.
Rozdział 15
Cykliczny rytm zdarzeń
.
Chcesz stworzyć zaklęcie? Zebrać zbitek gładkich głosek, trafić w odpowiednią tonację, sklecić je w wyraz, któremu nadasz moc?
Potrzebujesz wiedzy - to z pewnością - wiedzy i swego rodzaju doświadczenia w obchodzeniu się z magią. Potrzebujesz zdyscyplinowania i odpowiednich studiów, tony notatek i poświęconego czasu, góry przemyśleń, skreśleń i podkreśleń - ale tak naprawdę to nie to jest najważniejsze. Najważniejsza nie jest poprawnie wykonana sekwencja odpowiednich ruchów ani wyartykułowanie określonych słów z zachowaniem bezbłędnej dykcji. Najważniejszy nie jest oddech zaczerpnięty w adekwatnym miejscu, gdzieś pomiędzy spójnymi frazami zaklęcia tak, aby jego moc nie została naruszona, tak, aby inkantacja nie została przerwana. Najważniejsze nie jest nawet to, jak mocno i zapalczywie ściśniesz różdżkę w dłoni. Tak naprawdę wszystko zaczyna się od woli.
Nie są potrzebne wielkie słowa i łacińskie zwroty, nie jest potrzebne zapalczywe wymachiwanie różdżką - składniki sukcesu to skupienie, wytężony umysł i chęć: gorąca i pełna oddania sprawie.
— Potęga, której nikt nie potrafi zepsuć — szeptał żarliwie Snape, a Harry podziwiał jego zapał, śledząc sieć emocji wibrującą w jego słowach, przez którą drżały mu palce, a którą obawiał się zetrzeć z jego głosu, wypowiadając nieroztropne słowo.
Twoja wola - twoje zaklęcie. Przełamanie wszelkich oporów. Pragnienie musi być czyste, pierwotne, niezmącone wahaniem. Twoja najmniejsza niepewność może być katastrofalna w skutkach. Tu nie ma miejsca na niezdecydowanie.
— Stworzymy przekleństwo, Potter — powiedział Snape, patrząc na niego błyszczącymi oczami, a Harry nie potrafił nie przygryzać wnętrza wargi, kiedy słyszał pieszczotliwą nutę brzmiącą w tym aksamitnym głosie, kiedy widział pragnienie w nieznacznie wygładzonych zmarszczkach jego twarzy. — Liźniemy magii mrocznej jak dno głębokiej studni.
— Jeśli jest to zawoalowane pytanie, czy tego właśnie chcę… — zaczął ostrożnie, oblizując wargi, a Snape się roześmiał, błyskając na niego intensywną czernią spojrzenia.
— Och, Potter — westchnął, wyglądając, jakby chciał przewrócić oczami — brzmisz, jakbyś nie rozumiał, że doskonale wiem, czego chcesz.
I być może wiedział - być może obserwował go już zbyt długo i zbyt wnikliwie, by nie domyślać się jego pragnień z cieni na jego twarzy, z drgnięć mięśni ramion, z przygryzanych zębów. Prawdopodobne było, że widział w nim niezdrowe zafascynowanie ciemnością, że rozpoznawał iskry w jego oczach, ponieważ doskonale wiedział, jak są elektryzujące - ponieważ znał je, rozumiał, ponieważ on też ich doświadczał w kontakcie magią - tą czarną i gęstą jak smoła.
Potrzebujesz czasu — powiedział mu Snape, krążąc po małym salonie jak sęp nad padliną — i jasnego umysłu. — Miarowe słowa brzmiały, jakby każda ich zgłoska została parokrotnie rozważona, zanim zadźwięczała pomiędzy nimi. — Pierwsze jestem w stanie ci dać — szeptał — ale nad drugim sam musisz popracować.
— Przecież możesz rzucić to zaklęcie za mnie — zauważył cicho Harry, nie spodziewając się, że zasłuży tym sobie na na wpół rozbawiony, na wpół ironiczny uśmieszek i błysk czarnookiego spojrzenia.
— Och, nie, panie Potter — zamruczał Snape, brzmiąc jak przeciągający się kocur — tego nie zamierzam dla ciebie robić.
Robił to, co zawsze - poruszał się na obrzeżach, nie wchodził w środek wydarzeń, przemykał jak cień, jak duch dawno zmarłej osoby kłębiący się pomiędzy ścianami zamku jak para.
— Ale możesz mnie nauczyć, czy tak? — westchnął Harry, przecierając skroń, w której zatętniło narastającym, nieznacznym bólem. — Naprowadzić mnie na odpowiednie tory? Pokazać, jak wygląda proces tworzenia zaklęcia? Stanąć za moimi plecami, kiedy będę to robił?
Snape się uśmiechnął, spoglądając na niego spod rzęs.
— Od tego w końcu jestem — powiedział głosem gęstym i przesłodzonym jak melasa — nieprawdaż, panie Potter?
Harry nie mógł się z nim nie zgodzić.
-VVV-
— Zaklęcie podmieniające wspomnienia — zabębnił palcami o blat stołu na Spinner's End Harry, błądząc spojrzeniem po małej kuchni, której wcale nie dostrzegał. Jego umysł dryfował przy innej osobie, znajdującej się mile od tego miejsca, ukrytej gdzieś w czeluściach swych prywatnych kwater w wiekowym zamku w Szkocji. — To nie byle co, prawda? Nie wiem nawet, w co włożyć ręce. Nie wiem, od czego zacząć.
— Od zobrazowania sobie pożądanego skutku — powiedział cicho Snape, owijając się szczelniej zwiewnym materiałem szaty, zasiadając na rozchwianym krześle naprzeciw niego. — To najprostsza droga na start, dzieciaku.
— No dobrze — skupił się Harry, marszcząc brwi i oddychając głębiej — a więc dążymy do wydobycia z umysłu wspomnienia, to pierwszy czynnik, że tak powiem, przy jednoczesnym włożeniu na powrót do głowy innego, podobnego, jednak zmodyfikowanego.
— Przy czym z reguły wydobycie wspomnienia z czyjegoś umysłu nie jest jakoś nadto skomplikowane.
— Chyba że osoba, do której to wspomnienie należy, przeprojektowała je tak skrupulatnie i uplastyczniała je tak długo — zauważył Harry, skubiąc skórki przy paznokciach — że u jego boku przechowuje teraz inne, fałszywe, zakrzywione, bazujące na prawdziwych emocjach, na prawdziwym zdarzeniu, ale zawierające w sobie błąd.
Snape pokiwał powoli głową, marszcząc czoło.
— Czyli nosi w sobie dwa wspomnienia — zastanawiał się na głos Snape — dotyczące jednego zdarzenia, przy czym jedno - to wyjściowe - jest prawdziwe, realne, a drugie - wymyślone, zmodyfikowane.
— Czy zna wersję tego zakrzywionego, skoro stworzył ją, wydobył z umysłu i oddał w czyjeś ręce? — zapytał Harry, bębniąc palcami o krawędź blatu.
Snape zmrużył w skupieniu oczy.
— Owszem, ponieważ to, co oddał, to kopia, jak sądzę — pogładził w zamyśleniu wargi. — Chce mieć nad tym kontrolę, prawda? Wierzy, że panuje nad sytuacją. Usuwanie wspomnień - czy to fałszywych, czy realnych, powodowałoby jedynie dezorientację. Zakładając, że usunął pierwowzór wspomnienia: wiedziałby, czego dotyczyło, z jaką sytuacją wiązały się te obrazy - ale nie znając detali, straciłby w pewnej mierze stabilny grunt pod nogami. Jeżeli to wspomnienie jest tak ważne, jak twierdzisz, nasz drogi Horacy nie pozwoliłby sobie na taką frywolność. — Snape zogniskował na nim wzrok. Czerń jego oczu zdawała się zgęstnieć, zestalić; Harry poruszył się niespokojnie pod intensywnością tego spojrzenia. — Ty znasz treść tego fałszywego wspomnienia, prawda Potter? — zapytał profesor i brzmiał, jakby stwierdzał fakt. — Widziałeś je.
Harry zawahał się - ostro, jawnie, domyślając się, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa; a potem, powoli, nie bez oporu, pokiwał głową. Przyglądając się, jak podbródek Snape'a unosi się wyzywająco, już wiedział, co od niego usłyszy.
— Pokaż mi go — zażądał profesor; a Harry powiedział mu: „nie".
— Zobaczy pan prawdziwe wspomnienie, tak, jak obiecywałem — odrzekł, sam dziwiąc się stabilnemu spokojowi brzęczącemu w tych słowach — ale dopiero wówczas, gdy mi pan pomoże. Dopiero wówczas, gdy wyciągnę go ze Slughorna.
Snape patrzył na niego, jakby coś rozważał, jakby przenikał przez jego oczy, jakby samym spojrzeniem mógł dotykać jego motywacji, pragnień i tajemnic.
— Niech pan tego nie robi — powiedział cicho Harry, śmiertelnie poważnie, nie odwracając wzroku; Snape przekrzywił głowę, wciąż mu się przyglądając. — Dam panu to wspomnienie - dobrowolnie, z pełną świadomością - ale nie teraz i nie tutaj. Nie w taki sposób.
Jedna z chudych brwi Snape podskoczyła wysoko na blade czoło.
— Dopiero gdy sobie na nie zasłużę, czy tak, Potter? — zapytał cicho; prawie szeptał.
— A mógłby pan to zrobić? — przekrzywił głowę Harry; kąciki jego warg drgnęły lekko i wiedział, że wygląda, jakby stawiał wyzwanie - i być może właśnie to robił. — Zasłużyć sobie na nie?
Na wargach Snape'a wykwitł prawie niezauważalny uśmiech; skłonił przed nim głowę, nie odrywając spojrzenia od jego oceniających oczu.
— Potrafiłem zaskarbić sobie twój szacunek, dzieciaku — odparł przyciszonym głosem, ale Harry słyszał nutę rozbawienia stojącą za jego słowami — na tyle, że dałeś mi dostęp do swoich tajemnic. — W jego czarnych oczach coś błysnęło. — Oczywiście, że byłbym w stanie zasłużyć sobie na kolejne.
Harry pokręcił głową, krzywiąc się nieznacznie.
— Nie pytam o to, co potrafiłby pan zrobić, profesorze Snape — sprostował. — Pytam, czy byłby pan w stanie dać mi powód, abym uznał pana za godnego tej informacji. Pytam, czy potrafiłby pan być na tyle spolegliwy. Pytam, czy mógłbym na panu polegać.
— Och, Potter — westchnął Snape, kręcąc nad nim głową; a potem chwycił jego dłoń w swoje palce i spojrzał znad ściskanej dłoni wprost w jego oczy — powiedz mi, co mam zrobić, a uczynię to.
Harry się uśmiechnął.
-VVV-
Jeśli czegoś bardzo chciał, potrafił postawić cały świat do góry nogami, aby to zdobyć - Harry nigdy by go o to nie podejrzewał; a jednak. I kiedy następnym razem Slughorn wychwalał głośno zdolności Harry'ego, stojąc swobodnie, z napchanymi kieszeniami, przy szklarni pani Sprout (a Harry starał się zachować kamienną twarz i nie dać po sobie poznać, że domyślał się, że ten właśnie cichaczem okradał ją z co rzadszych okazów ziół), uniósł pulchną rękę do góry i zamachał nią, wyciągając Snape'a z czeluści korytarza jak spod ziemi - Harry aż się wzdrygnął.
— Właśnie mówiłem Harry'emu, jak doskonale zna się na Eliksirach, Severusie, to naturalny, ponadprzeciętny talent — perorował z ożywieniem — co jest, oczywiście, poniekąd twoją zasługą. Gdyby nie ty…
— Och, nie wątpię — uśmiechnął się z politowaniem Snape, lustrując Harry'ego pełnym wyższości wzrokiem, podczas gdy prawdopodobnie obaj pomyśleli o szczelnie zapisanych marginesach, przekreśleniach i podkreśleniach, zmianach i poprawkach podręcznika Księcia Półkrwi.
— Wiedza Harry'ego, mógłbym powiedzieć, wychodzi ponad przeciętną — trajkotał dalej Slughorn — co dowodzi, jakżeby inaczej, twoim genialnym zdolnościom pedagogicznym — a Harry musiał walczyć z własnymi reakcjami, żeby nie westchnąć z politowaniem.
— Na szczęście — błysnął zębami Snape — Potter doskonale wie, jak wykorzystać zdobytą wiedzę w słusznych, niepodlegających dyskusji celach. Na szczęście wie jak stopniować informacje, aby naprawić krzywdy wyrządzone przez innych — oznajmił niemal śpiewnie, a potem się ukłonił i z furkotem szat wyminął skołowanego Slughorna, nie odwracając się za siebie.
-VVV-
— W gazetach trąbią o tym, że Bellatrix Lestrange wypadła z okna.
— Owszem, obiło mi się o uszy.
— Mhm, a jak dokładnie z niego wypadła?
Kącik wąskich warg Snape'a drgnął nieznacznie, kiedy ten zamknął trzymaną na kolanach książkę, zastawiając stronę wyrywkiem pomiętej kartki i poprawiając się w fotelu, spojrzał przeciągle na Harry'ego zza kurtyny ciemnych włosów.
— Z impetem — oznajmił gładkim, niemal śpiewnym tonem, a Harry nie powstrzymał swoich brwi, które poszybowały wysoko na czoło.
— Myślę, że impet był stosunkowo słaby, skoro miała czas, żeby to okno za sobą zamknąć.
Snape wzruszył ramionami.
— W końcu żyjemy w świecie czarów, czyż nie?
-VVV-
— Zgłoski muszą być należycie ze sobą sparowane — kiwał głową Snape, kreśląc serię łacińskich, mało zrozumiałych dla Harry'ego znaków na rozciągniętym przed sobą pergaminie, kiedy wieczorem, podciągając pod brodę kolana, Harry usiadł na kanapie w jego prywatnych kwaterach i zrzucił koc z jej oparcia, okrywając nim nogi. — Inkantacja musi mieć moc.
— Dlaczego paruje pan jedynie łacińskie zwroty? — zapytał, nie rozumiejąc, Harry, wychylając się, aby zajrzeć Snape'owi przez ramię.
— Bo słowa są istotnie, Potter — odparował, w ogóle na niego nie patrząc - jakby to wszystko wyjaśniało. — Bo wszystko musi się należycie łączyć w jedną, pełną doskonałość.
— Nie rozumiem — mruknął Harry, a Snape westchnął i pokręcił głową, jakby mówił: „odpuść" i „nie teraz", i „nie tym razem", więc Harry wzruszył ramionami, ale nie zapomniał.
-VVV-
— Mam dla ciebie zaklęcie — uśmiechnął się Snape, a w jego oczach zapłonęło coś na kształt przekory. — Inkantację, która, mam nadzieję, przypadnie ci do gustu.
Harry, oderwany od czytanej książki, spojrzał na niego przez ciszę zasłanej nocą biblioteki, czując, jak serce podwaja szybkość przetaczania krwi przez organizm. Odsunąwszy się od regału, opuścił ściskaną księgę, ogniskując wzrok na ciemnej parze oczu migoczącej jak delikatna mgiełka kurzu na podłodze biblioteki.
— Snape, jesteś… — urwał, bo starszy mężczyzna, z dziwnym błyskiem w oku, pokręcił głową, odsuwając się o krok.
— Skonstruowałem inkantację, ale ukryłem ją w zagadce. Nie otrzymasz jej, póki nie przeskoczysz tej przeszkody: póki nie odnajdziesz rozwiązania.
Harry oblizał usta.
Oczywiście, że przysiadł do tego zaklęcia — pomyślał, kręcąc głową. — Oczywiście, że wgryzł się w słowa i ich znaczenie. I nie byłby sobą, gdyby nie postawił przede mną wyzwania, gdyby podał mi wszystko na srebrnej tacy, jakbym sobie tego życzył.
Ukrył słowa inkantacji w łamigłówce, postawił barierę na jego drodze do celu i kazał przez nią przeskoczyć - bo kim by był, gdyby wiecznie nie testował jego wartości, gdyby nie wyciskał siódmych potów z jego umysłu, gdyby nie miał rąk pełnych tajemnic do odkrycia?
Harry skłonił głowę i złączył dłonie za plecami, spoglądając na Snape'a spod rzęs.
— Jak brzmi zagadka? — zapytał nie bez pokory.
Zęby Snape'a, gdy poszerzył uśmiech, wyglądały jak kły rozchichotanej hieny.
-VVV-
Słowa w martwym języku
Spoczywają gdzie człowiek u schyłku
Leżą, gdzie drzew korzenie
Tam, gdzie przed ostrzałem schronienie
Choć zwodną jest, niepewną
Starą koduje chwałę bitewną
Głupców inteligencją
Nieraz i czasu śmiercią
Początek jest końcem
Zaklęcia posłańcem
-VVV-
Harry spoglądał na Snape'a, na którego ustach błąkał się chytry uśmieszek, i nie mógł nie czuć przed nim respektu, nie potrafił i nie chciał tłumić podziwu. Błądził spojrzeniem po jego ziemistej twarzy i widział inteligencję, której hołubił, którą się zachwycał.
— Jeśli ją rozwikłam w ciągu tygodnia — uniósł wyżej brodę, chcąc dobić targu, chcąc wyciągnąć dla siebie z sytuacji tak wiele, jak tylko zdoła — odpowiesz mi na jedno, zasadnicze pytanie.
— Tygodnia? — Brew Snape'a podjechała na czoło w jednym, ostrym szarpnięciu; brzmiał, jakby go wyśmiewał, ale Harry nie spuścił wzroku, nie stracił zapału. — Czyżbyś się nie doceniał, Potter? Jesteś w stanie rozwikłać to szybciej. Daję ci trzy dni.
— Sześć — targował się Harry.
W odpowiedzi profesor pokręcił głową.
— Cztery, Potter, dziewięćdziesiąt sześć godzin, i ani minuty dłużej — prychnął.
— Niech będzie — westchnął Harry, zastanawiając się, czy nie zerwać się z najbliższej Historii Magii, aby zaszyć się w bibliotece z notatnikiem w ręku, rozpisawszy zagadkę, wers po wersie.
— A cena? — chciał wiedzieć Snape, skupiając na sobie ponownie pełnię jego uwagi.
Pokładał głęboką ufność w tym, że jeśli profesor usłyszy, co chciałby w zamian, nie każe mu o wszystkim zapomnieć i wynosić się z jego gabinetu. Podszedł do niego powoli; jego kroki wybrzmiały głuchym echem w ciszy przykrytej nocą biblioteki.
— Zdradzisz mi — zażyczył sobie cicho — co to za klątwa - na dłoni Dumbledore'a. I co powoduje.
Snape przekrzywił głowę, przyglądając mu się; zmarszczka pomiędzy brwiami pogłębiła się nieznacznie.
— Nie będę zdradzał ci cudzych tajemnic, Potter — powiedział cicho, przeskakując spojrzeniem po jego twarzy. — A już na pewno nie: tajemnic Albusa Dumbledore'a.
Harry błysnął na niego spojrzeniem.
— Dobrze wiedzieć, że tak mocno wierzysz w moją wygraną — zacmokał Harry. — To motywujące.
Zmarszczka wygładziła się nieznacznie - zastąpiły je cienkie linie malujące się wokół kącików ust. Snape roześmiał się, kręcąc nad nim głową; pochylił czoło i ścisnął palcami nasadę nosa.
— Głupi dzieciak — mruknął, jakby mówił do siebie, a potem westchnął (przeciągle, z głębi piersi) i zacmokał. — Niech ci będzie. Podniosę tą rękawicę, którą tak zażarcie wciskasz mi w dłoń.
Napływająca determinacja owinęła się wokół Harry'ego jak mruczący, łaszący się kot, serce zabiło mocniej o mostek.
Harry oblizał usta jak łakoma na padlinę hiena i wyszczerzył zęby w brzydkim uśmiechu.
-VVV-
Inkantacja to zaledwie preludium. Składnik zawiłego przepisu - taki jednak, bez którego nie można się obejść.
Więc Harry harował, rozpisywał zagadkę na strofy, na zdania, bazgrał skrupulatnie przemyślane spostrzeżenia na marginesach, prowadził notatki w swoim dzienniku oprawionym popękaną skórą, tym samym, w którym niegdyś zapisywał swoje odczucia po śmierci Syriusza, tym samym, na którego przelewał gorycze swojego życia; teraz skreślał i podkreślał, bawił się w skojarzenia, które rzędem przypisywał do danych słów, pogrążał się w zadaniu, zanurzał się w nim, jak niegdyś w wyszukiwaniu informacji o Josephie Hughesie.
Maczając końcówkę pióra w atramencie, pisał pospiesznie, aby myśli nie uleciały mu z głowy: „Martwy język - zapomniany, dawny, nieużywany; prasłowiański, syryjski, łaciński, etruski, galijski" i dochodząc do wniosku, że odpowiedź sama się nasuwa, ponieważ większość istniejących zaklęć miała łacińską etymologię. Łacina była ważnym korzeniem powstawania inkantacji, zaklęcia ewoluowały od pradawnych czasów, ale ich inkantacje w większości wracały do początków powstawania magii. Harry podkreślał więc podwójną linią łaciński i wczytywał się w drugą strofę.
Z myśli nie wyrywał go zgiełk codzienności Hogwartu, odgłosy życia Zakazanego Lasu - gdy siedział z notatnikiem na kolanach na szczycie Astronomicznej Wieży - ani chrapanie współlokatorów, gdy - przyświecając sobie zaklęciem Lumos - chował się pod kołdrą, studiując, nie bez werwy, swoje notatki.
Snape, z kwaśną miną, obserwował cienie pod jego oczami, niepasujące do błysku w jego oczach, do niegasnącego zapału wieńczącego jego twarz i wzdychając, kręci z dezaprobatą głową, ale nic nie mówi.
— Nie potrafisz odpuścić — mówił mu czasami Snape, zaglądając mu przez ramię, gdy w piątkowe wieczory Harry wkraczał do jego gabinetu, lokując się przy kominku, opierając plecy o rozgrzane kafelki — nie znasz umiaru — a Harry wzruszał jedynie ramionami, nie pozwalając oderwać się od własnych myśli, krążących wokół korzeni drzew i ich położenia.
— Czemu miałbym znać umiar — mruknął w kierunku Snape'a ani trochę niezniechęcony — skoro ograniczenia nie istnieją?
W takich momentach Snape zgrzytał zębami, spoglądając na niego wilkiem.
— Nie łap mnie za słowa głupi bachorze.
-VVV-
— Zdaje mi się — powiedział Joseph Hughes, przyglądając się szklaneczce, której dno hojnie pokrywała whiskey — że wysłano za mną jakiś list gończy.
— A więc dorobił się pan wielbicieli? — zachwycił się przesadnie Harry. — Moje gratulacje!
Hughes uśmiechnął się pod nosem i upił łyk z trzymanej luźno między palcami literatki.
Sobotnia noc była ciemna, a szemrany bar na Nokturnie przepełniony dymem szczypiącym w oczy i półszeptami wątpliwej bezinteresowności. Harry, z ciemnym kapturem zaciągniętym głęboko na czoło oraz zaklęciem wyostrzającym wzrok, pozwalającym mu przez kilka godzin widzieć bez okularów, siedział z łokciem niedbale opartym o lepiący się, barowy stolik, co jakiś czas rzucał kątem oka spojrzenie Snape'owi, który zogniskował przewiercający, intensywny wzrok w niebieskich oczach, jakby chciał wypalić Hughesowi dziury w czaszce.
— Jak samopoczucie, Potter? — przechylił głowę Hughes; jego niebieskie oczy błyszczały zza kurtyny włosów.
— Czyżby został pan oddelegowany do zbadania mojego zdrowia psychicznego? — uniósł brwi Harry, unosząc kufel miodowego piwa do ust.
— Nie.
Hughes brzmiał, jakby była to najjaśniejsza kwestia na świecie, niewymagająca dalszych tłumaczeń - jakby nie miał przed sobą kogoś, kto kilkakrotnie i całkiem dosadnie zachował się przy nim (notabene: i przy Voldemorcie - przede wszystkim), jak ktoś pozbawiony skrupułów, jak ktoś, komu racjonalność odjeżdża spod nóg. Harry i Snape wymienili przeciągłe spojrzenia ponad blatem rozchybotanego stolika.
— Czy doczekam się jakiegoś rozwinięcia tego tajemniczego: „nie"? — spytał z przesadnym zainteresowaniem Harry; Snape ukrył szyderczy uśmiech za ścianką parującej filiżanki ciemnej kawy.
— Być może — powiedział powoli Hughes, śląc ku niemu przeciągłe spojrzenie tych błękitnych, zimnych oczu — okropnie się za wami stęskniłem? — uniósł brew, jakby stawiał wyzwanie.
Harry przystawił rękę do serca i przywołał na twarz rozanielony wyraz.
— Naprawdę? — zaświergotał, przeciągając sylaby, jak zachwycona fanka stojąca pod sceną Fatalnych Jędz. — Ojej, od razu mi cieplej na sercu!
Snape parsknął w swoją kawę i ukrył to udawanym atakiem kaszlu.
Hughes westchnął i odstawił z lekkim szczęknięciem literatkę na lepiący się od czegoś bliżej niezidentyfikowanego stolik.
— Prawdę mówiąc — potarł skronie Hughes — przyszedłem was prosić o pomoc — odwrócił wzrok, przyglądając się zaciekom, jakie deszcz żłobił w brudnych szybach baru. — Obiło mi się o uszy, że jakiś czas temu szanowne Ministerstwo poszukiwało Syriusza Blacka w Urugwaju.
Serce Harry'ego szarpnęło się na dźwięk imienia jego chrzestnego ojca, ale resztkami racjonalności, zdołał zapanować nad mimiką, przygryzają do krwi wnętrze dolnej wargi. Czarne oczy Snape'a zerknęły na niego przeciągle, oceniając, szacując gwałtowność reakcji, intensywność przeżyć. Harry, choć wymagało to od niego nie lada skupienia, przełknął rosnący skokowo ból, który zaciskał się na jego gardle, pozbawiając tchu. Odchrząknął, oczyszczając gardło i sięgnął po kufel, chcąc zapić rosnącą, niechcianą gulę piwem.
— Tak się składa — odezwał się cicho Snape, ściągając na siebie niebieskookie wzrok — że Potter kiwnął palcem na szanowną Wielką Inkwizytor, Dolores Umbridge — przechylił głowę, skacząc spojrzeniem między niebieskimi oczami. — Co nie oznacza wcale, że się za tobą wstawi. Wtedy — przeciągnął palcami po lejącym się na policzek, czarnym kosmyku włosów — działał w intencji swojego chrzestnego ojca. Ty, drogi Josephie, choć mówię to z przykrością, znaczysz dla niego tyle, co nic.
Kiedy Hughes uśmiechnął się w odpowiedzi na te słowa, Harry już wiedział, że nie wyniknie z tego nic dobrego.
Były profesor Transmutacji zacmokał, oparł łokcie na blacie lepiącego się stolika i złożył dłonie w piramidkę.
— Mam więc szczęście — powiedział z niemal łagodnym uśmiechem Hughes, wychylając się w stronę Snape'a; jego niebieskie oczy błysnęły psotnie — że tak wiele znaczysz dla niego ty.
Harry przez chwilę nie potrafił dać wiary własnym oczom, gdy Snape spuścił wzrok, wycofał się na oparcie mało wygodnego krzesła i dał znak Hughesowi ręką, aby kontynuował.
— Nie mogę się doczekać — powiedział cicho, nie bez przekory, Snape, nie podnosząc wzroku znad blatu — kiedy wyjawisz nam, co na nas znalazłeś.
— Będziecie zachwyceni — zamruczał Hughes. — To, do czego udało mi się dokopać, to naprawdę żyła złota.
— Nie wątpię — wzruszył ramionami Snape i brzmiał przy tym lekceważąco, jakby cokolwiek, czego mógł doszukać się Hughes, niewiele go obchodziło, ale żyła na jego skroni zapulsowała ostro.
Harry uznał, że to najbardziej odpowiedni moment, aby rozładować sytuację.
— O jejku, co za trzymający w napięciu punkt kulminacyjny — zakrył dłonią usta. — Czuję się, jakbym oglądał reality show! Hughes zaraz wyjawi, że wie, że mamy potajemny romans!
Wargi Snape'a drgnęły, gdy wyrwało się z nich ciche prychnięcie, a Harry uznał, że rozbawione spojrzenie czarnych oczu i podirytowane niebieskich było solidną nagrodą za jego starania. Zachował kamienną twarz, kiedy wychylał się w stronę Hughesa, ściszając konspiracyjnie głos.
— Powiedz mi, przeczytałeś o tym w tygodniku Czarownica? — zapytał z przesadną powagą. — Uwiecznili na pierwszej stronie zdjęcie, na którym spoglądamy ku sobie tęsknym, rzewnym wzrokiem?
— A może wyczytałeś to na łamach Proroka? — podchwycił płynnie Snape. — Ostatnimi czasy zamieszczają na jego stronach takie rzetelne informacje.
— Wiem! — uderzył dłonią w czoło Harry, jakby doznał raptownego olśnienia. — Z pewnością Żongler poświęcił temu pełne akapity!
— Ach — zamruczał Snape, kiwając powoli głową, marszcząc brwi, jakby coś go martwiło — skoro tak poważane czasopismo ujawniło ten głęboko skrywany sekret, nie pozostaje nam nic innego, jak pochylić głowę i się oficjalnie ujawnić.
— Jesteście niemożliwi, obaj — oparł, nie bez rezygnacji, czoło na knykciach Hughes.
Harry posłał mu złośliwy uśmieszek.
— Kto by się spodziewał, że zostanę dzisiaj obdarowany tyloma komplementami — mruknął z ukontentowaniem, czym zasłużył sobie na przewrócenie oczami Hughesa.
— Rozumiem — wyprostował się na krześle były profesor Transmutacji, strzepując z peleryny niewidzialne pyłki — że nie możecie mi pomóc?
— Kto powiedział, że nie możemy? — Snape poczęstował go krzywym uśmiechem.
Joseph zmarszczył brwi, jakby nie rozumiał.
— Może, zamiast nieudolnie szantażować, po prostu poproś? — przekrzywił głowę Snape, wpatrując się z chłodnym opanowaniem w te zimne, błękitne oczy.
— Ależ, Snape! — ironizował Harry. — Ktoś tak szacowny, jak Joseph Hughes miałby się zniżyć do próśb? Nie do pomyślenia!
Hughes prychnął; na jego ustach ponownie wykwitł cień uśmiechu.
— Może jeszcze klęknąć i pocałować wam buty? — uniósł brwi, przechylając głowę, jakby wcale się nie zdziwił, gdyby Snape na to przytaknął.
— No i na co tak ironizować, Josephie — udał oburzenie Snape — przecież wystarczy pocałunek w dłoń - zwykłe przypieczętowanie umowy.
— Pozwolimy ci wybrać — zaświergotał Harry — dłoń, do której się pochylisz — i wiedział, że stawia kolejne bariery ciężkie do przekroczenia. To czyją dłoń Hughes wybierze - o ile wybierze - może wiele świadczyć o jego stosunku do nich - do każdego z osobna.
Snape umilkł; w czarnych oczach zapłonęła niema ciekawość, gdy przekrzywił głowę, przeciągając spojrzeniem wzdłuż twarzy Hughesa.
Hughes milczał, wpatrując się w Harry'ego wzrokiem trudnym do zinterpretowania; jakby nie do końca spodziewał się takiego zagrania, jakby nie oczekiwał po tej rozmowie konieczności materialnych potwierdzeń, stawiania kropek na końcu zdania, pieczęci pod umowami. To, co kotłowało się w jego niebieskich oczach, nie było zaskoczeniem - przypominało raczej pogodzenie się z faktem, że czegoś nie uwzględnił w obliczeniach, że - idąc na spotkanie z nimi, wyobrażając sobie przebieg tej rozmowy - pomylił się w rachunkach.
— Skoro jesteście… partnerami w interesach — odezwał się powoli Hughes, brzmiąc, jakby rozważał każde słowo, jakby nie wkładał na język nic, czego uprzednio nie przemyślał — nietaktem z mojej strony byłoby wybieranie jednego z was — powiedział i wyciągnął dłoń. Spoczęła pomiędzy nimi, niczego nie sugerując, nikogo nie typując. — Potraktujmy to jako gwarancję mojego szacunku. Wobec was obydwu.
Spojrzenia Harry'ego i Snape'a spotkały się na krótką chwilę. Harry powoli, choć nie bez przekonania, skinął głową. Dobrze wiedział, że nie do niego należało pierwszeństwo.
Czarne oczy skrzyżowały się z niebieskimi ponad wyciągniętą dłonią. Harry starał się oddychać normalnie, gdy chuda dłoń Mistrza Eliksirów spoczęła na wyciągniętych palcach. A Hughes pozwolił sobie pofolgować, jakżeby inaczej.
Łaskotanie, które zaatakowało jego brzuch, było nagłe i intensywne, gdy Hughes, jak gdyby nigdy nic, spoglądając wprost w czarne, głębokie oczy, przeciągnął koniuszkiem języka po całej długości wskazującego palca, zanim nie dotknął ustami knykci. I Harry nie mógł podziwiać opanowania Snape'a, gdy ani jeden mięsień nie drgnął na jego twarzy, gdy nawet najmniejsze drżenie nie osiadło na jego dłoni.
— A więc mamy umowę — zamruczał Hughes w palce Snape'a, błyskając na nich chłodem niebieskookiego spojrzenia spod cienkich rzęs. I Harry, widząc błysk w jego oku, czując lekkie mrowienie w żołądku, nie mógł się nie zastanawiać, co takiego uszło ich uwadze.
-VVV-
— Co on może na nas mieć? — zapytał ostrożnie Harry - później, dużo później, w cichej, ciemnej kuchni na Spinner's End, śledząc palcem stare odbarwienia malujące się na odrapanym blacie kuchennego stołu.
Snape nie spojrzał w jego stronę, wyglądając przez okno obmywane deszczem.
— Obawiam się — powiedział cicho — że w zeszłym roku szkolnym miał wystarczająco wiele czasu, aby się nam uważnie przyjrzeć.
Harry zmarszczył brwi nad jego słowami.
— I co zobaczył?
Snape zmarszczył brwi, jakby nad czymś intensywnie myślał i nie odpowiedział.
Harry westchnął i odwrócił wzrok w stronę okna, wsłuchując się w krople deszczu bębniące o blaszany parapet.
— Nie potrzebowałem szantażu — mruknął; na jego twarz padł poblask błyskawicy, która przemknęła gdzieś w okolicy - głuchy grzmot potoczył się przeciągłym, jak ryk jakiegoś dzikiego zwierzęcia, echem — żeby wyciągnąć do niego pomocną dłoń.
Snape pokręcił nad nim głową; w jego ciężkim westchnieniu pobrzmiewała rezygnacja.
— Jesteś za mało zdystansowany. Wszędzie widzisz dziwaczny porządek, nieprzypadkowość. Nawet w typach spod ciemnej gwiazdy — odgarnął, trochę z roztargnieniem, włosy z czoła. — Nie możesz brać na siebie odpowiedzialności za cały świat.
— Za siebie nie wezmę — uśmiechnął się, nie bez nieznacznego rozbawienia, Harry, gdy czarne oczy łypnęły na niego z przyganą — to twoja rola.
