Tifa, turki, przestępcy. A także Felicia i Veld próbujący bawić się w normalną rodzinę.

I moje najszczersze podziękowania dla Luci, bo ta drobna uwaga w komentarzu (że nie muszę się kręcić wokół łóżka chorego) chwilowo mnie odblokowała. Vel pomogła mi znaleźć dominantę kompozycyjną. A przynajmniej trafić na trop. Stokrotne dzięki, carissima.


— Oni się domyślają. Nie wiem, jak, ale się domyślają — mruknął ponuro przysadzisty, rudy mężczyzna; w szarych, mdłych oczach lśniła podejrzliwość. — Sara przyszła dzisiaj i powiedziała, że wszystko wie, że to moja sprawka, ci ich... prorocy powiedzieli. Że spadnie na nas wszystkich kara boska. To przerażające. Czasami mam wrażenie, że oni wszyscy rzeczywiście... wiesz, przeczuwają. Mają wizje przyszłości. Magia, tfu, tfu. — Wykonał rytualny, nawykowy gest odpędzania złych duchów.

— Oni po prostu wnioskują — odparł chłodno drugi rozmówca. — Żadnej metafizyki. Komu zależało na wykończeniu Strife'a? Tomowi i mnie. Kto jest naszym łącznikiem z półświatkiem Edge'u? Ty. Nietrudno sobie dopowiedzieć resztę.

Ten z kolei był wysokim, umięśnionym blondynem, dobiegającym czterdziestki. Teraz sprawiał wrażenie rozdartego między pobłażaniem a irytacją.

— Skoro już się zdecydowałeś, to teraz nie histeryzuj z powodu grupki zbzikowanych, wiecznie naćpanych fanatyków. Najwyraźniej mimo wszystko myślących rozsądniej od ciebie, skoro są w stanie wyciągać racjonalne wnioski, a ty zaczynasz wierzyć w duchy, John. W końcu udało ci się, nie?

— Nie do końca. Skurwysyn nadal dycha — prychnął rudzielec, trochę raźniej wszakże. — Ale podobno ledwie. Miasto aż huczy od plotek.

— Dziennikarze? — zainteresował się drugi mężczyzna.

— Też już wiedzą, pewnie, ale nie pisną ni słówka. Najważniejsza gazeta w tym mieście i tak należy do koncernu z Junon, którego główną redaktor jest znajoma AVALANCHE'u. Mówią, że ma fioła na punkcie ekologii, flory, fauny i Strife'a, zakochana idiotka. Poza tym, rząd i WRO natychmiast zaczęli płacić, grozić, standardowa procedura. Shinra, mówią, sięgnął nawet do prywatnej kieszeni.

— Na pewno. Nie zmobilizowałby tak szybko środków z budżetu państwa — zauważył trzeźwo tamten. — Co jeszcze mówią na mieście, jak zareagowała na problem nasza dzielna władza? Tom będzie zainteresowany.

John wzruszył ramionami.

— Cóż, jak mówiłem, standard. Uciszanie dziennikarzy. Przepytywanie półświatka. Moi ludzie nic nie wiedzą — prychnął śmiechem. — Zresztą, tak faktycznie jest. Oni tylko rozprowadzają towar. Co jeszcze... mobilizacja policji i służb. Dawki krwi idą ze szpitali jak woda, bo Jego Wysokość chce mieć na zapas, a dla SOLDIER przecież trzeba wcześniej wystawić na mako – pielęgniarki twierdzą, że jednostki krwi ściągają już z prowincji, na wszelki wypadek. Miasto jest niemal zablokowane, sprzedali kit o ucieczce groźnego przestępcy. Rząd i WRO ściągają lekarzy iście książęcymi gażami albo groźbą. Ale nie do baru, tylko do siedzenia nad papierami i wynikami, na sucho, bez zbliżania się do pacjenta; pewnie się boją, że go jeszcze kto otruje – rządzą nami paranoicy — mruknął sarkastycznie.

Blondyn pokręcił przecząco głową.

— Nie w tym rzecz. Strife nie jest, wbrew temu, co się twierdzi, SOLDIER. Tom wie na pewno. To jakiś korporacyjny poboczny eksperymencik, szczur laboratoryjny. Muszą się bać, że to wyjdzie na jaw. Ale jakiegoś lekarza tam w końcu muszą dopuścić, jeśli nie chcą, by ich kundel im umarł na rękach — stwierdził z namysłem. — Może dałoby się wsadzić... odpowiadającego naszym potrzebom człowieka?

— Raczej nie, Martin — padła odpowiedź. — Jednego lekarza ściągnęli już do baru. Ludzie widzieli, jak tam wchodzi ten święty ze Strumykowa, doktor Levinas, kojarzysz?

To wreszcie skupiło uwagę drugiego mężczyzny. W zielonych oczach zamigotało zaciekawienie, zaraz zastąpione zwykłym obojętnym zdecydowaniem.

— Jasne. Jestem w końcu naukowcem – jego rodzina miała jedną z większych firm biotechnologicznych. Dziwne, nie kojarzyłem, żeby ich syn miał coś wspólnego z mako i programami ShinRy... I ta sprawa z wrogim przejęciem – ja bym mu na miejscu korporacji nie ufał. — Zmarszczył brwi. — Przekażę Tomowi. Ich rodziny chyba się znały. To może pomóc. Co z Krinem?

Rudzielec natychmiast stał się spiął.

— Zapadł się pod ziemię. Szukamy go my, szukają go dawni znajomi, szukają go władze... nic. Wszyscy chcą go zabić, poza nami, dlatego sądziłem, że pojawi się natychmiast: ale jego wcięło. Nie mam pojęcia, gdzie jest. Nie pojawił się w umówionym miejscu. Szczerze mówiąc — dodał spiesznie, próbując zatrzeć niezadowolenie, które widział już na twarzy rozmówcy — nie sądziłem, że jemu się uda. Naprawdę, ze wszystkich naszych ludzi on wydawał się najbardziej beznadziejnym przypadkiem...

— Dość — warknął tamten. — Nie obchodzi mnie, czym się wydawał, skoro okazał się dość dobry, by postrzelić Strife'a. Zna z wyglądu paru naszych ludzi, nie?

— Nikogo powyżej średniego szczebla...

— Bez znaczenia. Zna ludzi. Zna miejsca. Zna skrytki. Wie zdecydowanie zbyt dużo – i mu się udało. Połowicznie, bo połowicznie, ale zawsze. Nie możemy dopuścić, by wpadł teraz w ręce korporacji!

— Szukamy go. Całe miasto go szuka. Przejrzeliśmy już bezpieczne miejsca, o których mógł wiedzieć, przeczesujemy dom po domu...

Martin machnął ręką, na wpół lekceważąco, na wpół z gniewem.

— Ani mnie, ani Toma, ani nikogo wyżej nie interesują starania — złagodził głos przy następnych słowach. — John, jesteś naszym największym atutem w Edge'u. Ufamy ci. Jesteśmy pewni, że dasz sobie radę z konsekwencjami twoimi działań. Ale nie próbuj nas zbywać. Wszyscy wiemy, że musisz znaleźć tego... Krina. Jasne? Musisz. Inaczej wszystko może się posypać. Od niego prosto do ciebie. Nie jesteś szaraczkiem. Nazwisko Foska budzi szacunek. Ale to znaczy, że łatwo je powiązać.

John przejechał dłonią po twarzy, potakując. Jasne, sytuacja ze „Scyzorykiem" nie była dobra. Z drugiej strony, reszta poszła naprawdę lepiej, niż zakładał choćby w najśmielszych snach. Ta trucizna, którą dostarczył Martin – podarek od Toma – faktycznie zadziałała. Owszem, może nie zabójczo, ale zawsze. Jeśli wprowadzą ją do ogólnej dystrybucji, jako wreszcie skuteczną broń przeciwko SOLDIER – w cenach na każdą bandycką kieszeń! – powinni zarobić fortunę. Nie wspominając o przetasowaniu sił. W końcu laboratoria Toma na pewno będą w stanie wyprodukować antidotum dla „swoich" najemników, co uczyni ich grupę praktycznie jedyną, dysponującą prawdziwą siłą dawnych elit ShinRy. Niepokonaną.

Jeśli czarne wizje Martina się nie sprawdzą.

— Znajdziemy drania. I wytłumaczymy mu, że na przyszłość nie sprawiał nam takich kłopotów, tylko czekał, gdzie trzeba. Kulturalnie.

Tamten skrzywił wargi, machając lekceważąco ręką.

— Słowa, słowa, słowa — prychnął.

John odgadł, że to cytat – słowa były wypowiedziane tym tonem – ale nie znał źródła. Może jakiś serial? Albo popularne słuchowisko? Tak czy siak: blondyn był jednym z najbliższych asystentów Toma (Collina, podobno, rudzielec nie wątpił wszakże, iż to fałszywe nazwisko), miał też spore wpływy wśród kilku grup najemników, pomagających ich organizacji. Nie należało go rozczarowywać. Nie należało też jednak pozwalać sobą pomiatać. Przeszedł więc do kontrataku. Pośredniego.

— Pogadaj z Tomem, powiedz, żeby wpłynął na tych wariatów. Rozumiem, są przydatni, kasa, informacje, ludzie, kanał dystrybucji, ale zaczynają mi za bardzo bruździć w interesach.

Martin uniósł brwi.

— A cóż takiego zrobili tym razem? — spytał, jeszcze trochę kpiąco.

— Znaleźli jakieś wutajskie świecidełko. Bardzo cenne. Antyk, rozumiesz. Warte miliony. I nie pozwalają mi go opchnąć, że niby to ich święte. Dwóch moich ludzi, którzy byli przy przeszukiwaniu ruin, zaraz zginęło. Udar i napromieniowanie mako u drugiego – śmierdzi mi to. Dobra trucizna może oszukać patologa, jeśli jej nie szuka. Jeżeli ci fanatycy zaczną nam zabijać ludzi...

— Nie zaczną — przerwał Johnowi blondyn. — Porozmawiam z Tomem, zaraz po przyjeździe. Zajmiemy się tym. I tak trzeba ich utemperować – ostatnio próbowali wymusić na Tomie darmowe dostawy i... i parę innych rzeczy. Nieistotne. Damy sobie z nimi radę. Bez nas nic nie znaczą i doskonale o tym wiedzą. Szykuj się lepiej: za mniej niż miesiąc powinniśmy rzucić nową, silniejszą wersję towaru na rynek, pamiętasz? Planowo.

— Oni wierzą — zauważył drugi rozmówca z namysłem. — Oni serio wierzą, Martin. Że ich pan jest po ich stronie, że im pomoże. Nie wiem, czy można z nimi negocjować na podstawach... no, tak jakby: rozumu. Biznesowo. Oni nic nie wiedzą, oni tylko wierzą — powtórzył z naciskiem.

Blondyn wybuchnął śmiechem.

— Dałeś się nabrać na te ich szaty, kadzidełka i natchnione przemowy? To tylko ludzie biznesu, John, jak my wszyscy; po prostu zajmują się trochę inną gałęzią, ale chodzi im o to samo: opchnąć tłumom ich własne marzenia i wyciągnąć z tego jak najwięcej dla siebie.

'

'

Reno westchnął. Przeczesywali Popieliska oraz okoliczne dzielnice dobre trzydzieści godzin. Bez przerwy. I bez rezultatów. Gang „Długiego Lolo" nie był nawet specjalnie wrogi, wręcz przeciwnie, im też zależało na szybkim załatwieniu renegata, to nie oznaczało jednak, że zamierzali zwierzać się obcym, szczególnie rządowym, z wszystkich wewnętrznych, delikatnych spraw. Współpracowali tyle, ile musieli. Nikt nie wiedział, kto nałożył nagrodę na Strife'a. Zdrajca namawiał młodych do obrania twardszego kursu, zmuszenia Lorenca do porzucenia dawnego kodeksu albo wręcz dokonania przewrotu – nigdy wszakże nie dyskutował z nimi o rewolucji przeciw państwu czy atakowaniu SOLDIER, toż to samobójstwo. Owszem, jego rodzina zginęła w Sektorze Siódmym, więc miał powody, ale żeby je omawiać? Skądże. Z kim konkretnie rozmawiał? Och, z tym i owym. Kto go konkretnie popierał? Och, właściwie to nikt. Dlatego Van Magrid się nie przejmował, rzecz miała sama przyschnąć. Taki słomiany zapał. Dzieciak był kretynem, no, ale że aż takim, to nie myśleli. Więc kto go słuchał, nie popierając? Och, wszyscy, nie ukrywał swoich poglądów.

— I tak w kółko, nie? Szlag by to trafił, Rude. Za dwie godziny wracamy. Z pustymi rękami. To się nie zdarzyło – szlag, od tej awantury z Jenovą. Szlag. Szlag, cholera, niech to wszyscy – szlag! Nawet sobie pokląć nie mogę, bo nie zasłużyłem. Szlag — monologował rudzielec.

— „Szlag" to też przekleństwo — mruknął jego partner.

— Wiem. Ale się nie liczy. Przypomnij mi, Rude, dlaczego nie możemy po prostu, jak zwykle, skłonić tych dżentelmenów do konwersacji naszym elektryzującym wdziękiem osobistym? No przecież nie dlatego, że szef boi się, że banda terrorystów, wysadzająca obiekty cywilne bez mrugnięcia okiem, obruszy się, jeśli trochę poobijamy im znajomych? Szlag by to, rozumiem, że szef się boi Tify, też się jej boję, sam wiesz, Rude, jak ona przyleje, to nie ma co zbierać, ale...

— „Prezydent", Reno.

— Dla ciebie „pan prezydent" — przedrzeźniał go. — Jak mam niby wykonywać swoją pracę w takich warunkach? Uśmiechać się? Być miłym? Potakiwać, jak kłamią mi w żywe oczy? Toż to nieludzkie, no nie?!

— Zażądamy dodatku za trudne warunki. Ekstremalnie trudne.

— O, to brzmi słusz... — urwał, widząc wychodzącego zza rogu „Długiego Lola".

Ten wyglądał na zmęczonego. Wory pod oczami, ziemista cera. Nadal zachował sprawny, szybki krok, pewną postawę, dumne spojrzenie – nie, żeby miał wybór. W obecnej sytuacji każdy fałszywy ruch, każda słabość mogły go kosztować pozycję i życie.

— Byłem u Tify — oznajmił na powitanie. — Stan Clouda trochę stabilniejszy. Nie wiedzą, co mu jest, jak to wyleczyć ani kiedy mu przejdzie. Kurrrrrrrrrwa — syknął nagle — trzeba było zarżnąć szczeniaka, jak zaczął podskakiwać. A teraz Tifa wariuje, dzielnica jest w amoku, rządowi, WRO i wy wszędzie się pałętacie, wciskacie swoje nosy – kurwa, trza było zarżnąć skurwiela od razu, a nie się cackać...

— Tia, dzięki za uznanie — rzucił kąśliwie Reno. — Nie, żebyście robili coś konstruktywnego, poza wyrażaniem spóźnionego żalu... nie?

— Współpracujemy ze wszystkimi. Ferajna i tajne służby, tfu, to chyba wystarczy?

— Nie mówicie nic istotnego.

— Nie jesteśmy głupi. Ta sprawa się skończy i wrócimy do codziennych interesów. Nie zamierzamy dawać wam amunicji do ręki.

— No, Tifa nie będzie szczęśliwa, jak się dowie...

— Tifa — Lorenc zacisnął zęby — wie, że my też robimy wszystko, by dorwać tego skurwysyna. Wszystko. I powiem wam coś, psy ShinRy – damy sobie radę lepiej niż wy! Znajdziemy go, przesłuchamy, dostarczymy Tifie pod nogi.

Rudy uniósł brwi.

— Wyzwanie? — gwizdnął.

— Żebyś wiedział — warknął gangster.

Odwrócił się na pięcie, ruszył w przeciwnym kierunku. Turki go nie gonili, nie próbowali zatrzymać. Ledwo mężczyzna zniknął, podeszli do muru, wyjęli z niego kawałek papieru zapisanym niewprawnym, koślawym pismem.

„Krin urządzał sobie wycieczki do Sektora Siódmego. Twierdził, że dla pamięci rodziny. Mieszkał dawniej dwie ulice od kolumny. Nic z jego domu nie zostało".

'

'

Następne dwa dni po przybyciu Levinasa były trudne dla wszystkich mieszkańców „7 Heaven". Tifa prowadziła bar oraz świetlicę dla dzieciaków z ulicy, uparcie odmawiając pomocy. Shera przejęła więc Marlene z Denzelem: czytała im, sprawdzała lekcje, poprawiała nastroje, zapewniała o rychłym wyzdrowieniu Strife'a, na co Lockhart nie miała czasem siły. Maluchy ze wszystkich sił próbowały być grzeczne, mówiły przyciszonymi głosami, wracały wcześnie z podwórka, sprzątały. W efekcie atmosfera w domu zaczęła być raczej żałobna. Nawet klienci baru zgrzecznieli, po trosze z zabobonnego lęku, po trosze ulegając nastrojowi właścicielki, która sprawiała wrażenie – skądinąd zgodne ze stanem faktycznym – podłamanej kobiety, ze wszelką cenę trzymającej fason.

Pielęgniarki przychodziły i odchodziły. Stan chorego zdawał się stabilizować, po trosze nawet dzięki wysiłkom medycznym, co wzbudzało nadzieję, aczkolwiek lekarz był więcej niż ostrożny. Informował, nawet niepytany, co robi, na jakie efekty liczy, jakie mogą być skutki uboczne, jednak ilość założeń oraz „być może" zawarta w tych komunikatach odbierała im jakąkolwiek wartość prognostyczną.

Harował więc, by udowodnić hipotezy, tak przynajmniej twierdził. Przez te kilkadziesiąt godzin Tifa widziała go śpiącym może cztery razy – za każdym razem te drzemki trwały dosłownie dwadzieścia minut, ani sekundy dłużej, medyk zrywał się po pierwszym dźwięku budzika, całkiem przytomny.

Nie wszystkie chwile poświęcał sprawie Strife'a, część pacjentów, zmuszona nagłymi okolicznościami, przychodziła po pomoc do „7th Heaven". Pierwszych kilku przyjął ukradkiem, niemal na wycieraczce, przepraszając za kłopoty – aż w końcu Lockhart, zirytowana, kazała mu zapraszać ich do środka, prowadzić normalną praktykę na zapleczu. „W końcu" zauważyła trzeźwo „ci ludzie nic nam nie szkodzą, pan też nie może, doktorze, myśleć tylko o Cloudzie, to lepiej, żeby uprawiać płodozmian umysłu, nie?".

Richard dziękował jej później wylewnie „rozumie pani, oni nie mają za bardzo gdzie pójść, nie są bogaci – ja – jeszcze raz przepraszam, ale nie wybaczyłbym sobie, gdybym im odmówił, nie pomógł; nie mógłbym". Dziewczyna wzruszyła ramionami, zdumiona przeciąganiem niewielkiej, jej zdaniem, sprawy.

Teraz siedziała w niezwykle cichym barze, obserwując dwoje dzieci, które przyszły do Levinasa po poradę. Teoretycznie, uzyskawszy recepty i „pożyczkę" na ich wykupienie, powinny zniknąć, ale kobieta uznała, że wypuszczenie malców, ewidentnie niedożywionych, ubranych w sprane, trochę za duże ubranka, tak po prostu do domu – licho wie, co uważały za dom – byłoby niegodziwością. Najpierw więc wysłała Denzela do apteki, potem dała dzieciakom czyste ciuchy, obiad i umyła. Teraz, wyraźnie przestraszone całym zamieszaniem, siedziały w części knajpianej, rysując za kontuarem. Sprawiały wrażenie zachwyconych kolorowymi kredkami, ilością czystego papieru – Tifa zapewniła je solennie, że mogą brać, ile chcą, nie zabraknie (jako rodzina kuriera tudzież dobrzy znajomi tak WRO, jak Shinry, mieli specjalne przydziały) – spokojem dorosłych. Shera siedziała na górze, zajmując się z kolei „domowymi maluchami".

Klienci o tej porze składali zamówienia raczej niemrawo, nic więc nie odciągało barmanki od myślenia, jakkolwiek bardzo by sobie tego życzyła. Myślenie w tej sytuacji oznaczało automatycznie „zmartwienia", a nie sądziła, by te mogły cokolwiek zmienić, z pewnością nie lepsze. Myślenie przypominało, jak wygląda teraz rzeczywistość.

Cloud był chory. Dzieci zdrowe. Podsłuchy ShinRy znajdowały się prawdopodobnie w całym domu. Shera pomagała. Doktor zdawał się uczciwym człowiekiem, z pewnością: uprzejmym. Aż do przesady, niekiedy jej paranoja podszeptywała, że pod tak grzeczną maską mężczyzna musi coś ukrywać. Z drugiej strony, zbywała niepewność, jeżeli przyszedł na świat w dostatniej rodzinie, nie byłoby niczym dziwnym, iż wpojono mu dobre maniery.

Cloud był wszakże chory, jego stan ustabilizował się, nie: realnie poprawił, Rufus przysłał uprzejmego medyka, co oznaczało kolejną przysługę – dziewczyna nie zamierzała traktować tego w ten sposób, to był obowiązek tego drania, wiedziała jednak, iż jej chłopak będzie miał inne zdanie, a każda nić, wiążąca go z korporacją, to o jedna za dużo. I tak, w przeciwieństwie do niej, utrzymywał znośne kontakty nie tylko z turkami, lecz także ich szefem, dostarczając dla nich przesyłki oraz wykonując zlecenia o... „innym charakterze"; przywołała z przekąsem określenie premiera.

Szantaże, wiadomości, bójki lub morderstwa, nawet jeśli z polecenia rządu, nie korporacji, zaakceptowane przez WRO, dokonywane dla „dobra ogółu" – jak ostatnie negocjacje ze zbuntowanymi samorządami, otwierającymi na nowo reaktory tudzież wynajmującymi bandy rozbójników – nadal pozostawały dla niej ciemnymi sprawami politycznymi, takimi, w jakie obiecała sobie się już więcej nie mieszać. Chłopak przecież też nie chciał... Ale, oczywiście, ratowanie świata było ważniejsze. A przynajmniej tak umiał to przedstawić Shinra, a Cloud był tak niepewny, tak zmienny, tak łaknący...

Cloud był chory, przede wszystkim, jej umysł krążył w kółko, powracając do tego prostego faktu. Chory, bardzo chory, za bardzo chory, tak chory, że wiadomo, czy – i dalej kazała sobie stanąć, zaczynała od początku, wbrew woli: chory, jeden z nielicznych ludzi z Nibelheim, jedyny nadal bliski człowiek z Nibelheim, jej przyjaciel z AVALANCHE'u, jej zmartwienie, ktoś, z kim przeżyli kilka końców ich świata, kto pomścił jej ojca, ochronił Gaję, ale przede wszystkim miał śmiesznie rozwichrzoną czuprynę, nieufne spojrzenie, rzadki, zawsze nieśmiały uśmiech... I tak dalej. Jej Cloud. Chory. Możliwe, że nie zdoła – zatrzymanie. Powrót. Cykle. „Wszystko" szepnęło coś w niej, trochę ironiczne, bardziej zmęczone „w moim życiu tworzy cykle".

Shera zeszła na dół, stale zaniepokojona, ale barmanka machnęła głową, wygięła wargi w krzepiącym uśmiechu, który mógł być maską, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć – „idź do dzieci, na górę, daję sobie radę sama". Jak zawsze. To też było, jak sądziła, krzepiące dla innych, jej samowystarczalność. Solidna podpora dla tylu ludzi, tylu światów, podpora, której ewentualne załamania zawsze mijają ukryte, stłumione w zarodku. Nic dziwnego, że w Mideel byli zdumieni. Sęk w tym, że nie wiedziała wtedy, co robić. Póki miała cel, nadzieję, zadania do wykonania, póty mogła iść, podtrzymywać innych na duchu, póty przekonywał ją własny uśmiech. Kiedy wszelkie wskazówki znikały, a ktoś mówił „sprawa jest beznadziejna, nic nie można zrobić, wszystko w rękach losu – ale raczej nic niż wszystko, tak szczerze", wtedy i tylko wtedy jej silną wolę szlag trafiał w jednej sekundzie. Tifa nie cierpiała bezradności. Zginąć w nierównej, z góry przegranej walce – to w porządku, lecz żyć, wiedząc, że nic – zatrzymanie myśli. Odwrót. Od początku.

Schody zaskrzypiały, podniosła wzrok, myśląc, że to znowu żona Cida. Ale nie, z ostatnich stopni właśnie schodził Richard. Wyglądał na wyczerpanego, bardziej niż przez poprzednie dni.

— Udało się... coś. Ani ataku epileptycznego, ani anafilaktycznego nie było od dwunastu godzin, biorąc pod uwagę częstotliwość poprzednich, możemy chyba uznać to za dowód, że objawy alergiczne się ustabilizowały, podane środki zaś co najmniej łagodzą objawy neurologiczne... chociaż nie mam pojęcia, w jaki sposób — posłał kobiecie łagodny uśmiech. — Tak czy inaczej, przynajmniej mniej się męczy.

Lockhart przygryzła wargę, przypominając sobie znane fakty. To rzeczywiście nie było wielkie zwycięstwo, nie przybliżało do zrozumienia natury problemu, pozwalało jednak, jeśli dobrze zrozumiała wcześniejsze tłumaczenia, organizmowi na poświęcenie sił walce z groźniejszymi objawami. Poza tym, Levinas miał rację: ostatecznie zmniejszenie cierpień także miało swoją wagę, aczkolwiek w tych kategoriach Tifa wolałaby nie myśleć.

— A krew? Wartości się poprawiły? — zapytała.

Doktor pokręcił głową. Ślady znużenia zniknęły natychmiast z jego twarzy; dziewczyna pojęła, iż jest jednym z ludzi, którzy na słabości pozwalają sobie tylko w chwilach tryumfu, choćby drobnego. Kłopoty, niebezpieczeństwa mobilizują ich do dalszej walki, przynajmniej „na zewnątrz". Wnętrze jej nie obchodziło, póki nie zaczynało utrudniać mężczyźnie pracy.

— Nie. Ciągle nic — mówił, teraz wyraźnie przejęty. — To dziwne, dziennie podłączamy do niego kilka jednostek po ekspozycji na mako, procedurę sprawdziliśmy, sprawdziliśmy krew i pochodne, wszystko najwyższej jakości, jedna taka dawka powinna starczyć na prawie tydzień. A u pacjenta to prawie natychmiast zaczyna umierać, słabnie. Ale organizm nie atakuje ich bezpośrednio, nie odrzuca – jakby je ignorował, a one ignorowały jego. Tylko, że owo ignorowanie ma najwyraźniej toksyczny wpływ, nie umiem jeszcze stwierdzić, czemu, przykro mi, przepraszam. Będę szukał nadal, jednak możliwe, że do samego końca bez powodzenia, że w końcu poprawimy ogólną kondycję pacjenta, a problem krwi rozwiąże się mimochodem, aczkolwiek nie liczyłbym...

— Do samego końca, czyli nim Cloud wyzdrowieje — wtrąciła.

Nie wrogo, skądże, ale z raczej chłodnym odcieniem pewności. Rozmówca potaknął, również bez wahania.

— Oczywiście, to miałem na myśli. Mogę poprosić jakiegoś mocnego drinka, preferowałbym z wódką – zapłacę.

Barmanka zawahała się. Dawanie alkoholu lekarzowi niekoniecznie jest rozsądne... Z drugiej strony, pracował na pewno ciężko, był zdrowym, silnym mężczyzną, jeśli chciał jedną szklanką czegoś mocniejszego uczcić ostatni postęp, cóż w tym złego.

Wyjęła składniki, zaczęła mieszać, rzucając przez ramię.

— Pan żartuje z tymi pieniędzmi, proszę pana? Jesteśmy pańskimi dłużnikami, nie mogłabym...

— Pozwala mi pani przyjmować u siebie moich pozostałych... klientów. Wzięła pani na noc te dzieci. Rzekłbym, że to wyrównuje rachunki, z nawiązką. Nie śmiałbym narażać pani na dalsze wydatki. Zapłacę.

Wywiązała się sprzeczka, z początku drobna, potem coraz bardziej zażarta. Tifa tłumaczyła, że nie zamierza przecież trzymać maluchów siłą, czyli na stałe, prawdopodobnie za parę dni, gdy siostra wyzdrowieje, wyjdą z jej knajpy, na zawsze tracąc kontakt, trudno więc to nazwać „przysługą". Medyk zauważył, iż rodzeństwo może wrócić skuszone ofertą jej świetlicy, a poza tym, te „kilka nocy" stanowi naprawdę wielką różnicę w ich życiu. Zresztą, nawet w hotelach barek często rozliczany jest osobno, co dopiero u rodziny, która daje mu wikt, opierunek, miejsce do przyjmowania pacjentów, wszystko z dobroci serca. Lockhart skontrowała stwierdzeniem, iż chodzi jej o zdrowie przyjaciela, nie misję charytatywną, poza tym, chwilowo nie było słowa o opłacie. „To już chyba zmartwienie premiera" odpowiedział mężczyzna, natychmiast pogarszając sprawę. Dziewczyna wysyczała coś na temat szpiegów, morderców, eksperymentatorów, ogólnie „psów korporacji"; niech sobie nawet nie wyobraża, że dworskimi grzecznościami wmanewruje ją w poczucie zobowiązania wobec firmy. Tamten tłumaczył: nie pracuje dla kompanii, w tej jednej sprawie poproszono go jako konsultanta, nie chce pani stawiać w niewygodnej sytuacji, to byłoby szalenie nieuprzejme, jakkolwiek, rzecz jasna, tak cudowna kobieta nigdy nikomu nie może być dłużna, to oczywiste, że wszyscy są jej dłużnikami, gdy pozwala im przebywać w swojej obecności, więc nawet nie wpadł na to, iż mogłaby czuć się w ten sposób. Jest mu głupio wykorzystywać damę i jej dobre serce, niech mu pozwoli sobie pomóc, otoczyć troską...

— ...uratuje pani mój honor – tak urodziwa, inteligentna kobieta, jak pani, z całą pewnością wie, jak to bywa z męskim ego – niech się pani zlituje nad moim, bo inaczej całe oceany alkoholu nie pomogą, żadne medykamenty nie uleczą zranionej dumy – na pewno pani nie raz wysłuchiwała takich opowieści tutaj, przy kontuarze – błagam panią o litość, aczkolwiek, oczywiście, także i najsurowszą odmowę oraz najpotworniejszą truciznę z tak wdzięcznych, silnych rąk przyjmę z radością...

Goście barowi oniemieli, Tifa wyglądała na kompletnie zdetonowaną nim parsknęła śmiechem. Chichotali razem z Richardem dobrą minutę, ona może trochę za mocno, jakby próbowała przegnać zmartwienia jedną chwilą wesołości.

— Poeta z pana — powiedziała, uspokoiwszy się wreszcie. — Dobrze, niech pan zna moje serce – tym razem pana rozliczę, sześćdziesiąt dżili. Ale tylko tym razem, na następny rachunek będzie pan musiał zarobić kolejnym komplementem — słowom towarzyszył szeroki uśmiech.

Levinas wypił drinka jednym haustem, co wzbudziło w zgromadzonej klienteli aplauz, a przez Lockhart zostało nagrodzone uniesieniem brwi.

— Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na tej planecie! — zawołał z emfazą. — Piękna kobieta wybaczyła mi okropne faux-pas i z jej białych, gładkich dłoni przyjąłem napój życia! Kolejka tego, co piłem, dla wszystkich!

Z tym okrzykiem skoczył na schody, zostawiając oszołomioną właścicielkę, wdzięcznych gości tudzież równo odliczone siedemset dwadzieścia – niedawno przeprowadzono denominację, ceny nie wynosiły już po kilka tysięcy za chleb – dżili na blacie.

Za nim zaś, po cichu, możliwie ostrożnie, wślizgnął się cień. Kobieca sylwetka, lekki płaszczyk, buty na obcasie. Tifa zmarszczyła brwi, zaniepokojona, nie mogła jednak zostawić baru, zadzwoniła więc tylko na górę, do Shery. Po chwili dostała informację zwrotną.

— Nasz doktor świętuje pomyślne nowiny z dziewczyną, moja droga. Nie powinniśmy im przeszkadzać; to brzmi jak bardzo szybki numerek.

Takim było. Tajemnicza kobieta zeszła po schodach po niecałych dwudziestu minutach, kupiła jeszcze jednego drinka i zniknęła.

'

'

Pani wicepremier, Felicia – Neborik, teraz, zwariowane czasy, jak właściwie nazywała się na początku? – z ulgą przekręciła klucz, zamykając ostatecznie drzwi, odgradzając się... nie, odgradzając świat od siebie, poprawiła w myślach. W końcu już raz prawie zniszczyła Planetę.

Ochroniarze zostali na dole, jak zwykle. Początkowo biuro ochrony narzekało na tę zasadę, mimo kuloodpornych, podwójnych szyb w apartamencie, pegera, który nosiła przy sobie, alarmu koło łóżka, broni pod poduszką i w torebce; gdy jednak dała radę powalić dwóch młodych mężczyzn w niewiele ponad minutę, po czym oznajmiła spokojnie „jak państwo widzę, zdążę zawołać pomoc, nim mnie obezwładnią", dali jej spokój.

Odetchnęła głębiej i zamarła, czujna. Coś było nie tak, czuła. Czyżby zapach wody kolońskiej? Nitka w drzwiach była na swoim miejscu, sprawdziła przed wejściem. Nikt się raczej nie włamał, do jej służbowego mieszkania w Edge'u ochroniarze pod jej nieobecność zaglądali co pół godziny. Któryś z nich zdradził? Nieprawdopodobne, przecież Rufus i tata przejrzeli ich akta... Ach. Tak, właśnie.

— Papo? — zawołała. — Wiem, że tu jesteś. Przestań się chować.

Nic się nie działo, zaczęła więc przesadnie głośno, udając zniecierpliwienie, stukać obcasem. Nadal nic. Westchnęła głośno.

— Papo! bo udam, że się boję i pójdę na noc do Rufusa. Obgadać plany budżetu i konstytucji. — Po kolejnej sekundzie ciszy dorzuciła: — W łóżku, bo konferencja mnie wykończyła!

Co było, zważywszy na niechęć jej ojca do premiera, zagraniem ewidentnie poniżej pasa. Działającym wszakże. Veld – Francis Neborik – zaszurał nogami gdzieś w okolicach głównej sypialni (miała jeszcze jedną, dla gości, poza tym pokój do pracy, salon łączony z kuchnią, to wszystko), włączył światło i wyszedł uściskać córkę. Sytuacja przez momencik wyglądała wzruszająco normalnie. Potem mężczyzna przeszedł do narzekania.

— Skarbie, nie możesz być tak nieostrożna! Gdybym to nie był ja, tylko zabójca, miałby cię jak na widelcu. Wiesz, ile czasu minęło, nim zorientowałaś się, że ktoś jest w mieszkaniu? Nie możesz tak bardzo polegać na ochronie czy nitkach w drzwiach, ludzi można obejść, nitki wstawić samodzielnie...

Na resztę przemowy machnęła ręką. I tak znała ją na pamięć, a była wyczerpana. Cały dzień rozmów – najpierw z Shinrą, potem gabinetem, potem na „historycznej konferencji"; wszystko na obcasach, w idealnie skrojonym zestawie: eleganckiej, ciemnozielonej garsonce oraz takiejż spódnicy. Spódnica, obcasy, rajstopki. Dla byłej rebeliantki, przywykłej do wygodnych, wojskowych ciuchów: dramat.

— Nie znoszę szpilek — oznajmiła, zrzucając buty niedbale na ziemię i, przy okazji, przerywając tacie w pół słowa. — Zamówiłeś sobie kolację? Ja nie będę jadła, udało mi się coś skubnąć na bankiecie. Szkoda, że poszedłeś, był drób a la Kalm, aż mi się łza w oku zakręciła...

— Niczego nie zamawiam w twojej służbowej kuchni, tobie też nie radzę, zabezpieczenia są fatalne, właściwie każdy mógłby nas otruć — mruknął Veld, aczkolwiek z pewną dozą autouszczpliwości w tonie. — A raczej moja paranoja sądzi, że mógłby. Zjadłem coś na mieście.

— W tym barze obok „7th Heaven"? — spytała, naraz zaciekawiona, opadając na ciemnozieloną kanapę w salonie.

— A jakże. Chcesz drinka? — Stał już przy barku, sprawdzał korki, czy przypadkiem nie noszą śladów nakłuć, oraz etykietki, czy na pewno nie są podrobione.

„Kochany papa" pomyślała, czując, jak zalewa ją fala czułości „taki zapobiegliwy! Nic dziwnego, żeśmy z Fuhito mieli problem z rozwaleniem mu działu. Na szczęście".

— Skarbie? Mohito za twoje myśli? — zaproponował Verdot. — Uczciwa oferta. Żadnych haczyków. Jako ojciec, nie turk, pytam. I sprawdziłem podsłuchy. Dom jest czysty.

Posłała mu szeroki, ciepły uśmiech.

— Dumam tak sobie, że to jednak bardzo dobrze, że mi i Fuhito nie udało się ciebie wykończyć — wyznała z rozbrajającą szczerością.

Po tym, co przeszli, ten rodzaj umiejętnie dawkowanej prawdy był jedyną nadzieją na stworzenie chociaż cienia jakichkolwiek relacji. Mężczyzna miał tę świadomość, więc w odpowiedzi, poza uśmiechem, rzucił też ripostę:

— Szczerze mówiąc, wasze próby nie były problemem. Numery Rufusa już tak.

— Och, przestań — potrząsnęła głową. — On tak naprawdę wcale nie chciał cię zabić.

— Bardzo starannie udawał — zauważył z przekąsem Veld. — Do dzisiaj mam blizny.

— Rufus ma nawyk, głupi, przyznaję, próbować zamordować każdego, kto mógłby stać się dla niego autorytetem — odpowiedziała, chichocząc lekko. — Manipulator twojej miary powinien zauważyć.

— Zauważyłem. Nie znaczy, że pochwalam. Jak ci minął dzień? — zmienił temat. — Państwo nam się jeszcze nie rozpada?

Oboje wiedzieli, że kto jak kto, ale były szef turków, paranoidalny, kochający swą córkę miłością nieco zaborczą, z nadal szerokimi kontaktami dosłownie wszędzie, wiedział doskonale, jak Felicia spędziła dzień. Ale niegrzecznie byłoby to wprost okazywać. W końcu próbowali żyć normalnie – a przynajmniej odgrywać normalność.

— W porządku. Konferencja nawet bywa interesująca, kiedy artyści i humaniści dochodzą do mikrofonów. Zwłaszcza, jeśli mowa o jakimś pobocznym uświetniającym występie, nie politycznej przemowie. Mieliśmy dzisiaj performance, krótki występ muzyków i monodram, naprawdę ciekawe; no i znalazłam wreszcie czas, żeby obejrzeć wystawę towarzyszącą, też niezła. Kiedy przemawiają, rzecz wypada gorzej, bo zwykle są niesamowicie niepraktyczni, ale niektóre ich uwagi, zwłaszcza te o społeczeństwie czy roli sztuki są całkiem do rzeczy. Ogólnie, dzisiaj było spokojnie: artyści, pisarze, te sprawy. Prasa będzie o tym pisała miesiącami, to takie fantastyczne idee robią świetne nagłówki.

— Cóż, wolę to niż żeby skupiali się na naszych interesach — zauważył trzeźwo Verdot, rozdrabniając lód w kuchni.

Sterylnej, prawdę powiedziawszy. Żadne z nich nie jadało w domu. Dziewczyna zwykle zamawiała jedzenie z rządowej knajpki na dole, czyli „od pani Stasi", dawny agent jadał na mieście, decydując, dokąd pójdzie, za pomocą rzutu kośćmi. W efekcie jedynym wyposażeniem, tak naprawdę używanym – i stojącym wobec tego na wierzchu, nie pochowanym głęboko w szafkach – były pojedyncze przedmioty z chromowanego, modnie minimalistycznego kompletu: czajnik, ekspres do kawy oraz zestaw do drinków. Mikrofalówka stała na górze szafek: nie skorzystali z niej bodaj ani razu, ale zakładali, że może się kiedyś przydać. „Jak mieszkanie alkoholika" pomyślała z rozbawieniem kobieta.

Przybory oraz sama kuchnia utrzymane były w tym „designarsko" chłodnym stylu: chromowana stal, proste kształty, żadnych ozdób czy drewna, marmurowa, szara posadzka – podgrzewana. Pewnie dlatego, że to Shinra zapłacił, w ramach wielkodusznego gestu, za wyposażenie służbowych apartamentów rządu. Zatrudnił więc kogoś z otoczenia Reeve'a, żeby nabić sobie punkty w prasie i tanim kosztem wymusić na Tuestim rodzaj zobowiązania.

Światło było jednak ciepłe. Absolutnie nie energooszczędne. Ciepłe. Złote, żółte i pergaminowe klosze wzmacniały efekt. Felicia zażądała tej zmiany, ledwie się wprowadziła. Nie mogła znieść bladego światła. Kojarzyło się jej z laboratoriami, przypomniało uczucia z tych lat, które jej umysł wyparł – za co była mu wdzięczna. Za to złociste poblaski przywodziły jej na myśl ogień, żywy ogień, siedzenie przy ognisku, czas w rebelii, kiedy wierzyła, kiedy bliscy ludzie byli tuż obok. Zdradzili albo zginęli, owszem, nadal jednak uważała tamte chwile za dobre wspomnienia. Najlepsze.

W domu pod Edge'em, tym, który teraz nazywała swoim, własnym, miała nawet kominek. Tutaj, cóż... jej ojciec trzymał piecyk w swojej kawalerce, ale to raczej ze względu na częste przerwy w dostawie energii, jak wszyscy.

— Skarbie? Mohito — Veld pochylał się nad nią, zaniepokojony.

Odzyskała już siły po całej tej aferze z Zirconiadem. Wydobycie materii z ciała okazało się zbawienne – od miesięcy nie zdarzyło się jej nawet zemdleć. Oczywiście, nie był to argument, który przekonałby troskliwego tatę.

— Nic mi nie jest. Zamyśliłam się. Konferencja, jak widzisz, dzisiaj ciekawa intelektualnie, czyli nudna. Bez znaczenia dla życia. Za to na spotkaniu gabinetu... — przewróciła oczami.

— Rufus dostaje histerii z tytułu tego, że mu ktoś niekontrolowanie śmiał zepsuć zabawkę? Oczekiwanie, że ten człowiek dojrzeje...

— Mniej więcej — potaknęła dziewczyna. — Rufus życzyłby sobie dosłownie blokady całego miasta, byleby tylko sprawcy nie mogli uciec. Zaangażowania najlepiej wszystkich sił policyjnych – komendant oddelegował ludzi zaraz po zgłoszeniu, przecież to istotna sprawa też dla nas, coś, co dziabnęło SOLDIERa – ale oddelegowanie ludzi to za mało, oczywiście. Najlepiej, żebyśmy nawet drogówce kazali przeczesywać Edge. I archiwistom. I sprzątaczkom. Tym, których nie rozstrzelamy, bo przecież premier życzy sobie jeszcze wewnętrznego śledztwa we wszystkich wydziałach, bo na pewno ktoś sypie, bo na pewno nie mogło do tego dojść inaczej. Jakaś zwykła grupa przestępcza miałaby odczytać jego intencje? Gdzieżby — parsknęła krótkim śmiechem. — Poza tym, oczywiście, wyszła sprawa naukowców, których zatrudnia WRO. Przesłuchano ich już, ale to też za mało. Może ich prewencyjnie zamknąć w areszcie domowym. Jasne, akurat w trakcie konferencji. Miałam ochotę mu przywalić, serio, bo, wiesz, mamy też sprawy państwa do omawiania, nie tylko prywatne problemy premiera. I mógłby czasem choć udawać, że nie traktuje kraju jak swojego folwarku. — Pociągnęła łyk alkoholu.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

— Jesteś szefową partii, mimo wszystko. Zagroź, że poprzesz zmiany zaproponowane przez tę partię Reeve'a, WRP. W dowolnym najbliższym głosowaniu.

— Nie ja jedna miałabym ochotę — mruknęła ironicznie. — Myślałam, że Domino dzisiaj na posiedzeniu szlag trafi, bo jest w końcu ministrem spraw wewnętrznych i koalicjantem, a tu mu się Rufus wtrynia w sprawy resortu i krytykuje dosłownie wszystko w postępowaniu.

— Rufus umie być wyjątkowo irytujący.

— Ano. Próbowałam mu przemówić do rozsądku, ale z mizernym skutkiem. On się robi coraz bardziej paranoiczny z każdą godziną — w głosie Felicii zabrzmiało coś na kształt podziwu pomieszanego ze zdumieniem. — Nie myślałabym, że to możliwe, ale niedługo chyba prześcignie ciebie. W każdym razie, pan premier po skończonym spotkaniu wyszedł niemal trzaskając drzwiami. A potem była konferencja i dzięki Planecie, że dzisiaj nie było nic ważnego. Skopałby to na pewno.

Ostatnia uwaga zaniepokoiła czy tylko zaciekawiła Velda.

— Jest na tyle zirytowany, by popełniać istotne błędy, tak sądzisz, skarbie? Bo jeśli tak, to do jutra mu się raczej nie polepszy.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

— Do końca konferencji parlament ma wolne. Koło dziewięćdziesięciu procent kontraktów czy umów zostało już ustalonych, podczas konferencji zrobią tylko szopkę z ich ogłaszania. To jest taki czas, że Rufus może sobie pozwolić na błędy. Myślę, że tylko dlatego tak sobie folguje; kiedy przyjdzie do głosowania nad pakietem ustaw energetycznych albo debatami nad konstytucją, będzie już w idealnej formie. Planeto, ten drań kontroluje nawet swoje wybuchy emocjonalne! — mruknęła, prawie z zachwytem. — A jak twój dzień?

Verdot zawahał się przez moment, nim odpowiedział:

— W porządku. Siedziałem w tej knajpie przecznicę dalej, obserwowałem bar. Nikt interesujący nie wchodził. Praca toczy się normalnie, przynajmniej pozornie. Godziny otwarcia te same. Dzieci wychodzą do szkoły punktualnie. Lockhart musi być niesamowicie silną kobietą — stwierdził mimochodem. — Parę osób przyszło do doktora, przyjął ich jakoś pokątnie. Sam nawet nie wyszedł. Ale ma odruchy ściganego człowieka — zauważył. — Nim otworzy okna, sprawdza szybko, czy nikt nie stoi w pobliżu, by strzelić albo rzucić kamieniem. I tak ustawił sprzęty, że niemożliwym jest zastrzelenie pacjenta przez snajpera, kiedy otwiera okno – zawsze to samo. Szyby w „7th Heaven" są tak pancerne, jak dawniej. Myślę, że poza tym i tak postawili bariery, ale z takiej odległości trudno stwierdzić na pewno. Cóż, taka zdrowa paranoja na pewno przyda się w tej sprawie.

Teraz to kobieta uniosła brwi kpiąco.

— Ma odruchy ściganego człowieka? Tak całkiem przypadkiem? Same z siebie mu się wytworzyły?

Jej ojciec machnął ręką lekceważąco.

— Oczywiście, że go śledziliśmy, jego i rodzinę, standardowa procedura po wrogim przejęciu... a że chłopak sprawiał drobne problemy, to może poświęciliśmy mu też ociupinkę więcej uwagi, ale nic, co naprawdę uzasadniałoby aż taką ostrożność. Nic jego życiu realnie nie groziło. To raczej wynik... klimatu tamtego okresu niż naszych działań.

„A kto tworzył klimat tamtego okresu, hm?" chciała spytać. To wszakże było niskie i właściwie nieuzasadnione, nie w jej ustach. Byli terroryści niespecjalnie mają prawo kogokolwiek pouczać. Poza tym, o moralnym aspekcie swoich wyborów życiowych obiecali sobie nie rozmawiać nigdy. Nie wprost – to byłaby już rozmowa – ale już od pierwszych przemilczeń umowa wydawała się jasna. Zamiast dopytywać skierowała więc pogawędkę na przyjemne, lekkie tory: jak nienawidzi szpilek i garsonek, że chętnie wypije jeszcze jedno mohito, jak papa sądzi, czy najnowsze słuchowisko pierwszego programu pobije popularnością ulubiony dotąd romans, „Marię Antoninę", bo jeśli tak, to może zaplanować wciskanie propagandy do scenariusza dalej niż na najbliższe sto odcinków, że może jutro wyskoczą gdzieś na śniadanie, razem, przed siódmą?

'

'

Szczątki centrum dawnego Midgaru były raczej ponurym miejscem. Szczątki Sektora Siódmego uchodziły za terytorium wręcz przeklęte. Ruiny metalu, poskręcane filary, gruz, fragmenty kolei, a do tego znajdowane w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach strzępki codzienności, jak na ironię, często zupełnie nietknięte: lalki, komórki, przyrządy gimnastyczne, buty, pralki, odtwarzacze muzyki. Nawet zbieracze rzadko wchodzili w te okolice, były niebezpieczne, większość rzeczy zaś zbyt przesiąknięta mako, by ją sprzedać czy używać.

Oczywiście, niewielka grupa ludzi – rozbitkowie, uciekinierzy, tęskniący za domem, idealiści marzący o komunie – zamieszkała w tej strefie mimo lęków, przesądów, ostrzeń, potencjalnych zagrożeń dla zdrowia; jak zawsze. Wysoki procent mako – Lifestreamu – w glebie gwarantował bardzo obfite, podobno wyjątkowo smaczne plony, których nikt poza tymi straceńcami nie tykał, nie musieli więc obawiać się złodziei. Żyli na poły odcięci od świata, uprawiając, hodując, produkując prymitywnymi metodami na własne potrzeby. Samowystarczalni, zżyci z sobą, wobec obcych gościnni, lecz nieco nieufni. Wobec turków lub innych przedstawicieli służb: wrodzy i całkowicie nieufni.

O czym Reno z Rude'em przekonali się po raz enty, chodząc od zamkniętych drzwi do zamkniętych drzwi, wszędzie słysząc stałą formułkę: „Nie wiem. Nie znam. Nie widziałem. Ostatnio ani nigdy. Nie, nic nowego ani podejrzanego. Tak, zamelduję, oczywiście. Do widzenia. Powodzenia".

Tutaj mogliby użyć ostrzejszych środków przesłuchania, jednak nie było sensu torturować wszystkich uchodźców albo przypadkowych osób. Najpierw należałoby ustalić kto, jeśli w ogóle, rzeczywiście coś ukrywa.

— Szla-a-ag — zanucił Reno na melodię popularnej dekadę temu piosenki.

Na uszach miał słuchawki znalezionego w ruinach przenośnego odtwarzacza plików. Najwyraźniej urządzenie leżało w jakimś bezpiecznym miejscu – pewnie bezpieczniejszym niż jego właściciel – bo po wymianie baterii działało bez zarzutu, co rudzielec stwierdził z niesamowitą, dziecięcą radością. Natychmiast też zabrał nowy gadżet, konstatując, że przecież przesiąkli tym świństwem po same uszu w trakcie służby, niedługo zaczną świecić w ciemności, więc jeden drobiazg nic nie zmieni.

Ze wskazówkami szło im zdecydowanie gorzej.

— No, czemu akurat nam dali tę robotę? — jęknął turk, wyłączając urządzenie. — Ledwo co wróciliśmy z poprzedniej.

— Tseng ochrania prezydenta, młodzi przepytują dzielnice, Elena rozmawia z dzieciakami, które znalazły Strife'a. Delikatna robota. Kobieca — Rude był stoicko spokojny, jak zawsze.

— Kobieca? Ty męska szowinistyczna świnio. Powiem ci, czemu – prezydent ciągle nie przebaczył mi wykonania tego z rozkazów jego ojca, który przysparza mu dzisiaj najwięcej problemów pi-ja-ro-wych, ot co. Wysyła mnie na jakieś nudne, źle rokujące misje z zemsty.

— Złóż skargę. Formularz C24 – mobbing.

— Żebyś wiedział, że tak zrobię.

— Jasne. Zarekwiruje ci ten odtwarzacz.

— Trudno, no. Łatwo przyszło, łatwo pójdzie, prezydent dał, prezydent weźmie, niech będzie błogosławione imię jego — Reno wybuchnął śmiechem.

— Znalazłeś sobie dziewczynę — Rude przezornie zmienił temat.

— To nic poważnego... drobny flircik nigdy nie zaszkodzi, nie?

Powłóczyli się po gruzach jeszcze trochę, licząc na szczęście bądź cud – żaden nie miał ochoty wracać tutaj jutro, a jeszcze mniej chętni byli do włażenia w system kanałów, do czego z pewnością dojdzie, jak wiedzieli, pod koniec tygodnia, gdy skończą przeszukiwać powierzchnię. Chyba, że wcześniej znajdą miejsce odwiedzane przez „Scyzoryka". Z nim w środku najlepiej.