Sekty, dzieci, doktor, Rufus, sekty, moje bredzenie a la mity (lubiłam religioznawstwo swego czasu, bardzo) i oczywiście Sephi&Rufus. Bo to moje.


Ayna splunęła. Jej pierwsza reakcja w ogóle od czasu, gdy Elena weszła do mieszkanka, które dziewczynka zajmowała z bratem. Czyli od dobrej godziny. I tak było to pewnym postępem. Początkowa mała darła się, krzyczała, wiła, próbowała za wszelką cenę usunąć turk z domu. Porządne lanie nie wchodziło w rachubę, Tifa chybaby zabiła za to prezydenta, więc przez trzy pierwsze dni kobieta wracała z tych bezowocnych przesłuchań podrapana, pogryziona i zmęczona – radziła sobie więcej niż nieźle ze sztukami walki, ale unikanie małego, rozhisteryzowanego, nieprzewidywalnego dzieciaka to jednak wyższa szkoła jazdy.

Dzisiaj Ayna postanowiła spróbować nowej taktyki. Ignorowania. Wadą strategii była niewątpliwie nuda – dziewczynka nie chciała najwyraźniej ukazywać obcym nawet najmniejszego kawałka swojego życia, bo po wejściu blondynki zastygła za stołem, trzymając brata za rękę. Od tamtej chwili ani drgnęli. Mała najchętniej pewnie by wyszła, jednak Elena stała w drzwiach, a wyjście przed jej przyjściem byłoby bezcelowe: całe Popieliska pomagały w tej sprawie. Znaleźliby dzieci i przytargali za uszy z powrotem. Mówić nie musiały, pozorować współpracę – i owszem.

Postęp, więc. Za jakiś czas, rozmyślała z maleńką nadzieją turk, może nawet zaczną rozmawiać. Nie o śledztwie, nie o Cloudzie, oczywiście. Najpierw pewnie o rodzicach tych małych... uliczników, potem o złym AVALANCHE'u oraz podłym Rufusie. Potem może o życiu tutaj, o próbach przetrwania. Może gdzieś po drodze Ayna zaufa na tyle, by wziąć od kobiety któryś z tych drobiazgów, które ta zawsze przynosiła: koraliki, soczek, zabawkę. Cokolwiek. Byleby znaleźć więź, choćby początkowo opartą na konflikcie. Emocje, każde emocje, są lepsze niż obojętność.

Po kolejnej pół godzinie, gdy Elena z westchnieniem nieco przesadnym zaczęła się zbierać do wyjścia, dziewczynka nagle przemówiła:

— Myślałam, że on i tak umrze. Gdybym wiedziała, że skurwysyn wyżyje, rozwaliłabym mu łeb. Gruz był obok.

Akurat, pomyślała turk. Gdybyś naprawdę była w stanie, to byś go zabiła, a nie liczyła na los. Gruz faktycznie był obok. Umieć albo nie umieć zabić, cecha charakteru, ot, co. Właściwie, uświadomiła sobie agentka, to nawet dobrze o małej świadczy, że jednak nie mogła. Zaskakująca konkluzja – Elena i jej siostra przywykły do myślenia o celach, rozkazach, zemście, zabijaniu – od najmłodszych lat, nim jeszcze wiedziały, że obie wylądują w wiadomym departamencie. A przecież pochodziły z dobrej rodziny, z wojskowymi tradycjami, podwieczorek codziennie, przyjęcie co najmniej raz w miesiącu, sukieneczki, fartuszki, te sprawy.

Kobieta doszła do słusznego wniosku, że nie chce wgłębiać się we własną psychikę. Ta dziewczynki była ważniejsza dla misji. Wobec czego, po sekundzie analizy i uznaniu, że na ciepłe relacje na tym etapie i tak nie może liczyć, odpowiedziała zgodnie z przekonaniem:

— Wcale nie. Zabiłabyś go, gdybyś mogła. Ale nie byłaś w stanie, najwyraźniej. I liczyłaś, że może zginie mimo twojej niemożności. A najwyraźniej i to było za dużo, skoro powiadomiliście Lorenca. Nie umiałaś z zimną krwią zabić człowieka. Wot, wszystko.

Chłopiec zerwał się, jakby w obronie siostry – tamtą dosłownie zatkało, aż pobladła z emocji – krzycząc:

— Wcale, wcale nie! Ayna nic nie powiedziała – to ja, to wszystko moja wina, kiedy przyszli od Lorenca, przestraszyłem się i powiedziałem, ona nic nie – to wszystko ja!

Fantastycznie, stwierdziła w duchu Elena. Wspaniałe czasy mamy. Takie, że dzieci mają wyrzuty sumienia, bo wykazują ludzkie odruchy. Doskonale. To przypadkiem my nie mieliśmy brać na siebie tego wszystkiego, brudzić naszych rąk, żeby innych mogły pozostać czyste, a bezpieczne – tak to ujmowałeś, Tseng, za Verdotem podobno? Świetnie nam w takim razie poszło, chłopcy.

Nie pozwoliła, by cokolwiek z nagłej fali goryczy doszło do jej twarzy. Posłała dzieciakom sceptyczny uśmiech – dziewczynka już karciła wzrokiem brata, pewnie za to, że złamał nakaz milczenia – i, zgodnie z harmonogramem, wyszła.

Zostawiwszy pluskwę pod blatem stołu. Taktyka „przetrzymania wroga" ma także tę wadę, iż daje mu pewną swobodę ruchów.

'

'

Konferencja była, zgodnie z wszelkimi przewidywaniami, na przemian nudna i irytująca. Wszystkie naprawdę istotne sprawy załatwiano raczej pokątnie, sporo interesów ubito już wcześniej, teraz tylko zamierzano je oficjalnie ogłosić – dla kogoś, kto orientował się w tym wszystkim, jak Rufus, naprawdę znacząca było ledwie kilkanaście procent wystąpień oraz negocjacji. Uczestniczył oczywiście we wszystkich: wymagała tego jego funkcja, poza tym, zawsze należy oczekiwać nieoczekiwanego, na najbardziej błahej debacie mogło dojść do przełomu jakiegoś rodzaju. Zmiany sojuszy, ustaleniu nowych warunków umowy itd.

Shinra miał na głowie jeszcze sprawy kompanii oraz codzienne problemy państwa – nadal nie umiał w pełni zaufać podwładnym na tyle, by cedować na nich pełnię obowiązków, nie zaglądać przez ramię; efekt spędzenia najważniejszych lat życia wśród agentów specjalnych. Zbuntowanych agentów specjalnych, grających na co najmniej cztery różne strony, żeby być dokładnym.

Koniec końców, by utrzymać niemal autorytarną kontrolę nad wszystkim, ograniczył sen do trzech godzin dziennie, podzielonych na kilka krótkich drzemek oraz dziękował losom, że na konferencji dobrą ćwierć czasu zajmowały bankiety, dzięki czemu mógł zrezygnować z jedzenia posiłków. Teraz, po porannej sesji, zakończonej drobnym, acz satysfakcjonującym, sporem z Reeve'em (kwestie prawne dotyczące sposobu rozstrzygania przyszłych przetargów), kiedy wszyscy poszli odpoczywać, on siedział w pustej sali, na plastikowym krzesełku, czytając, podpisując, podejmując decyzje, wymieniając maile, sprawdzając notowania giełdowe. Tudzież pijąc kawę. Wziąłby stymulanty, jakiekolwiek, jednak przebywał w miejscu publicznym, każdy mógł go zobaczyć: wymarzona okazja do późniejszego szantażu.

Kolejna runda zaczynała się za – zerknął na dół ekranu – czterdzieści minut. Najpilniejsze sprawy miał załatwione. Zostawało niewiele ponad kwadrans na przechadzkę z Tsengiem, rozmowę o sprawach nieco zbyt poufnych, by dyskutować o nich wśród ludzi i bez zagłuszaczy sygnału.

Nim doszli do odpowiednio opuszczonej okolicy – samochód, jakkolwiek sprawdzany nieustająco, musiał być na podsłuchu, przynajmniej według prezydenta – puścili symfonię z adaptera (zagłuszacze zagłuszaczami, stary dobry hałas nie zaszkodzi – a użycie elektronicznego odtwarzacza byłoby zaproszeniem do informatycznej, cybernetycznej infiltracji, przynajmniej według prezydenta), sprawdzili pobliskie krzaki i wykonali inne równie potrzebne paranoikowi do rozmowy czynności, zostało im niecałe dziesięć minut. Zdecydowanie za mało czasu, by omówić wszystko, jak celnie zauważył turk. Bez specjalnej ironii zresztą, pochwalał paranoję pryncypała.

— Stan Strife'a, w takim razie – cały czas nieprzytomny, tak? Cokolwiek tak załatwiło SOLDIERa jest groźne i musimy mieć to przeanalizowane jak najszybciej. Zaraz. Teraz. Co wiemy?

Brunet wyrzucił z siebie ciągiem, szybko, wyraźnie, jakby ktoś pisał na maszynie.

— Poza hipotezami? Nic. Doktor Levinas stwierdził wszakże, że ze zgromadzonych danych wynika, niestety, jedynie pośrednio, iż komórki Jenovy nie są aktywne, czyli, że trucizna wpływa albo na mako, albo na sam organizm. To eliminuje jedną trzecią możliwości...

— ...ale nie jest udowodnione — wtrącił blondyn.

— Doktor Levinas oraz inni lekarze twierdzą, że raczej nic nie zostanie udowodnione przed zakończeniem całej sprawy, panie prezydencie. Wolą się skupiać na leczeniu niż na udowadnianiu teorii, a badania wymagają czasu.

— Mamy w pełni wyposażone kompleksy podziemne, przygotowane, by przetrwać wybuchy bomb atomowych, mako-bomb, upadki ciał niebieskich. Mamy pieniądze. Niech ci... — Rufus wziął głęboki wdech, uspokajając się. — Chciałbym – życzyłbym sobie, by lekarze bez wahania korzystali z tych środków. Strife i jego... zdolności mają kluczowe znaczenia dla rządu oraz dla korporacji.

— Przekażę. Niemniej, wyeliminowanie jednej trzeciej możliwości jest pewnym sukcesem, a przynajmniej tak twierdzą lekarze, panie prezydencie. Obecnie uważa trzy hipotezy za najbardziej prawdopodobne, niestety, żadna nie pozwala na natychmiastowe wyleczenie. Pierwsza: jakimś sposobem cofnięto organizmowi, mówiąc metaforycznie, pamięć o zastosowanych przez Hoja... kuracjach, co powoduje, że Strife przechodzi znowu proces przystosowania do mako, analogiczny, do tego, który przechodzili rekruci SOLDIER, tylko silniejszy, ze względu na eksperymenty Hoja oraz późniejsze kontakty z Lifestreamem. Leczenie w tym przypadku tylko objawowe.

— Świetnie — westchnął Shinra.

— Ta jest niezła, zakłada spore szanse na przeżycie, panie prezydencie. Druga: w trakcie... badań w Nibelheim doszło do czegoś, o czym nie mamy pojęcia, a co obecnie ma wpływ na stan chorego – jakieś uwrażliwienie, wytworzenie mechanizmu, trudno spekulować...

— Kazałem mu dać wszystko, co mamy, każdy świstek, nawet rachunki za kawę... — wtrącił blondyn.

— Tak, panie prezydencie, ale posiadana przez nas dokumentacja w sprawach prowadzonych przez Hoja badań jest, jak pan wie, niepełna. Nikt nie da gwarancji, że czegoś nie ukradziono w Nibelheim, nim zabezpieczyliśmy posiadłość, nikt nie wie, czy czegoś nie znaleziono w ruinach Midgaru, nikt nie wie, co jeszcze kryją podziemne kompleksy, sprawa Deepgroundu pokazała to wyraźnie.

— Nie marnuj czasu na oczywistości — humor politykowi ewidentnie mu się pogorszył. — Reeve na pewno coś trzyma w ukryciu, nie wierzę, że jego agenci nic nie wynieśli...

— Wynieśli, zgadzam się, panie prezydencie, nie sądzę wszakże, by on sam się wahał, gdy w grę wchodzi życie Strife'a. Udostępnił laboratoria i wszystkie możliwe środki..

— Wiem. Wiem. Wiem — znowu musiał odetchnąć, nozdrza drgnęły, gdy wypuszczał gwałtownie powietrze. — A trzecie rozwiązanie? Coś-innego-na-co-nie-wpadliśmy?

— To jest czwarte, panie prezydencie — Tseng prawie się uśmiechnął. — Trzecia brzmi: zmobilizowano mako, by walczyło z Jenovą...

— Podobno jej komórki są nieaktywne — szef rządu uniósł brwi.

— ...okrężną drogą, niszcząc cały organizm, Trochę jak chemioterapia, panie prezydencie. Trzeba podtrzymać organizm póki mobilizacja nie zniknie lub ją uciszyć – nie mamy, niestety, pojęcia jak. Hipotezy można łączyć.

Cisza. Ptaki śpiewały w tym małym zakątku, trawa przebijała przez beton. Wystarczyło pół dekady nieobecności ludzi, by przyroda zaczęła ponownie zdobywać dawne centrum cywilizacji. Rufusowi przemknęły przez głowę wszystkie te dawne, upadłe imperia, potężne miasta obrócone w pierzynę, literackie tudzież filozoficzne refleksje – marność, marność, marność – lecz nie miał ani czasu, ani ochoty pochylać się nad żadną.

Lifestream i Planeta byli silniejsi niż ludzkość. W porządku, zrozumiał lekcję. Była wystarczająco bolesna.

— Jak się trzyma Tifa? — spytał.

— Radzi sobie z życiem codziennym, ale jest coraz bardziej wyczerpana psychicznie, wedle oceny mojej i kilku specjalistów, którzy przesłuchali nagrania, panie prezydencie. Shera Highwind jej pomaga. Doktor Levinas próbuje poprawiać nastrój w domu, przynajmniej takie mam wrażenie.

— Richard jest w tym dobry — mruknął premier.

Po chwili ciszy dodał:

— Pójdę tam. Jutro albo pojutrze. — Odgarnął grzywkę swoim stałym gestem.

— Obawiam się, panie prezydencie, że panna Lockhart może...

— Przekonam ją. Nie wierzysz, że ją przekonam? — posłał turkowi drapieżny, pewny siebie uśmiech, po czym zmienił temat. — To zostaw mnie. A jak śledztwo?

— Nic nowego. Sprawcą Popieliska pogardzają bardziej niż my – rozwalił całą ulicę, spiskował przeciwko przełożonemu, zignorował jego rozkaz, wplątał w to wszystko obcego. Przesłuchania musieliśmy prowadzić ostrożnie, bo to znajomi AVALANCHE'u, ale nie wydaje mi się, by coś ukrywali.

— Ślady podejrzanego?

— Najsłabsze z poszlak. Jakby się pod ziemię zapadł. To potwierdza teorię o pomocy silniejszego, nowego gracza, prawdopodobnie zirytowanego akcją przeciwko zbuntowanym samorządom – ciała najemników eksSOLDIER znalezione pod gruzami, potwierdzałyby tę tezę, w końcu zrzeszenia najemników też ucierpiały na tym posunięciu...

— To była decyzja rządu i parlamentu, spodziewałby się prędzej bomby przysłanej na adres kancelarii albo zamachu na mnie czy ministra spraw wewnętrznych...

— Strife ją wykonał. W oczach tych ludzi to on jest odpowiedzialny. Wiedział pan, że to tak będzie odczytane od samego początku, panie prezydencie. Co zresztą było wówczas oceniane przez pana jako dodatkowa korzyść.

Coś dziwnego przemknęło przez twarz Shinry, jakby nagła złość, natychmiast stłumiona:

— W każdym razie – znajdziemy sprawcę, znajdziemy też jego mocodawców. Pytanie, czemu najlepsi ludzie ShinRy, rządu i pewnie też WRO nie mogą znaleźć jednego łachmyty? Tseng?

— Sprawdziliśmy wszystkie nasze źródła. Nie wiedzą nic. Sami mafiozi są przestraszeni tak potężną grupą. Wszyscy przypuszczamy, że to ci sami, którzy stoją za narkotykami, więc mający jakieś powiązania z dawnymi kadrami korporacji, może także dostęp do części pieniędzy, ewentualne powiązania z jedną z tych setek nowych sekt, to by tłumaczyło, czemu informacje nie wydostają się poza krąg wtajemniczonych. Ile w końcu może powstać dobrze ukrytych, silnych grup naraz? Nawet w czasach chaosu kurz w końcu opada. To muszą być ci sami ludzie. Co do poszukiwanego: nie sądzimy, by opuścił miasto, regularnie przeczesujemy dzielnice, niewiele już miejsc zostało...

— Centrum Midgaru. Sprawdzacie Midgar? Ludzie boją się tam mieszkać, to idealne miejsce na kryjówkę.

— Jeden z naszych informatorów wskazał Sektor Siódmy, ale bardzo niepewnie. Patrolujemy dostępne tereny razem w WRO i siłami państwowymi, panie prezydencie. Poza tym, mamy tam wtyczki. To jest najbardziej prawdopodobna wersja, jednak nie mamy dość ludzi, by ich tam puścić, śmiertelność na takich misjach wynosi koło pięćdziesięciu procent... Musimy mieć konkretniejsze dane, właśnie je zbieramy, pewne tropy wyglądają obiecująco – duże ilości jedzenia z czarnego rynku idą w rejony dawnych reaktorów. Strefa jest otoczona, nie ma szansy się wymknąć, panie prezydencie.

— Ten człowiek — syknął gwałtownie polityk, przyklękając przy adapterze, by go wyłączyć — napluł w twarz nie tylko rządowi, ale też firmie i mnie osobiście, Tseng. Pomijając już komplikacje związane z utratą naszej najlepszej broni biologicznej.

— Robimy co w naszej mocy, panie prezydencie.

Biznesmen westchnął ciężko, po czym rzucił turkowi chłodne spojrzenie.

— To najwyraźniej za mało. Już pora wracać, panel na temat rozbrojenia bomb opartych o mako zaczyna się moment.

'

'

— Nie wiem, czy mu nie ufam — stwierdziła Tifa, rzucając Sherze spłoszony uśmiech, jakby niepewna, czy dobiera właściwe słowa.

Kobiety skończyły sprzątanie i teraz relaksowały się przy kieliszku wina. Normalnie właścicielka poszłaby spać, wyczerpana całonocną pracą, teraz jednak nie pozwalało jej na to napięcie, siedziały więc na dole, najpierw doprowadzając go do iście obsesyjnego ładu, a teraz próbując zabić czas piciem. Resztę alkoholi posegregowano i odłożono do zamykanej na klucz piwnicy, by nie kusiły dzieciaków. Te mogłyby je wypić lub, w przypadku maluchów przychodzących do świetlicy, ukraść na sprzedaż.

— Doktorowi Levinasowi? — mruknęła Highwind dla podtrzymania rozmowy.

— Mhm. Ta. Jemu. To znaczy – z pewnością nie jest tak, że mu ufam. Ale nie wiem, czy mu nie ufam tak bardzo, jak powinnam. Czy jestem dość podejrzliwa. W końcu przysłał go Shinra... Ale, z drugiej strony, ma tak świetną opinię wśród ludzi, kogo bym nie spytała... Święty. Filantrop. Kupuje lekarstwa chorym za własne pieniądze. Pomaga zawsze, nie zważając na porę ani własne zmęczenie. To byłaby idealna przykrywka dla agenta, gdyby nie – pamiętasz, opowiadałam ci: Reeve twierdzi, że można mu ufać, bo miał jakieś zatargi z firmą. Reeve by mnie nie okłamał, by pomóc Shinrze, nawet gdyby ta gadzina płaciła – prawda?

Niepewność w głosie barmanki zdumiała jej rozmówczynię. Członkowie AVALANCHE'u, po początkowej niechęci wobec zdemaskowanego podwójnego agenta, jakim był Tuesti, zaczęli mu wierzyć niemal ślepo. Najwyraźniej jednak „niemal" robiło znaczną różnicę.

W takim razie przekonanie jej za pomocą prostego „tak, jasne, nie okłamałby" nie popartego niczym poza zaufaniem raczej nie zadziała, uznała inżynier. Lepiej było przywołać twardą logikę.

— WRO nie ma, wbrew pozorom, zbyt wielu zbieżnych interesów z korporacją. To znaczy, wszyscy chcemy pomóc Gai, ludziom, spłacić długi, ale wiesz, jak to jest naprawdę. Biznes je biznes. WRO i ShinRa operują w podobnym sektorze, mają praktycznie identyczną grupę docelową, a pieniędzy na rynku jest niewiele. Reeve jest twardym, sprytnym graczem – dyrektorem nie zostawało się za nic. Jego sojusz z Rufusem jest, jak sądzę, tymczasowy. Oczywiście, wszystko, co ci mówię, jest tajne przez poufne, to tylko moje domysły, Reeve nic takiego nie mówił, nie potwierdzę tego przed dziennikarzami czy sądem, takie tam, standardowe uwagi — posłał dziewczynie uśmiech.

Lockhart zmarszczyła brwi.

— Jednak mówisz to w moim zapluskwionym barze.

— Nie masz chyba Shinry za głupca? Wie. Nie powiedziałam mu nic nowego. Ty też mówisz tutaj różne rzeczy.

Brunetka sprawiała wrażenie nieco uspokojonej. Paranoję łatwiej uciszą rozbudowane teorie spiskowe bądź chłodny, brutalny komunikat o wykorzystaniu niż zapewnienia o oddaniu, przyjaźnie, tego typu abstrakcjach. Prawda dość prosta, aczkolwiek Shera nie użyła jej rozmyślnie.

Zakończyły porządki, Tifa rozlała im do kieliszków resztkę whisky z praktycznie pustej butelki – po zrobieniu kilkunastu drinków zostało tak mało, że nie przechowywanie tej ociupinki nie miałoby sensu. Siedziały chwilę w ciszy, zmęczone. Starsza z nich wyczekiwała otwarcia: gospodyni miała wiele do wyrzucenia z siebie, koniecznie, a próba pociągnięcia jej za język mogła skończyć się natychmiastowym wycofaniem.

— Ale przysłał lekarza. Wiem, że Cloud jest mu potrzebny, że to tylko dlatego, że tak naprawdę nic a nic go nie obchodzimy – do dzisiaj nie wiem, po czyjej stronie był naprawdę w trakcie tego całego bajzlu z Kadajem, na pewno nie po naszej...

— Po swojej własnej — wtrąciła Highwind. — Umierał. Szukał lekarstwa. To wszystko, myślę. Czasami nie ma sensu dopatrywać się podwójnego dna w najprostszych sprawach.

Barmanka kontynuowała, prawie nie zwracając uwagi na jej słowa – jedynie ściszenie oraz spowolnienie głosu świadczyły, iż jednak usłyszała, przyjęła i przeanalizowała uwagę.

— ... cały czas nie wiem, skąd tamten... mały Sephiroth nagle wziął się w kościele. I wiedział, że ja tam będę, i myślał, że Cloud albo ja wiemy coś o Jenovie – tak, wiem, co mówią, że to była dość logiczna myśl, ale wciąż coś mi tu nie pasuje. Zostawmy to, nie zmienimy przeszłości. Teraz jesteśmy przydatni Jego Premierowskiej Mości, teraz się o nas troszczy... Zupełnie tak samo, jak Reno i Rude po ataku tamtych małych psychopatów – oczekujesz, że nie uznam tego za podejrzane? Najwyraźniej on ma mnie za głupią. Tylko... to nic nie zmienia. Nie mogę odrzucić jego pomocy, Cloud jest w takim stanie... Cloud go lubi, do licha, Cloud go chyba lubi. Nie ufa mu, jasne, i zawsze odmawia – chyba, że coś jest dla dobra państwa albo ludzi, albo – no, sama wiesz. Mówimy o takich rzeczach WRO. Ale go nie nienawidzi, widzę to po nim. I, i muszę udawać, że to jest w porządku, bo nie mam żadnych logicznych powodów, by twierdzić inaczej.

Inżynier milczała, dolała tylko rozmówczyni kilka ostatnich kropel do kieliszka. Spodziewała się, poniekąd, iż opowieść szybko zejdzie z tematu Richarda na korporację, Clouda, sytuację ogólną, przeszłość.

— ...Cloud chodzi do prywatnej biblioteki Shinry, to jest OK. Chodzi z nim na kolacje, to też jest OK., bo to normalne w biznesie, że się obgaduje sprawy w restauracjach. Przyjmuje jego zaproszenia na wernisaże, premiery – OK., bo czemu się nie dokształcić na naszym wrogu? To nam da przewagę. Och, do licha, nawet ja chodzę na premiery, żeby nadrobić zaległości, czemu nie? Należy się nam. I nagle, po tym wszystkim, kiedy już prawie myślisz, że jesteś bezpieczny, że to wszystko za tobą, że możesz normalnie żyć, wtedy on – Rufus – wychodzi z cieni, żeby złożyć jakąś propozycję nie do odrzucenia, cały błyszczący od słów o dobru ogółu, konieczności, tym, jak to nikt inny nie da sobie rady, jak bardzo ludzie potrzebują Clouda – a wiesz, jaki jest Cloud, obojętny z wierzchu, jak lód, ale tak naprawdę obchodzi go każdy bezdomny psiak. Ostatnio też tak było, zgodził się załatwić sprawę z tymi samorządami, najemnikami – bo to eksSOLDIER, nikt inny nie ma z nimi szansy, jakby to nie było winą ShinRy, że SOLDIER powstali. Więc tak, przychodzi, oczekuje, że Cloud posprząta po nim jego burdel, teraz, gdy stary bajzel zaczął mu przeszkadzać w nowych, demokratycznych rozgrywkach... Cloud, oczywiście, zawsze kończy jakimś sposobem robiąc to, czego ten przeklęty drań oczekuje. Ale potem, kiedy, kiedy... — głos jej się załamał.

Shera zaczęła, po chwili ciszy.

— Kiedy? Tifa, co właściwie stało się potem? Czemu jesteś taka zła? To było – niedawno, prawda? Kilka miesięcy temu, Reeve też brał w tym udział, ci buntownicy stanowili poważne zagrożenie. W tym Rufus nie kłamał. A Cloud... przecież sobie poradził, bez problemów.

— Nie wiesz? — w tonie Lockhart pobrzmiewało zdumienie. — Cloud sobie poradził, jasne. Z zabijaniem ludzi, bo w końcu z negocjacji nic nie wyszło, jak przewidywaliście. Ale nie poradził sobie z tym, że znowu musiał zabijać ludzi. Że z naszego normalnego życia nic nie wyszło. Że jedyne, do czego się nadaje, to mordowanie. Wreszcie, że walczy z tymi, którzy pragną wolności...

— ...Oni na własną rękę uruchamiali reaktory, Tifa, wiesz, czym by się to skończyło, to nie była wolność, tylko żądza władzy, nieodpowiedzialne...

— ...A skoro się martwił, to zaczął uciekać, jak zawsze. A skoro uciekał, to miał poczucie, że zawodzi mnie i dzieciaki. Zaklęte koło. Ale Rufus był obok, na całe szczęście — jej głos ociekał sarkazmem. — Z historyjką o tym, jak to tamci ludzie byli powiązani z gangsterami, nowym narkotykiem, a poprzez to – naukowcami ShinRy, a poprzez to z zagrożeniem na miarę Sephirotha. Kolejnymi eksperymentami i tak dalej. To, oczywiście, mogłoby uspokoić sumienie Clouda, prawda? Sephiroth, jak Cloud ciągle reaguje na to imię, jakbym już dosyć nie nienawidziła tego skurwiela! O czym to ja? A, Rufus, żeby go szlag, ze swoją bahamucią historyjką. Cloud złapał przynętę, Cloud wykonywał robotę i co? Skończył konając, w naszej sypialni, chory tak bardzo – jeśli mu się nie polepszy – musi mu się polepszyć – zwariuję, jeśli nie. Nie wiem, co zrobię. Nie mogę zostawić dzieci. Nie wiem, co zrobię. Nie wiem nawet, co mam robić teraz. Nie wiem, Shera, po prostu nie wiem. — Po minucie bez odpowiedzi zażądała, z odrobiną niecierpliwości oraz gniewu. — Powiedz coś.

— Nie umiem ci nic poradzić. Też się nie znam na medycynie. Mogę jedynie ufać – mieć nadzieję – że doktor Levinas zna się na swojej robocie. Z tego, co wiemy, tak właśnie jest. Sprawdziłaś w końcu jego dane: był świetnym studentem, ma uprawnienia lekarskie. Pytanie w takim razie brzmi: czy wierzysz, że działa w interesie pacjenta czy korporacji. Nie wiem, czy jest sposób, by to sprawdzić. On informuje nas o swoich działaniach, pozwala pytać – ale nie byłoby problemem dla zdolnego specjalisty spreparowanie prawdopodobnych odpowiedzi. Żadna z nas nie ma wykształcenia medycznego. Pytać innych lekarzy? Znów stajemy przed problemem zaufania. To jest dopiero błędne koło, Tifa. Musisz kogoś w końcu uznać za wiarygodnego. Ten człowiek wydaje się tak samo dobry, jak dowolny inny – nie, chyba nawet trochę lepszy. Sprawdziłaś go w końcu, plus mamy jeszcze słowa Reeve'a...

— Reeve i WRO — przerwał jej zamyślona właścicielka. — Widzisz, powiedziałaś „pacjenta lub korporacji". Ładne i czyste, ale to nieprawda. Może działać dla dobra pacjenta lub kogoś innego – także WRO.

Oczy Shery otworzyły się szeroko, na kilka sekund tylko, lecz zawsze. Nie sądziła, że nieufność Tify sięga tak daleko.

— Hej! — zawołała wesoło. — Omawiałyśmy to przed chwilą, nie? Reeve nie ma powodów, by wspierać Rufusa.

— Ta. Nie jest po jego stronie. Ale to nie znaczy, że jest po stronie Clouda, naszej — barmanka wybuchła nagle wysokim śmiechem. — Muszę brzmieć, jakby oszalała. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje, przecież wam ufam. To pewnie ze zmęczenia.

— Masz prawo — inżynier mówiła łagodnym, spokojnym tonem. — Sytuacja jest podejrzana, a stan Clouda – gdyby coś takiego przytrafiło się Cidowi odchodziłabym od zmysłów. Dobrze się trzymasz, Tifa. Podziwiam cię — spróbowała skierować rozmowę na inne tory.

— To dla dzieci — odpowiedziała gospodyni.

Następne kilkanaście minut spędziły na w miarę ożywionej, chociaż nieco sztucznie, rozmowie o świetlicy, maluchach, problemach z mężczyznami w ogóle, a już takimi klnącymi niczym szewcy lub, dla odmiany, milczącymi jak groby, w szczególności.

Jednak, kiedy umysły kieliszki, wyrzuciły butelkę i poszły na górę, już na progu sypialni, Shera zatrzymała się.

— Co do zaufania doktorowi Levinasowi — wróciła do poprzedniego wątku — jeśli chcesz uzupełnić dossier, to może powinnaś zajrzeć do archiwum prasy brukowej albo spróbować wypytać kogoś z pracowników WRO przychodzących do baru. Część z nich pewnie pasjonowała się dawniej życiem midgarskich elit, a nawet ja kojarzę to nazwisko – jego rodzina stanowiła prawdziwą „naukową arystokrację", znani chemicy, inżynierowie, lekarze, biolodzy: myślę, że czasem lądowali w kolumnie towarzyskiej.

'

'

Krin Letrev trząsł się z zimna i nerwów. Jego „przyjaciele" zapewnili mu karimatę, śpiwór, żywność, udostępnili coś na kształt łazienki – jak na człowieka ściganego obecnie przez tak przez państwo, jak zorganizowaną przestępczość, było to sytuacja wręcz luksusowa, nawet jeśli musiał żyć w kanałach w jednej ze skażonych stref naokoło reaktorów. O ile, oczywiście, koszmar życia w kanałach można osłodzić w jakikolwiek sposób.

„Scyzoryk" nie był jednak głupi. Nie wykonał zadania – nie udało mu się zabić Strife'a. Stanowił więc obecnie obciążenie dla ludzi dość potężnych, by rzucić wyzwanie rządowi, korporacji, WRO i człowiekowi, o którym mówiono, że potrafi samodzielnie wykończyć pluton wojska. Bandyta zdawał sobie sprawę, iż musi jakoś udowodnić swoją przydatność, musi doskonale zdać następny test, by ocalić skórę – tylko jakiś przyszły „sprawdzian" mógł być powodem, dla którego nie zabili go od razu, gdy dotarł do umówionego punktu. Ludzie biznesu nie są zbyt sentymentalni.

Usłyszał cichutki chlupot wody. Niedaleko, najwyżej za jednym zakrętem. Napiął mięśnie, odruchowo, przygasił lampę.

— W porządku — dobiegł go kobiecy śmiech — to ja, Tamara.

Nikt spoza organizacji, znaczy. Nadal wszakże potencjalny wróg, więc Krin, chociaż posłał wchodzącej uśmiech, przylgnął do kąta pomieszczenia, klnąc pod nosem, dlaczego go, kurwa, straszy.

Ledwo widział kobietę w mdłym świetle – zgasiła latarkę, tylko przekroczyła próg jego „pokoju" – ale znał ją, to ona doprowadziła go do tego miejsca, wiedział więc, na przykład, że za gęstymi, czarnymi lokami, opadającymi jej na lewy policzek, szyję i dalej, na piersi oraz przedramiona, kryje rozległe blizny, a jej ironiczne wygięcie kącika warg jest stałe – prawdopodobnie wynik uszkodzenia nerwu w tym samym wypadku, który tak oszpecił jej smagłą skórę, zgadywał Letrev. Szkoda, biorąc pod uwagę, że miała całkiem niezłą figurę, szerokie biodra i odpowiednio wciętą talię, a wyglądała na jakieś trzydzieści lat.

Położyła przyniesione pożywienie tudzież środki higieniczne na środku podłogi. Mężczyzna obserwował każdy jej ruch, bardzo, bardzo uważnie.

— Jak leci? — rzuciła wesoło.

Pytanie w tych warunkach właściwie absurdalne, wobec czego opryszek odpowiedział sarkastycznym:

— Doskonale, niczym w SPA z widokiem na plaże Costa del Sol. Kiedy dacie mi wyjść z tej pieprzonej nory?

— To nie zależy ode mnie — nie wydawała się urażona jego słownictwem. — Poza tym, trzymamy cię tutaj dla twojego własnego dobra, jak wiesz. Chcesz wracać do „Długiego Lola" droga wolna.

— OK. W porządku. Dziękuję, dziękowałem już – chcę tylko dostawać cynk, co się dzieje, oczadziać tutaj można, ciemno, kurwa, woda obok...

— W organizacji... toczy się obecnie... debata. Swego rodzaju — mruknęła niechętnie dziewczyna. — To trochę utrudnia przewidywanie.

Musiał przyznać, że był co najmniej zaskoczony jej szczerością. Oczekiwał wykrętów, wymówek, może nawet gróźb lub ultimatum – wolałaby nawet to od siedzenia cały dzień w ciszy w kilkumetrowym, wilgotnym pomieszczeniu, bez wiedzy o swoim losie ani prawa do decydowania o nim, jak narzędzie odłożone do pudełka.

Od razu nabrał podejrzeń. Nie znał Tamary zbyt dobrze, sprawiała jednak wrażenie skrytej. Inni członkowie traktowali ją z dużym szacunkiem. Nie sądził, by została szychą kłapiąc komu popadnie paszczęką.

Czyli prawdopodobnie to właśnie był test albo propozycja. Nim zdołał zadać jakiekolwiek pytania, doprecyzować, spróbować wybadać grunt, cokolwiek, brunetka wyjęła coś zza pazuchy.

— Co myślisz o tym cacku? — spytała, rzucając mu przedmiot.

Złapał go, przyciągnął lampę do siebie i obejrzał. Rzecz wyglądała jak te zagraniczne – prawdziwe lub podrabiane – drobiazgi, które chodziły w slumsach za całkiem okrągłe sumki: wutajskie sznury modlitewne (Krin nie miał pojęcia, jak nazywają się naprawdę, niezbyt go też to obchodziło).

Ten wszakże musiał być znacznie cenniejszy niż cokolwiek, co kiedykolwiek miał w rękach. Kamienie były ciemne, prawie czarne, ale oszlifowane tak, by łapać światło, sprawiając wrażenie, że w środku każdego połyskują malutkie ogniki. Początkowe ogniwo było większe, otoczone koroną malutkich kryształów, w których rozpoznał kryształy materii, osadzone w srebrze. Przy każdym ruchu jego wewnętrzny blask zmieniał położenie: Letrev zrozumiał po chwili uważnej obserwacji, że jaśnieje tam jakiś płyn.

Jaśniejący płyn...

— Jak te pieprzone dzikusy upchnęły tutaj mako? I na chuja?

Użył jeszcze więcej wulgaryzmów niż zwykle, skoro to miały być negocjacje, to lepiej nie odbiegać swoim zachowaniem od schematu. Kobieta posłała mu enigmatyczny uśmiech. Wyciągnęła też rękę, lecz mężczyzna udał, że nie rozumie gestu, zacisnął tylko palce mocniej na kosztowności.

Dziewczyna nie nalegała. Usiadła na karimacie, rozpoczynając tłumaczenie:

— Zdarzają się takie przypadki w naturze, nie wiadomo do końca, jak... Krystalizacja następuję naokoło niewielkiej żyły Lifestreamu, odcina jej fragment i na wieki przechowuje w swoim wnętrzu, przynajmniej tak mi mówiono. To rzadkie zjawisko, zwykle zastyga także Lifestream. Najmniejszy z takich kamieni jest wart fortunę – ten tutaj jest po prostu bezcenny, również ze względu na wartość historyczną – kojarzysz może legendę o...

— Nie znam żadnych legend tego kraju pierdolonych złodziei — przerwał jej brutalnie „Scyzoryk".

Nawet nie podniosła wzroku, cały czas wpatrzona w sznur, spoczywający teraz na kolanach gangstera.

— Cóż, mogę ci w takim razie opowiedzieć dzieje tej błyskotki. Mamy czas, prawda? Większość znanych kultów uważała kamienie z Lifestreamem za w jakiś sposób święte. W Wutai ten typ klejnotów powiązano z Leviathanem, ich bóstwem opiekuńczym: najpopularniejsza, ludowa wersja mówiła, że są pozostałości wód, w których ten kąpał się u zarania świata, jedyne cząstki dzisiejszej materii, które dotykały go bezpośrednio. Każdy znaleziony kamień przenoszono więc do świątyni albo odrzucano gdzieś, by nie wyrywać z obiegu przyrody. Ten okaz jest najsłynniejszy. Oprawiony został około pięćset lat temu, ku oburzeniu tradycjonalistów – twierdzili, że to bluźnierstwo, poprawiać praJednię, początkową ideę, pierwotną materię. Oprawiono go jednak, bo główny kapłan sądził, iż umieszczenie go w „naczyniu duszy", jak nazywano narzędzia modlitewne, pozwoli medytującym mnichom na wyzwolenie jego pełnej mocy... Sądzę, że chodziło o próbę wyzyskania tej energii magicznie. Eksperyment zakończył się sukcesem, jeśli nie naukowej, to socjotechnicznej miary: podania twierdzą, iż od tamtej pory ten artefakt ma moc leczenia, błogosławi używających go w modlitwie zarówno fizycznie, jak duchowo. Nazywa się różnie: Klejnotem Wszechbłogosławieństw, Kamieniem Początku, Naczyniem Życia. Ukryty w najważniejszym klasztorze, będącym także niezdobytą twierdzą, służył tamtejszym mnichom pół tysiąclecia. Zbliżam się do końca, Krinie – o tak nowych wydarzeniach nie ułożono jeszcze mitów, lecz jestem sobie w stanie wyobrazić, jak będą wyglądały... nawet bez proroczych szkiełek.

Bandyta słuchał całego wykładu uważnie, chociaż sens słów oraz zdań czasem mu umykał. Domyślał się jakiejś aluzji, ukrytej wiadomości zawartej w tych słowach, klucza do zrozumienia swojej obecnej sytuacji. Skoro opowieść doszła wreszcie do teraźniejszości, to prawdopodobnie najważniejsze informacje zostaną podane właśnie teraz, wydedukował, skinął więc głową, przybierając zainteresowany wyraz twarzy.

— Jak wiesz, doszło do wojny między wyznawcami Leviathana a barbarzyńską, chciwą nacją, uzurpującą sobie boskie prawa. Nawet jej stolica była jednym wielkim bluźnierstwem, nie tylko dlatego, że unosiła się w powietrzu... żołnierze jej armii byli zaś demonami, oczywiście. Jak w każdej porządnej pieśni — dodała, jakby upewniając mężczyznę, iż nie mówi serio. — Klasztor, choćby dotąd niezdobyty, musiał ulec złowrogiej sile największego z tych diabłów, nazywanego Srebrnym – kolejne bluźnierstwo, zresztą, skoro srebro to kolor wtajemniczenia, oczyszczenia, niewinności. Demona niewiele obchodziły skarby twierdzy, a przynajmniej umiałby je uszanować, jak każdy przeklęty duch posiadł bowiem wielką wiedzę, jednak, jak każdy przeklęty duch, miał on swojego pana, chciwego bardziej niż ogień, bardziej niż czas: ten żądał, by bogactwa z podbitego kraju płynęły wprost pod jego stopy. Dowód lojalności i pieczęć poddaństwa. Taki los spotkał większą część majątku zgromadzonego w głównym klasztorze: sala wystawowa w świętokradczym mieście.

Urwała na chwilę, sprawiając wrażenie, że próbuje wymyślić dalszy ciąg stylizacji.

— Klejnot Wszechbłogosławieństw wszakże go uniknął. Albowiem nienasycony władca miał syna, królewicza bluźnierczej stolicy, o którym mówiono, że jest człowiekiem o sercu demona lub, z punktu widzenia alegorii, iż odziedziczył całą pychę, na którą chciwość nie pozostawiała miejsca w duszy jego ojca. Nic dziwnego, że Srebrny Demon, Kat Zachodu, Ten-Który-Topi-Słońce-We-Krwi, polubił dziedzica i uczynił swoją ukochaną zabawką. Zabawką, zważ: opowieść mówi o tym, ostatecznie, że żaden człowiek nie może sięgnąć boskiej władzy, czyli nie może też opanować przeklętych duchów. Ten również uwolnił się, zniszczył swego pana, doprowadził do upadku świętokradcze imperium. To jednak znacznie później, zaraz po podbiciu twierdzy wrócił posłuszny swej smyczy, z całymi wagonami zdobycznych bogactw dla władcy oraz tym jednym drobiazgiem dla jego syna, drobiazgiem wartym więcej niż połowa reszty, przy tym podobno magicznym.

Wskazała podbródkiem na sznur, po czym dokończyła.

— Podarunek najwyraźniej był ceniony, bo nie znalazł się w części muzealnej ani w skrytkach. Wygrzebaliśmy go z ruin prywatnych kwater najwyższych rangą pracowników – prezydent, nie, teraz premier, pardon, musiał go mieć przy sobie, w pokoju lub gabinecie, aż do ostatniej sekundy, nawet po śmierci ojca, którego, jak głoszą plotki, Srebrny Demon przyszpilił do biurka... Grzeczna zabawka. Mity powiedziałyby, że to mu ocaliło życie.

Posłała uśmiech, nie rozmówcy, w przestrzeń. Wyglądała na zamyśloną, rozmarzoną trochę. Nie zwiodło to opryszka: dała sobie spokój z mitami, doszła do żyjących postaci czyli, zakładał, sedna.

— No i, kurwa, co? — burknął, nie chcąc słuchać bajeczek ani chwili dłużej.

— No i — odparła Tamara, ciągle spokojnie, ale mrużąc szare oczy, jakby lekko zirytowana — to jest właśnie jedna z kości niezgody pomiędzy frakcjami. Czy należy to znalezisko zatrzymać, czy zwrócić prezent właścicielowi.

„Scyzorykowi" dosłownie opadła szczęka. Trzymali go tutaj, w ciemnościach, w ciszy, samego, w tych kanałach pełnych robactwa, szkodników, z przerażającym blaskiem mako nad głową, wszystko to dlatego, że mieli jakiś wydumany problem z jakąś – z tą cenną błyskotką? Tym trzymanym przezeń cackiem? Zaśmiał się chrapliwie.

To musiał być test. Dobrowolnie podała mu do ręki tak ważny przedmiot. Sprawdzali, jak na to zareaguje, po prostu. Ale nie z nim, nie z Krinem Letrevem takie numery.

— Zwrócić? Co za pojeby. Oczywiście, że powinniśmy opchnąć, jak jest coś wart – albo zatrzymać, jak przynosi farta.

Kobieta skinęła głową, powoli.

— Tak, tak byłoby pragmatycznie... jest jeszcze wszakże kwestia ortodoksji. Ludzie, o których mówi się, że doznają czasem wizji, najgłębszej unii, twierdzą, iż Pan nie zmienił swojej woli w stosunku do tego przedmiotu.

Mężczyzna spojrzał na nią jak na wariatkę.

— Wizje? Pan? Że co, kurwa?

— Nasza organizacja ma wiele odnóg i jedna z nich, ta bardziej ideologiczna, właśnie zaczyna mieć zdanie odrębne... W różnych sprawach, na przykład wprowadzenia dewekutu – wiem, że nie rozumiesz – w szerszy obieg.

„Zdanie odrębne", kurwa, pomyślał bandzior, to oznacza wojnę wewnętrzną, w co ja się wpakowałem. Nagle zaschło mu w gardle.

— A jaka w tym wszystkim moja rola? — spytał głucho.

— Świetnie nadajesz się na posłańca.

Zamrugał, zaskoczony, a gdy po sekundzie uniósł powieki miała już pistolet w ręku. Nawet nie myśląc, zupełnie instynktownie, spróbował odskoczyć, jednak było za późno – strzelała. Musiała mieć tłumik, bo przestępca nic nie usłyszał, nawet nie poczuł specjalnie bólu; tylko nagła utrata tchu, a potem znów świst powietrza, ciemność przed oczami, odległy, tak odległy głos:

— Zbędne obciążenie. Chyba, że wolisz alegorię, Ośle-Który-Złodzieja-Wziął-Za-Swojego-Pana.

Nic więcej. Nawet nie zauważył, że umierając, dalej kurczowo zaciska palce na kamieniach.