesji sado-maso, w pewnym luksusowym burdelu. Ale ona wiedziała, że tak nie było. Nie miała pojęcia skąd, po prostu coś jej mówiło, że ktoś za tym stoi.
Obejrzała całe ciało, centymetr po centymetrze, wyjęła wszystkie organy wewnętrzne, zważyła, obejrzała, rozkroiła, zbadała… Nic. Wszystko wskazywało na to, że mężczyzna po prostu porwał się z motyką na słońce i pompka nie wytrzymała nadmiaru wrażeń. Zakrzepy w żyłach zresztą sprawę ułatwiły. Co prawda, nigdzie nie istniały żadne zapisy o chorobach krążenia pana sado-masa, jak go nazywała, ale cóż, nie musiał wiedzieć o zakrzepicy. W takim układzie, zszedłby, raczej prędzej niż później. Jednak była pewna, że teraz ktoś mu w tym pomógł.
W akcie desperacji zaczęła więc przeczesywać, i to całkiem dosłownie, głowę ofiary. Liczyła na coś, ale sama nie wiedziała na co. Chyba, że spod grzebienia wypadnie jakiś trop. Włos, albo coś... Chociaż to też by jej wiele nie dało, najpewniej byłby to włos dziwki… Ale musiała czymś zając ręce, zastanawiając się, co dalej.
Przeczesując po raz setny kark mężczyzny, nagle coś zwróciło jej uwagę… Chwyciła maszynkę do golenia, podłączyła do prądu i szybko wygoliła obszar, w którym zauważyła dziwną zmianę. Poprawiła okulary na oczach i przysunęła lupę, aby się upewnić. Uśmiechnęła się do siebie z triumfem. Miała to…
- Ślad po igle, prawda? – Usłyszała nagle za sobą męski, całkiem obcy jej, głos. Zaskoczona, unosząc głowę, uderzyła z całej siły w ciężkie szkło powiększające, wiszące nad denatem.
-Au… - syknęła łapiąc się za czoło i spojrzała na intruza. Nawet nie słyszała, kiedy tu wszedł. W dodatku, nie wyglądał na kogoś, kto powinien się tu znajdować. Bardziej jak ktoś, kto znalazł się tutaj całkiem przypadkiem. Skąd jednak wiedział o małej kropce, jednoznacznie wskazującej na wprowadzeniu czegoś do krwioobiegu denata. Zdjęła okulary i wstała, podchodząc do mężczyzny, jednocześnie zasłaniając swój „obiekt".
- Przepraszam, ale kim pan jest i co tutaj robi? Nie wolno tu wchodzić… - Stała zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od niego, patrząc mu w oczy. By to uczynić, musiała zadrzeć głowę w górę, mężczyzna był bowiem sporo od niej wyższy.
Miał też piękne, mądre oczy, seksowny zarost, a pod koszulą rysowały się piękne, umięśnione ramiona. Do tego, od długiego dotykania zwłok, czuła już znaczny chłód… Ale postanowiła to wszystko zignorować, skupiając się tylko na triumfie. Miała rację. Szkoda tylko, że najwyraźniej musiała dzielić się swoim małym zwycięstwem.
- Sherlock Holmes, policyjny konsultant. – Powiedział szybko, wcale nie patrząc na nią, tylko na lezące za nią zwłoki. No tak, jak niby miała coś mu zasłonić, ze swoim mizernym wzrostem.
- Rachel McConnery, patolog… też na usługach policji…- automatycznie uznała, że stosownie byłoby się też przedstawić. Przy czym starała się nie patrzeć za bardzo na jego mięśnie, chociaż jej mózg pomału zamieniał się w coś w rodzaju atlasu anatomicznego… Otrząsnęła się. – Skąd wiedziałeś o nakłuciu? – Zapytała zdumiona, gdy minął ją bez słowa, podszedł do denata i przyjrzał się małej, czerwonawej kropce.
- Moje gratulacje – usłyszała w odpowiedzi, gdy Sherlock wyprostował się i wreszcie spojrzał na nią, tak naprawdę. – Policja nawet nie zamierzała wszcząć śledztwa, dopóki ich nie przekonałem. Wszyscy zgodzili się, że był to… nieszczęśliwy wypadek. Ale nie ty. Dlaczego?
- Nie tylko ja… - Nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Przeczucie to przecież żaden argument. – Też to wiedziałeś. I wiedziałeś o nakłuciu, a nawet nie widziałeś zwłok. Jak? – Skrzyżowała ręce na piersi. Sherlock chwile myślał, patrząc na nią. A ona starała się tylko myśleć trzeźwo i nie zwracać uwagi na ciało, domagające się ogrzania.
- Nie wiedziałem – przyznał. – W ogóle nie słyszałem o tym przypadku, dopóki Gregson nie powiedział mi o pewnej młodej, upartej pani patolog, pracującej dla policji. – Powoli obszedł stół, przyglądając się panu sasdo-maso od niechcenia. – Wspominał, że ma talent, jak on to ujął? Diagnostyk ostateczny. Rozpoznajesz choroby, których nikt nie zdiagnozował. Ale dopiero, kiedy trafiają do ciebie… - Spojrzał w jej oczy, jakby chciał o coś zapytać, albo coś z nich odczytać. Zaraz jednak opuścił wzrok i głośno zassał powietrze. – Tak czy inaczej, Gregson powiedział, że nigdy się nie mylisz, a jednak, uparłaś się zbadać tego jegomościa – wskazał stół sekcyjny. – Na okoliczności inne niż śmierć naturalna. Trochę o tobie czytałem, McConnery, nie miej mi tego za złe. Lubię wiedzieć, z kim pracuje. Jesteś młoda, ledwie po studiach, ale twoja biografia jest imponująca. – Stanął przy niej, patrząc na dziewczynę z uznaniem. – Więc… powiedzmy, że twoje przekonanie, że ten mężczyzna nie umarł z powodów naturalnych, wystarczyło mi, abym zainteresował się tym przypadkiem. Bo jeśli denat zmarł na zawał, a tak jest z całą pewnością… Co mogło go wywołać? – Wzruszyła ramionami, patrząc na nieszczęśnika.
- Wiele rzeczy. Podejrzewałam wstrzyknięcie dużej dawki adrenaliny. Ale nie mogłam znaleźć nigdzie śladu po igle. A do tego, badanie toksykologiczne…
- Nie wykazały niczego – przerwał jej. – Oczywiście, inaczej już być leciała z tym do Gregsona. – Może i był grzechu wart, ale zaczynał działać jej na nerwy. – Ale szukałaś nadal… - Nie chciała się przyznawać, że szukała całkiem w ciemno.
- No i mamy nasz ślad. Ale to tylko poszlaka. Nie ma substancji wywołującej zawał serca, która nie pozostawiłaby śladu we krwi. To niemożliwe. – Holmes tylko uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Jest taka substancja. Jeśli można to tak nazwać. Wywołuje zakrzepy, może prowadzić do niewydolności, a nawet zawału. I nikt nie jest w stanie jej wykryć. – Rachel zmarszczyła brwi, patrząc chwile jeszcze na trupa, a potem na konsultanta.
- Masz na myśli… powietrze? Ktoś wstrzyknął mu powietrze do tętnicy? – Holmes skinął głową.
- Dokładnie. I nie spodziewał się, że ktoś będzie cokolwiek podejrzewać. A już na pewno, że będzie sprawdzać tak drobiazgowo.
- Ale co teraz? Ktoś mógł chcieć jego śmierci?
- Mam już kilka pomysłów… A dzięki twojej pomocy, McConnery, Gregson będzie musiał zagonić swoich chłopców do roboty. Dziękuje za pomoc. – Rzucił jeszcze i wyszedł.
Tak właśnie poznała Sherlocka Holmesa.
A rozgrzała się w ramionach przypadkiem spotkanego w barze mężczyzny. Jakiś cichy głos w jej głowie kazał jej żałować, że nie ma tak imponująco silnych ramion, jak ten nieco irytujący konsultant…
Gdy już pożegnała swojego kochanka na tę noc, wtuliła się w poduszkę i przed zaśnięciem pomyślała jeszcze, że to miłe, że ktoś w nią uwierzył. Tak całkiem w ciemno.