Sensu stricto, to mamy właściwie... ekspozycję? Niewiele się dzieje, w każdym razie.
I tak, skoro SE może się bawić w nazwiska znaczące, to ja również. Levinas może nie jest TAK istotny, ale jedyny porządny człowiek w tym towarzystwie, jedyny, którego filozofia, użyta praktycznie, nie rozwala społeczeństwa. I jest nasz, tzn. litewski. I pasuje do Kabały, jak wiadomo.
(nawiasem: znalazłam w FFVII Nietzschego i Derridę [możliwości interpretacji]. Bugenhagena, czy raczej nurt, który ten reprezentował, też. Wydawałoby się, że kiedy się ma Derridę i Nietzschego, to któż jest za rogiem, któż z ulubionych filozofów Derridy, łącznik między epokami, najważniejszy filozof XX wieku? Tak. I jego właśnie nie mogę znaleźć za nic. Co stawia nas wobec pytania: czy postać Heideggera jest celowo wrzuconą pułapką na humanistów [świetnie działa, gratuluję]; czy chodzi o jego biografię i te parę pracek nazistowskich [ale wówczas Levi-Strauss albo Schmitt nadawaliby się lepiej, pa-no-wie, pasowaliby też lepiej do Jenovy i reszty, ze względu na swoje rozważania o judaizmie i religii; wielu pasowałoby lepiej]; czy po prostu ktoś z ekipy nie lubił Heideggera, gdy go przerabiał w szkole?).
Errata: znalazłam Heideggera. Wczoraj, jadąc pociągiem i czytając Adorno. No, nie Heideggera, a jego krytykę, ale FFVII jest krytyką współczesności dosyć ewidentną (wszyscy razem: bio-po-li-ty-ka! A-gam-ben! Fou-cault!), z całkiem ciekawych, bo peryferyjnych pozycji, robioną, a dla peryferii nowoczesność nigdy nie jest ich tożsamością, jest zawsze narzucona... Polska to też peryferia, więc Zachodnia Współczesność nie jest do końca nasza, co pozwala czasem na ciekawe analizy. Ekhm, ad rem. Skoro FFVII jest krytyką współczesności, a Heidegger najważniejszym filozofem XX wieku, to właściwie głupio z mojej strony, że nie poszukałam we łbie przez jego krytyków wcześniej. Cóż, durne ja. Parę lat głowienia się przez tak głupi błąd.
Tak czy siak. Jestem w euforii.
PS. Adorno, nawiasem, też nie zrozumiałby There is nothing I don't cherish i tego w jego pracach nie lubię.
'
'
— Naprawdę chcesz go zabić, Ayna? — spytał ośmioletni chłopiec swoją towarzyszkę.
Dziewczynka, do której się zwracał, była tą samą, którą grupa wyrostków wydelegowała do rozmowy ze Strife'em tego dnia. Chwilę temu dzieci ostrożnie podeszły do nieprzytomnego mężczyzny, odczekawszy wcześniej kilka minut, upewniając się, że Krin nie wróci.
— Pewnie. A ty? Myślałam, że jesteś mężczyzną, Des – nie tchórzysz, co? „Scyzoryk" już tu nie przyjdzie.
— Ta... ale ten tu – on jest groźny, nie? — bąknął niepewnie chłopak. — Poza tym, nawet nie uniesiemy tego miecza...
Mała obróciła się gwałtownie, wściekła.
— Jak możesz? Myślisz, że kiedykolwiek trafi się lepsza okazja? „Nie uniesiemy miecza" — przedrzeźniała. — Mam to gdzieś. Muszę go zabić, słyszysz, rozumiesz? MUSZĘ! — jej głos zaczynał zahaczać o histerycznie wysokie nuty. — To jest Cloud Strife. Słyszałeś, jak go nazywają na dzielnicy? Bohater AVALANCHE'u — syknęła z pogardą. — To on zabił mamę i tatę, wtedy, w reaktorze, pamiętasz? Pamiętasz?! — Potrząsnęła dzieciakiem. — Mamę i tatę! Oni byli najukochańsi na świecie, przynosili nam zabawki, zabierali do wesołego miasteczka, byli najukochańsi – a teraz ich nie ma! Nie pamiętasz ich? Jak możesz ich... — słowa złamały się jej w ustach. — Obiecałam sobie, że będę duża i silna, i będę rządziła najpierw dzielnicą, potem całym Edge'em i ich pomszczę. Obiecałam. Sobie. I im. I tobie, pamiętasz?
Smyk przytaknął, przestraszony jej wybuchem, ale znacznie bardziej zaniepokojony łzami, które spłynęły nagle po policzkach siostry.
— Tak, tak, tak, zawsze to powtarzałaś — szepnął. — Że nawet ich nie mogłem poznać, że zabijasz tamtych za to – cały AVALANCHE, całą ShinRę, która z nimi współpracuje, wszystkich. Ja tylko... nie wiem, jak.
— Nienawidzę ich — powiedziała dziewczyna bardzo, bardzo cicho, biorąc brata za dłonie. — Nienawidzę ich wszystkich, całego świata. Nienawidzę wszystkiego poza tobą. Ciebie kocham. Ty też mnie kochasz, Des?
Chłopczyk pokiwał głową.
— I zrobisz to razem ze mną? Ty i ja przeciwko całemu światu... Razem, tylko my.
— Ayna, ja – ja zrobię wszystko – ale powiedz mi, jak?
Tamta westchnęła, obrzuciła uważnym spojrzeniem okolicę.
— Gruz — stwierdziła. — Weźmiemy kawał betonu, spuścimy mu na głowę, kilka razy... Rozłupiemy mu czaszkę. Zobaczymy, czy wtedy jeszcze wstanie, bohater morderców!
Zaśmiała się nagle nienormalnym, nerwowym śmiechem. Przestała dopiero, kiedy chłopiec posłusznie przytargał – właściwie przywlókł – kilka największych szczątków budynków. Wzięła od niego ciężar z nieobecnym uśmiechem na wargach, stanęła nad zemdlonym.
— Zobaczysz teraz — syknęła z furią — jak to jest miło, jak ktoś cię rozsmarowuje po ścianach!
Dźwignęła ręce nad głowę – i nic. Mijały sekundy.
— Ayna? — rzucił w końcu pytająco dzieciak.
Dziewczyna najpierw opuściła ręce, wyraźnie zmęczone, potem osunęła się na kolanach. Gruz wyleciał jej z rąk, obok głowy Clouda.
— Nie mogę — zaczęła rozpaczliwie płakać. — Nie mogę. Tak mi przykro, tak mi strasznie przykro, mamo, tato, przepraszam, przep-raszam, nie mogę, Des, tak bardzo przepraszam – nagle sobie wyobraziłam jak-jak-jak to będzie wygląda-ło. — Dostała drgawek. — Krew, mózg, kości... Nie mogę, nie mogę, pomyślałam, że on um-u-umrze, a ja go zabi-bi-bi-ję, ja, zabi-i-i-ii-jjję — zęby jej szczękały — przepraszam, przepraszam, Des, ja nie mogę, przepraszam, mama, tata, mamo, proszę, proszę, wybaczcie mi, Des, proszę, przepraszam...
Chłopak sam był na skraju paniki. Nie pamiętał swoich rodziców, nie mógł ich nawet kochać – ale kochał siostrę i jej stan go przeraził.
— Ayna, Ayna, Ayna, już dobrze, już OK. — próbował ją uspokoić. — Chodźmy stąd. Chodźmy stąd. Chodźmy stąd! — krzyknął przestraszony.
Mała spojrzała na niego ociupinkę przytomniej, odruchowo gotowa biec na ratunek bratu.
— Chodźmy stąd — ciągnął tamten. — Jeśli go tak zostawimy, sam umrze, tak? Jest chory. W nocy będzie zimno. Nie musisz się martwić, sam umrze. To będzie tak samo dobre. Rodzice będą... zadowoleni.
Mówił jeszcze kilka minut, nim dziewczyna wstała.
— Nic nie rozumiesz, to nie to samo — wymruczała, lecz wzięła smyka za rękę i poszła – czy raczej została poprowadzona – w kierunku ich obecnego domu, jednego z mieszkań zajętych na dziko niedaleko „Sfatygowanego Kapelusza".
Strife został na środku ulicy, wciąż nieprzytomny. Oddychał szybko, płytko, cały był zlany potem, na skórę wystąpiły plamy wybroczyn.
'
Lockhart znalazła się w „Sfatygowanym Kapeluszu" w kilkanaście minut po telefonie Bernie'ego. Zarówno barman, jak i van Magrid byli dosłownie struchlali, poprowadzili ją szybko do chorego. Majaczył coś, nieprzytomny, pocił się, wił, ledwo oddychał, poza wybroczynami na skórze widać było drobną wysypkę. Dziewczyna rozpoznała jego stan natychmiast:
— Wygląda na bardzo, bardzo ciężkie zatrucie mako – z czymś jeszcze. Ale skąd? Cloud wyglądał mniej tragicznie po kąpieli w Lifestreamie — zmieniła mu okład na czole. — To bez sensu, tutaj nie ma żadnych źródeł... Co mówili twoi doktorzy, Lolo?
Tifa próbowała brzmieć spokojnie, mimo niepokoju: w szpitalu prawdopodobnie poradziliby sobie z zatruciem, ale inne objawy – wysypka, na przykład – nie przypominały żadnego z poprzednich razów.
— To wygląda jak nagły atak alergiczny, trochę — Lorenc odpowiadał szybko, nerwowo. — Teraz już jest lepiej... miał obrzęk krtani, przyspieszony rytm serca, takie rzeczy, myśleliśmy o intubacji, jak go znaleźliśmy wymiotował, prawie się zadławił tym... tym wszystkim – przyszlibyśmy chwilę później, byłoby po ptakach. Dostał dwóch ataków padaczkowych do teraz, pewnie w reakcji na to draństwo, co go zżera. Nasi lekarze podali mu silne środki antyalergiczne, adrenalinę i ogólne przeciw zatruciom, pomogło. Zrobili płukanie żołądka, na wszelki wypadek. Mówią, że krew jest niedobra, za mało tlenu, za mało płytek, że organy słabną, przetoczyliśmy parę jednostek, na mój koszt, też trochę pomogło. Mówią, że nie ma jeszcze uszkodzeń wewnętrznych jako takich, przynajmniej według naszych aparatów, to nie są możliwości szpitala... — Przejechał dłonią po twarzy. — Mówią, że jeśli to rodzaj alergii – na mako, na cokolwiek – to może dobrze będzie podać leki immunosupresyjne. Ale, jeśli w ataku biorą udział inne niż odpornościowy układy, a tak może być w przypadku mako, to nie rozwiąże do końca problemu, a narazi go na choroby. Podajemy mu płyny, żeby się pozbył świństwa z organizmu. Leki przeciwgorączkowe, powiedzieli tylko, jeśli temperatura skacze powyżej trzydziestu dziewięciu stopni – bo dobrze, żeby to wypacał, kiedy nie ma zagrożenia życia... Nie wiem, co możemy jeszcze.
— OK., Lolo, OK. Wiem, że zrobiliście wszystko, robicie wszystko – OK. Dziękuję. Ja... OK. Muszę pomyśleć. Wiecie coś? Ktoś widział może, co wywołało atak?
Mężczyzna zwlekał z odpowiedzią, dopiero przynaglające spojrzenie kobiety otworzyło mu usta.
— Tifa – był wybuch, parę ulic stąd. Rozesłałem wici, kto co wie, czy już można bezpiecznie wejść, takie tam. Henry doniósł, że widział tutaj małych Tuffów, którzy biegli stamtąd i wyglądali na przestraszonych – poszedłem. Powiedzieli, że Cloud bił się z jakąś dziesiątką ludzi – w tym moim podwładnym, który najwyraźniej postanowił zdradzić, Krinem, niech go szlag trafi, zabiję bardzo powoli, jak znajdę, przysięgam ci, Tifa – i zabił ich bez problemu, a wtedy Krin rzucił granat. Cloud uskoczył, tamten go drasnął w ramię, no... nasz chłopak złapał Krina, oczywiście, przesłuchiwał, ale tamten mu zwiał, a Cloud zemdlał, a dzieci przestraszone wróciły do siebie. Poszliśmy. Znaleźliśmy. Zajęliśmy się. Nie miał już żadnej rany na ramieniu. To wszystko. Cokolwiek to było, musiało być na kuli i wymagać kontaktu z krwią.
— Dzięki, Lolo. Po draśnięciu przy możliwościach leczniczych SOLDIER nie ma prawa być śladu... Czemu te dzieci nie przyszły od razu do was? — w tonie Lockhart zabrzmiała podejrzliwość: elementy układanki nie pasowały, co zwykle oznaczało, że zainteresowane strony kręcą, ukrywając najistotniejsze informacje.
— Tifa... — westchnął gangster. — One straciły rodziców w tym ostatnim wybuchu reaktora... Walczyliście o wolność, wiem, wiem, mieliście rację, sam wam pomagałem, ale dla nich jesteście – no wiesz. Rozumiesz. Jestem zdziwiony, że w ogóle nam powiedziały o chłopaku, przemilczałyby, poszlibyśmy tam rano, byłby już martwy. Ta mała... Ayna, nie może sobie wybaczyć, jest w totalnej histerii, brat, on jest młodszy – Des – wariuje z lęku o nią... To nie jest ładna ani łatwa sytuacja dla nikogo, Tifa. Ta mała nienawidzi ciebie, Clouda, mnie, ShinRy, WRO... Sama rozumiesz.
Kobieta przez chwilę stała bez ruchu, zaskoczona, zmieszana. W końcu kiwnęła powoli głową, szepcząc:
— Powiedz jej... nie, to nic nie zmieni... sama wiem, że to nic nie zmieni...
Chory jęknął nagle – niewyraźne słowa, coś o matce, jakieś prośby, połączone ze skomleniem bólu – i wszyscy w pomieszczeniu skoczyli do jego łóżka.
— Pobraliśmy próbki, zrobiliśmy podstawowe badania, ale nie mamy możliwości szpitala, Tifa — zauważył „Stary Bernie". — Ani wiedzy o tym, jak leczyć choroby SOLDIER. Jemu potrzebna jest normalna, nie podziemna opieka medyczna.
— Wiem — odpowiedziała Lockhart. — Wiem. Problem w tym, że nie mogę zaufać lekarzom z ShinRy, oni będą go chcieli tylko pokroić raz jeszcze – poza tym, Cloud może dostać ataku paniki, jak ich zobaczy, jeśli, nie daj losie, byli w laboratoriach. Jest doktor w Mideel, któremu ufam – ale w Mideel, nie dojedzie na czas, nie mam pojęcia, do kogo – nie wiem, kto z lekarzy ma potrzebną wiedzę i jest... bezpieczny. Nie znam nikogo, kto mógłby wiedzieć, poza...
Przerwało jej nieludzkie, przeraźliwe ni to wycie, ni to krzyk Clouda. Obecni wiedzieli, co to oznacza: kolejny z ataków padaczkowych. Szafki były odsunięte, pościel miękka, pozostawało tylko pilnowanie, by chłopiec w drgawkach nie spadł ani nie uszkodził wenflonu. Tifa przytrzymała dłoń Strife'a.
— OK. W porządku — mruknęła po paru chwilach. — Zrobię to. Zadzwonię do tych... do nich. Poproszę o pomoc, w końcu im też zależy. Nie, żebym chciała. Nie, żebym miała wybór.
'
'
— Mamy problem, proszę pana — zameldował Tsengowi Reno, naprawdę zresztą przejęty.
— Mhm. Myślę, że może poczekać, aż skończysz wypełniać druki do Zakładu Powszechnych Ubezpieczeń – tobie zawsze jakieś problemy wypadają akurat w chwili, kiedy trzeba załatwiać formalności. Wiem, że to nudne i że to już robiliśmy, ale po przekształceniu prywatnych ubezpieczeń korporacji w instytucję państwową jest trochę bałaganu, więc trudno, wypełnij te papiery jak dorosły mężczyzna. To polecenie służbowe.
Dowódca turków rozmyślał właśnie, jak bardzo chciałby czasem nadal móc po prostu zaszantażować albo przestraszyć urzędniczkę w okienku. Demokracja, państwo prawa, bahamucia ich wszystkich mać, podsumował w duchu.
Jednak rudy ani drgnął.
— No rozkaz, szefie. Ale to Tifa dzwoniła. Gieroj planety jest chory. Umierający — stwierdził flegmatycznie i spokojnie czekał na reakcję bruneta. Liczył na szok.
Nie zawiódł się. Co prawda szok w wykonaniu szpiegów operacyjnych oznaczał tylko podniesienie wzroku, mikroskurcz brwi, minimalnie głębszy wdech – ale innemu agentowi tyle wystarczy.
— Słucham? — Tseng pozwolił sobie na werbalne okazywanie zdziwienia: w gronie zaufanych ludzi zdumienie w odpowiedzi na informację o było dopuszczalnym zachowaniem, rodzajem uprzejmości.
Wszystkie zasady dobrego wychowania są w gruncie rzeczy teatrem. Słowo „maniery" nie wzięło swoich kilku znaczeń znikąd.
— Podobno go zatruli czymś, kiedy wykonywał rządowe zlecenie, no, te pogadanki o narkotykach. Mówiła, że to wywołuje jakby, no, alergiczną reakcję na mako. Była przejęta, serio przejęta. Nie wiem, czy Cloud dotelepie się do następnego ranka... no, tak przynajmniej powiedziała.
— A zadzwoniła z tym do ciebie, gdyż? — ton dowódcy przynaglał, by przejść do sedna.
— Bo boi się pójść z tym do lekarzy, żeby – no, wie pan, szefie. Dawni asystenci Hoja albo co. Potrzebuje kogoś, kto zna się na mako i jest... godny zaufania, tak to ujęła. Czyli nie pracował dla nas, tak przynajmniej myślę. Uznała, że będziemy wiedzieć, kto z doktorków z nami kręcił, a wtedy wyboru się dokona tą, no, drogą eliminacji. Trudno znaleźć lepszy adres niż turki, jak idzie o eliminację, co nie, proszę pana? — wybuchnął lekkim śmiechem.
Brunet skinął powoli głową. Pomijając już kwestię przydatności – czy wręcz niezbędności – Strife'a w planach odbudowy Gai – potęgi ShinRy – cokolwiek zdołało go rozłożyć było groźne, warte zbadania, wykorzystania lub zniszczenia. Zwłaszcza, gdy rozpoczynała się konferencja – debata – dotycząca terminarza powolnego wyłączania reaktorów mako i przestawiania miast na alternatywne źródła energii. W ponadtygodniowym zebraniu mieli uczestniczyć między innymi: premier, ministrowie, szef WRO, naukowcy, lekarze, inżynierowie, wybitni humaniści – zaproszeni raczej dla ozdoby niż ze względu na realną przydatność – tudzież najbogatsi przedsiębiorcy oraz przemysłowcy. Z trudem wykuwane elity nowego świata.
— Powiem panu prezydentowi. Pewnie wyda polecenie przejrzenia archiwów, cyfrowych i analogowych... — Pełne wdzięczności „dobrze, że to nie nasze zadanie" przemknęło mu przez głowę. — Pewnie każe zatrudnić od razu paru ludzi na boku, by przeglądali przypadki medyczne, więc przygotuj się na ewentualne sprowadzenie odpowiednich naukowców siłą... A, niech Rude pojedzie do „7th Heaven", zbierze dokładne dane o stanie chorego. Reszta potem, jak pan prezydent coś zdecyduje.
'
'
Lekarz ze Strumykowa – terenom najbliższym dawnej drugiej dzielnicy – słynny ze względu na niskie stawki, przyjmowanie biedoty, a nawet pożyczenie pieniędzy na zakup leków, zajmował siedmiopokojowe mieszkanie w jednej z najlepiej zachowanych kamienic. I miał okropny, rozdzierający dzwonek do drzwi. Celowo: mężczyzna chciał być pewien, iż nawet po kilku dniach bez snu, w środku długo oczekiwanej drzemki, domofon go obudzi. Bał się przegapić kogoś, kto akurat potrzebowałby pomocy.
Ale teraz, stwierdził zerkając przez wizjer, na wycieraczce stali ludzie, którzy mogli przyjść do niego z wszystkim, tylko nie prośbą. Kobieta z mężczyzną, blondynka z rudzielcem. Para czarnych garniturów. Ciemne okulary. Broń była niewidoczna, wskazałby jednak bez trudu, gdzie ją trzymają.
Erudycja. Szkoła młodości. Nikomu niepotrzebne błyski elitarnego pochodzenia (jak rzadko ludność Midgaru uświadamiała sobie dawniej, że oznaczało ono nie tylko luksusowe apartamenty albo ręczne pisanie listów). Wykrzywił wargi w uśmiechu, zastanawiając się szybko, gdzie trzyma testament, z kim ostatnio pił, kogo leczył, co wie, co robił w przeciągu paru poprzednich dób, co mógłby wiedzieć lub zrobić, co umie – ma do zaoferowania, co mógłby sprawiać wrażenie, że wie, robi, umie, w jaki sposób wygrać własne życie, czy jest sens grać o życie, może od razu przejść do dobrego imienia, zasad, honoru, duszy...
— Pan Levinas? Richard Levinas? — krzyknęła dziewczyna. Słowa z łatwością przenikały przez cienkie drzwi. — Wiemy, że pan tam jest. Wiemy, że pan nas widzi i słyszy, wszyscy mówią o panu, że jest pan zawsze na służbie. Gotów do ratowania życia, zdrowia. To bardzo chwalebne i... rząd pragnąłby wyrazić swoje uznanie i... — zacukała się.
Jej towarzysz westchnął głośno.
— Prezydent nie chce pańskiej głowy. Właściwie jesteśmy, no, przedstawicielami biznesowymi, mamy propozycję interesu. Prawdziwego interesu, nie takiego z kulką w łeb czy torturami. Naprawdę. Słowo turka. Może pan nas wpuścić. Noo — przeciągnął sylaby, udając dziecinną prośbę — proszę, proszę pana.
Doktor przymknął powieki, położył na skroniach długie, szczupłe palce. A potem otworzył – jeśli chcieli go zabić, zrobią to niezależnie od jego działań. Może chociaż zrobić uprzejmość hipotetycznym przyszłym lokatorom, oszczędzając im konieczności wstawiania nowych drzwi.
Stanął z boku, przepuszczając panią.
— Dziękujemy bardzo — miała miły głos, świeży, młodzieńczy – co, jak medyk doskonale wiedział, nic nie oznaczało.
Kiedy mijał lekarza, ten zauważył, jak bardzo agent jest szczupły, wręcz wychudzony. Nawet obszerny garnitur nie mógł tego ukryć. Gospodarz podejrzewałby niedożywienie, w pierwszym, zawodowym, odruchu, ale wiedział, że zabójcy ShinRy są nieźle opłacani – smukła budowa musiała więc być cechą genetyczną.
Tatuaże go nie zdziwiły. Sporo dzieciaków w dawnych slumsach „dziergało sobie" niekiedy o wiele wymyślniejsze wzory, byleby „zaszpanować" na ulicy. A korporacja większość swoich chłopców od brudnej roboty zawsze znajdowała w najuboższych dzielnicach. Tak przed Upadkiem, jak współcześnie.
Przeszli do „saloniku" – pokoju, w którym przyjmował pacjentów, sponsorów, klientów, nim przechodzili do gabinetu. Kobieta cały czas sprawiała wrażenie trochę niepewnej, za to chłopak roztaczał wokół siebie aurę nonszalancji. Ani jednej, ani drugiej postawie Levinas nie wierzył ni sekundę. Rozlał spokojnie wodę do trzech szklanek, pytając, prawie nieuważnym tonem, jaką sobie życzą, gazowaną, niegazowaną, mineralną czy może w ogóle soku lub czegoś ciepłego? – woda wystarczyła.
— Powinniśmy się przedstawić — zauważyła blondynka, ledwo odłożył naczynia, nim jeszcze usiadł. — Jestem Elena, a to Reno.
Żadnych nazwisk, ale Richarda w ogóle to nie zdziwiło: znał w końcu obyczaje Firmy. Kontemplował raczej fakt, że dziewczyna poruszała się, siadała, piła jak osoba z raczej wyższych sfer. Próbował sobie wyobrazić, co mogło ją popchnąć do wyboru życia w cieniu wywiadu.
„Każda egzystencja" powiedział mu kiedyś Veld, poprzedni szef Departamentu „jest stracona – przeznaczona na stracenie – od samego początku. Turki po prostu mają tego świadomość i wyciągają z niej wnioski". Jeśli tak było w istocie, rozmyślał doktor, spokojnie patrząc, jak tamci sączą napoje, to trudno wyobrazić sobie zawód z bardziej rozbieżną filozofią od mojej.
Cisza trwała. „Sprawdzają moją pierwszą reakcję, pierwsze słowa, ustawiają pozycje" medyk pozwolił sobie na mentalny uśmiech „no to proszę":
— „Prezydent" — uniósł wargi tym razem w uśmiechu jak najbardziej fizycznym — ma dla mnie propozycję, twierdzicie państwo. Cóż, myślałem, że Rufus — miał wrażenie, iż widzi, nie tylko wie, wzdrygnięcie, jakby drażniło ich imię pana wypowiadane tak lekko przez byle chłystka z ulicy — zrezygnował z tego tytułu na rzecz tych nowych, błyszczących, pachnących świeżością... „Premier", dobrze pamiętam? Hm. Są języki, w których „premier" bardzo bezpośrednio wyraża pierwotne ideały republiki: pierwszy wśród równych... Jak dobrze, że nasz nie powiela tych mrzonek, nie sądzicie państwo?
Rudy westchnął, znowu.
— Dżentelmen z bardzo starej szkoły — podsumował. — Nic dziwnego, że prezydent kazał nam...
— ...radził — wtrąciła kobieta.
— ...nie bawić się w żadne gierki, tylko przejść do rzeczy.
Uprzejmy, wyćwiczony grymas – nie miał okazji go używać od dobrej dekady – nie schodził z twarzy gospodarza:
— Ergo: ad rem et ab ovo.
Jego rozmówca dosłownie przewrócił oczami, gest tak szczery w swojej frustracji oraz znudzeniu, że lekarz przez chwilę chciał mu uwierzyć.
— Idzie pan z nami. No, już. Teraz. Szybko. No, z momentem na zabranie przyborów, notatek, takich tam waszych uczonych gadżetów. Pacjent czeka. Prezydent płaci...
— ...upoważnił nas, by zaznaczyć, że hojnie, bardzo hojnie — znów wtrącenie Eleny.
— ...no. A pan jest jedynym, który może pomóc. Pacjent jest w ciężkim stanie, to jakaś odmiana zatrucia mako, no, więc naprawdę lepiej się pośpieszmy. Wywiesza pan kartkę, że urlop, przerwa, cokolwiek...
— Nie ma mowy — Levinas wreszcie odzyskał głos. — Z żalem muszę państwu odmówić. Jestem jedynym lekarzem w okolicy, jednym z nielicznych, którzy przyjmują osoby... gorzej sytuowane. Nie ma mowy, żebym teraz został prywatnym doktorem Rufusa. Jest... w niezwykle dobrej sytuacji materialnej, jego znajomi takoż, niech wynajmie kogoś innego, lepszego, z tradycjami służenia jego rodzinie – z przyjemnością zarekomenduję państwu kilku moich kolegów. Zwłaszcza, że sam nie znam się aż tak dobrze na mako, nie robiłem tej specjalizacji. — Wstał od stołu.
Turki pokręciły przecząco głowami, synchronicznie, jak na komendę.
— Nie, nie, to nie dla prezydenta, dla nikogo z jego... kręgów. I nie możemy poprosić nikogo, kto robił specjalizację — mówił chłopak.
Ostatnie stwierdzenie zainteresowało Richarda na tyle, by przystanął obok krzesła, pytając ostrożnie:
— Ponieważ?
Odpowiedziało mu milczenie.
— Wiedzą państwo — ciągnął — że jeśli będę leczył tego człowieka, to i tak dowiem się o nim praktyczne wszystkiego, prawda?
Jego goście wymienili spojrzenia, wreszcie dziewczyna odłożyła szklankę, złożyła ręce na podołku – „klasyczne «buzia w ciup, usta w małdrzyk», że jeszcze tego gdzieś uczą" przemknęło przez głowę doktorowi – i bąknęła:
— Ma pan oczywiście rację, ale dyskrecja jest w tej sprawie konieczna – ponieważ, widzi pan, chorym jest Cloud Strife.
Medyk powstrzymał zdumiony wyraz twarzy z wprawą, która zaskoczyła siedzących naprzeciwko.
— Rozumie więc pan, dlaczego nie możemy opłacić żadnego z pana... kolegów, prawda? — dorzucił Reno.
O tak, świetnie rozumiał. Odmówić oznaczałoby skazać chorego mężczyznę na opiekę tych, którzy dawniej go dręczyli. Oznaczałoby zrzucenie odpowiedzialności, ucieczkę. A Richard nigdy nie zostawiłby chorego.
— Proszę, niech państwo dadzą mi kilka na wstępne pakowanie i zostawienie wiadomości. Gdyby państwo mogli też powiadomić Rufusa, że potrzebuję na miejscu pełnego wyposażenia medycznego – to pewnie nie jest szpital, więc niech machnie portfelem — nie zdołał wstrzymać drwiny — byłbym wdzięcznym.
'
'
Tifa, otwierając drzwi „7th Heaven", dostrzegła, poza znajomymi turkami, wysokiego, mężczyznę w ciemnym prochowcu. Piwne, żółtozielone oczy, bardzo wąskie usta, zapadnięte policzki, blada cera. Czarne, sięgające trochę poniżej ramion włosy. „Kawaler" pomyślała odruchowo „kobieta posłałby go fryzjera i podtuczyła trochę".
— Wejdźcie — powiedziała głośno, przepuszczając gości. — Cloud leży w swojej sypialni, na górze. Przed chwilą przyszło wyposażenie – i pielęgniarki, dwie, także mogłam puścić do domu tę dziewczynę, którą opłacał Lolo. Pan musi być lekarzem — zwróciła się do nieznajomego, wyciągając rękę. — Mam na imię Tifa, Tifa Lockhart, pewnie pana poinformowali, ale...
Mężczyzna zdjął rękawiczki, pocałował ją w dłoń; poza staroświeckim gestem zwróciła uwagę na palce: zimne, długie, aż za długie, jak odnóża pająka.
— Proszę mi wybaczyć, powinienem się przedstawić — posłał jej uprzejmy, wyćwiczony uśmiech. — Richard Levinas, w istocie, lekarz. Pracuję zwykle w Strumykowie, ale mam pewną... wiedzę, która może być pomocna w sprawach tego typu. Aczkolwiek, muszą panią uprzedzić, że nie robiłem żadnej specjalizacji powiązanej z programem SOLDIER, nie widziałem ani ich laboratoriów, ani ludzi, ani efektów mako bezpośrednio...
— To dobrze — przerwała mu. — To bardzo, bardzo dobrze. Właśnie kogoś takiego szukałam. Proszę na górę. A wy — spojrzała na turków — zostajecie tutaj. Wystarczy mi zapluskwiony bar, nie chcę mieć podsłuchu w sypialni.
Para w czarnych garniturach prychnęła coś o braku zaufania, ale gospodyni ich nie słuchała, zdążyła już prawie wbiec na piętro. Medyk pospieszył za nią. Przebrał się i zdezynfekował ręce w łazience, zakładając szary, nie biały fartuch – zabrudzenia były na nim mniej widoczne, jednak wielu klientów, w tym, przypuszczał, tego, stresował widok charakterystycznych lekarskich strojów.
— Sądzę — zauważył na progu sypialni — że nadajniki założyła już ekipa od sprzętu. Będą państwo musieli przeczesać cały dom wykrywaczem, niestety.
Kobieta prychnęła krótkim śmiechem, z pogranicza zmęczenia i goryczy.
— Tak, wiem. Po prostu nie chciałam, żeby tu wchodzili. Cloud potrzebuje też trochę prywatności, prawda?
Przytaknął, a potem spojrzał wreszcie na pacjenta. I zamarł.
Ten człowiek, jak wiedział, dorównywał siłą tudzież umiejętnościami najlepszym z SOLDIER. Może nawet ich przewyższał. Niewiele rzeczy powinno go przyprawić choćby o gorączkę – mako, tak, mako mogło wywołać zatrucie. Ale nie takie.
Mężczyzna na łóżku – „mężczyzna, do wszystkich przywołań, on wygląda jak chłopiec" – był nieprzytomny, otoczony kordonem kroplówek, pod maską tlenową. Doktor przypomniał sobie, co mówili podwładni Rufusa: leki na zatrucie, przeciwalergiczne, elektrolity, płyny dla oczyszczenia organizmu, jednostki trombocytów, bo szpik działał słabo, a płytki umierały za szybko, tlen w masce, bo coś, nie dwutlenek węgla, łączyło się z czerwonymi krwinkami i trzeba było dotleniać organizm, żeby cokolwiek z tego wyciągnął, środki osłonowe dla narządów wewnętrznych. Adrenalina w zastrzykach obok, na wypadek kolejnego wstrząsu. Leczenie objawowe, rutynowe w przypadku trucizn.
Przywitał się z pielęgniarkami. Sięgnął, odruchowo, po pozostawione obok Strife'a dokumenty. Przejrzał epikryzę, potem pobieżnie resztę. Zbadał chorego. Przejrzał papiery raz jeszcze, dokładniej, tym razem wiedząc, czego szukać. Tifa stała obok, tuż przy łóżku, dwie „siostry" czuwały przy krzesłach, nie siadając, oczywiście – były najniższe rangą w pomieszczeniu, a premier nie przysłałby przecież źle wychowanych pomocnic.
— Myślę nad immunosupresantami, ale chciałam najpierw zapytać... — głos Lockhart, nagle cichszy, niepewny, wyrwał Levinasa z zamyślenia.
Pozostałe dziewczęta ruszyły do wyjścia. „Pewnie" pomyślał „wszystko zapiszą pluskwy, nie ma sensu naruszać savoir-vivre'u ani kodeksu etyki" – zdumiała go własna gorycz, lecz zdziwienie zniknęło w okamgnieniu, zastąpione analizą.
— To prawdopodobnie rozsądny pomysł. Jeśli coś rzeczywiście wywołało nie tyle przedawkowanie, ile reakcję alergiczną na mako. Do takiego wniosku doszli moi poprzednicy, opis sytuacji, te wyniki laboratoryjne, które już mamy i wstępne badania raczej potwierdzą – aczkolwiek sama idea brzmi... zaskakująco.
— Dlaczego? — teraz kobieta wyglądała na zdziwioną. — Przypomina alergię z jednej, a przedawkowanie mako z drugiej strony, skoro nie może być mowy o kontakcie z Lifestreamem, to musi być... — Zamrugała nagle. — Niech mi pan wybaczy, doktorze. Nie chciałam podważać pańskich kompetencji, ja tylko...
— Nic się nie stało, proszę pani — kolejny z kojących, zawodowych uśmiechów. — Po prostu – większość ludzi, nawet związanych z medycyną, nie do końca rozumie istotę substancji nazwanej „mako". Choćby wiedzieli, że jest to forma Lifestremu – nadal niewielu wyobraża sobie, czym jest Lifestream. Ja... z pewnych względów mam trochę większą, nadal oczywiście niepełną, zdecydowanie niepełną, wiedzę na ten temat – różne rodzaje studiów nad Gają, rozmowy z Bugenhagenem...
— Znał pan Bugenhagena? — w jej oczach zabłysło nagle cieplejsze uczucie.
Medyk natychmiast pojął, że właśnie wygrał jej częściowe zaufanie. Nazwisko jego dawnego mentora najwyraźniej robiło na eksrebeliantach dobre wrażenie; z pewnością lepsze niż rekomendacja od, również byłego, dyktatora.
— Tak, ale słabo, pobyłem u niego kilka miesięcy na studiach, to wszystko. To wielki człowiek, nauczył mnie więcej niż profesorowie na uczelni. Utrzymywaliśmy potem kontakt. Głównie listowny. — Nie dodał, że papierowa poczta była najsłabiej sprawdzanym sposobem wymiany informacji, ze względu na swoją archaiczność.
Gospodyni przytaknęła, tymczasem Richard kontynuował.
— Wracając do tematu – ponieważ zdaję sobie sprawę z ogromu naszej niewiedzy o Lifestreamie, wiem też, iż nie jest to po prostu kolejna wysoce wydajna energetycznie substancja. Widzę w nim raczej... życie. Źródło życia, siłę witalną, najistotniejszą część człowieka, nie tylko z punktu widzenia fizjologii, może nawet zwłaszcza nie z punktu widzenia fizjologii... Ucinając moje zbędne wywody, przepraszam za nie: wywołać u kogoś alergię na mako, to nieomal wytworzyć uczulenie na pewną kategorię metafizyczną – to alergia na samo życie. Rozumie pani, dlaczego wydaje się tak nieprawdopodobna?
— Cloud jest chory na niemożliwą chorobę? — kpiące, nawet trochę zirytowane pytanie.
— Nie ma niemożliwości. Istnieją choroby autoimmunologiczne, bywają one czasem skutkami zakażenia. Bywają choroby psychiczne, skutkujące odrzuceniem egzystencji. Znamy też przecież nowotwory, można rzec: spaczoną mutację sił witalnych, rozmnażanie, które wiedzie do śmierci. Ale stworzenie mieszanki, która zdoła zmusić organizm, by odrzucił samo życie, nie jedną tkankę, tylko spajającą je siłę, własną duszę – to byłoby trudne. Wysokie koszty. Niewielka szansa sukcesu. Prawdopodobnie konieczność indywidualizacji środka.
— Sephiroth i geostigma... — zaczęła Tifa, prawie natychmiast urywając.
Fakt, że kogoś przysłał prezydent nie świadczył jeszcze o wtajemniczeniu. To były tajne dane, poufne wydarzanie, ludzie, fakty tudzież cierpienia, które „na szczęście", jak to ujął Rufus, „nigdy nie istniały". Levinas wszakże nawet nie mrugnął, skinął tylko głową.
— Właśnie. Musi pani przyznać, że trudno jest sobie wyobrazić drugi byt dysponujący takimi możliwościami... używania Lifestreamu. Z pewnością nie wśród żywych. A jednak nawet jemu nie udało się stworzyć środka działającego tak szybko i niezależnie od woli zarażonego. — Pozwolił sobie na drwiący uśmieszek. — Przynajmniej, jeśli wierzyć plotkom, pogłoskom, oficjalnym informacjom cedzonym przez korporację czy WRO. Ale miałem dość przypadków wśród pacjentów, znam kilka legend, trochę starych tekstów religijnych, sporo też wiem o ShinRze... najwyraźniej tyle wystarczy, by stworzyć sobie spójną wersję wydarzeń.
Przełączył choremu kroplówkę – płyny właśnie „zleciały", przyszła kolej na antybiotyki o szerokim spektrum.
— Kluczę, zamiast od razu przechodzić do sedna — mruknął. — Moja wielka wada. Przepraszam. Proszę panią o wybaczenie. Ad rem. Pani przyjaciel jest przypadkiem szczególnym – przeszedł procedurę SOLDIER, prawda? I potem – resztę. To ułatwiłoby sprawę zamachowcom.
Lockhart ściągnęła brwi.
— Nie jestem pewna, czy rozum... — pojęła coś raptem. — Chodzi o Jenovę?
— Między innymi. Te dwa rodzaje – komórek, powiedzmy – są antagonistami same w sobie, stąd taka śmiertelność wśród ofiar ShinRy... Ci, których organizm był dość silny by okiełznać te oddziaływania, wprowadzić rodzaj harmonii, ujmując rzecz metaforycznie rzecz jasna, podporządkować sobie mako oraz ten... kosmiczny patogen, z braku lepszego słowa, ci ludzie przeżywali. Przynajmniej tak sądzę, nie wiem, jakie są wyniki badań korporacji. Jednak każda stabilizacja tak skomplikowanego układu jak człowiek jest, nomen omen, niestabilna. Myślę, że wytrącenie go z równowagi i ponowna antagonizacja obu mutagenów byłaby prostsza w przeprowadzeniu niż prawdziwa alergia mako. Co nie znaczy: prosta albo mniej zabójcza.
Kobieta milczała dłuższą chwilę. Medyk, odczekawszy trochę, wrócił do czytania.
— Więc zżera go Jenova, próbująca przejąć kontrolę, znowu, tym razem jeszcze niszcząca mako... A Cloud nie ma ani jednej komórki... — szepnęła wreszcie dziewczyna.
Spokojnie, ale tym niedobrym, straceńczym spokojem. Richard znał się na ludziach, dostrzegł desperację, spróbował natychmiast jej zapobiec – w leczeniu ważne są także nastawienie i pomoc otoczenia. Poza tym wiedział, iż w domu mieszkają dzieci, należało zrobić wszystko, by sytuacja nie wpłynęła zbyt drastycznie na ich codzienność. Tifa musiała być silna. „Informacje", uznał, „to ten typ, któremu potrzeba informacji, żeby stanął na pewnym gruncie, im więcej wie, tym lepiej, mniejsza szansa histerii".
— Niekoniecznie — zaczął więc łagodnym tonem. — Równie dobrze to mako może atakować Jenovę. Mogą, teoretycznie, atakować się nawzajem. Mogą w ogóle nie walczyć o władzę nad organizmem, aczkolwiek będzie ona efektem ubocznym — nie dodał, że śmierć także. — Możliwe nawet, że to jest faktycznie klasyczna choroba autoimmunologiczna, jakiś układ próbuje zniszczyć mako, czyli całe ciało. Może zatrucie wywołuje chorobę mózgu, który wchodzi niejako w tryb autodestrukcji. Majaczenia i epilepsja wskazują na problem neurologiczny w końcu. Sądzę, że manipulowanie komórkami Jenovy, o której tak naprawdę nic nie wiemy, byłoby trudniejsze niż eksperymenty z mako, wykorzystywanym od pół wieku, zwłaszcza w przypadku, gdy podejrzewamy organizacje powiązane z dawnym ośrodkiem badawczym ShinRy – dlatego myślę, że zatrucie wpływa raczej na działanie normalnej części systemu albo tej zmutowanej przez mako, nie tej przemienionej przez Jenovę. To jednak tylko teoria, będę musiał przeprowadzić wiele testów, aby...
— Testy! — przerwała mu gospodyni, nagle rozjuszona. — Testy! Nic innego was nie obchodzi, tylko jakby na nim poeksperymentować! A co z nim samym? On może umrzeć w czasie, kiedy pan, doktorze, będzie się bawił w badania naukowe!
— Nie sądzę, żeby wyniki go uratowały, nie zdążę tak szybko — zauważył trzeźwo lekarz. — Mogą pomóc innym, ale pani nie musi to interesować – pacjenta spróbuję leczyć objawowo, tak, jak teraz, czyli wesprzeć go w walce z zatruciem. Potem wszystko powinno wrócić do normy. O ile powstrzymamy układ odpornościowy od zapamiętania mako czy Jenovy, czy samego siebie jako wroga – jeśli nie, konieczne może być leczenie szpitalne wraz z procedurą „wymiany" układu immunologicznego. Przeszczep szpiku, w najgorszym razie.
Nie wspomniał, że ta procedura przy organizmie z punktu widzenia genetyki właściwie „nieludzkim", mogła się okazać niemożliwa.
— A jeśli dojdzie do trwałych uszkodzeń? — indagowała dziewczyna.
— Leki osłonowe, nasza opieka – zrobimy wszystko, by tego uniknąć. Nie jestem cudotwórcą. Będę mógł powiedzieć więcej, gdy porobię badania i poczytam o procedurze infuzji mako, musi pani zrozumieć, że ani razu nie byłem w tamtych laboratoriach, więc nie wiem... — chciał dodać „na pewno", lecz Lockhart weszła mu w słowo:
— Przynieśli nam – panu – wszystkie akta, wszystkie wyniki, zdjęcia, wykresy, co tylko przetrwało – to tamta góra. — Skinęła głową w kierunku rzeczywiście pokaźnego stosu dokumentów, płyt, dyskietek, innych nośników danych. — Przysłali też czytniki. Przepraszają za utrudnienia, ale serwery, na których archiwizowali informacje w ramach ujednolicania systemu podobno poszły z dymem... tamtego dnia. Tu są podobno wszystkie dane o programie SOLDIER, infuzjach, i... tym, co przeszedł Cloud, jakie ma korporacja.
— Nie wierzy im pani? — pytanie było retoryczne, wystarczyło posłuchać jej głosu.
— Moje zaufanie do... premiera w sprawach mako, Jenovy czy Sephiroha wynosi mniej więcej zero. Panu też bym doradzała...
Tym razem wciął się doktor:
— Niech się pani o to nie martwi, proszę pani. Ma pani teraz ważniejsze sprawy. — Podszedł do sterty, zaczął ją przeglądać, próbując ustalić, które teczki są najważniejsze.
— W każdym razie — kobieta wzruszyła ramionami — teraz dowie się pan wszystkiego. Dla naukowca zainteresowanego mako, jak pan, doktorze, to pewnie spełnienie marzeń.
Medyk potrząsnął głową.
— Nigdy — odpowiedział; zmęczenie przebiło z głosu — nie chciałem tej wiedzy. Ani grama.
'
'
Tifa, zostawiwszy Richarda w sypialni, zeszła na dół i automatycznie przecierała błyszczący jak lustro bar. Dobre parę minut, w końcu jednak uporządkowała swoje uczucia na tyle, by móc wrócić do normalnego funkcjonowania. Czyli: działania, działania, jeszcze raz działania tudzież podtrzymywania wszystkich na duchu. Uśmiech na twarz, alkohol w kieliszki.
Dzieci były u sąsiadki, co dawało jej parę godzin wolnego, skoro Cloud pozostawał pod opieką. Miała trochę typowej roboty: postawić krzesła (nie mogli sobie pozwolić na zamknięcie lokalu, już wczoraj musiała skrócić godziny otwarcia), zamieść, sprawdzić zapasy, założyć strój roboczy... Ale to mogło poczekać – musiała najpierw sprawdzić Levinasa.
Nazwisko znała, wieści o filantropach tej miary rozchodziły się po Edge'u, zwłaszcza tej jego części, która przesiadywała w „7th Heaven", lotem błyskawicy. Opinie o lekarzu słyszała tylko dobre, przedstawiano go jako świętego, lecz przyszedł do niej z polecenia, na rozkaz właściwie, Shinry. To wystarczyło, by wzbudzić podejrzliwość. Abstrahując już nawet od typowej dla ekskonspiratorów paranoi.
Sięgnęła po komórkę, wybrała numer Reeve'a. Jakiekolwiek nici łączyły doktora z korporacją, na pewno nie były obce jej byłemu prominentowi. Potem, uznała, sprawdzi jeszcze Internet (ufała Tuestiemu, lubiła go, jasne, jednak nie zmieniało to faktów: początkowo pełnił rolę inwigilującego AVALANCHE szpiega), we wprawnych rękach zgromadzone w sieci informacje stanowią niemal niewyczerpane źródło, kompletne dossier.
Znajomy głos w słuchawce wyrwał ją z zamyślenia.
— Reeve? Nie, nie, nie ma pogorszenia, na szczęście. W porządku, nie musisz zrywać konferencji, damy sobie radę – Shera obiecała wpaść? To świetnie. Była dostawa, mam nowe, niezłe wino... Skądże, to żaden problem. Shinra faktycznie przysłał pielęgniarki, pewnie kupione, ale wyglądają profesjonalnie, więc mam trochę luzu. Nawet powiedziałam Barretowi, żeby nie przyspieszał swojego przyjazdu – wiem, że i tak musi wpaść na konferencję, ale dopiero za ponad tydzień, nie? Wolę, żeby się przygotował. Tak, dam sobie radę. Nawet z łajzami Shinry pod bokiem. Nie chcę tego słuchać, Reeve, nie, nadal nie wierzę, że się zmienił. To żaden postęp, wpuściłam je, bo jemu też zależy na tym, by Cloud był na chodzie, założę się, że jak tylko wstanie z łóżka, ta bezwzględna gadzina wystawi nam rachunek.
Westchnęła ciężko, machinalnie przecierając blat stolika. Rachunek nie musiał opiewać się na żadną kwotę, Rufus mógł po prostu odtąd regularnie wypominać, sugerować uśmiechami, że niektórzy byli gotowi zawsze ich wesprzeć, w zdrowiu, w chorobie... Mdło jej się robiło na samą myśl. Tuesti przekonywał ją, że nie będzie tak źle, że może na niego liczyć – wypadało coś odpowiedzieć.
— Wiem, że nam pomożesz, że ponegocjujesz, jak coś, Reeve, po prostu – nie mam ochoty ani czasu o tym gadać, muszę dzisiaj otworzyć bar – tak, muszę. Forsa sama się nie zarobi, nas nikt nie dotuje... Wybacz, przepraszam, nie chciałam, jestem po prostu zmęczona. Ta. Przepraszam raz jeszcze. Słuchaj, dzwonię, żeby spytać o tego lekarza, którego nam przysłał... Domyśliłeś się, nie? Levinas, Richard, pewnie słyszałeś, całe miasto o nim... Coś się stało? Zabrzmiałeś dziwnie – to szpieg? Nie? Na pewno? Aha... Doprawdy? Żadnych związków z ShinRą – czyli jednak jakieś? A, wykończyli mu rodzinną firmę? Brzydko? Łał, to musieli nieźle polecieć, jeśli oburzyli ciebie... Nie jestem złośliwa, Reeve, fakty są faktami, byłeś w tej ich zarządzie – ale, czemu Shinra go poprosił w takim razie? A, eksperymenty, racja... Taa, nic dziwnego, że doktor nie chciał mieć z nimi nic wspólnego... Mogę mu zaufać. Rozumiem. Jasne, już nie przeszkadzam. Trzymaj się – wpadnij kiedyś, jak już konferencja się skończy, a Cloud wyzdrowieje. Jasne, że będzie dobrze, bo jak inaczej miałoby być? No, pewnie, pa. Zawsze. Pa.
Lockhart odłożyła słuchawkę, rozważyła wszystko ponownie, uznała informacje za bardzo prawdopodobne, a potem poszła przeczesać sieć.
Konspiracyjne nawyki nie przechodzą szybko. Zwłaszcza, gdy ostatnia wojna skończyła się niecała dwa lata temu.
'
'
Reeve także miał swoje problemy. Konferencję. Zakulisową, bezlitosną walkę z ShinRą przy równoczesnym publicznym okazywaniu sobie nawzajem pełnego zaufania. Prowadzenie biznesu. Bycie nieoficjalnym przywódcą największej opozycyjnej partii, WRP. Co nie znaczy, że choroba przyjaciela – i ważnego sojusznika – go nie obchodziła, wręcz przeciwnie.
Ostatnie dwa lata, już po buncie Deepgroundu, nie były łatwe dla WRO. A przynajmniej: były cięższe niż pierwsze lata po Upadku. Ironia losu, zważywszy, jak trudno było wówczas obywatelom. Klęski głosu, choroby, brak energii, upadające szpitale, szkoły, służby porządkowe. Czyli chaos. Organizacja w oczach ludzi odgrywała rolę zbawcy, strażnika, słabego może, ale jedynego. Nielicznym niezadowolonym ciężka sytuacja ludności zamykała usta.
A potem Cloud pokonał geostigmę – do dzisiaj sporo ludzi czciło go jako proroka, miał własne małe sekty, których istnienie go peszyło; kościół Aerith stał się miejscem kultu. A potem, po zwalczeniu Deepgroundu, nastało kilka spokojnych miesięcy. Potem kilka kolejnych, również najzupełniej normalnych. Życie zaczęło wreszcie przypominać życie, nie walkę o przetrwanie. Ludzie zaczęli myśleć o przeszłości i teraźniejszości w kategoriach innych niż wojenne. Zaczęli przebąkiwać o ustroju, porządku, koniecznych zmianach w ustawach, zmianach czasu stabilizacji.
A potem – Rufus przycisnął WRO. Nie sam, nie bezpośrednio, oczywiście. Rufus tylko wspierał. Idee. Wspaniałych, odważnych, pełnych zapału ludzi, jak mówił do kamer. Czyli: stowarzyszenia, gazety, pochody i manifestacje, wszystkie pod hasłem „Żądamy wyborów!", zarzucające, że WRO wykorzystało kryzys, by zniszczyć demokratyczne instytucje, by jawnie przejąć władzę nad kontynentem, by zabrać obywatelom prawo do decydowania o sobie. Kadencja poprzedniego, marionetkowego rządu Domingo (czy raczej: wielu małych, fasadowych samorządów, połączonych dekady temu luźną federacją, spajaną i trzymaną za kark tak naprawdę tylko przez korporację) skończyła się dobry rok wcześniej, aczkolwiek choćby cienia odcisku szkicu władzy – nawet marionetkowej – tamten nie widział od czasu Upadku. Bunt Deepgroundu i ogólna sytuacja usprawiedliwiły opóźnienie w rozpisaniu kolejnego głosowania – najwyraźniej jednak nie wieczne. Ludzie żądali. Reszta AVALANCHE'u generalnie przyznawała im rację. Pieniądze ShinRy płynęły ku bojownikom o wolność szerokim strumieniem. Tuesti nie miał wyboru: niewiele ponad rok temu ogłosił wybory, założył polityczne ramię WRO i rozpoczął kampanię, po drodze załatwiając quasisądowy zakaz zakładania partii dla wiadomej korporacji. Shinra przyjął rzecz spokojnie, wystartował jako kandydat niezależny, ewentualne trudności formalne obchodząc startowaniem z listy wolnego stowarzyszenia, które dla wszystkich niezależnych założył ten stary wyga, Domingo. Stowarzyszenie zaczęło wręcz pławić się w pieniądzach. Potem zaś Veld i jego córka, od czasu Upadku aktywnie działający społecznie na prowincji, równie spokojnie ogłosili, że także zakładają partię. Z Felicią jako przewodniczącą. Partia, wbrew strzępkom nadziei Reeve'a, dostała natychmiastowe, acz tajne, wsparcie finansowe ShinRy.
Kampania była olśniewająca, wszystkie strony kosztowała małe fortuny. WRO wyszło z niej przegrane – tzn. zostało największą partią opozycyjną, podczas gdy Felicia i Domingo zawiązali trudną, lecz konieczną dla chwycenia władzy koalicję. Rufus, w glorii i chwale posła, który zebrał największą ilość głosów w wyborach, musiał tylko poczekać, aż obie rządzące partie, bo teatralnych naradach i swarach, zaproponują stanowisko premiera bezpartyjnemu fachowcowi. Tuesti nie miał wyboru – nie mógł nawet użyć zakulisowych wpływów, Tifa, Cloud i Barret nigdy nie wybaczyliby mu, gdyby zlekceważył głos ludu.
A lud, ku zdumieniu przewodniczącego, w ostatnich latach na nowo pokochał Shinrę.
— Widzisz, Cait — Reeve zwrócił się teraz, jak miał w zwyczaju w sytuacjach kłopotliwych, do swojej zabawki — sęk w tym, że Rufus rzeczywiście ma większe rozeznanie w sprawach personalnych, te dane dostały się jemu. U mnie pracuje sporo z dawnych naukowców, ale ich właśnie Tifa nie chce widzieć na oczy, czemu się nie dziwię. Także ten drań miał już na wstępie przewagę. Levinas jest porządnym człowiekiem, tyle chociaż dobrego, nie powinien zrobić Cloudowi krzywdy ani działać na niczyją szkodę. Nadal sytuacja jest niewesoła: Rufus na pewno założył już pluskwy w całym domu, przekupił personel, spróbuje zdobyć zaufanie Tify, będzie miał większy wpływ na ich działania niż kiedykolwiek. Oczywiście, są wolnymi ludźmi, nie mam nic przeciwko ich przyjaźniom ani preferencjom politycznym, jednakże... Rufus jest niebezpiecznym przeciwnikiem, zagrożeniem dla Edge'u i wszystkiego, co próbujemy osiągnąć. Muszę przynajmniej wyrównać posiadane informacje. Masz pomysł, jak?
Maszyna patrzyła na niego błyszczącymi oczami, wydając z siebie różne buczenia, trzaski, gwizdy, nim, przeanalizowawszy dane, wyrzuciła:
— Szpieguj szpiegujących. Shelke. Tifa się nie dowie, a jeśli, to uzna, że po prostu szpiegujemy Shinrę. Shera powiedziała, że jej pomoże. Wypytuj ją delikatnie, ją i Cida, każdego wieczoru.
Tuesti uśmiechnął. Mechanizmy, które stworzył, zostały ostatnio wzbogacone o sztuczną inteligencję, podobną w myśleniu jego własnej; konwersował z nimi w ramach wewnętrznych debat.
— Fakt. Zadzwonię po Shelke, niech przechwytuje sygnał z urządzeń podsłuchowych korporacji. Analizy naszych specjalistów na pewno nie będą gorsze niż ichnich, zniweluję przewagę. Mamy prawo uczestniczyć w śledztwie na tych samych zasadach, co turki. Służby państwowe są podzielone, więc mamy tam kilka wtyczek. Chwilowo tyle wystarczy. To dopiero początek.
— Konferencja — przypomniał Cait Sith, przechylając główkę z cichym pomrukiem silniczka.
— Konferencja jest już w dużej mierze przegrana. Większość umów zawarto pod stołem wcześniej, Rufus zgarnął dobre sześćdziesiąt procent z nich, w tym kilka wielkich. Oczywiście, mamy też parę asów w rękawie – dwa z porozumień, które Shinra zamierza zawrzeć, są już w naszych rękach, jakże niemiła niespodzianka dla tego aroganckiego bufona; poza tym, pokazanie najnowszej serii energooszczędnych produktów WRO podczas wystawy ostatniego dnia powinno nieźle namieszać w świecie biznesu, osłabić pozycję korporacji – część wahających się kontrahentów wpadnie w nasze ręce, a zaufanie reszty zostanie nadszarpnięte. To będzie początek końca dominacji kompanii. Mam nadzieję.
— Kolejna nowelizacja ustawy o ograniczaniu zużycia energii. Pierwsze czytanie zaraz po zakończeniu konferencji, za dwa tygodnie. Najlepszy czas na intensywne lobbowanie oraz przekonywanie opinii publicznej — robot służył także jako kalendarz. — Urodziny Yuffie są za miesiąc, pora kupić prezent. Kwestia Vincenta – przysłał Shelke informacje, że najpóźniej za trzy tygodnie powinien być wolny. Jego prywatne zlecenia nazwał pan ostatnio uciążliwymi i podejrzanymi.
Reeve machnął ręką, widocznie zirytowany.
— To nie tak, że mu nie ufam. Wolałbym go po prostu mieć zawsze pod ręką. Wolałabym też wiedzieć, co robi i czego potrzebują ludzie, którzy go zatrudniają. To wszystko. Nie będę go zmuszał, nawet nie mam jak. Jestem pewien, że wykonuje kawał dobrej roboty, chroniąc obywateli. Jak przy sprawie Deepgroundu. Ufam Vincentowi. Na tyle, na ile mogę. Nie wyślę przecież kogoś, by go szpiegował, on zauważy – i on może zrozumie, ale Yuffie będzie wściekła. Coś jeszcze?
— Trzy ofiary nowych narkotyków znaleziono dzisiaj rano na ulicach Edge'u. Poza tym: czterech bezdomnych zamarzło tej nocy, do izb wytrzeźwień przewieziono...
